Edward Illegitimus. Życie w cieniu tabu - Robert Reinfuss

Kup ebooka

34.99 zł
30.49 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Edward, poeta, działacz, Krakowianin, syn kardynała - księcia Kościoła - i wybitnej aktorki, czyli mój pradziadek, jest bohaterem tej książki. Przyszedł czas, by przełamać tabu kryjące prawdziwą historię jego życia.

Edward to osoba ważna dla mnie, naszej rodziny, Krakowa oraz autorów i wydawców, którzy o nim piszą i publikują jego książki, czerpiąc z jego twórczości. Choć prawdziwa historia jego życia jest dramatyczna i przez to fascynująca, to nikt jej nie zna. Sto pięćdziesiąt lat temu została zamknięta w tabu i do dzisiaj pozostaje tajemnicą.

Większość kluczowych faktów ze znanego publicznie życiorysu Edwarda wymyślono lub przeinaczono. Dane o jego urodzeniu, pochodzeniu i ważnych wydarzeniach z życia zostały sfałszowane lub wymazane z kluczowych dokumentów i jego twórczości. Kubalski - nazwisko, którym się posługiwał i pod którym dzisiaj publikowane są jego książki, nadano mu, aby ukryć jego prawdziwe pochodzenie. Historycy, Wikipedia i wszelkie pisane informacje o nim, z braku innych źródeł, powielają te fałszerstwa.

Tabu pochłonęło także znaczną część historii jego wybitnych rodziców. W Krakowie dobrze znamy ich nazwiska, ale najczęściej powielane życiorysy i tych postaci pozbawione są istotnych informacji, a przez to treści świadczących o ich prawdziwej, ludzkiej wielkości.

Życie Edwarda, gdy przedzierać się przez setki jego utworów, pamiętniki i dramaty, jawi się jako garść rozrzuconych, niepasujących do siebie kawałków puzzli wysypanych z różnych pudełek. Nie wiadomo, skąd ten człowiek wziął się właśnie w tym czasie i miejscu, które z pasją i miłością opisuje. Nie wiadomo, dlaczego trafił tam, gdzie nic nie wskazywało, że powinien się znaleźć. Skąd wiedział to, o czym pisał? Odpowiedzią na te pytania jest niniejsza książka.

W życiu i twórczości Edwarda - pedantycznie skrupulatnego kronikarza - pojawiają się wielkie postaci Galicji drugiej połowy XIX i początków XX wieku. Są jednak i takie, które powinny w niemal oczywisty sposób pojawić się, a ich tam nie ma. Obecność i frapujący żywot tych brakujących postaci odkrywam w książce - prawdziwej historii życia mojego pradziadka Edwarda.

Początki mojej pracy nad biografią Edwarda wiążą się z corocznymi rodzinnymi kolędami. Na kolejnych, 6 grudnia 2024 roku, zaproponowałem wspomnienie prawdziwych losów pradziadka. Reakcja części rodziny na moją próbę naruszenia tabu skłoniła mnie do poważnego przestudiowania historii jego życia. Nadszedł czas - uznałem - na odkrycie prawdy. Ze stopniowo kompletowanych wydarzeń, wspomnień, utworów i opowieści wyłaniał się obraz dramatyczny i niesłychanie ciekawy zarazem.

Wychowałem się pod wiszącym na ścianie wielkim, oprawnym w złotą ramę portretem Edwarda. Malarz Ludwik Machalski usadowił go w rzeźbionym fotelu, w pozie godnej protoplasty starego i rozległego rodu. Spoglądając jako dziec­ko na obraz spod biurka jego zięcia, a mojego dziadka Zygmunta, widziałem przepełnionego godnością, życzliwie na mnie patrzącego pradziadka.

Jako wnuk najmłodszej córki Edwarda dorastałem w jego kulcie. Od zawsze był naszą dumą. Pamięć o jego zasługach w działalności patriotycznej, twórczości literackiej i pamiętnikarskiej, cenionej przez historyków Krakowa czasu obu wojen światowych, i o jego kontaktach w ówczesnych najwyższych sferach, świeckich i kościelnych, Krakowa przekazywana była z pokolenia na pokolenie.

Ale przecież poza listą zaszczytów my, najmłodsze pokolenie, nic nie wiedzieliśmy o jego życiu. Strzępy informacji o rodzicach, pochodzeniu, historii dzieciństwa, a nawet jego dorosłości brzmiały tak niedorzecznie, że aż baliśmy się o nie pytać.

Część informacji o pradziadku podawana mi była przez istotnych członków naszej rodziny z wyraźnym grymasem, typowym dla osób zmuszonych do powtarzania nieprawdy. Inna część wiedzy, ta ciekawsza, wypowiadana była zawsze szeptem. Nawet wtedy, gdy nikt trzeci rozmowy nie słuchał.

"Jego matka to była aktoreczka - nie miała czasu na zajmowanie się synem". "Ciotki go wychowywały". "Ojciec? Podobno biskup. Nie pytaj". I jeszcze Potoccy, Wojtyła, Estreicherowie, Rudolf Habsburg, Piłsudski, Konopczyńscy, Kirkor, Zaruski... Takie zdania i te nazwiska pojawiały się w opowieściach o losach Edwarda często, ale nie byłem w stanie powiązać ich logicznie ani zrozumieć sensu tych historii. Nic do niczego nie pasowało.

Z drugiej strony naszej rodowej legendy znajdowała się rodzina Reginy - żony Edwarda. O, w jej dziejach wszystko było jasne, poukładane. Słuchałem z ciekawością historii rodu Zahorskich od czasów Sejmu Wielkiego, przez wszystkie ważne wydarzenia w historii Rzeczypospolitej, aż do dzisiaj. Na historii Zahorskich się wychowałem. Skoro jednak to wizerunek pradziadka Edwarda zajmował pół ściany w naszym domu, a nie Regina i dziesięć pokoleń jej przodków, to chyba warto jego historię ułożyć w jakąś logiczną opowieść.

Zebrałem więc spore, rozrzucone po rodzinie archiwum, składające się z setek wierszy, opowiadań, pamiętników, reportaży, spisów i katalogów, kilkadziesiąt rysunków i parę kilo­gramów rękopisów. Uzbierała się z tego potężna szafa. Już sam widok tego, co zgromadziłem, uświadomił mi, że temat przerósł moje najśmielsze oczekiwania.

Na początku ustaliłem kilka istotnych faktów.

Po pierwsze, matką pradziadka nie była Antonina Kubalska wpisana do jego aktu urodzenia. Wszystkie dokumenty Edwarda, w tym akt urodzenia, zostały w jakimś stopniu celowo sfałszowane.

Po drugie, Edward miał siostrę oraz grono bliskich, bardzo interesujących przyjaciół z dzieciństwa i młodości, z których spora część również miała sfabrykowane dokumenty świadczące o ich pochodzeniu i przysposobionych rodziców.

Po trzecie, Edward spędził młodość tam, gdzie się go zupełnie nie spodziewałem: na najznamienitszych dworach Galicji, na szczytach Tatr, w salonach mieszkań osób o nazwiskach powszechnie znanych i szanowanych, w licznych europejskich stolicach, w miejscach i chwilach ważnych historycznych wydarzeń.

Te pierwsze odkrycia utwierdziły mnie w przekonaniu, że opowiadane szeptem przez moją babcię Marię strzępy historii jej ojca to prawda. Tyle że niecała prawda.

Zrozumiałem też, że kluczowa dla przełamania tabu jest informacja o rodzicach Edwarda. I że od tego trzeba zacząć. Tak więc zacząłem od księcia Albina kardynała Dunajewskiego, jego życiorysu i sprawdzenia jego związków z Edwardem, aby upewnić się, że nie ma pomyłki i że to on był ojcem mojego pradziadka i moim przodkiem.

Więcej wątpliwości miałem przy matce Edwarda, mojej praprababce, wybitnej krakowskiej aktorce Antonii Hoffmann*. Wątpliwości nie dotyczyły jednak jej pokrewieństwa z moim pradziadkiem Edwardem i jego siostrą Marynią, ale wynikały raczej z poczucia odpowiedzialności za ujawnienie faktu głębokiego związku łączącego Antonię i Albina Dunajewskiego.

Edward, syn Albina Dunajewskiego i Antonii Hoffmann, był dzieckiem illegitimus - tak wtedy prawnie określano dzieci nieuznane przez rodziców.

Historia, którą poniżej opowiadam, opiera się na trzech rodzajach źródeł. Po pierwsze, pamięci rodzinnej przekazywanej wprost, w sposób zawoalowany lub świadomie zniekształcony; po drugie, na bardzo bogatej, choć ocenzurowanej spuściźnie pradziadka, czyli jego autobiografii, wierszach, opowiadaniach, sztukach teatralnych i rysunkach. I po trzecie, na dokumentach. W większości sfałszowanych, cząstkowych lub nieistniejących z powodu ich świadomego zniszczenia. Brakujące, bo wycięte strony z zeszytów pradziadkowego pamiętnika, nieistniejące, bo zniszczone dokumenty, niedopowiedzenia w życiorysach osób i tak dalej były dla mnie równie cennym źródłem informacji, jak to wszystko, co uniknęło niszczycielskiej ingerencji.

Poszukując faktów, wiedziałem, że jeżeli je znajdę, to każdy z nich może okazać się dowodem nieprawdy, bo i takie zostały stworzone. Oprócz poszukiwań dowodów i znaków próbowałem zrozumieć przyczyny, przede wszystkim te, dla których wielu z dowodów nie ma, choć w sposób oczywisty powinny istnieć.

1. Portret Edwarda

Historia mojego pradziadka została perfekcyjnie ocenzurowana. Cenzorów było wielu, a ich dzieło imponuje skalą i dbałością o szczegóły. Wszyscy oni mieli silną motywację i poczucie sensu tego, co robią. Sam Edward był jednym z kluczowych cenzorów własnego życiorysu, a w konsekwencji cenzorem własnej tożsamości. To on zniszczył istotną część swojej twórczości i wspomnień. Niszczenie wszystkiego, co mogło naruszyć tabu, kontynuowała jego córka. W kreowaniu tabu oczywiście uczestniczyli rodzice Edwarda i jego siostry oraz instytucje ich wspierające, przede wszystkim Kościół i społeczność galicyjskiej arystokracji. Wszyscy oni działali w dobrej wierze. Ich motywacje nadal są aktualne. Mając tego świadomość i do pewnego stopnia szanując te motywy, podjąłem jednak decyzję, że czas odkryć tajemnicę Edwarda i innych dzieci illegitimus, które za życie zakute w tabu zapłaciły olbrzymią cenę.

Z takimi intencjami oddaję tę książkę do rąk Czytelników.

Winienem jestem jeszcze jedną uwagę. Napisanie tej książki nie byłoby możliwe bez wsparcia mojej żony - Sabine Rein­fuss oraz brata - Krzysztofa Reinfuss. Bardzo dziękuję!

* W książce używam oryginalnego imienia "Antonia", które przez nią samą jak i jej polskojęzyczne środowiska warszawskie i krakowskie zostało spolszczone na "Antonina" (przyp. aut.).

Rozdział I

Illegitimus

Nie wiemy, kiedy urodził się Edward. Do księgi urodzeń z datą 10 października 1872 roku wpisał go w Trzcińcu, maleńkiej wsi w parafii Rakoszyn w powiecie jędrzejowskim, proboszcz ksiądz Teofil Grabowski. Jednak oryginał księgi, w którym z dużym prawdopodobieństwem znajdowało się wiele istotnych informacji, w tym te o biologicznej matce, zaginął. Podobno spłonął w jakimś pożarze. Wśród zachowanych roczników ksiąg parafialnych urodzeń w Rakoszynie brakuje jednak wyłącznie tego jednego, obejmującego świadec­two urodzenia Edwarda. Do dzisiaj zachowała się tylko kopia tej księgi sporządzona prawdopodobnie na przełomie lat 1872 i 1873 przez proboszcza dla kurii diecezji kieleckiej, do której parafia i wtedy należała.

Kopia ta dostępna jest obecnie online w Archiwum Państwowym w Kielcach, a jej skan znajduje się w naszych rodzinnych zbiorach. Wszystkie wpisy zostały tam wykonane jednym charakterem pisma. Nic w tym dziwnego. Kopia kurialna była zwykle przepisywana z ksiąg parafialnych pod koniec danego lub na początku kolejnego roku. Przy przepisywaniu korygowano błędy i porządkowano chronologię wpisów - w księgach parafialnych wpisy były robione na bieżąco, gdy dziecko było zgłaszane i chrzczone. Datą, według której przy sporządzaniu kopii porządkowano wpisy, była data urodzenia, która mogła znacznie odbiegać od daty zgłoszenia tego faktu do parafii. Kopia kurialna została więc przepisana z pominięciem wszelkich poprawek wniesionych pomiędzy datą zarejestrowania urodzin Edwarda a sporządzeniem księgi kurialnej. Te trzy miesiące są kluczowe dla wydarzeń, które zadecydowały o treści aktu urodzenia Edwarda.

Według danych w księdze kurialnej ojciec dziecka Edwarda jest nieznany, a jako matkę podano Antoninę Kubalską, niezamężną, lat 30. Zwróćmy uwagę, że rzekoma matka nosiła takie samo imię jak Antonia Hoffmann, była niezamężna i miała według wpisu tyle samo lat co aktorka.

Według zapisu dziecko do rejestracji przyniosła mieszkanka wsi Trzciniec określona jako akuszerka. W żadnym innym akcie urodzenia z roku 1872 i lat sąsiednich w Rakoszynie nazwisko tej akuszerki nie występuje. Świadkami sporządzenia tego dokumentu, wpisanymi z nazwisk, byli niepiśmienni i niepodpisani na akcie chłopi z Trzcińca. Gdyby nawet wymienione w akcie osoby istniały, to treść sformułowanego po rosyjsku aktu musiała być dla nich nieweryfikowalna. Wpisany wiek domniemanej matki jest nieprawidłowy, bo Antonina Kubalska - o której za chwilę - miała w 1872 roku lat 26. W jej rodzinie nie było w przeszłości osoby o imieniu Edward.

Zachodzi więc przypuszczenie, że oryginalny wpis dokonany został na nazwisko trzydziestoletniej Antonii Hoffmann, która nadała synowi imię Edward. Nie musi być przypadkiem, że nosił je także dramatopisarz Lubowski - pierwsza wielka, lecz niespełniona miłość aktorki.

Urodzenie się Edwarda zgłoszono w Trzcińcu, znajdującym się wtedy pod zaborem rosyjskim. Ta maleńka wieś leżała w państwie obcym w stosunku do tego, w którym mieszkali biologiczni rodzice Edwarda, czyli monarchii Habsburgów. Wybór Trzcińca początkowo służył ukryciu tożsamości ojca. Już niedługo miało to się jednak zmienić.

2. Wpis w kurialnej kopii księgi

W Królestwie Polskim, w którym leżał Trzciniec, obowiązywał, pochodzący jeszcze z czasów wojen napoleońskich, prawny zakaz poszukiwania biologicznego ojca. Gwarantowało to Albinowi anonimowość. Gdyby zaistniała taka potrzeba, Antonia Hoffmann mogła, podróżując pomiędzy Krakowem a Warszawą, bez zwracania na siebie uwagi wstąpić do Rakoszyna. Z drugiej strony dla ewentualnych zainteresowanych odnalezienie, choćby przypadkowe, informacji o pochodzeniu Edwarda było niemal niemożliwe.

Ponadto Trzciniec należał, jak wspomniałem, do diecezji kieleckiej. Jej biskupem był wtedy ksiądz Tomasz Kuliński, dobry znajomy ojca - Albina Dunajewskiego. Zachowała się korespondencja obu duchownych dotycząca wprawdzie tematyki kościelnej, ale świadcząca o ich bliskiej relacji. Dawało to Albinowi możliwość dyskretnej ingerencji w pracę lokalnego proboszcza, który na polecenie zwierzchników akt urodzenia Edwarda, jestem o tym przekonany, sfałszował, i to prawdopodobnie dwukrotnie, bo oryginał księgi i jej kopię kurialną.

W czasie wspomnianych trzech miesięcy między rejestracją dziecka a sporządzeniem księgi kurialnej trwały już zapewne starania o oddanie przez Antonię dziecka matce zastępczej. Czy była to jej wyłączna decyzja? Wątpię. W tamtych czasach aktorki wychowywały nieślubne dzieci. Tak zrobiła na przykład jej najbliższa przyjaciółka Helena Modrzejewska (Misel). Tak też uczyniła Antonia ze swoimi pierwszymi dwoma nieślubnymi synami, poczętymi z wcześniejszym partnerem. Przypuszczalnie jednak Antonia została do oddania Edwarda skutecznie namówiona.

Decyzja o przekazaniu dziecka pewnej obcej kobiecie, Wiktorii Kubalskiej, zapadła więc po zarejestrowaniu Edwarda w parafii. Udało się jednak zdążyć przed sporządzeniem kopii kurialnej. Pozostawienie imienia okazało się możliwe po zastosowaniu sprytnego zabiegu. Jedna z córek Wiktorii nosiła popularne w tamtych czasach imię - Antonina. I to ją, a nie Wiktorię wpisano do aktu urodzenia Edwarda. Takim to sposobem niezamężna, niewykształcona i bezrobotna Kubalska została matką zastępczą najpierw jednego, a potem dwójki dzieci wybitnych rodziców z najwyższych sfer Galicji.

W zaginionym oryginale podmieniono jedynie nazwisko. Podmiana wieku matki, wpisanego w księdze słownie w języku rosyjskim, mogłaby być zbyt dużą ingerencją w oryginalny tekst księgi parafialnej i tym samym zwiększyć ryzyko wykrycia fałszerstwa. Pozostałe dane się zgadzały.

Pierwsze fałszerstwo szybko okazało się jednak niewystarczające. Późniejsze odpisy z akt, chociażby potrzebne do zawarcia ślubu, zdradziłyby, kim jest prawdziwa matka. Antonia Hoffmann była już wtedy osobą dobrze rozpoznawalną w Galicji. Odkrycie jej macierzyństwa mogło z kolei prowadzić do zdemaskowania całego procederu adopcyjnego, a nawet związku aktorki z Albinem. Dlatego postanowiono akta rakoszyńskie zniszczyć. Kiedy to nastąpiło, nie wiemy. Jest bowiem jeszcze druga wersja wydarzeń, w której to nie proboszcz dokonał kolejnego zacierania śladów. W roku 1890 Antonina Kubalska w spisie ludności Krakowa podaje jako swoją datę urodzenia 1842 rok, czyli rok urodzenia Antonii Hoffmann. Być może więc dysponowała w tym czasie odpisem aktu, który następnie został zniszczony. Odpisem z roku 1878 dysponował też Edward, przystępując do ślubu w 1903 roku. O tym, że miał odpis, wiemy z jego odręcznej notatki, na której zapisał zmyślone dane swoich przybranych rodziców. Według dopisku mojej babci odpis ten, podobnie jak akta parafialne z roku 1872 z Rakoszyna, spłonął w pożarze. Oba te wydarzenia mogą świadczyć, że rakoszyńskie akta nie zostały jednak zniszczone zaraz po zmianie nazwiska matki, ale znacznie później. Być może - o czym potem - dopiero po II wojnie światowej.

Rejestracja dziecka w obcym państwie, połączona z fałszerstwem w oficjalnych księgach kościelnych, świadczy nie tylko o ponadprzeciętnych możliwościach rodziców, ale przede wszystkim o ich olbrzymiej determinacji w działaniu. Dzieci księży i nieślubne dzieci szlacheckie w tamtych czasach były zwykle lokowane w rodzinach chłopskich, chrzczone i wychowywane we wsiach galicyjskich. W przypadku Edwarda biologiczni rodzice postarali się o znacznie bardziej zaawansowany kamuflaż.

Edward miał o kilka lat młodszą siostrę, Marię Teofilę (Marynię, Marylkę), urodzoną około 1876 roku. Oficjalnie podawaną datą urodzenia Marii Teofili był 1 kwietnia 1876 roku. Sama mówiła, że urodziła się w prima aprilis. W spisie ludności Krakowa z 1880 roku podana została data jej urodzenia: 1 kwietnia 1877 roku i imię Teofila. Informacje o jej pochodzeniu są jeszcze bardziej niejasne niż te dotyczące Edwarda. Oboje zostali wychowani przez panie Kubalskie, początkowo prawdopodobnie w Skrzydlnej koło Dobrej w Nowosądeckiem, a potem w Krakowie. Od mojej prababci Reginy - żony Edwarda - pośrednio wiemy, że oboje byli dziećmi tych samych rodziców. Pytanie o ich relację było istotne dlatego, że Edward nie był do swojej siostry podobny.

Ślady prawdziwego pochodzenia Maryni zostały skrupulatnie zatarte. W przeciwieństwie do Edwarda, którego związki z matką pieczołowicie zacierano, w jej przypadku niszczone były przede wszystkim ślady prowadzące do ojca. Zachowało się natomiast szereg dowodów obecności matki - Antonii Hoffmann - w życiu Maryni.

Na Cmentarzu Rakowickim w grobie Antonii Hoffmann została rzekomo pochowana jej córka Maria. Nie ma żadnych pewnych informacji na ten temat, a sam pochówek miał się odbyć kilka lat po śmierci Antonii.

3. Rysunek Edwarda, Marynia, marzec 1893

Mariusz Menz pisze o tym wydarzeniu tak:

Istnieje przesłanka, że Antonia mogła mieć jeszcze jedno dziecko, Marię, która zmarła [...]. Jesienią 1897 roku przy przenoszeniu ciała Antonii z grobowca Bendów, w którym tymczasowo została pochowana, do grobowca ufundowanego przez Koźmiana, przeniesiono tam także ekshumowane szczątki Marii Hoffmannowej. Zastanawiające, że nie została ona jednak odnotowana w sporządzonym w 1870 roku spisie ludności. Kim zatem była? Pewnie się już tego nie dowiemy*.

Nie tylko w spisie ludności Krakowa, ale również w aktach Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie nie ma żadnej informacji o rzekomej Marii Hoffmann. Istnieje natomiast uzasadnione przypuszczenie, że Maria Hoffmann nie tylko istniała, ale nie umarła w dzieciństwie i przeżyła w zdrowiu swoją matkę. Została oddana, podobnie jak jej brat Edward, matce zastępczej. Maria prawdopodobnie spędziła jakiś czas u boku matki. Po jej oddaniu Kubalskim została uznana za zmarłą.

Co więcej, pomieszanie w datach urodzenia i śmierci Marii Hoffmann - pojawiają się tu daty od roku 1869 do 1876 - byłoby wtedy wytłumaczalne chęcią ukrycia faktu zniknięcia obojga dzieci, których istnienie zapewne ktoś z otoczenia mógł odnotować. Taka interpretacja wyjaśnia również, dlaczego do dzisiaj nie udało się odnaleźć ani aktu urodzenia Marylki, ani aktu zgonu rzekomo zmarłej córki Antonii. Brak tych dokumentów wskazuje, że obie Marie były tą samą osobą.

4. Marynia
5. Antonia Hoffmann

O pierwszych latach życia Edwarda nie wiemy prawie nic. Z późniejszych jego wierszy dowiadujemy się, że jego matka umarła, osierocając go w wieku wczesnodziecięcym. Edward zapewne dorastał w takim przekonaniu, stopniowo jednak uświadamiał sobie, że opiekujące się nim panie Kubalskie z Nowego Sącza, Wiktoria i jej córka, nie są jego biologiczną rodziną. Następnie zrozumiał też, że historia z przedwcześnie zmarłą matką nie jest prawdziwa.

W dokumentach pradziadka tworzonych na bazie aktu chrztu z Trzcińca dorabiano w kolejnych latach imię i nazwisko ojca - Konstanty Kubalski lub Leon Kubalski oraz nazwisko panieńskie Kubalskiej - Stefańska, sugerujące, że była ona zamężna. Notatka na ten temat, stworzona ręką Edwarda, powstała jako dodatek do odpisu aktu urodzenia wydanego w 1878 roku. Informacja ta była następnie wielokrotnie powielana. Nie ma jej natomiast w dużo późniejszym akcie ślubu Edwarda z Reginą z Zahorskich w 1903 roku. To świadczy, że pradziadek w zależności od sytuacji przedstawiał inną wersję swojego pochodzenia.

Porzucenie przez matkę, z czego Edward stopniowo zaczynał sobie zdawać sprawę, musiało być niezwykle bolesne. Za wszelką cenę więc trzymał się obowiązującego mitu o jej śmierci. Wiersze, które jako młody chłopak pisał do matki, są niezwykle przejmujące.

Do ukochanej Matki

Która w dalekiej spoczywasz mogile,

Przyjdź do mnie - jako w me lata chłopięce

Oto do kolan Twych smutny się chylę...

Weź na kolana! Obejmij w swe ręce,

W te pieszczotliwe ręce i kochane,

Co każdą zawsze goiły mi ranę.

I jak kiedyś - nad moją kołyską

Stawałaś - pieśnią swą kołysząc syna,

Tak teraz przybądź i przytul mnie blisko

Do siebie - boś mnie kochała JEDYNA.

Bom jest jak sokół, którego grot przeszył

I nie ma, kto by mnie krzepił i cieszył.

Byłem Ci kiedyś dumą i nadzieją,

Wierzyłaś we mnie swym istnieniem całem -

Lepiej, że nie wiesz - jako się rozwieją

Te sny. Że walczę - i tę walkę przegrałem -

Bo by Ci jeszcze bardziej smutno było

Pod Twoją biedną, daleką mogiłą...

Teraz mi dobrze - bom się już wyżalił

Przed Tobą! - lżej mi - już jestem zwycięski

Oto się w duszy mej płomień rozpalił

Twardego hartu i pogardy męskiej!

Wszak żem nie robak, by ktoś kłuł szpilką

Dlatego chyba - że kochałem tylko.

Potrafię żywot swój przeżywać chłodno

Sam z własną duszą - i sam z myślą własną,

Co towarzyszką jest mi niezawodną,

Świątynię sobie wybuduję jasną

Z mych uczuć, pragnień - i do niej się schronię,

Sam jeden silny, jak mocarz na tronie!

Dziś tylko jestem utrudzony bardzo,

Zasnąć bym pragnął - chociaż usnąć trudno.

Jeśli są tacy, którzy życiem gardzą,

To ja nim jestem - na wyspę odludną

Chciałbym gdzieś odejść - tam zasnąć na wieki

Od wszystkich ludzi - daleki... daleki.

Od kiedy Edward zrozumiał, że matka go porzuciła, jej śmierć - taką narrację Edward stosuje w swojej poezji - była jedynie metaforą odejścia matki, porzucenia dzieci. Ból porzucenia i niemożność przełamania tabu powodowały, że Edward ratował się poprzez ucieczkę od prawdy. W swojej twórczości stworzył fikcyjną, równoległą rzeczywistość, w której jak w przedziwnie wykrzywionym zwierciadle odbija się to, co działo się naprawdę.

Pisząc kolejne wiersze do matki, Edward wiedział już, że ta biologiczna żyje. Nie było jej grobu, nie było żadnej rodziny, żadnych informacji, kim była. Zostały uczucia, które chłopiec później wielokrotnie zapisywał. Oto przykład:

O Matko moja, matko rodzona

[...]

Na co mię było do Twego łona

Takiem serdecznym tulić objęciem

Na co mię było pocałunkami

Serce dziecinne moje rozgrzewać

I uczyć dumać mymi dumkami

I płakać przy mnie, płakać [i] śpiewać

A tak Edward pisał w 1890 roku, gdy miał 18 lat:

Głos z grobu

Szumią jęczą stare drzewa

I po cichu gwarzą

Dziwne pieśni wiatr im śpiewa

Pewno o czemś marzą

- " -

Tak wciąż tęsknię i żałośnie

A cięgle a miło...

Głos ucieka, to znów rośnie

Nad pustą mogiłą

Lecą chmurki gdzieś po niebie

W daleką krainę

Dozwól chmurko! wsiąść na siebie

Niech sobie popłynę!

- " -

Siądę na Twe mgliste puchy

Słonko mi zaświeci

Popłyniemy w dal jak duchy

Ah! Len chmurki leci

Diament, 4 października 1890 r.

O Matko moja

O Matko moja, źle mi na świecie

Tęskno mi, nudno, tęskno po Tobie

Dzień po dniu łańcuch żywota plecie

Obym już prędzej przysnął przy grobie

A Ty ma matko, ty nie płacz po mnie

Błogo kto ziemską wędrówkę kończy

Z dawnym uśmiechem tak już spiesz do mnie

Tam gdzie nas nic już nic nie rozłączy.

Nowy Targ, 23 lipca 1890 r.

Dalsza część w wersji pełnej

* Mariusz Menz, Kobiece spojrzenie, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, 2017.