Egzekucji nie będzie. nr 134 - Rajmund Szubański

Reflow text when sidebars are open.
Na odprawę w dowództwie 140 skrzydła1 wezwane zostały tylko wybrane załogi z trzech wchodzących w jego skład dywizjonów. Lotników zastanowiły ustawione przed wejściem posterunki żandarmerii polowej Royal Air Force skrupulatnie sprawdzające dokumenty przybywających. Wiele do myślenia dawała także obecność przedstawiciela z Film Production Unit -?czołówki filmowej RAF. Nastrój tajemniczości potęgowała wielka, zapieczętowana skrzynia ustawiona na samym środku sali odpraw.
Gwar zaciekawionych głosów ucichł nagle, gdy na salę, obok dowódcy skrzydła group captaina2 Percy Pickarda, wszedł nie kto inny, ale dowódca 2 grupy lekkich bombowców, wicemarszałek lotnictwa Basil Embry. Nie ulegało wątpliwości, że szykuje się coś poważnego.
Odprawę prowadził Pickard:
-?Panowie, zadanie, jakie was czeka w najbliższej przyszłości, jest sprawą poufną i do czasu przeprowadzenia operacji nie wolno wam na jej temat rozmawiać z nikim spoza tego grona. Tajemnica obowiązywać będzie także wtedy, gdy akcja zostanie przesunięta lub nawet odwołana.
-?Zadanie wasze jest znacznie trudniejsze i odpowiedzialniejsze - kontynuował group captain po chwilowej przerwie -?niż te, jakie dotychczas wykonywaliście. Chodzi tu nie tyle o zniszczenie konkretnego obiektu, ile o specyficzne jego uszkodzenie. Wyrażając się obrazowo, macie dokonać czegoś w rodzaju rozbicia puszki sardynek, ale bez naruszenia zawartości. Konkretnie biorąc, naszym celem jest jedno z więzień, w którym oczekują na egzekucję setki francuskich patriotów. Chciałbym podkreślić, że wielu z nich dostało się tam za pomoc udzielaną zestrzelonym alianckim lotnikom. Macie więc w tym wypadku wypełnić nie tylko prosty żołnierski obowiązek, ale także dokonać tego ze szczególnym osobistym zaangażowaniem.
Group captain zamilkł na chwilę i patrzył na słuchaczy, by sprawdzić, jakie wrażenie wywarły jego słowa. Na twarzach lotników malowało się nie tylko młodzieńcze zainteresowanie nietypowym zadaniem, ale widać było, że ostatnie słowa istotnie trafiały do ich serc; oto wśród codziennych działań, których celem było niszczenie, trafiało się inne, nadarzała się sposobność dokonania czegoś odmiennego.
Pickard polecił teraz rozpakowanie i otwarcie stojącej na środku skrzyni. Oczom obecnych ukazał się sporych rozmiarów model gmachu więziennego wraz z jego otoczeniem. Piloci widzieli wprawdzie tylko najważniejsze szczegóły, ale uwzględniały one ukształtowanie terenu, a także przeszkody, jakie mogły utrudniać podejście w locie koszącym: drzewa, budynki, napowietrzne linie telefoniczne. Ogólnie biorąc, mieli pojęcie, jak będzie wyglądał obiekt widziany z wysokości 150 metrów i odległości około 5 kilometrów.
-?Proszę teraz podejść do modelu, który stanowi ilustrację dalszych wyjaśnień -?polecił Pickard. -?Otóż więzienie położone jest poza ostatnimi budynkami miasta, praktycznie na wolnej przestrzeni - kontynuował, kiedy zebrani zbliżyli się do niego. -?Na kierunku, z którego macie nadlatywać, znajdują się pola. Wyraźnym szczegółem orientacyjnym jest przebiegająca tuż obok szosa, wiodąca prosto do miasteczka oddalonego o dwadzieścia dziewięć kilometrów. -?Zajrzał do trzymanych w ręku notatek, by sprawdzić, czy nie popełnił błędu. -?Tak, dwadzieścia dziewięć kilometrów -?powtórzył -?czyli dokładnie osiemnaście mil. Sam budynek ma trzy kondygnacje, a poszczególne jego skrzydła tworzą coś w rodzaju krzyża o nieregularnych ramionach. W dłuższym pawilonie, stojącym równolegle do szosy, znajdują się oddziały: kobiecy i więźniów kryminalnych. Ta część więzienia nas nie interesuje. Najkrótsze ramię, skierowane do szosy, mieści administrację więzienną, izby przesłuchań i inne pomieszczenia. Jego przedłużeniem jest skrzydło mieszczące oddział więźniów politycznych, którym musimy umożliwić ucieczkę.
Znów przerwał, aby dać zebranym chwilę czasu na dokładne przyjrzenie się modelowi i ewentualne pytania, ale nie słysząc żadnych uwag ciągnął dalej:
-?Na końcu każdego skrzydła znajdują się parterowe przybudówki z pomieszczeniami dla straży więziennej. Niższe budowle, które widzimy obok głównego gmachu, na jego zapleczu, to warsztaty, magazyny i garaże. Całość otoczona jest grubym murem z cegły. Wysokość jego wynosi... - Pickard znów poszperał w notatkach -?przeszło sześć metrów, to znaczy co najmniej dwadzieścia stóp. Nasz plan przewiduje atak w trzech falach, po dwa klucze w każdej. Pierwszy klucz nadleci z kierunku północno-wschodniego, wzdłuż szosy. Zadaniem jego będzie rozbicie w kilku miejscach muru na zachodnim odcinku. Drugi klucz odbije przed celem w lewo i zaatakuje pod kątem prostym w stosunku do pierwszego. Ma on zadanie identyczne: wybicie przejść w murze od strony północnej.
Pickard zrobił znów pauzę, jakby dla podkreślenia znaczenia następnych słów, po czym mówił dalej:
-?Żeby bomby trafiły dokładnie w mur, trzeba zrzucić je z możliwie najmniejszej wysokości, dlatego musicie lecieć poniżej korony muru! Na szczęście po obu stronach ciągną się pola uprawne. Nie ma tam ani jednego krzaczka, sprawdzili to dokładnie nasi francuscy przyjaciele. Zaraz po zrzuceniu bomb trzeba ostro poderwać maszynę, żeby nie zawadzić o mur ani o główny budynek, którego wysokość określana jest na sześćdziesiąt stóp. W dziewięćdziesiąt sekund później dwa następne klucze przystąpią do bombardowania głównego budynku. Ich zadanie jest jeszcze, jakby to powiedzieć, delikatniejsze i bardziej precyzyjne, ponieważ te bomby muszą trafić dokładnie w pomieszczenia piwniczne. Nasi specjaliści wyliczyli, że siła wybuchu pięćsetfuntówek powinna spowodować zarysowanie, a może nawet zawalenie niektórych ścian oraz wyrwanie drzwi z futryn. Wszystko to powinno umożliwić więźniom wydostanie się z budynku, nie powodując przy tym większych ofiar. Przy okazji będziecie mogli zniszczyć także parterowe przybudówki, gdzie przebywają strażnicy.
Jeszcze raz pokazał stojącym obok pilotom właściwe skrzydło budynku.
-?Chciałbym zwrócić waszą szczególną uwagę na znaczenie zgrania w czasie. -?Pickard mówił teraz nieco szybciej. -?Powodzenie całej operacji, zarówno w powietrzu, jak i na ziemi, nie mówiąc już o waszym własnym bezpieczeństwie, będzie zależało od dokładnego przestrzegania odległości, w jakich samoloty nadlatywać będą nad obiekt. Chodzi o to, aby kolejne klucze nie odniosły uszkodzeń od eksplozji bomb ich poprzedników -?zapalniki nastawione będą na jedenastosekundowe opóźnienie -?oraz uniknęły zderzeń w powietrzu, gdyż, jak pamiętacie, maszyny przylecą z dwóch różnych kierunków. Trzecia fala skieruje się nad miasto, ściśle mówiąc nad rejon dworca kolejowego, co powinno zdezorientować Niemców co do właściwego celu nalotu. Tam będzie oczekiwać na mój sygnał. Jeżeli z jakichś powodów któryś z poprzednich kluczy nie wykona swego zadania, właśnie ona dokona poprawki. Jeżeli natomiast wszystko przebiegnie zgodnie z przewidywaniami, ma natychmiast wracać do domu. Wy -?Pickard zwrócił się teraz do oficera z czołówki filmowej i towarzyszącego mu pilota -?polecicie osobno, zaraz za drugą falą i zrobicie zdjęcia ukazujące skuteczność przeprowadzonej operacji. Ponadto na panu, Wickham, ciąży dodatkowe zadanie. W wypadku gdyby mnie się coś przydarzyło, właśnie pan, zorientowany najlepiej w sytuacji, przekaże załogom trzeciej fali sygnał nakazujący im włączenie się do akcji albo odlot. I jeszcze jedno. Wprawdzie nasze Moskity są szybsze od najlepszych niemieckich myśliwców, ale na wszelki wypadek zapewniono nam osłonę. Stanowić ją będzie 198 dywizjon Typhoonów, po dwie pary na każdą z atakujących fal. Czy wszystko jasne?
Pytań było niemało. Piloci skupili się przy modelu więzienia, "przypasowując" się do niego pod różnymi kątami i starając zapamiętać jego wygląd w różnych położeniach, nawigatorzy zaś otoczyli oficera nawigacyjnego skrzydła, który podawał im szczegóły dotyczące czasu startu i trasy dolotu. Na zakończenie odprawy raz jeszcze zabrał głos Pickard:
-?Domyślam się, że załogi każdego dywizjonu chciałyby lecieć w pierwszej fali. Ponieważ uważam jednostki naszego skrzydła za równorzędne pod względem wyszkolenia i ducha bojowego, o kolejności zadecyduje losowanie.
Wypadło ono korzystnie dla 487 nowozelandzkiego dywizjonu. Drugą falę mieli stanowić Australijczycy z 464 dywizjonu. Najbardziej markotne miny mieli Anglicy, których 21 dywizjon stanowić miał rezerwę.
U schyłku 1943 roku szereg ciężkich ciosów spadł na działające w północnej Francji organizacje ruchu oporu. Penetracja niektórych jego środowisk przez konfidentów gestapo przybrała niepokojące rozmiary i doprowadziła między innymi do zakrojonych na dużą skalę aresztowań wśród członków OCM (Organisation Civile et Militaire) w Amiens. W grudniu, podczas obławy po udanym wykolejeniu pociągu wiozącego żołnierzy na front wschodni, w więzieniach znalazło się wielu żołnierzy organizacji FTPF (Francs-Tireurs et Partisans Français) z miejscowości Mers-les-Bains. Kilkunastu z nich rozstrzelano po krótkim śledztwie, pozostali oczekiwali w celach śmierci na ten sam los.
Niepomyślny był również początek 1944 roku. Nieudana próba odbicia więźniów w Saint-Quentin pociągnęła za sobą szereg ofiar i nową falę aresztowań. Większość ujętych bojowników podziemia przesłano do więzienia w Amiens, gdzie w styczniu na przeszło 700 więźniów połowę stanowili polityczni, wśród nich wielu z wyrokami śmierci.
Byli wśród nich także agenci pracującej bezpośrednio na zlecenie Brytyjczyków siatki wywiadowczej, kierowanej w departamencie Sommy przez Dominika Ponchardier, pseudonim "Sosi", który postanowił wykorzystać swe kontakty z dowództwem aliantów i zaapelował o przeprowadzenie operacji powietrznej, mającej na celu uwolnienie więźniów.
"Sosi" zdawał sobie sprawę z ryzyka i niebezpieczeństw tego rodzaju akcji, wiedział, że na pewno będą ofiary wśród więźniów. Jednak otrzymana drogą poufną wiadomość o planowanej przez Niemców na 19 lutego 1944 roku egzekucji przeszło stu patriotów sprawiła, że zdecydował się nalegać na jej przeprowadzenie. Tylko śmiała i precyzyjnie przeprowadzona akcja lotnicza mogła uratować skazanych i dać szansę ucieczki innym, przeciwko którym toczyło się śledztwo.
Kierownictwo brytyjskiego wywiadu zapoznało z tą sprawą Ministerstwo Lotnictwa. Stamtąd musiała ona jeszcze przejść zwykłą drogę służbową. Jej pierwszym szczeblem był szef Alianckich Ekspedycyjnych Sił Powietrznych, główny marszałek lotnictwa Leigh-Mallory, który - pozytywnie ją zresztą zaopiniowawszy -?przekazał do technicznego opracowania dowódcy 2 Armii Lotnictwa Taktycznego, marszałkowi Coninghamowi. Ten z kolei postanowił skonsultować się z marszałkiem Embrym z 2 Grupy Lekkich Bombowców. Od tego momentu sprawa nabrała przyspieszenia; Embry sam uratował się w 1940 roku z niewoli przy pomocy francuskich patriotów i dowiedziawszy się o bliskim terminie egzekucji postanowił jej zapobiec.
Część podległych mu jednostek lotniczych wyposażona była w samoloty De Havilland DH.98 "Mosquito", których załogi wyspecjalizowały się w atakach z lotu niskiego na cele punktowe -?małe, niełatwe do trafienia obiekty. Znaczne sukcesy odniesiono na przykład w zwalczaniu przygotowywanych przez Niemców wyrzutni pocisków V-1, których tajemnicę nie tak dawno pomógł rozszyfrować wywiad polskiego ruchu oporu. Właśnie zalety tego sprzętu i poziom wyszkolenia lotników zamierzał Embry wykorzystać w przyszłej operacji zakodowanej jako "Renovate", którą wkrótce zmieniono na "Jerycho", nawiązując do biblijnej opowieści o zburzeniu murów obronnych potężnymi dźwiękami trąb (użycie tej nazwy stało zresztą w sprzeczności z wytycznymi Churchilla, w myśl których kryptonim planowanej operacji nie mógł nasuwać żadnych skojarzeń z jej właściwym celem).
Pierwszym krokiem do jej realizacji było przeprowadzenie rozpoznania fotograficznego. Na podstawie zdjęć Amiens i okolicy wykonano model więzienia, a następnie zażądano uzupełniających danych dotyczących samego obiektu: liczebności i rozmieszczenia straży, rozkładu dnia w więzieniu, szczegółów konstrukcji budynku. Na tej podstawie ustalono, że atak ma największe szanse powodzenia w południe, gdy większość strażników uda się -?bez broni -?do kantyny na obiad.
Eksperci pirotechnicy określili rodzaj bomb, które powinny być użyte, jak też optymalny punkt celowania.
Embry zażądał teraz ponownego skontaktowania się z Francuzami i dokładnego poinformowania ich o konsekwencjach, jakie mogą wyniknąć w wypadku błędów w celowaniu. Odpowiedź z kontynentu była jednoznaczna: więźniowie wolą zginąć od bomb sprzymierzeńców niż z rąk gestapowskich siepaczy.
Wyprawę poprowadzić miał dowódca 140 skrzydła, group captain Pickard, będący mimo młodego wieku legendarną niemal postacią w Royal Air Force. Ukończywszy w 1940 roku kolejkę lotów na Wellingtonach, pomagał w formowaniu 321 czechosłowackiego dywizjonu bombowego, który w wyjątkowo krótkim czasie doprowadził do gotowości bojowej. W następnym roku zdobył szeroką popularność, kreując rolę dowódcy załogi w półdokumentalnym filmie "Target for Tonight" (wyświetlanym zresztą i u nas zaraz po wojnie).
To właśnie on, przydzielony następnie do dywizjonu transportowych Whitleyów, odegrał zasadniczą rolę w planowaniu, przygotowaniu i przeprowadzeniu słynnego desantu na niemiecką stację radarową w Bruneval. Następny rok spędził w "Moon Squadron" -?"księżycowym dywizjonie", zadaniem którego było dokonywanie zrzutów, a także lądowań na okupowanych przez Niemców terenach i przyjmowanie na pokład agentów oraz meldunków. Mając za sobą przeszło sto lotów bojowych, Pickard stanowczo sprzeciwiał się odesłaniu go na tyły, powtarzając, że woli ryzyko, jakie czeka go w fotelu pilota, od monotonii siedzenia za biurkiem.
Po otrzymaniu dokładnych informacji o planowanej egzekucji w Amiens Embry postanowił przeprowadzić nalot w drugiej połowie lutego 1944 roku. Wytypowano załogi, zapoznano je z zadaniem, przeprowadzono szereg dodatkowych lotów ćwiczebnych, a do organizacji Ponchardiera wysłano depeszę informującą w ogólnych zarysach o sposobie przeprowadzenia ataku i nakazującą stan pogotowia w każde południe począwszy od 15 lutego.
Od tego czasu po obu stronach kanału La Manche oczekiwano już tylko na odpowiednią pogodę. A tu jak na złość od kilku dni szalała śnieżyca, redukując widoczność niemal do zera. Kolejno, 16 i 17 lutego, odwoływano operację, choć wytypowane do niej załogi trzymano nadal w nieustannej gotowości.
Ranek 18 lutego nie przyniósł zasadniczej poprawy. Chmury wisiały wciąż nisko nad ziemią i bazę 140 skrzydła -?Hunsdon w środkowej Anglii - spowijał całun gęstej, przygruntowej mgły. Prognoza była raczej pesymistyczna: nad wybrzeżami Kanału oczekiwano dalszych zamieci śnieżnych.
Dla Embry'ego i Pickarda był to dzień podjęcia ostatecznej decyzji. Rano przeprowadzono odprawę, na której ujawniono konkretny cel nalotu. Po jej zakończeniu Pickard raz jeszcze zasięgnął opinii meteorologów. Nie dawali mu wprawdzie wielkiej nadziei na zmianę warunków atmosferycznych na trasie przelotu, ale sytuacja nad Pikardią, nad samym celem, wydawała się poprawiać. Mimo to sugerowano raczej odczekanie na wykrystalizowanie się pogody. Pickard zdawał sobie jednak sprawę, że ponowne odłożenie terminu może oznaczać w praktyce fiasko całego przedsięwzięcia. Jego opinię podzielały jednomyślnie wyznaczone na lot załogi. Postanowiono startować.
O godzinie 11 pierwszy Mosquito oderwał się od pasa startowego. Za nim poszły następne. Nisko nad lotniskiem uformowano szyk i skierowano się na południe. Już po niedługim czasie samoloty znajdowały się w rejonie śnieżnej burzy. Widoczność pozioma spadła do kilku dosłownie metrów, wycieraczki z trudem dawały sobie radę z odgarnianiem coraz to nowych warstw lepkiego, wilgotnego śniegu. Cztery samoloty, po dwa z drugiej i trzeciej fali, straciły łączność z resztą zespołu. Ich załogi leciały jeszcze przez pewien czas po wyznaczonym kursie, ale nie napotykając nikogo z towarzyszy, zawróciły na macierzyste lotnisko.
Podobne trudności przeżywał dywizjon Typhoonów, startujący z południowej Anglii. Na miejsce spotkania -?nad niewielkim portem Littlehampton - stawiło się tylko osiem myśliwców. Cały zespół zszedł na minimalną wysokość, aby uniknąć przedwczesnego wykrycia przez niemieckie urządzenia radiolokacyjne, i kontynuował lot kilka metrów nad gładką na szczęście powierzchnią kanału La Manche. Pary myśliwców "przypięły się" do skrajnych maszyn poszczególnych kluczy, starając się nie utracić kontaktu wzrokowego.
Gdzieś pośrodku Kanału widoczność zaczęła się poprawiać. Samoloty nadleciały nad brzeg na północ od Dieppe, po czym skierowały się na wschód wzdłuż doliny Sommy. Po paru minutach lecący w pierwszej fali flying officer3 Hanafin zameldował, że ma awarię lewego silnika. Spod osłony wydobywała się smużka dymu, ale pilot zastopował silnik, ustawił śmigło w chorągiewkę i próbował utrzymać się w szyku. Na kilkanaście już tylko kilometrów przed celem silnik -?który pilot włączył ponownie -?znowu odmówił posłuszeństwa. Nie mogąc utrzymać potrzebnej prędkości, mając poważnie ograniczoną zwrotność, załoga musiała zawrócić. Podczas lotu powrotnego samolot został ostrzelany przez lekkie działka przeciwlotnicze i trafiony. Pilot, mimo bólu - został zraniony w okolicę kręgosłupa -?kontynuował lot, podtrzymywany przez nawigatora zastrzykami morfiny, i szczęśliwie wylądował na pierwszym własnym lotnisku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki