Egzekucji nie będzie. nr 134 - Rajmund Szubański

-
Proszę czekać

Wstęp

Na odprawę w dowódz­twie 140 skrzy­dła1 wezwane zostały tylko wybrane załogi z trzech wcho­dzą­cych w jego skład dywi­zjo­nów. Lot­ni­ków zasta­no­wiły usta­wione przed wej­ściem poste­runki żan­dar­me­rii polo­wej Royal Air Force skru­pu­lat­nie spraw­dza­jące doku­menty przy­by­wa­ją­cych. Wiele do myśle­nia dawała także obec­ność przed­sta­wi­ciela z Film Pro­duc­tion Unit -?czo­łówki fil­mo­wej RAF. Nastrój tajem­ni­czo­ści potę­go­wała wielka, zapie­czę­to­wana skrzy­nia usta­wiona na samym środku sali odpraw.

Gwar zacie­ka­wio­nych gło­sów ucichł nagle, gdy na salę, obok dowódcy skrzy­dła group cap­ta­ina2 Percy Pic­karda, wszedł nie kto inny, ale dowódca 2 grupy lek­kich bom­bow­ców, wice­mar­sza­łek lot­nic­twa Basil Embry. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że szy­kuje się coś poważ­nego.

Odprawę pro­wa­dził Pic­kard:

-?Pano­wie, zada­nie, jakie was czeka w naj­bliż­szej przy­szło­ści, jest sprawą poufną i do czasu prze­pro­wa­dze­nia ope­ra­cji nie wolno wam na jej temat roz­ma­wiać z nikim spoza tego grona. Tajem­nica obo­wią­zy­wać będzie także wtedy, gdy akcja zosta­nie prze­su­nięta lub nawet odwo­łana.

-?Zada­nie wasze jest znacz­nie trud­niej­sze i odpo­wie­dzial­niej­sze - kon­ty­nu­ował group cap­tain po chwi­lo­wej prze­rwie -?niż te, jakie dotych­czas wyko­ny­wa­li­ście. Cho­dzi tu nie tyle o znisz­cze­nie kon­kret­nego obiektu, ile o spe­cy­ficzne jego uszko­dze­nie. Wyra­ża­jąc się obra­zowo, macie doko­nać cze­goś w rodzaju roz­bi­cia puszki sar­dy­nek, ale bez naru­sze­nia zawar­to­ści. Kon­kret­nie bio­rąc, naszym celem jest jedno z wię­zień, w któ­rym ocze­kują na egze­ku­cję setki fran­cu­skich patrio­tów. Chciał­bym pod­kre­ślić, że wielu z nich dostało się tam za pomoc udzie­laną zestrze­lo­nym alianc­kim lot­ni­kom. Macie więc w tym wypadku wypeł­nić nie tylko pro­sty żoł­nier­ski obo­wią­zek, ale także doko­nać tego ze szcze­gól­nym oso­bi­stym zaan­ga­żo­wa­niem.

Group cap­tain zamilkł na chwilę i patrzył na słu­cha­czy, by spraw­dzić, jakie wra­że­nie wywarły jego słowa. Na twa­rzach lot­ni­ków malo­wało się nie tylko mło­dzień­cze zain­te­re­so­wa­nie nie­ty­po­wym zada­niem, ale widać było, że ostat­nie słowa istot­nie tra­fiały do ich serc; oto wśród codzien­nych dzia­łań, któ­rych celem było nisz­cze­nie, tra­fiało się inne, nada­rzała się spo­sob­ność doko­na­nia cze­goś odmien­nego.

Pic­kard pole­cił teraz roz­pa­ko­wa­nie i otwar­cie sto­ją­cej na środku skrzyni. Oczom obec­nych uka­zał się spo­rych roz­mia­rów model gma­chu wię­zien­nego wraz z jego oto­cze­niem. Piloci widzieli wpraw­dzie tylko naj­waż­niej­sze szcze­góły, ale uwzględ­niały one ukształ­to­wa­nie terenu, a także prze­szkody, jakie mogły utrud­niać podej­ście w locie koszą­cym: drzewa, budynki, napo­wietrzne linie tele­fo­niczne. Ogól­nie bio­rąc, mieli poję­cie, jak będzie wyglą­dał obiekt widziany z wyso­ko­ści 150 metrów i odle­gło­ści około 5 kilo­me­trów.

-?Pro­szę teraz podejść do modelu, który sta­nowi ilu­stra­cję dal­szych wyja­śnień -?pole­cił Pic­kard. -?Otóż wię­zie­nie poło­żone jest poza ostat­nimi budyn­kami mia­sta, prak­tycz­nie na wol­nej prze­strzeni - kon­ty­nu­ował, kiedy zebrani zbli­żyli się do niego. -?Na kie­runku, z któ­rego macie nad­la­ty­wać, znaj­dują się pola. Wyraź­nym szcze­gó­łem orien­ta­cyj­nym jest prze­bie­ga­jąca tuż obok szosa, wio­dąca pro­sto do mia­steczka odda­lo­nego o dwa­dzie­ścia dzie­więć kilo­me­trów. -?Zaj­rzał do trzy­ma­nych w ręku nota­tek, by spraw­dzić, czy nie popeł­nił błędu. -?Tak, dwa­dzie­ścia dzie­więć kilo­me­trów -?powtó­rzył -?czyli dokład­nie osiem­na­ście mil. Sam budy­nek ma trzy kon­dy­gna­cje, a poszcze­gólne jego skrzy­dła two­rzą coś w rodzaju krzyża o nie­re­gu­lar­nych ramio­nach. W dłuż­szym pawi­lo­nie, sto­ją­cym rów­no­le­gle do szosy, znaj­dują się oddziały: kobiecy i więź­niów kry­mi­nal­nych. Ta część wię­zie­nia nas nie inte­re­suje. Naj­krót­sze ramię, skie­ro­wane do szosy, mie­ści admi­ni­stra­cję wię­zienną, izby prze­słu­chań i inne pomiesz­cze­nia. Jego prze­dłu­że­niem jest skrzy­dło miesz­czące oddział więź­niów poli­tycz­nych, któ­rym musimy umoż­li­wić ucieczkę.

Znów prze­rwał, aby dać zebra­nym chwilę czasu na dokładne przyj­rze­nie się mode­lowi i ewen­tu­alne pyta­nia, ale nie sły­sząc żad­nych uwag cią­gnął dalej:

-?Na końcu każ­dego skrzy­dła znaj­dują się par­te­rowe przy­bu­dówki z pomiesz­cze­niami dla straży wię­zien­nej. Niż­sze budowle, które widzimy obok głów­nego gma­chu, na jego zaple­czu, to warsz­taty, maga­zyny i garaże. Całość oto­czona jest gru­bym murem z cegły. Wyso­kość jego wynosi... - Pic­kard znów poszpe­rał w notat­kach -?prze­szło sześć metrów, to zna­czy co naj­mniej dwa­dzie­ścia stóp. Nasz plan prze­wi­duje atak w trzech falach, po dwa klu­cze w każ­dej. Pierw­szy klucz nad­leci z kie­runku pół­nocno-wschod­niego, wzdłuż szosy. Zada­niem jego będzie roz­bi­cie w kilku miej­scach muru na zachod­nim odcinku. Drugi klucz odbije przed celem w lewo i zaata­kuje pod kątem pro­stym w sto­sunku do pierw­szego. Ma on zada­nie iden­tyczne: wybi­cie przejść w murze od strony pół­noc­nej.

Pic­kard zro­bił znów pauzę, jakby dla pod­kre­śle­nia zna­cze­nia następ­nych słów, po czym mówił dalej:

-?Żeby bomby tra­fiły dokład­nie w mur, trzeba zrzu­cić je z moż­li­wie naj­mniej­szej wyso­ko­ści, dla­tego musi­cie lecieć poni­żej korony muru! Na szczę­ście po obu stro­nach cią­gną się pola uprawne. Nie ma tam ani jed­nego krzaczka, spraw­dzili to dokład­nie nasi fran­cu­scy przy­ja­ciele. Zaraz po zrzu­ce­niu bomb trzeba ostro pode­rwać maszynę, żeby nie zawa­dzić o mur ani o główny budy­nek, któ­rego wyso­kość okre­ślana jest na sześć­dzie­siąt stóp. W dzie­więć­dzie­siąt sekund póź­niej dwa następne klu­cze przy­stą­pią do bom­bar­do­wa­nia głów­nego budynku. Ich zada­nie jest jesz­cze, jakby to powie­dzieć, deli­kat­niej­sze i bar­dziej pre­cy­zyjne, ponie­waż te bomby muszą tra­fić dokład­nie w pomiesz­cze­nia piw­niczne. Nasi spe­cja­li­ści wyli­czyli, że siła wybu­chu pięć­set­fun­tó­wek powinna spo­wo­do­wać zary­so­wa­nie, a może nawet zawa­le­nie nie­któ­rych ścian oraz wyrwa­nie drzwi z futryn. Wszystko to powinno umoż­li­wić więź­niom wydo­sta­nie się z budynku, nie powo­du­jąc przy tym więk­szych ofiar. Przy oka­zji będzie­cie mogli znisz­czyć także par­te­rowe przy­bu­dówki, gdzie prze­by­wają straż­nicy.

Jesz­cze raz poka­zał sto­ją­cym obok pilo­tom wła­ściwe skrzy­dło budynku.

-?Chciał­bym zwró­cić waszą szcze­gólną uwagę na zna­cze­nie zgra­nia w cza­sie. -?Pic­kard mówił teraz nieco szyb­ciej. -?Powo­dze­nie całej ope­ra­cji, zarówno w powie­trzu, jak i na ziemi, nie mówiąc już o waszym wła­snym bez­pie­czeń­stwie, będzie zale­żało od dokład­nego prze­strze­ga­nia odle­gło­ści, w jakich samo­loty nad­la­ty­wać będą nad obiekt. Cho­dzi o to, aby kolejne klu­cze nie odnio­sły uszko­dzeń od eks­plo­zji bomb ich poprzed­ni­ków -?zapal­niki nasta­wione będą na jede­na­sto­se­kun­dowe opóź­nie­nie -?oraz unik­nęły zde­rzeń w powie­trzu, gdyż, jak pamię­ta­cie, maszyny przy­lecą z dwóch róż­nych kie­run­ków. Trze­cia fala skie­ruje się nad mia­sto, ści­śle mówiąc nad rejon dworca kole­jo­wego, co powinno zdez­o­rien­to­wać Niem­ców co do wła­ści­wego celu nalotu. Tam będzie ocze­ki­wać na mój sygnał. Jeżeli z jakichś powo­dów któ­ryś z poprzed­nich klu­czy nie wykona swego zada­nia, wła­śnie ona dokona poprawki. Jeżeli nato­miast wszystko prze­bie­gnie zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami, ma natych­miast wra­cać do domu. Wy -?Pic­kard zwró­cił się teraz do ofi­cera z czo­łówki fil­mo­wej i towa­rzy­szą­cego mu pilota -?pole­ci­cie osobno, zaraz za drugą falą i zro­bi­cie zdję­cia uka­zu­jące sku­tecz­ność prze­pro­wa­dzo­nej ope­ra­cji. Ponadto na panu, Wic­kham, ciąży dodat­kowe zada­nie. W wypadku gdyby mnie się coś przy­da­rzyło, wła­śnie pan, zorien­to­wany naj­le­piej w sytu­acji, prze­każe zało­gom trze­ciej fali sygnał naka­zu­jący im włą­cze­nie się do akcji albo odlot. I jesz­cze jedno. Wpraw­dzie nasze Moskity są szyb­sze od naj­lep­szych nie­miec­kich myśliw­ców, ale na wszelki wypa­dek zapew­niono nam osłonę. Sta­no­wić ją będzie 198 dywi­zjon Typho­onów, po dwie pary na każdą z ata­ku­ją­cych fal. Czy wszystko jasne?

Pytań było nie­mało. Piloci sku­pili się przy modelu wię­zie­nia, "przy­pa­so­wu­jąc" się do niego pod róż­nymi kątami i sta­ra­jąc zapa­mię­tać jego wygląd w róż­nych poło­że­niach, nawi­ga­to­rzy zaś oto­czyli ofi­cera nawi­ga­cyj­nego skrzy­dła, który poda­wał im szcze­góły doty­czące czasu startu i trasy dolotu. Na zakoń­cze­nie odprawy raz jesz­cze zabrał głos Pic­kard:

-?Domy­ślam się, że załogi każ­dego dywi­zjonu chcia­łyby lecieć w pierw­szej fali. Ponie­waż uwa­żam jed­nostki naszego skrzy­dła za rów­no­rzędne pod wzglę­dem wyszko­le­nia i ducha bojo­wego, o kolej­no­ści zade­cy­duje loso­wa­nie.

Wypa­dło ono korzyst­nie dla 487 nowo­ze­landz­kiego dywi­zjonu. Drugą falę mieli sta­no­wić Austra­lij­czycy z 464 dywi­zjonu. Naj­bar­dziej mar­kotne miny mieli Anglicy, któ­rych 21 dywi­zjon sta­no­wić miał rezerwę.

U schyłku 1943 roku sze­reg cięż­kich cio­sów spadł na dzia­ła­jące w pół­noc­nej Fran­cji orga­ni­za­cje ruchu oporu. Pene­tra­cja nie­któ­rych jego śro­do­wisk przez kon­fi­den­tów gestapo przy­brała nie­po­ko­jące roz­miary i dopro­wa­dziła mię­dzy innymi do zakro­jo­nych na dużą skalę aresz­to­wań wśród człon­ków OCM (Orga­ni­sa­tion Civile et Mili­ta­ire) w Amiens. W grud­niu, pod­czas obławy po uda­nym wyko­le­je­niu pociągu wio­zą­cego żoł­nie­rzy na front wschodni, w wię­zie­niach zna­la­zło się wielu żoł­nie­rzy orga­ni­za­cji FTPF (Francs-Tireurs et Par­ti­sans Français) z miej­sco­wo­ści Mers-les-Bains. Kil­ku­na­stu z nich roz­strze­lano po krót­kim śledz­twie, pozo­stali ocze­ki­wali w celach śmierci na ten sam los.

Nie­po­myślny był rów­nież począ­tek 1944 roku. Nie­udana próba odbi­cia więź­niów w Saint-Quen­tin pocią­gnęła za sobą sze­reg ofiar i nową falę aresz­to­wań. Więk­szość uję­tych bojow­ni­ków pod­zie­mia prze­słano do wię­zie­nia w Amiens, gdzie w stycz­niu na prze­szło 700 więź­niów połowę sta­no­wili poli­tyczni, wśród nich wielu z wyro­kami śmierci.

Byli wśród nich także agenci pra­cu­ją­cej bez­po­śred­nio na zle­ce­nie Bry­tyj­czy­ków siatki wywia­dow­czej, kie­ro­wa­nej w depar­ta­men­cie Sommy przez Domi­nika Pon­char­dier, pseu­do­nim "Sosi", który posta­no­wił wyko­rzy­stać swe kon­takty z dowódz­twem alian­tów i zaape­lo­wał o prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji powietrz­nej, mają­cej na celu uwol­nie­nie więź­niów.

"Sosi" zda­wał sobie sprawę z ryzyka i nie­bez­pie­czeństw tego rodzaju akcji, wie­dział, że na pewno będą ofiary wśród więź­niów. Jed­nak otrzy­mana drogą poufną wia­do­mość o pla­no­wa­nej przez Niem­ców na 19 lutego 1944 roku egze­ku­cji prze­szło stu patrio­tów spra­wiła, że zde­cy­do­wał się nale­gać na jej prze­pro­wa­dze­nie. Tylko śmiała i pre­cy­zyj­nie prze­pro­wa­dzona akcja lot­ni­cza mogła ura­to­wać ska­za­nych i dać szansę ucieczki innym, prze­ciwko któ­rym toczyło się śledz­two.

Kie­row­nic­two bry­tyj­skiego wywiadu zapo­znało z tą sprawą Mini­ster­stwo Lot­nic­twa. Stam­tąd musiała ona jesz­cze przejść zwy­kłą drogę służ­bową. Jej pierw­szym szcze­blem był szef Alianc­kich Eks­pe­dy­cyj­nych Sił Powietrz­nych, główny mar­sza­łek lot­nic­twa Leigh-Mal­lory, który - pozy­tyw­nie ją zresztą zaopi­nio­waw­szy -?prze­ka­zał do tech­nicz­nego opra­co­wa­nia dowódcy 2 Armii Lot­nic­twa Tak­tycz­nego, mar­szał­kowi Conin­gha­mowi. Ten z kolei posta­no­wił skon­sul­to­wać się z mar­szał­kiem Embrym z 2 Grupy Lek­kich Bom­bow­ców. Od tego momentu sprawa nabrała przy­spie­sze­nia; Embry sam ura­to­wał się w 1940 roku z nie­woli przy pomocy fran­cu­skich patrio­tów i dowie­dziaw­szy się o bli­skim ter­mi­nie egze­ku­cji posta­no­wił jej zapo­biec.

Część pod­le­głych mu jed­no­stek lot­ni­czych wypo­sa­żona była w samo­loty De Havil­land DH.98 "Mosqu­ito", któ­rych załogi wyspe­cja­li­zo­wały się w ata­kach z lotu niskiego na cele punk­towe -?małe, nie­ła­twe do tra­fie­nia obiekty. Znaczne suk­cesy odnie­siono na przy­kład w zwal­cza­niu przy­go­to­wy­wa­nych przez Niem­ców wyrzutni poci­sków V-1, któ­rych tajem­nicę nie tak dawno pomógł roz­szy­fro­wać wywiad pol­skiego ruchu oporu. Wła­śnie zalety tego sprzętu i poziom wyszko­le­nia lot­ni­ków zamie­rzał Embry wyko­rzy­stać w przy­szłej ope­ra­cji zako­do­wa­nej jako "Reno­vate", którą wkrótce zmie­niono na "Jery­cho", nawią­zu­jąc do biblij­nej opo­wie­ści o zbu­rze­niu murów obron­nych potęż­nymi dźwię­kami trąb (uży­cie tej nazwy stało zresztą w sprzecz­no­ści z wytycz­nymi Chur­chilla, w myśl któ­rych kryp­to­nim pla­no­wa­nej ope­ra­cji nie mógł nasu­wać żad­nych sko­ja­rzeń z jej wła­ści­wym celem).

Pierw­szym kro­kiem do jej reali­za­cji było prze­pro­wa­dze­nie roz­po­zna­nia foto­gra­ficz­nego. Na pod­sta­wie zdjęć Amiens i oko­licy wyko­nano model wię­zie­nia, a następ­nie zażą­dano uzu­peł­nia­ją­cych danych doty­czą­cych samego obiektu: liczeb­no­ści i roz­miesz­cze­nia straży, roz­kładu dnia w wię­zie­niu, szcze­gó­łów kon­struk­cji budynku. Na tej pod­sta­wie usta­lono, że atak ma naj­więk­sze szanse powo­dze­nia w połu­dnie, gdy więk­szość straż­ni­ków uda się -?bez broni -?do kan­tyny na obiad.

Eks­perci piro­tech­nicy okre­ślili rodzaj bomb, które powinny być użyte, jak też opty­malny punkt celo­wa­nia.

Embry zażą­dał teraz ponow­nego skon­tak­to­wa­nia się z Fran­cu­zami i dokład­nego poin­for­mo­wa­nia ich o kon­se­kwen­cjach, jakie mogą wynik­nąć w wypadku błę­dów w celo­wa­niu. Odpo­wiedź z kon­ty­nentu była jed­no­znaczna: więź­nio­wie wolą zgi­nąć od bomb sprzy­mie­rzeń­ców niż z rąk gesta­pow­skich sie­pa­czy.

Wyprawę popro­wa­dzić miał dowódca 140 skrzy­dła, group cap­tain Pic­kard, będący mimo mło­dego wieku legen­darną nie­mal posta­cią w Royal Air Force. Ukoń­czyw­szy w 1940 roku kolejkę lotów na Wel­ling­to­nach, poma­gał w for­mo­wa­niu 321 cze­cho­sło­wac­kiego dywi­zjonu bom­bo­wego, który w wyjąt­kowo krót­kim cza­sie dopro­wa­dził do goto­wo­ści bojo­wej. W następ­nym roku zdo­był sze­roką popu­lar­ność, kreu­jąc rolę dowódcy załogi w pół­do­ku­men­tal­nym fil­mie "Tar­get for Toni­ght" (wyświe­tla­nym zresztą i u nas zaraz po woj­nie).

To wła­śnie on, przy­dzie­lony następ­nie do dywi­zjonu trans­por­to­wych Whi­tleyów, ode­grał zasad­ni­czą rolę w pla­no­wa­niu, przy­go­to­wa­niu i prze­pro­wa­dze­niu słyn­nego desantu na nie­miecką sta­cję rada­rową w Bru­ne­val. Następny rok spę­dził w "Moon Squ­adron" -?"księ­ży­co­wym dywi­zjo­nie", zada­niem któ­rego było doko­ny­wa­nie zrzu­tów, a także lądo­wań na oku­po­wa­nych przez Niem­ców tere­nach i przyj­mo­wa­nie na pokład agen­tów oraz mel­dun­ków. Mając za sobą prze­szło sto lotów bojo­wych, Pic­kard sta­now­czo sprze­ci­wiał się ode­sła­niu go na tyły, powta­rza­jąc, że woli ryzyko, jakie czeka go w fotelu pilota, od mono­to­nii sie­dze­nia za biur­kiem.

Po otrzy­ma­niu dokład­nych infor­ma­cji o pla­no­wa­nej egze­ku­cji w Amiens Embry posta­no­wił prze­pro­wa­dzić nalot w dru­giej poło­wie lutego 1944 roku. Wyty­po­wano załogi, zapo­znano je z zada­niem, prze­pro­wa­dzono sze­reg dodat­ko­wych lotów ćwi­czeb­nych, a do orga­ni­za­cji Pon­char­diera wysłano depe­szę infor­mu­jącą w ogól­nych zary­sach o spo­so­bie prze­pro­wa­dze­nia ataku i naka­zu­jącą stan pogo­to­wia w każde połu­dnie począw­szy od 15 lutego.

Od tego czasu po obu stro­nach kanału La Man­che ocze­ki­wano już tylko na odpo­wied­nią pogodę. A tu jak na złość od kilku dni sza­lała śnie­życa, redu­ku­jąc widocz­ność nie­mal do zera. Kolejno, 16 i 17 lutego, odwo­ły­wano ope­ra­cję, choć wyty­po­wane do niej załogi trzy­mano na­dal w nie­ustan­nej goto­wo­ści.

Ranek 18 lutego nie przy­niósł zasad­ni­czej poprawy. Chmury wisiały wciąż nisko nad zie­mią i bazę 140 skrzy­dła -?Huns­don w środ­ko­wej Anglii - spo­wi­jał całun gęstej, przy­grun­to­wej mgły. Pro­gnoza była raczej pesy­mi­styczna: nad wybrze­żami Kanału ocze­ki­wano dal­szych zamieci śnież­nych.

Dla Embry'ego i Pic­karda był to dzień pod­ję­cia osta­tecz­nej decy­zji. Rano prze­pro­wa­dzono odprawę, na któ­rej ujaw­niono kon­kretny cel nalotu. Po jej zakoń­cze­niu Pic­kard raz jesz­cze zasię­gnął opi­nii mete­oro­lo­gów. Nie dawali mu wpraw­dzie wiel­kiej nadziei na zmianę warun­ków atmos­fe­rycz­nych na tra­sie prze­lotu, ale sytu­acja nad Pikar­dią, nad samym celem, wyda­wała się popra­wiać. Mimo to suge­ro­wano raczej odcze­ka­nie na wykry­sta­li­zo­wa­nie się pogody. Pic­kard zda­wał sobie jed­nak sprawę, że ponowne odło­że­nie ter­minu może ozna­czać w prak­tyce fia­sko całego przed­się­wzię­cia. Jego opi­nię podzie­lały jed­no­myśl­nie wyzna­czone na lot załogi. Posta­no­wiono star­to­wać.

O godzi­nie 11 pierw­szy Mosqu­ito ode­rwał się od pasa star­to­wego. Za nim poszły następne. Nisko nad lot­ni­skiem ufor­mo­wano szyk i skie­ro­wano się na połu­dnie. Już po nie­dłu­gim cza­sie samo­loty znaj­do­wały się w rejo­nie śnież­nej burzy. Widocz­ność pozioma spa­dła do kilku dosłow­nie metrów, wycie­raczki z tru­dem dawały sobie radę z odgar­nia­niem coraz to nowych warstw lep­kiego, wil­got­nego śniegu. Cztery samo­loty, po dwa z dru­giej i trze­ciej fali, stra­ciły łącz­ność z resztą zespołu. Ich załogi leciały jesz­cze przez pewien czas po wyzna­czo­nym kur­sie, ale nie napo­ty­ka­jąc nikogo z towa­rzy­szy, zawró­ciły na macie­rzy­ste lot­ni­sko.

Podobne trud­no­ści prze­ży­wał dywi­zjon Typho­onów, star­tu­jący z połu­dnio­wej Anglii. Na miej­sce spo­tka­nia -?nad nie­wiel­kim por­tem Lit­tle­hamp­ton - sta­wiło się tylko osiem myśliw­ców. Cały zespół zszedł na mini­malną wyso­kość, aby unik­nąć przed­wcze­snego wykry­cia przez nie­miec­kie urzą­dze­nia radio­lo­ka­cyjne, i kon­ty­nu­ował lot kilka metrów nad gładką na szczę­ście powierzch­nią kanału La Man­che. Pary myśliw­ców "przy­pięły się" do skraj­nych maszyn poszcze­gól­nych klu­czy, sta­ra­jąc się nie utra­cić kon­taktu wzro­ko­wego.

Gdzieś pośrodku Kanału widocz­ność zaczęła się popra­wiać. Samo­loty nad­le­ciały nad brzeg na pół­noc od Dieppe, po czym skie­ro­wały się na wschód wzdłuż doliny Sommy. Po paru minu­tach lecący w pierw­szej fali fly­ing offi­cer3 Hana­fin zamel­do­wał, że ma awa­rię lewego sil­nika. Spod osłony wydo­by­wała się smużka dymu, ale pilot zasto­po­wał sil­nik, usta­wił śmi­gło w cho­rą­giewkę i pró­bo­wał utrzy­mać się w szyku. Na kil­ka­na­ście już tylko kilo­me­trów przed celem sil­nik -?który pilot włą­czył ponow­nie -?znowu odmó­wił posłu­szeń­stwa. Nie mogąc utrzy­mać potrzeb­nej pręd­ko­ści, mając poważ­nie ogra­ni­czoną zwrot­ność, załoga musiała zawró­cić. Pod­czas lotu powrot­nego samo­lot został ostrze­lany przez lek­kie działka prze­ciw­lot­ni­cze i tra­fiony. Pilot, mimo bólu - został zra­niony w oko­licę krę­go­słupa -?kon­ty­nu­ował lot, pod­trzy­my­wany przez nawi­ga­tora zastrzy­kami mor­finy, i szczę­śli­wie wylą­do­wał na pierw­szym wła­snym lot­ni­sku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki