Rozdział 1. Próba sił
Drzwi cicho skrzypnęły i w progu pojawiła się mama. Wystarczyło jedno spojrzenie Roberta na nią, aby chłopiec zrozumiał, co go zaraz czeka. Nie trzeba było żadnych słów - doskonale znał ten błysk w jej oku.
- Już sprzątam - rzucił i niechętnie podszedł do krzesła, po raz kolejny zastanawiając się, dlaczego mamie tak bardzo przeszkadza kilka porozrzucanych piłkarskich koszulek, getrów i bluz. Góra ubrań przecież nikogo nie zabiła, a prezentowała się doprawdy imponująco. I co najważniejsze: do tej pory nie runęła na podłogę!
- I niech ci nie przyjdzie do głowy zostawić w pokoju tego, co masz na sobie. - Pani Ewa znacząco spojrzała na jeszcze niedawno białą, a obecnie bardzo już brudną i pomiętą koszulę, która wystawała ze spodni syna. - Najlepiej od razu wrzuć do prania - dodała, aby uniknąć dalszych nieporozumień.
- Jasne... - mruknął Robert, choć jeszcze kilka minut temu zamierzał koszulą udekorować szczyt swojej ubraniowej piramidy.
- Cieszę się, że tak doskonale się rozumiemy - skwitowała mama. Wychodząc z pokoju, jeszcze raz spojrzała na górę ubrań. Na samym spodzie dostrzegła ulubioną koszulkę syna. - Radziłabym zacząć porządki od góry. Będzie łatwiej - zasugerowała z przekąsem i zamknęła za sobą drzwi.
- Dzięki za radę - wymamrotał Robert, po czym zgodnie z przewidywaniami mamy sięgnął na sam spód po swój ulubiony T-shirt.
Koszulka nie dawała się jednak łatwo wyciągnąć. Chłopak szarpnął mocniej, a wtedy krzesło niebezpiecznie zachybotało. Po chwili kolorowa piramida runęła na podłogę i zamieniła się w prawdziwe pobojowisko.
- Eh - jęknął Robert.
W tej samej chwili z oddali usłyszał głos mamy:
- A nie mówiłam?
- Eh - jęknął ponownie i niechętnie zaczął zbierać porozrzucane ubrania.
"No to ciekawie zapowiada się ten wolny tydzień" - pomyślał. Nie ma to jak zacząć majówkę od porządków. Zresztą co to za długi weekend, kiedy większość kolegów z klasy gdzieś wyjeżdża, a on musi siedzieć w domu. I żeby chociaż mógł tylko siedzieć! W najbliższych dniach będzie musiał się uczyć durnej geografii. Gdyby nie ten ostatni nieszczęsny sprawdzian... Na samą myśl o nauce Robert ze złością przerzucił wszystkie ubrania z podłogi na łóżko. Dorzucił jeszcze koszulę i dżinsy, a potem sam padł na stertę ubrań. Nikt nie powinien mieć do niego pretensji, że wolał przygotować się do wiosennej spartakiady niż do klasówki z geografii. Gdyby nie trenował, jego drużyna nigdy by nie zdobyła złota w sztafecie. To dzięki niemu wyszli na prowadzenie. A wydawało się, że po słabym biegu Kowalika nie mieli już żadnych szans. Robert zawziął się wtedy, dał z siebie wszystko i dosłownie na ostatnich metrach przegonił Franka z 6 c. Ale tamten miał minę! A czy ktoś potrafi docenić gola, którego z kolei strzelił w ćwierćfinale szkolnych rozgrywek? Wszyscy już ich skreślili, a wtedy on...
- Robert, pospiesz się! - Krzyk mamy przerwał rozmyślania chłopca. - Zaraz nakładam obiad.
- Już lecę! - zawołał, nie ruszając się z miejsca. Myślami wrócił do meczu, do jego najlepszej części. Przypomniał sobie, jak przejął piłkę spod samej bramki przeciwnika, przebiegł z nią przez całe boisko i strzelił gola tuż przed ostatnim gwizdkiem. W ten sposób zremisowali i mieli szansę na kolejne mecze.
- Idziesz? - W pokoju pojawiła się niespodziewanie Zuza. - Mama i Ala już czekają.
- Yhy - wymamrotał jedynie Robert. W myślach już planował powtórzyć swoją wielką akcję na dzisiejszym treningu.
- Hej? - dopytywała się Zuza, jednocześnie spoglądając na starszego brata z irytacją. - Czekamy na ciebie.
- Idę, idę, przecież widzisz - odparł zamyślony, nadal leżąc, jak leżał.
- No właśnie nie widzę - zauważyła celnie dziewczynka, poprawiając na głowie swoją nową opaskę. - A mama wołała cię już ze dwa razy.
- Tak...? - Robert nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w ścianę przed sobą. W głowie miał już ułożony cały plan ataku. Adaś zagra na lewym skrzydle, on jak zawsze na prawym...
- Tak! - krzyknęła Zuzka, kręcąc głową z dezaprobatą. Nagle uśmiechnęła się przebiegle i dodała: - Dzisiaj są kopytka z sosem pieczarkowym.
- Kopytka? - zainteresował się nagle Robert, zupełnie zapominając o treningu. - A to trzeba było od razu mówić! Jestem wściekle głodny! - Błyskawicznie minął siostrę i popędził na dół, wołając: - Już lecę, mamo!
Zuzia ponownie pokręciła głową z dezaprobatą i niespiesznie ruszyła za bratem.
- Na twoim miejscu bym coś na siebie założyła - mruknęła zadowolona do siebie.
Tymczasem Robert - w samych skarpetkach i bokserkach - był już na dole. Chwilę później z kuchni rozległo się donośne: "Aaaaa!", po którym nastąpił nerwowy chichot. Chłopiec z wypiekami na twarzy wybiegł z pomieszczenia i popędził z powrotem na górę.
- Judasz! - syknął, mijając siostrę na schodach.
- No co? - Zuzia wzruszyła ramionami. - Mówiłam ci, że jest Ala, tylko mnie nie słuchałeś. Przecież już wczoraj ją zaprosiłam.
Robert wpadł do swojego pokoju i szybko się ubrał. Nie wrócił od razu do kuchni: czekał, nasłuchując, aż Zuzka z Alą wyniosą się stamtąd. Dopiero kiedy teren był czysty, zdecydował się zejść na obiad. Błyskawicznie pochłaniał swoje kopytka i co chwila zerkał za okno. Zuzka z Alą rysowały kredą na tarasie, a on nie chciał przegapić momentu, w którym zabawa im się znudzi i postanowią wrócić do domu. O nie, nie da im tej satysfakcji. Nie miał zamiaru ponownie spotkać się ze swoją durną siostrą, a tym bardziej z jej złośliwą przyjaciółką. Był pewien, że do tej pory obie śmiały się z niego. Całe szczęście, że właśnie zaczęła się majówka i smarkule nie będą miały okazji opowiedzieć w szkole o jego wpadce.
- Spokojnie, zdążysz! Nikt ci obiadu nie zje - rzuciła mama, wchodząc do kuchni z pojemnikiem borówek w ręku.
- Muszę skończyć, zanim wrócą - odparł Robert i ze złością nabił na widelec kolejne kopytko. - Nie mam zamiaru widzieć się z tymi wariatkami.
- Czyli nie zjesz z nami deseru? - zapytała pani Ewa z niewinnym uśmiechem. - Kupiłam lody i bitą śmietanę.
Robert zawahał się przez chwilę.
- Wezmę deser na górę - oświadczył zdecydowanym głosem. - Mam swój honor.
Mama pokręciła głową ze śmiechem.
- A tyle razy ci mówiłam, żebyś nie latał bez koszulki - przypomniała i zaraz dodała z przekąsem: - Oczywiście nie pomyślałam, że powinnam ci też przypominać, żebyś chodził w spodniach...
- Mamoooo! Nie żartuj sobie. - Robert spojrzał na nią z oburzeniem. - Mam nadzieję, że Alka teraz gdzieś wyjedzie i będzie trochę spokoju. Przecież ona codziennie u nas przesiaduje! - dodał z wyrzutem.
- Tym bardziej powinieneś przykładać wagę do swojego stroju - zauważyła mama, nakładając do pucharków kopiaste porcje lodów. - Swoją drogą, Ala to przemiła dziewczynka i myślę, że dzisiejsze spotkanie bardziej zawstydziło ją niż ciebie.
- Akurat - odparł nieprzekonany Robert. - Obie z Zuzką tylko czyhają na okazję, żeby mi dogryźć. Ale niech tylko któraś z nich piśnie o tym choć jedno słówko... - Mówiąc to, energicznie nabił na widelec ostatnie kopytko.
- No, no, koniec z tymi pogróżkami. Trzeba mieć do siebie trochę dystansu - zwróciła mu uwagę mama.
- Tak, dystansu - powtórzył zniechęcony Robert. - Łatwo ci mówić, bo to nie o tobie będą opowiadać jakieś niestworzone historie.
- Wcale nie takie niestworzone... - mrugnęła wesoło mama, ale widząc, że syn nie ma ochoty do żartów, nie kontynuowała tematu. Potargała tylko z czułością jego ciemne włosy. - Na pewno nie zjesz z nami? - spytała.
- O nie! - odparł zdecydowanie Robert, wstawiając pusty talerz do zmywarki. - Wezmę deser do swojego pokoju! - dodał i szybko chwycił pucharek z lodami.
- Tylko zejdź za godzinę! - krzyknęła pani Ewa za synem. - Żebyś zdążył do dziadka.
- Do dziadka? - Robert zatrzymał się w pół kroku. - Dzisiaj?
- Mhm - potwierdziła mama, oblizując łyżkę po lodach. - Zapomniałam ci powiedzieć: dzwonił dziadek Staś i prosił, żebyś koniecznie do niego wpadł o osiemnastej.
- Wpadnę jutro - zdecydował chłopak i ruszył w stronę schodów. - Zaraz do niego zadzwonię. Wieczorem mam trening.
- Robert, stój!
Chłopiec dobrze znał ten ton głosu. Gdy się odwrócił, mama już stała w przedpokoju.
- To musi być coś ważnego - powiedziała. - Dziadek bardzo prosił, żebyś przyszedł dzisiaj, dlatego pójdziesz do niego zamiast na trening.
- Ale mamo... - jęknął Robert. - Dziś mam sparing z Wrzoścem... A dziadek nigdzie się nie wybiera. Równie dobrze mogę wpaść do niego jutro, z samego rana.
- Nie - sprzeciwiła się zdecydowanie mama.
Robert wiedział, że dalsza dyskusja nie ma sensu, jednak pragnienie pójścia na trening było zbyt silne.
- Mamo, ja muszę dziś zagrać - wyjęczał. - Nie mogę zawieść drużyny.
- Przede wszystkim nie możesz zawieść dziadka Stasia - oświadczyła mama, celując w syna błyszczącą łyżką. - Chyba nie muszę ci przypominać, że dziadek zawsze miał i ma dla ciebie czas, gdy tego potrzebujesz. I nieważne, czy jest akurat zajęty, czy nie. Raz w życiu ty też możesz zrezygnować dla niego ze swoich przyjemności, prawda?
- Prawda - mruknął Robert i zawiedziony zaczął wspinać się na górę. W słownej potyczce z mamą nigdy nie miał szans.
Gdy dotarł do siebie, opadł na łóżko i ciężko westchnął. Marzenie o pięknym meczu prysnęło jak bańka mydlana. Miał być bohaterem boiska, a będzie ofiarą żartów dwóch starszych panów. Robert doskonale wiedział, że w piątkowe popołudnia dziadka Staszka od niepamiętnych czasów odwiedza jego dobry kolega, Tadeusz. Mężczyzna był mistrzem złośliwości, uwielbiał czarny humor i niewybredne żarty, których obiektem - nie wiadomo czemu - zawsze stawał się Robert.
- Eh... - Chłopak westchnął ponownie i z żalem spojrzał na apetyczny pucharek. Może deser zdoła poprawić mu humor. Ciotka Maja twierdziła, że na wszystkie problemy najlepsze są właśnie lody. Robert powoli nabrał deser na łyżeczkę. Wszystko było pyszne, ale to nie zmieniało jego sytuacji. Rozgoryczony nabrał kolejną porcję. Jadł bez pośpiechu, przepełniony żalem na cały świat. I wtedy w głowie zaświtała mu pewna myśl. Zerknął na zegarek i zaczął pochłaniać lody w błyskawicznym tempie.