Ekonomia dla ciekawych - Witold M. Orłowski

Kup ebooka

33.90 zł
26.44 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Porwa­nie prze­mą­drza­łego Pro­fe­sora

- Ale bieda - mruk­nął ponuro Kuba, patrząc na wyświe­tla­jące się w szkol­nej apli­ka­cji ogło­sze­nie.

- Co znowu? - spy­tała nie­chęt­nie Majka, prze­ry­wa­jąc roz­mowę z pie­go­watą Wiką. - Dyr­cio wykom­bi­no­wał coś nowego?

- Tak, godzinę eks­tra­nudy. Jutro o jede­na­stej spo­tka­nie z jakimś dzia­der­sem... pro­fe­so­rem od eko­no­mii. Będzie nawi­jał o tym, że całe życie trzeba się uczyć i zasu­wać do pracy.

- A potem umrzeć ze zmę­cze­nia - pod­su­mo­wał Olek. - Nie po to czło­wiek żyje, żeby cały czas tyrać i odda­wać pie­nią­dze pań­stwu. Albo cwa­nia­kom z kor­po­ra­cji. Ja nie mam zamiaru.

- A ty wciąż ten sam tekst o pań­stwie i korpo. - Julka się skrzy­wiła, odry­wa­jąc wzrok od ekranu smart­fona. - Nic lep­szego nie przy­cho­dzi ci do głowy?

- Aku­rat z korpo to w sumie ma rację - ode­zwał się sie­dzący obok rudo­włosy Michał, choć jego też pochła­niał smart­fon. - Mega­ściema i oszu­stwo, cały świat usta­wili tak, żeby zara­biać i wyzy­ski­wać ludzi... A samemu tylko grać w golfa.

Było cie­płe kwiet­niowe popo­łu­dnie i cała szóstka powoli zbie­rała się do domu po dłu­gim dniu spę­dzo­nym na mat­mie, pol­skim i fizyce. Na razie sie­dzieli jesz­cze na beto­no­wych pły­tach, dawno temu porzu­co­nych przez bez­tro­skich robot­ni­ków budu­ją­cych w sąsiedz­twie pawi­lon han­dlowy.

- Milutko - rzu­ciła zaczep­nie Wika, zer­ka­jąc kątem oka na Olka. - Od razu widać, że się kli­mat ocie­pla.

- O, jest nawet fil­mik, jak się topi lodo­wiec - dodała Majka i zaczęła szu­kać w smart­fo­nie.

- Tata mówi, że to bred­nie - dał się spro­wo­ko­wać Olek. - Zawsze było tak, że kli­mat się ocie­plał, a potem schła­dzał. A tak naprawdę cho­dzi tylko o kasę dla kor­po­ra­cji.

- Pew­nie - poparł go natych­miast Kuba. - Ame­ry­ka­nie i Chiń­czycy na tym zaro­bią, a my będziemy tylko wię­cej pła­cić za prąd, bo tak każe Unia Euro­pej­ska.

- Aleś ty głupi! - nie wytrzy­mała Julka. - Trzeba pła­cić wię­cej za prąd, żeby było czy­ste powie­trze... a nie smog. - Schwy­ciła się za szyję i zade­mon­stro­wała dusze­nie się od smogu, koń­cząc popis kon­wul­sjami i kop­nię­ciem Kuby w kostkę.

- Jasne, trzeba chro­nić śro­do­wi­sko! - włą­czyła się Majka. - W ogóle wszystko powinno być eko. Ochrona śro­do­wi­ska kosz­tuje.

- To może chcesz też pła­cić za dostęp do netu? - oży­wił się Michał. - Już kom­bi­nują, jak za wszystko, co ścią­gasz, brać kasę. Kor­po­ra­cje chcą tylko wię­cej zaro­bić... i ciąć koszty. Tatę kolegi zwol­nili z fabryki i musiał pójść na kurs kom­pu­te­rowy. Uczą go niby total­nej sta­rzy­zny, ale teraz stale chce spraw­dzać, co zio­mek ogląda w sieci. Nor­mal­nie hor­ror!

Przez chwilę mil­czeli, wyobra­ża­jąc sobie, co by było, gdyby to ich rodzice stra­cili pracę i zajęli się kon­tro­lo­wa­niem, co robią w necie. W końcu ciszę prze­rwała Julka.

- Tatę tego ziomka musieli zwol­nić, bo firma ban­kru­to­wała. Nie mam zamiaru kupo­wać badzie­wia, żeby tylko jakaś fabryczka nie padła. Wolisz kupo­wać gorzej i dro­żej?

- Wcale nie musi być dro­żej - odciął się Michał. - Sąsiad mówi, że rząd powi­nien dopła­cać do pro­duk­cji, bo to jest bar­dzo ważna sprawa dla kraju.

- Tak, pro­duk­cja powinna być pol­ska - dodał Kuba. - Bo ina­czej ludzie stracą pracę.

- I tak stracą pracę, bo ich zastą­pią Chiń­czycy. Im wystar­czy miska ryżu zamiast wypłaty. A potem ludzi będą zastę­po­wać roboty, które wypro­du­kują Ame­ry­ka­nie... albo Chiń­czycy - smutno stwier­dziła Wika.

- No to Ame­ry­ka­nie czy Chiń­czycy? - upew­niła się Julka. - Ale to chyba dobrze, że robią coraz lep­sze roboty i kom­pu­tery. Chcesz kupo­wać prze­sta­rzałe badzie­wie?

- Przede wszyst­kim nie chcę od świtu do nocy tyrać jak jakiś Chiń­czyk - odgry­zła się Wika. - A w korpo tylko cze­kają na to, żeby mnie przy­kuć do kompa i pła­cić gro­sze.

- Bo sta­rzy wzięli wszyst­kie dobre posady, są pre­ze­sami i cały dzień grają w golfa, a nas chcą wyzy­ski­wać - dodał Michał, uzy­sku­jąc apro­bu­jące mruk­nię­cie ze strony Kuby. - Korpo to wyży­maczki.

- To w ogóle jakiś mega­ab­surd - oznaj­miła Wika. - Kuzynka stu­diuje w Niem­czech i dora­bia latem jako kel­nerka. Robi to samo, co kie­dyś robiła w Pol­sce, ale za trzy razy więk­szą kasę. I jesz­cze podobno będzie jej się nale­żała za to jakaś eme­ry­tura.

- My to w ogóle żad­nych eme­ry­tur nie dosta­niemy - odparła Majka. - Mama mówi, że rząd nie będzie miał na to pie­nię­dzy...

- Bo bogaci powinni pła­cić wyż­sze podatki. A jak czło­wiek nie może wytrzy­mać w korpo, to rząd powi­nien mu dawać kasę, żeby nie musiał tam sie­dzieć - ziry­to­wał się Michał. - Tak podobno jest na świe­cie.

- A myślisz, że bogaci będą za cie­bie pła­cić? - zain­te­re­so­wała się Julka. - Nie będą chcieli.

- To trzeba ich zmu­sić. Bo dziś bogaci w ogóle nie płacą podat­ków, sąsiad mówi, że ucie­kają z podat­kami na Kaj­many. To raj podat­kowy, gdzieś na Kara­ibach.

- No nie... Tata mówi, że w ogóle nie powinno być podat­ków, bo to kra­dzież. Dla­czego mam odda­wać rzą­dowi hajs, który zaro­bię? - Olek się oży­wił. - Wolę go sobie na coś wydać... albo zaosz­czę­dzić!

- Jak się ma oszczęd­no­ści, to się gra na gieł­dzie - zauwa­żył Kuba. - I jest się boga­tym bez pracy.

- Nie­prawda! - obu­rzyła się Majka. - Wujek kie­dyś namó­wił mamę, żeby kupiła akcje, i połowę na tym stra­ciła. Giełda to oszu­stwo.

- Pew­nie, naj­le­piej kupić bit­co­iny - wyja­śnił Olek. - To gwa­ran­to­wany zysk. Tylko rząd chce tego zaka­zać, bo ludzie za szybko by się wzbo­ga­cili.

- I wszy­scy by ucie­kli na Kaj­many? - pod­rzu­ciła Julka, a Olek wes­tchnął z poli­to­wa­niem i popu­kał się w głowę.

- A w ogóle, jak ktoś ma aż tak dużo kasy, że oszczę­dza, zamiast wyda­wać, to zna­czy, że mu nie jest potrzebna - zde­ner­wo­wała się Wika. - A ktoś inny potrze­buje jej bar­dziej.

- Chyba zwa­rio­wa­łaś! - wark­nął Olek. - Jak mam hajs, to go nikomu nie oddam!

- Jak masz dużo hajsu, to musisz się podzie­lić! - Michał ode­rwał się na moment od gry.

- Ty głu­polu, jak zabie­rzesz ludziom pie­nią­dze, nikomu nie będzie się chciało pra­co­wać.

- I tak się nie chce, bo ludzie są wyzy­ski­wani. Więc nie­długo już nikt nie będzie pra­co­wać.

- To z czego wtedy ludzie będą żyli?

- ???

Kłót­nia utknęła w miej­scu: każdy argu­ment był zbi­jany jesz­cze lep­szym. W końcu wszy­scy zamil­kli i zapa­dła cisza.

- No to może spy­tajmy tego pro­fe­sorka? - zapro­po­no­wała kom­pro­mi­sowo Majka. - Jak jest taki sławny, może coś będzie umiał wyja­śnić?

Aula była nie­mal pełna, cho­ciaż więk­szość uczniów przy­szła na spo­tka­nie z obo­wiązku i marzyła tylko o tym, żeby wresz­cie móc włą­czyć tkwiące w tor­bach i ple­ca­kach smart­fony. Z nudów wszy­scy gadali, co będą robić w cza­sie majo­wego week­endu.

Naj­pierw zabrał głos Dyrek­tor. Długo mówił o zasłu­gach i wie­dzy Pro­fe­sora, któ­rego wszy­scy znają z mediów.

- Ktoś go zna? - spy­tał szep­tem Michał, ale odpo­wie­działy mu tylko trudne do zro­zu­mie­nia pomruki, które zapewne ozna­czały, że nie (tylko wszyst­ko­wie­dząca Julka skrzy­wiła się w spo­sób, który miał suge­ro­wać, że ona coś tam wie, ale nic kon­kret­nego).

Potem Dyrek­tor podzię­ko­wał za zaszczyt, jaki spo­tkał szkołę, i zasu­nął, że mło­dzież będzie wdzięczna, mogąc się dowie­dzieć od pre­le­genta wielu fascy­nu­ją­cych rze­czy o eko­no­mii. Słu­cha­jąc tego wszyst­kiego, Pro­fe­sor kiwał tylko pota­ku­jąco głową i uśmie­chał się z zado­wo­le­niem. Był śred­niego wzro­stu, w oku­la­rach, miał sta­ran­nie zacze­sane siwie­jące włosy i ele­gancko przy­strzy­żone wąsiki.

- Pocieszny fajt­łapa - mruk­nął Michał. - Tro­chę przy­po­mina dru­ida z gry fan­tasy, tylko mu bra­kuje dłu­giej brody.

Tym­cza­sem Pro­fe­sor zaczął mówić i od razu było widać, że każde swoje słowo uważa za bez­cenne.

- Dro­dzy mło­dzi przy­ja­ciele, dzię­kuję za prze­miłe zapro­sze­nie - zaczął z łaska­wym uśmie­chem, przy­gła­dza­jąc z lubo­ścią wąsiki. - Domy­ślam się, że macie bar­dzo dużo pytań. Wszy­scy na pewno chce­cie wie­dzieć, jak duży będzie w tym roku wzrost PKB i jaką rolę ode­gra w tym zmiana kli­matu inwe­sty­cyj­nego. W poprzed­nim kwar­tale wzrost wyniósł 3% w sto­sunku do kwar­tału poprzed­niego, oczy­wi­ście po zasto­so­wa­niu korekty sezo­no­wej...

Godzina to nie­zbyt wiele czasu. Ale godzina glę­dze­nia o krań­co­wej pro­duk­tyw­no­ści kapi­tału i dys­pa­ry­te­cie stóp pro­cen­to­wych to masa­kra. Pro­fe­sor cią­gnął bez zająk­nie­nia, a sie­dzący na sali ucznio­wie sta­rali się wypeł­nić czas, myśląc o czymś innym (gada­ją­cych uci­szała krą­żąca jak sęp po sali che­miczka potocz­nie zwana Dra­culą). W pew­nym momen­cie powiało grozą, bo Pro­fe­sor wyświe­tlił na ekra­nie slajd i zaczął zawile wyja­śniać kon­se­kwen­cje mone­ty­za­cji defi­cytu fiskal­nego. Dobrze, że przy­naj­mniej można było popa­trzeć przez okno i posłu­chać odgło­sów dobie­ga­ją­cych z boiska.

- ...i to wła­śnie powinno nas wszyst­kich naj­bar­dziej nie­po­koić, kiedy zasta­na­wiamy się nad pro­ble­mem opty­mal­nego miksu poli­tyki pie­nięż­nej i fiskal­nej - dokoń­czył wywód Pro­fe­sor, dopił szklankę wody i zamilkł, zado­wo­lony z pio­ru­nu­ją­cego wra­że­nia, jakie zro­bił na słu­cha­czach (rze­czy­wi­ście, za oknem dało się sły­szeć pomruki zbli­ża­ją­cej się burzy, a bli­ski koniec wykładu wywo­łał pełne nadziei oży­wie­nie na sali).

- Ser­decz­nie dzię­ku­jemy za te wszyst­kie bez­cenne infor­ma­cje, mło­dzież jest zachwy­cona i teraz znacz­nie lepiej rozu­mie zasady eko­no­mii - ode­zwał się uro­czy­ście Dyrek­tor, wsta­jąc z krze­sła. - A teraz czas na pyta­nia z sali... No, kochani, kto chce o coś zapy­tać naszego słyn­nego gościa?

Jak to zwy­kle bywa, zro­biło się cicho. Krę­pu­jąca cisza się prze­dłu­żała, sły­chać było wyraź­nie brzę­cze­nie lata­ją­cej pod sufi­tem gru­bej muchy. Dyrek­tor wodził wzro­kiem po sali, a Pro­fe­sor z lek­kim znie­cier­pli­wie­niem krę­cił głową. Za oknem już bli­żej huk­nął pio­run.

- Ja mam pyta­nie! - ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Michał, pod­no­sząc rękę. - Dla­czego dla mło­dych ludzi jest tylko praca za gro­sze... a starsi wzięli wszyst­kie lep­sze posady?

Pro­fe­sor wysłu­chał Michała, po czym iro­nicz­nie się skrzy­wił.

- To bar­dzo nie­roz­sądne pyta­nie - oznaj­mił. - Kto nie jest leniem, bez trudu znaj­dzie pracę, firmy polują dziś na dobrych pra­cow­ni­ków. Na pewno nie będzie narze­kać, a jak się przy­łoży, to szybko awan­suje i będzie znacz­nie lepiej zara­biać. Oczy­wi­ście trzeba naprawdę chcieć pra­co­wać, a nie spę­dzać godziny na grach albo fil­mi­kach z YouTube'a.

- To dla­czego w Pol­sce pra­cow­nicy zara­biają mniej niż w Niem­czech? - wsparła kolegę Wika. - Są leniwi czy ktoś ich oszu­kuje?

- Oczy­wi­ście, że w róż­nych kra­jach ludzie nie zara­biają tak samo - zagrzmiał surowo Pro­fe­sor. - Decy­duje o tym dys­pa­ry­tet w zakre­sie pro­duk­tyw­no­ści, który ma odbi­cie w dys­pa­ry­te­cie pła­co­wym. To pro­sta zależ­ność i powin­ni­ście ją sami rozu­mieć, a nie powta­rzać popu­li­styczne bred­nie o rze­ko­mym oszu­stwie.

- A gra na gieł­dzie? - obu­rzyła się Majka. - Podobno to działa jak kasyno, gdzie tylko bogaci zara­biają miliony, a biedni tracą. To nie oszu­stwo?

- Nie uży­waj­cie słów, któ­rych nie rozu­mie­cie. - Teraz Pro­fe­sor był naprawdę ziry­to­wany. - Wła­ści­ciel akcji jest współ­wła­ści­cie­lem firmy, a gieł­dowa cena akcji to zdys­kon­to­wany stru­mień przy­szłych zysków. To nie jest żadna gra, tylko inwe­sto­wa­nie.

- To dla­czego mama Majki stra­ciła na gieł­dzie swoje oszczęd­no­ści? - spy­tała nagle Julka.

- Banki oszu­kują, dają tanie kre­dyty, a potem duszą odset­kami. Tylko bit­co­iny są uczciwe, bo ich nie dotyka rząd! - wrza­snął Olek i na sali pod­nio­sła się wrzawa.

Dyrek­tor poczuł, że sytu­acja wymyka się spod kon­troli. Szybko wstał i prze­krzy­ku­jąc hałas, ogło­sił:

- Na tym koń­czymy pyta­nia. Wiemy, że nasz gość jest bar­dzo zapra­co­wany, dzię­ku­jemy za wspa­niałe wyja­śnie­nie... eee... zło­żo­nych zagad­nień eko­no­mii. Życzymy dużo odpo­czynku w cza­sie majo­wego week­endu. Niech pan Pro­fe­sor pozwoli, jesz­cze skromny wyraz uzna­nia...

Para uczen­nic wspięła się na pod­wyż­sze­nie, tasz­cząc wielki bukiet kwia­tów i opra­wioną w ramkę dzięk­czynną laurkę.

- Dzię­kuję, dzię­kuję - odparł udo­bru­chany Pro­fe­sor. - Zro­bi­łem to tylko dla was, mło­dzi ludzie... Nie jestem leniem i na cały długi week­end zapla­no­wa­łem pracę. Rodzina wysłana w góry, a ja się ukry­wam w leśnej chatce na Mazu­rach... he, he... Przez tydzień nikt mnie nie znaj­dzie, a ja napi­szę ważny arty­kuł! Zachę­cam do prze­czy­ta­nia.

- Ale obciach - sko­men­to­wała Wika. - Miał nam wyja­śnić dzia­ła­nie gospo­darki... zro­zu­mie­li­ście coś z tego beł­kotu?

- Taki to powie­działby prawdę chyba tylko na tor­tu­rach - dodał Kuba. - Albo na prze­słu­cha­niu. Tylko wtedy można by z niego wyci­snąć praw­dziwe odpo­wie­dzi.

Julka przez chwilę sie­działa w zamy­śle­niu. W końcu, nie pod­no­sząc głosu, powie­działa:

- To się chyba da zro­bić. Ale musie­li­by­śmy zre­ali­zo­wać mój plan.

- Czyli?

- Musimy go porwać.

Bły­ska­wicz­nie uło­żony plan porwa­nia był ryzy­kowny, ale udało się go wpro­wa­dzić w życie nad­spo­dzie­wa­nie łatwo. No i chyba naj­szyb­ciej w histo­rii, bo wszyst­kie przy­go­to­wa­nia zajęły tylko tyle czasu, ile Pro­fe­sor spę­dził w gabi­ne­cie Dyrek­tora.

Po pierw­sze, eko­no­mi­sta przy­znał się, że przez tydzień nikt go nie będzie szu­kał, bo pro­sto ze szkoły wyjeż­dża w jakiś odle­gły kąt Mazur. To wystar­czy, by go prze­słu­chać i zmu­sić do wyja­wie­nia całej prawdy o gospo­darce i eko­no­mii.

Po dru­gie, zna­ko­mi­cie się skła­dało, że rodzice Kuby wyje­chali na tydzień do Egiptu. Zosta­wili mu cały dom, w tym ide­al­nie nada­jącą się do prze­słu­chań cie­płą i przy­tulną piw­niczkę. Tata zosta­wił mu też, na wypa­dek nie­prze­wi­dzia­nych wydat­ków, swoją kartę ban­kową. Jak wyja­śnił Kuba, rodzice posta­wili tylko waru­nek, żeby nie szedł na żadne pochody rady­ka­łów i kiboli. To im obie­cał. Ale o pory­wa­niu pro­fe­so­rów nic nie mówili.

Po trze­cie, oka­zało się, że Michał może zor­ga­ni­zo­wać samo­chód. Ponie­waż jego tata zawsze maru­dził, że sypana na drogi sól nisz­czy lakier, do maja auto stało w garażu, ukryte szczel­nie pod plan­deką. Michał dobrze wie­dział, jak zastą­pić auto kon­struk­cją z rurek od namiotu, sty­ro­pianu i dykty. Prawka oczy­wi­ście nie miał, ale dzięki waka­cyj­nym lek­cjom umiał pro­wa­dzić. Musiał tylko uwa­żać, by nie wpaść w oko poli­cji (pomysł Majki, by dokleić Micha­łowi wąsy i brodę, został odrzu­cony).

Po czwarte, Wika zobo­wią­zała się skom­bi­no­wać mocny śro­dek nasenny, nagro­ma­dzony w jej domu przez zapo­bie­gliwą mamę lekarkę. Majka i Julka zajęły się orga­ni­za­cją pro­wiantu, a Olek zapew­niał resztę nie­zbęd­nego zaopa­trze­nia. Syn­chro­ni­za­cja akcji odby­wała się za pośred­nic­twem smart­fo­nów.

No i wresz­cie, po piąte, pory­wa­czom pomógł szczę­śliwy przy­pa­dek. Aku­rat wtedy, kiedy Pro­fe­sor zakoń­czył wizytę u Dyrek­tora i ruszył w drogę, nad­cią­gnęła potężna burza.

Obju­czony walizką i kwia­tami Pro­fe­sor wyszedł przed szkołę, zatrzy­mał się pod dasz­kiem i ponuro spoj­rzał na lejące się z nieba stru­mie­nie wody. Teraz był na sie­bie zły, że odrzu­cił uprzejmą pro­po­zy­cję Dyrek­tora, który chciał go pod­wieźć na dwo­rzec kole­jowy swoim autem (obawy Pro­fe­sora wzbu­dziło jed­nak to, że Dyrek­tor bąk­nął coś o szwan­ku­ją­cym aku­mu­la­to­rze).

- Nie wie­cie, jak tu szybko wezwać tak­sówkę? - spy­tał nie­pew­nie dwie nasto­latki, które schro­niły się pod tym samym dasz­kiem i tkwiły tam z nosami w smart­fo­nach. - Bar­dzo się spie­szę na dwo­rzec. Pod jaki numer dzwo­nić?

- Już podaję. - Pierw­sza z nasto­la­tek, czyli Julka, podała numer firmy tak­sów­kar­skiej, która wła­śnie zban­kru­to­wała i nikt tam nie odbie­rał tele­fo­nów. Przez dłuż­szą chwilę patrzyła, jak Pro­fe­sor bez­sku­tecz­nie stara się dodzwo­nić, i w końcu zapy­tała: - A o któ­rej ma pan pociąg?

- Za kwa­drans... - Pro­fe­sor wciąż ner­wowo usi­ło­wał się połą­czyć.

- Ups! W taką pogodę taxi szybko nie przy­je­dzie - oce­niła druga nasto­latka, czyli Majka. - Chęt­nie pomo­żemy... kolega ma nas gdzieś pod­rzu­cić autem. Tylko tro­chę się spóź­nia, jak to zwy­kle on... o, już jest! - dodała z ulgą.

W tym momen­cie przed szkołę zaje­chał samo­chód, stra­sząc piskiem opon star­szą panią, która kryła się przed ulewą na przy­stanku auto­bu­so­wym. Michał zdą­żył dosłow­nie w ostat­niej chwili, bo odwró­ce­nie uwagi taty i zro­bie­nie w garażu kon­struk­cji z rurek i sty­ro­pianu zajęło im z Olkiem nieco wię­cej czasu, niż sądzili.

- Pro­szę wsia­dać, w sie­dem minut pana pod­wie­ziemy.

Pro­fe­sor tro­chę podejrz­li­wie przyj­rzał się bar­dzo młodo wyglą­da­ją­cemu kie­rowcy (na szczę­ście Michał nie miał wąsów i brody) i jesz­cze raz, bez nadziei na suk­ces, wystu­kał numer do tak­só­wek. Chwilę nasłu­chi­wał sygnału, ale ponie­waż na­dal nikt nie odbie­rał, wes­tchnął i pod­jął decy­zję. Usiadł koło kie­rowcy, a Julka i Majka szybko wci­snęły się do tyłu, gdzie cze­kała już na nie Wika.

- Pew­nie chce się panu pić? - zasu­ge­ro­wała Julka, kiedy ruszyli. - Może colę?

- E, nie, dzię­kuję, nie pijam niczego z cukrem. Czy­sta tru­ci­zna.

- Eee... to może wodę?

- A jaką macie?

- Z gazem.

- To też nie piję.

- Ale bez gazu też mamy! - oznaj­miła z ulgą Julka i odkrę­ciła butelkę, do któ­rej Wika bły­ska­wicz­nie wsy­pała zmie­lone na pro­szek tabletki nasenne. - Musiało panu zaschnąć w gar­dle po takim dłu­gim wykła­dzie. Bar­dzo cie­ka­wym... - dodała obłud­nie.

- Był dla was cie­kawy, prawda? - ucie­szył się Pro­fe­sor, pocią­ga­jąc solidny łyk wody. - Mam nadzieję, że wytłu­ma­czy­łem wam wiele waż­nych rze­czy... Pro­szę jechać tro­chę wol­niej! - krzyk­nął prze­ra­żony bra­wu­ro­wym skrę­tem, który wyko­nało auto.

- Prze­pra­szamy, że zada­wa­li­śmy tro­chę naiwne pyta­nia. - Majka sta­rała się odwró­cić uwagę Pro­fe­sora.

- Oczy­wi­ście, jeste­ście mło­dzi, macie prawo mieć nieco... naiwne poglądy - zgo­dził się Pro­fe­sor łaska­wie, znów popi­ja­jąc z butelki. - Nie wszystko jesz­cze jeste­ście w sta­nie zro­zu­mieć... Ale musi­cie słu­chać ludzi z praw­dziwą wie­dzą... i dużo czy­tać... - Ziew­nął. - Popu­lizm... to bar­dzo nie­do­brze... - Oczy Pro­fe­sora bez­wied­nie się przy­mknęły, a potem jesz­cze raz się otwarły. - Chyba słabo się poczu­łem... Chyba... chyba...

- Śpi. Jedziemy do Kuby - zako­men­de­ro­wała Julka.

Kiedy Pro­fe­sor się obu­dził, zaraz do niego dotarło, że coś jest nie tak. Znaj­do­wał się w nie­du­żym, ale czy­stym pomiesz­cze­niu. Tro­chę bolała go głowa, nie mógł też sobie przy­po­mnieć, jak tu tra­fił. Drzwi były zamknięte na klucz. Chwilę się z nimi moco­wał, ale szybko uznał, że nie da rady otwo­rzyć. Krzyki też nie na wiele by się zdały. Pomiesz­cze­nie nie miało okien, a ściany i drzwi wyglą­dały na solidne i grube.

Rozej­rzał się uważ­nie i doszedł do wnio­sku, że ci, co go upro­wa­dzili, są jed­nak dość uprzejmi. W kącie stało łóżko polowe przy­kryte mięk­kim weł­nia­nym kocem. Na sto­liku zna­lazł kilka bute­lek nie­ga­zo­wa­nej wody, a na tale­rzu kanapki z serem, szynką i pomi­do­rem. (Może zatrute? - pomy­ślał, ale posta­no­wił zary­zy­ko­wać, bo wyglą­dały ape­tycz­nie, a on poczuł się głodny). Małe radio nasta­wione było na sta­cję z old­sku­lo­wymi prze­bo­jami (pory­wa­cze naj­wy­raź­niej odga­dli, że taką wła­śnie muzykę lubi). W kącie stała jego walizka.

Przez chwilę się zasta­na­wiał, kto mógł go porwać. Inwe­sto­rzy gieł­dowi, któ­rzy chcą go zmu­sić do zdra­dze­nia pro­gnoz? Agenci rzą­dowi, któ­rym nie podo­bają się kry­tyczne komen­ta­rze na temat poli­tyki gospo­dar­czej? Stu­denci, któ­rzy chcą poznać pyta­nia egza­mi­na­cyjne? Wszystko to wyglą­dało bar­dzo dziw­nie. Nie pozo­stało nic innego, jak pocze­kać, aż sprawa się sama wyja­śni.

Po kwa­dran­sie drzwi pomiesz­cze­nia się otwo­rzyły i weszło sze­ściu pory­wa­czy. Japoń­czycy? - prze­mknęło Pro­fe­so­rowi przez głowę, kiedy zoba­czył ich nie­duży wzrost. Nie, raczej nasto­latki... bo prze­cież chyba nie kosmici... A może po pro­stu taki gang nizioł­ków.

Pory­wa­cze byli zna­ko­mi­cie zama­sko­wani. Nosili czarne bluzy z kap­tu­rami, twa­rze zakry­wały im iden­tyczne, prze­kor­nie uśmiech­nięte maski Guya Faw­kesa. Maski te zostały roz­pro­pa­go­wane na świe­cie przez mło­dych Hisz­pa­nów, któ­rzy demon­stro­wali na uli­cach prze­ciwko kry­zy­sowi finan­so­wemu i okre­ślali się mia­nem "Obu­rzo­nych".

- Pro­fe­so­rze, jest pan w rękach Taj­nej Armii Obu­rzo­nych - wyja­śnił gło­sem Olka zama­sko­wany pory­wacz (nazwę taj­nej orga­ni­za­cji wybrano po dłu­giej kłótni).

- Taj­nej Grupy, nie żad­nej Taj­nej Armii - popra­wił inny pory­wacz cien­kim gło­sem Wiki. - Brzy­dzimy się prze­mocą i nie uży­wamy broni, tylko argu­men­tów.

- Wła­śnie widzę! - obu­rzył się Pro­fe­sor. - Porwa­li­ście mnie i prze­trzy­mu­je­cie wbrew mojej woli.

- Prze­pra­szamy, ale to było abso­lut­nie nie­zbędne - dobiegł zza kolej­nej maski prze­pra­sza­jący głos Majki. - Ina­czej nie chciałby Pro­fe­sor z nami roz­ma­wiać.

- I tak nie chcę! - Pro­fe­sor był wście­kły. - Pro­szę natych­miast powie­dzieć, o co wam cho­dzi, albo mnie wypu­ścić!

Pory­wa­cze wyda­wali się zasko­czeni i nieco prze­stra­szeni zde­cy­do­wa­nym żąda­niem eko­no­mi­sty. Tego ele­mentu planu jesz­cze dobrze nie prze­my­śleli. Przez chwilę nara­dzali się w kącie. W końcu zdo­łali coś usta­lić, bo ode­zwał się kolejny Guy Faw­kes.

- Musimy pana prze­słu­chać - wyja­śnił gło­sem Michała.

- Prze­słu­chać?!

- W spra­wach eko­no­mii. Zmu­simy Pro­fe­sora do wyśpie­wa­nia całej prawdy!

Pro­fe­sor z lek­kim nie­do­wie­rza­niem powiódł wzro­kiem po maskach pory­wa­czy.

- Chce­cie mnie prze­słu­chać... w spra­wach eko­no­mii? Naprawdę? - Z wra­że­nia zapo­mniał, że został porwany. - Prze­cież wystar­czy prze­czy­tać moje arty­kuły i książki.

- Nic z tego! Ma nam Pro­fe­sor powie­dzieć, jak jest naprawdę, a nie sprze­da­wać zwy­kłe bajery.

- I to krótko, jasno, bez ściemy!

- I bez krę­ce­nia! Mamy wszystko zro­zu­mieć! Zmu­simy pana do zeznań!

- Cie­kawe jak - zain­te­re­so­wał się Pro­fe­sor. - Tor­tu­rami? A jeśli nie dam się zmu­sić?

- Już mówi­li­śmy, że brzy­dzimy się prze­mocą. Ale mamy coś na pana, Pro­fe­so­rze, coś bar­dzo nie­wy­god­nego - ode­zwała się jado­wi­tym tonem Julka. - Taaak... Nawija pan dużo o zna­cze­niu Inter­netu, prawda? A spraw­dzi­li­śmy - ble­fo­wała - i nie ma pan nawet konta na Insta­gra­mie... Ani na fej­sie, cho­ciaż to bar­dzo dobre dla sta­rusz­ków. Zaraz to roz­trą­bimy w całym necie! Przy­go­tu­jemy szy­der­cze memy!

- Albo fil­miki na Tik­Toku - dodał Olek. - Bar­dzo zabawne. To się stu­denci uśmieją.

Pro­fe­sor zbladł i prze­łknął ner­wowo, cho­ciaż nie wie­dział za dobrze, co to jest ten cały Tik­Tok i kto go ogląda.

- A w ogóle to Pro­fe­sora nie wypu­ścimy, póki nie dosta­niemy odpo­wie­dzi na nasze pyta­nia. Chcemy wie­dzieć, jak naprawdę jest z gospo­darką - dodała Wika. - Mamy mnó­stwo czasu, wszy­scy myślą, że poje­chał Pro­fe­sor na tydzień na Mazury!

Eko­no­mi­sta chwilę myślał, dra­piąc się po gło­wie, po czym pokrę­cił nią ze zdu­mie­niem.

- Czy ja dobrze rozu­miem? Więc chce­cie mnie tylko prze­słu­chać w spra­wach eko­no­mii? - Znów pokrę­cił głową, po czym dodał: - Wła­ści­wie dobrze się składa, chęt­nie wam wiele rze­czy wyja­śnię. He, he... to nawet dość zabawne, że zamiast pisać arty­kuł, będę tłu­ma­czył małym pory­wa­czom eko­no­mię.

- Nie ma w tym nic śmiesz­nego! Jeste­śmy mali, ale bar­dzo groźni!

- I obu­rzeni!

- Dobrze, dobrze - mruk­nął Pro­fe­sor. - To co, zaczy­namy prze­słu­cha­nie?

- No wła­śnie, zaczy­namy.

Prze­słu­cha­nie nr 1

Dla­czego Niemcy zara­biają wię­cej od Pola­ków?

- Zaczy­namy pierw­sze prze­słu­cha­nie - ogło­siła Julka, a Kuba uru­cho­mił w smart­fo­nie nagry­wa­nie. Po dłu­giej sprzeczce usta­lili, że pierw­szego dnia to ona będzie guru i popro­wa­dzi prze­słu­cha­nia.

Sze­ścioro zama­sko­wa­nych pory­wa­czy sie­działo rzę­dem na łóżku, Pro­fe­sor na usta­wio­nym naprze­ciw krze­śle. Na sto­ją­cym mię­dzy nimi sto­liku smęt­nie bły­skała nie­duża lampka skie­ro­wana w stronę prze­słu­chi­wa­nego.

- Czy ktoś może spró­bo­wać popra­wić lampę? - spy­tał uprzej­mie Pro­fe­sor. - Wcale nie świeci mi w oczy.

- To przez te ener­go­osz­czędne żarówki - wyja­śnił Olek. - Nie nadają się do prze­słu­chań. I w ogóle nie wia­domo, po co są.

- Bo chro­nią kli­mat - wyja­śniła Majka. - Powin­ni­śmy zresztą o tym poroz­ma­wiać.

- O zmia­nach kli­matu będziemy roz­ma­wiać póź­niej - uci­szyła ich Julka, wska­zu­jąc pal­cem na listę rze­czy do omó­wie­nia, którą uzgod­nili zaraz po porwa­niu. - Teraz temat jest inny, nie mie­szaj­cie.

- No wła­śnie - powie­działa surowo Wika. - Teraz Pro­fe­sor ma nam odpo­wie­dzieć na inne pyta­nie: dla­czego w Pol­sce zara­bia się trzy razy mniej niż w Niem­czech?

- Wła­śnie, kto nas oszu­kuje? - dodał Michał.

Pro­fe­sor przez chwilę się namy­ślał, po czym spy­tał:

- A dla­czego myśli­cie, że ktoś tu was oszu­kuje?

- To chyba jasne - powie­działa Wika. - Moja kuzyn... - ugry­zła się w język - ...to zna­czy pewna nasza infor­ma­torka mieszka w Niem­czech i pra­cuje tam jako kel­nerka. Robi to samo, co robiła w Pol­sce, ale zara­bia trzy razy wię­cej. No to chyba jasne, że pol­ską kel­nerkę ktoś okrada - dokoń­czyła.

Pozo­stali pory­wa­cze szybko pod­rzu­cili, kto może ją okra­dać. Chciwy szef, zasu­ge­ro­wała Majka; kapi­ta­li­ści i banki, mruk­nął Michał; Niemcy, rzu­cił Kuba; rząd, wark­nął Olek; tylko Julka nic nie powie­działa, ale widać było, że jej też się to nie podoba.

- No dobrze, rzecz w tym, że nikt tu nikogo nie okrada - zaczął Pro­fe­sor. - Wszystko wynika ze spo­łecz­nej wydaj­no­ści pracy i mię­dzy­ga­łę­zio­wych róż­nic w pro­duk­tyw­no­ści...

- Tylko bez takiej nawijki! - prze­rwali mu nie­mal jed­no­gło­śnie pory­wa­cze. - Ma być nor­mal­nym języ­kiem. Bo nawet za rok nie poje­dzie Pro­fe­sor na Mazury.

- Dobrze już, dobrze. W takim razie musimy zro­bić pół kroku do tyłu. Czy w Niem­czech tylko kel­nerka zara­bia wię­cej niż w Pol­sce? A co, na przy­kład, z pra­cow­ni­kiem fabryki?

- No tak, on chyba też...

- I mogę wam zdra­dzić, że róż­nica mię­dzy płacą pol­skiego i nie­miec­kiego pra­cow­nika fabrycz­nego jest nawet więk­sza niż w wypadku kel­nerki czy asy­stentki biu­ro­wej - dodał Pro­fe­sor. - Czy to też jest nie­uczciwe? I czy uwa­ża­cie, że to jest oszu­stwo?

- No, raczej też...

- Dobrze, to wyobraź­cie sobie dwie fabryki, na przy­kład pro­du­ku­jące podob­nej klasy samo­chody. Jedna jest tra­dy­cyjna, zatrud­nia 2 tysiące ludzi. A druga super­no­wo­cze­sna, pra­cuje w niej tylko 500 osób. Ale obie wytwa­rzają tyle samo aut.

- To raczej nie­moż­liwe - zapro­te­sto­wała Julka. - W jaki spo­sób 500 ludzi może pro­du­ko­wać tyle samo aut co 2 tysiące ludzi?

- No wła­śnie, czy to rze­czy­wi­ście nie­moż­liwe? - spy­tał Pro­fe­sor. - A widzie­li­ście, jak dzia­łają roboty prze­my­słowe? Same wyko­nują całą pracę, bez pomocy ludzi, a ste­ro­wane są przez kom­pu­tery.

- Tak, widzia­łem w tele­wi­zji - potwier­dził Olek. - Zasu­wają jak głu­pie, bez prze­rwy.

- O, macie. - Majka pod­nio­sła do góry swój smart­fon, poka­zu­jąc fil­mik.

W wiel­kiej hali fabrycz­nej prze­su­wały się na taśmie karo­se­rie samo­cho­dów, a dookoła nich uwi­jały się maszyny, bły­ska­wicz­nie spa­wa­jąc i łącząc z sobą różne czę­ści. Ludzi w ogóle nie było.

- Wła­śnie - rzekł Pro­fe­sor. - Wystar­czy, że w tej dru­giej fabryce zain­sta­lo­wane są nowo­cze­śniej­sze maszyny, które potrze­bują mniej ludzi do obsługi. A wtedy 500 pra­cow­ni­ków może za ich pomocą wytwo­rzyć tyle samo aut co 2 tysiące ludzi w fabryce star­szej. Zga­dza się?

Odpo­wie­dzią były nie­pewne pomruki. Pory­wa­cze nie bar­dzo wie­dzieli, co wła­ści­wie Pro­fe­sor chce im udo­wod­nić, ale na razie nie było jak przy­cze­pić się do tego, co mówił.

- Powiedzmy, że obie fabryki sprze­dają auta za tę samą cenę. W takim razie obie mają taki sam łączny dochód. Ale druga fabryka ma znacz­nie wyż­szą pro­duk­cję i dochód na głowę pra­cow­nika.

- Nikt chyba tam pra­cow­ni­kom głów nie ucina. - Wika zachi­cho­tała.

- To tylko takie sto­so­wane w eko­no­mii i sta­ty­styce okre­śle­nie - odburk­nął nieco ura­żony Pro­fe­sor. - Cza­sem też uży­wamy łaciń­skiego ter­minu per capita...

- Cho­dzi o pitę od kebaba? - spy­tał nie­win­nie Michał, znów wywo­łu­jąc śmiech.

- Głu­pie żarty. - Pro­fe­sor teraz był gotów obra­zić się na dobre. Po chwili posta­no­wił jed­nak wró­cić do swo­jego wywodu i z nutą wyż­szo­ści wyja­śnił: - W eko­no­mii czę­sto uży­wamy róż­nych wiel­ko­ści, na przy­kład dochodu lub pro­duk­cji, w prze­li­cze­niu na głowę. Czyli dzie­limy je przez liczbę ludzi, któ­rzy uczest­ni­czą w podziale lub wytwa­rza­niu, żeby się zorien­to­wać, ile wypada na jed­nego czło­wieka. Dzięki temu możemy na przy­kład porów­nać dochód Chiń­czyka i Estoń­czyka, choć Chiny mają tysiąc razy więk­szą popu­la­cję. Chiń­ska gospo­darka jest znacz­nie więk­sza od estoń­skiej, ale po podzie­le­niu przez liczbę miesz­kań­ców oka­zuje się, że to jed­nak prze­ciętny Estoń­czyk jest zamoż­niej­szy.

- To raczej dość oczy­wi­ste, tacy głupi nie jeste­śmy - mruk­nął Kuba, nie­za­do­wo­lony z dydak­tycz­nego tonu, w który wpadł Pro­fe­sor. - Pro­szę wró­cić do tematu prze­słu­cha­nia... I nie baje­ro­wać żad­nymi per­ka­pi­tami.

- Jeśli war­tość pro­duk­cji podzie­limy przez liczbę pra­cu­ją­cych, otrzy­mamy wskaź­nik wydaj­no­ści pracy - cią­gnął nie­zra­żony eko­no­mi­sta. - Można ją mie­rzyć dla poje­dyn­czej fabryki, ale też dla całego kraju. Wróćmy do naszego przy­kładu dwóch fabryk aut. W fabryce nowo­cze­snej wydaj­ność pracy jest cztery razy wyż­sza, tak? A skoro tak, to wła­ści­ciel może zapła­cić pra­cow­ni­kom nawet czte­ro­krot­nie wyż­szą płacę i na­dal sprze­da­wać samo­chody z zyskiem. Pra­cow­nicy ze star­szej fabryki mogą być wście­kli, ale ich fabryka nie mia­łaby z czego dać im takiej płacy. Nikt ich nie oszu­kuje, po pro­stu mają niż­szą wydaj­ność, więc mniej zara­biają, prawda? - zakoń­czył z zado­wo­loną miną.

Pory­wa­cze przez chwilę mil­czeli, myśląc o chy­trej pułapce, w którą zapę­dził ich Pro­fe­sor. Po chwili jed­nak dotarło do nich, że wszystko to nie jest aż tak pro­ste.

- Ale dla­czego pra­cow­nicy ze star­szej fabryki nie zażą­dają od wła­ści­ciela, żeby pod­niósł im płace? - spy­tał Michał. - Mogą zastraj­ko­wać. Wła­ści­ciel będzie musiał się zgo­dzić.

- Może i będzie musiał. Ale fabryka, w któ­rej pra­cują, pro­du­kuje i zara­bia tyle samo co ta nowo­cze­śniej­sza, a ludzi w niej pra­cuje cztery razy wię­cej. Wła­ści­ciel po pro­stu nie miałby z czego wypła­cić aż tak dużych wyna­gro­dzeń. Więc jeśli zgo­dziłby się na taką pod­wyżkę, firma by zban­kru­to­wała, fabrykę trzeba by było zamknąć, a 2 tysiące ludzi stra­ci­łoby pracę.

- No dobrze, ale prze­cież pra­cow­nicy mogą prze­nieść się z fabryki star­szej do tej nowo­cze­śniej­szej, która wię­cej płaci - zaata­ko­wała od innej strony Wika.

- Oczy­wi­ście. Ale to może nie być takie łatwe. Prze­cież w tej nowo­cze­śniej­szej fabryce już pra­cuje 500 osób. Dla­czego mie­liby zre­zy­gno­wać z pracy i ustą­pić miej­sca tym ze star­szej fabryki? Poza tym nie mówi­łem, że fabryki stoją koło sie­bie. Może są na tyle odle­głe, że ludziom ze star­szej trudno byłoby dojeż­dżać do pracy?

- No niech tak będzie. To w takim razie pra­cow­nicy mniej wydaj­nej fabryki powinni zażą­dać od wła­ści­ciela, żeby kupił nowe maszyny... a jeśli trzeba, to nawet te mega­wy­dajne roboty! - Kuba nie miał zamiaru dać za wygraną.

- To też nie jest takie pro­ste - odparł Pro­fe­sor. - To zna­czy macie oczy­wi­ście rację, sen­sow­nym wyj­ściem z sytu­acji byłoby kupie­nie lep­szych maszyn i zwięk­sze­nie wydaj­no­ści pracy w star­szej fabryce. Ale to wymaga dużych wydat­ków na nowe maszyny, na które wła­ści­ciel może nie być gotowy. No i jesz­cze jest drobny pro­blem: nie wszyst­kim pra­cow­ni­kom to by się spodo­bało. W końcu jak zostaną zain­sta­lo­wane roboty, fabryka nie będzie już potrze­bo­wała 2 tysiące pra­cow­ni­ków. Pra­co­wać będzie w niej, powiedzmy, 500 osób. Oczy­wi­ście będą zara­biać tak, jak u kon­ku­ren­cji. Ale więk­szość będzie musiała poszu­kać sobie innej pracy. Czyli, krótko mówiąc, pro­stego roz­wią­za­nia nie ma. Nikt nikogo nie oszu­kuje, nikt nikomu nie krad­nie jego pie­nię­dzy. Jak w dru­giej fabryce jest niż­sza wydaj­ność, to są też niż­sze płace.

Znowu zapa­dło mil­cze­nie. Pro­fe­sor był wyraź­nie roz­ba­wiony tym, że zapę­dził pory­wa­czy w kozi róg. Oni z kolei patrzyli na sie­bie z kon­ster­na­cją, nie bar­dzo wie­dząc, jak dalej prze­słu­chi­wać wyga­da­nego eko­no­mi­stę.

- No dobrze, ma Pro­fe­sor punkt - przy­znała w końcu nie­chęt­nie Julka, a żaden z pory­wa­czy nie zaprze­czył. - Tylko teraz pro­szę wyja­śnić, co to ma wspól­nego z zarob­kami kuzynki Wi... to zna­czy z zarob­kami kel­nerki, która pra­cuje w Niem­czech.

- Cóż, to bar­dzo pro­ste. Z Niem­cami i Pol­ską jest podob­nie jak z tymi dwiema fabry­kami. Niemcy mają bar­dziej roz­wi­niętą gospo­darkę, w któ­rej pra­cow­nicy wypo­sa­żeni są w nowo­cze­śniej­sze maszyny, bar­dziej wydajne od tych, któ­rych używa się w Pol­sce. To zresztą nie wszystko. Nie­miec­kie firmy czę­sto są lepiej zor­ga­ni­zo­wane, a nie­miec­kie pro­dukty cie­szą się więk­szym uzna­niem klien­tów na całym świe­cie niż pol­skie. Weź­cie choćby na przy­kład samo­chody...

- To prawda - wtrą­cił ponuro Olek. - Tata zawsze mówi, że żadne auto na świe­cie nie jest tak nie­za­wodne jak nie­miec­kie.

- Szcze­rze mówiąc, raczej się myli, bo w ran­kin­gach nie­za­wod­no­ści auta japoń­skie zwy­kle wyprze­dzają nie­miec­kie. Ale ważne jest to, co ludzie myślą. Jeśli uwa­żają, że nie­miec­kie auta są naj­lep­sze, są gotowi pła­cić za nie wyż­szą cenę niż za auta z innych kra­jów. Jak się to wszystko do sie­bie doda, to się okaże, że pra­cow­nik nie­miec­kiego prze­my­słu jest dziś w sta­nie wypro­du­ko­wać towary o kil­ka­krot­nie wyż­szej war­to­ści niż pra­cow­nik pol­ski. A skoro tak, to wyż­sze są też płace w Niem­czech. I to bez żad­nego oszu­stwa, prawda? - zakoń­czył Pro­fe­sor i trium­fal­nie powiódł wzro­kiem dookoła.

- Wydaj­ność, wydaj­ność... No a co by się wła­ści­wie stało, gdyby nasz rząd kazał natych­miast pod­wyż­szyć płace w Pol­sce do takiego samego poziomu jak w Niem­czech? - nie odpusz­czał Kuba. - Prze­cież firmy musia­łyby go posłu­chać.

- Tak, ale wtedy dużo pol­skich fabryk by po pro­stu zban­kru­to­wało, bo przy obec­nej wydaj­no­ści pracy nie wystar­czy­łoby im pie­nię­dzy na wypłaty. A wtedy ludzie stra­ci­liby pracę. I musie­liby zaak­cep­to­wać jesz­cze niż­sze płace, żeby ją odzy­skać.

Przez chwilę trwała nie­przy­jemna cisza, bo zabrzmiało to tak, jakby Pro­fe­sor się cie­szył, że nie można w Pol­sce trzy­krot­nie zwięk­szyć płac. Chyba też to poczuł, więc szybko dodał, że chciałby, żeby było ina­czej, ale nie­stety na razie jest, jak jest.

Pory­wa­cze nie­pew­nie patrzyli po sobie, nie wie­dząc, co robić dalej, bo plan prze­słu­cha­nia nieco się im posy­pał. Na szczę­ście cisza nie trwała długo.

- No, nie do końca jest tak, jak Pro­fe­sor mówi - ode­zwała się nie­spo­dzie­wa­nie Wika. - Może to prawda, że pra­cow­nik fabryki samo­cho­dów w Niem­czech używa lep­szych maszyn niż w Pol­sce i wię­cej wytwa­rza. Ale ta kel­nerka sama mi mówiła, że w zasa­dzie robi to samo co w Pol­sce. A zara­bia i tak trzy razy wię­cej! Jeśli ma Pro­fe­sor rację i płaca naprawdę zależy od jej wydaj­no­ści pracy, to kel­nerka w Niem­czech i w Pol­sce powinna zara­biać tyle samo. A wcale tak nie jest, nie­stety!

- No wła­śnie! - poparli ją pozo­stali pory­wa­cze, a Kuba dodał: - Wcale Pro­fe­sor nie poka­zał, że tu nie ma oszu­stwa. Nie­źle nas pan zaba­je­ro­wał tymi fabry­kami aut, ale na pyta­nie nie odpo­wie­dział!

Pro­fe­sor lekko się skrzy­wił, bo Wika zadała swoje pyta­nie aku­rat wtedy, kiedy uznał dys­ku­sję za zwy­cię­sko zakoń­czoną.

- No dobrze. - Wes­tchnął. - Dotknę­li­ście dość trud­nego tematu, ale od niego nie uciek­niemy. No to wyobraź­cie sobie znowu te dwie fabryki samo­cho­dów, o któ­rych roz­ma­wia­li­śmy. I wyobraź­cie sobie, że są one w dwóch odle­głych od sie­bie miej­sco­wo­ściach.

- Na przy­kład o trzy­sta kilo­me­trów? - spy­tał dla jasno­ści Kuba.

- Nawet wię­cej. - Pro­fe­sor się uśmiech­nął. - Nie­za­leż­nie od tego, jak daleko są te miej­sco­wo­ści, płac w star­szej fabryce samo­cho­dów nie da się pod­nieść do poziomu płac w nowo­cze­śniej­szej, prawda? A to dla­tego - szybko dodał, uprze­dza­jąc ewen­tu­alne sprze­ciwy - że klienci nie zgo­dzą się zapła­cić wyż­szej ceny za auto tylko z tego powodu, że nasza fabryka chcia­łaby pod­nieść płace, ale nie ma na to pie­nię­dzy. Tak więc fabryka zara­bia, ile zara­bia, i płaci ludziom tyle, ile może. Czyli znacz­nie mniej niż w fabryce nowo­cze­śniej­szej i bar­dziej wydaj­nej.

Odpo­wie­działy mu pomruki nie­chęt­nej zgody.

- Ale ludzie pra­cu­jący w obu fabry­kach więk­szość pie­nię­dzy wydają w miej­sco­wo­ściach, w któ­rych miesz­kają - kon­ty­nu­ował Pro­fe­sor. - Jeśli kupują podob­nej klasy samo­chód albo tele­wi­zor, to oczy­wi­ście płacą podobną cenę, bo mogą wybie­rać w kon­ku­ru­ją­cych z sobą towa­rach z całego świata. Ale wiele wydat­ków to zakupy róż­nego rodzaju usług, które świad­czone są na miej­scu. Trzeba pła­cić za wizytę u den­ty­sty, fry­zjera, za obiad w restau­ra­cji. W miej­sco­wo­ści, w któ­rej jest nowo­cze­śniej­sza fabryka, ludzie mają wię­cej pie­nię­dzy w kie­szeni, więc są w sta­nie wię­cej zapła­cić za lecze­nie zębów albo za obiad. Zatem także kel­nerka lub fry­zjer mogą zaro­bić tam wię­cej. Nato­miast tam, gdzie ludzie pra­cują w star­szej fabryce i zara­biają mniej, wszyst­kie usługi muszą być tań­sze, bo po pro­stu ludzi nie byłoby na nie stać.

- To dla­czego ludzie z tego mia­sta, gdzie jest dro­żej, nie pojadą do dru­giego, gdzie den­ty­sta jest tań­szy? - zapro­te­sto­wał Olek.

- Bo miej­sco­wo­ści są od sie­bie odle­głe, podróż zabiera czas i pie­nią­dze, a poza tym, jak boli ząb, to nie ma co kom­bi­no­wać, tylko trzeba iść do naj­bliż­szego den­ty­sty - odparł Pro­fe­sor i wszy­scy w zasa­dzie się z nim zgo­dzili, choć Michał zazna­czył, że on sam za żadne skarby nie poszedłby do den­ty­sty, nawet gdyby był na miej­scu. - Oczy­wi­ście pew­nie sły­sze­li­ście, że część Niem­ców, zwłasz­cza miesz­ka­ją­cych bli­sko gra­nicy z Pol­ską, spe­cjal­nie w week­endy przy­jeż­dża do nas, żeby iść do tań­szego niż u nich leka­rza czy fry­zjera. Ale więk­szość nie może sobie pozwo­lić na taką stratę czasu i płaci u sie­bie wyż­sze ceny. Bada­nia poka­zują, że nawet nie­mal iden­tyczny Big Mac jest w Niem­czech o ponad połowę droż­szy niż w Pol­sce. Nie z powodu ceny samej bułki czy mięsa, bo te są podobne, ale przede wszyst­kim kosztu lokalu i pra­cow­ni­ków. I to wła­śnie dzięki temu obsługa restau­ra­cji może tam zara­biać znacz­nie wię­cej niż u nas. Dla nie­miec­kiego klienta to nie naj­le­piej, ale dla nie­miec­kiej kel­nerki bar­dzo dobrze.

- To dla­czego fry­zje­rzy i kel­nerki nie prze­niosą się z miej­sco­wo­ści, gdzie mają pła­cone mniej, do tej dru­giej, gdzie płaci się wię­cej? - spy­tała Wika.

- O, to jest bar­dzo dobre pyta­nie - pochwa­lił Pro­fe­sor, a uśmiech na masce Wiki jakby się roz­sze­rzył. - To od razu chwyćmy byka za rogi i nie mówmy już o dwóch wymy­ślo­nych miej­sco­wo­ściach z fabry­kami aut, ale o Pol­sce i Niem­czech. Czy ludzie prze­no­szą się z Pol­ski do Nie­miec w poszu­ki­wa­niu wyż­szych płac? Pew­nie, że to robią, choćby wasza zna­joma kel­nerka. Ale nie wszy­scy są gotowi prze­nieść się do innego kraju, gdzie mówi się innym języ­kiem i żyje z dala od rodziny. Poza tym nie­mieccy fry­zje­rzy, den­ty­ści, krawcy czy robot­nicy budow­lani nie patrzą zbyt życz­li­wym okiem na imi­gran­tów, któ­rzy są gotowi pra­co­wać za niż­sze od nich pie­nią­dze... choć wyż­sze niż u sie­bie w kraju. Więc, mówiąc krótko, Pola­kowi nie zawsze jest łatwo zna­leźć w Niem­czech pracę zgodną z jego kwa­li­fi­ka­cjami i ambi­cjami. W ogóle pro­blem imi­gra­cji nie jest pro­sty, budzi dziś sporo dys­ku­sji.

- O to zapy­tamy pod­czas innego prze­słu­cha­nia - prze­rwała Julka. - Dziś mówimy o pła­cach.

- No wła­śnie - wtrą­cił się Michał. - Mówi Pro­fe­sor, że płaca w Niem­czech jest wyż­sza niż w Pol­sce dla­tego, że jest tam wyż­sza wydaj­ność pracy, tak? A ja sły­sza­łem, że to dla­tego, że Niemcy mają euro... jak jest euro, to podobno płace są wyż­sze.

- A wcale nie. - Pro­fe­sor się roze­śmiał. - Oczy­wi­ście to, czy kraj używa euro czy swo­jej wła­snej waluty, jest z wielu powo­dów ważne. Ale o pozio­mie płac decy­duje wydaj­ność pracy, zwłasz­cza w prze­my­śle, który musi kon­ku­ro­wać z prze­my­słami innych kra­jów. Sło­wa­cja też używa euro, tak jak Niemcy. Ale ponie­waż wydaj­ność pracy w sło­wac­kim prze­my­śle jest podobna jak w pol­skim, Sło­wacy zara­biają mniej wię­cej tyle samo co Polacy... oczy­wi­ście po prze­li­cze­niu ich płac na złote.

Pory­wa­cze zbili się w kupkę i szep­tali coś na boku, naj­wy­raź­niej nie mogąc zgo­dzić się co do tego, czy prze­słu­chi­wany Pro­fe­sor odpo­wie­dział na posta­wione pyta­nia, czy nie. W końcu głos zabrała we wspól­nym imie­niu Julka.

- Potrak­to­wał nas Pro­fe­sor jak dzieci, z tymi baj­kami o dwóch mia­stach. Jeste­śmy poważ­nymi pory­wa­czami i nie życzymy sobie takiego trak­to­wa­nia. Żeby to było ostatni raz! Rozu­miemy, że w skró­cie cho­dzi po pro­stu o to, że Niemcy mają bar­dziej wydajny i nowo­cze­sny prze­mysł od Pol­ski, więc mogą dawać ludziom wyż­sze płace. A jak pra­cow­nicy z prze­mysłu wię­cej zara­biają, to mogą też wię­cej pła­cić za kupo­wane w Niem­czech usługi, więc wyż­szą pen­sję mają też kel­nerka i den­ty­sta. Żadna wielka filo­zo­fia, nie trzeba było do tego żad­nych bajek. Zga­dza się?

- No, w pew­nym uprosz­cze­niu... - zgo­dził się nie­chęt­nie Pro­fe­sor. - Z przy­jem­no­ścią podał­bym wam tro­chę danych i sta­ty­styk, które to doku­men­tują. Ale naj­waż­niej­sze jest to, że róż­nice w mię­dzy­sek­to­ro­wej wydaj­no­ści pracy, które za tym wszyst­kim stoją, sta­no­wią pod­stawę tak zwa­nego efektu Balassy-Samu­el­sona. Szkoda, że nie mamy tu tablicy, bo poka­zał­bym wam na pod­sta­wie kilku rów­nań, że to bar­dzo ele­gancki i prze­ko­nu­jący model, który...

- Dość! Koniec prze­słu­cha­nia!

Jeśli chcesz dowie­dzieć się wię­cej o tym, dla­czego Niemcy zara­biają wię­cej od Pola­ków, wczy­taj kod QR, albo wejdź na stronę: www.porwa­ni­prze­ze­ko­no­mie.pl/przesluchanie1-zarobki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki