ROZDZIAŁ I
Zmierzchało. O ile zmierzchem można było nazwać kolejno zmieniające się barwy. Od wschodu ciągnęła ciemność połykająca coraz to większe połacie ziemi. Nikt już nie wierzył własnym oczom. Blask zamierał i na nowo kształtował w czarno-białe zarysy pozornie znany krajobraz. Podobno po zmroku wszystkie koty są czarne. Podobno kiedy znika światło, spod ziemi wychodzą demony.
Te najgorsze tkwią w nas samych. Zewnętrzne tak nie przerażają. Zatrzymujemy się w pół kroku, w pół słowa i ze zdumienia patrzymy na zebrane wokół twarze. Dotąd jasne i o wyrazistych rysach, teraz rozmywają się, składają wyłącznie z plam i światłocieni. W nocy wszyscy wyglądamy jak trędowaci.
Oddaleni od siebie czy złączeni w niepokojącym uścisku, zbieramy ostatnie okruchy światła w rozszerzone źrenice i towarzyszą nam tylko piski przelatujących nietoperzy, owych uskrzydlonych myszy, fruwających ratlerków z czarnymi skrzydłami i zębami błyskającymi ku przestrodze.
Dotknęłam kiedyś nietoperza wyciągniętymi palcami. Futerko miał miękkie, przypominające aksamit, aż chciało się je głaskać. Lecz równocześnie jego mały pyszczek przybierał coraz to nowe formy, jakby go ktoś ulepił z żywej plasteliny, na której widniały i przerażenie, i wściekłość.
Czy dotykaliście kiedyś futerka nietoperza? Jest ciepłe. Emanuje z siebie ową nieuchwytną aurą, jaką jest dotyk nieskończenie delikatny, choć ostrzegawczo błyska ostrymi ząbkami i potrafi podrapać zakrzywionymi końcami pazurków. Ale trzymając w ręku nietoperza, zastanawiałam się, co ludzie widzą w nich takiego tajemniczego i przerażającego, że w panicznej ucieczce zamykają oczy? Nietoperz jest ciepły i miękki. Ot, zatrzymany w ręku strzęp aksamitu o bijącym sercu.
Zżyłam się z ciemnością. To ona jest moim uniwersum i też poniekąd światłem odbitym, bo nocą nie istnieje żadne naturalne jego źródło. Moją przestrzenią stał się mrok i z niego wydobywam poszczególne kształty, zaledwie widoczne w blasku o nieznanym pochodzeniu. Szczególnie zimą, kiedy śnieg powtarza odbicie, załamując się w miliardach drobinek. W dzień muszę być nieobecna.
Niestraszne mi wampiry ani wilkołaki. Nie znam duchów ani upiorów. Moim środowiskiem naturalnym jest wilgotne poszycie lasu i cień podziemi, które opuszczam dopiero po zmroku. W dzień nikt mnie nie dojrzy, znikam w trzewiach jaskiń prowadzących do wnętrza ziemi. Wychodzę wkrótce potem, gdy słońce zachodzi za horyzontem.
Nie mam początku ani zakończenia. Nie zaczęłam się ani się nie kończę. Jestem czymś nieuchwytnym, równie nieuniknionym jak przeznaczenie. Nigdy nie przychodź na wyznaczone przeze mnie spotkanie. To będzie ostatni obraz, jaki uda ci się zobaczyć.
Jestem sama dla siebie i w sobie sama, nie samotna, ale osobna i wiem, że to pojęcie jest dla niektórych nie do zrozumienia, ale trudno je pojąć nie dlatego, że nie potrafię go nazwać czy wytłumaczyć i nie dlatego, że nie poznałam codziennego bytu maluczkich, ale powód mojego istnienia w nieistnieniu jest aż nadto oczywisty. Ludzie unikają mnie i uciekają w popłochu, ilekroć się zjawiam. A przecież mnie nie wolno się bać. Bo czego?
Muszę być, więc jestem. Beze mnie nie zaistnieje ani początek, ani koniec. Jestem brakującym ogniwem, pułapką, unikiem. Ale jednocześnie wypełniam wszystko, co mi zostało dane, aż po bezkres, bowiem ten bezkres też noszę w sobie - ja, wasz cel i wasze przekleństwo. Ale czyż nie wybawiam od wszystkich trosk i kłopotów? Czyż nie uwalniam od cierpienia? Więc jak mnie nazwać? Istotą przeklętą czy aniołem przynoszącym dobroć?
Zimą moim krokom towarzyszą stada wilków. One nigdy nie czynią mi krzywdy. Wtulają swoje łby w fałdy mojego płaszcza, tam bowiem same znajdują ukojenie. Wilki. Traktowane gorzej niż najlichsze stworzenia. Więc dlaczego na mój widok ludzie uciekają w popłochu? Dlaczego żegnają się krzyżem, kiedy ich mijam? A ja pozdrawiam obecnych w imię wszystkich świętych. Czy tego chcą, czy nie, ja i tak zawsze będę istnieć.
Kiedy nad wierzchołki drzew wschodzi księżyc, wilki podnoszą łby do jego tarczy i zaczynają śpiewać. Ich śpiew zwołuje pozostałe: przybywajcie, czeka na was stado i jeszcze ciepły pokarm. Ale jednocześnie w takich momentach wilki wzywają mnie. Bo karmią się mną, tak jak ja karmię się ich siłą przetrwania, ich lękiem, ich pośpiechem, gdy zdyszane gonią po bezdrożach swoją kolejną zdobycz.
Błogosławię je wtedy jednym ruchem dłoni. Bądźcie pozdrowione, życzę udanych połowów. I w środku nocy, kiedy rozrywają swoją ofiarę na strzępy, ta ofiara jest składana mnie dla większej chwały, podczas gdy mgła unosi nad ziemię w przestworza tajemnicę władzy i wiedzy tajemnej. Bo ja nie tylko zabieram, ale i daję życie. Daję i zabieram. A kiedy kończą nad ranem swe łowy, podchodzę do moich wilków siedzących w ciemności, sytych niedawno spożytym obiadem, i to ja je układam do snu w głębi kniei.
Podobno kiedyś mnie nie było i kiedyś mnie nie będzie. Ale jednocześnie i byłam, i będę. Jedyna w sobie i niezaprzeczalna. Trwam. Określona jedynie przez ramy czasu. Albowiem we mnie istnieje zarazem i czas narodzin, i czas dojrzewania, i czas płodzenia dzieci, i czas starości, i czas odchodzenia. Jedna jedyna i nieodwracalna. Wszedłszy w moje przestrzenie, nikt już nie jest w stanie wrócić po własnych śladach.
Wychodzę po zmierzchu i patrzę na swoje królestwo. I na darmo ktoś krzyczy: więcej światła! Ja światła ze sobą nie przynoszę. Ja je zabieram. Wchłaniam w siebie i ono przestaje istnieć. Moja samotność bierze się stąd, że niczego nie daję, ale wszystko mogę odebrać. I gdzieś za sobą zostawiam nieutulonych w żalu. Przygarniam za to tych, co już nie mają dość siły, aby iść dalej przed siebie. Biorę ich za rękę i prowadzę tam, gdzie wreszcie mogą odpocząć, wciągnąć pełną piersią ożywcze powietrze w wolne już płuca i zanurzyć się w ukojeniu i ciszy poranka. Ja...
Ja ocieram łzy sierot, jednym ruchem dłoni wyzywam na pojedynek absolut i nad nim panuję. Jestem nie tylko pamięcią, ale i zapominaniem. Za moją sprawą wszystkie dobra pokrywają się kurzem, wszystkie skarby rozpadają się w pył. Burzę bariery uprzedzeń i podziałów na sprzymierzeńców i wrogów. Dlaczego wobec tego wzniecam w ludzkich umysłach aż taką nienawiść i strach?
A kiedy zaczyna się dzień, rozpływam się w słońcu. Znikam w rozpalonym powietrzu. Staję się niewidzialna. Mówią o mnie "nienasycona", ale przecież nikogo nie pożeram. Mówią "zachłanna", ale ja niczego nikomu nie odbieram. Nie gromadzę. Nie kolekcjonuję. Moja potęga zaczyna się tam, gdzie kończy się wszelka władza i wszelkie bogactwo. Ludzie, idąc moim śladem, zostawiają za sobą nawet własne ciało. A ja ofiarowuję im życie, którego już nikt nigdy nie będzie w stanie im odebrać. Zatem nie odbieram, ale daję. A nowe życie pulsuje razem ze mną. Ono nadbiega i cofa się jak fale oceanu. Wiec sama też jestem życiem. Tym ostatecznym, wiecznym i niezniszczalnym.
Przeklinają mnie, chcą wypędzić i obezwładnić. Ale nawet nie przypuszczają, jak wielka jest moja cierpliwość. Albowiem spełniam tylko jedno życzenie. Jestem odpoczynkiem. Uwolnieniem. Zatrzymaniem w biegu. Snem. A oni nie wiedzą nawet, kim jestem.
Czasem siadamy wspólnie nad partią szachów. Kiedy wydaje się wam, że nie widzę, usiłujecie przestawić pionki i ze mną wygrać. A ja tylko patrzę i milczę. Moją największą siłą jest bowiem milczenie. Nawet wiatr cichnie, kiedy przechodzę obok. Napęczniała piorunami burza układa się u moich stóp jak wierne zwierzę. Czego we mnie szuka, czego oczekuje ode mnie? I kim dla niej jestem? Ja jako sama wieczność? Samo przeznaczenie?
Wilki sierść mają szorstką pod moimi palcami. Wznoszą ku niebu pyski i śpiewają swoją nieśmiertelną pieśń. Nawet psy płaczą, zamierają strumienie, ustaje wszelki ruch. Cały świat się staje jednym wielkim znieruchomieniem. Tylko wtedy wilki słychać nocą.
Ale gdzieś się czai ciepły, wiosenny powiew i łagodzi surowość zimy. Przynosi promienie słoneczne i obiecuje zmartwychwstanie. Stępia nawet ostre krawędzie kamieni. Wszystko staje się miękkie i przyjazne. Na każdej łące zakwitają kwiaty i można po nich iść i iść przed siebie.
To nic, że wszyscy kojarzą mnie wyłącznie z ciemnością. Że moje oczy są jak serce agatu - nieruchome, błyszczące i czarne. W moich oczach nie widać ani jednej z barw. Ale biel, szarość i czernie też mają swoje odcienie. Układają się w pejzaż ze starej fotografii, obrysowany przez biel i czerń. A wilki w wiosennym powietrzu zaczynają tańczyć swój odwieczny balet. Porywa ich nieustanny ruch i pęd przed siebie, pozornie donikąd, a ja czekam, aż wreszcie skończą swoje gody i wrócą tam, gdzie zaczyna się moje królestwo. Nie kieruję nimi, nie wołam ich. Czekam. I wracają, stęsknione spokoju, zanurzenia w czerni; czekają na następną spokojnie przespaną noc.
Nie lubię przemocy. Brzydzę się krwią i zbrodnią. One nie mają prawa istnieć. Gdyby to ode mnie zależało, nikt by nie odchodził nadaremnie. Nienawidzę życia zerwanego w pół kroku. Niechętnie przyglądam się tym, którzy skracają innym należny im czas. Narodziny, dojrzewanie, płodzenie, zmierzch. Ale ja przychodzę tylko nocą, kiedy wszystko ogarnia ciemność.
Przerwane trwanie to czas niedokończony. To zdanie, w którym nie postawiono ani kropki, ani nawet znaku zapytania. To bez sensu. Tak nie powinno być. W każdym nieszczęściu widzę jedynie niesprawiedliwość, jaką wyznaczył komuś los. Nie chcę, aby mnie przeznaczeni odchodzili w pół drogi, w pół słowa, w samym środku dnia.
Nie cierpię niedokończonych spraw. Wszystko powinno mieć jakiś finał, jakieś zwieńczenie dzieła. Kiedy pisarz skreśli ostatnie litery w słowie "koniec", kiedy z budowy zejdzie ostatni murarz, kiedy bankier podliczy ostatnie dochody, kiedy prosta krawcowa wreszcie odwiesi ukończoną sukienkę na jakiś ślub - dopiero wtedy uważam, że praca została dokonana. I przychodząc do tego rodzaju ludzi, mam jedynie poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Ja się z niego wywiązałam, ale oni też.
I zaklinam, przez litość dla siebie samych, nie przyprowadzajcie do mnie dzieci! Kto wam pozwolił pozbawiać światła tych, którzy go jeszcze nie zdążyli poznać? Ktoś musi was od takich czynów powstrzymać. Unieruchomić rękę wzniesioną w geście zbrodni. To ja!
Nie czas, nie czas, nie czas. Niech zdążą ochłonąć zagniewani. Niech się zdążą pogodzić rozgoryczeni. Niech z oczu pełnych nienawiści opadną łuski. Ja jedna jestem w stanie pogodzić nawet najbardziej zaciekłych wrogów. Rozdzielić walczących. Osądzić zwaśnionych. I wtedy dopiero mogę odpocząć po całym pracowitym dniu. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Staję na krawędzi wszechświata, wciągam w płuca chłodne powietrze nocy, a wokół mnie zbierają się zawsze towarzyszące mi kroki - to wilki przychodzą na każde wezwanie. I mogę spojrzeć w płonące czerwonym światłem oczy, aby im powiedzieć: "Już czas".