Elektryczne banany, czyli ostatni kontrakt Judasza - Mirosław Piotr Jabłoński

Kup ebooka

19.99 zł
15.99 zł (4,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ELEKTRYCZNE BANANY

Początek "party" u "oskara" - jednego z przyjęć, mającego zwyczajowo zakończyć się wielką orgią lub pomniejszymi orgietkami, przebiegał standardowo. Pierwszy przybywał punktualnie "plankton" show businessu, debiutujący dopiero na salonach, a po owej mierzwie nadpływały statecznie płotki, dostępujące od niedawna tego zaszczytu. Ponury jak noc Gaspar Romeo Homer wraz z rozpromienioną i rozentuzjazmowaną Tonią u boku potwierdzili tę regułę.

Powód złego humoru Gasa był prosty, panna Atkins otrzymała swą wymarzoną rolę w Elektrycznych bananach i z zapałem kameleona-neofity starała się teraz upodobnić do otoczenia gwiazd "phan-movie". Iskrzącym się wzrokiem śledziła powolny napływ gości, popiskując czasem lub wydając znaczące "wow!" oraz wbijając paznokcie w ramię swego towarzysza na znak najwyższego podniecenia wywołanego widokiem kogokolwiek, kto w jej branży pełnił choć trochę wyższą funkcję. Znaczyło to, że piszczała i emitowała indiańskie okrzyki bez chwili przerwy. Dla odmiany, gdy dosyć wcześnie jak na jego pozycję, pojawił się Reginald Trzeci Masturbanni z oszałamiająco rudą Clarissa van Delf, Tonią zamilkła i nie wydawała żadnych akustycznych oznak życia przez około czterdzieści sekund. To wystarczyło, by Gas zaniepokoił się o jej zdrowie.

Paznokcie miss Atkins, niczym zęby bullratlera, na stałe zagłębiły się w jego bicepsie, wywołując jeszcze większy ból. Clarissa i Reginald Trzeci, najwyraźniej przespali albo przebredzili cały boży dzionek i teraz nie wiedzieli, która jest godzina. Dopiero cisza, która nastąpiła po ich wejściu, uświadomiła im, że jak na pozycję numer jeden przyszli ociupinę za wcześnie. Na tyle wcześnie, że nawet gospodarz przyjęcia nie uznał jeszcze za stosowne pojawić się pomiędzy swoimi gośćmi. Nie było także nikogo choćby w przybliżeniu tak ważnego, by mógł do nich podejść i zagadnąć, ani też nikomu spośród artystycznej ławicy płoci nie udało się wypić czy zaćpać na tyle, by uznawszy się za równego supergwiazdorom, walnąć na powitanie Reginalda w plecy, a Clarissę van Delf, pochodzącą z enklawy Elan-Fisher i nazywającą się naprawdę Marica Marcinkowic, uszczypnąć w tyłek.

Zanim gwar zdążył wybuchnąć na nowo, stało się coś jeszcze bardziej dziwnego, aniżeli przedwczesne przybycie pary półbogów. Oto w drzwiach sali pojawił się nuncjusz papieski, Martin Hernandes-Ochoya we własnej, czarno odzianej i przepasanej fioletową szarfą postaci. Cisza stała się jeszcze bardziej przejrzysta. Nim jednak ktokolwiek zdołał się zastanowić, czy samozwańczy nuncjusz został zaproszony czy też wdarł się tutaj, by "in vim" nawracać, wyświęcać i egzorcyzmować, już na spotkanie niezwykłego gościa ruszył drobnym kroczkiem sam "oskar" Akido Yazumi. Nie mrugnąwszy nawet okiem w stronę zaskoczonych Clarissy i Reginalda, przeszedł obok nich i począł wylewnie witać się z prałatem. Reginaldowi Trzeciemu opadła szczęka, a pannie van Delf ramiączko skąpej sukni - dziewczyna zawsze tak reagowała, gdy czuła się zakłopotana.

Gaspar uwolnił zdrętwiałe ramię ze szponów miss Atkins i przetarł oczy, by lepiej widzieć. Tonia dyskretnie włożyła rękę do kieszeni jego spodni i przez materiał ścisnęła go za jądra. Gaspar otworzył nieinteligentnie usta, niczym wyciągnięta na brzeg złota rybka, i pozostał tak, wstrzymując z wrażenia oddech.

"Oskar", po wymianie grzeczności z nuncjuszem, odwrócił się do nieruchomej, jak własne pomniki, publiczności.

- Ja powitać wasza serdecznie i przedstawić nowego w naszym gronie kardynała mniejszego, nuncjusza papieskiego, Martineza Hermana-Ochoyę...

- Martina Hernandesa - poprawił odruchowo prałat.

- Hai! - Zgodził się "oskar", a wszystkim się zdawało, że świsnął mieczem i głowa nuncjusza powinna się poturlać po posadzce. Po czym zakończył swą wyczerpującą cierpliwość słuchaczy przemowę:

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.