Elizabeth Finch - Julian P. Barnes

Kup ebooka

44.00 zł
36.52 zł (30,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

STAŁA przed nami...

STAŁA przed nami: żad­nych nota­tek, żad­nych ksią­żek, żad­nych ner­wów. Torebkę poło­żyła na pul­pi­cie. Rozej­rzała się, uśmiech­nęła, a potem zaczęła.

- Jak już zapewne wam wia­domo, nazwa tego przed­miotu brzmi: "Kul­tura i cywi­li­za­cja". Bez obaw. Nie będę was zarzu­cać dia­gra­mami koło­wymi. Nie zamie­rzam też wtła­czać wam fak­tów, tak jak tuczną gęś napy­cha się ziar­nem, bo od tego tylko powięk­szy­łyby się wam wątroby, co jest szko­dliwe dla zdro­wia. Za tydzień dam wam listę lek­tur, cał­ko­wi­cie nie­obo­wiąz­kową, co ozna­cza, że ani nie stra­ci­cie punk­tów, gdy z niej nie sko­rzy­sta­cie, ani też ich nie zyska­cie, wytrwale zgłę­bia­jąc wszyst­kie figu­ru­jące na niej pozy­cje. Będę was trak­to­wać jak osoby doro­słe, któ­rymi nie­wąt­pli­wie jeste­ście. Jak już wie­dzieli sta­ro­żytni Grecy, naj­lep­sza forma edu­ka­cji to ta oparta na współ­pracy. Lecz ja nie jestem Sokra­te­sem, a wy nie jeste­ście Pla­to­nami, jeśli popraw­nie uży­łam tu liczby mno­giej. Nie­mniej będziemy pro­wa­dzić dia­log. Jed­no­cze­śnie, ponie­waż nie jeste­ście już w szkole pod­sta­wo­wej, nie usły­szy­cie ode mnie płyt­kich zachęt ani też miał­kich słów uzna­nia. Być może dla nie­któ­rych z was nie okażę się ide­al­nym nauczy­cie­lem, w sen­sie nie­do­pa­so­wa­nia do cha­rak­teru czy też do umy­sło­wo­ści. Uprze­dzam o tym zawczasu tych, któ­rych może to doty­czyć. Oczy­wi­ście mam nadzieję, że przed­miot okaże się dla was cie­kawy, a nawet że będzie zabawą. To zna­czy zdy­scy­pli­no­waną zabawą. Te dwa poję­cia dają się ze sobą pogo­dzić. Od was będę ocze­ki­wać w zamian tej samej dys­cy­pliny. Impro­wi­za­cja to nie tutaj. A nazy­wam się Eli­za­beth Finch. To tyle, dzię­kuję.

I znów się uśmiech­nęła.

Nikt z nas niczego nie noto­wał. Wpa­try­wa­li­śmy się w nią inten­syw­nie: nie­któ­rzy z głę­bo­kim podzi­wem, inni z zadzi­wie­niem gra­ni­czą­cym z iry­ta­cją, jesz­cze inni nie­mal z miło­ścią.

Już nie pamię­tam, jaki temat wtedy z nami oma­wiała. Czu­łem jed­nak nie­ja­sno, że po raz pierw­szy w życiu zna­la­złem się we wła­ści­wym miej­scu.

Jej odzież. Zacznijmy od poziomu zero. Cho­dziła w brog­sach, zimą czar­nych, latem i wio­sną w takich z brą­zo­wego zamszu. Poń­czo­chy albo cien­kie raj­stopy - nikt ni­gdy nie widział Eli­za­beth Finch z gołymi nogami (a już na pewno trudno było ją sobie wyobra­zić w stroju pla­żo­wym). Spód­nica zawsze poni­żej kolan - opie­rała się tyra­nii narzu­ca­ją­cej co roku inną dłu­gość. Naj­wy­raź­niej o swoim wyglą­dzie zade­cy­do­wała już jakiś czas temu. Wciąż można było nazwać go sty­lo­wym, lecz jesz­cze jedna dekada i pew­nie stałby się ana­chro­niczny albo też kla­syczny. Latem spód­nica z kon­tra­fał­dami, naj­czę­ściej gra­na­towa; zimą tweed. Nie­kiedy sty­li­zo­wała ją na szkocką spód­nicę z tar­tanu czy nawet na kilt, uży­wa­jąc do tego celu wiel­kiej srebr­nej agrafki (coś takiego ma na pewno szkocką nazwę). Było oczy­wi­ste, że wyda­wała dużo na bluzki, jedwabne albo z naj­lep­szego gatunku bawełny, czę­sto w paski i w żad­nym wypadku prze­świ­tu­jące. Cza­sem przy­pi­nała broszkę, zawsze nie­wielką i, jak to mówią, dys­kretną, choć chyba nawet odro­binę poły­sku­jącą. Rzadko nosiła kol­czyki (czy miała prze­kłute płatki uszu? - oto jest pyta­nie). Na małym palcu lewej dłoni pier­ścio­nek, który uzna­wa­li­śmy za odzie­dzi­czony, nie zaś za kupiony czy też daro­wany. Włosy miała jakieś takie pia­sko­wo­szare, zgrab­nie uło­żone i zawsze tej samej dłu­go­ści. Na moje oko regu­lar­nie co dwa tygo­dnie odwie­dzała fry­zjera. Cóż, uwa­żała, że chy­tre spo­soby są okej, jak nam nie­raz powta­rzała. I, jak rów­nież zauwa­żyła, wcale nie muszą być narzę­dziem kłam­stwa.

Choć my wszy­scy - to zna­czy jej słu­cha­cze - byli­śmy przed trzy­dziestką, a naj­starsi tylko tro­chę po czter­dzie­stce, począt­kowo odno­si­li­śmy się do niej niczym uczniaki z pod­sta­wówki. Zasta­na­wia­li­śmy się, skąd pocho­dzi, jakie jest jej pry­watne życie i czy kie­dy­kol­wiek była mężatką, a jeśli nie - to dla­czego. I jak spę­dza wie­czory. Czy usma­żyła sobie dosko­nały omlet posy­pany mie­szanką fines her­bes i jadła go, pijąc do niego kie­li­szek wina (Eli­za­beth Finch pijana? tylko gdyby świat sta­nął na gło­wie) pod­czas lek­tury naj­now­szego zbioru Bada­nia nad Goethem? Sami widzi­cie, jak łatwo było zejść na manowce fan­ta­zji czy zgoła satyry.

Paliła przez wszyst­kie te lata, kiedy ją zna­łem. I znów: paliła zupeł­nie ina­czej niż kto­kol­wiek. Bo są tacy, któ­rzy dosłow­nie delek­tują się każ­dym hau­stem niko­tyny; inni wcią­gają dym z uczu­ciem nie­na­wi­ści do sie­bie; dla jesz­cze innych pale­nie to część stylu życia; inni znów, co jest iry­tu­jące, zapew­niają, że "tylko jeden albo dwa dzien­nie", zupeł­nie jakby mieli swój nałóg pod kon­trolą. A ten "jeden albo dwa" - jako że wszy­scy pala­cze kła­mią - oka­zują się w końcu trzema lub czte­rema, a nawet połową paczki. Nato­miast E.F. nie trak­to­wała swo­jego pale­nia w jakiś szcze­gólny spo­sób. Dla niej było to coś, co nie wyma­gało żad­nych dodat­ko­wych wyja­śnień czy też upięk­szeń słow­nych. Uży­wała papie­ro­śnicy z imi­ta­cji szyl­kretu, tak że pozo­stała nam tylko gra w "Zgad­nij, jaka to marka". Paliła tak, jakby pale­nie było jej zupeł­nie obo­jętne. Czy ma to sens? A gdyby ktoś z nas powa­żył się ją o to zagad­nąć, nie docze­kałby się żad­nych uspra­wie­dli­wień. Tak, mogłaby powie­dzieć, że jak naj­bar­dziej, że jest uza­leż­niona; tak, dosko­nale wie, że to jej szko­dzi, a poza tym jest aspo­łeczne. Lecz nic z tych rze­czy: ani nie rzuci pale­nia, ani też nie zamie­rza liczyć, ile papie­ro­sów codzien­nie wypala - takie sprawy zaj­mo­wały bar­dzo niską pozy­cję na jej liście prio­ry­te­tów. A ponie­waż - to była już moja wła­sna hipo­teza czy też może domysł - a ponie­waż nie bała się śmierci i, jak to w dzi­siej­szych cza­sach, była zda­nia, że cokol­wiek prze­ce­niamy życie, podobne kwe­stie zupeł­nie jej nie zaj­mo­wały, tak jak nie powinny zaj­mo­wać nas.

Ma się rozu­mieć, cier­piała na migreny.

Mam ją przed oczami - a chyba bar­dziej przed oczami pamięci, bo tylko tak dziś ją widzę: stoi przed nami nad­na­tu­ral­nie spo­kojna. Ni­gdy nie sto­so­wała wszyst­kich tych tri­ków i sztu­czek wykła­dow­ców pra­gną­cych ocza­ro­wać słu­cha­czy, roz­ba­wić ich albo wyeks­po­no­wać swoją oso­bo­wość. Ni­gdy nie poru­szała zama­szy­ście ramio­nami ani też nie ujmo­wała się pod brodę. Ow­szem, bywało, że poka­zy­wała nam jakiś slajd, by lepiej przed­sta­wić daną kwe­stię, naj­czę­ściej jed­nak oka­zy­wało się to nie­po­trzebne. Przy­ku­wała uwagę swoim spo­ko­jem i gło­sem. Był to łagodny, dobrze sły­szalny głos, wzbo­ga­cony przez całe lata pale­nia papie­ro­sów. Nie nale­żała też do tych nauczy­cieli, któ­rzy nawią­zują kon­takt ze stu­den­tami tylko wtedy, gdy pod­no­szą wzrok znad nota­tek, ponie­waż, jak już wspo­mnia­łem, pro­wa­dziła wykłady bez nota­tek. Wszystko miała w gło­wie, dogłęb­nie prze­my­ślane i prze­two­rzone. To rów­nież nas absor­bo­wało, zmniej­sza­jąc dystans, jaki nas od niej dzie­lił.

Posłu­gi­wała się for­mal­nym sty­lem, budo­wała zda­nia w peł­nej zgo­dzie z regu­łami gra­ma­tyki - fak­tycz­nie, mówiła w taki spo­sób, że sły­szało się wszyst­kie prze­cinki, śred­niki i kropki. Ni­gdy nie roz­po­czy­nała zda­nia, nie wie­dząc, w jaki spo­sób i kiedy się ono zakoń­czy. Pomimo to czło­wiek ni­gdy nie miał wra­że­nia, że słu­cha książki mówio­nej. Jej słow­nic­two pocho­dziło z tego samego zasobu, z któ­rego czer­pała, pisząc i pro­wa­dząc ogólną roz­mowę. Zaś efek­tem ogól­nym nie była wcale jakaś archa­iza­cja; wręcz prze­ciw­nie, wszystko to było żywe aż do bólu. Ponadto lubo­wała się cza­sem, być może dla zabawy, a może po to, by nas zaska­ki­wać, we wpla­ta­niu do swo­ich wypo­wie­dzi jed­nej czy dru­giej frazy zgoła w innym stylu.

Na przy­kład któ­re­goś tygo­dnia mówiła nam o Zło­tej legen­dzie, śre­dnio­wiecz­nym zbio­rze opo­wie­ści o cudach i męczeń­stwach. Wyra­zi­stych, malow­ni­czych cudach i poucza­ją­cych męczeń­stwach. Jako temat prze­wodni obrała sobie świętą Urszulę.

- Prze­nie­ście się, pro­szę, myślą do roku czte­rech­set­nego naszej ery, czyli do cza­sów, gdy na naszych wyspach nie roz­po­częła się jesz­cze hege­mo­nia chrze­ści­jań­stwa. Urszula była bry­tyj­ską księż­niczką, córką chrze­ści­jań­skiego króla Donauta. Była mądra, posłuszna i cno­tliwa - czyli miała wszyst­kie moralne przy­mioty wła­ściwe takim księż­nicz­kom. Była rów­nież piękna, co w tym wypadku mogło być cechą już nie tak odpo­wied­nią. Zako­chał się w niej i popro­sił o jej rękę książę Ete­riusz, syn króla Anglii. Posta­wiło to jej ojca przed nie lada dyle­ma­tem, albo­wiem Anglo­wie nie tylko byli bar­dzo potężni, ale byli rów­nież poga­nami.

Urszula, jako narze­czona, miała więc stać się przed­mio­tem han­dlu wymien­nego, nie ona zresztą pierw­sza i nie ostat­nia, a oprócz tego, że była mądra, cno­tliwa i tak dalej, wyka­zy­wała rów­nież pomy­sło­wość. Speł­nij życze­nie syna Potęgi, rze­kła ojcu, zara­zem jed­nak postaw takie warunki, które wymu­szą opóź­nie­nie. Zażą­daj od niego trzech lat zwłoki po to, by ona, Urszula, mogła wyru­szyć z piel­grzymką do Rzymu, a w tym cza­sie młody Ete­riusz pozna zasady praw­dzi­wej wiary, a potem zosta­nie ochrzczony. Zna­leź­liby się pew­nie tacy, któ­rzy uzna­liby to za czyn­nik poten­cjal­nie naru­sza­jący umowę, lecz zako­chany po uszy Ete­riusz do nich nie nale­żał. Histo­ria nie podaje nam, jak król Anglii zapa­try­wał się na tę kwe­stię.

Gdy roze­szły się wie­ści o pla­no­wa­nej przez Urszulę eska­pa­dzie ducho­wej, wokół niej zaczęły się gro­ma­dzić inne dzie­wice o podob­nych przy­mio­tach. I tu mamy w tek­ście kwe­stię zasad­ni­czą. Jak wielu z was wia­domo, Urszuli towa­rzy­szyło jede­na­ście tysięcy dzie­wic; ci z was, któ­rzy znają Wene­cję, mogą przy­po­mnieć sobie serię malo­wi­deł ścien­nych Car­pac­cia przed­sta­wia­ją­cych całą tę histo­rię. No cóż, zor­ga­ni­zo­wać taką wycieczkę, a prze­cież Tho­mas Cook miał dopiero przyjść na świat... Nato­miast wspo­mniana przeze mnie kwe­stia zasad­ni­cza doty­czy litery M oraz tego, co miała ona ozna­czać, gdy skryba kładł ją na per­ga­min. Czy był to skrót od "Mille", czyli "tysiąc", czy też cho­dziło o "Męczen­nice"? Niektó­rzy z nas uznają zapewne tę drugą moż­li­wość za bar­dziej praw­do­po­dobną. Urszula i jede­na­ście dzie­wiczych męczen­nic to dwa­na­ście, tylu też Chry­stus miał apo­sto­łów.

Oto jed­nak i dal­szy ciąg tej opo­wie­ści, i to w tech­ni­ko­lo­rze oraz w sys­te­mie Cine­ma­Scope, w któ­rych popu­la­ry­za­cji Car­pac­cio miał wielki udział. Jede­na­ście tysięcy dzie­wic wyru­szyło z Bry­ta­nii w rejs. Gdy dotarły do Kolo­nii, Urszuli obja­wił się aniel­ski wysłan­nik Boga, przy­no­sząc jej wia­do­mość, że po opusz­cze­niu Rzymu ma ona wraz z całym orsza­kiem powra­cać przez Kolo­nię, gdzie ocze­kuje je wszyst­kie korona męczeń­stwa. Wia­do­mo­ści o tym ostat­nim eta­pie roze­szły się wśród wszyst­kich jede­na­stu tysięcy, wywo­łu­jąc ich gorący zachwyt. Jed­no­cze­śnie w Bry­ta­nii obja­wił się Ete­riu­szowi jeden ze wszech­obec­nych anio­łów Boga z pole­ce­niem spo­tka­nia się z prze­zna­czoną mu oblu­bie­nicą w Kolo­nii, gdzie także miała przy­paść mu w udziale palma męczeń­stwa.

Gdzie tylko się poja­wiła, ota­czało ją coraz to wię­cej admi­ra­to­rów, choć prze­kazy histo­ryczne nie podają ogól­nej ich liczby. W Rzy­mie dołą­czył do Urszuli nawet sam papież, ścią­ga­jąc na sie­bie za ów czyn kalum­nie i ana­temę. Tym­cza­sem z roz­ka­zów dwóch nie­go­dzi­wych rzym­skich wodzów, powo­do­wa­nych obawą, że sza­lony i żywio­łowy suk­ces tej wyprawy dopro­wa­dzi do roz­prze­strze­nie­nia się chrze­ści­jań­stwa, woj­ska Hunów miały doko­nać rzezi powra­ca­ją­cych piel­grzy­mów. Tak się zło­żyło, że Huno­wie aku­rat oble­gali Kolo­nię. No cóż, musimy, chcąc nie chcąc, akcep­to­wać takie nar­ra­cyjne zbiegi oko­licz­no­ści, jak rów­nież aniel­skie inter­wen­cje; osta­tecz­nie nie mamy tu do czy­nie­nia z dzie­więt­na­sto­wieczną powie­ścią angiel­ską. Choć powiem wam, że i angiel­skie dzie­więt­na­sto­wieczne powie­ści obfi­tują w zbiegi oko­licz­no­ści.

Tak więc Urszula wraz z liczną świtą dotarła do Kolo­nii, a wtedy Huno­wie odstą­pili od swych machin oblęż­ni­czych i zabrali się do masa­kro­wa­nia Ponad Jede­na­stu Tysięcy, fraza ta stała się okle­pa­nym zwro­tem już w roku czte­rech­set­nym naszej ery, "krwio­żer­czo, niczym wataha wil­ków ata­ku­jąca stado owiec".

Eli­za­beth Finch prze­rwała, powio­dła wzro­kiem po sali i zapy­tała:

- Jak byście coś takiego nazwali? - Nikt się nie odzy­wał. - Pro­po­nuję: "samo­bój­stwo z ręki gli­nia­rza"1.

Eli­za­beth Finch żadną miarą nie była osobą publiczną. Szu­ka­nie jej w Google nie dałoby wiele. Gdy­bym miał okre­ślić ją pod wzglę­dem zawo­do­wym, powie­dział­bym, że była nie­za­leż­nym naukow­cem. Może się to wyda­wać eufe­mi­zmem, nawet tru­izmem. Nim jed­nak ofi­cjal­nym sie­dli­skiem wie­dzy stał się świat aka­de­micki, ist­nieli męż­czyźni i kobiety nad­zwy­czaj inte­li­gentni, któ­rzy pry­wat­nie zgłę­biali przed­miot swo­ich zain­te­re­so­wań. Prze­waż­nie, rzecz oczy­wi­sta, ludzie ci byli zamożni; nie­kiedy bywali też eks­cen­try­kami, a niektó­rzy bez­sprzecz­nie sza­leń­cami. Posia­da­nie środ­ków mate­rial­nych pozwa­lało im jed­nak na nie­ogra­ni­czone podró­żo­wa­nie oraz pro­wa­dze­nie dowol­nych badań, bez żad­nej pre­sji na publi­ko­wa­nie, osią­ga­nie lep­szych wyni­ków niż kole­dzy czy też zado­wa­la­nie dzie­ka­nów wydzia­łów.

Ni­gdy nie pozna­łem sytu­acji finan­so­wej Eli­za­beth Finch. Wyobra­ża­łem sobie, że jest bogata z domu albo odzie­dzi­czyła spa­dek. Miała miesz­ka­nie w zachod­nim Lon­dy­nie, w któ­rym ni­gdy nie byłem; poza tym naj­wy­raź­niej żyła oszczęd­nie; jak przy­pusz­czam, zor­ga­ni­zo­wała sobie pracę w ten spo­sób, by dys­po­no­wać cza­sem na swoje wła­sne, nie­za­leżne stu­dia. Opu­bli­ko­wała dwie książki: Eks­plo­zywne kobiety o lon­dyń­skich anar­chist­kach dzia­ła­ją­cych w latach 1890-1910 oraz Nasze nie­zbędne mity - o nacjo­na­li­zmie, reli­gii i rodzi­nie. Obie były nie­wiel­kiej obję­to­ści i nakład obu jest już wyczer­pany. Nie­któ­rzy uzna­liby zapewne nie­za­leżnego naukowca, któ­rego prace są nie­osią­galne, za komiczną postać. W prze­ci­wień­stwie do tabunu głup­ków i nudzia­rzy mają­cych uczel­niane etaty, któ­rzy naj­le­piej by uczy­nili, gdyby zamil­kli.

Kil­ku­na­stu jej stu­den­tów zyskało potem sławę. Jej nazwi­sko można zna­leźć w nie­któ­rych książ­kach doty­czą­cych dzie­jów śre­dnio­wie­cza oraz myśli kobie­cej. Dla tych jed­nak, któ­rzy nie znali jej oso­bi­ście, pozo­sta­wała zupeł­nie nie­znana. Co może się wyda­wać oczy­wi­ste. Tyle tylko, że dzi­siaj w cyfro­wym świe­cie "przy­ja­ciele" i "obser­wu­jący" to już zgoła dwa różne poję­cia - nija­kie i roz­wod­nione. Jest wielu takich, któ­rzy znają się mię­dzy sobą, nie zna­jąc się wcale. I świet­nie się czują z tą powierz­chow­no­ścią.

Pomy­śli­cie pew­nie, że jestem nie­dzi­siej­szy (jed­nak nie o mnie tu mowa). Mogli­by­ście uznać Eli­za­beth Finch za kobietę rów­nie, jeśli nie bar­dziej, nie­dzi­siej­szą. Jeśli jed­nak istot­nie taka była, to nie w zwy­kłym zna­cze­niu tego słowa: nie miało to bowiem żad­nego związku z poprzed­nim poko­le­niem, któ­rego prawdy oka­zują się dziś wybla­kłe i zwie­trzałe. Jak mam to wyra­zić? Jej domeną nie były prawdy poprzed­nich poko­leń, tylko poprzed­nich epok; prawdy, które ona sama utrzy­my­wała przy życiu, lecz inni odrzu­cili. I nie cho­dzi mi tu na przy­kład o to, że była "sta­ro­modną tory­ską/libe­rałką/socja­listką". Ona znaj­do­wała się poza swo­imi cza­sami - w wielu aspek­tach. "Nie daj­cie się zwieść cza­sowi - rze­kła kie­dyś - wyobra­ża­jąc sobie, że histo­ria, zwłasz­cza histo­ria inte­lek­tu­alna, jest line­arna". Była naj­wyż­szej próby, nie­za­leżna, euro­pej­ska. Pisząc te słowa, zatrzy­muję się, ponie­waż sły­szę gdzieś w gło­wie to, co nie­gdyś nam powie­działa na zaję­ciach: "I pamię­taj­cie: gdy opis jakiejś postaci w powie­ści, nie wspo­mi­na­jąc już o bio­gra­fii czy książce histo­rycz­nej, jest uła­dzony i okro­jony do trzech przy­miot­ni­ków, ni­gdy nie wierz­cie auto­rowi". Jest to spraw­dzona zasada, którą zawsze sta­ram się sto­so­wać.

Nie­ba­wem roz­pa­dli­śmy się na grupy i kote­rie, jak to zwy­kle bywa, tro­chę zrzą­dze­niem losu, a tro­chę celowo. W nie­któ­rych wypad­kach kry­te­rium zale­żało od tego, co się piło po zaję­ciach: piwo, wino, piwo i/lub wino i/lub cokol­wiek innego w butelce, soki owo­cowe, wresz­cie nic. Skład mojej grupy, łatwo prze­sta­wia­ją­cej się z piwa na wino i odwrot­nie, był nastę­pu­jący: Neil (czyli ja), Anna (Holen­derka; nie­kiedy wku­rzał ją potęż­nie angiel­ski brak powagi), Geoff (pro­wo­ka­tor), Linda (chwiejna emo­cjo­nal­nie, zarówno gdy cho­dziło o stu­dio­wa­nie, jak i o życie jako takie) i Ste­vie (urba­ni­sta nie­ma­jący w zwy­czaju spo­czy­wa­nia na lau­rach). Jedną z rze­czy, jakie nas łączyły, było to, że para­dok­sal­nie, rzadko zga­dza­li­śmy się ze sobą nie­mal w każ­dej kwe­stii, wyjąw­szy jed­nak prze­ko­na­nie, że nie­ważne, kto nami rzą­dzi, bo jest to i tak bez­na­dzieja; a dalej: że Bóg na pewno nie ist­nieje, że życie jest dla żywych, no i że ni­gdy nie ma za wiele prze­ką­sek w sze­lesz­czą­cych toreb­kach. Działo się to wszystko przed poja­wie­niem się lap­to­pów na zaję­ciach, a mediów spo­łecz­no­ścio­wych poza nimi; w cza­sach, gdy źró­dłem infor­ma­cji były gazety, a źró­dłem wie­dzy - książki. Czy żyło się wtedy pro­ściej, czy nud­niej? Jedno i dru­gie, a może ani jedno, ani dru­gie?

- Mono­te­izm - powie­działa Eli­za­beth Finch. - Mono­ma­nia. Mono­ga­mia. Mono­to­nia. Taki począ­tek nie wróży nic dobrego - prze­rwała na chwilę. - Mono­gram to oznaka próż­no­ści. Monokl, jak wyżej. Mono­kul­tura, zwia­stun zagłady wiej­skiej, rol­ni­czej Europy. Jestem gotowa przy­znać, że kolej mono­szy­nowa jest rze­czą uży­teczną. Ist­nieje wiele neu­tral­nych ter­mi­nów nauko­wych, co rów­nież przy­znaję. Gdy jed­nak przed­ro­stek odnosi się do ludz­kiej dzia­łal­no­ści, wtedy... Mono­glota, sym­bol zaskle­pio­nego i samo­oszu­ku­ją­cego się kraju. Mono­kini, ety­mo­lo­gia rów­nie prze­śmieszna, jak i sam ów strój. Mono­pol, przy czym nie cho­dzi mi o grę plan­szową, tylko o źró­dło­słów tej nazwy, pro­wa­dzi zawsze do kata­strofy, jeśli tylko pozwo­limy mu się swo­bod­nie roz­wi­jać. Monor­chizm: stan godny poża­ło­wa­nia, lecz nie tego, by do niego dążyć. Macie jakieś pyta­nia?

Linda, która naj­wy­raź­niej czę­sto mie­wała, jak je uro­czo nazy­wała "pro­blemy ser­cowe", nie­cier­pli­wie zapy­tała:

- Co pani ma prze­ciwko mono­ga­mii? Czy nie jest tak, że więk­szość ludzi pra­gnie żyć w takim związku? Czy nie jest tak, że więk­szość ludzi o tym marzy?

- Bądź ostrożna z tym marze­niami - odrze­kła Eli­za­beth Finch. - I w ogóle to samo ci zale­cam, gdy sły­szysz, że ludzie do cze­goś dążą - prze­rwała, popa­trzyła na Lindę z pół­u­śmie­chem, po czym, zwra­ca­jąc się do niej, powie­działa do nas wszyst­kich: - Narzu­cona mono­ga­mia brzmi tak jak narzu­cone szczę­ście, a to ostat­nie jak wia­domo nie jest moż­liwe. Nie­na­rzu­cana mono­ga­mia może i wydaje się moż­liwa. Mono­ga­mia roman­tyczna może i jest pożą­dana. Jed­nak ta pierw­sza zazwy­czaj powraca gwał­tow­nie do poprzed­niej formy, sta­jąc się jakąś wer­sją narzu­conej mono­ga­mii, pod­czas gdy ta druga łatwo staje się obse­syjna i histe­ryczna. I w ten spo­sób zbliża się do mono­ma­nii. Zawsze powin­ni­śmy roz­róż­niać wza­jemną namięt­ność i wspólną mono­ga­mię.

Przy­swa­ja­li­śmy jej słowa w mil­cze­niu. Więk­szość z nas miała już za sobą prze­ciętne sek­su­alne i miło­sne doświad­cze­nie wła­ściwe naszemu poko­le­niu, innymi słowy, aż nazbyt wiele jak na gust poprzed­niej gene­ra­cji, lecz żało­śnie mało według oceny kolej­nego poko­le­nia, któ­rego oddech czu­li­śmy już na ple­cach. Byli­śmy też cie­kawi, w jakiej mie­rze źró­dłem tego, co nam powie­działa, było jej wła­sne doświad­cze­nie, nikt jed­nak nie śmiał zapy­tać.

Na szczę­ście Linda drą­żyła temat.

- A więc, według pani, wszystko to jest nie­wiele warte?

- Zaraz, jak to ujął nasz dow­cipny pan Son­dheim? - I Eli­za­beth Finch nie­omal zaśpie­wała: "W poje­dynkę nie­moż­liwe / Dwoje? - bez miło­ści / Lecz we troje jak naj­bar­dziej, raź­nie i rado­śnie2". Jest to, rzecz jasna, tylko jeden z punk­tów widze­nia.

- Czy jed­nak pani się z tym zga­dza, czy po pro­stu uchyla się od odpo­wie­dzi na to pyta­nie?

- Nie, skąd, przed­sta­wiam ci tylko alter­na­tywy.

- A więc, według pani, Ete­riusz postą­pił nie­wła­ści­wie, uda­jąc się do Kolo­nii?

Linda, co było dla wszyst­kich widoczne, trak­to­wała zaję­cia bar­dzo oso­bi­ście, nawet te poświę­cone śre­dnio­wiecz­nej reli­gii.

- Nie, tak nie było. Każdy z nas dąży do tego, co uważa za naj­lep­sze dla sie­bie, nawet gdyby skut­kiem było uni­ce­stwie­nie. Nie­kiedy nawet zwłasz­cza gdyby było. W każ­dym razie z chwilą, gdy osią­gnę­li­śmy nasz cel, albo też go nie osią­gnę­li­śmy, jest już zwy­kle za późno.

- Nie­wiele mi pani pomo­gła - stwier­dziła Linda z pew­nego rodzaju zrzę­dliwą zacię­to­ścią.

- Nie zaan­ga­żo­wano mnie tu po to, bym świad­czyła wam pomoc - odpo­wie­działa Eli­za­beth Finch sta­now­czo, nie miało to jed­nak cha­rak­teru repry­mendy. - Jestem tu, by wspo­ma­gać was w myśle­niu i dys­ku­to­wa­niu, i w roz­wi­ja­niu umy­słu. - Prze­rwała na chwilę. - Ponie­waż jed­nak zapy­ta­łaś, Lindo, o Ete­riu­sza, zasta­nówmy się nad jego przy­pad­kiem. Zarę­czony z Urszulą, przy­jął jej warunki: pod­czas gdy ona wyru­szy z piel­grzymką do Rzymu, on przy­swoi sobie zasady chrze­ści­jań­stwa, uzna jego prawdy i zosta­nie ochrzczony w wie­rze swej oblu­bie­nicy. Jak bar­dzo roz­wście­czyło to jego ojca, króla Anglii i zna­nego poga­nina, histo­ria nam tego nie prze­ka­zuje. W każ­dym razie Ete­riu­szowi uka­zał się zesłany przez Boga anioł, pole­ca­jąc mu spo­tkać się z Urszulą w Kolo­nii, gdzie razem doświad­czą chwa­leb­nego męczeń­stwa.

- Co powin­ni­śmy o tym wszyst­kim sądzić? Możemy uznać to, na płasz­czyź­nie emo­cjo­nal­nej, za krań­cowy, rzec można nawet tchnący fana­ty­zmem przy­pa­dek roman­tycz­nej miło­ści. Ktoś inny może przy­dałby mu aspekt wagne­row­ski. Na płasz­czyź­nie teo­lo­gicz­nej postę­po­wa­nie Ete­riu­sza mogłoby być przy­kła­dem rażą­cego i kary­god­nego wpy­cha­nia się bez kolejki. Ponadto powin­ni­śmy wziąć pod uwagę skutki narzu­ce­nia powścią­gli­wo­ści sek­su­al­nej mło­demu męż­czyź­nie, tak samo zresztą jak mło­dej kobie­cie. Czy Urszuli i Ete­riu­szowi, pozo­sta­ją­cym w narze­czeń­stwie od trzech lat, pozwo­lono na spę­dze­nie nocy poślub­nej, zanim pochy­lili karki przed teu­toń­skimi mie­czami i wysta­wili piersi na lance i strzały? Raczej nale­ża­łoby w to wąt­pić, bo w rze­czy samej, zaznaw­szy roz­ko­szy mał­żeń­skich, mogliby zmie­nić zda­nie.

Po wykła­dzie nie­któ­rzy z nas od razu zamó­wili w stu­denc­kim barze moc­niej­sze drinki.

Pró­bo­wa­łem sił jako aktor i wła­śnie w tych oko­licz­no­ściach pozna­łem swoją pierw­szą żonę Joannę. Naszą wspólną cechą był nie­okre­ślony, lecz i nie­zmienny opty­mizm, przy­naj­mniej przez pierw­szych kilka lat. Dosta­wa­łem drobne rólki w tele­wi­zji, ponadto bywa­łem lek­to­rem; oboje z żoną pisa­li­śmy sce­na­riu­sze i wysy­ła­li­śmy je potem w roz­ma­ite miej­sca, ni­gdy jed­nak nie dosta­li­śmy odpo­wie­dzi. Mie­li­śmy w reper­tu­arze rów­nież numery na dwoje akto­rów na stat­kach wyciecz­ko­wych: scenki kome­diowe, kaba­re­towe mono­logi, tro­chę śpiewu i tańca. Naj­bar­dziej sta­łym źró­dłem moich docho­dów była rola nieco ponu­rego bar­mana w długo emi­to­wa­nej tele­no­weli (żad­nej z tych słyn­nych). Potem, przez lata, cza­sem mnie zaga­dy­wano: "Wie pan, wygląda pan kubek w kubek jak bar­man Freddy w - jak to się nazy­wało - NW12?". Ni­gdy jed­nak ich nie popra­wiam: "Pomyłka, to było SE15", uśmie­cham się tylko i mówię: "No pro­szę, coś takiego, sły­sza­łem to już od wielu osób".

Gdy z anga­żami zro­biło się kru­cho, zaczą­łem pra­co­wać w restau­ra­cjach. To zna­czy byłem kel­ne­rem. Mia­łem pre­zen­cję, czy też potra­fi­łem ją przy­brać, zosta­łem więc prze­nie­siony do bez­po­śred­niej obsługi gości. Z cza­sem jed­nak zre­zy­gno­wa­łem z tych restau­ra­cji, a potem prze­sta­łem być akto­rem. Zna­łem kilku dostaw­ców żyw­no­ści, więc posta­no­wi­li­śmy wraz z Joanną zamiesz­kać na wsi. Hodo­wa­łem pie­czarki, a potem pro­wa­dzi­łem hydro­po­niczną uprawę pomi­do­rów. Nasza córka Han­nah nie mawiała już tonem dzie­cię­cej prze­chwałki: "A mój tatuś jest w tele­wi­zo­rze", nato­miast hero­icz­nie usi­ło­wała wło­żyć tyle samo werwy i zapału w zda­nie: "Mój tatuś hoduje grzybki". Joanna, któ­rej powio­dło się w aktor­stwie lepiej niż mnie, uznała, że będzie korzyst­niej dla jej kariery, gdy prze­pro­wa­dzi się do Lon­dynu. Beze mnie. No i to tyle, jeśli cho­dzi o nią. Ow­szem, na­dal można ją zoba­czyć w tele­wi­zji, czę­sto grywa w... no dobra, chrza­nić to.

Gdy powie­dzia­łem Eli­za­beth Finch, że byłem akto­rem, uśmiech­nęła się.

- Ach, aktor­stwo - powie­działa - dosko­nały przy­kład na to, że sztucz­ność two­rzy auten­tycz­ność. - Tro­chę mnie to ucie­szyło, a bodaj i dowar­to­ścio­wało.

E.F., jak nazy­wa­li­śmy ją mię­dzy sobą, sta­nęła naprze­ciw nas i kła­dąc jak zwy­kle torebkę na pul­pi­cie, oznaj­miła:

- Ciesz­cie się, tak w przy­bli­że­niu, tym, co jest bli­skie szczę­ściu. Jedyną oczy­wi­stą i pewną rze­czą w życiu jest brak szczę­ścia. - Potem cze­kała. Piłka zna­la­zła się po naszej stro­nie. Kto pierw­szy się odważy i zabie­rze głos?

Zauważ­cie, że nie podała źró­dła tej mak­symy. Uczy­niła to świa­do­mie, był to uży­teczny spo­sób na to, by pobu­dzić nas do samo­dziel­nego myśle­nia. Gdyby podała, zaczę­li­by­śmy przy­po­mi­nać sobie, co nam wia­domo o życiu i twór­czo­ści rze­czo­nej postaci, jak rów­nież o tym, jak jest ogól­nie postrze­gana. A wtedy albo pochy­li­li­by­śmy przed nią z sza­cun­kiem głowy, albo wręcz prze­ciw­nie.

Wywią­zała się więc oży­wiona dys­ku­sja, w któ­rej jesz­cze wła­ściwe mło­do­ści nadzieja i opty­mizm ście­rały się z wła­ści­wym doj­rza­ło­ści scep­ty­cy­zmem - co trwało, jak nam się wyda­wało, przy­naj­mniej aż do chwili, gdy podała nam to źró­dło.

- Goethe, a tylko nie­liczni z was mogą liczyć na to, że będą mieli peł­niej­sze i cie­kaw­sze życie niż on sam. Powie­dział na łożu śmierci, miał wtedy osiem­dzie­siąt dwa lata, że był w życiu szczę­śliwy może z kwa­drans. - I nie pod­nio­sła na nas brwi fizycz­nie, takie gesty nie były w jej stylu, tylko w sen­sie meta­fo­rycz­nym czy bodaj nawet moral­nym. Tak więc, jako gre­mium, przy­ję­li­śmy do wia­do­mo­ści jej słowa i zaczę­li­śmy dys­ku­to­wać o tym, czy bycie wiel­kim, albo bodaj i pomniej­szym, inte­lek­tu­ali­stą, ozna­cza, że nie­uchron­nie jest się nieszczę­śliwym; jak rów­nież o tym, czy umie­ra­jący ludzie wygła­szają tego rodzaju stwier­dze­nia (co wyda­wało się nam wie­rutną bujdą), ponie­waż już im się wszystko zaciera w pamięci, czy też dla­tego, że bana­li­zo­wa­nie aż tak istot­nego aspektu wła­snego życia mniej odstrę­cza ich od umie­ra­nia. Wtedy Linda, która zawsze miała odwagę mówić rze­czy, jakie reszta z nas uzna­łaby za naiwne, by nie powie­dzieć żenu­jące, rzu­ciła:

- Może Goethe ni­gdy nie spo­tkał odpo­wied­niej kobiety.

W obec­no­ści innego wykła­dowcy pew­nie byśmy zachi­cho­tali. Jed­nak E.F., choć narzu­cała sobie rygor myśle­nia, ni­gdy nie lek­ce­wa­żyła naszych kon­cep­cji ani argu­men­tów, nie­ważne, czy były kiep­skie, sen­ty­men­talne, czy też bez­na­dziej­nie auto­bio­gra­ficzne. Zamiast tego prze­ista­czała nasze nędzne myślątka w coś nie­ba­nal­nego.

- Musi­cie bez­wa­run­kowo uwzględ­niać, i to nie tylko tu, w tych ścia­nach, lecz rów­nież na zewnątrz, w naszym burz­li­wym i nie­spo­koj­nym życiu, ele­ment przy­padku. Liczba tych, któ­rych pozna­jemy dogłęb­nie, jest dziw­nie nie­wielka. Uczu­cie może strasz­li­wie wywieść nas na manowce. Iden­tycz­nie rozum. A nasze gene­tyczne dzie­dzic­two może nas ogra­ni­czać. Tak samo minione wyda­rze­nia w naszym życiu. To nie jest tak jak z żoł­nie­rzami fron­to­wymi, któ­rzy cier­pią po walce na zespół stresu poura­zo­wego. Czę­sto mamy bowiem do czy­nie­nia z nie­uchron­nym pięt­nem pozor­nie zwy­czaj­nej docze­snej egzy­sten­cji.

W tym miej­scu Linda nie mogła się powstrzy­mać, aby nie oka­zać, że jest z sie­bie zado­wo­lona.

Jasne, nie dam sobie głowy uciąć, że E.F. dokład­nie tak to powie­działa. Mam jed­nak dobre ucho i rekon­stru­ując teraz to, jak mówiła, sądzę, że nie two­rzę kary­ka­tury. Tak sobie myślę, że przez całe życie bar­dziej chyba obcho­dziło mnie to, co mówiła i jak mówiła ona, nie zaś kto­kol­wiek inny, wtedy i póź­niej. Może na początku moich dwóch mał­żeństw, ale osta­tecz­nie, jak oświad­czyła E.F., "Namięt­ność może strasz­li­wie zwieść nas na manowce".

Łatwość, z jaką opo­wia­dała o rze­czach dzie­ją­cych się w sercu, włą­cza­jąc wszystko to w spo­sób natu­ralny w przed­miot "Kul­tura i cywi­li­za­cja", spra­wiła, że w pierw­szych tygo­dniach seme­stru stała się obiek­tem naszych żar­tów. Cóż, chłopcy - nawet trzy­dzie­sto­letni - zawsze pozo­staną chłop­cami, były więc szepty i było recho­ta­nie.

- Wie­cie co? Otwo­rzyła się jej torebka, a wewnątrz była powieść o Jame­sie Bon­dzie.

- A ja widzia­łem w zeszłym tygo­dniu, jak pod­je­chał po nią jaguar e-type. A za kie­row­nicą sie­działa kobieta!

- Zabra­łem naszą sta­ruszkę Liz wczo­raj wie­czo­rem do mia­sta, żeby się roze­rwała. Wypi­li­śmy po kilka drin­ków, szybka prze­ką­ska, potem do klubu, tam się oka­zało, że sek­sow­nie tań­czy, więc z powro­tem do niej, wyciąga zapas zioła, skręca kilka join­tów, no a potem - bywało, że na twarz chłopca-faceta wpeł­zał wtedy zło­śliwy uśmie­szek - a potem, nie, sorry, dżen­tel­men ni­gdy nie mówi o takich rze­czach.

Jak się zapewne domy­śla­cie, można było usły­szeć rów­nież inne, bar­dziej baro­kowe wer­sje tej opo­wie­ści, w któ­rych dżen­tel­men i ow­szem, mówił.

Tak zacho­wy­wali się ci z nas, któ­rzy nie byli pewni, jak powinni przyj­mo­wać jej opa­no­wa­nie i pew­ność sie­bie i któ­rych zbi­jał z tropu jej auto­ry­tet. Ich fan­ta­zje mogły być błęd­nie poj­mo­wane, lecz jed­no­cze­śnie Eli­za­beth Finch miała w sobie coś pikant­nego. Jeśli nie fak­tycz­nie, to poten­cjal­nie. I kiedy ja sam dawa­łem się ponieść wyobraźni, łatwo sta­wał mi przed oczami obraz E.F., powiedzmy, w wago­nie sypial­nym pierw­szej klasy; za oknem prze­działu prze­suwa się pociem­niały kra­jo­braz, a ona stoi w tym oknie w jedwab­nej piża­mie, gasząc ostat­niego papie­rosa, pod­czas gdy jakiś tajem­ni­czy i teraz już nie­moż­liwy do ziden­ty­fi­ko­wa­nia towa­rzysz podróży leżący na gór­nej kuszetce poświ­stuje cicho przez nos. Na zewnątrz, pod nie­pełną tar­czą księ­życa, E.F. dostrzega fran­cu­ską win­nicę na zbo­czu albo matową taflę wło­skiego jeziora.

Rzecz jasna, takie fan­ta­zje wię­cej mówią o fan­ta­zju­ją­cych niż o tym kimś, kto jest ich przed­mio­tem. Ci, któ­rzy je snuli, albo przyj­mo­wali za pew­nik, że E.F. ma za sobą eks­cy­tu­jącą prze­szłość, albo też two­rzyli jakąś wyima­gi­no­waną teraź­niej­szość, w któ­rej ona sama poszu­ki­wała rekom­pen­saty za swoje realne życie; ponadto zakła­dali, że jest osobą pra­gnącą uwagi i miło­ści i z jakie­goś powodu zawie­dzioną. Tak jed­nak nie było. Sto­jąca naprze­ciw nas Eli­za­beth Finch była sama w sobie aktem doko­na­nym, sumą tego, w jaki spo­sób sama sie­bie ufor­mo­wała, tego, co pomo­gli jej ufor­mo­wać inni, a wresz­cie tego, co ofia­ro­wał jej świat. Nie tylko w ówcze­snym uka­za­niu sie­bie, lecz rów­nież poprzez swoją długą histo­rię. Stop­niowo to poję­li­śmy i odrzu­ci­li­śmy nasze nie­tak­towne domnie­my­wa­nia jako przed­wcze­sne, nie­po­trzebne reak­cje na jej wyjąt­ko­wość. A ona, pozor­nie bez więk­szego wysiłku, zdo­była sobie nas wszyst­kich. Nie, źle mówię, to szło znacz­nie głę­biej. Ujmę to ina­czej: skło­niła nas wszyst­kich - po pro­stu swym wła­snym przy­kła­dem - do poszu­ki­wa­nia i odnaj­dy­wa­nia w swoim wnę­trzu ośrodka powagi.

Linda przy­szła do mnie po radę. Coś podob­nego nie­czę­sto mi się przy­da­rza, bo i nie wyglą­dam na takiego, kogo by się chęt­nie radzono. Jak się oka­zało, chciała usły­szeć ode mnie, czy warto szu­kać rady u E.F. Celowo powstrzy­ma­łem się od wypy­ty­wa­nia, o co cho­dzi, ponie­waż z Lindą zawsze wią­zały się jakieś emo­cjo­nalne dra­maty. Ponadto uwa­ża­łem, że cho­dze­nie do E.F. jest złym pomy­słem. Chęt­nie dys­ku­to­wa­łaby z nami na zaję­ciach o życiu uczu­cio­wym Goethego, lecz nie ozna­czało to wcale, że potra­fi­łaby, że byłaby skłonna - a wresz­cie, że pozwo­li­łyby jej na to wła­dze uczelni - udzie­lać rad stu­den­tom poza obrę­bem sali wykła­do­wej. Szybko jed­nak zro­zu­mia­łem, że Linda wła­ści­wie nie szu­kała mojej pomocy w pod­ję­ciu osta­tecz­nej decy­zji; to zna­czy ow­szem, taka pomoc byłaby mile widziana, lecz pod warun­kiem, że potwier­dza­łaby to, co ona sama już posta­no­wiła. Nie­któ­rzy już tacy są, być może nawet więk­szość. Toteż by popra­wić jej samo­po­czu­cie, zmie­ni­łem sta­no­wi­sko i powie­dzia­łem, że jestem za.

Kilka dni póź­niej, gdy sie­dzia­łem samot­nie w stu­denc­kim barze, przy­szła i usia­dła naprze­ciw mnie.

- E.F. jest cudowna - zaczęła Linda, a ja widzia­łem, że już wzbie­rają w niej emo­cje. - Opo­wie­dzia­łam jej o moich kło­po­tach ser­co­wych, a ona słu­chała z peł­nym zro­zu­mie­niem. Wycią­gnęła rękę i poło­żyła ją na stole, spójrz, o tak, bli­sko mojej. - Linda powtó­rzyła ów gest, kła­dąc rękę na sto­liku wnę­trzem dłoni w dół. - I powie­działa mi, że miłość jest wszyst­kim. Że liczy się tylko miłość. - A potem się roz­pła­kała, to zna­czy Linda.

W podob­nych sytu­acjach nie czuję się naj­pew­niej, więc powie­dzia­łem:

- Przy­niosę nam jesz­cze po drinku.

Gdy wró­ci­łem z baru, Lindy już nie było. Pozo­stał po niej tylko wil­gotny ślad dłoni na środku sto­lika, tam gdzie poło­żyła rękę, naśla­du­jąc Eli­za­beth Finch. Sie­dzia­łem potem i roz­my­śla­łem o Lin­dzie, być może po raz pierw­szy, odkąd się pozna­li­śmy. To zaś, że E.F. ni­gdy nie trak­to­wała pro­tek­cjo­nal­nie nawet jej naj­bar­dziej pochop­nych sądów, skło­niło mnie do jesz­cze poważ­niej­szych prze­my­śleń rów­nież na jej temat. Gdy Linda patrzyła na cie­bie, to w jej spoj­rze­niu było coś naglą­cego. Czy odno­siło się to do cze­goś kon­kret­nego? A może po pro­stu w ogóle tak patrzyła? Jed­nak kiedy ślad jej dłoni znik­nął, prze­sta­łem o niej myśleć.

- Sto sie­dem lat temu, dokład­nie wio­sną, pewien wielki malarz wycze­kuje śmierci: ma ona przyjść nie natych­miast, lecz wkrótce. On sam o tym wie - wie­dział już, że to będzie jego koniec, odkąd wystą­piło u niego ostat­nie sta­dium cho­roby. Już nie wstaje z wózka inwa­lidz­kiego. Dole­gli­wo­ści zwią­zane z kiłą trze­cio­rzę­dową są wie­lo­ra­kie i dotkliwe, jemu jed­nak los oszczę­dził cze­goś, co dla mala­rza byłoby naj­bar­dziej dotkliwe: śle­poty. Co rano przy­no­szą mu w krysz­ta­ło­wym wazo­nie duży bukiet świe­żych kwia­tów. Spra­wia mu przy­jem­ność ukła­da­nie ich na nowo. Nie­kiedy po pro­stu tylko na nie patrzy, wyobra­ża­jąc sobie, jak wyglą­da­łyby na obra­zie. Gdy ma lep­szy dzień, po uło­że­niu od razu powstaje kom­po­zy­cja. Pra­cuje szybko, z oczy­wi­stych powo­dów.

Stara się uchwy­cić to, co ulotne i prze­mi­ja­jące; w tym wypadku naj­istot­niej­sze jest dla niego tych kilka chwil, kiedy kwiaty w wazo­nie zaczy­nają więd­nąć. Ści­na­jąc je, przy­spie­szamy ich śmierć; prze­no­sząc na płótno, zacho­wu­jemy na długo po tym, jak zostaną wyrzu­cone. I wła­śnie wtedy sztuka staje się real­no­ścią, a kwiaty, które posłu­żyły jako model, tylko zwy­kłą, krót­ko­trwałą atrapą.

Może roz­wa­żymy to, co on sam być może roz­wa­żał. Ot, na przy­kład starą jak świat kwe­stię, znaną jako dyle­mat Mozarta: czy życie jest piękne, lecz zara­zem żało­sne; czy też żało­sne, lecz i piękne? Moż­liwe, że zna­lazł odpo­wiedź, by w ogóle omi­nąć ów dyle­mat. Taką oto: życie jest piękne, tout court3.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki