Królewska wnuczka
Królewska wnuczka
Książę i księżna Yorku
Książę i księżna Yorku
W kwietniu i maju 1953 roku pałac Buckingham w Londynie był widownią nietypowych scen: młoda, filigranowa ciemnowłosa
kobieta przechadzała się po korytarzu z przyczepionymi do jej wątłych
ramion kilkoma warstwami prześcieradeł. Codziennie podczas śniadania
było jeszcze dziwniej, bo wspomniana dama zasiadała do stołu z koroną na
głowie. I nie była to byle jaka ozdoba, ale wykonana z litego złota i ozdobiona setkami półszlachetnych i szlachetnych kamieni korona św.
Edwarda, główne insygnium Klejnotów Koronnych Zjednoczonego Królestwa,
tradycyjnie używane podczas ceremonii koronacyjnych władców Anglii i Wielkiej Brytanii. Na co dzień korona, wysoka i ciężka, bo ważąca 2,23
kg1, spoczywała w Tower of London, ale na specjalne życzenie
wspomnianej kobiety została stamtąd wyjęta. Poczynania swojej mamy
obserwowała dwójka dzieci, pięcioletni Karol i jego młodsza o dwa lata
siostra Anna. I bardzo im się to podobało, zwłaszcza że ich matka
wkładała koronę nie tylko podczas śniadania, ale także wieczorami, kiedy
nianie szykowały rodzeństwo do kąpieli. Obecnie panujący król Karol III,
bo to właśnie on był owym pięcioletnim chłopcem, który przyglądał się
swojej mamie, powiedział w jednym z wywiadów: "Pamiętam mamę, akurat nas
wtedy kąpano, kiedy zakładała tę koronę. To było całkiem zabawne. Muszę
przyznać, że to miłe wspomnienie"2.
Młodą damą paradującą z prześcieradłami u ramion była oczywiście królowa
Elżbieta II, która w ten dość osobliwy sposób przygotowywała się do
ceremonii koronacji, wyznaczonej na 2 czerwca 1953 roku. Wprawdzie od
dnia śmierci poprzedniego króla, ojca Elżbiety - Jerzego VI, upłynęło
już szesnaście miesięcy, a jego córka była już tytularną władczynią, ale
zgodnie z uświęconą tradycją od tragedii, jaką dla państwa jest śmierć
monarchy, do radosnego wydarzenia, jakim jest koronacja jego następcy,
musi upłynąć odpowiednio długi okres. Taki zwyczaj obowiązywał też w dawnej Rzeczypospolitej i to w dobie wolnych elekcji, kiedy królem
zostawało się nie z racji urodzenia, ale na mocy wyboru przez szlachtę.
Ciało zmarłego władcy było starannie balsamowane i czekało do dnia
obrania nowego monarchy. I dopiero wówczas, nawet po upływie kilku lat,
na krótko przed koronacją jego następcy, składano je do grobu. W przypadku dziedzicznej monarchii brytyjskiej ten z punktu widzenia
współczesnych ludzi dość szokujący obyczaj nie obowiązywał, ale i tak na
koronację Elżbiety wyznaczono dość odległy termin.
Ponieważ nie przewidziano żadnych oficjalnych prób, Elżbieta sama
godzinami ćwiczyła przebieg uroczystości w pałacu Buckingham, nawet w nocy, o czym świadczą relacje jej ochroniarzy. Jak na urodzoną pedantkę
przystało, kilkanaście razy dziennie powtarzała każdy gest,
przyzwyczajała się też do noszenia korony, która bynajmniej do lekkich
nie należy. Właśnie dlatego poleciła, aby wyjęto ją z królewskiego
skarbca i przyniesiono do pałacu Buckingham, gdzie mieszkała wraz z założoną przed laty rodziną. Sporo problemów młodej i kruchej Elżbiecie
mogły też sprawić królewskie szaty, które przygotowano na ceremonię.
Monarchini miała wystąpić w sukni z jedwabiu, ozdobionej haftowanymi
symbolami Wspólnoty Narodów i skórkami gronostajów. Na suknię miała być
narzucona peleryna z trenem pięciometrowej długości, który miało nieść
siedem dam dworu. Dlatego Elżbieta, aby podczas ceremonii poradzić sobie
z poruszaniem się w takim stroju, godzinami chodziła po pałacu z kilkoma
warstwami prześcieradeł doczepionymi do ramion, ku uciesze swoich
dzieci.
W taki osobliwy i nieco zabawny sposób rozpoczęło się panowanie królowej
Elżbiety II, która, chociaż nikt wówczas tego nie mógł przewidzieć,
miała przejść do historii jako drugi koronowany władca najdłużej
zasiadający na tronie. Pierwszy w tym rankingu pozostaje Ludwik XIV,
który panował dwa lata dłużej, ale objął tron jako czteroletni chłopiec.
Pierworodny syn monarchini, król Karol III, też ustanowił rekord jako
książę: w dniu 19 września 2013 roku stał się najstarszym i zarazem
najdłużej oczekującym na koronę następcą tronu w dziejach Wielkiej
Brytanii. Na tron wstąpił w 2022 roku jako niespełna
siedemdziesięcioczteroletni mężczyzna.
Elżbieta Aleksandra Maria (ang. Elizabeth Alexandra Mary) nie urodziła
się jako następczyni tronu, chociaż jej przyjściu na świat towarzyszyło
medialne zainteresowanie - była bowiem pierworodną córką księcia Yorku
Alberta, a zarazem wnuczką króla Jerzego V, zasiadającego na tronie od
1910 roku. I jak kazał obyczaj, przy jej narodzinach był obecny członek
rządu - minister spraw wewnętrznych w gabinecie Stanleya Baldwina, sir
William Joynson-Hicks, który 21 kwietnia 1926 roku zjawił się na Bruton
Street, gdzie mieszkał książę Yorku, drugi pod względem starszeństwa syn
panującego monarchy. Prawdę mówiąc, polityk miał inne sprawy na głowie,
bo Wielka Brytania była wówczas widownią górniczych protestów wywołanych
przez drastyczne cięcia płac w tym resorcie, nie był zatem szczęśliwy,
kiedy oddelegowano go, by uczestniczył w narodzinach członka rodziny
królewskiej.
Obyczaj ten miał swoje korzenie w XVII stuleciu, a bezpośrednią
przyczyną jego wprowadzenia były plotki dotyczące narodzin syna króla
Jakuba II Stuarta, władającego Anglią od 6 lutego 1685 roku do 11
grudnia 1688 roku. Monarcha ten doczekał się dwóch córek z pierwszego
małżeństwa z Anną Hyde, która zmarła w wieku trzydziestu czterech lat,
nie zdążywszy obdarzyć swego małżonka upragnionym synem. Druga żona
króla, Maria z Modeny, wprawdzie nie miała problemów z zajściem w ciążę,
ale albo jej nie donosiła, albo rodziła martwe bądź słabe dzieci, które
umierały wkrótce po przyjściu na świat. 10 czerwca 1688 roku zły los
jednak się odmienił i królowa powiła zdrowego, silnego chłopca, Jakuba
Franciszka Edwarda. Ale poddani, zamiast cieszyć się z narodzin następcy
tronu, dali posłuch paskudnym pogłoskom, jakoby królowa urodziła kolejne
martwe dziecko, które podmieniono na noworodka niewiadomego pochodzenia.
Mówiono, że zaufani ludzie przynieśli je do pałacu w szkandeli,
specjalnym naczyniu stosowanym do podgrzewania pościeli, które
przypominało sporą patelnię z przykrywką na długim kiju. Zaniepokojony
tymi pogłoskami monarcha bezzwłocznie zwołał nadzwyczajne posiedzenie
rady, której członkowie orzekli, że noworodek jest biologicznym synem
swoich królewskich rodziców, ale nie uciszyło to plotek. Chłopcu,
którego narodziny wywołały taki ferment, nie dane było jednak zasiąść na
tronie, bo kilka miesięcy po jego przyjściu na świat rewolucja odsunęła
od władzy jego ojca, a na tronie zasiadła jego przyrodnia siostra Anna,
córka Jakuba II z pierwszego małżeństwa z Anną Hyde. Wątpliwości
dotyczące pochodzenia Jakuba Franciszka Edwarda legły jednak u podstaw
uchwalenia prawa, zgodnie z którym urzędnik państwowy musiał być obecny
przy narodzinach każdego królewskiego potomka, a potem zaświadczyć przed
rządem, że królowa lub inna członkini dynastii sama powiła dziecko oraz
poinformować gabinet o płci noworodka.
Sir Joynson-Hicks nie był naocznym świadkiem narodzin córki księcia
Yorku, bo mała księżniczka przyszła na świat przy pomocy cesarskiego
cięcia. Minister siedział w jednym z pomieszczeń, niecierpliwie
oczekując na szczęśliwy finał i powrót do swoich obowiązków. Do pokoju
położnicy, księżnej Yorku Elżbiety, która od 1923 roku była żoną księcia
Alberta, został wprowadzony już po zabiegu. Sir Henry Simson, lekarz,
który przeprowadzał operację, okazał mu noworodka płci żeńskiej, a minister mógł z ulgą powrócić do pracy. Przedtem czekał go jeszcze
zaszczytny obowiązek poinformowania o narodzinach dziecka innych
członków rządu. Z kolei pałac Buckingham obwieścił poddanym Jerzego V
narodziny jego wnuczki za pomocą krótkiego komunikatu zamieszczonego
dopiero na czwartej stronie "Timesa": "O godzinie 2.40 dziś rano księżna
Yorku urodziła księżniczkę. Matka i córka czują się dobrze"3.
Nikt wówczas nie przypuszczał, że urodziła się wówczas przyszła królowa,
której długie panowanie zostanie nazwane "drugą epoką elżbietańską".
Jedynie autor artykułu w "Daily Mail", który ukazał się następnego dnia,
przypomniał czytelnikom, że "ta dziewczynka, której osoba od wczoraj
zdominowała wszystkie albo prawie wszystkie rozmowy w królestwie, jest
trzecią w kolejce do tronu"4.
Być może jednak ta mała dziewczynka, którą politykowi z dumą
zaprezentował medyk, była wprawdzie biologicznym dzieckiem księcia
Yorku, ale w jej żyłach nie płynęła wyłącznie szlachetna krew. Istnieje
teoria, jakoby przyszła królowa Elżbieta II była po kądzieli wnuczką...
francuskiej kucharki! Taki właśnie rodowód przyszłej królowej podaje
lady Colin Campbell w biografii królowej matki pt. Królowa.
Formalnie dziadkami ze strony matki naszej bohaterki byli Cecilia
Cavendish-Bentinck i jej mąż lord Claude Bowes-Lyon, czternasty hrabia
Strathmore i Kinghorne, a zarazem właściciel posiadłości Saint Paul's
Walden Bury na terenie hrabstwa Hertfordshire. Urodzona 4 sierpnia 1900
roku Elżbieta, która w przyszłości zostanie matką monarchini najdłużej w historii zasiadającej na tronie Wielkiej Brytanii, była czwartą córką, a zarazem dziewiątym z dziesięciorga dzieci, których się doczekali. Tak
się nieszczęśliwie złożyło, że Cecilia przeżyła załamanie nerwowe po
śmierci najstarszej córki Violet, która zmarła na błonicę w 1893 roku
jako jedenastoletnia dziewczynka. Jej matka nie mogła przeboleć tej
straty, a opiekujący się nią lekarze orzekli, że najlepszym remedium
będą narodziny kolejnego dziecka, mimo że pozostała siódemka potomstwa
cieszyła się dobrym zdrowiem. Najwidoczniej medycy uznali, że jedynie
noworodek może uleczyć zbolałą Cecilię. Niestety, pani Bowes-Lyon
cierpiała także na dolegliwości fizyczne i była w tak złym stanie, że
każda kolejna ciąża mogła zagrozić jej życiu. A mimo to kobieta urodziła
jeszcze dwójkę dzieci, córkę i syna Davida, co bynajmniej nie
nadszarpnęło jej kondycji. Mało tego, dożyła słusznego wieku
siedemdziesięciu ośmiu lat, co może zakrawać na cud, zwłaszcza biorąc
pod uwagę stan ówczesnej medycyny.
Zdaniem lady Campbell żadnego cudu w tym wypadku jednak nie było, bo
Claude spłodził dwójkę swoich najmłodszych potomków z pracującą w jego
domu w charakterze kucharki młodą Francuzką, Marguerite Rodiere. Całą
sprawę utrzymano jednak w ścisłej tajemnicy, a Cecilia ciążę udawała, co
wbrew pozorom nie było wcale takie trudne. Na przełomie XIX i XX
stulecia kobiety z wyższych sfer będące "przy nadziei" wycofywały się z życia towarzyskiego, gdy tylko zaokrąglał im się brzuszek, i następnych
kilka miesięcy spędzały w domowym zaciszu. Nikt poza najbliższą rodziną
nie widywał przyszłych matek aż do terminu rozwiązania. O ile jednak na
dyskrecję najbliższych krewnych można było liczyć, o tyle znacznie
gorzej wyglądała kwestia zachowania tajemnicy wśród służby, było to
bowiem bardzo rozplotkowane towarzystwo. Zatem jeżeli Cecilia Bowes-Lyon
faktycznie udawała odmienny stan, musiała odgrywać tę komedię również w domu. Kolejny problem pojawiał się w dniu porodu, zwłaszcza że dzieci
rodziły się wówczas w domowych pieleszach, ale i na to było rozwiązanie:
poród przyjmowała akuszerka wynajmowana specjalnie na tę okazję. W owych
czasach profesją tą parały się wyłącznie kobiety wywodzące się z niższych warstw społecznych niż lekarze. Wprawdzie ci ostatni byli w stanie zapewnić rodzącej znacznie lepszą opiekę, ale mogliby też wyjawić
bolesną tajemnicę dotyczącą prawdziwej tożsamości matki noworodka.
Akuszerki zaś były przyzwyczajone do wezwań o każdej porze dnia i nocy
do zupełnie nieznanych im kobiet. Pojawiały się w życiu dziecka i położnicy tylko na chwilę, by zniknąć zaraz po przyjściu noworodka na
świat, w owych czasach ich obowiązki nie obejmowały bowiem opieki
poporodowej nad matką i dzieckiem.
Kolejne wątpliwości co do tego, czy biologiczną babcią królowej Elżbiety
była rzeczywiście Cecilia, wzbudzają okoliczności narodzin przyszłej
żony księcia Alberta. Jej matka, wspominając ten fakt, zmieniała wersję
wydarzeń, raz mówiąc, że córkę powiła na tylnym siedzeniu taksówki, a innym razem wspominała, że dziewczynka przyszła na świat w ambulansie.
Wszystkie oficjalne biogramy królowej matki jako dzień jej narodzin
podają 4 sierpnia 1900 roku, ale lady Campbell upiera się, że Elżbieta
urodziła się dzień później i wcale nie w Londynie, jak podają oficjalne
źródła, ale w posiadłości swoich rodziców Saint Paul's Walden Bury.
Problem polegał jednak na tym, że Cecilii, w dokumentach figurującej
jako jej matka, w owej posiadłości wówczas nie było. Niefrasobliwie
wyjechała do Londynu, pozostawiając w domu ciężarną Marguerite, która
to, zdaniem "dobrze poinformowanych", wydała na świat matkę przyszłej
królowej pod nieobecność swojej chlebodawczyni. Cecilia opuszczała dom
bez obaw, wszak zdaniem lekarzy do porodu było jeszcze trochę czasu, ale
dziecko sprawiło wszystkim niespodziankę, rodząc się przed terminem.
Oficjalna wersja głosiła, jakoby w drodze do Londynu złapały ją skurcze,
dlatego czym prędzej zawróciła, a do rozwiązania doszło w Welwyn lub w jego okolicach.
Zdaniem niektórych biografów królowej matki Cecilia powiła córkę w domu
doktora Thomasa w Welwyn, gdzie musiała się zatrzymać. Elżbieta
konsekwentnie powtarzała jednak, że urodziła się w Londynie. Dopiero gdy
niedarzący jej sympatią szwagier Edward Windsor zaczął rozprowadzać
pogłoski o jej pochodzeniu, zmieniła wersję, przyznając, że przyszła na
świat w rodzinnej posiadłości. Z kolei młodszy brat Elżbiety, zdaniem
wielu także będący synem kucharki, w rozmowie z Dorothy Laird, autorką
biografii Elżbiety, stwierdził, że jego siostra "nie urodziła się w Saint Paul's". Lady Campbell uważa, że fakty mówią same za siebie: "Po
pierwsze, lady Glamis przed 1900 rokiem wydała na świat ósemkę
potomstwa, jest więc wysoce nieprawdopodobne, by zdecydowała się na
podróż z Saint Paul's Walden do Londynu i z powrotem, wiedząc o zbliżającym się terminie porodu. Nie postąpiłaby w ten sposób żadna
kobieta mająca znaczne doświadczenie macierzyńskie, zwłaszcza jeżeli
byłaby tak oddana rodzinie jak Cecilia Glamis. Należy pamiętać, że w 1900 roku nawet arystokracja nie podróżowała luksusowymi automobilami.
Jedynymi szeroko dostępnymi środkami transportu były pociągi i powozy,
przy czym podczas gdy podróż koleją była w miarę wygodna, jazda powozem
już znacznie mniej. Tak czy inaczej żadna kobieta przy zdrowych zmysłach
nie odważyłaby się, będąc w ciąży, wsiąść do pociągu ani zaryzykować
jazdy po wyboistych drogach w nawet najbardziej komfortowym
powozie"5. Poza tym, w owych czasach kobiety rodziły w domach,
a nie w szpitalach, nikt nie wzywałby zatem do rodzącej ambulansu,
wersje o narodzinach Elżbiety w ambulansie, zdaniem lady Campbell,
powinno się zatem włożyć między bajki.
Jakby tego było mało, sprawę pogmatwała matka królowej Elżbiety II,
która, będąc panną, we wniosku paszportowym jako miejsce swoich narodzin
podała Londyn, ale już jako żona panującego monarchy w 1937 roku
odsłoniła tablicę upamiętniającą swój chrzest w kościele Wszystkich
Świętych w Saint Paul's Walden, na której jako miejsce jej przyjścia na
świat widnieje... rodzinna posiadłość.
Jeżeli wierzyć lady Campbell, która przez pierwsze małżeństwo z lordem
Colinem Ivarem Campbellem, jedenastym księciem Argyll, weszła do kręgu
brytyjskiej arystokracji i siłą rzeczy została wtajemniczona w życie
wyższych sfer, rodzina matki Elżbiety II nie była jedyną familią
korzystającą z takiej specyficznej formy zastępczego macierzyństwa.
Zdaniem pisarki wielu potomków arystokratycznych rodów przyszło na świat
w taki właśnie sposób. A wszystko przez obowiązujące wówczas prawo,
zgodnie z którym ani potomstwo nieślubne arystokratów, ani dzieci
przysposobione przez członków tej warstwy nie miały prawa do
dziedziczenia tytułów szlacheckich. Bywało zatem, że pary, które z jakichś względów nie mogły doczekać się własnego potomstwa, decydowały
się na bardziej skomplikowane metody. Arystokratki, których mężowie
okazywali się bezpłodni, korzystały zazwyczaj z metody opracowanej przez
trzech wziętych londyńskich położników: Abrahamsa, Aaronsa i Zimmermana,
którzy za sowite wynagrodzenie zatrudniali młodych, krewkich mężczyzn w charakterze dawców spermy. Szlachetnie urodzone damy, niemogące się
doczekać potomstwa z poślubionymi mężczyznami, udawały się do gabinetu
mieszczącego się przy ulicy Harley, w którym czekały, aż lekarz pobierze
nasienie od przebywającego w sąsiednim pokoju mężczyzny, a potem
wstrzyknie je im przez wziernik. Żadna z nich nie miała nigdy spotkać
człowieka będącego biologicznym ojcem jej dziecka, ono także nie miało
nigdy poznać tożsamości dawcy nasienia.
Kandydaci na dawców byli bardzo starannie sprawdzani pod kątem urody i inteligencji. Wybierano ich z wąskiego grona majordomów - urzędników
zarządzających dworami szlachetnie urodzonych. "Majordomów można by
określić nowoczesnym mianem dyrektorów generalnych, ponieważ kierowali
oni gospodarstwami domowymi często większymi niż współczesne firmy -
twierdzi lady Campbell. - Aby kompetentnie sprawować swoją funkcję,
musieli zatem posiadać wrodzoną inteligencję, zmysł organizacyjny,
umiejętności zarządcze, samodyscyplinę, opanowanie oraz zdolność
skutecznego komunikowania się i współdziałania zarówno z osobami wyżej
urodzonymi, równymi sobie, jak i tymi o niższym statusie społecznym.
Innymi słowy - była to najzdolniejsza kadra kierownicza tamtych czasów.
Mimo że nie mogli się poszczycić szlacheckim pochodzeniem, często
dorównywali swoim panom pod względem intelektualnym, a czasami nawet ich
przewyższali, choć oczywiście nikt nie odważyłby się przyznać tego
głośno.
Wielu majordomów było również atrakcyjnymi mężczyznami, ponieważ
korzystny wygląd stanowił jedno z ważniejszych kryteriów podczas
poszukiwania kandydata na to stanowisko. Na dodatek niska pozycja
społeczna majordomów gwarantowała, że nie będą oni posiadać
wystarczających środków ani odpowiedniego statusu, by w przyszłości
stwarzać problemy kobietom zapłodnionym ich nasieniem"6.
Co więcej, z tej możliwości korzystano zazwyczaj kilkakrotnie, bo
małżeństwa arystokratów, które doczekały się tylko jednego, dwojga czy
nawet trojga potomstwa, były wyjątkiem budzącym powszechne zdumienie. W owych czasach, kiedy choroby wieku dziecięcego oraz infekcje, z którymi
współczesna medycyna radzi sobie doskonale, siały śmierć wśród dzieci, a ci synowie, którym dane było dożyć dojrzałego wieku, często ginęli na
wojnie, szlachetnie urodzone pary musiały mieć niejako "w zapasie" co
najmniej dwóch potomków płci męskiej - potencjalnych następców i spadkobierców.
Natomiast w przypadku, gdy to kobieta nie mogła zajść w ciążę albo ciąża
zagrażała jej zdrowiu, arystokrata uwodził jakąś młodą, zdrową, ale
ubogą dziewczynę pracującą w jego domu. Oczywiście taka "zastępcza
matka" była za swoje usługi sowicie wynagrodzona, a powicie przez nią
nieślubnego dziecka utrzymywano w tajemnicy w interesie zarówno jej
samej, jak i biologicznego ojca, o dziecku nie wspominając. Tajemnicę
pochodzenia Elżbiety miał poznać jej szwagier, a zarazem następca tronu,
David, przez historię zapamiętany jako Edward VIII, który abdykował z miłości do rozwódki Wallis Simpson. On też nadał żonie swojego brata
przezwisko "Cookie" - Ciasteczko, co miało stanowić nawiązanie do jej
biologicznej matki z zawodu kucharki. W swoich pamiętnikach twierdził,
że dysponuje wiarygodnymi dowodami na pochodzenie Elżbiety, ale nigdy
ich publicznie nie ujawnił.
Trudno orzec, jak było naprawdę, ale zakochanemu w pannie Bowes-Lyon
księciu Albertowi te wątpliwości nie przeszkadzały, a Elżbieta cieszyła
się bezwarunkową miłością obojga rodziców. Cecilia kochała ją równie
mocno jak swoje pozostałe dzieci, nawet jeżeli nie była jej biologiczną
matką.
Najmłodsza panna Bowes-Lyon nie wyrosła na piękność, była niską,
korpulentną dziewczyną, o okrągłej, żeby nie powiedzieć pyzatej, twarzy
i miała skłonności do tycia. W młodości jednak nie miała raczej
problemów z nadwagą. Z natury bystra i inteligentna, otrzymała dość
przeciętne wykształcenie, ale nie była w tym względzie wyjątkiem - w czasach, kiedy przyszło jej dorastać, do edukacji dziewcząt nie
przywiązywano zbyt wielkiej wagi. Zasadniczym celem każdej młodej panny
z dobrego domu było poślubienie jakiegoś dobrze urodzonego i zamożnego
młodzieńca. Ale Elżbieta miała nieco większe ambicje: kiedy była małą
dziewczynką, pewna Cyganka wywróżyła jej bowiem, że w przyszłości
zostanie królową. Dziewczyna wróżbę potraktowała poważnie i miała
nadzieję, że zdobędzie serce Davida, najstarszego spośród czterech synów
króla Jerzego V, który w przyszłości miał zasiąść na tronie.
Książę Walii, bo właśnie taki tytuł przysługuje następcy tronu Wielkiej
Brytanii, był przystojnym młodzieńcem i podobał się niejednej pannie.
Elżbieta poznała księcia w 1918 roku dzięki zaprzyjaźnionej z jej
rodzicami wicehrabinie Coke i natychmiast zarzuciła na niego sieci,
starając się oczarować go swymi przymiotami. Nie zdawała sobie jednak
sprawy, że stoi na z góry przegranej pozycji, bo nie była w typie
Davida, mężczyzny gustującego w wysokich i szczupłych, wręcz chudych
paniach, obdarzonych niewielkimi, ale za to zgrabnymi piersiami.
Elżbieta była dla niego za niska, stanowczo za pulchna, miała zbyt
obfity biust i jego zdaniem fatalnie się ubierała. A tymczasem on
podążał za modą i uchodził za najelegantszego mężczyznę ówczesnej
Europy, co z kolei raziło jego konserwatywnego królewskiego ojca.
Elżbieta jednak była niebywale uparta i wytrwale kokietowała swojego
wybranka, niestety, bez powodzenia.
Jednak wróżba Cyganki miała się spełnić, chociaż w dość pokrętny sposób.
Tymczasem żywiołowa i wiecznie uśmiechnięta panna Bowes-Lyon wpadła w oko młodszemu bratu księcia Walii, Albertowi, ale on, przynajmniej
początkowo, nie przypadł jej do gustu. I nie ma się co dziwić, bo w porównaniu z Davidem wypadał wyjątkowo blado.
Król Jerzy V i jego żona Maria Teck doczekali się szóstki dzieci, trudno
jednak uznać ich za wzorowych rodziców. Królowa Maria każdego potomka
wkrótce po wydaniu na świat oddawała pod opiekę sztabowi nianiek i guwernantek, co w owych czasach było normalną praktyką w wyższych
sferach. Problem polegał jednak na tym, że kobiety zatrudniane na tym
stanowisku miały, mówiąc oględnie, dość kontrowersyjne metody
wychowawcze. Najboleśniej doświadczył tego drugi pod względem
starszeństwa królewski syn, urodzony 14 grudnia 1895 roku Albert
Fryderyk Artur Jerzy, chłopiec z natury słaby i delikatny. Ponieważ był
leworęczny, jego niania siłą zmuszała go do pisania prawą ręką, a skutek
takich poczynań był wręcz opłakany, bo Bertie, jak zwano w rodzinie
średniego syna Jerzego V, nabawił się poważnej wady wymowy i zaczął się
jąkać.
Dla jego rodziców nie był to specjalny problem, wszak na brytyjskim
tronie miał w przyszłości zasiadać jego najstarszy brat, Edward Albert
Chrystian Jerzy Andrzej Patryk David, zwany w rodzinie Davidem. Jąkający
się książę miał jednak stanowczy zakaz odzywania się w trakcie
jakichkolwiek uroczystości publicznych, wobec czego wiedza o jego
przypadłości długo była sekretem rodzinnym. Chłopiec otrzymał pierwsze
imię po pradziadku, księciu Albercie, po którym jego prababka, królowa
Wiktoria, nosiła żałobę do końca życia. Bertie od wczesnego dzieciństwa
znajdował się w cieniu swego starszego brata, do którego bezustannie był
porównywany i to porównanie wypadało, niestety, na jego niekorzyść.
"David był błyskotliwym i pięknym dzieckiem o twarzy aniołka, Albert
stanowił jego zniekształconą wersję. David jako chłopiec miał dużo uroku
osobistego i wdzięku, Bertie jąkał się i był niezgrabny. Każdy uwielbiał
czarującego Davida, wszyscy natomiast ignorowali nieporadnego
Bertiego"7. Najstarszego księcia uwielbiała też wspomniana
niania, osoba o psychopatycznych cechach, która bezgranicznie kochała
następcę tronu, a wręcz nienawidziła Bertiego i drastycznie zaniedbywała
młodszego ze swoich wychowanków. Dochodziło nawet do tego, że zapominała
go nakarmić.
Nieporadność młodszego z książąt wynikała z jego niepełnosprawności, bo
Albert cierpiał na koślawość kolan, którą leczono za pomocą żelaznych
szyn zakładanych na noc i noszonych w ciągu dnia, a wada wymowy
skutecznie odbierała mu pewność siebie. Ale i tak jego dzieciństwo było
szczęśliwsze niż los najmłodszego brata, księcia Jana. Niektórzy
twierdzili, że rodzice sami ściągnęli na swego najmłodszego potomka
nieszczęście, nadając mu imię uważane przez wielu za niefortunne dla
mężczyzn z angielskich rodzin królewskich. Fatum na nie miał ściągnąć
Jan bez Ziemi, znany głównie z książek i filmów, w których występuje
jako konkurent Ryszarda Lwie Serce. Faktem jest, że synowie angielskich
władców, którzy nosili to feralne imię, umierali zdecydowanie
przedwcześnie. Taki los spotkał także najmłodszego syna króla Jerzego V,
który w wieku czterech lat dostał pierwszego ataku epilepsji. Posiadanie
nieuleczalnie chorego potomka okazało się dla monarchy i jego żony
stanowczo zbyt wielkim ciężarem, i to bynajmniej nie dlatego, że nie
mogli patrzeć na jego cierpienia, lecz dlatego, że wstydzili się małego
Jana, który w każdej chwili mógł ich "skompromitować", wijąc się na
podłodze i tocząc pianę z ust. Nieszczęsne dziecko odseparowano od
rodziny. 18 stycznia 1919 roku książę Jan dostał bardzo silnego ataku
epilepsji, w wyniku którego zmarł. Płakała tylko opiekująca się nim do
końca pielęgniarka Charlotte Bill, zwana przez chłopca pieszczotliwie
Lalą, jedyna osoba, która potrafiła pokochać to schorowane, cierpiące i z całą pewnością bardzo nieszczęśliwe dziecko.
Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że starsi synowie króla Jerzego VI
cieszyli się ojcowską miłością. Monarcha uważał bowiem, że najwłaściwszą
metodą wychowania dzieci jest utrzymywanie ich w rygorach surowej
dyscypliny. Wobec swojej jedynej córki Marii zdobywał się na jakieś
ciepłe odruchy, ale wszystkich czterech synów, bo oprócz wspomnianych
wyżej książąt, miał jeszcze dwóch - Henryka i Jerzego - traktował jak
kadetów zobowiązanych do karnego wykonywania jego rozkazów. Każdy objaw
buntu czy niezależności spotykał się z bardzo surową karą.
Jerzy V świadomie powielał schemat wychowania, jakie sam otrzymał, i z lubością powtarzał: "Mój ojciec bał się swojej matki, ja bałem się swego
ojca. Zrobię wszystko, aby moje dzieci bały się mnie"8. A ponieważ
sam był potomkiem jednego z najbardziej rozpustnych władców, jacy
kiedykolwiek zasiadali na tronie Anglii, uważnie przyglądał się swoim
synom, czy aby nie odziedziczyli skłonności po dziadku Edwardzie VII.
Jako władca całym sercem służył państwu i narodowi, dlatego uważał, że
na wszystkich członkach dynastii, a przede wszystkim na jego synach,
ciąży obowiązek służenia Koronie i wpajał im to niemal od urodzenia. W dodatku był pedantem, miał obsesję na punkcie porządku i schludności,
jak również punktualności, popadając w tym względzie w przesadę.
Dostawał ataku szału, gdy robiąca porządki pokojówka przestawiła
bibeloty na półkach czy też artykuły piśmiennicze na biurku, czym
skutecznie uprzykrzał życie wielu pracownikom pałacu.
Biografowie dziadka Elżbiety II twierdzą, że monarcha kochał w zasadzie
tylko dwie istoty: swoją papugę o wdzięcznym imieniu Charlotte i żonę
Marię, z czasem do tego grona dołączyła jego najstarsza wnuczka,
bohaterka tej publikacji. Ulubienica króla, papuga kakadu o różowoszarym
upierzeniu, którą otrzymał w prezencie od swojej ukochanej siostry,
cieszyła się wielkimi względami Jerzego. Monarcha zawsze zabierał ją na
śniadanie, pozwalając jej chodzić swobodnie po stole i częstować się
wszystkim, co tylko wpadło jej w oko. Ponoć ptaszysko szczególnie lubiło
jajka na miękko. Królowa Maria nie podzielała mężowskich uczuć do jego
pupilki, bo Charlotte ozdabiała królewski stół swymi odchodami,
doprowadzając do łez żonę monarchy. Ale król niewiele sobie z tego robił
i po prostu zakrywał wstydliwe pozostałości talerzykami do musztardy.
Król wszędzie zabierał swoja papugę, nawet w podróże zagraniczne, a niektórzy twierdzili, że ptak był najlepiej poinformowanym mieszkańcem
Wielkiej Brytanii, gdyż król przeglądał w towarzystwie Charlotte tajne
dokumenty dostarczane mu w czerwonych teczkach. W trakcie owego
przeglądu umiejąca mówić papuga skrzeczała głośno: "I co z tego!". Poza
tym naśladowała też swego pana, który miał dość wybuchowy temperament i często krzyczał na służbę oraz domowników. Charlotte nie cieszyła się
sympatią królowej Marii ani królewskich dzieci. Trudno byłoby ich za to
winić, skoro wredny ptak na widok książąt spóźnionych na śniadanie
skrzeczał: "Jak zawsze spóźniooony!", naśladując w ten sposób swego
pana, w którego oczach spóźnianie się, zwłaszcza na posiłek, urastało co
najmniej do rangi przestępstwa, o ile nie zbrodni.
Wszyscy synowie Jerzego VI otrzymali wojskowe wykształcenie, a dwaj
najstarsi trafili do Royal Naval College w Dartmouth. Albert nie wyniósł
stamtąd dobrych wspomnień, zwłaszcza że niezbyt dobrze radził sobie z nauką - szkołę ukończył z 63 lokatą na 67 absolwentów. Dodatkowym
problemem była z pewnością jego wada wymowy, bo drobny, jąkający się i nieśmiały młodzieniec był wręcz idealnym kandydatem na klasową ofermę, a jego królewskie pochodzenie bynajmniej nie onieśmielało kolegów. Wręcz
przeciwnie, koledzy kłuli go szpilką, by przekonać się, czy w jego
żyłach płynie błękitna krew. Poza tym, kiedy w 1909 roku po raz pierwszy
przekroczył mury szkoły, nie był jeszcze synem króla, ale jedynie
potomkiem księcia Walii, jego ojciec wstąpił na tron dopiero w 1910
roku, po śmierci Edwarda VII.
W przeciwieństwie do innych kadetów Bertie nie miał okazji, by podczas
wakacji odpocząć od wojskowego rygoru, bo kochający wojsko i wojskowe
ceremoniały ojciec urządził jemu i jego braciom prawdziwe koszary w domu. Na matczyną miłość także nie mogli liczyć, ponieważ Maria była
bardzo oschła dla swojego potomstwa. Jej najstarszy syn w swoich
pamiętnikach opisze ją jako kobietę, w której żyłach zamiast krwi płynął
lód. Potwierdza to relacja jednej z dam dworu królowej. "Spytałam ją
kiedyś, czy kiedykolwiek poszła i usiadła na łóżku [Davida] i porozmawiała z nim jak matka ze swoim synem, ale ona odparła, że nie
potrafiłaby tego zrobić"9 - relacjonowała. Zdanie to podzielał
także królewski bibliotekarz, Owen Morshead, który stwierdził, że
rodzina królewska "produkuje złych rodziców, którzy podobnie jak kaczki
depczą swoje młode"10.
Pomimo ewidentnego faworyzowania następcy tronu Bertie i David byli
zżytymi, kochającymi się braćmi, a Albertowi nawet nie przyszłoby do
głowy, żeby użalać się nad sobą. Życie w cieniu brata w gruncie rzeczy
odpowiadało nieśmiałemu introwertykowi, jakim był. Kiedy obaj uczyli się
w szkole w Dartmouth, zachorowali na świnkę, przy czym szesnastoletni
wówczas David zapadł na wyjątkowo ostrą jej postać i jego rozwój płciowy
się zatrzymał. Niestety, nie dało się tego ukryć i poddani brytyjscy się
zastanawiali, dlaczego następca tronu w wieku osiemnastu, a nawet
dwudziestu lat wciąż wygląda jak przerośnięte dziecko i dlaczego, na
Boga, nie interesuje się kobietami. Książę wykazywał długo cechy
niedojrzałości psychicznej, zachowując się jak ośmioletni chłopiec, a nie dojrzały mężczyzna. Ale mimo to był ładnym młodzieńcem, zwłaszcza w porównaniu do chudego, wręcz rachitycznego młodszego brata, a jego
niedojrzałość budziła pewną sympatię. Pomimo wszystko Brytyjczycy
pokochali najstarszego syna Jerzego V i cieszyli się, że w przyszłości
to on zasiądzie na tronie. Nie wiedzieli jednak, że przebyta świnka
sprawiła, że ich ukochany książę będzie miał poważne problemy z utrzymaniem ciągłości dynastii, ostra postać choroby uczyniła go bowiem
bezpłodnym.
Korzystną zmianę przyniosła natomiast Davidowi służba wojskowa. Książę
po wybuchu wielkiej wojny wstąpił do grenadierów gwardii, mimo że był
niższy niż wymagał regulamin, ale nikt nie zamierzał wysyłać go na
front. Jako następca tronu mógł jedynie wizytować szpitale i dokonywać
przeglądów wojsk, ale mimo to i tak otarł się o śmierć, kiedy we
wrześniu 1914 roku podczas inspekcji brytyjskiej armii w Vermelles
zabłąkany pocisk trafił w pojazd, w którym jechał, zabijając kierowcę.
Ten incydent nie osłabił w nim jednak woli walki, dlatego David
naciskał, aby przeniesiono go na miejsce działań wojennych. W końcu
dopiął swego, a jako żołnierz przejawiał wręcz skłonność do ryzyka, a nawet pogardę dla śmierci. Jak mawiał, ponieważ miał czterech braci,
mógł oddać życie dla kraju, ale ówczesny minister wojny nie podzielał
tej opinii, dlatego odwołał księcia z linii frontu, ku jego autentycznej
rozpaczy. Dzięki pobytowi w armii David wydoroślał, zmężniał, chociaż i tak pod żadnym względem nie przypominał Herkulesa, i przede wszystkim -
dojrzał psychicznie. W czasie wojny przeżył też inicjację seksualną z pewną francuską prostytutką i od tej pory często bywał w burdelach, a seks stał się jego wielką życiową pasją. Oprócz seksu następcy tronu
bardzo zasmakował alkohol i to do tego stopnia, że niemal wpadł w nałóg.
David miał też serdecznie dość sztywnej atmosfery panującej w pałacu
Buckingham, nie znosił ojca, który zalazł mu za skórę w dzieciństwie,
dlatego po zakończeniu służby wojskowej przeniósł się do pałacu św.
Jakuba w Londynie.
Popularności przydało mu pozowanie na obrońcę ubogich i uciśnionych,
poddanym podobało się, że ich przyszły król odwiedza ubogie dzielnice
Londynu, wizytuje kopalnie, sprawdzając, w jakich warunkach pracują i żyją górnicy. Była to także kampania wizerunkowa, opracowana zresztą
przez niezawodnego lorda Stamfordhama, królewskiego sekretarza, ale
trzeba przyznać, że książę w narzuconej mu roli spisywał się bardzo
dobrze. Podobnie jak później księżna Diana miał zadziwiający dar
nawiązywania porozumienia z prostymi ludźmi, nawet tymi z nizin
społecznych. Nic dziwnego, że wzbudzał zainteresowanie prasy oraz innych
środków przekazu, i to tak duże, że właściwie należałoby uznać, że to
on, a nie Diana, był pierwszym celebrytą dynastii Windsorów. Wszędzie,
gdziekolwiek się pojawiał, spotykał się z sympatią, uchodził też,
zresztą bardzo słusznie, za ikonę męskiej mody. Z czasem stał się wręcz
twarzą Imperium Brytyjskiego poza jego granicami.
Jego młodszy brat w czasie pierwszej wojny światowej również służył w wojsku - w marynarce wojennej. Na pokładzie HMS "Collingwood" dał się
poznać jako marynarz opanowany, a jednocześnie odważny. Niestety,
kłopoty zdrowotne słabowitego księcia, a konkretnie nieżyt żołądka,
zmusiły go do opuszczenia Royal Navy, ale nie do rezygnacji ze służby
wojskowej, bo w 1917 roku wstąpił w szeregi nowo utworzonych Royal Air
Force. Albert spisywał się dość dobrze i uzyskał licencję pilota, ale
nigdy nie brał udziału w działaniach wojennych. W 1920 roku w związku z mianowaniem na księcia Yorku11, hrabiego Inverness i barona
Killarney przybyło mu obowiązków polegających na reprezentowaniu ojca
podczas różnych uroczystości czy oficjalnych podróży. Ponieważ wciąż się
jąkał, program owych uroczystości i wizyt układano w taki sposób, aby
jak najrzadziej zabierał głos.
Ani służba wojskowa, ani tytuły nie dodały jednak Albertowi pewności
siebie, nadal był młodzieńcem chorobliwie nieśmiałym i unikał kobiet.
Nie oznaczało to jednak, że był homoseksualistą - po prostu przerażało
go obcowanie z przedstawicielkami płci pięknej. Nieszczęsny Bertie w ich
obecności bał się odezwać, a na myśl, że miałby którąś poprosić do
tańca, oblewał się potem. Wobec takiego obrotu spraw David, który od
dawna znał uroki miłości cielesnej, postanowił pomóc swojemu braciszkowi
i zaaranżował randkę z panną Phyllis Monkman, utalentowaną aktorką i tancerką, gwiazdą londyńskich musicali. Urodziwa dziewczyna zagościła w życiu księcia na dłużej, a potem zapisała się tak dobrze w jego pamięci,
że przez kilka lat wysyłał jej kwiaty na urodziny. Ale to nie ona była
miłością życia Alberta, jego sercem całkowicie zawładnęła Elżbieta
Bowes-Lyon.
Po raz pierwszy zwrócił na nią uwagę 8 lipca 1920 roku na balu
Królewskich Sił Powietrznych odbywającym się w londyńskim hotelu Ritz.
Dziewczyna tańczyła wówczas z jego koniuszym Jamesem Stuartem, w którym,
jak twierdzi lady Campbell, była wówczas zakochana, co nie przeszkadzało
jej żywić nadziei na małżeństwo z przystojnym następcą tronu. Prawdę
mówiąc, sytuacja Elżbiety, ostatniej panny na wydaniu w rodzinie
Bowes-Lyon, nie przedstawiała się zbyt różowo. Jej dwie starsze siostry
zdążyły korzystnie wyjść za mąż i ambicją dziewczyny było dorównanie im
pod tym względem, dlatego rozglądała się za odpowiednim kandydatem na
męża, swoim zwyczajem kokietując, kogo tylko się da. Była bardzo
zdesperowana, w owych czasach bowiem miarą sukcesu młodej kobiety było
to, jak szybko wyjdzie za mąż po swoim debiucie towarzyskim, który
odbywał się, kiedy dziewczyna miała siedemnaście lub osiemnaście lat.
Te, którym udało się to dopiero po dwudziestce, uchodziły wręcz za
życiowe nieudacznice. Pomimo owej determinacji Bertie nie przypadł
Elżbiecie do gustu. Zresztą spotkała go kilka lat wcześniej, kiedy była
zaledwie podlotkiem, a wtedy starszy o cztery lata książę nie zwrócił na
nią uwagi, on zaś, jak zwierzyła się koleżance, wydał się jej dość miły,
ale jego powierzchowność określiła jako... odrażającą.
Kiedy oficjalnie została przedstawiona Albertowi podczas pamiętnego
balu, Bertie zrobił na niej o wiele lepsze wrażenie, ale nie oznacza to,
że ujrzała w nim kandydata na męża. Książę Yorku natomiast był Elżbietą
autentycznie oczarowany, co więcej, niedługo potem zwierzył się jednej z dam dworu, że właśnie wówczas zakochał się w dziewczynie, ale z powagi
swoich uczuć zdał sobie sprawę znacznie później. Tymczasem
dwudziestoletnia wówczas panna Bowes-Lyon, przerażona widmem
staropanieństwa, z uporem kokietowała dwóch najprzystojniejszych
kawalerów, jakich los postawił na jej drodze: Jamesa Stuarta i księcia
Walii, chociaż jej serce skłaniało się ku pierwszemu. Wydaje się jednak,
że gdyby obaj poprosili o jej rękę, wybrałaby następcę tronu, bo
perspektywa bycia królową była bardziej nęcąca. Niestety, żaden z nich
jakoś nie nosił się z zamiarem oświadczyn. Ambitna dziewczyna nie
zauważyła, że wpadła w oko Albertowi, który postanowił zdobyć jej
względy. Aby przygotować grunt do przyszłych zalotów, postanowił złożyć
wizytę jej rodzinie w Glamis, dokąd udał się wraz ze swoją siostrą,
księżniczką Marią. Albert był wręcz urzeczony atmosferą panującą w rodzinnym domu Elżbiety i bardzo polubił jej rodziców, diametralnie
różnych od jego własnych. Wkrótce zebrał się na odwagę i oświadczył się
dziewczynie, ale dostał kosza.
Gdy do królewskiej pary dotarły wieści o zauroczeniu ich młodszego syna
panną Bowes-Lyon, rodzice postanowili dowiedzieć się czegoś o damie
serca Bertiego. Z relacji Mabell Airlie, jednej z dam dworu, która znała
dobrze jej rodzinę, wyłaniał się bardzo pozytywny wizerunek panny.
Według lady Airlie Elżbieta była istnym aniołem, otrzymała staranne
wychowanie i z rodzinnego domu wyniosła poszanowanie dla tradycyjnych
wartości. Zwłaszcza to ostatnie podobało się królowi, który, w przeciwieństwie do następcy tronu, nie tolerował rewolucji obyczajowej i modowej, jaka ogarnęła świat po zakończeniu pierwszej wojny światowej.
Temu zagorzałemu konserwatyście zwłaszcza nie przypadły do gustu zmiany
w damskiej modzie, które przyniosły rezygnację z gorsetów, drastyczne
skrócenie spódnic, a także zupełnie nowe fryzury. A już prawdziwą zgrozą
przejmowały monarchę panie malujące paznokcie. Ofiarą jego konserwatyzmu
padła nawet żona, która już chyba jako jedyna kobieta w kraju codziennie
wbijała się w niewygodny gorset, nosiła długie spódnice i czesała się
tak, jak kobiety za czasów królowej Wiktorii. Kiedy zatem dowiedział
się, że ukochana Bertiego hołduje tradycyjnym wartościom i nie podąża
ślepo za modą, odetchnął z ulgą. Próżność królowej, przeczulonej na
punkcie monarszej godności, mile łechtała też informacja, że w żyłach
jej potencjalnej synowej płynie prawdziwie królewska krew, i to
odziedziczona po kilku władcach. Wśród jej zacnych przodków znalazł się
król Robert II, władający Szkocją w latach 1371-1390, Brian Śmiały,
panujący w Irlandii na początku XI stulecia, oraz Henryk VII, pierwszy
angielski monarcha z dynastii Tudorów.
Wieści o zauroczeniu księcia Elżbietą dotarły także do rodziców panny.
Cecilia była zachwycona takim obrotem sprawy, ale ojciec nie był
zadowolony z perspektywy spowinowacenia z rodziną królewską. A tymczasem
Bertie nie ustawał w staraniach, nie zważając na to, że jego ukochana
wodzi zakochanymi oczyma za jego koniuszym i jawnie kokietuje księcia
Walii. W końcu jednak spojrzała przychylnie na swojego adoratora, który
okazał się bardzo pomocny i serdeczny w trudnych chwilach, kiedy jej
matka zachorowała. A sprawa była poważna, bo u Cecilii podejrzewano
nowotwór. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a domniemany guz
okazał się tylko wyjątkowo dużym kamieniem żółciowym, ale troska, jaką
okazywał Elżbiecie w tym okresie jej książęcy adorator, wzbudziła w niej
cieplejsze uczucia. Ich temperatura nie była jednak na tyle wysoka, żeby
dziewczyna ujrzała w Albercie kandydata na męża.
Kto wie, jak dalej potoczyłaby się ta historia, gdyby do akcji nie
wkroczyła królowa Maria. Wprawdzie matka księcia nie zdawała sobie
sprawy z zamiarów panny wobec jej najstarszego syna, za to dowiedziała
się, że ukochana Alberta przychylnym okiem spogląda na koniuszego.
Ambitna dama nie mogła dopuścić, by ktoś taki sprzątnął Bertiemu sprzed
nosa ukochaną, zwłaszcza tak spowinowaconą jak panna Bowes-Lyons,
dlatego postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Pociągając za odpowiednie
sznurki, sprawiła, że Stuart otrzymał intratną propozycję pracy w amerykańskim przemyśle naftowym. Jej przyjęcie wiązało się nie tylko z rezygnacją z posady koniuszego, ale także z wyjazdem do Stanów, co
zachęcony perspektywą wysokich zarobków Stuart wkrótce uczynił, znikając
tym samym z życia Elżbiety.
Kolejnym elementem strategii królowej było nakłonienie córki,
księżniczki Marii, by poprosiła pannę Bowes-Lyon, aby została jedną z druhen na jej ślubie, który miał się odbyć 22 lutego 1922 roku. Matka
Bertiego wiedziała, co robi: ukochana Alberta miała dzięki temu
zasmakować tego, co mogło ją czekać po ślubie z księciem - uczestnictwa
w publicznym wydarzeniu z udziałem koronowanych głów. Zamiar nie do
końca się udał, bo Elżbieta była wprawdzie pod wrażeniem dworskiego
życia, ale jednocześnie obudziła się w niej na nowo nadzieja na
poślubienie Davida. I właśnie dlatego, kiedy zaledwie tydzień po ślubie
swojej siostry Bertie oświadczył się po raz drugi, ponownie mu odmówiła.
Książę Walii był doskonale zorientowany w zamiarach panny Bowes-Lyon,
ale nadal nie był nią zainteresowany. Jednemu ze swoich przyjaciół
wyznał, że dziewczyna: "wpadła na pomysł poślubienia mnie. Lubiłem ją.
Była bardzo miła, lecz mnie nie pociągała. Ale nie mam żadnych
wątpliwości co do tego, że chciała mnie poślubić"12. Ponieważ
zdawał sobie sprawę, jakie uczucia żywi wobec panny jego brat, starał
się delikatnie odsunąć od siebie kokietującą go bezustannie Elżbietę.
"Była wspaniałą towarzyszką. A poza tym zawsze istniała możliwość, że
kiedy nie uda jej się zdobyć mnie, zdecyduje się na
Bertiego"13 - tłumaczył swoim przyjaciołom.
Na wieść o koszu danym przez Elżbietę Bertiemu królowa wpadła w gniew,
uznała bowiem, że ta "szkocka gąska" upokarza w ten sposób nie tylko jej
syna, ale całą królewską rodzinę. I doskonale wiedziała, jak utrzeć
ambitnej pannie nosa - wystarczyło doprowadzić do bojkotu towarzyskiego
Elżbiety, a na to ani ocierająca się o staropanieństwo dziewczyna, ani
jej krewni nie mogli sobie pozwolić. Wobec takiego obrotu sprawy
ukochana księcia Yorku wystosowała do niego list, w którym dyskretnie
sugerowała, aby spróbował raz jeszcze. Ośmielony młodzieniec oświadczył
się jej zatem 2 stycznia 1923 roku, ale ku swemu rozczarowaniu nie
został przyjęty, bo panna poprosiła o czas do namysłu. Ostatecznie jego
cierpliwość została nagrodzona i Elżbieta zgodziła się zostać jego żoną.
Jak się można domyślić, zaręczyn młodszego syna króla Jerzego V nie dało
się utrzymać w tajemnicy i wybranka Bertiego znalazła się w centrum
zainteresowania mediów. Wprawdzie jej pierwszy wywiad prasowy udzielony
popołudniówce "Evening News" spotkał się z dezaprobatą jej przyszłej
teściowej, ale Elżbieta niezbyt się tym przejęła, bo niespodziewanie
zdobyta popularność i sympatia poddanych bardzo się jej spodobała. W dodatku, jak miała pokazać przyszłość, do końca swego długiego życia
pełniła nieformalną funkcję naczelnej celebrytki Windsorów, aż do dnia,
w którym pałac Buckingham ogłosił zaręczyny jej wnuka Karola z Dianą
Spencer. Dopiero żona jej ukochanego wnuka odebrała jej palmę
pierwszeństwa w tym względzie.
Ku zdumieniu narzeczonego Elżbiety i jeszcze większemu zdziwieniu jego
starszego brata, młoda kobieta bez najmniejszego problemu zdobyła
sympatię ich ojca, a w przeciwieństwie do Bertiego i Davida nigdy nie
czuła przed Jerzym respektu ani lęku. Obserwujący to książę Walii
stwierdził, że jego przyszła szwagierka bezwstydnie flirtuje ze "starym
zrzędą", jak nazywał swego ojca, i zapewne tak było. Okazało się to
wyśmienitą strategią, bo król znalazł się pod urokiem panny, podobnie
zresztą jak jego żona, która określiła Elżbietę jako "ujmującą i naturalną". Mało tego, narzeczona średniego syna monarchy była jedyną
osobą w rodzinie, której wolno było spóźniać się na posiłki, a król
nazwał nawet Bertiego szczęściarzem. David zapewne by z nim polemizował,
ale tym razem "królewski zrzęda" okazał się doskonałym psychologiem.
Albert i Elżbieta pobrali się 26 kwietnia 1923 roku. Przyszłość miała
pokazać, że było to bardzo dobrane stadło, a Bertie nie mógł wybrać
lepiej. Bez wątpienia zawdzięczał żonie pokonanie wady wymowy, bo to
Elżbieta namówiła go do rozpoczęcia terapii u znanego australijskiego
logopedy Lionela Logue'a. Wprawdzie o kulisach wizyt przyszłego króla u specjalisty opowiada sztuka The King's Speech, na podstawie której
powstał dobrze znany film pod tym samym tytułem (do kin w Polsce trafił
pt. Jak zostać królem) z doskonałymi rolami Colina Firtha jako Jerzego
VI i Geoffreya Rusha, to szczegóły terapii nigdy nie zostały publicznie
ujawnione. Autor sztuki, David Seidler, który sam miał wadę wymowy,
oparł ją na swoich doświadczeniach. Według jednych źródeł książę
spotykał się z terapeutą codziennie przez dwa miesiące, w tym także w weekendy, według innych - terapia obejmowała łącznie 82 sesje przez 14
miesięcy, między październikiem 1926 a grudniem 1927 roku. W terapii
miała towarzyszyć mu także Elżbieta, która zapoznała się z programem
ćwiczeń oddechowych, by potem pomagać mężowi w domu. Ponoć już po kilku
tygodniach widać było wyraźną poprawę, a książę Albert z czasem
przedzierżgnął się w doskonałego mówcę.
W związku Bertiego i Elżbiety to żona grała pierwsze skrzypce, ponieważ
miała apodyktyczną osobowość, ale jej małżonek nie miał nic przeciwko
temu. Wręcz przeciwnie: w dzieciństwie pozbawiony matczynej czułości,
jako dorosły i dojrzały mężczyzna podświadomie szukał partnerki, która
zastąpi powściągliwą i wymagającą królową Marię. Zresztą tak samo
postępował jego starszy brat i w efekcie obaj poślubili kobiety, które
bezustannie stawiały im dość wygórowane wymagania. Zapewne gdyby
którakolwiek z nich obniżyła poprzeczkę, oznaczałoby to koniec
małżeństwa. Ale o tym wiedzieli wyłącznie najbliżsi, a związek księcia
Yorku, a potem króla, stał się niedoścignionym wzorem małżeńskiego
szczęścia nie tylko dla mieszkańców Wielkiej Brytanii. Poza tym to
stadło odpowiadało wyidealizowanemu wizerunkowi monarchii jako
nosicielki tradycyjnych wartości, a właśnie tego pragnęli Brytyjczycy.
Para także doskonale bawiła się w swoim towarzystwie: oboje uwielbiali
sport, nigdy nie brakowało im tematu do rozmów i lubili otaczać się
ludźmi.
Dla "starego zrzędy" króla Jerzego V najważniejsze jednak było, że
Elżbieta obdarzyła jego syna córką, urodzoną 21 kwietnia 1926 roku,
której także dano na imię Elżbieta. Mała Lilibet, bo tak nazywali
księżniczkę jej krewni, okazała się największą miłością króla. Monarcha
przelał na nią wszystkie uczucia, których nigdy nie okazywał swoim
dzieciom.
"Dziadunio Anglia"
"Dziadunio Anglia"
Król Jerzy V cieszył się wprawdzie szacunkiem poddanych, ale trudno
uznać go za sympatycznego człowieka. Był wprawdzie pedantyczny i punktualny do bólu, ale na tym kończyły się zalety Jego Królewskiej
Wysokości. Nie grzeszył inteligencją, był nudny, nie jeździł za granicę,
twierdząc, że w innych krajach jest znacznie gorzej niż w jego
ojczyźnie, obowiązki królewskie i wszelkie ceremoniały go przerastały i radził sobie z nimi tylko dzięki wsparciu małżonki, królowej Marii.
Dzięki niej też zaczął czytać książki, od których w młodości stronił.
Poza tym lubił polować, zwłaszcza na głuszce, i kolekcjonował znaczki
pocztowe, które sam wklejał do albumów, dokładnie liżąc każdy okaz. O ile królowej udało się przekonać go do książek, o tyle teatru ani muzyki
klasycznej nigdy nie polubił. Ale monarcha zupełnie się tym nie
przejmował, ponieważ uważał, że służba wojskowa, która odbył w młodości,
stanowi idealną i zupełnie wystarczającą szkołę życia. I nikogo to nie
raziło, wręcz przeciwnie - rządzący krajem politycy w skrytości ducha
dziękowali Bogu, że na monarchę nie trafił im się wulkan intelektu,
który mógłby wtrącać się do polityki i rządów i nie daj Boże, mieć
własne zdanie w jakiejkolwiek kwestii. "Król to sympatyczny chłop,
jednak, dzięki Bogu, nie ma zbyt wiele w głowie"14 - pisał do
żony brytyjski polityk David Lloyd George, w latach 1916-1922 sprawujący
funkcję premiera w rządzie Wielkiej Brytanii.
Jerzy V jednak nie był tak ograniczonym człowiekiem, jak chcieli go
widzieć politycy, skoro wystarczyło jedno, jak się okazało, niebywale
sprytne posunięcie, by historia zapamiętała go jako... twórcę dynastii
Windsorów. Chociaż dzisiaj Windsorowie są najbardziej znaną i najpopularniejszą rodziną królewską na świecie, to biorąc pod uwagę
uwarunkowania historyczne w zasadzie nie są rodem królewskim. Dynastia
ta jest tworem marketingowym stworzonym wyłącznie do celów
wizerunkowych, a jej członków powinniśmy nazywać Koburgami. 17 lipca
1917 roku zdumieni Brytyjczycy, przeglądając codzienną prasę, czytali
opublikowany przez wszystkie gazety na Wyspach dekret, który
obwieszczał, że odtąd królewski ród zwać się będzie Domem i Rodem
Windsorów, i właśnie monarchowie z tej dynastii będą panować w królestwie. A tymczasem w pałacu Buckingham wciąż rezydował zasiadający
od siedmiu lat na brytyjskim tronie król Jerzy V, wywodzący się z dynastii Sachsen-Coburg-Gotha o niemieckim rodowodzie.
Żeby wyjaśnić szerzej całą sprawę, powinniśmy się cofnąć do początków
XVII stulecia, a konkretnie do 1714 roku, kiedy po bezpotomnej śmierci
ostatniej przedstawicielki dynastii Stuartów, królowej Anny, korona św.
Edwarda zwieńczyła skronie władców niemieckich. Pierwszym z nich był
właśnie następca Anny, Jerzy I Hanowerski. O oddaniu mu królewskiej
władzy zadecydował dość prozaiczny fakt: protestanccy Anglicy za nic nie
chcieli, aby na tronie zasiadł jakikolwiek przedstawiciel katolickiej
linii Stuartów. Oczywiście protestancki król Jerzy był spokrewniony ze
Stuartami przez matkę, Zofię Dorotę, ale z urodzenia był Niemcem i nigdy
nie nauczył się angielskiego, a z dworzanami, poddanymi i członkami
rządu porozumiewał się po niemiecku, ewentualnie po francusku. Co
gorsza, jego następcy też mieli poważne problemy z nauczeniem się mowy
Szekspira, a jeżeli już ją opanowali, to nie udawało im się pozbyć
germańskiego akcentu. W zasadzie można powiedzieć, że dom panujący
ostatecznie "zniemczyła" królowa Wiktoria, wychodząc w 1840 roku za mąż
za Niemca, księcia Alberta z dynastii Sachsen-Coburg-Gotha. Małżonek
królowej, co prawda, nauczył się angielskiego i posługiwał się nim
oficjalnie oraz w trakcie wystąpień publicznych, ale w zaciszu domowym
rozmawiał ze swoją małżonką zarówno w języku swoich poddanych, jak i po
niemiecku. Zresztą królowa, pomimo że urodziła się w Anglii w pałacu
Kensington, też była Niemką, a jej pierwszym językiem był właśnie
niemiecki, ponieważ posługiwała się nim zarówno matka, jak i opiekująca
się nią piastunka. Co więcej, już jako monarchini zwracała się do
odwiedzających ją członków rządu po niemiecku, a jednego ze swoich
ministrów, lorda Palmerstona, prywatnie nazywała Pilgerstein.
W zasadzie pierwszym władcą od 1714 roku, który czuł się Brytyjczykiem i mówił z idealnym angielskim akcentem, był właśnie król Jerzy V, a właściwie Jerzy Fryderyk Ernest Albert Sachsen-Coburg-Gotha, który na
tron wstąpił w 1910 roku, dziadek bohaterki naszej opowieści. Na żonę
wybrał sobie niemiecką księżniczkę von Teck, której na chrzcie nadano
imiona Victoria Mary Augusta Louise Olga Pauline Claudine Agnes, ale na
co dzień używała swojego drugiego imienia Maria, a bezgranicznie w niej
zakochany monarcha nazywał ją zdrobniale May. Przez dwieście lat ani
niemieckie korzenie władców, ani ich kłopoty z opanowaniem mowy
poddanych jakoś Brytyjczykom nie przeszkadzały. Co najwyżej śmiano się z akcentu Ich Wysokości. Ale sytuacja uległa zmianie wraz z wybuchem
pierwszej wojny światowej. Anglicy już wcześniej obawiali się rosnącego
w siłę pruskiego militaryzmu, a rozpoczęty w 1914 roku konflikt uważali
za wojnę z Niemcami, pomimo że po przeciwnej stronie, obok Cesarstwa
Niemieckiego, stały także Austro-Węgry, imperium osmańskie i Bułgaria.
"To straszliwa katastrofa, jednak nie ma w tym naszej winy - odnotował
Jerzy V w swoim pamiętniku 4 sierpnia 1914 roku, kiedy Wielka Brytania
oficjalnie ogłosiła stan wojny z Niemcami. - Ogromny tłum zebrał się pod
pałacem: wyszliśmy na balkon zarówno przed, jak i po obiedzie. Na wieść
o wypowiedzeniu wojny podniecenie zgromadzonych wyraźnie wzrosło; wraz z May i Davidem wyszliśmy na balkon wśród oszałamiających
wiwatów"15. Królewscy poddani rwali się do walki, młodzi
mężczyźni gremialnie zaciągali się do wojska, ale nikt, nawet w najczarniejszych scenariuszach, nie spodziewał się, że konflikt potrwa
cztery lata i będzie kosztował życie aż 950 tysięcy żołnierzy Imperium
Brytyjskiego. Niemal każda rodzina mieszkająca w Anglii, Szkocji, Walii
oraz Irlandii opłakiwała stratę kogoś bliskiego, kto poległ na froncie.
Tymczasem w dniu, w którym ich ojczyzna przystępowała do wojny,
Brytyjczycy z optymizmem patrzyli w przyszłość, naiwnie sądząc, że
konflikt szybko się zakończy, zwłaszcza gdy do akcji wkroczy Royal Navy,
a wysłani na front mężczyźni już na Boże Narodzenie 1914 roku, cali i zdrowi, będą zajadać wraz z bliskimi świąteczny pudding.
Kiedy brutalna rzeczywistość dowiodła naiwności tych przekonań, a wysłani na front mężczyźni ginęli od niemieckich kul i odłamków
granatów, co było i tak lekką śmiercią w porównaniu do konania w cierpieniach po działaniu gazów bojowych, a ci, którzy przeżyli, całymi
tygodniami tkwili w okopach atakowani przez pchły, wszy i wszechobecne
szczury, nienawiść poddanych króla Jerzego V obróciła się przeciwko
Niemcom. To właśnie ich uznano za głównych winowajców wojny, zwłaszcza
że oficjalnej propagandzie udało się wykreować wizerunek Niemca jako
tępego, a zarazem nikczemnego i okrutnego Huna. Wraz z przedłużającą się
wojną w narodzie rosła nienawiść do Niemiec i wszystkiego co niemieckie.
Zakazano na przykład sprzedaży precli, z programów szkolnych usunięto
wszystkie utwory literackie pióra niemieckich pisarzy i poetów, na
koncertach nie grano ani Mozarta, ani Beethovena, agresja tłumu obróciła
się w stronę rzeźników o niemieckich nazwiskach, którym wybijano okna w domach i sklepach, a nawet... właścicieli psów rasy rottweiler, wywodzącej
się z niemieckich hodowli. Zanotowano wiele przypadków podpaleń domów,
których mieszkańcy nieopatrznie wybrali sobie właśnie takiego psa.
Dostało się też innym psom o niemieckim rodowodzie, jamnikom, które w języku angielskim noszą taką samą nazwę jak w niemieckim - dashhound:
nierzadko zdarzało się, że kopano te nieszczęsne czworonogi spacerujące
ze swoimi właścicielami. Willy, zdrobnienie od Wilhelma, stało się
synonimem męskiego organu płciowego i na stałe weszło do angielskiego
slangu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki