29 grudnia 1910 - ciąg dalszy
Jeśli istnieje jakaś kwestia, co do której Wendell i ja nigdy się nie
zgodzimy, to jest nią próba wyprawienia kota do Faerie. Nawet jeśli
rzeczony kot jest zwierzęciem faerie, i nawet jeśli odsyłamy go z powrotem do świata, z którego przybył, sam proces okazał się bardzo
frustrujący. Wendell i ja zgubiliśmy Orgę już dwa razy w czasie podróży
wzdłuż skalistego greckiego wybrzeża, gdy kotka rzucała się w pogoń za
myszami albo mewami, a teraz, gdy w końcu stanęliśmy przed drzwiami
Wendella, znów zniknęła.
- To przeklęte stworzenie trzeba by wziąć na smycz - rzuciłam ze
złością. Podejrzewałam jednak, że gdybym zbliżyła się do Orgi z czymkolwiek przypominającym uprząż, skończyłabym z nią na głowie, co
zapewne miałoby opłakane skutki dla mojej twarzy.
Cień jak zwykle wiernie mi towarzyszył i pracowicie węszył w wonnych
przybrzeżnych trawach. On nigdy by mnie nie porzucił, w przeciwieństwie
do Orgi, która tak często uciekała swojemu panu. Psy to prawdziwi
towarzysze, a nie fizyczny przejaw chwilowego kaprysu.
Wendell nic nie odpowiedział. Na widok drzwi tylko całkowicie
znieruchomiał, tak że do złudzenia mógłby przypominać złoconą ilustrację
w książce, gdyby nie to, że słona bryza szarpała jego płaszczem i złotymi włosami opadającymi na oczy.
Dotknęłam jego ramienia, a on otrząsnął się ze stuporu.
- Em, ona jest kotem - powiedział z uśmiechem. - Równie dobrze mogłabyś
oczekiwać, że Cień zlekceważy twoją wolę, jak zakładać, że Orga się jej
podporządkuje. Nie zapominaj o jej naturze.
- Złośliwej, niegodnej zaufania naturze.
Oczywiście, jakby na przekór nam obojgu, Orga zjawiła się po chwili. Jej
złote oczy błyszczały, a czarne futro dziwnie falowało, jak dym
uwięziony w szkle o kocim kształcie. Siedzący przy moich stopach Cień
rzucił jej znużone spojrzenie, a potem wykonał swój zwyczajowy gest
przyjaźni, delikatnie trącając ją nosem. W odpowiedzi ona wygięła plecy
w łuk i zasyczała.
- Lepiej daj sobie spokój, kochanie - poradziłam mu, ale biedak tylko na
mnie spojrzał pustym wzrokiem. W jego świecie wszyscy albo się nim
zachwycali, albo trzymali z daleka, onieśmieleni jego posturą. Za każdym
razem, gdy Orga na niego syczała, on najwyraźniej zakładał, że to
nieporozumienie. Zważywszy na częstotliwość tych incydentów należałoby
to uznać za mało prawdopodobne, ale według Cienia to, że ktoś go może
nie lubić, było nie do pomyślenia.
Wendell wrócił do gapienia się na drzwi. Jak przypuszczam, rozkoszował
się tą chwilą. Zastanawiałam się nawet, czy wygłosi jakieś przemówienie;
w końcu spędził ponad dekadę na szukaniu tego miejsca, a teraz miał je
przed sobą, ukryte w zboczu wzgórza jak świąteczny prezent ozdobiony
kokardą.
Postukałam stopą w kamień, całkiem zadowolona z siebie. Cóż,
odnalezienie drzwi zajęło mi jedynie kilka miesięcy, prawda? O tym, że
Wendell szuka drzwi do swojego królestwa, dowiedziałam się w listopadzie
zeszłego roku, kiedy przebywaliśmy w Ljosland, a na poważnie zajęłam się
tą sprawą w marcu, niedługo po naszym powrocie do Cambridge. I teraz -
po kilku zwrotach akcji w Austrii - byliśmy tutaj.
Rozważyłam kilka żartów na ten temat, ale w końcu uznałam, że nie byłoby
to zbyt wielkoduszne z mojej strony, więc po prostu stwierdziłam:
- Tworzą parę z tymi w St. Liesl.
Rzeczywiście, drzwi przed nami były niemal identyczne jak tamte pod
względem kształtu i stylu, a ozdobione malowidłem w postaci jasnych
kamieni i roślinności wysuszonej przez słońce idealnie wtapiały się w grecki krajobraz. Mały spłachetek posłonków rosnących po ich lewej
stronie sięgał do obrazka, tak że dwuwymiarowe kwiaty kiwały na wietrze
głowami w takim samym rytmie jak ich namacalni bracia. Jeszcze bardziej
nieprawdopodobnie w moich oczach śmiertelniczki wyglądała klamka,
kwadrat ze szkła z turkusowym morzem w środku. Ten nexus jest naprawdę
najbardziej osobliwą odmianą drzwi faerie, z jakimi zetknęłam się w swojej karierze1.
Chociaż spodziewałam się je tu znaleźć, nigdy nie można mieć pewności co
do drzwi faerie - więc oprócz satysfakcji czułam teraz również ulgę.
Odwróciłam się i rozejrzałam, osłaniając oczy przed słońcem. Wolałam nie
znikać nagle z pola widzenia obserwatorów, bo tak było po prostu łatwiej
- Wendell i ja nie chcieliśmy, żeby jakieś grupy poszukiwawcze o dobrych
intencjach podążyły za nami do Faerie. Za małym, wyblakłym od soli gajem
cyprysów jasne przecinki lądu wbijały się w morze tak błękitne, że aż
łzawiły mi oczy. W oddali po łasze piasku poruszały się dwie dwunożne
plamki, i to wszystko. Najbliższa okolica była zupełnie pusta, nie
licząc nas i wiatru.
- W jaki sposób Cień i Orga za nami pójdą? - zapytałam, starając się
ukryć obawy.
- Och, zrobią to całkiem łatwo - z roztargnieniem odparł Wendell. Z nietypowym dla siebie wahaniem wyciągnął rękę i przekręcił gałkę.
Ujął moją dłoń i razem przekroczyliśmy próg. Nie potrzebowałam jego
pomocy, bo obywałam się bez niej, gdy kilka razy w życiu przechodziłam
przez tego rodzaju nieprawdopodobne drzwi, wiedziałam jednak, że powód
gestu Wendella jest inny. Jego dłoń lekko drżała, więc mocniej splotłam
nasze palce.
Dzięki Bogu, mała chatka, w której się znaleźliśmy, była pusta. Jej
właściciel, zimowy faerie, napawał się teraz urokami swojej ulubionej
pory roku, jak według Wendella mieli w zwyczaju przedstawiciele tego
ludku. Podłogę zamieciono, naczynia odstawiono na miejsce i ogólnie
wnętrze wyglądało bardzo schludnie, jakby starannie je posprzątano przed
dłuższą nieobecnością. Omijałam wzrokiem kominek i ustawione nad nim
makabryczne "dzieła sztuki".
Orga i Cień podążyli za nami, przy czym mój pupil dokładnie obwąchał
drzwi, zanim przez nie wszedł, ale poza tym nic nie wskazywało na to,
żeby uznał je za inne niż te prowadzące do mojego gabinetu w Cambridge.
Wendell pozwolił, żeby się za nami zamknęły, a ja spojrzałam na rząd
sześciu klamek po ich wewnętrznej stronie.
Chciałam go o nie zapytać, a właściwie dokładniej je zbadać, ponieważ
dwie z nich stanowiły dla mnie całkowitą zagadkę i pragnęłam wiedzieć,
dokąd prowadzą. Wiedziałam jednak, że to nie jest odpowiedni moment.
Palce Wendella przesunęły się obok gałki otwierającej wejście z powrotem
na Peloponez - która znajdowała się teraz na samej górze - i obok tej
prowadzącej do austriackich Alp. Pod nią tkwił w dziurce duży klucz,
który wyglądał jak zrobiony z kości.
Wendell przekręcił go - a ja wyobraziłam sobie, jak w zboczu alpejskiej
góry pojawiają się małe drzwiczki - po czym wyjął z zamka i położył na
stole. Na chwilę zatrzymał dłoń przy gałce ozdobionej kwiatowym wzorem i wrócił do tej omszałej, która z jakiegoś powodu znajdowała się teraz
pośrodku, podczas gdy w październiku, kiedy Ariadne i ja przechodziłyśmy
przez dom zimowego faerie, była na samym dole. Wendell pchnął drzwi.
Moje oczy poraziły światło poranka i feeria kolorów. Głównie zieleni,
ale również żółci skalnych porostów, fioletu dzwonków rosnących w dużych
skupiskach na skraju lasu, złota promieni słonecznych i intensywnego
lazuru nieba. Drzwi wychodziły na małą polanę, za którą ściana drzew
gięła konary jak w ukłonie powitalnym. Powietrze było wilgotne od
niedawnego deszczu, ciężkie od zapachu świeżej roślinności. Takie, jak
je zapamiętałam.
Wendell ścisnął moją dłoń i zatrzymał mnie w miejscu, śledząc wzrokiem
Orgę, która ostrożnie, z czujnie postawionymi uszami, wyszła na otwartą
przestrzeń. Po chwili jednak usiadła spokojnie i zaczęła skubać źdźbło
trawy.
- Pomyślałem, że macocha mogłaby kazać pilnować tych drzwi - powiedział
Wendell. - Jeśli przeżyła.
- Albo je zapieczętować - dodałam. - Ale raczej nie mogła wiedzieć, w jaki sposób Ariadne i ja uciekłyśmy, chyba że któraś z pospolitych
wróżek nas zauważyła i jej o tym doniosła.
Wendell pokiwał głową, ale wciąż stał niezdecydowany na progu. Wyglądał
blado i dziwnie młodo w półmroku domu zimowego faerie. W tym momencie
przypominał mi nerwowe dziecko, które stoi za kulisami i waha się, czy
wkroczyć na scenę.
Wyszłam na światło słoneczne, co stanowiło miłą odmianę po zimowym
chłodzie panującym w domu wróżki. Przeszedł mnie lekki dreszcz, choć nie
wiedziałam, czy ze strachu czy z podekscytowania. Przez chwilę
zastanawiałam się, czy strach przed królestwem Wendella, zaszczepiony
przez wiele mrocznych i nieprzyjemnych historii, które przeczytałam w swojej karierze zawodowej - nie wspominając o moich własnych
doświadczeniach zmienionych w półwspomnienia z aurą koszmarów -
kiedykolwiek w pełni mnie opuści.
Żartobliwie pociągnęłam go za rękę. Wendell na mnie spojrzał, wciąż
blady, ale wyraz mojej twarzy chyba go uspokoił, bo wyszedł ze mną za
drzwi.
Zrobił kilka kroków, potem nagle przykucnął i ukrył twarz w dłoniach.
Orga usadowiła się u jego stóp i czujnie zerkała w stronę lasu. Cień
obdarzył ją spojrzeniem, które można by określić jako pełne aprobaty.
Ruszyłam na szczyt wzgórza, żeby dać mu chwilę spokoju, a jednocześnie
rozejrzeć się w poszukiwaniu kłopotów. Wzniesienie nie było dostatecznie
wysokie, by zapewnić widok na cały las, ale dostrzegłam w oddali znajomy
blask jeziora, nad którym deszcz padał srebrnymi smugami. Gdy oparłam
się o jeden ze zwietrzałych głazów wieńczących grań, usłyszałam wrzask
przestrachu i dostrzegłam małą stopę znikającą pod kamieniem, jakby
wcześniej ktoś wygrzewał nogi w słońcu.
Cóż, pospolite fae wiedziały, że tu jesteśmy. Nie dało się tego uniknąć.
Ruszyłam z powrotem w dół stoku. Spodziewałam się, że zobaczę Wendella
podziwiającego dzwoneczki i las, a może nawet upiorną rzecz rosnącą na
zacienionym skraju polany, jedną z tych, od których wzięło się
określenie: "Miejsce, Gdzie Drzewa Mają Oczy". Ale nie, on już zdążył
otrzeć łzy i teraz opierał brodę na dłoni i patrzył na mnie z enigmatycznym wyrazem twarzy, którego jeszcze nie nauczyłam się
odczytywać, o ile kiedykolwiek mi się to uda. Wróżkowym spojrzeniem, jak
je nazywam.
- Co? - rzuciłam.
Wendell wstał i otrzepał płaszcz z rosy.
- Masz tę minę.
Jego słowa odzwierciedlały mój tok myślenia, a to sprawiło, że łypnęłam
na niego gniewnie.
- Jaką?
- Tę, którą przybierasz za każdym razem, kiedy mnie w czymś
przechytrzysz - wyjaśnił.
- Cóż... - zaczęłam, ale potem wzruszyłam ramionami i umilkłam. Obawiam
się, że moja wielkoduszność była na wyczerpaniu. - A nie przechytrzyłam?
Wendell wybuchnął czystym, pogodnym śmiechem i nim zrozumiałam, co się
dzieje, porwał mnie na ręce i zakręcił, aż wokół mnie zawirowały zieleń
i cień lasu.
- Moja ukochana Emily - szepnął mi do ucha.
- Tak, tak, już dobrze - zbyłam go, ale się nie odsunęłam. Zadowolenie z siebie powróciło razem z uczuciem ciepłej satysfakcji. Miło było go
widzieć tak szczęśliwego.
Raptem za nami otworzyły się drzwi i polanę wypełnił hałas. Pierwsi z łopotem skrzydeł wypadli na nią strażnicy z Razkardenem na czele. Gdy
znaleźli się w szmaragdowym świetle, zrzucili z siebie czar i z białych
sów zmienili się w najbardziej koszmarne stworzenia, jakie można sobie
wyobrazić - nadal sowy, przynajmniej z grubsza, ale żylaste, o wystrzępionych piórach i oczach mlecznych od zaćmy. Zamiast stóp z ich
tułowi wyrastało sześć pająkowatych kończyn.
Razkarden usiadł na ramieniu Wendella - albo raczej na ramionach, bo
jego nogi nie zmieściłyby się na jednym - i z zaskakującą delikatnością
umościł na nich ohydne kończyny, a ja szybko odsunęłam się od nich obu.
Wendell, jak zwykle niezrażony, pogłaskał stwora faerie po dziobie i cicho do niego przemówił. Razkarden wzbił się w powietrze i usiadł na
drzewie razem ze swoimi towarzyszami.
Następne pojawiły się trolle, zdecydowanie najmniej niepokojące z naszej
armii pospolitych fae, z narzędziami pobrzękującymi w plecakach. Na
widok królestwa Wendella zaczęły wesoło pokrzykiwać. Jeden podszedł do
pnia drzewa i zaczął w niego uderzać, jakby sprawdzał, czy nadaje się na
materiał budowlany. Inne trajkotały coś nad stosem kamieni.
Na szczęście nadrzewne fauny nie zabawiły długo na polanie, tylko szybko
skryły się w leśnych ostępach, a za nimi podążyły ich zdziczałe ogary.
Na świecie jest mnóstwo paskudnych istot faerie, ale nie potrafię
wyobrazić sobie żadnych, które pod tym względem przewyższałyby fauny z ich poskręcanymi, gruzłowatymi rogami i bulwiastymi rysami twarzy.
Jako ostatnie kasztanową rzeką wylały się przez drzwi fuchszwerge, z podnieceniem wymachujące lisimi ogonami. Kilka tuzinów zgłosiło się na
ochotnika, żeby nam towarzyszyć; dokładna liczba jest trudna do
ustalenia, jako że te bestie rzadko pozostają w bezruchu.
- Nareszcie! - wykrzyknął Dzwoneczek, wysuwając się na czoło stada. -
Teraz rozpocznie się wyprawa! I będzie o wiele bardziej ekscytująca niż
poprzednia, bo tym razem jest tylko jeden śmiertelnik. - Usadowił się u moich stóp i zaczął myć twarz. Przerywał ablucje tylko po to, by warczeć
na każdego, kto za bardzo się do nas zbliżył. Odróżnienie od siebie
lisich faerie jest trudne, ale Dzwoneczka łatwo rozpoznać po tym, że
zawsze chwali się swoją rolą w mojej ostatniej przygodzie.
Wendell przeniósł wzrok na drzewa, a powagę na jego twarzy zastąpiła
wesołość.
- Odzyskamy nasze królestwo, Em? - zapytał.
Przeszedł mnie dreszcz. Wypowiedział te słowa w języku fae i choć już
wcześniej słyszałam, jak go używa, teraz było coś niepokojącego w tym,
że porzucił mowę śmiertelników jak płaszcz nieodpowiedni do nowej pory
roku. Moja ręka odruchowo powędrowała do Cienia, a on lekko trącił ją
łbem, co od razu mnie uspokoiło.
- Przynajmniej możemy się do tego zabrać - odpowiedziałam w tym samym
języku.
U stóp wzgórza znaleźliśmy ścieżkę, którą Ariadne i ja podążałyśmy w październiku. Spodziewałam się, że od tamtego czasu zniknęła - dlaczego
ścieżki wróżek miałyby zachowywać się mniej krnąbrnie od ich drzwi? -
ale ona była na swoim miejscu, choć wydawało się, że teraz skręca
bardziej na północ.
Niepewnie spojrzałam w prawo.
- Tędy?
Wendell podążył za moim spojrzeniem.
- Nie sądzę. Stara trasa zajmie zbyt wiele czasu. Do zamku jest dość
daleko, a wolałbym nie zwlekać.
I pomaszerował prosto w gęstwinę splątanych zarośli, wykonując ręką coś
w rodzaju przepłaszającego gestu. I wtedy...
Pod jego stopami ukazała się ścieżka. Gdy nią ruszył, kilka kroków przed
nim drzewa, trawy i kamienie po prostu zaczęły rozstępować się na boki
jak fale odpływu.
- Wendellu - powiedziałam cicho.
On już się odwracał, żeby sprawdzić, co się ze mną dzieje, a tymczasem
ja patrzyłam, czy stworzona przez niego dróżka nie zamknie się za nim,
lecz tak się nie stało, a przynajmniej nie tak szybko; brzegi ścieżki
lekko się zacierały, zieleń wpełzała z powrotem na ubitą ziemię.
Wendell ujął moje dłonie. Jego spojrzenie promieniowało ciepłem i niemałą dozą złośliwości.
- Co prawda nie mamy zbyt wiele czasu na zwiedzanie, ale pozwól, że
pokażę ci parę rzeczy. Chciałabyś?
Oczywiście droczył się ze mną; znał odpowiedź równie dobrze jak ja.
Czyhające na nas niebezpieczeństwa, lęk, który czułam w związku z przyjściem tutaj, żeby pozostać u jego boku - wszystko to nagle ustąpiło
miejsca czemuś znajomemu, co sprawiło, że moje serce zadrżało z podniecenia.
Ciekawości naukowca.
- W takim razie prowadź - powiedziałam, biorąc go pod ramię, które mi
zaoferował.
Ścieżka rozszerzyła się, żeby pomieścić nas oboje. Cień dotrzymywał mi
kroku, podczas gdy Orga wymykała się do lasu, pojawiała się to przed
nami, to za nami, od czasu do czasu z jakimś małym, wijącym się
stworzeniem w pyszczku. Cała reszta tworzyła długi, koszmarny pociąg.
Nie widziałam strażników, ale obojętność Wendella upewniła mnie, że
czają się w koronach drzew i obserwują nas tak samo, jak podczas mojej
pierwszej wizyty w Faerie, choć tym razem ich zamiary były mniej
mordercze. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Dzwoneczek trzymał się z tyłu, jak zwykle kiedy Wendell był blisko mnie. Sądzę, że boi się go tak
samo jak Poe, choć wyraża to w bardziej niepokojący sposób. Nieraz
słyszałam, jak razem z kolegami zastanawiał się, ile krwi przeleje
Wendell, odzyskując swoje królestwo, i czy zostaną jakieś jej resztki,
którymi fuchszwerge będą mogli się cieszyć, a jeśli tak, to jak ona
będzie smakować.
Wendell zatrzymywał się co chwilę, żeby mi coś pokazać; ma ogromną
wiedzę botaniczną, jeśli chodzi o swoje królestwo, a ja mogę tylko
zakładać, że się z nią urodził. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mógł ją
zdobyć w inny sposób. Kiedy wyjęłam notatnik, uśmiechnął się do mnie.
Nasz pierwszy dzień w Faerie zamierzałam spędzić na obserwacjach, a nie
na gromadzeniu faktów, ale on był taki zadowolony za każdym razem, gdy
sięgałam po pióro, że w rezultacie zrobiłam bardzo dużo zapisków. W koncentracji trochę przeszkadzało mi grożące nam niebezpieczeństwo, ale
mimo to mój entuzjazm był autentyczny i zadawałam wiele pytań, choć
odpowiedzi Wendella nie zawsze były pomocne - a nierzadko wręcz
nonsensowne. Poniżej zamieszczę kilka wybranych spostrzeżeń.
O geografii Miejsca, Gdzie Drzewa Mają Oczy
Kraina składa się głównie z lasów i wrzosowisk, rozproszonych obszarów
bagiennych i pasma górskiego, które ogranicza ją od wschodu. Góry te
znane są jako Błękitne Iglice. Znajdują się tu trzy jeziora: największe
- Muckle; Silverlily, obok którego wznosi się zamek; i Dolne na
południu, mroczne miejsce zasiedlone przez jelenie z głowami wiedźm, do
którego nie będziemy się zapuszczać.
Prośba, żeby Wendell pomógł mi naszkicować mapę królestwa, okazała się w dużej mierze bezowocna, co wcale mnie nie zaskoczyło. Jest powszechnie
znaną prawdą, że zależności przestrzenne w Faerie są takie same jak we
śnie; góra może we wtorek znajdować się w jednym miejscu, a środę
spędzić w miejscu, które uzna za bardziej przyjemne. W czasie naszych
rozmów Wendell informował mnie, że jeziora i pasmo górskie są tutaj
stałymi punktami, że Błękitne Iglice kiedyś całkowicie otaczały
królestwo i są znane z tego, że czasami się wydłużają, a Dolne Jezioro
bywa przekorne i niekiedy zamienia się miejscami z Silverlily.
O ślimakach faerie
Po nieprzyjemnym spotkaniu z tymi zadziwiającymi mieszkańcami królestwa
podczas mojej poprzedniej wizyty wciąż czuję, jak ich skorupy pękają pod
moimi dłońmi i kolanami, i słyszę ich ciche krzyki agonii - chciałam
dowiedzieć się o nich więcej. Wendell tylko wzdrygnął się po moim
pytaniu i odradził robienie sobie z nich wrogów. Podobno te stworzenia
mają prymitywną inteligencję i ponad wszystko cenią własną godność, w związku z czym większość życia poświęcają na dążenie do odwetu. Chociaż
ich zemsta bywa nierychliwa, w końcu zawsze jej dokonują.
O krwawych drzewach
Nie mam ochoty o nich pisać, ale jaka byłaby ze mnie badaczka Ludku,
gdybym uciekała przed każdym okropieństwem?
Nie. Nie mogę tego zrobić.
Muszę to opisać. Boże, co za bałagan w tym wpisie, ile kleksów i przekreśleń. Skończmy z tą kwestią jak najszybciej.
Drzewa, od których pochodzi nazwa królestwa Wendella, znane są jako
uważne dęby, co jest typowym przykładem eufemizmu faerie. Rosną tu i ówdzie w całym lesie, ale najczęściej czają się w jego mrocznych
ostępach, żeby, jak przypuszczam, zaskakiwać nieszczęśników i przyprawiać ich o koszmary. Gdyby każde miało tylko jedną parę oczu,
może ich widok dałoby się znieść, ale są ich setki, jeśli nie tysiące. Z każdego szeleszczącego, wilgotnego liścia łypie oko, zmrużone z wściekłości albo rozszerzone z zaskoczenia, o ciężkich powiekach, lub
przekrwione, jakby w każdym była uwięziona jedyna w swoim rodzaju
istota. Wszystkie poruszają się i wpatrują w każdego, kto obok nich
przechodzi.
Naturalnie Wendell podchodzi do tych potworności z filozoficznego punktu
widzenia.
- Nie widziałaś gorszych rzeczy w Faerie, Em? Zostaw je w spokoju, a nie
będziesz miała się czego obawiać. Nie dawaj im powodu, żeby się na
ciebie obraziły.
- Jak uniknąć obrażenia się drzewa?
- Nie ubliżaj im - zaczął odliczać na palcach. - Nie usuwaj liści. Nie
rozdzieraj ich, żeby sprawdzić, czy w środku nie kryje się król wróżek,
który bardziej odpowiadałby twoim gustom.
Na te rady nie raczyłam odpowiedzieć, tylko zapytałam:
- To wszystko?
Wendell zastanawiał się przez chwilę.
- Patrz pod nogi w jesiennych miesiącach.
O Boże.
* * *
W miarę jak szliśmy dalej, zauważyłam, że ścieżka wytyczona przez
Wendella jest dużo przyjemniejsza niż ta, którą kiedyś podążałyśmy z Ariadne. Teraz przemierzaliśmy słoneczne polany, łąki pełne dzwonków i otwarte na niebo połacie wrzosowisk porośniętych borówkami i usianych
imponującymi menhirami. Na wierzchołkach drzew mieniły się srebrne
bombki - wielkości globusów i lekkie jak powietrze - które czasami wraz
z wiatrem dryfowały z jednej korony na drugą. Wendell poinformował mnie,
że w rzeczywistości są to kamienie faerie z zamkniętymi w środku czarami
służącymi wygodzie podróżnych. Ostrzegł mnie jednak przed ich
rozbijaniem, ponieważ niektóre zostały uszkodzone przez bogle i dlatego
nie można było im ufać.
- Celowo trzymasz mnie z dala od mrocznych części swojego królestwa? -
zapytałam, gdy ścieżka doprowadziła nas do miejsca, z którego roztaczał
się widok na jezioro Muckle. - Byłam tu już wcześniej. Zdaję sobie
sprawę, że to nie tylko skąpane w słońcu łąki i nieszkodliwe obiekty
archeologiczne, więc nie musisz wychodzić z siebie jak nerwowy zalotnik.
Wendell roześmiał się zaskoczony, a ja zrozumiałam, że trafiłam w dziesiątkę.
- Czy można winić mnie za to, że chciałem trochę ci zaimponować? Poza
tym mroczne zagajniki są domem dla nieprzyjemnych bagiennych bestii.
Przypuszczam, że by mi się pokłoniły, ale wolę nie ryzykować. Będziemy
mieli pod dostatkiem nieprzyjemności, kiedy dotrzemy do zamku.
Przez cały czas beztrosko używał swojej magii w sposób, jakiego
wcześniej u niego nie widziałam. Zachowywał się jak arystokrata
rzucający monety z powozu. Kładł dłoń na pniach drzew, żeby przyśpieszyć
ich wzrost albo kwitnienie. Wyczarowywał kępy dzwonków na łąkach,
którym, według niego, brakowało kolorów. W pewnym momencie przesunął
skaliste wzgórze na bok, żebyśmy nie musieli się po nim wspinać. Kiedy
go obserwowałam, w mojej głowie formowało się kilka teorii.
Po jakiejś godzinie zatrzymaliśmy się na odpoczynek - oczywiście zgodnie
z jego sugestią - nad strumieniem płynącym przez słoneczną polanę.
Wendell zapukał w stojący głaz i po chwili wyskoczyła z niego para
małych skrzatów ze srebrną tacą pełną gorących bułeczek.
Położyły ją na kamieniu przy brzegu strumienia, ukłoniły się Wendellowi
i bez słowa czmychnęły z powrotem za menhir.
Przez chwilę gapiłam się na miejsce, w którym zniknęły. W końcu
przywołałam się do porządku. Natkniesz się tutaj na jeszcze dziwniejsze
istoty.
Usiadłam obok Wendella, który tymczasem przywołał jeden ze srebrnych
kamieni faerie i rozbił go o skałę. Odłamki zamieniły się w błyszczący
serwis. Wendell nalał wody do filiżanek i nimi zakręcił. Gdy podał mi
jedną, była w niej gorąca herbata, pachnąca miodem i polnymi kwiatami.
Więcej magii, pomyślałam, robiąc w pamięci kolejną notatkę.
- Jak daleko do zamku? - Spróbowałam herbaty; oczywiście okazała się pyszna, słodka i mocna. - Przejdziemy przez kurhany? - Wolałbym nie. - Z roztargnieniem przebierał dłonią w wartkim nurcie i miał zadowoloną minę kota wygrzewającego się w słońcu. Odniosłam
wrażenie, że jego uroda stała się jeszcze bardziej eteryczna, odkąd
przeszliśmy przez drzwi. Jego włosy były jak ciemne złoto oświetlone
blaskiem ognia. A może tylko tak mi się zdawało? - Większość kurhanów
zajmują wioski, z których każda ma swojego pana lub panią.
Pokiwałam głową. Zgodziliśmy się, że najlepiej będzie unikać zwracania
na siebie uwagi, żeby nie zaalarmować o naszej obecności władcy zamku
albo szlachciców, którzy mogliby wykorzystać tę informację.
- Mam nadzieję, że dotrzemy na miejsce przed zmrokiem - powiedział
Wendell, odrywając kawałek bułeczki. - Musimy obejść jezioro Muckle i nie wątpię, że po drodze napotkamy różne niebezpieczeństwa. Poza tym...
Czekałam na dalszy ciąg, ale on tylko wykonał ręką szeroki gest, który
ktoś, kto nie znał go tak dobrze jak ja, mógłby uznać za czarująco
tajemniczy.
- Zobaczymy - dokończył enigmatycznie.
Przez chwilę obserwowałam go w milczeniu. W końcu stwierdziłam z niedowierzaniem:
- Nie wiesz, gdzie jesteśmy.
- Z grubsza wiem. - Wyglądał na zdziwionego moim zwątpieniem. - No
dobrze, po co miałem zapuszczać się tak daleko w głąb kraju?! Oczywiście
nie oznacza to, że nigdy nie wychodziłem poza teren zamku, kiedy
dorastałem. Wielu arystokratów bardzo lubi Wiszące Baseny, gdzie rzeka
Brightmist rozlewa się w wąwozie i tworzy szereg krystalicznie czystych
stawów, idealnych do kąpieli. Jest też Dziki Las z jego bagnami, są
tereny łowieckie zakazane dla wszystkich poza monarchą i jego wybranymi
towarzyszami. Można tam znaleźć niezwykle duże dziki i najrzadsze
gatunki jeleni, z porożem z czystego srebra...
Kontynuował swoją rapsodię o kąpieliskach i terenach łowieckich, a gdy w końcu umilkł, żeby zaczerpnąć tchu, powiedziałam, siląc się na spokojny
ton:
- Wendellu, jesteśmy tu po to, żeby podbić twoje królestwo. Co będzie
trudne, jeśli nie znasz drogi do cholernego tronu. A teraz odpowiedz mi
na proste pytanie: czy się zgubiliśmy?
- Och, Em, za bardzo się martwisz - powiedział czule. - Pamiętaj, że
jesteśmy w moim królestwie, a nie na jakimś zapomnianym przez Boga
lodowym dworze czy na górskim pustkowiu. Nie, nie zgubiliśmy się, nie w tym sensie. Wiem, gdzie jest zamek. Jakie ma znaczenie to, gdzie
znajdujemy się akurat w tej chwili?
Po tej irytująco bezsensownej uwadze znowu podszedł do stojącego głazu i w niego zastukał. Tym razem poprosił o trochę dżemu do bułeczek.
* * *
Niech nikt nie pomyśli, że do jednego z najniebezpieczniejszych królestw
Faerie w historii Wendell i ja wkroczyliśmy bez jakiejkolwiek strategii.
Zapewniam, że tak nie było.
- Powinniśmy przeanalizować swoje możliwości - odezwałam się pewnej
październikowej nocy, gdy siedzieliśmy przy kominku w mieszkaniu
Wendella. Było to tydzień albo dwa po naszym powrocie z Austrii.
Wendell podniósł wzrok znad książki, którą czytał - jakieś głupie
romansidło lub coś w tym rodzaju. On nie czyta zbyt wiele, a kiedy to
robi, kieruje się wątpliwym gustem.
- Hmm?
- To, z kim będziemy musieli się zmierzyć, kiedy wrócimy do twojego
królestwa - wyjaśniłam. - Jeśli twoja macocha nie żyje, kto mógł przejąć
tron? Kto miałby odpowiednią pozycję i wpływy, żeby zdobyć lojalność
szlachty? Może przyrodni brat twojej macochy, lord Taran?
- Taran? - Wendell uniósł podbródek, zastanawiając się nad moimi
słowami. - Nigdy nie wydawał mi się szczególnie żądny władzy.
Przypuszczam jednak, że to możliwe. Jak już mówiłem, Em, nie miałem z nim wiele wspólnego, a on ze mną. Mój wuj jest stary i zawsze traktował
mnie jak głupie dziecko, na które szkoda czasu i uwagi.
Poczułam lekką irytację.
- Kto jeszcze? Czy twój ojciec miał rodzeństwo?
- Och, brata albo dwóch. - Wendell zastanawiał się przez chwilę. -
Dwóch. Kazał ich stracić na długo przed moimi narodzinami.
- Dobry Boże. - Wiedziałam, że dwór Wendella to gniazdo żmij, ale teraz
zaczęłam podejrzewać, że wszystkie opowieści ukazywały rzeczywistość
nazbyt różowo.
- Kto jeszcze? - nie ustępowałam. - Kuzyni? Ulubiony doradca?
Przyjaciele?
- Jedyną prawdziwą przyjaciółką mojego ojca była moja matka. - Wendell
powędrował wzrokiem w stronę ognia. - Zawsze tak mówił. We wszystkim się
zgadzali, poglądy i preferencje mieli bardzo podobne. Ona była oíche
sidhe, ale można by pomyśleć, że on również pochodził z tej rasy.
Przypuszczam, że po części dlatego ożenił się z nią mimo tabu. Pod
dachem mojego ojca wszystko musiało być idealnie czyste. Moi rodzice
razem szyli i tkali, łączyli swoje magie, żeby tworzyć królewskie
stroje, jakich nigdy wcześniej nie widziano... I nie tylko ubrania, ale
również sieci myśliwskie, w które łapała się najgroźniejsza zwierzyna,
albo proporce tak misterne i kolorowe, że podobno wrogowie ojca
urzeczeni wpatrywali się w nie nawet w ferworze walki. - Wendell
spoglądał dłużej w płomienie. - Nie wiem, czy po śmierci mojej matki był
z kimś równie blisko. Może z moją najstarszą siostrą. Ale ona też
zginęła.
Otrząsnął się z zadumy i sięgnął po filiżankę. Chociaż późniejsze
wygnanie sprawiło mu ból, rzadko odnosiłam wrażenie, żeby wymordowanie
rodziny przez wrogów bardzo go poruszyło, co zazwyczaj przypisywałam
jego elfickiej naturze. Dzięki temu jego reakcja wydawała się mniej
niepokojąca, co nie znaczy, że normalna. Na fundamentalnym poziomie
Ludek nie jest taki jak śmiertelnicy, ale czasami nadal o tym zapominam,
jeśli chodzi o Wendella. Przez dłuższą chwilę czekałam na dalszy ciąg,
lecz on milczał.
- Mówiłeś, że twoja macocha miała dzieci - przypomniałam w końcu. - I chciała ujrzeć je na tronie.
- Tak... póki się nie rozmyśliła - powiedział Wendell sucho. - Ich jedyna
córka była jeszcze dzieckiem, gdy matka postanowiła zamordować jej ojca
i przyrodnie rodzeństwo. - Potarł czoło. - Deilah. Jest jeszcze bardzo
młoda, więc trudno sobie wyobrazić, żeby szlachta traktowała ją
poważnie. Sam nie wiem. Nie wątpię jednak, że wielu chciałoby zasiąść na
moim tronie. Niestety słabo się znam na polityce.
Pokręciłam głową.
- Z pewnością twój ojciec zapewnił ci jakąś edukację polityczną. I z pewnością, obserwując go, dużo sam się nauczyłeś.
- Em. - Wendell zamknął książkę, a jego twarz przybrała bolesny wyraz. -
Miałem zaledwie dziewiętnaście lat, gdy zostałem wypędzony. W tym wieku
każdy z Ludku jest uważany prawie za niemowlę, przynajmniej jeśli chodzi
o rozum. Oczekuje się od nas, że będziemy uczestniczyć w biesiadach i balach, a potem w jeszcze większej liczbie biesiad i balów, i sprawiać
drobne kłopoty naszym rodzicom, to wszystko. - Westchnął. - Być może
lubiłem zabawy bardziej niż przeciętny młodzieniec. Ojciec miał jak
najgorszą opinię o moich talentach politycznych. Poza tym od tronu
dzieliło mnie pięcioro braci i sióstr, i nawet biorąc pod uwagę
zamiłowanie mojego królestwa do zabójstw, niewielu sądziło, że zdołam
się do niego choćby odrobinę zbliżyć.
Dopiero po chwili dotarła do mnie waga tego, co powiedział.
- Czyli nie masz najmniejszego pojęcia, jak rządzić królestwem.
- A czy ktokolwiek je ma? - Wziął mnie za rękę, a jego dyskomfort
zmienił się w szczerość. - Razem będziemy się uczyć.
- O Boże - jęknęłam.
Wendell zmierzył mnie wzrokiem.
- Jest aż tak źle? Ty już wiesz o królestwach faerie więcej niż
jakikolwiek śmiertelnik.
- Opowieści - powiedziałam słabym głosem, zabierając rękę. - Znam
opowieści. Wendell rzucił mi dziwne spojrzenie.
- A czy kiedykolwiek potrzebowałaś czegoś więcej? Czy nie wstrząsnęłaś
królestwem do fundamentów, nie znalazłaś drzwi do odległej krainy, nie
obaliłaś królowej? Wystarczy dać ci odpowiedni podręcznik, a jesteś
zdolna do wszystkiego.
Chyba nie muszę pisać, jak mało pocieszająca była dla mnie jego
absolutna wiara we mnie. Zawsze wiedziałam, że Wendell zmarnował większą
część swojej młodości, ale zakładałam, że czegoś się nauczył o swoim
dworze, o sprawowaniu władzy. Teraz zrozumiałam prawdę: o rządzeniu nie
wiedział nic, lecz w przededniu objęcia tronu nie uznawał tego faktu za
istotny, jeśli w ogóle go dostrzegał. Nic dziwnego, że niektórzy
driadolodzy wszystkie faerie uważają za szalone.
- Jestem uczoną - powiedziałam. - Obserwuję. Rejestruję. Nikt nigdy nie
uzna mnie za królową.
- Nie? - Wendell ponownie otworzył książkę. - Głupcy. Przypuszczam, że
mógłbym po prostu zastosować metody mojego ojca i wysłać Razkardena,
żeby wydziobał oczy i wnętrzności moim wrogom.
Nie potrafiłam stwierdzić, czy żartuje, co odebrało mi chęć do
kontynuowania dyskusji. I na tym mniej więcej skończyła się nasza
rozmowa.
* * *
Nie przestałam jednak o tym wszystkim myśleć.
Myślałam, kiedy szliśmy, a ciężka torba obijała się o moje plecy.
Spakowałam do niej cztery książki - dwie z nich ukradłam z działu
zbiorów specjalnych biblioteki driadologicznej w Cambridge2,
z którego to powodu gryzie mnie sumienie, ale nie wiem, co innego
miałabym zrobić; nie można przejmować się bibliotecznymi regulaminami w świecie, w którym czas płynie według własnej woli - a wszystkie dotyczą
polityki dworów faerie, o których niewiele wiadomo. Choć przez długi
czas zakładano, że tamtejsi władcy rządzą głównie dzięki sile, a szlachta jest bardziej biegła w czarowaniu niż reszta dworskich wróżek,
ostatnie badania naukowe podważyły przekonanie, że monarchowie faerie są
nieudolni, jeśli chodzi o strategię lub inne konwencjonalne umiejętności
przywódcze3. I rzeczywiście wstąpienie na tron macochy
Wendella, półkrwi oiche sidhe, stanowi kolejny dowód na poparcie tej
tezy.
Nie mówiłam Wendellowi o moim nowym projekcie, bo jest on na razie tylko
na wpół uformowanym pomysłem, ale zaczęłam robić notatki na temat
przywództwa w świecie wróżek. Jest rzeczą oczywistą, że żaden driadolog
przede mną nie obserwował rządów faerie z perspektywy samego tronu, więc
nikt nie znalazł się w lepszej sytuacji niż ja, żeby napisać książkę o elfickiej polityce.
Samo rozmyślanie o niej wywołuje u mnie dreszcz oczekiwania. Jeśli
macocha Wendella każe nas zabić, nim będę miała szansę wziąć udział w naukowej debacie, bardzo się rozczaruję.
Idąc przez las, Wendell i ja słyszeliśmy liczne szepty. Miałam wrażenie,
że przygląda nam się wiele par oczu, ale żaden Ludek, ani dworski, ani
pospolity, nie odważył się nas powitać.
- Gdybyśmy tylko mogli zdobyć jakieś wiadomości - powiedziałam.
Frustrująca prawda jest taka, że nie wiemy prawie nic o tym, co nas
czeka. Rozmawiałam z Poem, który okazał się wyjątkowo dobrym źródłem
plotek ze względu na liczbę odwiedzających go gości z różnych krain, ale
on wiedział tylko to, że królestwo Wendella pogrążyło się w chaosie po
tym, jak otrułam jego królową. Zdaniem Poego Wędrowny Ludek woli unikać
królestw pogrążonych w zamęcie.
Wendell się rozejrzał.
- Dlaczego nie zapytasz jej?
- Kogo?
Wendell wpatrywał się w jedną z gałęzi.
- Nie musisz się chować. Nie zamierzam cię skrzywdzić.
Z lasu nie nadeszła żadna odpowiedź. Nie widać było nawet śladu ruchu.
Wendell sapnął z irytacją i zdjął z gałęzi faerie, której wcześniej nie
zauważyłam. W płaszczu utkanym z mchu, skulona, z kapturem naciągniętym
na twarz, wyglądała jak wygięcie konaru, nieistotna odmiana we wzorze
lasu.
Skrzatka zapiszczała ze strachu i ponownie znieruchomiała. Nie mogła
mieć więcej niż trzydzieści centymetrów wysokości; jej cherubinkowa
twarz była w połowie pokryta mchem, a oczy miała czarne, co jest
powszechne u tego typu istot.
- Wasza Wysokość! - zawołała skrzatka cienkim głosikiem. - Nie
zauważyłam cię, panie! Wybacz mi!
Gdy tylko Wendell postawił ją na ziemi, padła na twarz u jego stóp i zaczęła bełkotać coś, czego nie mogłam zrozumieć; kolejne przeprosiny,
jak sądzę, tyle że wciąż mówiła o mchu, o jego utkaniu czy naprawieniu w prezencie. Trudno było zrozumieć jej paplaninę.
- Wstań, proszę - rzekł Wendell. - W tej chwili nie jestem niczyją
wysokością, więc nie musisz... och, jakie to nużące.
Irytacja w jego głosie chyba podziałała na zrozpaczoną skrzatkę bardziej
niż słowa. Faerie podniosła się z ziemi, nadal rozdygotana.
- Nie zamierzamy cię skrzywdzić - zapewniłam ją, ale ona tylko spojrzała
na mnie żałosnym wzrokiem. Ogarnęła mnie litość.
Wendell przed nią ukucnął i rozkazał:
- A teraz im szybciej odpowiesz na moje pytanie, tym szybciej wrócisz do
swojej kryjówki z mchu. Co się stało z moim królestwem?
Skrzatka znów zaczęła paplać, łącząc swoją przemowę z wyszukaną
gestykulacją i załamywaniem rąk. Teraz również, mimo biegłej znajomości
faie, niewiele rozumiałam z tego, co mówiła. Posługiwała się dialektem,
który miał wiele irlandzkich naleciałości. Po chwili słuchania Wendell
uniósł rękę i się wyprostował.
- Nic szczególnie użytecznego - powiedział do mnie. - Maluchy ostatnio
mocno ucierpiały z powodu Ludku szarżującego na swoich rumakach i depczącego ich nory. Toczono bitwy z użyciem magii, przez co skrzaty
wpadły w panikę. Niektóre uciekły w góry, całkowicie porzucając swoje
domostwa. - Wyglądał na autentycznie zmartwionego. - Nie mają pojęcia,
co się dzieje ani kto jest w to wszystko zamieszany, wiedzą tylko, że
ich życie stało się bardzo nieprzyjemne. Co za bałagan! - Przeczesał
dłonią włosy. - Zaczęło się od mojej macochy, od jej decyzji, żeby
powiększyć królestwo, podbijając sąsiednie, co, jak się wydaje, nie
zostało docenione przez ich mieszkańców, którzy teraz regularnie
wysyłają oddziały szturmowe, żeby nas nękać. Od czasu twojej wizyty
sytuacja stała się jeszcze bardziej niestabilna.
- Czy królowa żyje? - zwróciłam się do skrzatki.
Jeszcze więcej gestykulacji i niezrozumiałego dialektu. Tym razem nawet
Wendell wyglądał na zdezorientowanego.
- Tak? - upewnił się, po czym zwrócił się do mnie: - Ona twierdzi, że
moja macocha uciekła. Chociaż użyła na to dziwnego słowa. Takiego, które
opisuje, w jaki sposób opadły liść rozkłada się w glebie i staje się
częścią leśnego podszycia.
Spojrzeliśmy na siebie, a ja zobaczyłam, że w jednym się zgadzamy.
Działo się coś niedobrego.
- Coś jeszcze? - spytałam.
- Niedaleko jest pole bitwy, a ona się zaoferowała, że je nam pokaże.
Może tam dowiemy się czegoś więcej.
- W porządku - powiedziałam.
Ruszyliśmy za skrzatką, która wyglądała jak zielona falka sunąca przed
nami leśną ścieżką.
30 grudnia
Cóż! Mam wiele do opowiedzenia od czasu, gdy ostatni raz otwierałam ten
dziennik, ale zupełnie nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Ale to dla
mnie nic nowego, odkąd związałam się z Wendellem.
Polem bitwy okazała się połać wrzosowisk przy bagnie, zapewne będącym
odnogą jeziora Muckle. Gdzieniegdzie unosiły się nad nim małe światełka,
pozostałości po magii użytej w czasie bitwy, które bardzo przypominały
błędne ogniki4. Trafiliśmy tam również na kilka
niewytłumaczalnych rzeczy, z których najważniejszą były porośnięte
bluszczem schody prowadzące donikąd, oraz coś, co mogę opisać jedynie
jako gigantycznego lisa, zamrożonego w połowie procesu transformacji w drzewo. Dąb został idealnie rozcięty na dwie części, z wąskim, równym
przejściem między nimi, ale to niestety go nie zabiło. Od czasu do czasu
spod ziemi dobiegał dźwięk podobny do wycia. Ogólnie rzecz biorąc,
czułam ulgę, że nie byłam świadkiem zaklęć rzucanych w ferworze walki.
Nie zobaczyliśmy żadnych ciał, ani martwych, ani rannych. Poruszał się
tylko wiatr, lekko muskający paprocie rosnące na skraju lasu. Jest wiele
teorii próbujących wyjaśnić, co dzieje się z ciałami Ludku po śmierci.
Uczeni zajmujący się tą kwestią odkryli szczątki kilku gatunków
pospolitych fae - niektóre z nich znajdują się w Muzeum Driadologii i Etnofolkloru w Cambridge - ale nie dworskich. Dominuje pogląd, że w przypadku większości dworskich wróżek dochodzi do pewnego rodzaju
zanikania wraz z upływem czasu. Legendy nie dają jednoznacznej
odpowiedzi, a ja, prawdopodobnie z powodów wynikających z moich
słabości, wzdragam się przed zadaniem tego pytania Wendellowi.
- Najgorsze walki toczyły się za tamtym wzniesieniem - zawyrokował
Wendell.
- Idź sam - powiedziałam, patrząc na Cienia, który pił wodę z potoku.
Przez ostatnią godzinę wlókł się za nami, przez co musieliśmy zwolnić
tempo. - Ja z nim zostanę. Chyba przyda mu się odpoczynek.
- Biedactwo. - Wendell potarmosił uszy Cienia. - Kiedy odzyskam tron,
przydzielę mu całą armię sług. Przygotują dla niego aksamitne legowiska
w każdym pokoju, przy każdym będzie płonął ogień, a kości moich wrogów
będę dawał mu do zabawy.
- Zaczęło się dobrze, ale zakończenie mi się nie podobało -
stwierdziłam.
Oczywiście Wendell tylko się zaśmiał i ruszył na wzgórze. Doświadczałam
akurat jednej z tych chwil egzystencjalnej paniki, kiedy kwestionuję
wszystko, co doprowadziło mnie do tego punktu, zanim, jak to mam w zwyczaju, przepędzę to myślami o bardziej praktycznym charakterze. Jeśli
pewnego dnia zacznę wrzeszczeć bez opamiętania i pobiegnę do lasu, rwąc
sobie włosy z głowy, to kto oprócz Wendella będzie winny?
Sięgnęłam po maść, której ostatnio używam na artretyzm Cienia, i wsmarowałam ją w jego kostki. On z zadowoleniem ułożył się na boku i zamknął oczy, rozkoszując się ciepłem słońca, ale to mnie nie uspokoiło.
Jest już za stary na takie długie wędrówki i woli spędzać większość
dnia, drzemiąc przy ogniu.
- Wszystko w porządku, kochanie? - spytałam cicho, głaszcząc go po szyi.
Cień zaszczekał basowo i uderzył ogonem o trawę.
Nasza mała armia nie dołączyła do mnie na polanie, tylko przyczaiła się
w cieniu lasu - nie jestem pewna, czy to było lepsze dla moich nerwów,
ale przynajmniej nie musiałam na nich patrzeć. Oczywiście pomijając
Pierwiosnka, który wskoczył mi na kolana i spojrzał na mnie wyczekująco.
Ostrożnie podrapałam go za uszami, co było przyjemnym doświadczeniem dla
niego, ale dla mnie niezbyt, zważywszy na to, że lisi faerie zwykle
nudzi się bez ostrzeżenia i wtedy z warczeniem rzuca się na moje palce.
- Znam najlepszą drogę do zamku - oświadczył Pierwiosnek, machając ogonem. - Byłoby szybciej, gdybyśmy poszli moją drogą. - W takim razie powiedz to Jego Królewskiej Wysokości. - Oczywiście
wiedziałam, że on tylko się przechwalał i nigdy by tego nie zrobił. -
Twoja sierść jest dziś cudownie lśniąca - pochwaliłam go, żeby uniknąć
kolejnych narzekań.
Faerie oczywiście zeskoczył na ziemię i zaczął dumnie paradować przede
mną w promieniach słońca.
Spędziłam miłe pół godziny, kończąc wpis w dzienniku. Właśnie otwierałam
plecak, żeby schować notatnik, gdy na polanę wkroczył lord Taran.
- Tu jesteś - rzucił lekceważąco, jakbym na chwilę opuściła popołudniową
herbatkę.
Ze zduszonym okrzykiem poderwałam się na równe nogi, dziennik i pióro
spadły na trawę. Taran zatrzymał się i popatrzył na mnie chłodnym,
spokojnym wzrokiem. Ciemne ostrze jego masywnego miecza było wilgotne,
srebrną tunikę pokrywały plamy, bladą twarz krwawe rozbryzgi.
Najwyraźniej odegrał znaczącą rolę w bitwie stoczonej w zagajniku. Mnie
z kolei daleko było do spokoju. Lord Taran nie dorównywał wzrostem innym
dworskim fae, zwykle sporo wyższym od śmiertelników, ale sam ciężar jego
obecności sprawiał, że nie mogłam odwrócić od niego wzroku, choć bardzo
chciałam. Kiedy mrugałam, widziałam spod powiek istotę z gałęzi, okrytą
lśniącym mchem niczym podartą szatą. Ostatnim razem przypominał mi
Ukrytego Króla, ale podczas gdy w oczach tamtego widziałam niebotyczne
lodowce i śnieżne pustkowia, w źrenicach Tarana napotkałam tylko
ciemność, nieprzeniknioną jak w sercu prastarego lasu.
- Przepraszam, milordzie - bąknęłam, dygając pośpiesznie. - Nie
spodziewałam się, że zaszczycisz mnie swoją...
- Nieważne - przerwał mi Taran, odgarniając z czoła ciemne włosy. - Tym
razem nasz drogi książę nie raczył pani towarzyszyć? A może przyszła tu
pani, żeby pozbyć się kolejnego kota? Chociaż on miał tylko jednego.
Rozbawienie w jego oczach wcale nie było przyjazne. Wyczuwałam
fundamentalne okrucieństwo w sposobie, w jaki mi się przyglądał,
temperowane przez coś, czego nie rozumiałam. Nie wiedziałam, jaka
odpowiedź by go zadowoliła, więc posłuchałam instynktu.
- Jeden kot mi wystarczy, dziękuję. Tym razem przyszłam po tron.
Gdy się uśmiechnął, z ulgi zadrżały pode mną kolana.
- Naprawdę? A właściwie dlaczego nie? To królestwo było rządzone przez
mieszkańców i gosposie. Królowa śmiertelniczka bardziej nas nie poniży.
W ten sposób znalazłam się na solidnym gruncie. A w każdym razie na
pewniejszym, bo kimkolwiek był ten osobnik, okazał się równie
snobistyczny jak większość dworskich elfów.
- Dlaczego sam nie przejmiesz tronu, milordzie, skoro tak bardzo
przeszkadza ci rodowód tych, którzy poprzednio na nim zasiadali? -
spytałam, pozwalając sobie na bezczelność, bo wiedziałam, że wiele
dworskich faerie podziwia zuchwałość śmiertelników.
Taran prychnął.
- Dlatego, że cenię swój kark. Utrzymałem go w nienaruszonym stanie
przez wiele stuleci, a zatem o wiele dłużej niż ci, którzy pragną władzy
w tej przeklętej wilczej jamie, czyli na naszym dworze.
Jego słowa tak mnie zaskoczyły, że na chwilę umilkłam.
- Mądrze z pańskiej strony - stwierdziłam w końcu.
Na jego twarz powrócił wyraz złośliwego rozbawienia.
- Dziękuję. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo cenię sobie opinie
śmiertelników, zwłaszcza młodych dziewczyn, które przypadkiem trafiają
do groźnych krain faerie.
- Nie musi pan być nieuprzejmy - powiedziałam z rozdrażnieniem. - A dla
pańskiej informacji, mam trzydzieści jeden lat.
Czułam się teraz znacznie spokojniejsza, bo wydawało mi się mało
prawdopodobne, żeby Taran chciał mnie skrzywdzić. Nie z powodu zasad
moralnych, ale dlatego, że najwyraźniej zapewniałam mu rozrywkę, i to
powstrzymało jego rękę.
- Bywamy mądrzy, profesor Wilde - oświadczył. - Przynajmniej niektórzy z nas. Gdzie jest książę Liath?
Nie wiem, jak udało mi się zachować opanowanie. Oczywiście wiedziałam,
że Wendell ma inne imię, ale nigdy nie chciałam go poznać. Chyba po
części dlatego, że wolałam myśleć o nim jako o Wendellu. Od niego
usłyszałam również, że Ludek rzadko używa nawet skróconej formy swoich
prawdziwych imion, choć one nie mają magicznego znaczenia5. Z mętnych wyjaśnień Wendella wywnioskowałam, że jest to postrzegane jako
niegrzeczne, podobnie jak u śmiertelników poufałe zwracanie się do
kogoś, kogo zbyt dobrze się nie zna. Faerie wolą określenia: "wujku",
"tkaczu", "pani" i tak dalej. Jest to fascynujący przykład etykiety
faerie, bez wątpienia wynikający z ich niechęci do zdradzania
prawdziwych imion. Przychodzą mi do głowy co najmniej cztery możliwe
podejścia do tej kwestii, której mogłabym poświęcić artykuł naukowy.
- Gdybym wiedziała, gdzie on jest, już bym panu powiedziała - zapewniłam
po krótkim wahaniu. - Nie przeszkodziłaby mi w tym chęć rozmowy z potężnym elfem umazanym krwią.
- Pojawi się, kiedy go pani zawoła - rzucił Taran niemal łagodnym tonem.
Przyjrzałam mu się uważnie, choć nie wiem, czego właściwie się
spodziewałam. Równie dobrze mogłabym próbować przejrzeć motywy boga.
Nabrałam powietrza i krzyknęłam:
- Wendellu!
Przez chwilę czułam się głupio. Przez bardzo krótką chwilę, bo nim
zdążyłam ponownie zaczerpnąć tchu, Wendell wyszedł z drzewa.
Chciałabym móc powiedzieć, że już się do takich rzeczy przyzwyczaiłam,
ale w rzeczywistości musiałam jak zwykle stłumić dziecinny okrzyk
przestrachu. Coś w sposobie, w jaki Wendell nagle się pojawia, jest
głęboko niepokojące. Może gdyby zapowiadał go kłąb dymu, drżenie ziemi
albo coś, co wskazywałoby na działanie magii, nie byłoby tak źle, ale on
po prostu wychodził z pni jak przez zwykłe drzwi.
Przeniósł wzrok ze mnie na Tarana, okazując całkowity brak zaskoczenia,
ale za to mnóstwo wrogości. W ręce trzymał miecz, który, jak
przypuszczałam, zdobył na polu bitwy.
- Co robisz, wujku?
- Rozmawiam, mój drogi - odparł lord Taran. - A na co to wygląda?
- Wygląda na to, że grozisz bronią mojej oblubienicy.
- Wendellu - odezwałam się nagle zaniepokojona, bo dostrzegłam, że jego
twarz zaczyna przybierać dobrze mi znany wyraz złowrogiego spokoju.
Zdecydowanie uważałam, że jeśli nie ma takiej potrzeby, lepiej nie robić
sobie wroga z lorda Tarana ani z jego przyjaciół, którzy raczej nie
byliby zadowoleni, gdyby Wendell wpadł w furię i ściął mu głowę.
Tymczasem lord Taran leniwie postukał mieczem o ziemię i zmierzył
Wendella wzrokiem.
- Ależ jesteś drażliwy! - stwierdził. - Najwyraźniej temperament twojej
babki przeskoczył o jedno pokolenie. Twój ojciec go nie odziedziczył,
choć pod koniec był krwiożerczy. A twoja matka była bardziej skłonna do
wyładowywania swoich frustracji na rzeczach do prania, jak większość jej
gatunku. Lecz ty wolisz miecze od mioteł, prawda? Jakież to
konwencjonalne.
- Wendellu, on mi pomógł - wtrąciłam pośpiesznie. - Pomógł nam. Pokazał
mi drogę do zamku. Wątpię, czy zdołałbym cię uzdrowić, gdyby nie on.
Wendell rzucił mi zdziwione spojrzenie, jakby nie rozumiał, dlaczego to
miałoby być istotne.
- Zrobiłem to, prawda? - podchwycił Taran. - Choć to był raczej pomysł
Calluma niż mój. Nigdy nie lubił mojej siostry, z powodu wojen, które
ona tak lubi wszczynać. Wolałby widzieć na tronie ciebie, książę, pomimo
twojego młodego wieku. Uważa, że powrót do sposobu myślenia poprzedniego
władcy zapewniłby królestwu większą stabilność. - Rozłożył ręce. - Wolę
trzymać się z dala od polityki, ale jako ktoś, kto zawsze cenił własny
kark, rozumiem ten argument, a poza tym zasadniczo jestem skłonny dać
Callumowi wszystko, czego chce, niezależnie od tego, czy widzę w tym
sens. I pozostaje jeszcze drobna kwestia przysięgi złożonej twojemu
ojcu. - Skrzywił się wyraźnie nieszczerze. - Otóż stary król nie kochał
swojego pierworodnego, tylko twojego najstarszego brata, który był
prostacki i głupi, a poza tym całkowicie pozbawiony zdolności
magicznych. Dlatego król kazał mi przysiąc, że nie pozwolę wstąpić na
tron komuś, kto nie będzie silniejszy od niego samego. Zapewne chciał,
żebym zamordował jego pierworodnego, bo wtedy sukcesję przejęłaby twoja
najstarsza siostra. Bez wątpienia był zaskoczony, gdy stanąłem z boku i pozwoliłem mojej siostrze zabójstwami utorować sobie drogę do tronu. Ale
przecież ja tylko dotrzymałem przysięgi, skoro ona na swój sposób
udowodniła, że jest silniejsza od własnego męża, prawda?
Taran westchnął, a ja znowu odniosłam wrażenie, że dobrze się bawi, że
za jego smutnymi gestami i minami czai się okrutne rozbawienie.
- I tak oto dotarliśmy do sedna sprawy, książę. Otóż nie mogę pozwolić
ci odejść, dopóki nie udowodnisz, że jesteś silniejszy niż twój ojciec.
Gdybyś wrócił do zamku i odzyskał tron, złamałbym przysięgę.
Wendell nie wyglądał na zaskoczonego tą dziwną przemową. Stał z lekko
przechyloną głową, pogrążony w myślach. W pewnym momencie spojrzał na
mnie wzrokiem, którego nie zrozumiałam. Teraz wiem, że nie patrzył na
mnie, lecz na mój płaszcz.
- Powinniśmy... - zaczęłam. Sama nie wiem, co chciałam powiedzieć. Miałam
na myśli jakąś konkretną radę czy po prostu grałam na zwłokę, żeby
zyskać czas na wymyślenie, jak zaradzić temu nowemu niebezpieczeństwu?
Nie miało to znaczenia, bo lord Taran w jednej chwili przeszedł od
swobodnego opierania się na mieczu do wymierzenia go w pierś
siostrzeńca.
Wendell zaklął i uskoczył w bok. Nawet ja zaczęłam się cofać, bo choć
ostrze nie groziło bezpośrednio mnie, szybkość i gwałtowność ruchów
Tarana nie przypominały niczego, co do tej pory widziałam.
Wendell wylądował w zielonej gęstwinie paproci i zniknął w nich jak w głębokim basenie, a ułamek sekundy później miecz ściął im głowy.
- Twój ojciec nie mógł mnie pokonać. - Taran obrócił się, przeszukując
wzrokiem polanę. - Był najlepszym szermierzem, z jakim kiedykolwiek
walczyłem, ale na koniec to zawsze ja triumfowałem. Dlatego po prostu
choć raz mnie rozbrój, książę, a uznam sprawę za załatwioną. Udowodnisz,
że jesteś silniejszy niż twój ojciec.
- To niedorzeczne! - zawołałam. Stojący u mojego boku Cień warczał
głucho, podczas gdy ja rozglądałam się za Wendellem. - Z pewnością
możemy wynegocjować jakieś wyjście z tej sytuacji.
- Obawiam się, że nie. - Wendell wyszedł z drzewa po drugiej stronie
strumienia. Mierzył swojego wuja czujnym wzrokiem, co mnie zaniepokoiło,
bo Wendell z mieczem w dłoni to zwykle uosobienie pewności siebie. -
Jeśli złamie przysięgę, jego życie będzie skończone.
Lord Taran pokiwał głową.
- Jak już mówiłem, cenię swój kark.
- Och, na litość... - zaczęłam, ale głos mi się załamał, bo nie mogłam
uwierzyć, że wszystko może się skończyć tu i teraz. Z pewnością istniało
jakieś inne wyjście...
Taran zaatakował, ale tym razem Wendell był gotowy. Gdy ich miecze się
starły i słońce odbiło się od kling, polanę wypełniła ulewa srebrnego,
oślepiającego blasku. Przed oczami latały mi mroczki, ale zmusiłam się
do patrzenia, choć na niewiele się to zdało. Ci dwaj poruszali się tak
szybko, że w ogóle nie mogłam nadążyć za nimi wzrokiem. Zupełnie jakbym
próbowała nakreślić mapę diamentowych rozbłysków światła słonecznego na
falującym morzu. Kiedy od siebie odskoczyli, Wendell nagle znalazł się
po drugiej stronie potoku.
- Jesteś... - lord Taran umilkł. Nie wyglądał na zaskoczonego - nie byłam
pewna, czy on w ogóle jest zdolny do jakichkolwiek emocji - ale w jego
spojrzeniu pojawiło się zainteresowanie. - To jak ponowna walka z twoim
ojcem.
- Jeszcze nikt nie pokonał mnie na miecze - powiedział Wendell, jakby od
niechcenia.
- Mnie również. Przypuszczam, że dlatego twój dziadek, stary król,
mianował mnie generałem. A przed nim jego matka. Twój ojciec też
próbował, ale wtedy ja już skończyłem z wojowaniem.
Nie mówił teraz ani złośliwie, ani z rozbawieniem, tylko z ogromnym
spokojem, a mnie wydawało się przez chwilę, że słyszę eony
pobrzmiewające w jego głosie. Wendell nie jest pewny, jak długo trwało
panowanie jego ojca wedle ludzkich miar, lecz to były wieki, nie lata. A lord Taran przeżył wcześniej rządy co najmniej dwóch monarchów.
- Wendellu... - spróbowałam jeszcze raz, ale w moim sercu zagościł strach.
I tym razem lord Taran nie pozwolił mi skończyć. Przebiegł na drugi
brzeg potoku i ruszył na przeciwnika, jeszcze zanim ucichł plusk wody.
Wendell parował ciosy i robił uniki z wyjątkową gracją, ale przegrywał
potyczkę. W pewnym momencie się potknął, a Taran natychmiast próbował to
wykorzystać, ale raptem Wendell przebił się przez jego gardę i ciął go w bok.
Taran zatoczył się do tyłu i roześmiał, przyciskając dłoń do żeber.
Kiedy ją stamtąd zabrał, ręka była czerwona.
- Rzeczywiście, nieodrodny syn swojego ojca - skomentował i po raz
pierwszy w jego głosie zabrzmiało ciepło.
Wendell oddychał szybko, włosy miał w nieładzie. Już wcześniej widziałam
go, jak walczy, ale jeszcze nigdy nie wyglądał tak jak teraz. Na
zewnątrz wciąż wydawał się sobą, ale jednocześnie sprawiał wrażenie,
jakby zrzucił z siebie część ludzkiej fasady. Szczerze mówiąc, było to
dla mnie przerażające. W pewnym momencie zwierzęca część mojej natury
straciła zainteresowanie tym, kto wygra, i po prostu chciała się znaleźć
jak najdalej od tych nieziemskich okropności.
Lecz to jeszcze nie był koniec. Wendell wyraźnie potrzebował chwili
odpoczynku, ale lord Taran mu jej nie dał.
Zaatakował go z taką siłą, że ostrza omal się nie roztrzaskały. Wendell
z trudem odparował cios i wskoczył do drzewa znajdującego się tuż za
nim. Lord Taran uniósł miecz...
I przeciął pień.
Zrobił to błyskawicznie i jakby od niechcenia. W jednej chwili drzewo
było całe, w następnej zaczęło chylić się do przodu. Lord Taran odsunął
się od niego nieśpiesznie i powiódł wzrokiem po zagajniku, a tymczasem
drzewo przewróciło się za nim z głośnym trzaskiem. Spomiędzy gałęzi
wyskoczyło kilka wróżek wielkości mojej dłoni, zawodząc i ciągnąc za
sobą torby z ubraniami oraz coś, co wyglądało jak malutkie bębny.
Po lewej stronie Tarana nagle wyrósł Wendell, zamachnął się ostrzem i zepchnął przeciwnika w stronę rzeczki. Stało się to wszystko w mgnieniu oka, a ja odniosłam straszne wrażenie, że charakter walki nagle się zmienił, że lord Taran obudził coś w Wendellu - teraz tylko czekał na odpowiednią chwilę, żeby to wykorzystać, i przedłużał pojedynek dla samego pojedynku. Moje przypuszczenia okazały się słuszne chwilę później, gdy Taran
przedarł się przez obronę Wendella i choć jedynie zahaczył klingą o brzeg jego płaszcza, tym razem mój narzeczony naprawdę stracił równowagę
i nagle miecz Tarana zawisł nad jego głową.
Krzyknęłam. Ale nim broń zdążyła opaść, z zagłębienia w ziemi wyskoczyło
coś czarnego. Orga. Owinęła się wokół stóp Tarana, a on się zachwiał,
tak że miecz nieszkodliwie świsnął tuż obok ramienia Wendella.
- Co to ma znaczyć? - warknął Taran. A potem, ku mojemu zdumieniu, dodał
czułym tonem: - Zdrada? Karmiłem ją podczas twojej nieobecności, książę.
Zawsze lubiłem koty. Wygląda jednak na to, że twoja pupilka zmieniła o mnie zdanie.
- Orga lubi moich wrogów jeszcze mniej niż ja - wysapał Wendell. - Po
tym wszystkim możesz się spodziewać, że resztę swoich dni spędzi na
planowaniu twojej śmierci.
Lord Taran nie potraktował jego słów tak lekko, jak się spodziewałam. W rzeczywistości wyglądał na zaniepokojonego. W końcu jednak pokręcił
głową.
- Trudno - powiedział i ich miecze znów skrzyżowały się ze szczękiem.
Przez krótką chwilę myślałam, że Wendell odzyskał siły, bo parował ciosy
z typową dla siebie zwinnością, ale raptem przez polanę przemknął
srebrny błysk, a ja zdałam sobie sprawę, że to jego miecz wirujący w promieniach słońca.
Wendell zatoczył się do tyłu. Na twarzy lorda Tarana przez krótką chwilę
malowało się rozczarowanie, ale szybko zastąpiło je coś prastarego i nieodgadnionego, a on ponownie uniósł broń...
Puściłam się przed siebie biegiem, krzycząc Bóg wie co - chyba coś o przysięgach, bo przez cały pojedynek usilnie szukałam wyjścia z tej
sytuacji. Wpadłam na trzy lub cztery rozwiązania, z których najbardziej
przekonujące miało związek z irlandzką opowieścią, w której pewien
wiejski piekarz, w zamian za to, że jego chleb zawsze będzie świeży,
składa władcy faerie nierozważną przysięgę wierności6.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki