Enigma ląduje w Normandii. nr 133 - Rafał Brzeski

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nocą z 5 na 6 czerwca 1944 roku w "Sta­cji X" wyraź­nie wyczu­wało się nastrój sil­nego napię­cia. W stan­dar­do­wych drew­nia­nych bara­kach roz­ło­żo­nych bez­ład­nie w parku ota­cza­ją­cym brzydką, ale solidną posia­dłość Blet­chley Park dyżu­ro­wali kryp­to­lo­dzy, eks­perci, obsługa dale­ko­pi­sów, gońcy i dziew­częta z ochot­ni­czych służb, obsłu­gu­ją­cych olbrzy­mie archi­wum oraz urzą­dze­nia pomocne w łama­niu szy­fru super­taj­nych nie­miec­kich depesz. "Sta­cja X" była gotowa do bły­ska­wicz­nego dostar­cze­nia szta­bom alianc­kich sił inwa­zyj­nych pły­ną­cych ku pla­żom Nor­man­dii naj­bar­dziej wia­ry­god­nych infor­ma­cji -?infor­ma­cji pocho­dzą­cych ze szta­bów wojsk lądo­wych, Krieg­sma­rine i Luft­waffe.

Wbrew ocze­ki­wa­niom dzień "D" minął w Blet­chley Park spo­koj­nie. Nie­liczne depe­sze świad­czyły o zasko­cze­niu i kon­ster­na­cji Niem­ców, któ­rzy nie potra­fili wyro­bić sobie jesz­cze opi­nii o roz­mia­rach i zna­cze­niu ope­ra­cji "Over­lord". Kilka minut przed pół­nocą 5 czerwca komen­dant Obrony Wybrzeża -?Sek­tor Nor­man­dia dono­sił uspo­ka­ja­jąco: "Spa­do­chro­nia­rze, o któ­rych mel­do­wano, że wylą­do­wali w moim rejo­nie, to kukły ze słomy". Kilka godzin póź­niej, już nad ranem 6 czerwca, z równą pew­no­ścią sie­bie rapor­to­wał: "Żad­nych oznak desantu na wschod­nim odcinku pół­wy­spu Coten­tin". O godz. 6.30 armia ame­ry­kań­ska zdo­była w tym rejo­nie przy­czó­łek "Utah", a do wie­czora wylą­do­wało na wschod­nim wybrzeżu pół­wy­spu Coten­tin prze­szło 23 000 Ame­ry­ka­nów.

W noc inwa­zji na kon­ty­nent depe­sze świad­czące o kom­plet­nym zasko­cze­niu nade­szły także z innych nie­miec­kich ośrod­ków dowo­dze­nia. O godz. 2.21 - a więc na cztery godziny przed desan­tem -?komen­dant Obrony Mor­skiej skar­żył się na "brak radio­lo­ka­cyj­nego roze­zna­nia akwenu mor­skiego w kie­runku pół­nocno-wschod­nim", czego przy­czyną były "awa­rie urzą­dzeń rada­ro­wych". Ta krótka depe­sza zna­ko­mi­cie potwier­dzała sku­tecz­ność ata­ków bom­bo­wych lot­nic­twa alianc­kiego na nie­miec­kie sta­cje rada­rowe w Nor­man­dii oraz wiel­kiej akcji zagłu­sza­ją­cej, pod­ję­tej na kil­ka­na­ście godzin przed lądo­wa­niem i skie­ro­wa­nej prze­ciwko sta­cjom poło­żo­nym na wschód od ujścia Sekwany.

Peł­nię kon­ster­na­cji szta­bów nie­miec­kich ujaw­niła roz­szy­fro­wana o godz. 18.50 popo­łu­dniowa depe­sza Grupy Zachód Krieg­sma­rine, w któ­rej prze­gląd sytu­acji pod­su­mo­wano zna­mien­nym zda­niem: "Dekla­ra­cja przy­wód­ców alianc­kich oraz roz­miesz­cze­nie sił wska­zują na chęć prze­pro­wa­dze­nia dal­szych ope­ra­cji, ale nie posia­damy żad­nych szcze­gó­łów świad­czą­cych o celach tych ope­ra­cji". Zda­nie to naj­le­piej prze­ma­wiało za tym, że wie­lo­mie­sięczna praca dez­in­for­ma­cyjna sprzy­mie­rzo­nych nie poszła na marne.

O sytu­acji, w jakiej zna­la­zły się w dniu "D" siły nie­miec­kie, można było się też prze­ko­nać z dłu­giego raportu sztabu Obe­rkom­mando Luft­waffe (OKL). W rapor­cie tym, o tre­ści nie­zwią­za­nej bez­po­śred­nio z lądo­wa­niem, stwier­dzono z całą otwar­to­ścią, że w wyniku alianc­kich bom­bar­do­wań zbior­ni­ków paliwa i rafi­ne­rii lot­nic­two nie­miec­kie posiada zapasy ben­zyny pozwa­la­jące naj­wy­żej na obronę strefy powietrz­nej Rze­szy i w nad­cho­dzą­cych tygo­dniach dowódcy pozo­sta­łych rejo­nów ope­ra­cyj­nych nie mogą się spo­dzie­wać zwięk­sze­nia dostaw. Mel­du­nek ten wyja­śniał dwie kapi­talne sprawy. Po pierw­sze, Luft­waffe nie będzie w sta­nie prze­rzu­cić do Nor­man­dii poważ­niej­szych sił, po dru­gie, jeśli bra­kuje ben­zyny lot­ni­czej, to może także bra­ko­wać paliwa do czoł­gów. Tym samym związki pan­cerne dowód­ców obrony Fran­cji -?Rund­stedta i Rom­mla -?nie będą tak ruchliwe, jak pra­gnę­liby tego obaj mar­szał­ko­wie. Dowódcy sił inwa­zyj­nych: Eisen­ho­wer, Mont­go­mery i Bra­dley mogli ode­tchnąć z ulgą.

Enigma -?naj­więk­sza tajem­nica III Rze­szy. Maszyna szy­fru­jąca, słu­żąca do utaj­nia­nia kore­spon­den­cji szta­bów woj­sko­wych, poli­tycz­nych ośrod­ków wła­dzy, służby dyplo­ma­tycz­nej i orga­ni­za­cji trans­por­to­wych. Urzą­dze­nie uwa­żane za abso­lut­nie bez­pieczne; jego szyfr miał być nie do zła­ma­nia nawet dla naj­lep­szych kryp­to­lo­gów prze­ciw­nika. A jed­nak.

Twórcą Enigmy był ber­liń­ski inży­nier dr Arthur Scher­bius, który w lipcu 1923 roku zało­żył spółkę "Chif­frier­ma­schi­nen Aktien­ge­sel­l­schaft" z sie­dzibą przy Ste­glit­zer­strasse nr 2 w Ber­li­nie. Spółka dr. Scher­biusa ofe­ro­wała klien­tom swe maszyny szy­fru­jące za jedyne 300 tysięcy infla­cyj­nych marek. W latach naj­głęb­szego kry­zysu nie było na nie wielu chęt­nych i spółka zban­kru­to­wała. Maszyną dr. Scher­biusa zain­te­re­so­wało się jed­nak woj­sko. Ogra­ni­czony trak­ta­tem wer­sal­skim sztab armii nie­miec­kiej, który nie porzu­cił marzeń o Wiel­kich Niem­czech, korzy­stał z każ­dej moż­li­wo­ści roz­sze­rze­nia sze­re­gów Reich­swehry. Miał wobec tego wiele do ukry­cia i Enigma odpo­wia­dała zna­ko­mi­cie jego celom. Dla­tego też 9 lutego 1926 roku udo­sko­na­lona wer­sja Enigmy-C dr. Scher­biusa weszła w skład wypo­sa­że­nia mary­narki wojen­nej. Stało się tak nie­przy­pad­kowo: łącz­ność mię­dzy szta­bem na lądzie i okrę­tami na morzu musi odby­wać się drogą radiową, naj­bar­dziej wraż­liwą na pod­słuch prze­ciw­nika, a więc szy­fry mor­skie są zawsze naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane i naj­le­piej chro­nione. Enigma zdała egza­min w mary­narce wojen­nej. W 1928 roku prze­ko­nała się do niej nie­miecka armia lądowa, a po doj­ściu Hitlera do wła­dzy także szybko roz­wi­ja­jąca się Luft­waffe.

Nie­mal rów­no­cze­śnie z armią nie­miecką maszy­nami ofe­ro­wa­nymi przez "Chif­frier­ma­schi­nen Aktien­ge­sel­l­schaft" zain­te­re­so­wały się służby wywia­dow­cze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Japo­nii i Pol­ski. Potężna Secret Service, dumna z osią­gnięć swego Pokoju nr 40, gdzie bry­tyj­scy kryp­to­lo­dzy sku­tecz­nie łamali nie­miec­kie szy­fry w trak­cie I wojny świa­to­wej, nawet nie spoj­rzała na pro­spekty ber­liń­skiej firmy. Nie zain­te­re­so­wała się też dokład­nymi opi­sami tech­nicz­nymi prze­sła­nymi w stycz­niu 1927 roku do lon­dyń­skiego biura paten­to­wego. Wywiad bry­tyj­ski kom­plet­nie zlek­ce­wa­żył Enigmę. Ina­czej postą­pił wywiad ame­ry­kań­ski. Za pośred­nic­twem attaché woj­sko­wego w Ber­li­nie, płk. Con­gera, nabył w 1927 roku za 144 dolary jeden egzem­plarz han­dlo­wej wer­sji Enigmy. Pole­cił ją kupić naj­lep­szy ówcze­sny kryp­to­log ame­ry­kań­ski, Wil­liam Fried­man, który rok wcze­śniej otrzy­mał szcze­gó­łowy raport o Enig­mie od attaché woj­sko­wego w Hadze. W rapor­cie tym attaché powo­ły­wał się na infor­ma­cje otrzy­mane od zaprzy­jaź­nio­nego kryp­to­loga holen­der­skiego i pisał, że jeśli cho­dzi o bez­pie­czeń­stwo prze­sy­ła­nej kore­spon­den­cji, "maszyna ta jest w sta­nie spro­stać naj­wyż­szym wyma­ga­niom".

Zain­try­go­wany tak zna­ko­mitą opi­nią Fried­man posta­no­wił zba­dać dokład­nie Enigmę. Zmar­no­wał sporo czasu na próby zła­ma­nia zaszy­fro­wa­nego na tej maszy­nie tek­stu. Bez rezul­ta­tów. Zaprze­stał więc dal­szych prób i kupione w Ber­li­nie urzą­dze­nie pogrze­bano w kurzu maga­zy­nów.

Wil­liam Fried­man nie bar­dzo miał zresztą czas na zaj­mo­wa­nie się nie­miec­kimi maszy­nami szy­fro­wymi. W Waszyng­to­nie pano­wała atmos­fera nie­sprzy­ja­jąca poczy­na­niom wywia­dow­czym. Prze­strze­gano skwa­pli­wie instruk­cji sekre­ta­rza stanu Henry'ego Stim­sona, iż "dżen­tel­meni nie czy­tają cudzej kore­spon­den­cji", i ską­piono pie­nię­dzy na biura kryp­to­lo­giczne z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Fried­man wraz ze szcząt­ko­wym per­so­ne­lem swego biura szy­frów musiał zaj­mo­wać się naj­waż­niej­szym poten­cjal­nym prze­ciw­ni­kiem Sta­nów Zjed­no­czo­nych -?Japo­nią. Nie wie­dział, że wła­śnie Japo­nia swój sys­tem szy­fro­wa­nia też oparła na maszy­nach dr. Scher­biusa. Kupiony w ber­liń­skiej spółce egzem­plarz roze­brano, dokład­nie zba­dano, a następ­nie zmo­dy­fi­ko­wano, budu­jąc wła­sną japoń­ską wer­sję Enigmy, którą naj­pierw zaczęła się posłu­gi­wać cesar­ska mary­narka wojenna, a póź­niej dyplo­ma­cja.

Ostat­nim cichym klien­tem "Chif­frier­ma­schi­nen Aktien­ge­sel­l­schaft" był wywiad pol­ski. Histo­ria zła­ma­nia tajem­nicy Enigmy przez zna­ko­mi­tych kryp­to­lo­gów z Biura Szy­frów Sztabu Głów­nego jest znana, podob­nie jak nazwi­ska Mariana Rejew­skiego, Jerzego Różyc­kiego i Hen­ryka Zygal­skiego. Ich suk­cesy w roz­szy­fro­wa­niu zasad dzia­ła­nia Enigmy pozwo­liły na zbu­do­wa­nie replik nie­miec­kich maszyn szy­fru­ją­cych w zakła­dach "AVA". Tak więc wywiad pol­ski był jedyną służbą spe­cjalną, mogącą w latach trzy­dzie­stych pene­tro­wać w miarę sku­tecz­nie tajną kore­spon­den­cję nie­miecką. Nie­stety, w cza­sach pokoju nie­miec­kie sztaby korzy­stały głów­nie z połą­czeń tele­fo­nicz­nych i dale­ko­pi­so­wych, a nie z łatwej do prze­chwy­ty­wa­nia łącz­no­ści radio­wej. Szansą dla Biura Szy­frów były więc przede wszyst­kim manewry oraz sytu­acje wyjąt­kowe, takie jak dla przy­kładu "noc dłu­gich noży". Wów­czas to, 29 czerwca 1934 roku, prze­chwy­cono depe­szę roz­po­czy­na­jącą się od słów: "Do wszyst­kich komen­dan­tów lot­nisk w całych Niem­czech". Taki wstęp zapo­wia­dał sen­sa­cyjną treść. I rze­czy­wi­ście. Roz­kaz naka­zy­wał "ująć i prze­wieźć do Ber­lina, żywego lub mar­twego, oberführera K. Ern­sta, adiu­tanta szefa sztabu SA Röhma".

W trak­cie "puczu Röhma" war­szaw­skie Biuro Szy­frów było w sta­nie odczy­ty­wać depe­sze nie­miec­kie doty­czące czystki w sze­re­gach SA z taką samą pręd­ko­ścią jak sztaby nie­miec­kie. Dzięki Enig­mie pol­ski wywiad zdo­by­wał też infor­ma­cje o roz­lo­ko­wa­niu jed­no­stek Wehr­machtu, prze­my­śle zbro­je­nio­wym, nie­któ­rych agen­tach dzia­ła­ją­cych na tere­nie Pol­ski, a nawet o fran­cu­skich poli­ty­kach flir­tu­ją­cych z nazi­zmem i hitle­row­ską Rze­szą.

W stycz­niu 1938 roku w Biu­rze Szy­frów prze­pro­wa­dzono dwu­ty­go­dniowe "manewry", które pozwo­liły stwier­dzić, że Polacy są w sta­nie prze­chwy­cić i roz­szy­fro­wać natych­miast około 75 pro­cent nie­miec­kiej taj­nej kore­spon­den­cji. Szef Wydziału Wywia­dow­czego, ppłk Ste­fan Mayer, na któ­rego oczach odbie­rano i odczy­ty­wano depe­sze Enigmy, oce­nił wyniki manew­rów jako "dosko­nałe".

Radość nie trwała długo. Latem 1938 roku agent pol­skiego wywiadu pra­cu­jący w sek­cji łącz­no­ści Luft­waffe poin­for­mo­wał War­szawę, że wkrótce armia nie­miecka przej­dzie na Enigmy o pię­ciu bęb­nach szy­fru­ją­cych. Miało to nastą­pić w chwili ogło­sze­nia stanu pogo­to­wia. Infor­ma­cja agenta potwier­dziła się 15 wrze­śnia 1938 roku punk­tu­al­nie o pół­nocy. Dwa tygo­dnie przed kon­fe­ren­cją w Mona­chium i przed wkro­cze­niem Niem­ców na tery­to­rium Cze­cho­sło­wa­cji zmianę wpro­wa­dzono. Sys­tem szy­fro­wa­nia tysięcy Enigm uży­wa­nych przez woj­ska lądowe, Luft­waffe, Krieg­sma­rine i naj­waż­niej­sze służby cywilne został zmie­niony, a pol­ski wywiad stra­cił swe "uszy".

Jed­nak nie­cał­ko­wi­cie. III Rze­sza nie była mono­li­tem. Każda z bar­dziej liczą­cych się insty­tu­cji uwa­żała się za pań­stwo w pań­stwie i na wła­snym tere­nie rzą­dziła się wła­snymi pra­wami nawet w dzie­dzi­nie pouf­nej łącz­no­ści. Tak było i tym razem. Siły zbrojne i służby cywilne doko­nały zmiany bęb­nów Enigmy, ale wywiad poli­tyczny NSDAP, słynny Sicher­he­its­dienst (SD), jesz­cze nie. Był to kapi­talny błąd, pozwa­la­jący nie tylko na odczy­ty­wa­nie depesz taj­nej poli­cji nazi­stow­skiej, ale rów­nież -?drogą porów­nań tek­stów -?na teo­re­tyczne usta­le­nie połą­czeń wewnętrz­nych poszcze­gól­nych bęb­nów nowego modelu Enigmy.

Od teo­rii do prak­tyki droga była jed­nak jesz­cze daleka, tym bar­dziej że z dniem 1 stycz­nia 1939 roku w nie­miec­kich siłach zbroj­nych znowu wpro­wa­dzono nowy sys­tem szy­fro­wa­nia. Na szczę­ście SD -?jak zawsze - spóź­niało się ze zmianą swego sys­temu, co znowu pozwo­liło teo­re­tycz­nie odtwo­rzyć wewnętrzne połą­cze­nia maszyn szy­fru­ją­cych. Był to olbrzymi suk­ces kryp­to­lo­gów z Biura Szy­frów, ale z pro­za­icz­nego powodu -?braku pie­nię­dzy w budże­cie pol­skiego wywiadu -?nie mógł być w pełni wyko­rzy­stany. Na pod­sta­wie posia­da­nych zało­żeń teo­re­tycz­nych nale­żało bowiem spo­rzą­dzić co naj­mniej 60 "bomb kryp­to­lo­gicz­nych" - elek­tro­me­cha­nicz­nych pra­przod­ków kom­pu­te­rów -?nie­zbęd­nych do sku­tecz­nego łama­nia szy­fru pię­cio­bęb­no­wej Enigmy. Według bar­dzo oszczęd­nego kosz­to­rysu wyma­gało to nakła­dów rzędu 1,5 miliona przed­wo­jen­nych zło­tych. Tym­cza­sem na roz­wój wywiadu radio­wego prze­zna­czono nie­spełna 100 tysięcy. Trzeba więc było rozej­rzeć się za part­ne­rem, który wniósłby do "spółki" spory wkład finan­sowy. I to szybko, wojna bowiem zbli­żała się nie­ubła­ga­nie.

W latach trzy­dzie­stych pol­ski wywiad utrzy­my­wał stałe robo­cze kon­takty jedy­nie z wywia­dem fran­cu­skim, a zespół kryp­to­lo­giczny mjr. Gwi­dona Lan­gera z sze­fem podob­nej sek­cji Service de Ren­se­igne­ment, kpt. Gusta­wem Ber­tran­dem. Fran­cuzi dosko­nale wie­dzieli, że Niemcy posłu­gują się maszy­nami szy­fru­ją­cymi. Ich agent o pseu­do­ni­mie "Asché" dostar­czył kpt. Ber­tran­dowi sze­reg bar­dzo waż­nych doku­men­tów, w tym m.in. ory­gi­nalne tablice z klu­czem do usta­wia­nia bęb­nów Enigmy oraz instruk­cje obsługi. Część z tych doku­men­tów prze­ka­zana została Pola­kom w ramach współ­pracy wywia­dow­czej i cho­ciaż tablice klu­czy były spóź­nione, to jed­nak dzięki nim udało się roz­szy­fro­wać depe­sze spo­czy­wa­jące w archi­wum, a także poznać dobrze teo­re­tyczne zało­że­nia szy­fru.

Czy były to doku­menty, które zawa­żyły na zła­ma­niu tajem­nicy Enigmy przez Pola­ków? Zda­nia histo­ry­ków i świad­ków są podzie­lone. Gustave Ber­trand twier­dził, że były dla pol­skich kryp­to­lo­gów "manną z nieba" i tylko dzięki nim spe­cja­li­stom z Biura Szy­frów udało się odkryć taj­niki maszyn szy­fru­ją­cych. Mjr Tade­usz Lisicki i zmarły nie­dawno ostatni z grupy wybit­nych kryp­to­lo­gów, Marian Rejew­ski, napi­sali w swych wspo­mnie­niach, że doku­menty prze­ka­zane przez Fran­cu­zów były ważną pomocą, ale tylko pomocą w łama­niu szy­fru Enigmy. Przy­spie­szyły wydat­nie pracę i uła­twiły ją, ale nie miały prze­ło­mo­wego zna­cze­nia.

Tak czy owak jedno jest abso­lut­nie pewne: mimo posia­da­nia auten­tycz­nych nie­miec­kich instruk­cji i doku­men­tów wywiad fran­cu­ski nie zbli­żył się w latach trzy­dzie­stych ani o krok do roz­wią­za­nia tajem­nicy Enigmy, nato­miast Polacy nie tylko odczy­ty­wali jej szyfr, ale rów­nież zbu­do­wali w wytwórni "AVA" serię replik tych nie­miec­kich maszyn szy­fru­ją­cych. W ewen­tu­al­nych roz­mo­wach Polacy posia­dali w ręku atut nie­zwy­kłej wagi, ale nie śpie­szyli się z jego ujaw­nie­niem. Ini­cja­tywę pozo­sta­wili Ber­tran­dowi, który, spo­dzie­wa­jąc się wybu­chu wojny, usi­ło­wał z dużą ener­gią dopro­wa­dzić do robo­czej współ­pracy ewen­tu­al­nych przy­szłych sojusz­ni­ków, a więc wywia­dów Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Cze­cho­sło­wa­cji i Pol­ski. Wszyst­kie wywiady kon­tak­to­wały się pouf­nie i w maju 1938 roku kpt. Ber­trand przy­był do War­szawy, aby zapro­sić ppłk. Gwi­dona Lan­gera, szefa Biura Szy­frów, na tajną kon­fe­ren­cję do Paryża.

W cza­sie war­szaw­skich roz­mów posta­no­wiono, że z udziału w kon­fe­ren­cji wyklu­czony zosta­nie wywiad Cze­cho­sło­wa­cji. Szefa tego wywiadu, płk. Františka Mora­vca, Ber­trand i Lan­ger znali bar­dzo dobrze i ufali mu cał­ko­wi­cie. Oba­wiano się jed­nak nie­miec­kiej pene­tra­cji cze­cho­sło­wac­kiego Sztabu Gene­ral­nego -?po kry­zy­sie sudec­kim była ona bar­dzo silna.

Przy­go­to­wa­nia do kon­fe­ren­cji trwały jesz­cze kilka mie­sięcy i dopiero 9 stycz­nia 1939 roku przed­sta­wi­ciele sek­cji szy­frów i dekryp­tażu spo­tkali się w sie­dzi­bie fran­cu­skiego wywiadu woj­sko­wego przy ulicy Tourville 2 bis w Paryżu. Pol­ski Sztab Główny repre­zen­to­wali ppłk Gwido Lan­ger i mjr Mak­sy­mi­lian Ciężki, stronę fran­cu­ską -?awan­so­wany do stop­nia majora Gustave Ber­trand, kryp­to­log ze sztabu lot­nic­twa kpt. Henri Braquenié oraz ofi­cer ze Sztabu Gene­ral­nego, któ­rego nazwi­ska nie udało się do dzi­siaj usta­lić. Dele­ga­cji bry­tyj­skiej prze­wod­ni­czył szef Rzą­do­wej Szkoły Kodów i Szy­frów (GC&CS), koman­dor Ala­stair Den­ni­ston, jeden z naj­lep­szych kryp­to­ana­li­ty­ków słyn­nego Pokoju nr 40 bry­tyj­skiej Admi­ra­li­cji.

Pierw­szą kon­fe­ren­cję eks­per­tów można nazwać son­da­żową. Pod­czas roz­mów ofi­cjal­nych w gma­chu fran­cu­skiego wywiadu, jak rów­nież w trak­cie mniej ofi­cjal­nych spo­tkań w restau­ra­cji "Dro­uant", badano się wza­jem­nie. Nie sprzy­jała zapewne postę­powi roz­mów atmos­fera peł­nej kon­spi­ra­cji. Roz­mówcy nie zwra­cali się do sie­bie po imie­niu. Przy­brano pseu­do­nimy, nie wie­dząc nawet, że będą one uży­wane także w cza­sie wojny. Den­ni­ston nazy­wał się "Crypto", Ber­trand -?"Bolek", Lan­ger -?"Luc", ale cała trójka nie wie­działa, od czego zacząć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki