Enigma ląduje w Normandii. nr 133 - Rafał Brzeski

Reflow text when sidebars are open.
Nocą z 5 na 6 czerwca 1944 roku w "Stacji X" wyraźnie wyczuwało się nastrój silnego napięcia. W standardowych drewnianych barakach rozłożonych bezładnie w parku otaczającym brzydką, ale solidną posiadłość Bletchley Park dyżurowali kryptolodzy, eksperci, obsługa dalekopisów, gońcy i dziewczęta z ochotniczych służb, obsługujących olbrzymie archiwum oraz urządzenia pomocne w łamaniu szyfru supertajnych niemieckich depesz. "Stacja X" była gotowa do błyskawicznego dostarczenia sztabom alianckich sił inwazyjnych płynących ku plażom Normandii najbardziej wiarygodnych informacji -?informacji pochodzących ze sztabów wojsk lądowych, Kriegsmarine i Luftwaffe.
Wbrew oczekiwaniom dzień "D" minął w Bletchley Park spokojnie. Nieliczne depesze świadczyły o zaskoczeniu i konsternacji Niemców, którzy nie potrafili wyrobić sobie jeszcze opinii o rozmiarach i znaczeniu operacji "Overlord". Kilka minut przed północą 5 czerwca komendant Obrony Wybrzeża -?Sektor Normandia donosił uspokajająco: "Spadochroniarze, o których meldowano, że wylądowali w moim rejonie, to kukły ze słomy". Kilka godzin później, już nad ranem 6 czerwca, z równą pewnością siebie raportował: "Żadnych oznak desantu na wschodnim odcinku półwyspu Cotentin". O godz. 6.30 armia amerykańska zdobyła w tym rejonie przyczółek "Utah", a do wieczora wylądowało na wschodnim wybrzeżu półwyspu Cotentin przeszło 23 000 Amerykanów.
W noc inwazji na kontynent depesze świadczące o kompletnym zaskoczeniu nadeszły także z innych niemieckich ośrodków dowodzenia. O godz. 2.21 - a więc na cztery godziny przed desantem -?komendant Obrony Morskiej skarżył się na "brak radiolokacyjnego rozeznania akwenu morskiego w kierunku północno-wschodnim", czego przyczyną były "awarie urządzeń radarowych". Ta krótka depesza znakomicie potwierdzała skuteczność ataków bombowych lotnictwa alianckiego na niemieckie stacje radarowe w Normandii oraz wielkiej akcji zagłuszającej, podjętej na kilkanaście godzin przed lądowaniem i skierowanej przeciwko stacjom położonym na wschód od ujścia Sekwany.
Pełnię konsternacji sztabów niemieckich ujawniła rozszyfrowana o godz. 18.50 popołudniowa depesza Grupy Zachód Kriegsmarine, w której przegląd sytuacji podsumowano znamiennym zdaniem: "Deklaracja przywódców alianckich oraz rozmieszczenie sił wskazują na chęć przeprowadzenia dalszych operacji, ale nie posiadamy żadnych szczegółów świadczących o celach tych operacji". Zdanie to najlepiej przemawiało za tym, że wielomiesięczna praca dezinformacyjna sprzymierzonych nie poszła na marne.
O sytuacji, w jakiej znalazły się w dniu "D" siły niemieckie, można było się też przekonać z długiego raportu sztabu Oberkommando Luftwaffe (OKL). W raporcie tym, o treści niezwiązanej bezpośrednio z lądowaniem, stwierdzono z całą otwartością, że w wyniku alianckich bombardowań zbiorników paliwa i rafinerii lotnictwo niemieckie posiada zapasy benzyny pozwalające najwyżej na obronę strefy powietrznej Rzeszy i w nadchodzących tygodniach dowódcy pozostałych rejonów operacyjnych nie mogą się spodziewać zwiększenia dostaw. Meldunek ten wyjaśniał dwie kapitalne sprawy. Po pierwsze, Luftwaffe nie będzie w stanie przerzucić do Normandii poważniejszych sił, po drugie, jeśli brakuje benzyny lotniczej, to może także brakować paliwa do czołgów. Tym samym związki pancerne dowódców obrony Francji -?Rundstedta i Rommla -?nie będą tak ruchliwe, jak pragnęliby tego obaj marszałkowie. Dowódcy sił inwazyjnych: Eisenhower, Montgomery i Bradley mogli odetchnąć z ulgą.
Enigma -?największa tajemnica III Rzeszy. Maszyna szyfrująca, służąca do utajniania korespondencji sztabów wojskowych, politycznych ośrodków władzy, służby dyplomatycznej i organizacji transportowych. Urządzenie uważane za absolutnie bezpieczne; jego szyfr miał być nie do złamania nawet dla najlepszych kryptologów przeciwnika. A jednak.
Twórcą Enigmy był berliński inżynier dr Arthur Scherbius, który w lipcu 1923 roku założył spółkę "Chiffriermaschinen Aktiengesellschaft" z siedzibą przy Steglitzerstrasse nr 2 w Berlinie. Spółka dr. Scherbiusa oferowała klientom swe maszyny szyfrujące za jedyne 300 tysięcy inflacyjnych marek. W latach najgłębszego kryzysu nie było na nie wielu chętnych i spółka zbankrutowała. Maszyną dr. Scherbiusa zainteresowało się jednak wojsko. Ograniczony traktatem wersalskim sztab armii niemieckiej, który nie porzucił marzeń o Wielkich Niemczech, korzystał z każdej możliwości rozszerzenia szeregów Reichswehry. Miał wobec tego wiele do ukrycia i Enigma odpowiadała znakomicie jego celom. Dlatego też 9 lutego 1926 roku udoskonalona wersja Enigmy-C dr. Scherbiusa weszła w skład wyposażenia marynarki wojennej. Stało się tak nieprzypadkowo: łączność między sztabem na lądzie i okrętami na morzu musi odbywać się drogą radiową, najbardziej wrażliwą na podsłuch przeciwnika, a więc szyfry morskie są zawsze najbardziej skomplikowane i najlepiej chronione. Enigma zdała egzamin w marynarce wojennej. W 1928 roku przekonała się do niej niemiecka armia lądowa, a po dojściu Hitlera do władzy także szybko rozwijająca się Luftwaffe.
Niemal równocześnie z armią niemiecką maszynami oferowanymi przez "Chiffriermaschinen Aktiengesellschaft" zainteresowały się służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych, Japonii i Polski. Potężna Secret Service, dumna z osiągnięć swego Pokoju nr 40, gdzie brytyjscy kryptolodzy skutecznie łamali niemieckie szyfry w trakcie I wojny światowej, nawet nie spojrzała na prospekty berlińskiej firmy. Nie zainteresowała się też dokładnymi opisami technicznymi przesłanymi w styczniu 1927 roku do londyńskiego biura patentowego. Wywiad brytyjski kompletnie zlekceważył Enigmę. Inaczej postąpił wywiad amerykański. Za pośrednictwem attaché wojskowego w Berlinie, płk. Congera, nabył w 1927 roku za 144 dolary jeden egzemplarz handlowej wersji Enigmy. Polecił ją kupić najlepszy ówczesny kryptolog amerykański, William Friedman, który rok wcześniej otrzymał szczegółowy raport o Enigmie od attaché wojskowego w Hadze. W raporcie tym attaché powoływał się na informacje otrzymane od zaprzyjaźnionego kryptologa holenderskiego i pisał, że jeśli chodzi o bezpieczeństwo przesyłanej korespondencji, "maszyna ta jest w stanie sprostać najwyższym wymaganiom".
Zaintrygowany tak znakomitą opinią Friedman postanowił zbadać dokładnie Enigmę. Zmarnował sporo czasu na próby złamania zaszyfrowanego na tej maszynie tekstu. Bez rezultatów. Zaprzestał więc dalszych prób i kupione w Berlinie urządzenie pogrzebano w kurzu magazynów.
William Friedman nie bardzo miał zresztą czas na zajmowanie się niemieckimi maszynami szyfrowymi. W Waszyngtonie panowała atmosfera niesprzyjająca poczynaniom wywiadowczym. Przestrzegano skwapliwie instrukcji sekretarza stanu Henry'ego Stimsona, iż "dżentelmeni nie czytają cudzej korespondencji", i skąpiono pieniędzy na biura kryptologiczne z prawdziwego zdarzenia. Friedman wraz ze szczątkowym personelem swego biura szyfrów musiał zajmować się najważniejszym potencjalnym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych -?Japonią. Nie wiedział, że właśnie Japonia swój system szyfrowania też oparła na maszynach dr. Scherbiusa. Kupiony w berlińskiej spółce egzemplarz rozebrano, dokładnie zbadano, a następnie zmodyfikowano, budując własną japońską wersję Enigmy, którą najpierw zaczęła się posługiwać cesarska marynarka wojenna, a później dyplomacja.
Ostatnim cichym klientem "Chiffriermaschinen Aktiengesellschaft" był wywiad polski. Historia złamania tajemnicy Enigmy przez znakomitych kryptologów z Biura Szyfrów Sztabu Głównego jest znana, podobnie jak nazwiska Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego. Ich sukcesy w rozszyfrowaniu zasad działania Enigmy pozwoliły na zbudowanie replik niemieckich maszyn szyfrujących w zakładach "AVA". Tak więc wywiad polski był jedyną służbą specjalną, mogącą w latach trzydziestych penetrować w miarę skutecznie tajną korespondencję niemiecką. Niestety, w czasach pokoju niemieckie sztaby korzystały głównie z połączeń telefonicznych i dalekopisowych, a nie z łatwej do przechwytywania łączności radiowej. Szansą dla Biura Szyfrów były więc przede wszystkim manewry oraz sytuacje wyjątkowe, takie jak dla przykładu "noc długich noży". Wówczas to, 29 czerwca 1934 roku, przechwycono depeszę rozpoczynającą się od słów: "Do wszystkich komendantów lotnisk w całych Niemczech". Taki wstęp zapowiadał sensacyjną treść. I rzeczywiście. Rozkaz nakazywał "ująć i przewieźć do Berlina, żywego lub martwego, oberführera K. Ernsta, adiutanta szefa sztabu SA Röhma".
W trakcie "puczu Röhma" warszawskie Biuro Szyfrów było w stanie odczytywać depesze niemieckie dotyczące czystki w szeregach SA z taką samą prędkością jak sztaby niemieckie. Dzięki Enigmie polski wywiad zdobywał też informacje o rozlokowaniu jednostek Wehrmachtu, przemyśle zbrojeniowym, niektórych agentach działających na terenie Polski, a nawet o francuskich politykach flirtujących z nazizmem i hitlerowską Rzeszą.
W styczniu 1938 roku w Biurze Szyfrów przeprowadzono dwutygodniowe "manewry", które pozwoliły stwierdzić, że Polacy są w stanie przechwycić i rozszyfrować natychmiast około 75 procent niemieckiej tajnej korespondencji. Szef Wydziału Wywiadowczego, ppłk Stefan Mayer, na którego oczach odbierano i odczytywano depesze Enigmy, ocenił wyniki manewrów jako "doskonałe".
Radość nie trwała długo. Latem 1938 roku agent polskiego wywiadu pracujący w sekcji łączności Luftwaffe poinformował Warszawę, że wkrótce armia niemiecka przejdzie na Enigmy o pięciu bębnach szyfrujących. Miało to nastąpić w chwili ogłoszenia stanu pogotowia. Informacja agenta potwierdziła się 15 września 1938 roku punktualnie o północy. Dwa tygodnie przed konferencją w Monachium i przed wkroczeniem Niemców na terytorium Czechosłowacji zmianę wprowadzono. System szyfrowania tysięcy Enigm używanych przez wojska lądowe, Luftwaffe, Kriegsmarine i najważniejsze służby cywilne został zmieniony, a polski wywiad stracił swe "uszy".
Jednak niecałkowicie. III Rzesza nie była monolitem. Każda z bardziej liczących się instytucji uważała się za państwo w państwie i na własnym terenie rządziła się własnymi prawami nawet w dziedzinie poufnej łączności. Tak było i tym razem. Siły zbrojne i służby cywilne dokonały zmiany bębnów Enigmy, ale wywiad polityczny NSDAP, słynny Sicherheitsdienst (SD), jeszcze nie. Był to kapitalny błąd, pozwalający nie tylko na odczytywanie depesz tajnej policji nazistowskiej, ale również -?drogą porównań tekstów -?na teoretyczne ustalenie połączeń wewnętrznych poszczególnych bębnów nowego modelu Enigmy.
Od teorii do praktyki droga była jednak jeszcze daleka, tym bardziej że z dniem 1 stycznia 1939 roku w niemieckich siłach zbrojnych znowu wprowadzono nowy system szyfrowania. Na szczęście SD -?jak zawsze - spóźniało się ze zmianą swego systemu, co znowu pozwoliło teoretycznie odtworzyć wewnętrzne połączenia maszyn szyfrujących. Był to olbrzymi sukces kryptologów z Biura Szyfrów, ale z prozaicznego powodu -?braku pieniędzy w budżecie polskiego wywiadu -?nie mógł być w pełni wykorzystany. Na podstawie posiadanych założeń teoretycznych należało bowiem sporządzić co najmniej 60 "bomb kryptologicznych" - elektromechanicznych praprzodków komputerów -?niezbędnych do skutecznego łamania szyfru pięciobębnowej Enigmy. Według bardzo oszczędnego kosztorysu wymagało to nakładów rzędu 1,5 miliona przedwojennych złotych. Tymczasem na rozwój wywiadu radiowego przeznaczono niespełna 100 tysięcy. Trzeba więc było rozejrzeć się za partnerem, który wniósłby do "spółki" spory wkład finansowy. I to szybko, wojna bowiem zbliżała się nieubłaganie.
W latach trzydziestych polski wywiad utrzymywał stałe robocze kontakty jedynie z wywiadem francuskim, a zespół kryptologiczny mjr. Gwidona Langera z szefem podobnej sekcji Service de Renseignement, kpt. Gustawem Bertrandem. Francuzi doskonale wiedzieli, że Niemcy posługują się maszynami szyfrującymi. Ich agent o pseudonimie "Asché" dostarczył kpt. Bertrandowi szereg bardzo ważnych dokumentów, w tym m.in. oryginalne tablice z kluczem do ustawiania bębnów Enigmy oraz instrukcje obsługi. Część z tych dokumentów przekazana została Polakom w ramach współpracy wywiadowczej i chociaż tablice kluczy były spóźnione, to jednak dzięki nim udało się rozszyfrować depesze spoczywające w archiwum, a także poznać dobrze teoretyczne założenia szyfru.
Czy były to dokumenty, które zaważyły na złamaniu tajemnicy Enigmy przez Polaków? Zdania historyków i świadków są podzielone. Gustave Bertrand twierdził, że były dla polskich kryptologów "manną z nieba" i tylko dzięki nim specjalistom z Biura Szyfrów udało się odkryć tajniki maszyn szyfrujących. Mjr Tadeusz Lisicki i zmarły niedawno ostatni z grupy wybitnych kryptologów, Marian Rejewski, napisali w swych wspomnieniach, że dokumenty przekazane przez Francuzów były ważną pomocą, ale tylko pomocą w łamaniu szyfru Enigmy. Przyspieszyły wydatnie pracę i ułatwiły ją, ale nie miały przełomowego znaczenia.
Tak czy owak jedno jest absolutnie pewne: mimo posiadania autentycznych niemieckich instrukcji i dokumentów wywiad francuski nie zbliżył się w latach trzydziestych ani o krok do rozwiązania tajemnicy Enigmy, natomiast Polacy nie tylko odczytywali jej szyfr, ale również zbudowali w wytwórni "AVA" serię replik tych niemieckich maszyn szyfrujących. W ewentualnych rozmowach Polacy posiadali w ręku atut niezwykłej wagi, ale nie śpieszyli się z jego ujawnieniem. Inicjatywę pozostawili Bertrandowi, który, spodziewając się wybuchu wojny, usiłował z dużą energią doprowadzić do roboczej współpracy ewentualnych przyszłych sojuszników, a więc wywiadów Francji, Wielkiej Brytanii, Czechosłowacji i Polski. Wszystkie wywiady kontaktowały się poufnie i w maju 1938 roku kpt. Bertrand przybył do Warszawy, aby zaprosić ppłk. Gwidona Langera, szefa Biura Szyfrów, na tajną konferencję do Paryża.
W czasie warszawskich rozmów postanowiono, że z udziału w konferencji wykluczony zostanie wywiad Czechosłowacji. Szefa tego wywiadu, płk. Františka Moravca, Bertrand i Langer znali bardzo dobrze i ufali mu całkowicie. Obawiano się jednak niemieckiej penetracji czechosłowackiego Sztabu Generalnego -?po kryzysie sudeckim była ona bardzo silna.
Przygotowania do konferencji trwały jeszcze kilka miesięcy i dopiero 9 stycznia 1939 roku przedstawiciele sekcji szyfrów i dekryptażu spotkali się w siedzibie francuskiego wywiadu wojskowego przy ulicy Tourville 2 bis w Paryżu. Polski Sztab Główny reprezentowali ppłk Gwido Langer i mjr Maksymilian Ciężki, stronę francuską -?awansowany do stopnia majora Gustave Bertrand, kryptolog ze sztabu lotnictwa kpt. Henri Braquenié oraz oficer ze Sztabu Generalnego, którego nazwiska nie udało się do dzisiaj ustalić. Delegacji brytyjskiej przewodniczył szef Rządowej Szkoły Kodów i Szyfrów (GC&CS), komandor Alastair Denniston, jeden z najlepszych kryptoanalityków słynnego Pokoju nr 40 brytyjskiej Admiralicji.
Pierwszą konferencję ekspertów można nazwać sondażową. Podczas rozmów oficjalnych w gmachu francuskiego wywiadu, jak również w trakcie mniej oficjalnych spotkań w restauracji "Drouant", badano się wzajemnie. Nie sprzyjała zapewne postępowi rozmów atmosfera pełnej konspiracji. Rozmówcy nie zwracali się do siebie po imieniu. Przybrano pseudonimy, nie wiedząc nawet, że będą one używane także w czasie wojny. Denniston nazywał się "Crypto", Bertrand -?"Bolek", Langer -?"Luc", ale cała trójka nie wiedziała, od czego zacząć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki