Siostry Diegtiariow19 marca, poniedziałek, dzień
Ksenia była starsza, miała dziewiętnaście lat. Wysoka, ciemnowłosa i ciemnooka, nie przypominała ani matki, ani ojca, za to sądząc z portretów, była niezwykle podobna do swojej prababki ze strony matki, aktorki Teatru im. Stanisławskiego, która grała niemal wszystkie główne role w latach wojny i po niej, aż do swojej tragicznej śmierci w katastrofie lotniczej w 1962 roku. Ksenia studiowała na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym na wydziale dziennikarstwa. Dostała się tam niemal wyłącznie dzięki zdolnościom, minimalnej pomocy wujka i rzadkiej urodzie, na której widok omdlewały i tajały serca egzaminatorów. Jej niewinne spojrzenie i łagodny głos wzbudziły zaś sympatię nawet najoschlejszych członkiń komisji.
Wybrała kierunek dziennikarstwo telewizyjne, bo marzyło się jej, że w przyszłości będzie kręcić reportaże o ochronie zwierząt, przyrody i czegoś tam jeszcze, których widzowie wzruszą się do łez. Szaleńczo kochała wszelkie zwierzaki i ta miłość nie raz miała przykre konsekwencje. Przygarniane koty zjadały ptaszki i wyławiały rybki z akwarium. Uratowane psy wojowały z kotami i od czasu do czasu urządzały w mieszkaniu istne jatki. Po pewnym czasie Ksenia oddawała wykurowane zwierzęta w dobre ręce, żeby zwolnić miejsce następnym.
W ostatnich miesiącach w jej mieszkaniu zapanowała krucha równowaga - nowe akwarium utrudniało kotu polowanie na ryby, zdecydowano też, by nie kupować więcej chomików, aby nie tuczyć tej ogromnej, puszystej czarnej bestii o diabolicznych żółtych oczach. Między psem - mieszańcem owczarka kaukaskiego z nie wiadomo czym - a kotem utrzymywał się swoisty rozejm dzięki dobrodusznemu charakterowi pierwszego oraz niezwykłemu tupetowi i sprytowi drugiego. Krótko mówiąc, kot ukształtował swoje środowisko zgodnie z własnym światopoglądem.
Ksenia, według wyrażenia jej matki, właśnie "wciskała propagandę". Skierowała przemowę do młodszej siostry, szesnastoletniej uczennicy Ani. Ania, która z twarzy przypominała zarówno matkę, jak i ojca, była naturalną blondynką średniego wzrostu i o figurze sportsmenki. Lubiła zwierzęta, ale nie rwała się do bycia dziennikarką, a jej plany życiowe sprowadzały się do tego, by najpierw wygrać jak najwięcej turniejów wielkoszlemowych, a następnie zapełnić swoimi zdjęciami wszystkie tabloidy świata. W tym celu pięć razy w tygodniu spędzała po trzy godziny w szkole tenisowej w Nowej Wiosce Olimpijskiej, aktywnie i pilnie wbijając żółte piłki w nawierzchnię kortu. Poza tym codziennie poświęcała trochę czasu na odrabianie pracy domowej i bardzo dużo czasu na stanie nago przed lustrem w łazience ze zdjęciami Kurnikowej i Szarapowej na toaletce. Za każdym razem uznawała, że figurę ma nie gorszą niż Kurnikowa, a twarz nie brzydszą niż Szarapowa, po czym dochodziła do wniosku, że łączy w sobie zalety ich obu, więc miejsce na pierwszych stronach magazynów plotkarskich powinna rezerwować już teraz.
Siostry piły herbatę, siedząc przy barku w przestronnej kuchni połyskującej stalą nierdzewną, co czyniło ją podobną do kostnicy z amerykańskich filmów kryminalnych albo sterowni statku kosmicznego ze starego sowieckiego filmu science fiction.
Rodzina Diegtiariowów przeniosła się do tego mieszkania ledwie kilka miesięcy wcześniej z typowego bloku z wielkiej płyty przy prospekcie Miczurina. Ojciec sióstr, Władimir Siergiejewicz, wirusolog znany w kręgach akademickich, pół kariery zawodowej spędził na ekspedycjach, polując na szczególnie rzadkie i paskudne choroby. Opublikował wiele artykułów i monografii, co przyniosło mu w środowisku naukowym bardzo dużo sławy i bardzo mało pieniędzy.
Poszczęściło mu się jednak kilka lat temu. Zespół, którym kierował, wszedł w skład rosyjsko-amerykańskiej grupy wirusologów. Amerykanie dostali grant od jakiejś fundacji powstałej przy Centrum Kontroli Chorób Zakaźnych w Atlancie. W rezultacie Władimir Siergiejewicz wyruszył na ekspedycję nie byle gdzie, bo najpierw do Australii, a potem na Haiti. Wrócił stamtąd brązowy od słońca i z nowym tematem, nad którym praca całkowicie go pochłonęła. Zaraz potem zaproponowano mu, by stanął w Rosji na czele zespołu badaczy, który zajmie się tym właśnie tematem. Władimir Siergiejewicz długo się nie zastanawiał, szczególnie kiedy się dowiedział o wysokości pensji, premiach i innych możliwościach, dzięki którym życie całej jego rodziny miało się wznieść się na niewidziany dotąd poziom.
Nieco później wyjaśniło się, że prawdziwym miejscem pracy Władimira Siergiejewicza będzie znana firma Pharmcor należąca do równie znanego Aleksandra Burko - oligarchy o manierach słonia w składzie porcelany. To właśnie on finansował działalność firmy, mimo że ta była amerykańska, a sam Burko stuprocentowo swój, z samego serca Rosji.
W ten sposób Władimir Siergiejewicz zainstalował się razem ze współpracownikami w piętrowym budynku przy ulicy Awtoprojezdnej, który w poprzedniej epoce był blokiem laboratoryjnym jednej z moskiewskich fabryk samochodów. Po upadku fabryki sporą część jej terenów wykupiły inne firmy, z czego pokaźny kawałek wykroił sobie niejaki Chimprodukt - jedna z niezliczonych spółek córek Pharmcoru.
Laboratorium stało na uboczu. Wjeżdżało się tam w sposób dość skomplikowany przez teren fabryki, chociaż podwórze przylegało do Awtoprojezdnej i wystarczyło tylko od tej strony ustawić szlaban, co wymagałoby jedynie odrobiny chęci i niewielkiego wysiłku.
Potem na nowym terenie pojawił się ekspracownik centrali Federalnej Służby Więziennej, znanej też jako FSIN, niejaki Andriej Wasiljewicz Owierczuk - mężczyzna średniego wzrostu, tęgi, z twarzą niezapadającą w pamięć, ale mający siłę przebicia jak czołg. Obecnie były klawisz Owierczuk służył w ochronie Pharmcoru, bynajmniej nie na szeregowym stanowisku - jako szef ochrony. Dzięki jego staraniom leciwych stróżów, wiodących dość nędzną egzystencję, zastąpili barczyści młodzieńcy w czarnych paramilitarnych uniformach, z pistoletami i pałkami teleskopowymi u pasa oraz ze strzelbami samopowtarzalnymi na plecach. Potem na terenie zakładu zaroiło się od pracowników, przyjechały ciężarówki ze sprzętem i w ciągu sześciu miesięcy budynek z szarych, pociemniałych od deszczu bloków betonu, tak surowy, że aż przygnębiający, przeobraził się w całkiem nowoczesny obiekt z polaryzacyjnymi szybami w oknach i jeszcze nowocześniejszym wnętrzem.
Krótko mówiąc, Władimir Siergiejewicz nigdy dotąd nie miał do dyspozycji takiego laboratorium. Pracę zakłócały mu tylko regularne wizyty Owierczuka, którego serdecznie nie cierpiał, ponieważ domyślał się jego głębokiego duchowego zepsucia. Z drugiej strony Owierczuk nie pchał się Władimirowi Siergiejewiczowi w oczy, pojawiał się w budynku laboratorium nie częściej niż parę razy w tygodniu i tylko na chwilę, żeby pobieżnie się rozejrzeć. Miał aż nadto innych spraw na głowie. Tak więc praca przez ostatnie kilka lat szła spokojnie.
Niepokojące było tylko to, że prywatna firma, mająca siedzibę w mieście, podjęła badania nad mało znanymi wirusami i oczywiście nikogo o tym nie poinformowała. Władimir Siergiejewicz wiedział, jakie środki ostrożności stosują biolodzy w armii - Kiriłł Gordiejew, jego kolega z roku, kierował zamkniętym wojskowym laboratorium opracowującym szczepionki. W Pharmcorze nie było niczego, co by przypominało tamte środki. Sam Owierczuk przekonywał, że gwarancją bezpieczeństwa jest przyciąganie możliwie najmniejszej uwagi. Zresztą nikt nie zamierzał tu pracować z groźnymi mikrobami, więc Władimir Siergiejewicz specjalnie się nad tym nie zastanawiał. Poza tym Pharmcor za jednym zamachem podpisał z nim niemal dożywotni kontrakt, zaoferował mu prawdziwie królewskie wynagrodzenie, a niedawno pomógł w uzyskaniu ulgowego, niemal nieoprocentowanego kredytu na mieszkanie. Dzięki temu rodzina Diegtiariowów wprowadziła się na nowiutkie osiedle położone nieopodal stacji metra Uniwersytet - jeśli nawet nie elitarne, to dobrze odpowiadające pojęciu business class. Stare mieszkanie sprzedali całkiem korzystnie, co zapewniło Alinie Aleksandrownie, żonie Władimira Siergiejewicza, środki na kupno mebli. Zdawało się, że los się do nich uśmiechnął.
Jednak płomienna przemowa, którą Ksenia wygłaszała właśnie do młodszej siostry, nie była laudacją na cześć ojca w podzięce za poprawę poziomu ich życia. Ksenia odkryła, że wirusolodzy prowadzą doświadczenia na zwierzętach. Owszem, wiedziała o tym wcześniej, ale ojciec kiedyś pracował głównie w terenie, a zwierzęta zarażali jego koledzy. Teraz zaś zaczął pracować w laboratorium. I któregoś wieczora starsza córka, niby to mimochodem, zadała mu pytanie:
- Tato, a jakie wy tam zwierzęta wykorzystujecie? No wiesz, do eksperymentów.
Pogrążony w myślach ojciec, nie zdając sobie sprawy z prawdziwego sensu pytania, machinalnie odpowiedział, że naturalnie do wyboru, do koloru - od szczurów do małp. Rozmowa nie miała ciągu dalszego, ale Ksenia w duchu natychmiast napiętnowała swojego rodziciela jako rzeźnika i wiwisektora. Do tego okazała się tak nieostrożna, że podzieliła się swoją wiedzą z przyjaciółmi ze studiów, którzy z różnych powodów podzielali jej poglądy na kwestię obrony praw zwierząt. W rezultacie wokół Kseni powstał pewnego rodzaju krąg współwyznawców, który nie pozwalał, by emocje związane z rzeźnictwem Władimira Siergiejewicza opadły.
Ksenia przestała nawet rozmawiać z ojcem, chyba że akurat potrzebowała pieniędzy, których matka jej skąpiła. Ale on, pracoholik w ciężkim stadium tej szanowanej choroby, jeżeli sądzić na podstawie jego zachowania, nawet tego nie zauważył. Pozbawił tym samym córkę możliwości wygłoszenia gniewnej repliki w odpowiedzi na pytanie: "Co się stało, Ksenieczka?". W roli adwokata taty występowała teraz Ania.
- Jak możesz go usprawiedliwiać? On eksperymentuje na zwierzętach! Czy ty to rozumiesz? To tak, jakby eksperymentował na Barsiku albo Miszce! Kochasz je? Kochasz, prawda? Oddałabyś je tatusiowi, żeby zaraził je jakąś dżumą i patrzył, co się stanie?
- Po pierwsze, ojciec też je kocha. Barsik śpi u niego na poduszce. Nie u ciebie, a u niego, tak na marginesie. Po drugie, czy jest ci znany jakiś inny sposób testowania leków? O ile wiem, jeszcze takiego nie wymyślono.
- To najpierw niech się zajmą wynalezieniem takiego sposobu, a potem swoimi dysertacjami!
- Zdaje mi się, że ojciec obronił wszystkie możliwe już dziesięć lat temu. Albo nawet więcej - mruknęła Ania.
- Więc pomaga bronić innym, swoim wspólnikom!
- Czy ty chociaż wiesz, czym oni się zajmują?
- Nie wiem ani nie chcę wiedzieć! Wystarczy mi, że w swoim laboratorium męczą zwierzęta.
Ania wzruszyła ramionami, jakby mówiąc: "O czym tu rozmawiać z głupkiem", mimo to odpowiedziała:
- O ile wiem, pracują nad możliwością utrzymania organizmu przy życiu w czasie długich lotów kosmicznych bez zamrażania go. I w ogóle przetrwaniem w ekstremalnych warunkach. Coś w tym stylu, że jedziesz na Antarktydę i zamarzasz. Przewożą cię w ciepłe miejsce, sam odmarzasz i idziesz dalej. Trafiasz jeszcze gdzie indziej i znów nic złego ci się nie dzieje. Coś ci się najpierw wyłączyło w organizmie, potem włączyło, kiedy to potrzebne.
Ksenia prychnęła i utkwiła wzrok w siostrze, biorąc się pod boki.
- Skąd ty to wszystko wiesz, Kurnikowa? Trener ci opowiedział?
- Zajrzałam ojcu do notatek - odpowiedziała siostra z niezmąconym spokojem. - Wszystko leży na jego biurku. On pisze artykuł albo książkę o swojej pracy. Sama weź i poczytaj.
- Chcesz powiedzieć, że wszystko zrozumiałaś? Co miałaś z biologii na semestr? - zapytała Ksenia z taką ilością sarkazmu w głosie, jaką tylko zdołała z siebie wykrzesać.
- Wstęp zrozumiałam - wzruszyła ramionami Ania. - Chcesz zrozumieć resztę, sama przeczytaj. Ty jesteś mądra, ty jesteś świetną uczennicą, niedługo trafisz do telewizji z programem o ochronie zwierząt. Wobec tego idź i czytaj. Przeprowadź coś w stylu śledztwa dziennikarskiego.
- Skąd ci się przyczepiło to "w stylu"? - zakpiła Ksenia. - Od twoich kumpli sportowców niedorozwojów?
- Nie, z książek, które piszą publicyści po dziennikarstwie. Swoją drogą wiem, co w słowie "publicysta" znaczy "cysta". Ale skąd to "publi"? - z udawanym zainteresowaniem spytała Ania.
- Jeszcze do tego nie dorosłaś.
- Cóż, jak nie dorosłam, to nie dorosłam - zgodziła się łatwo Ania. - Czas na mnie.
Wyszła z kuchni, podniosła z podłogi torbę tenisową, przegoniwszy z niej relaksującego się kota, i wyszła na korytarz. Kiedy zbliżała się do drzwi, zadzwonił telefon z ochrony. Ania zignorowała sygnał i tylko odwróciła się w stronę mieszkania.
- Prymuska! - krzyknęła. - Przyszli do ciebie pozostali obrońcy praw szczurów! - I wyszła.
Wychodząc z windy, wpadła na czworo "obrońców" - dziewczynę i trzech chłopaków. Margarita i dwaj chłopcy uczyli się z Ksenią na tym samym kierunku na wydziale dziennikarstwa. Trzecim był starszy brat Margarity, Siemion. Niski i wątły, miał okulary jak muzyk Moby - w grubej, kanciastej oprawie z plastiku - które zupełnie nie pasowały do jego chudej, spiczastej twarzy. Wyglądał znacznie młodziej niż siostra. Margarita była puszysta, do tego tłuszcz rozłożył się tak nieszczęśliwie, że jej cellulitowe uda tworzyły rodzaj uszu, które próbowała wcisnąć w zbyt ciasne czarne spodnie. Spodnie nie zmniejszały tych uszu, przeciwnie, uwydatniały je, a na dodatek tłustawe boki Margarity wylewały się znad mocno ściągniętego paska i zwisały jak wyrośnięte ciasto z dzieży.
Sama Margarita z jakiegoś powodu uważała, że należy do bohemy, i pociągał ją styl gotycki, dlatego farbowała włosy na kolor kruczoczarny z jaskrawoczerwonymi pasemkami. Do tego robiła sobie żałobnie czarny makijaż, co w połączeniu z długim nosem i również czarnymi wyłupiastymi oczami sprawiało, że wyglądała wprost przerażająco. Na dziennikarstwo dostała się dzięki staraniom swojego taty, który zajmował się finansami jednego z głównych kanałów telewizyjnych.
Siemion kończył już Moskiewski Państwowy Uniwersytet Techniczny im. Baumana i był niezwykle zdolnym programistą. Nudziło go jednak wykorzystywanie tego niewątpliwego talentu do celów pokojowych i pewnego dnia tak skutecznie błysnął swoimi umiejętnościami, że tylko dzięki wszechmocnemu tacie udało mu się uniknąć procesu i więzienia - gibraltarska filia holenderskiego banku łaknęła krwi i ofiar z ludzi.
Pozostali dwaj chłopcy należeli do starych telewizyjnych rodów. Dima - wysoki, lekko zezowaty i przedwcześnie łysiejący - był wnukiem znanego w czasach sowieckich komentatora spraw zagranicznych, a Igor - synem producenta z kanału muzycznego. W sumie cała ta paczka powstała dlatego, że Igor - ciemnowłosy, urodziwy i zepsuty powodzeniem u dziewczyn - postanowił zdobyć względy Kseni.
Ksenia, w odróżnieniu od innych dziewcząt, nie uległa urokowi Igora. Była na to zbyt zaabsorbowana sobą i zakochana w sobie. Dlatego odnosiła się do zalotników nieco lekceważąco i można chyba powiedzieć: despotycznie. Nawet nie zawsze zauważała ich obecność. W rezultacie Igor zajął się ochroną zwierząt i środowiska naturalnego, o których losie w innej sytuacji nigdy by nie myślał. Z kolei jego przyjaciel Dima przyłączył się do nich dlatego, że zawsze przyłączał się do Igora. Margarita uważała się za kumpelę Dimy. Wszystko pozostałoby na etapie rozmów prowadzonych u kogoś w kuchni, gdyby nie Siemion.
Mimo że pracował w spokojnym zawodzie, jakim jest programowanie, w głębi serca był człowiekiem pełnym pasji, gotowym poświęcić cały swój czas wszelkim formom aktywności politycznej: obronie praw zwierząt, walce o sprawiedliwość społeczną, przeciwdziałaniu eksterminacji zwierząt i walce z wszelkimi formami dyskryminacji - byle tylko sprawa pachniała spiskiem i dawała mu poczucie wyjątkowości oraz udziału w czymś niezwykłym. Dlatego po tym, jak Siemion dołączył do ich grona, myśli obrońców zaczęły zmierzać w dość konkretnym i raczej niebezpiecznym kierunku.
Cała grupa spiskowców, po przepuszczeniu Ani i przywitaniu się z nią, wjechała windą na siódme piętro i wyszła na korytarz. Ksenia czekała już na nich w otwartych drzwiach. Ucałowali się z nią, czyli dwukrotnie cmoknęli powietrze przy policzku, jak to nagle stało się zwyczajem po telewizyjnych reklamach sprite'a, i weszli do mieszkania.
- Czy ktoś ma ochotę na herbatę albo kawę? - zapytała Ksenia.
Wszyscy poprosili o kawę. Ksenia wyszła do kuchni, skąd zaraz rozległ się warkot młynka. Wkrótce mieszkanie wypełnił wspaniały aromat.