Rozdział 1Zielona skarpeta
- Trzy... dwa... jeden... PODŁOGA TO LAWA!
Wystrzeliłem jak rakieta, gdy tylko odliczanie dobiegło końca. Wyminąłem mamę stojącą na środkowej wyspie zbudowanej z poduszek, odbiłem w bok, na kanapę, skąd jednym susem doskoczyłem do legowiska Maurycego. Nasz kilkuletni kot nie wyrażał chęci dołączenia do zabawy, a szkoda, bo z jego skocznością i zwinnością nie miałby sobie równych.
- Przeskakujemy na coś zielonego!
Spojrzałem na przymierzającą się do skoku siostrę. Gosia jest starsza ode mnie o rok, ma dłuższe nogi i ręce, ale nie potrafiła zrobić z nich dobrego użytku. Na jej szczęście tuż obok na podłodze leżał zielony koc. Mnie czekało znacznie trudniejsze zadanie. Najbliższa zielona rzecz znajdowała się przy ścianie. Zielona torba na zakupy, którą zapomniałem schować, gdy wróciliśmy ze sklepu, dawała szansę na przetrwanie do kolejnej rundy - pod warunkiem że zdołam się na niej utrzymać. O ile sama odległość nie była przerażająca, o tyle problemem mogło się okazać lądowanie na śliskiej powierzchni. Kiedyś już wywinąłem orła, próbując skoczyć na pluszowego misia, a w zasadzie to na jego koszulkę w wyznaczonym kolorze. Teraz nie zamierzałem popełnić podobnego błędu.
"Uda ci się" - zmotywowałem się w myślach. Wystarczy dobrze się wybić, a następnie podwinąć nogi, by o nic nie zaczepić, i utrzymać równowagę przy lądowaniu.
- Tylko ostrożnie - poprosiła mama.
To była jedna z jej ulubionych rad podczas wspólnych zabaw. Sęk w tym, że podłoga to lawa nie pozostawia miejsca na ostrożność. Tu trzeba ryzykować. Tu musisz dać z siebie wszystko, nawet jeśli oznacza to siniaki i podrapane kolana. Tu nie można się zawahać, jeśli chce się wygrać dwudziesty raz z rzędu.
Tak, wygrałem już dziewiętnaście razy i zamierzałem ponownie zwyciężyć. Jestem niekwestionowanym Mistrzem Gry, Nieustraszonym Skoczkiem, Bezapelacyjnym Dominatorem i Nieznającym Granic Lawa-Niszczycielem. To ostatnie słowo wymyśliłem, ale kto zabroni mistrzowi?
Koniec z ociąganiem, pora na skok. Przykucnąłem, by wybić się jak najmocniej, i wyleciałem jak z procy. Już będąc w powietrzu, zorientowałem się, że przesadziłem. Torba na zakupy nie znajdowała się aż tak daleko, a latanie ma to do siebie, że trudno wyhamować. Ściana, do której się zbliżałem, bynajmniej nie była zielona, ale na szczęście nie graliśmy w ściana to lawa.
- Auć! - krzyknąłem, uderzając w twardą ceglaną powierzchnię.
- Eryk! - zawtórowała mama, lecz nie miałem czasu jej odpowiedzieć.
Pomimo piekącego bólu w ramieniu wciąż miałem szansę na bezpieczne lądowanie. Wystarczyło przylgnąć do ściany i niczym Spider-Man osunąć się na podłogę. No, prawie jak Spider-Man, bo on zrobiłby to z gracją, a ja bardziej przypominałem śnieżkę rzuconą w okno, boleśnie rozplaskaną i niedbale zsuwającą się po szybie. Najważniejsze jednak, że udało mi się postawić obie stopy na zielonej siatce.
- Wszystko w porządku? - zapytała mama.
Posłałem jej zawadiackie spojrzenie, tak jakbym planował tę akcję od samego początku, i odpowiedziałem:
- W jak najlepszym. Kręć dalej. Czuję, że moje dwudzieste zwycięstwo z rzędu jest niezagrożone.
Mama, zamiast kółkiem wskazującym następne wyzwanie, pokręciła głową. Pewnie kręciłaby jeszcze mocniej, gdyby się dowiedziała, że coś trzasnęło pod moją stopą, ale nie chciałem jej denerwować. Najwyraźniej zapomniałem rozpakować wszystkie zakupy i coś się zgniotło, lecz sukces wymaga poświęceń.
- Czuję, że będę tego żałować - skomentowała, mimo to zakręciła kołem. - Wszyscy na białe!
Tym razem zadanie okazało się wręcz banalne. Wymagało bowiem ode mnie przejścia na stojące obok białe krzesło. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zawiesił sobie wyżej poprzeczki i nie zdecydował się na wejście na umieszczony za krzesłem biały stół. Gosia też nie mogła narzekać na poziom trudności - wystarczyło, że przeskoczyła na puchatą białą poduszkę.
- A teraz wszyscy znowu na zielone!
"No to klops" - uznałem w myślach. Co prawda oficjalne zasady tego nie uwzględniały, ale wspólnie ustaliliśmy, że w takim przypadku nie można wrócić na przedmiot, z którego wcześniej się przyszło. Oznaczało to, że Gosia nie może wrócić na koc, a ja na torbę z uszkodzonymi zakupami. Sęk w tym, że były to jedyne zielone przedmioty w salonie i znajdowały się po dwóch przeciwległych stronach pomieszczenia.
- Chyba będzie remis - zawyrokowała mama.
Musiała dostrzec determinację w moich oczach, gdyż zrobiła wystraszoną minę. Eryk Lawa-Niszczyciel nie uznawał remisów. Tego samego nie można było powiedzieć o mojej siostrze, która nawet nie spróbowała przeskoczyć do torby. A szkoda, wyjątkowo bym jej kibicował, przynajmniej mógłbym na nią zrzucić winę za zmasakrowane zakupy.
Kapitulacja Gosi nie oznaczała jeszcze mojego triumfu. Musiałem wykonać zadanie. Musiałem stanąć na czymś zielonym. Tylko jak tego dokonać? Nawet dorosły nie przeskoczyłby przez całe pomieszczenie!
- Możemy zaraz zagrać rewanż - zasugerowała mama.
- Bardzo chętnie, ale najpierw muszę wygrać tę rozgrywkę!
- Eryk, przecież to niemożliwe. Musiałyby ci wyrosnąć skrzydła!
Nie ma rzeczy niemożliwych, zwłaszcza w grze podłoga to lawa. Bywają zadania trudne, niebezpieczne i karkołomne, dopóki jednak w pokoju jest jakaś rzecz w wybranym kolorze, trzeba zrobić wszystko, by przynajmniej spróbować się do niej dostać. W tym przypadku można by na przykład zdjąć koszulkę i spodnie, związać je w supeł i w ten sposób stworzoną linę zarzucić na lampę, by niczym Tarzan przelecieć na niej na drugą stronę salonu.
Można? Można. No dobra, nie do końca można, a w zasadzie to nie można, bo raczej nie dorzuciłbym liny do lampy, nie mówiąc już o owinięciu jej wokół. Mogłem się jedynie pocieszać, że samo przelecenie na linie byłoby dla mnie nie tak trudnym wyzwaniem.
Myśl o wykonaniu liny z ubrań podsunęła kolejną. Zwycięstwo nie zawsze trzeba osiągnąć dzięki sile i zwinności. Czasem ważniejsze są odpowiednia strategia i nieszablonowe myślenie. Skoro w pomieszczeniu nie ma niczego zielonego, do czego mogłem doskoczyć, należało coś takiego stworzyć.
Zadowolony z siebie zdjąłem zieloną skarpetę i rzuciłem ją obok na podłogę. Pozostało mi tylko zeskoczyć ze stołu i odtrąbić dwudzieste zwycięstwo.
- To co? - zapytałem. - Pora na obiecany rewanż?