Eugenia Kennedy wraca do domu - Magda Louis

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W roku, który zmie­nił moje ży­cie, liczba to­piel­ców wy­ło­wio­nych z pol­skich wód zbli­żała się do setki, mimo że był do­piero po­czą­tek czerwca. Tak też skoń­czył Da­rek. Po po­czwór­nym bro­wa­rze spo­ży­tym w cie­niu krza­ków wlazł do rzeki Wi­słok, o któ­rej wszy­scy w oko­licy wie­dzieli, że w tym miej­scu bywa zdra­dliwa. Kum­pla ze sobą cią­gnął, ale ten nie chciał za­mo­czyć so­bie nóg, wo­lał le­żeć z głową opartą na udach Ka­ro­liny i pa­trzeć przed sie­bie po­mię­dzy pącz­kami piersi dziew­czyny. Ona coś tam do niego mó­wiła śmiesz­nego, re­cho­tali na dwa głosy i ob­da­rzali po­żą­dli­wymi spoj­rze­niami naj­bar­dziej roz­pa­lone miej­sca na swych cia­łach. Da­rek, któ­remu ży­cie oszczę­dzało ro­man­tycz­nych przy­gód, pa­trzył na te za­loty z za­zdro­ścią, i szy­dził. Każdą ko­lejną bu­telkę piwa ści­skał w dłoni co­raz moc­niej, jakby chciał ją udu­sić, a liczba pro­mili we krwi ro­sła ni­czym od­le­głość po­ko­ny­wana przez la­ta­wiec szy­bu­jący co­raz wy­żej i wy­żej. Gdy słońce na mo­ment za­trzy­mało się w ze­ni­cie, Da­rek chwiej­nym kro­kiem ru­szył w kie­runku wody. Wcho­dził po­woli, za­ma­szy­ście wio­słu­jąc ra­mio­nami. Ka­ro­lina chęt­nie zgo­dziła się póź­niej sta­nąć przed ka­merą, żeby opo­wie­dzieć wi­dzom, że wła­ści­wie sa­mego mo­mentu uto­nię­cia nie wi­działa, do­piero gdy Darka nie było dłuż­szą chwilę, za­częła wpa­try­wać się w wodę, a ta w ogóle się nie ru­szała. Da­rek nie zdą­żył na­wet krzyk­nąć "ra­tunku!". To­pił się po ci­chutku, woda o smaku kar­pia wle­wała mu się do płuc i siła nie­wia­do­mego po­cho­dze­nia wy­gi­nała bo­le­śnie krę­go­słup. Po­tem przy­je­chały ga­bloty po­li­cyjne, tech­nicy ogro­dzili te­ren ta­śmą, nur­ko­wie zro­bili swoje, cie­kaw­scy utwo­rzyli szpa­ler i wy­cią­ga­jąc szyje ni­czym ży­rafy, do­ra­dzali nur­kom, gdzie mają szu­kać ciała, bo nikt się ży­wego Darka uj­rzeć już nie spo­dzie­wał. Po trzech go­dzi­nach męż­czyźni w czarno-po­ma­rań­czo­wych kom­bi­ne­zo­nach wy­cią­gnęli na brzeg blade zwłoki męż­czy­zny ubrane w ką­pie­lówki z na­pi­sem: "life". Krzy­wo­usty oku­lar­nik, rzecz­nik po­li­cji, ża­łob­nym gło­sem ob­wie­ścił, że śmierć już na­stą­piła, pro­szę się ro­zejść.

Stara Pi­lar­ska, Zo­fia, są­siadka to­pielca, za­ci­ska­jąc na pier­siach poły szla­froka, udzie­liła wy­wiadu jako druga. Po­nie­waż w miesz­ka­niu miała nie­po­sprzą­tane, ekipa po­sta­wiła ka­merę na klatce, skąd był ładny wi­dok na kute drzwi ka­mie­nicy, przez które wpa­dały zmę­czone po ca­łym dniu pro­mie­nie słońca.

- Straszne nie­szczę­ście - chli­pała bez jed­nej łzy. - Jak­że­śmy się do­wie­dzieli, że do tej wody wlazł i nie wy­lazł, to szok był. Wielki szok. Jesz­cze wczo­raj ziem­niaki z piw­nicy tar­gał, dziś już trup. Bar­dzo miły chło­pak...

- Czy to­pie­lec miał pro­blem z al­ko­ho­lem? - pa­dło py­ta­nie zza ka­mery.

Stara Pi­lar­ska za­my­śliła się, jakby ją py­tano o datę uro­dze­nia Jana Ma­tejki.

- Matkę bar­dzo sza­no­wał, tyle wam po­wiem. Nie oże­nił się, bo nie chciał jej sa­mej zo­sta­wić. Ja za są­sia­dami nie łażę, mogę stwier­dzić, że cza­sami był wy­pity, ale za­wsze grzeczny i ser­deczny.

Ka­mera po­rzu­ciła Pi­lar­ską i po­ka­zała drzwi miesz­ka­nia Darka obite so­snową bo­aze­rią i wy­dep­taną wy­cie­raczkę.

Wi­dok klatki na­szej za­byt­ko­wej ka­mie­nicy na­prawdę mnie wzru­szył.

Da­rek, ja­kiego zna­łam, nie pa­so­wał do po­śmiert­nej laurki wy­sta­wio­nej przez są­siadkę, ale prze­cież mógł się zmie­nić. Skoro stara Pi­lar­ska ca­łej Pol­sce po­wie­działa, że był ser­deczny i uprzejmy, to wi­docz­nie był. Do nie­uc­twa w czwar­tej kla­sie pod­sta­wówki do­ło­żył pa­le­nie pa­pie­ro­sów, w pią­tej ob­ma­cy­wa­nie ko­le­ża­nek w szatni, a w szó­stej kra­dzież wy­pcha­nych pta­ków z pra­cowni przy­rody, za co dy­rek­tor szkoły oso­bi­ście szar­pał wy­stra­szo­nym Dar­kiem tak długo, aż wy­trzą­snął z niego wszy­stek łu­pież. Cóż to były za czasy, kiedy na­uczy­ciele mo­gli się znę­cać fi­zycz­nie nad uczniami, czer­piąc z tego nie­mało ra­do­ści. Nasz na­uczy­ciel ma­te­ma­tyki, kró­lo­wej nauk w ja­kimś po­rą­ba­nym kró­le­stwie, za­grał kie­dyś głową Darka dziki kon­cert na pia­ni­nie. Chło­pak nic szcze­gól­nego nie prze­skro­bał tego dnia, spóź­nił się, nie miał tar­czy na mun­durku, coś tam gwiz­dał na ko­ry­ta­rzu, to wszystko. Pie­tru­cha, naj­bar­dziej mściwy ma­te­ma­tyk w wo­je­wódz­twie, za­raz Darka do od­po­wie­dzi wy­wo­łał i za­nim ten do ta­blicy do­szedł, ob­śmiał jego buty i fry­zurę, a gdy wrę­czał mu kredę, dziab­nął go w rękę. Da­rek nie umiał roz­wią­zać rów­na­nia z dwiema nie­wia­do­mymi, co, prawdę po­wie­dziaw­szy, sta­no­wiło umie­jęt­ność, która w ży­ciu oso­bi­stym i za­wo­do­wym miała się w przy­szło­ści przy­dać mu mniej wię­cej tak, jak umie­jęt­ność otwie­ra­nia włazu ra­dziec­kiej ło­dzi pod­wod­nej jedną ręką. Pie­tru­cha swoje dia­bel­skie rów­na­nia ma­te­ma­tyczne ukła­dał w te smutne wie­czory, kiedy po kłótni z żoną o brak pie­nię­dzy w port­felu i żaru w spodniach ona zo­sta­wała w du­żym po­koju z po­piel­niczką i paczką klu­bo­wych, a on za­my­kał się w kuchni z ze­szy­tem i ołów­kiem.

Da­rek długo pa­trzył na iksy i igreki, liczby były wy­so­kie, na do­da­tek za­pi­sane w po­staci ułam­ków. W końcu odło­żył kredę, wy­tarł palce w spodnie i wzru­szył ra­mio­nami. Ko­niu­szek ję­zyka wy­su­nął mu się sa­mo­ist­nie. Pie­tru­cha się roz­sier­dził. Otwo­rzyw­szy klapę pia­nina, tłukł głową szó­sto­kla­si­sty w kla­wi­sze tak długo, aż się zmę­czył. Na­stępną lek­cją aku­rat była mu­zyka, więc na­sza uta­len­to­wana ko­le­żanka Wio­letta, miała już pia­nino otwarte, aby za­grać ulu­biony utwór ca­łej klasy VI A - Dla Elizy. Z obrzy­dze­niem wy­cią­gnęła z row­ków po­mię­dzy kla­wi­szami kilka wło­sów ko­legi. Rzu­ciła je na pod­łogę i przy­dep­tała te­ni­sówką.

Wia­do­mość o śmierci Darka przy­ję­łam ze smut­kiem, choć przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat wi­dy­wa­łam go prze­lot­nie, kiedy od­wie­dza­łam ro­dzi­ców w Rze­szo­wie. Za­wsze pod­pity i za­wsze w do­brym hu­mo­rze, wo­łał za mną: "Gie­nia, świat się zmie­nia" i kła­niał się ni­sko. Czyżby to jego miała na my­śli Cy­ganka, która przed ro­kiem na za­ple­czu za­ko­piań­skiej re­stau­ra­cji wy­wró­żyła mi, że z te­le­wi­zji się do­wiem o śmierci ko­goś, kto w moim ży­ciu tro­chę jest, a tro­chę nie? Pod­nie­ciła mnie ta prze­po­wied­nia, więc za­czę­łam ukła­dać fan­ta­styczne sce­na­riu­sze tego, co może się wy­da­rzyć. By­łam sprawcą, świad­kiem, nie­słusz­nie po­dej­rzaną, ści­ganą li­stem goń­czym. Wy­sy­ła­łam li­sty do TVN Uwaga i "Da­ily Mail", za­ma­sko­wani po­li­cjanci przy­cho­dzili po mnie nad ra­nem, wy­cią­gali w ko­szuli noc­nej na mróz. Kilka dni ukła­da­łam rów­na­nie z dwiema nie­wia­do­mymi i wy­szło mi w końcu, że ten ry­chły trup za­po­wie­dziany przez Cy­gankę to bę­dzie trup Dżuli. Jed­nak ży­cie aż tak miłe nie jest.

Rozdział 2

Ekran te­le­wi­zora na­gle zgasł, a wraz z nim news o to­pielcu Darku, chło­paku z mo­jego po­dwórka. Już tylko stara Pi­lar­ska, są­siadka z par­teru i sa­mo­zwań­cza do­zor­czyni, po­zo­stała z daw­nych miesz­kań­ców na­szej ka­mie­nicy. Pi­lar­scy wpro­wa­dzili się do trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia w tym sa­mym roku co moi ro­dzice. Do­ra­sta­łam na klatce, gdzie stró­żo­wała stara Pi­lar­ska, doj­rze­wa­łam za jej ple­cami, trzy­ma­jąc się z da­leka od jej rent­ge­now­skich spoj­rzeń szu­ka­ją­cych pod moją bluzką ma­leń­kiego biu­sto­no­sza, pierw­sze pa­pie­rosy wy­pa­li­łam w ta­jem­nicy przed nią, za­py­cha­jąc usta mię­tu­sami. Ta ko­bieta była bar­dzo ważną fi­gurą w na­szym świe­cie, choć nikt nie wie­dział do­kład­nie, skąd po­cho­dziła i gdzie miesz­kała, za­nim prze­pro­wa­dziła się na na­szą ulicę w Rze­szo­wie. Jej pierw­szą spe­cjal­no­ścią było szpie­go­wa­nie, drugą prze­ry­wa­nie naj­lep­szych za­baw dzie­ciom miesz­ka­ją­cym na wyż­szych pię­trach: mnie, Dar­kowi Strzęp­kowi i Iwo­nie Szczy­gło. Jej głos był sy­reną alar­mową i sko­wy­tem wilka, kiedy krzy­czała do nas z okna wy­cho­dzą­cego na po­dwórko: "A idź­cie już do domu! Do­kąd bę­dzie­cie w tych krza­kach sie­dzieć?!". Do swo­ich có­rek, Gra­żyny i Bo­żeny, zwra­cała się per "pa­niu­sie": "Pa­niu­sie po­trze­bują spe­cjal­nego za­pro­sze­nia? Do domu, ale już, że­bym nie mu­siała drugi raz okna otwie­rać!". Młode Pi­lar­skie bar­dzo nie lu­biły tego krzyku matki, od któ­rego wszyst­kie dzieci kur­czyły się jak śli­maki dźgnięte pa­ty­kiem. Przez chwilę uda­wały, że nie sły­szą, roz­glą­dały się na boki, za­głu­szały strach gło­śnym śmie­chem, ale po mi­nu­cie zwi­jały się z ławki i szły do domu.

Da­rek uto­nął, jego mama Zo­fia Strzę­pek spo­koj­nie zmarła we wła­snym łóżku, pan Szczy­gło roz­wiódł się z pa­nią Ros­to­cką, wy­pro­wa­dził się, za­braw­szy ze sobą ple­cak i córkę, pan Ka­zi­mierz Pi­lar­ski zgi­nął tra­gicz­nie w wy­niku upadku z ta­bo­retu, ich córki wy­dały się za mąż i wy­pro­wa­dziły, mój brat Wi­tek wy­je­chał do War­szawy, a ja z mę­żem uda­łam się do An­glii. Na po­ste­runku w ka­mie­nicy przy ulicy 3 Maja 11 zo­stała tylko jedna osoba - stara Pi­lar­ska.

W port­mo­netce nie mia­łam już drob­nych, a moje szpi­talne współ­lo­ka­torki nie do­kła­dały się do ko­lej­nych go­dziny włą­czo­nego te­le­wi­zora. Nie in­te­re­so­wały się po­li­tyką ani pe­ry­pe­tiami roz­wó­dek z kasą. Obie zer­k­nęły na ekran tylko przez mo­ment, kiedy wia­do­mo­ści po­ka­zy­wały zna­nego ak­tora, rol­nika z po­pu­lar­nego pro­gramu albo ja­kie­goś bi­skupa z wiel­kim jak ar­buz brzu­chem pod złotą szatą ce­sa­rza.

Na sali od­działu or­to­pe­dii Szpi­tala Wo­je­wódz­kiego im. Świę­tej Ja­dwigi le­ża­ły­śmy we trzy. Łóżko przy drzwiach zaj­mo­wała we­soła sta­ruszka, przy któ­rej cały dzień sie­dzieli bli­scy. Bab­cię Jan­dzię od­wie­dziła córka, wnuczki z chło­pa­kami oraz wnuk, który wpadł na od­dział tuż przed zga­sze­niem świa­teł. Ro­dzinka przy łóżku ro­biła sporo za­mie­sza­nia swoją obec­no­ścią. Zno­sili krze­sła, wciąż coś upusz­czali na pod­łogę, schy­lali się, pro­sto­wali, po­da­wali so­bie te­le­fony, skórki z po­ma­rań­czy, mo­nety i ani na se­kundę nie prze­sta­wali mó­wić. Opo­wia­dali babci dow­cipy albo żar­to­wali z jej ko­lej­nej ope­ra­cji. Sta­ruszka miała dwie en­do­pro­tezy bio­drowe, pro­tezę w pra­wym ko­la­nie i cze­kała na ope­ra­cję le­wego, za­tem wnuczki mó­wiły na nią Ro­bo­Cop.

- Ale by bab­cia dźwię­czała na bramce na lot­ni­sku... z tym ca­łym że­la­stwem w ko­ściach.

- Nie wy­bie­ram się ni­g­dzie sa­mo­lo­tem. - Bab­cia Jan­dzia mach­nęła ręką.

- Nie za­rze­kaj się, jesz­cze po­le­cisz do Se­ba­stiana, jak ci się pra­wnuk uro­dzi. Na chrzciny, bab­cia, po­le­cisz do An­glii.

- Niech się Se­bek naj­pierw ożeni, kto to wi­dział dzieci przed ślu­bem pło­dzić.

- Nasz Se­bek okrop­nie ko­chliwy, nie wy­trzyma do ślubu...

- Weź babci ta­kich rze­czy nie opo­wia­daj!

- A co, bab­cia na love story się nie zna? Dwóch mę­żów po­cho­wała...

- Jak po­cho­wała, to się na kry­mi­na­łach zna, nie na love story...

Tłum przy łóżku babci Jan­dzi prze­rze­dził się do­piero wie­czo­rem, kiedy na­sze pie­lę­gniarki ga­siły świa­tło. Po­mię­dzy mną a bab­cią Jan­dzią le­żała pa­cjentka bez imie­nia, którą pa­nie ku­charki roz­wo­żące po­siłki na­zy­wały Cu­krzycą. Kiedy pod­je­chały rano pod na­szą salę że­la­znym sto­łem, gruba krzyk­nęła do chu­dej, choć stały bar­dzo bli­sko sie­bie:

- Jedna cu­krzyca na szó­stce!

Cu­krzycę przy­wiózł do szpi­tala syn. Prze­brała się na na­szych oczach w kwie­ci­stą ko­szulę, usta­wiła pan­to­fle pod łóż­kiem, prze­wie­siła pa­sia­sty ręcz­nik przez po­ręcz i po­ło­żyła się na wznak. Mo­gła mieć sześć­dzie­siąt lat, ale rów­nie do­brze być po pięć­dzie­siątce. Lata cięż­kiej praca na roli prze­je­chały płu­giem po jej twa­rzy, skóra nie tylko się zmarsz­czyła, ale i ściem­niała. Ko­bieta była otyła, w brzu­chu bur­czały jej kar­to­fle, scha­bowy i ki­szona ka­pu­sta z wczo­raj­szego obiadu. Syn, wcho­dząc na salę, nie przy­wi­tał się z nami ani nie po­że­gnał, wy­cho­dząc. Po­sta­wił torbę na pod­ło­dze i spraw­dził, jak cho­dzi szu­flada w me­ta­lo­wej szafce przy łóżku. Wy­su­nął ją i wsu­nął, ale wy­pa­czone że­la­stwo nie wró­ciło już na swoje miej­sce. Od­su­nął szafkę od łóżka.

- Nie wkła­daj tu nic, bo jak się za­tnie, to sama nie otwo­rzysz.

- Tylko mi ró­ża­niec daj, pod po­duszkę scho­wam.

Męż­czy­zna po­dał matce ró­ża­niec, ro­zej­rzał się po sali, spoj­rzał w okno i bez słowa wy­szedł. Jego matka przez na­stępne dwie doby nie ru­szyła się z po­sła­nia. Nie myła się, nie cze­sała, nie roz­ma­wiała, nie pa­trzyła na boki. Le­żała so­bie spo­koj­nie, uśmie­chała się w su­fit, po­tem za­sy­piała, pru­ka­jąc.

O szó­stej rano pie­lę­gniarka zro­biła nam po­budkę, ćwier­ka­jąc od progu:

- Dzień do­bry, sza­now­nym pa­niom!

Ładna bru­netka z le­ciut­kim wą­sem po­de­szła do mo­jego łóżka i rzu­ciła na po­ściel jed­no­ra­zowy ubiór ope­ra­cyjny z żą­da­niem, żeby majtki też wło­żyć, nie zo­sta­wiać na tyłku swo­ich, jak inne pa­cjentki! Otwo­rzy­łam jedno oko i unio­słam zdrowe ra­mię na znak, że przyj­muję do wia­do­mo­ści roz­kaz. Nie zdą­ży­łam po­wie­dzieć nic wię­cej, na­tych­miast za­snę­łam ko­ły­sana reszt­kami sub­stan­cji che­micz­nych z ró­żo­wej ta­bletki, którą łyk­nę­łam za­raz po pół­nocy. Obu­dziło mnie do­piero wkro­cze­nie na salę pro­ce­sji le­kar­skiej. Dwaj mło­dzi le­ka­rze byli mocno ska­co­wani, z tru­dem od­ry­wali białe drew­niaki od ziemi, jakby szli po pia­sku pu­styn­nym, na­to­miast star­szy dok­tor, któ­rego ty­tu­ło­wali or­dy­na­to­rem, kro­czył sprę­ży­ście. Pach­niał jak al­bań­ski tak­sów­karz Ubera w Lon­dy­nie, wy­czu­wało się no­sem, że przed laty czas mu się na noc­nych dy­żu­rach nic a nic nie dłu­żył. Za­częli oglę­dziny od babci Jan­dzi. Or­dy­na­tor słu­chał w sku­pie­niu szcze­biotu pie­lę­gniarki, która usi­ło­wała mu zre­fe­ro­wać stan ogólny osiem­dzie­się­cio­latki, ale prze­rwał jej po kilku zda­niach. Or­dy­na­to­rzy, choć sami sta­rzy i scho­ro­wani, nie byli szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wani bab­ciami i dziad­kami ze swo­ich od­dzia­łów, uwa­ża­jąc ich naj­wi­docz­niej za stratę czasu.

- Zrób­cie jesz­cze raz EKG, po­pa­trzę na wy­nik po po­łu­dniu - za­rzą­dził, nie za­szczy­ca­jąc pa­cjentki spoj­rze­niem. Bab­cia Jan­dzia pod­cią­gnęła koł­drę pod brodę, skur­czyła się ze stra­chu, ale nie ode­zwała, dla niej wszystko działo się zbyt szybko. Pie­lę­gniarka skru­pu­lat­nie za­pi­sała na swo­jej pod­ręcz­nej ta­blicy za­le­ce­nia or­dy­na­tora i po­chód ru­szył da­lej, do łóżka Cu­krzycy.

- Wy­niki ba­dań są?

- Do­piero bę­dziemy ro­bić.

- Ju­tro ope­ra­cja.

- Tak jest, pa­nie or­dy­na­to­rze.

Cu­krzyca pod­nio­sła się na po­duszce, ale o nic nie zdą­żyła za­py­tać, dok­to­rzy prze­szli da­lej, nie zwró­cili uwagi na jej unie­sioną rękę pro­szącą o głos. Zre­zy­gno­wana opa­dła na po­du­chy i od­wró­ciła głowę w stronę drzwi.

- Co tu­taj mamy? - Le­karz or­dy­na­tor spoj­rzał w swoje pa­piery i zmarsz­czył czoło. Młody dok­tor, który po­przed­niego dnia przyj­mo­wał mnie na od­dział, wy­su­nął się na­przód i ści­szyw­szy głos, przy­po­mniał or­dy­na­to­rowi, kto ja je­stem i co tu ro­bię. Przy­kła­da­jąc zwi­niętą w trąbkę dłoń do ust, po­wie­dział coś jesz­cze, czego nie do­sły­sza­łam. In­for­ma­cja nie zro­biła na or­dy­na­to­rze wra­że­nia.

- Skoro dok­tor Ka­licki przy­jął pa­cjentkę, to pro­szę na ten te­mat roz­ma­wiać z nim - po­wie­dział chłodno, zło­żył pa­piery na piersi i wy­pro­wa­dził mil­czący po­chód z sali.

Dok­tora Ka­lic­kiego nie wi­dzia­łam od po­przed­niego ranka i nie mia­łam po­ję­cia, co za­mie­rzają ze mną zro­bić w tym strasz­nym szpi­talu. Do­cho­dziła ósma rano, blok ope­ra­cyjny był już do­brze na­grzany, ale nie do­sta­łam ja­snego sy­gnału, że mnie tam za­wiozą. Po­chód or­dy­na­tor­ski prze­szedł do na­stęp­nej sali, a my zo­sta­ły­śmy z ni­czym. Po­czu­łam się, jak mógłby się po­czuć pa­cjent od­działu psy­chia­trycz­nego. Wszystko o nas, ale bez nas.

- Pani... co oni o tym sercu po­wie­dzieli? - Bab­cia Jan­dzia ob­ró­ciła głowę w moją stronę. Pa­trzy­ły­śmy na sie­bie po­nad łóż­kiem Cu­krzycy, która zdą­żyła już za­paść w drzemkę.

- Ba­da­nia będą ro­bić.

- Na sercu?

- Tak po­wie­dział pan or­dy­na­tor. EKG za­wsze przed ope­ra­cją ro­bią.

- Kiedy?

- Nie wiem, trzeba by za­py­tać któ­rąś z pie­lę­gnia­rek.

- Ale mnie serce nie boli... tylko noga...

- Do­bre serce po­trzebne do nar­kozy. Niech się pani nie stre­suje, za­raz się do­wiemy co i kiedy. - Uspo­ko­iłam sta­ruszkę, choć pew­no­ści nie mia­łam żad­nej, czy cze­go­kol­wiek się tego dnia do­wiemy.

Pie­lę­gniarka przy­szła po dru­gim dzwonku. Spoj­rzała na mnie groź­nie, mimo to ze­bra­łam się na od­wagę:

- Czy ja będę mieć dziś ope­ra­cję? - za­py­ta­łam. - Or­dy­na­tor ja­koś tak dziw­nie po­wie­dział, że wła­ści­wie nie zro­zu­mia­łam.

- Trwa ob­chód, jak skoń­czą, to za­py­tam. Niech leży spo­koj­nie - od­parła.

- Star­sza pani też by chciała wie­dzieć, kiedy bę­dzie mieć EKG? Dzi­siaj?

Pie­lę­gniarka wsa­dziła pię­ści do kie­szeni far­tu­cha i wes­tchnęła.

- Ja też bym nie­jedno chciała wie­dzieć, ale co z tego? - Wzru­szyła ra­mio­nami i od­wró­ciła się na pię­cie. - Już mó­wi­łam, po ob­cho­dzie. Co wam się tak pali do tych ope­ra­cji?

- A dok­tor Ka­licki jest?! - krzyk­nę­łam w jej plecy.

- Ope­ruje - od­parła i wy­szła.

Po wyj­ściu pie­lę­gniarki bab­cia Jan­dzia po­zwo­liła so­bie na kilka gorz­kich słów o lo­sie pa­cjen­tów ska­za­nych na ła­skę i nie­ła­skę ob­cych lu­dzi. Przy­ta­ki­wa­łam gor­li­wie, za­sta­na­wia­jąc się, czy do­brze zro­bi­łam, od­da­jąc się pod opiekę dok­tora Ka­lic­kiego, z któ­rym le­d­wie się ze­tknę­łam. Po­ja­wił się na od­dziale po­przed­niego dnia, obie­cał zo­pe­ro­wać bark, za­pew­nił, że je­stem w do­brych rę­kach, i znik­nął. Wie­czo­rem na­pi­sa­łam do niego ese­mesa, ale nie od­po­wie­dział. Dok­tora Ka­lic­kiego po­zna­łam trzy dni wcze­śniej na sta­cji ben­zy­no­wej we Wro­cła­wiu. Zza szyby bia­łego mer­ce­desa ob­ser­wo­wał moje nie­po­radne zma­ga­nia z dys­try­bu­to­rem.

W dro­dze z An­glii do Pol­ski za­trzy­ma­łam się na par­kingu przy au­to­stra­dzie, na Ra­stho­fie, nie­miec­kim MOP-ie, gdzie można zjeść, za­tan­ko­wać, ku­pić cze­ko­ladę, wino i sery pa­ko­wane po kilka sztuk. Chcia­łam się prze­brać i od­świe­żyć, prze­li­czyć pie­nią­dze "ukra­dzione" Wil­lia­mowi, no i przede wszyst­kim od­po­cząć po dzie­się­cio­go­dzin­nej jeź­dzie nocą. Bark wy­padł mi z za­wia­sów pod­czas wyj­mo­wa­nia wa­lizki z ba­gaż­nika. Nie pierw­szy raz za­fun­do­wa­łam so­bie taką kon­tu­zję, ale nie na­uczy­łam się ostroż­no­ści. Ból po­sa­dził mnie na wa­lizce, kilka ja­skra­wych gwiaz­dek po­ja­wiło mi się przed oczami i świ­snęło pio­ru­nem w oko­li­cach skroni. Ob­ję­łam ra­mię ni­czym mama swo­jego nie­mow­laka i przy­tu­li­łam do brzu­cha. Ko­ły­sa­łam się przez chwilę, da­jąc ner­wom szansę na przy­zwy­cza­je­nie się do ostrego bólu. Za­po­wia­dał się sło­neczny dzień, po­wie­trze po­woli na­grze­wało as­falt, lu­dzie krzą­tali się wo­kół swo­ich sa­mo­cho­dów, pa­ko­wali, wy­cią­gali, prze­cią­gali się jak psy wy­cho­dzące po nocy z budy. Ma­sze­ro­wali do re­stau­ra­cji wy­si­kać to, co wy­pili, i zjeść wię­cej, niż po­trze­bo­wali - na za­pas. Cie­kaw­scy Niemcy dys­kret­nie zer­kali w moją stronę. Sie­dząca na wa­lizce ko­bieta ko­ły­sząca się w ryt­mie spa­zmów bólu nie była czę­stym wi­do­kiem w miej­scach ta­kich jak to, ale nie oka­zała się na tyle cie­kawa, żeby się przy niej za­trzy­mać i za­ofe­ro­wać po­moc. Komu po­trzebne uwi­kła­nie w cu­dze pro­blemy, kiedy jest się we wspa­nia­łej po­dróży u progu lata? Gdy mi­nął naj­gor­szy ból, zro­bi­łam z le­gin­sów pro­wi­zo­ryczny tem­blak, zdrową ręką wło­ży­łam wa­lizkę na tylne sie­dze­nie auta i po­czła­pa­łam do re­stau­ra­cji. Ko­lejny od­ci­nek po­dróży od­by­łam odu­rzona le­kami prze­ciw­bó­lo­wymi.

Do­je­cha­łam bez przy­stan­ków aż do Wro­cła­wia. W cen­trum mia­sta na sta­cji ben­zy­no­wej zna­la­złam się przez nie­uwagę, za­jęta roz­my­śla­niami o swo­ich ostat­nich i tych wcze­śniej­szych nie­po­wo­dze­niach ży­cio­wych, a tam cze­kał na mnie ko­lejny przy­pa­dek - dok­tor Ka­licki. Osten­ta­cyj­nie ob­ser­wo­wał moje wy­siłki przy tan­ko­wa­niu przez otwartą szybę swo­jego auta, nie­spe­szony, jak na wy­traw­nego pod­glą­da­cza przy­stało. Po chwili wy­szedł z auta, otrzą­snął się jak pies prze­go­niony z le­go­wi­ska, po­krę­cił szyją na boki, wy­ko­nał kilka ko­li­stych ru­chów ra­mio­nami.

- Po­móc? - za­py­tał, nie prze­ry­wa­jąc ćwi­czeń.

Wy­szar­pa­łam pi­sto­let z wlewu pa­liwa.

- Chyba że pan umie zo­pe­ro­wać wy­la­tu­jący bark, ze wszyst­kim in­nym so­bie po­ra­dzę. Dzię­kuję - od­par­łam. Ta­kie formy pod­rywu bar­dzo mnie iry­to­wały, im by­łam star­sza, tym go­rzej na nie re­ago­wa­łam. Ka­licki się ro­ze­śmiał, pod­niósł prze­ciw­sło­neczne ray-bany na czoło, żeby mi się le­piej przyj­rzeć. Miał cie­kawe, wy­raźne oczy, bar­dzo ciemne, gra­na­towe źre­nice i czarne, gę­ste rzęsy. Gdyby był ko­bietą, mó­wi­łoby się, że pięk­nie pa­trzy spod fi­ra­nek rzęs.

- Do­kąd pani je­dzie?

- Do Rze­szowa.

- Ka­wał drogi, da pani radę jedną ręką?

- Nie wiem. Jak pan na au­to­stra­dzie zo­ba­czy for­mu­jący się ko­ry­tarz ży­cia, to pew­nie dla mnie. - Nie cze­ka­łam na dal­szy ciąg roz­mowy, po­szłam do sklepu za­pła­cić za pa­liwo, a kiedy wró­ci­łam, Ka­licki koń­czył tan­ko­wać swój sa­mo­chód.

- Tak się składa, że pra­cuję w Rze­szo­wie. Niech pani przyj­dzie ju­tro do szpi­tala, mam dy­żur od szes­na­stej, obej­rzę to ra­mię - po­wie­dział, po­da­jąc mi wi­zy­tówkę. Ma­rek Ka­licki, le­karz or­to­peda.

- Se­rio?

- Pro­szę spraw­dzić.

- Mnie się ra­czej nie zda­rzają ta­kie cu­do­wne zbiegi oko­licz­no­ści - tłu­ma­czy­łam swoją nie­uf­ność. - Je­stem na gra­nicy ago­nii od kilku go­dzin i gdy­bym była ciut śmiel­sza, to­bym się roz­pła­kała pu­blicz­nie. Na­prawdę trudno mi uwie­rzyć, że kie­rowca bia­łego mer­ce­desa przy­god­nie spo­tkany na sta­cji ben­zy­no­wej jest le­ka­rzem or­to­pedą. Przy­zna pan, że tro­chę to na­cią­gane...

Ka­licki spoj­rzał na re­je­stra­cję mo­jego sa­mo­chodu.

- Z An­glii pani tak je­dzie jedną ręką?

- Na szczę­ście tro­chę kró­cej. W Niem­czech to mi się przy­tra­fiło.

- W Niem­czech za­wsze się przy­tra­fia coś smut­nego, taki kraj.

- Wła­śnie! - Mię­to­li­łam wi­zy­tówkę. - Za­sta­na­wia­łam się, gdzie się zgło­sić z tą kon­tu­zją. Dwa­dzie­ścia lat nie miesz­kam w Pol­sce, nie wiem, czy z czymś ta­kim na po­go­to­wie, do szpi­tala czy pry­wat­nie?

- Do mnie na od­dział. Jak się pani na­zywa?

- Eu­ge­nia Ken­nedy.

Ka­licki prze­sło­nił usta dło­nią, za­krztu­sił się ze śmie­chu.

- Z któ­rych Ken­ne­dych?

- Z tych ni­komu nie­zna­nych - od­par­łam.

Ka­licki za­dzwo­nił klu­czy­kami.

- Pani Ken­nedy, pro­szę przyjść ju­tro do szpi­tala. Będę o pani my­ślał całą drogę do Rze­szowa. Nie mogę trzy­mać kciu­ków za pani szczę­śliwą po­dróż, ro­zu­mie pani, mu­szę sam szczę­śli­wie do­trzeć do domu... - Za­śmiał się.

- Dzię­kuję. Będę.

Na po­że­gna­nie po­ma­chał mi ręką, jak­bym była dziec­kiem wy­jeż­dża­ją­cym na ko­lo­nie. Pa­trzy­łam przez chwilę, jak od­jeż­dża, za­sta­na­wia­jąc się, czy mi się to zda­rze­nie śniło, czy na­prawdę spo­tka­łam umię­śnio­nego dok­tora. Po krót­kim od­po­czynku ru­szy­łam w dal­szą trasę. Ki­lo­me­try ucie­kały spod kół bar­dzo szybko, gnała mnie po­krze­pia­jąca myśl, że zy­ska­łam kilka dni, za­nim będę mu­siała po­waż­nie się za­sta­no­wić, gdzie roz­pa­ko­wać wa­lizki i co zro­bić ze swoim ży­ciem. Nie mia­łam po­my­słu co da­lej.

Ka­licki do­trzy­mał słowa. Przy­jęli mnie na od­dział, po­tem dok­tor Ma­rek znik­nął i nie bar­dzo wie­dzia­łam, co ze sobą po­cząć.

Wpa­try­wa­łam się na zmianę w pu­stą bu­telkę po kro­plówce i w ta­lerz, na któ­rym le­żały nie­tknięte jajko, dwie kromki chleba i odro­binka ma­sła. Głód już ści­skał mi żo­łą­dek i po­kusa, żeby coś zjeść, na­pchać się gu­mo­wym chle­bem, se­rem, czym­kol­wiek, była co­raz więk­sza. Cu­krzyca dawno po­łknęła swoją por­cję, na­tych­miast usnęła z czy­stym ta­le­rzy­kiem opar­tym na brzu­chu. Jako je­dyna na sali nie miała wła­snego kubka i na­czyń, więc ko­rzy­stała ze szpi­tal­nych, któ­rych nie mu­siała po­tem sama myć. Z domu przy­wio­zła je­dy­nie mały no­żyk do obie­ra­nia ja­błek. Spo­ży­wała je w prze­rwie po­mię­dzy śnia­da­niem a obia­dem.

- Dla­czego pani nie zja­dła? - czy­niła mi wy­rzuty sa­lowa. - Trzeba jeść, jak się chce siłę mieć. Pani taka chu­dziutka... Dzi­siaj wszyst­kie na die­cie, tego nie, tam­tego nie, ja wszystko ja­dłam i zdrowa je­stem, a wy tu le­ży­cie po­ko­tem, to kto ma ra­cję?

- Mam dziś ope­ra­cję, ka­zali być na czczo - od­par­łam.

Sa­lowa spoj­rzała na ze­gar wi­szący na ścia­nie.

- Ope­ra­cja? Dziś? Śmiem wąt­pić. Wszy­scy le­ka­rze po­je­chali na po­grzeb. Matka dok­tora Ba­na­sia umarła - oznaj­miła i wy­szła.

Dzwo­ni­łam do­tąd, aż po­ja­wiła się w drzwiach inna pie­lę­gniarka. Twarda Jola mo­gła z po­wo­dze­niem zro­bić ka­rierę w wię­zien­nic­twie, miała dryg do pil­no­wa­nia, stro­fo­wa­nia oraz do usta­la­nia wy­so­ko­ści kar. Była wy­soka i tęga, wy­dzie­lała dziwny za­pach, coś jakby kom­pi­la­cja ja­ło­wej gazy i sza­rego my­dła.

- Mia­łam mieć rano ope­ra­cję, zbliża się trzy­na­sta, kro­plówka ze­szła, je­stem głodna, nie wiem, co się dzieje, bo nic się nie dzieje.

Wpraw­nym ru­chem odłą­czyła moją dłoń od pu­stej kro­plówki.

- Może obiad zjeść i się prze­brać - po­wie­działa.

- Kto? - za­py­ta­łam, choć wie­dzia­łam, że to do mnie zwraca się w trze­ciej oso­bie.

Jola kon­ty­nu­owała czyn­no­ści pie­lę­gniar­skie przy moim łóżku z wro­gim po­mru­kiem. By­łam dla niej cię­ża­rem, to oczy­wi­ste. O ileż przy­jem­niej­szym miej­scem dla per­so­nelu by­łyby szpi­tale, gdyby nie ci na­trętni pa­cjenci i ich nie­koń­czące się py­ta­nia prze­cho­dzące w prośby. Ni­gdy nie ma dość ta zgraja w pi­ża­mach i szla­fro­kach. Wcho­dzą do po­koju pie­lę­gnia­rek jak do po­cze­kalni na dworcu, ani puk, puk, ani prze­pra­szam, czy można, i od progu do­ma­gają się le­ków! Ta­bletki na za­par­cia, na sen, na uspo­ko­je­nie, na ape­tyt, na ból głowy i jesz­cze szam­pon na po­rost wło­sów. Prze­cież tu jest szpi­tal, po­win­ni­ście mieć wszyst­kie leki, pa­niu­sie wzno­szą oczy do nieba. Pa­nie ze wsi są mniej rosz­cze­niowe, nie przy­sto­so­wało ich ży­cie na roli do wy­gód, cie­szą się z tego, że mają łóżko i szafkę przy łóżku, za­do­wo­lone, że le­karz za szó­stym ra­zem za­pa­mię­tał ich na­zwi­sko.

Jola wrzu­ciła zu­żyte ga­dżety do pa­pie­ro­wej mi­ski i szarp­nęła moim łóż­kiem, by je od­su­nąć od okna. Zgrzyt obu­dził Cu­krzycę.

- Sio­stro, mogę ba­sen? - po­pro­siła.

- Może cho­dzić, to sama niech idzie do to­a­lety.

- Le­karz mó­wił, żeby le­żeć - za­opo­no­wała Cu­krzyca.

- Ale nie plac­kiem! - Jola zro­biła w tył zwrot. - Dziś już żad­nych ope­ra­cji nie bę­dzie, ro­bią nowy gra­fik na ju­tro. Mo­że­cie zjeść obiad i ko­la­cję, do ubi­ka­cji się przejść za po­trzebą, a nie na kaczce sie­dzieć.

Z gło­dem w brzu­chu i zło­ścią w sercu usi­ło­wa­łam za­snąć, ale zgiełk pa­nu­jący na ko­ry­ta­rzu nie po­zwa­lał mi się wy­łą­czyć. Szpi­tal to nie czy­tel­nia, wia­doma rzecz, ale żeby tyle wrza­sku, huku, la­mentu i dziw­nych dźwię­ków trzę­sło szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzem przez cały dzień? Wy­obra­ża­łam so­bie, że po­mię­dzy sa­lami ko­lej że­la­zna pę­dzi, z jej wa­go­nów ktoś me­tal i szkło na as­falt co chwilę wy­rzuca, na da­chu wa­go­nów uchodźcy jadą i uczą się pol­skiego abe­ca­dła, na do­da­tek pod ko­łami lo­ko­mo­tywy co mi­nutę ja­kieś dzi­kie zwie­rzę gi­nie, wy­jąc ża­ło­śnie. Dla­czego oni tak wrzesz­czą? Czym tak tłuką?

Na obiad za­ser­wo­wano nam zupę ze ścierki i szny­cel ze zmie­lo­nych pa­ró­wek. Po­wą­cha­łam ta­lerz i po­szłam do ła­zienki prze­brać się w dres. W je­dy­nej "sza­fie gra­ją­cej" na na­szym pię­trze do ku­pie­nia był na­pój frugo i wa­fle grześki. Skle­pik w pod­zie­miach był bo­gato za­opa­trzony. Za szkłem le­żały droż­dżówki z se­rem o wy­su­szo­nych brze­gach, ple­cione bułki, do wy­boru z szynką lub se­ro­po­dob­nym pla­strem żół­tej masy, oraz ka­na­pki z pasz­te­tową. Wszyst­kie ozdo­bione we­dług tego sa­mego wzoru - li­ściem sa­łaty i wy­ła­żą­cym poza brzegi, roz­gnie­cio­nym pla­ster­kiem po­mi­dora. Można tam było rów­nież ku­pić chipsy czosn­kowe, na­poje ga­zo­wane we wszyst­kich ko­lo­rach oraz dżem tru­skaw­kowy i pro­szek do pra­nia, czyli wszystko to, co każ­demu pa­cjen­towi jest nie­zbędne pod­czas po­bytu w szpi­talu. W kan­ty­nie na dru­gim pię­trze uśmiech­nięte ku­charki ser­wo­wały to, co nam, Po­la­kom, naj­wy­bor­niej sma­kuje - pie­rogi, żu­rek, bi­gos, go­łąbki i ko­tlet scha­bowy. Pie­rogi były do­prawdy wy­śmie­nite. Cie­niut­kie cia­sto, bo­gaty w ser i ziem­niaki farsz, por­cja po­lana cie­płym ma­słem z do­dat­kiem ko­perku. Przez te wszyst­kie lata miesz­ka­nia na ob­czyź­nie tę­sk­ni­łam za wie­loma rze­czami, które tylko w Pol­sce można było mieć na za­wo­ła­nie. Jedną z nich była misa do­mo­wych pie­ro­gów ru­skich. Obiad prze­płu­ka­łam cu­dow­nie słod­kim kom­po­tem cze­re­śnio­wym. Tylko w Pol­sce do obia­dów ser­wuje się kom­pot, za­po­mnia­łam o tej pięk­nej tra­dy­cji, miesz­ka­jąc w An­glii i po­pi­ja­jąc po­siłki wodą albo wi­nem, w za­leż­no­ści od pory dnia. W brzu­chu na­tych­miast za­częło mi bul­go­tać, po­to­piły się ru­skie pie­rożki w pol­skim kom­po­cie.

W dro­dze po­wrot­nej na salę za­trzy­ma­łam się przed po­ko­jem le­kar­skim. Był za­mknięty od środka, na krze­seł­kach pod drzwiami cze­kali pa­cjenci w pi­ża­mach i kilka osób po cy­wil­nemu.

- Prze­pra­szam bar­dzo, czy dok­tor Ka­licki jest w środku? - za­py­ta­łam sie­dzą­cej z brzegu ko­biety.

- Nie wi­dzia­łam, żeby wcho­dził - od­parła.

- Pani zna dok­tora Ka­lic­kiego? Wie pani, jak on wy­gląda?

- Znam, znam - prych­nęła ko­bieta. - Do dziś mi się ręce trzęsą ze stra­chu, jak so­bie o nim przy­po­mnę, cho­ciaż już pięć lat mi­nęło od ope­ra­cji. Na szczę­ście tym ra­zem męża bę­dzie kra­jał, nie mnie.

Mąż ko­biety sie­dział obok niej od­wró­cony bo­kiem. Było sporo nie­chęci w tym kil­ku­stop­nio­wym od­wró­ce­niu ciała mał­żon­ków. Męż­czy­zna zgar­bił się i za­czął ner­wowo po­cie­rać ko­lano otwartą dło­nią.

- Dziś mia­łam za­pla­no­waną ope­ra­cję, wła­śnie dok­tor Ka­licki... - za­czę­łam.

Męż­czy­zna w pa­sia­stej pi­ża­mie i klap­kach wsu­nię­tych na szare, prze­tarte na pię­tach skar­petki wstał z krze­sła i pod­szedł do mnie.

- Dok­tora Ka­lic­kiego już dziś nie bę­dzie. Wi­dzia­łem przez okno, jak wy­jeż­dżał, torbę miał ze sobą.

Ko­bieta sie­dząca jako pierw­sza w ko­lejce wy­dęła usta z dez­apro­batą.

- Przed chwilą go wi­dzia­łam na par­te­rze. Z ja­kimś dru­gim dok­to­rem roz­ma­wiał.

Głowy zwró­ciły się w jej kie­runku.

- Koło ap­teki stali, po­ga­dali chwilę i po­szli ko­ry­ta­rzem. W nor­mal­nym ubra­niu był i nie miał torby.

Przez chwilę wszy­scy mil­czeli.

- Ja sły­sza­łam, że po­je­chali na po­grzeb - po­wie­dzia­łam gło­śno i wy­raź­nie, żeby wszy­scy usły­szeli.

- A kto umarł? - za­py­tała ko­bieta w szla­froku. Całe to­wa­rzy­stwo spod drzwi po­koju le­kar­skiego wstrzy­mało od­dech, cze­ka­jąc na moje wy­ja­śnie­nia.

- Matka dok­tora Ba­na­sia - od­par­łam ze smut­kiem.

- Na co? - Męż­czy­znę w prze­tar­tych skar­pet­kach zże­rała cie­ka­wość. Zro­bi­łam zbo­lałą minę i po­ki­wa­łam głową, co w rze­czy­wi­sto­ści nie ozna­czało nic, ale tamci uznali, że znam przy­czynę śmierci mamy Ba­na­sia. Naj­pew­niej był to rak. Lu­bimy wie­dzieć, na co inni umie­rają, żeby przy­czyny zgonu prze­ana­li­zo­wać i spraw­dzić, czy aby śmierć nie za­czyna już krą­żyć po na­szej or­bi­cie. Niby uwa­żamy, że śmierć do­ty­czy za­wsze ko­goś in­nego, ale od czasu do czasu przy­cho­dzi nam na myśl, że może i nas wy­woła. Wtedy wy­py­tu­jemy bar­dziej szcze­gó­łowo - na co umarł i ile miał lat, i czy się mę­czył...

- Lu­dzie te­raz pa­dają jak mu­chy - ode­zwała się ko­bieta, którą kie­dyś ope­ro­wał Ka­licki. - Do­piero mój ta­tuś po­szedł do Bozi, prze­cież jesz­cze w sile wieku był, le­d­wie osiem­dzie­siąt lat skoń­czył, te­raz męża będą mi kroić, a do­puść po­wie­trza do środka ciała i za­raz się wi­ru­sów i bak­te­rii na­mnoży. - Wkrótce ope­ro­wany mąż za­padł się głę­biej na krze­śle, z mi­nuty na mi­nutę czuł się go­rzej, a żona nie prze­sta­wała: - To się tak lekko mówi, jak o ob­cego cho­dzi. Niby ope­ra­cja na ko­lano, ale pod nar­kozą, wszystko się może zda­rzyć. Mało się lu­dzi nie wy­bu­dziło?

- Na kiedy ope­ra­cja za­pla­no­wana? - do­py­ty­wa­łam.

- Na ju­tro, Ka­licki od rana ope­ruje do sa­mego po­po­łu­dnia. Żeby tylko nie przy­wieźli ja­kie­goś po­ła­mańca z wy­padku, bo wtedy, wia­domo, "pjo­ry­tet" bie­rze. Ze mną tak było w tym szpi­talu. Już mi ta­bletkę dali na spa­nie, na salę mnie wzięli, te wiel­kie lampy wi­dzia­łam, co do ope­ra­cji świecą, dok­tor Ka­licki prze­brany był w zie­lony strój, a i tak go od­wo­łali, bo ja­kiś dziad z dra­biny spadł...

Krze­sełka za­re­cho­tały, tylko mąż pani wciąż sie­dział smutny.

- Do­brze, że pani nada­rem­nie nie uśpili.

- Mało bra­ko­wało - wes­tchnęła. - Ka­licki to bar­dzo do­bry le­karz, fa­cho­wiec pierw­szej klasy, tylko nie­miły dla pa­cjen­tów. Taki ważny, jakby skwa­rek li­zał, z góry się pa­trzy na lu­dzi jak na za­razki, i za­wsze mu się śpie­szy, na­wet na spoj­rze­nie w oczy czasu nie ma. Po­do­bno wszy­scy or­to­pe­dzi tacy są, wy­na­tu­rzeni ja­cyś, obo­jętni...

Wszy­scy przy­tak­nęli, ni­czym pa­ję­cza nić po­łą­czyła nas so­li­dar­ność pa­cjencka i przez chwilę lu­bi­li­śmy się i trzy­ma­li­śmy wspólny front. Po­de­szłam bli­żej drzwi.

- Chcia­łam po­roz­ma­wiać z dok­to­rem Ka­lic­kim, może wrócę póź­niej... - Po­ło­ży­łam rękę na klamce i na­ci­snę­łam. - Dla­czego wła­ści­wie po­kój le­kar­ski jest za­mknięty? Może w środku ni­kogo nie ma i cze­ka­cie pań­stwo na próżno?

- Są w środku - ode­zwał się star­szy pan sie­dzący naj­da­lej. Wy­glą­dał na eme­ry­to­wa­nego rol­nika, który za­ha­ro­wał się pra­wie na śmierć. - Ka­lic­kiego może nie ma, ale jest Bo­ro­wiak i ten drugi... Dy­mek.

- To dla­czego się za­mknęli? Porno oglą­dają czy co?

Nikt nie od­po­wie­dział. Star­szy pan w zie­lo­nej woj­sko­wej pi­ża­mie wy­cią­gnął z kie­szeni ba­to­nika i za­czął roz­szar­py­wać opa­ko­wa­nie. Uwaga krze­se­łek prze­nio­sła się na niego, któ­ryś z pa­cjen­tów roz­po­czął nowy wą­tek. Nie że­gna­jąc się, po­czła­pa­łam do po­koju pie­lę­gnia­rek.

Na sto­liku ma­łego, dusz­nego po­miesz­cze­nia pię­trzyły się cze­ko­ladki, pa­czuszki kawy i pta­siego mleczka, w te­le­wi­zo­rze wi­szą­cym na ścia­nie le­ciało Na sy­gnale. Po­kój był pu­sty. Wró­ci­łam do swo­jej sali. Przy łóżku babci Jan­dzi czu­wała zmiana wnu­czek z chło­pa­kami. Dwie do­syć ładne dziew­czyny przy­pro­wa­dziły ze sobą ka­wa­le­rów o ama­tor­skiej uro­dzie. Za­pach potu i nie­pra­nych kur­tek, jaki roz­no­szą stu­denci miesz­ka­ją­cych w aka­de­miku lub na stan­cji, do­cho­dził aż do mo­jego łóżka. Dziew­czyny za­cho­wy­wały się ra­do­śnie, czule gła­skały bab­cię, obie­rały po­ma­rań­cze, wyż­sza wcie­rała w dło­nie sta­ruszki krem alo­esowy, niż­sza mo­de­lo­wała siwe ko­smyki wło­sów na czole. Pa­plały o po­go­dzie, pla­nach na wie­czór, ta­jem­ni­czym wujku Romku, który przy­trza­snął so­bie łapę w ma­szy­nie. Po­zaz­dro­ści­łam babci Jan­dzi to­wa­rzy­stwa. Mnie nikt nie od­wie­dzał, mię­dzy in­nymi dla­tego, że ni­kogo nie po­in­for­mo­wa­łam o po­by­cie w szpi­talu.

Zer­k­nę­łam na Cu­krzycę. Sie­działa na ba­se­nie przy­kryta koł­drą. Wy­raz jej twa­rzy zdra­dzał, że usi­łuje so­bie ulżyć. Wnuczki ćwier­kały co­raz gło­śniej, żeby za­głu­szyć od­głosy do­cho­dzące z łóżka obok, tylko bab­cia Jan­dzia do­py­ty­wała się bez­tro­sko:

- Po­szło?

Dziew­czyna kar­miąca bab­cię kul­kami wi­no­gron od­wró­ciła się osten­ta­cyj­nie ty­łem do Cu­krzycy.

- Nie ma w tym szpi­talu pa­ra­wa­nów?

- Nie patrz - po­ra­dził jej chło­pak.

- To gdzie mam pa­trzeć? W su­fit?

- Ustawmy się w rzę­dzie i chodźmy stąd.

Wy­szli gę­siego. Od­cze­ka­łam kilka se­kund i rów­nież ucie­kłam z za­smro­dzo­nej sali. W drzwiach zde­rzy­łam się z księ­dzem, który co­dzien­nie wcho­dził do nas z krót­kim za­py­ta­niem na ustach: "Komu Pana Je­zusa?". Sie­dząca na ba­se­nie Cu­krzyca pod­nio­sła rękę.

Pięć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od Wil­liama nie zro­biło na mnie wra­że­nia. Wy­słał też dwie wia­do­mo­ści: "Ka­rzesz mnie mil­cze­niem? Bar­dzo dzie­cinne" oraz "Po­dej­rze­wam, że wy­je­cha­łaś z An­glii. Jak długo to po­trwa?". Je­śli nie od­pi­szę, po­my­śli, że umar­łam, je­śli od­pi­szę, to za­cznie się na­wa­la­nie przez What­sAppa: co się stało, jak się czu­jesz, wra­caj do domu. Nie mia­łam siły pro­wa­dzić ko­re­spon­den­cji, pi­ka­jący te­le­fon wy­wo­ły­wał u mnie nie­po­kój, bo ni­czego do­brego nie spo­dzie­wa­łam się prze­czy­tać. Wil­liam nie do­my­ślał się prze­cież, dla­czego jego żona Eu­ge­nia Ken­nedy, z domu Be­ster, spa­ko­waw­szy swoje rze­czy oso­bi­ste do czte­rech wa­li­zek, trzech to­reb i dwóch czar­nych wor­ków, wy­je­chała, nie zo­sta­wiw­szy na­wet kartki na stole w kuchni. Osiem­na­ście lat mał­żeń­stwa i tak bez do wi­dze­nia?

Szpi­tal się uspo­ka­jał. Za­pa­dał wie­czór, wraz z nim przy­szedł czas na re­laks i ci­szę. Le­ka­rze po cięż­kim dniu roz­ci­na­nia, ła­ta­nia, wy­ci­na­nia, sztu­ko­wa­nia i za­szy­wa­nia, po­za­my­kali się w swo­ich po­ko­ikach, przy­kryci kra­cia­stymi ko­cami oglą­dali Na do­bre i na złe, a pie­lę­gniarki pa­rzyły im her­batę. Na ko­ry­ta­rzu zro­biło się pu­sto, pa­cjenci wró­cili do łó­żek, znik­nęli wy­stra­szeni człon­ko­wie ro­dzin, ustało stu­ka­nie ob­ca­sami, od­je­chały wózki in­wa­lidz­kie i cho­dziki. Tylko nie­przy­jemny za­pach po­zo­stał, smród szpi­talny, który wy­twa­rzają nie­świeże ludz­kie od­de­chy, pot, rany, ste­rylne ga­ziki i pa­sta do pod­łogi. Pchał się do nosa i na ubra­nie. Prze­szłam ko­ry­ta­rzem do sa­mego wyj­ścia, żeby choć z da­leka po­pa­trzeć na świat, za któ­rym, bę­dąc w szpi­talu, tak bar­dzo się tę­skni. Skra­wek nor­mal­no­ści, par­king, drzewo, ławka, si­nie­jące niebo. Mo­głam wró­cić na salę, za­brać swoje rze­czy i po pro­stu stąd wyjść, zna­leźć ładny ho­tel w cen­trum, wy­ką­pać się, za­mó­wić ko­la­cję do po­koju, wy­pić wino i za­wi­nąć się w białą, świeżą po­ściel. Po­krze­piła mnie myśl, że mogę tak zro­bić, ju­tro lub po­ju­trze za­sta­no­wić się nad in­nym roz­wią­za­niem. Zna­leźć lep­szą wer­sję Ka­lic­kiego, czyst­szy i bar­dziej przy­ja­zny lu­dziom szpi­tal, zjeść jesz­cze jedną por­cję ru­skich pie­ro­gów, za­nim mnie uśpią. Co ja tu­taj ro­bię?

Pie­lę­gniarka dmuch­nęła mi pro­sto w szyję.

- Tu pani jest! Cho­dzę za pa­nią po ca­łym pię­trze.

- Chcia­łam się przejść, świe­żym po­wie­trzem ode­tchnąć, zo­ba­czyć, jaka jest po­goda... - ją­ka­łam się, przy­ła­pana na snu­ciu pla­nów wiel­kiej ucieczki.

- Dok­tor Ka­licki pro­sił prze­ka­zać, że ju­tro bę­dzie pani mieć ope­ra­cję.

- Na pewno? Wła­śnie się za­sta­na­wia­łam, czy...

- Na pewno, przed chwilą dzwo­nił na od­dział. Pój­dzie pani na blok jako pierw­sza, o ósmej rano. Szu­kam pani z in­nego po­wodu, prawdę po­wie­dziaw­szy. Czy mo­głaby pani ze mną po­dejść do dzie­siątki? W se­pa­ratce leży Ame­ry­ka­nin po ope­ra­cji. Nie­stety nie mo­żemy się z nim do­ga­dać, on cze­goś chce i cały czas na nas dzwoni. Przy­wieźli go z wy­padku w nocy, ope­ro­wali, te­raz się obu­dził. Nie ma miej­sca na in­nych od­dzia­łach, więc go pod­rzu­cili na or­to­pe­dię, choć po­wi­nien le­żeć na neu­ro­chi­rur­gii, bo ma krwiaka mó­zgu. Ko­le­żanka mó­wiła, że pani zna an­giel­ski. Pani po­wie, że przyj­dzie do niego neu­ro­chi­rurg, ale do­piero ju­tro. A co do nogi... miał zła­ma­nie ko­ści udo­wej, nic skom­pli­ko­wa­nego. Po­szłaby pani ze mną? To zaj­mie tylko chwilę.

Pie­lę­gniarka miała śliczny głos, cie­pły jak letni po­ra­nek, i była na­prawdę ładna, tak po sło­wiań­sku. Ta­kich ma­łych no­sków, bia­łych, rów­nych ząb­ków i ma­li­no­wych pulch­nych uste­czek nie wi­duje się czę­sto. Ja w każ­dym ra­zie ta­kich nie mia­łam.

- Nie ma sprawy, mo­żemy go obej­rzeć.

Szły­śmy wolno pu­stym ko­ry­ta­rzem.

- Pani po­do­bno An­gielka?

- Miesz­ka­łam w An­glii wiele lat, ale uro­dzi­łam się w Rze­szo­wie.

- Ja miesz­ka­łam we Wło­szech przez trzy lata, opie­ko­wa­łam się sta­rusz­kami po do­mach, ale za­częli mi umie­rać i ja­koś tak dziw­nie... Poza tym dzieci tę­sk­niły, mąż mi się zbie­sił, mu­sia­łam wró­cić. Może jesz­cze po­jadę, Włosi do­brze płacą, tylko ta sa­mot­ność...

- Pie­lę­gniar­stwo to ciężki za­wód - przy­tak­nę­łam.

- Ciężki i źle płatny, ale ja to lu­bię.

- Naj­waż­niej­sze!

Ame­ry­ka­nin le­żał na wznak z za­mknię­tymi oczami. Po­chy­li­łam się nad nim, moje cie­pło go obu­dziło. Otwo­rzył oczy i przez chwilę na sie­bie pa­trzy­li­śmy. Nie miał za­ban­da­żo­wa­nej głowy ani żad­nych za­dra­śnięć na twa­rzy, wy­glą­dał cał­kiem zdrowo, tylko blady był. Po­dzi­wia­łam jego czarne włosy, przy­cięte po żoł­nier­sku, mocny pod­bró­dek, ar­ty­stycz­nie wy­pro­fi­lo­wany nos i nie­bie­skie oczy. Do każ­dego filmu by go wzięli, choćby na pierw­szo­pla­no­wego sta­ty­stę.

- Przy­stojny, nie? - Pie­lę­gniarka za­chi­cho­tała. - Będą się dziew­czyny bić, która go ma umyć.

- Cześć. Jak się czu­jesz? - przy­wi­ta­łam się z męż­czy­zną.

- Nie wiem - po­wie­dział, usi­łu­jąc się uśmiech­nąć.

- Je­steś w szpi­talu.

- Wi­dzę, że nie w te­atrze.

Usia­dłam na krze­sełku obok łóżka, pie­lę­gniarka sta­nęła za moim ple­cami.

- Niech go pani za­pyta, czego on tak cią­gle na nas dzwoni?

- Spo­koj­nie, po­wo­lutku, fa­cet jest w szoku.

W kilku zda­niach przed­sta­wi­łam sie­bie, pie­lę­gniarkę i szpi­tal wo­je­wódzki, za­pew­ni­łam, że bę­dzie żyć, ope­ra­cja się udała, a krwiak w gło­wie to nic po­waż­nego, naj­waż­niej­sze, że obie nogi ma równe i bę­dzie jesz­cze ska­kać. Oczy­wi­ście nie od razu, gdyż re­ha­bi­li­ta­cja tro­chę po­trwa, ale ge­ne­ral­nie miał dużo szczę­ścia, na które so­bie na pewno za­słu­żył swoim do­brym ży­ciem. Pie­lę­gniarka skwa­pli­wie przy­tak­nęła.

- Niech mu pani po­wie, że le­karz bę­dzie ju­tro, w ra­zie py­tań.

- Le­karz, który cię ope­ro­wał, zaj­rzy do cie­bie ju­tro, te­raz od­po­czy­waj. - Do­tknę­łam jego dłoni le­żą­cej na po­ścieli.

- Mu­szę za­dzwo­nić - po­wie­dział.

- Chce za­dzwo­nić. Ma­cie jego te­le­fon?

Pie­lę­gniarka zro­biła smutną minę.

- Nie zna­le­ziono przy nim te­le­fonu. Spraw­dza­łam w de­po­zy­cie. Nie ma ani te­le­fonu, ani port­fela. Pasz­port tylko, stąd wiemy, że Ame­ry­ka­nin.

Wy­cią­gnę­łam wła­sny te­le­fon z kie­szeni.

- Twój te­le­fon prze­padł, mo­żesz sko­rzy­stać z mo­jego. Pa­mię­tasz nu­mer?

Ame­ry­ka­nin od­dy­chał nie­równo, ży­wotne iskierki w oczach na­gle za­częły ga­snąć. Mo­ni­tor, do któ­rego był pod­łą­czony, nie re­je­stro­wał żad­nych zmian, ale męż­czy­zna wy­glą­dał te­raz ina­czej, zu­peł­nie jakby wy­niósł się z sali i prze­niósł w inne miej­sce. Cze­ka­łam, aż się ode­zwie, jed­nak po chwili za­mknął oczy i od­wró­cił głowę w stronę okna.

- Może trzeba ko­goś po­in­for­mo­wać, że on tu leży? Po­wia­do­mi­li­ście ko­goś o wy­padku?

- Nie. Prze­cież nie mamy nu­me­rów.

- Am­ba­sada?

Pie­lę­gniarka prze­sta­wała mnie lu­bić.

- Ja nie będę ni­g­dzie dzwo­nić. Jak ma ro­dzinę, to oni po­winni go szu­kać. Je­śli za­dzwo­nią, to się im oczy­wi­ście po­wie, że u nas leży.

Ame­ry­ka­nin od­pły­nął, więc wy­szły­śmy z sali.

- Co to był za wy­pa­dek?

- Taki, co zda­rza się naj­czę­ściej. Każde drzewo ro­snące przy dro­dze po­twier­dzi. Trzeźwy był, tyle wiem. Nie do­szło do zda­rze­nia, to się stało w szcze­rym polu, ży­wego du­cha do­okoła. Ja­kiś dzia­dek je­chał wo­zem i zna­lazł go wkle­jo­nego w drzewo. Za­nim do­je­chał do cha­łupy, za­nim za­dzwo­nili po ka­retkę, go­dzina mi­nęła. Co on tam ro­bił w nocy? Może się zgu­bił?

- Może.

- Mnie on nie wy­gląda na tu­ry­stę... - Pie­lę­gniarka po­krę­ciła głową. - Bar­dziej na ja­kie­goś biz­nes­mena czy coś.

- Pew­nie ju­tro za­czną go szu­kać - po­wie­dzia­łam.

- Żona albo ktoś z pracy. Taki ładny jest, na pewno ma żonę.

- Do­wiemy się wię­cej ju­tro. Po­ga­damy z nim rano.

Wró­ci­łam na salę i po­ło­ży­łam się na łóżku. Bab­cia Jan­dzia i Cu­krzyca chra­pały gło­śno. Wy­łu­ska­łam z ko­sme­tyczki si­li­ko­nowe za­tyczki i za­bez­pie­czy­łam uszy na noc. Je­śli się ju­tro nie obu­dzę po ope­ra­cji, będą pie­lę­gniarki i mój przy­pa­dek oma­wiać z dresz­czem emo­cji. Skąd ona się tu wzięła? Nie ma ro­dziny? Kogo po­wia­do­mić o zgo­nie? Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co po­win­nam te­raz zro­bić. Moje wszyst­kie rze­czy oso­bi­ste spo­czy­wały w ba­gaż­niku sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego przed szpi­ta­lem. Nie mia­łam bez­piecz­nego ad­resu w Pol­sce, miej­sca, gdzie mo­gła­bym roz­pa­ko­wać wa­lizkę i nie od­po­wia­dać na py­ta­nia o po­wody, przy­czyny, o to, czy do­brze to so­bie prze­my­śla­łam. Co ty te­raz ze sobą zro­bisz, ko­bieto? Ró­żowa ta­bletka za­czy­nała wcho­dzić w nogi, po­tem w głowę, pod po­wieki, zro­biło się na­prawdę bez­piecz­nie i ci­cho.

Pie­lę­gniarka Jola obu­dziła mnie pac­nię­ciem w nogę.

- Halo? Po­budka. Dok­tor Ka­licki po­wie­dział, żeby pa­nią przy­go­to­wać do ope­ra­cji.

- Al­le­luja! - Pod­nio­słam się na łok­ciu zdro­wego ra­mie­nia. - Ale nie będę się przed­wcze­śnie pod­nie­cać, może się w ostat­niej chwili ulot­nić jak wczo­raj.

- Dok­tor Ka­licki to nie gaz, żeby się ulat­niać. Ope­ruje już od go­dziny, pani jest druga w ko­lej­no­ści. Pro­szę się prze­brać.

- Mia­łam być pierw­sza... - mruk­nę­łam.

- Z wy­padku mo­to­cy­kli­stę przy­wieźli, wy­pchnął pa­nią z ko­lejki.

Pie­lę­gniarka Jola była w do­sko­na­łym hu­mo­rze. Wę­dro­wała, pcha­jąc przed sobą wó­zek z le­kami od sali do sali, szu­ka­jąc ofiar. Tu uką­siła, tam nad­gry­zła, w jesz­cze in­nym miej­scu kop­nęła w kro­cze. Ze­szłam z łóżka, pod­trzy­mu­jąc zwi­sa­jącą ga­łązkę ra­mie­nia. "Ban­kart le­sion", tak po­wie­dział le­karz w Lon­dy­nie i to samo stwier­dził Ka­licki. Nie na­daje się do ope­ra­cji ar­tro­sko­po­wej, trzeba ciąć, otwie­rać i na­pra­wiać, wtedy jest szansa, że nie wy­pad­nie po­now­nie. Po­de­szłam do okna, żeby po­pa­trzeć na bu­dzący się dzień. Za­sta­na­wia­łam się, który to już raz, ska­za­łam się na walkę w po­je­dynkę ze wszyst­kimi wy­zwa­niami losu, do­szedł­szy do wnio­sku, że Boga nie ma. Zni­kąd po­mocy.

Rozdział 3

Za­gra­niczny pa­cjent z se­pa­ratki wie­lo­krot­nie mą­cił spo­kój dy­żuru we­zwa­niami do swo­jego łoża bo­le­ści. Po­iry­to­wane pie­lę­gniarki we­zwały mnie na po­moc. Poza wło­sami ufor­mo­wa­nymi z tyłu głowy w coś na kształt gniazda i opa­trunku na le­wym ra­mie­niu, nie no­si­łam oznak prze­by­tej ope­ra­cji. Mój stan ogólny był do­bry, czu­łam się znacz­nie le­piej, niż wy­glą­da­łam. Za­raz po zga­sze­niu świa­teł po­szłam od­wie­dzić Ame­ry­ka­nina z po­sta­no­wie­niem, że go tro­chę opier­dzielę w imie­niu per­so­nelu, który prze­cież nie jego jed­nego ma w kar­to­tece. Spoj­rza­łam w za­lane smut­kiem oczy i na­tych­miast zmię­kłam. Ame­ry­ka­nin wy­lą­do­wał w szpi­talu bez ład­nych ob­raz­ków na ścia­nach, bez tur­ku­so­wych lam­pe­rii i ró­żo­wych ka­fel­ków w ła­zience, bez stref re­laksu, ci­chych wóz­ków, te­le­wi­zo­rów na wy­się­gni­kach i ma­szyn do kawy przy każ­dych drzwiach windy. Zna­lazł się w pol­skim, nie­do­fi­nan­so­wa­nym, źle pro­wa­dzo­nym szpi­talu, gdzie na pierw­szym miej­scu są pa­piery, na dru­gim per­so­nel, na trze­cim nie­chęć, na ostat­nim pa­cjent. Już do niego do­tarło, że go­rzej tra­fił je­dy­nie jego ko­lega Dean, który przed laty uległ wy­pad­kowi na ro­syj­skiej pro­win­cji i gdy ock­nął się w szpi­talu, pierw­szym wi­do­kiem, jaki mu się uka­zał, był za­wie­szony na sto­jaku słoik, z któ­rego po­da­wano mu kro­plówkę, a na sło­iku wid­niała ety­kieta z na­pi­sem - ogórki. W Ame­ryce ma­cie le­piej? To trzeba było w Ame­ryce wy­pad­kowi ulec!

Sku­biąc rą­bek po­duszki, raz jesz­cze wy­ja­śni­łam, skąd się wziął ten wielki ban­daż na jego no­dze, przy­po­mnia­łam, gdzie się znaj­du­jemy, jaki mamy dzień ty­go­dnia, oraz to, że obec­nie jego kra­jem rzą­dzi Do­nald Trump. Ame­ry­ka­nin usi­ło­wał się uśmiech­nąć.

- Je­stem Ben. Ben War­ren i po­cho­dzę z Ka­li­for­nii. Miło cię po­znać.

- Gene. - Uści­snę­łam jego dłoń. - Gene Ken­nedy.

Ben po­pro­sił, że­bym mu po­now­nie opo­wie­działa, co się z nim stało. Nie pa­mię­tał wy­padku, tylko jazdę w nocy i to, że da­cho­wał.

- Wje­cha­łeś w drzewo. Na pro­stej dro­dze. Nie ma świad­ków, do­kład­nie nic nie wia­domo. Pew­nie za­sną­łeś... to naj­prost­sze wy­tłu­ma­cze­nie.

Gdyby był tro­chę sil­niej­szy, toby się prze­ra­ził. Nie umia­łam od­po­wie­dzieć na żadne z py­tań - co stało się z jego te­le­fo­nem, pie­niędzmi, kartą kre­dy­tową, szarą wa­lizką sam­so­nite? Sa­mo­chód po­cięli stra­żacy, tyle tylko prze­ka­zała mi pie­lę­gniarka.

- Czy ktoś z two­jej ro­dziny wie, że je­steś w szpi­talu?

- Pew­nie sporo osób dzwoni na te­le­fon, który leży gdzieś w ro­wie - od­parł wy­mi­ja­jąco. - Ktoś pew­nie grze­bie te­raz w moim te­le­fo­nie i po­znaje wszyst­kie ta­jem­nice. Po­każ mi swój te­le­fon, a po­wiem ci, kim je­steś.

- Lu­dzie czę­sto okra­dają miej­sca wy­padku, zni­kają przed­mioty, łań­cuszki z me­da­li­kami, ze­garki, ob­rączki. - Wes­tchnę­łam. - Pa­cjen­tom prze­wo­żo­nym do szpi­tala giną po dro­dze różne przed­mioty. Mo­jej ma­mie na przy­kład mię­dzy do­mem a szpi­ta­lem ukra­dli złoty łań­cu­szek z wi­sior­kiem, pa­miątka ro­dzinna zmie­niła wła­ści­ciela i dynda gdzieś so­bie na po­marsz­czo­nym de­kol­cie in­nej star­szej pani.

Wy­su­nę­łam krze­sło i usia­dłam przy łóżku Ame­ry­ka­nina, choć po­cząt­kowo nie mia­łam za­miaru się roz­sia­dać. Nie mó­wi­li­śmy wiele, ja trzy zda­nia, on dwa słowa o ni­czym, po­tem znowu ci­sza. Za­py­tał o moje ra­mię, od­po­wie­dzia­łam zgod­nie z prawdą, że ope­ro­wał nas ten sam le­karz, lo­kalna sława or­to­pe­dii, i że wy­cho­dzę ze szpi­tala na­za­jutrz, dla­tego przy­szłam się po­że­gnać. Przez dłuż­szy czas le­żał z za­mknię­tymi oczami, raz po raz do­ty­ka­jąc zła­ma­nej nogi, jakby spraw­dzał, czy wciąż tam jest. Pie­lę­gniarki dużo o nim roz­pra­wiały, bie­sia­du­jąc w swoim za­gra­co­nym po­ko­iku. Roz­pa­lały się, opo­wia­da­jąc, jaki ten ame­ry­kań­ski pa­cjent jest przy­stojny, do­brze zbu­do­wany we wszyst­kich par­tiach ciała, fajne ma dło­nie i hol­ly­wo­odz­kie zęby. Po­rów­ny­wały go do róż­nych ak­to­rów, zga­dy­wały i kom­bi­no­wały.

- Wi­dzia­łaś ten film? No wiesz, ten, w któ­rym on tak le­żał i wspo­mi­nał ro­mans. Cały po­pa­rzony był, miał zde­for­mo­waną twarz. Aku­rat wtedy wojna się za­częła, a może skoń­czyła? Nie ważne. Jego ko­chankę grała ta ak­torka, ciemne włosy miała, szczu­pła bar­dzo, ona zgi­nęła na końcu i on też w końcu umarł. Na pewno wi­dzia­łaś ten film. Nasz Ame­ry­ka­nin jest bar­dzo do tego ak­tora po­do­bny, ta­kie same ma oczy, fry­zurę i nos. Nie za­uwa­ży­łaś?

- Ten, co grał ojca w Upro­wa­dzo­nej? Taki wy­soki blon­dyn...

- Nie, ten grał jesz­cze w tym fil­mie o po­ko­jówce na Man­hat­ta­nie, z tą pio­sen­karką...

- To z Whit­ney Hu­ston grał, w Bo­dy­gu­ar­dzie...

- A może...

- Jak się na­zywa ten ak­tor, co grał w Har­rym Pot­te­rze? Czy to nie ten?

- A kogo grał?

- Tego złego.

- Moje dzieci oglą­dały Harry'ego Pot­tera, ja ta­kich ba­jek to się boję.

Dziew­czyny za­sta­na­wiały się, czy żo­naty, czy już szczę­śli­wie roz­wie­dziony, co robi w Pol­sce i dla­czego wszystko zgi­nęło z miej­scu wy­padku. Ame­ry­ka­nin brzydki nie był, ale też i du­żej kon­ku­ren­cji nie miał. Na od­dziale or­to­pe­dii le­żały same ob­le­śne typy z róż­nymi kost­nymi scho­rze­niami, ję­czące, nie­ogo­lone dziadki oraz spo­ceni mło­dzieńcy szu­ra­jący za­ko­piań­skimi pan­to­flami. Snuli się po ko­ry­ta­rzach, wy­pa­tru­jąc od­wie­dzin bli­skich z ta­kim utę­sk­nie­niem, jakby sie­dzieli w wię­zie­niu.

- Będą o cie­bie dbać, nie martw się. - Po­kle­pa­łam koł­drę otu­la­jącą jego bio­dra.

- Wszystko jest okej, dok­tor Ka­licki był u mnie, ten drugi też, obie­cał zro­bić za dwa dni to­mo­graf, żeby zo­ba­czyć, jak się wchła­nia ten krwiak w mó­zgu. Czuję się cał­kiem nie­źle... Szkoda, że wy­cho­dzisz ze szpi­tala, tracę je­dyną przy­ja­ciółkę, jaką mam w Pol­sce.

Zro­biło się bar­dzo miło i za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy nie oto­czyć nie­zna­jo­mego Bena ja­kąś opieką po­szpi­talną, czy nie za­pi­sać mu na kartce nu­meru te­le­fonu, nie za­pro­sić do mo­jego no­wego ży­cia jako pierw­szego przy­ja­ciela w Pol­sce. Wy­da­wał się sym­pa­tyczny i z pew­no­ścią po­trze­bo­wał ko­goś bli­skiego. Fakt, że był Ame­ry­ka­ni­nem, dzia­łał po­zy­tyw­nie na moją wy­ob­raź­nię. By­łam cie­kawa jego hi­sto­rii, ale to nie czas i miej­sce, by go na­chal­nie wy­py­ty­wać. Się­gnę­łam do kie­szeni szla­froka po ko­mórkę, żeby przy­po­mnieć so­bie wła­sny nu­mer te­le­fonu, a wtedy Ben zła­pał mnie za rękę i przy­cią­gnął do sie­bie. My­śla­łam, że chce mnie po­ca­ło­wać, i zdą­ży­łam jesz­cze się zmar­twić, że nie umy­łam zę­bów przed od­wie­dzi­nami.

- Za­bi­łem czło­wieka - po­wie­dział i pu­ścił moją dłoń.

Tato wie­lo­krot­nie mi po­wta­rzał - strzeż się lu­dzi, któ­rzy wy­sy­sają z cie­bie spo­kój i ener­gię. Ta­kich, któ­rzy chcą ci przy­tro­czyć do ra­mion swój ba­gaż trosk. Tacy ni­gdy cię nie za­py­tają o zdro­wie, plany, twoją co­dzien­ność, nie wy­słu­chają, nie we­sprą, tylko będą lać w cie­bie be­ton swo­ich pro­ble­mów, aż cię żyw­cem za­mu­rują. Uwi­kłają cię w praw­dziwe oraz wy­ima­gi­no­wane pro­blemy, któ­rymi od­dy­chają, do gar­dła ci we­pchną lęki, fru­stra­cje i nie­moc. Będą cię wcią­gać w swoje pry­watne ba­gno, drę­czyć opo­wie­ściami o złym i jesz­cze gor­szym, na­rze­kać na słońce, wiatr, deszcz, na całą ludz­kość oraz na florę i faunę. Za­biorą cię ka­ra­wa­nem w po­dróż po pu­styni, po mo­kra­dłach i po ciem­nym le­sie. Nie wy­sią­dziesz w porę, zwa­riu­jesz.

Po­że­gna­łam się szybko i ucie­kłam. W uciecz­kach mia­łam wprawę.

Rano Ma­rek Ka­licki przy­jął mnie w po­koju le­kar­skim, który śmier­dział le­kar­stwami, skar­pet­kami i gumą do żu­cia. Dwie ob­skurne wer­salki za­słane ko­cami i kilka biu­rek przy­le­ga­ją­cych do ścian sta­no­wiły główne wy­po­sa­że­nie po­miesz­cze­nia. Nad nimi wi­siał ekran do wy­świe­tla­nia zdjęć rent­ge­now­skich. Szyby wiel­kiego okna były tak brudne, że nie było przez nie wi­dać, czy pada deszcz. Ka­licki sie­dział przy biurku i pa­trzył w kom­pu­ter. Kiedy we­szłam, spoj­rzał na mnie prze­lot­nie, ale nie spie­szył się z po­wi­ta­niem.

- Niech pani siada i chwilę za­czeka.

Usia­dłam na wer­salce pod oknem. Po­sła­nie było mięk­kie i cie­płe. Po nie­prze­spa­nej nocy czu­łam się zmę­czona i obo­lała. Nie tylko dra­ma­tyczne wy­zna­nie Ame­ry­ka­nina za­brało mi sen, przede wszyst­kim te­le­fon mo­jego brata Witka, któ­rego na­słał na mnie mój mąż, Wil­liam. Wi­tek za­dzwo­nił tuż przed pół­nocą i za­czął mi ro­bić wy­rzuty - jak można tak wyjść z domu bez słowa, jak można nie dać znać, jak można ro­bić ta­kie nu­mery w moim wieku? Ano, jak wi­dać, można. Przy­zna­łam, że od czte­rech dni je­stem w Rze­szo­wie i prze­szłam ope­ra­cję barku w "szpi­talu na górce", która oka­zała się suk­ce­sem. Nic mnie nie boli, po­wiedzmy, pra­wie nic, serce tro­chę, ale da­leko jesz­cze do za­wału. Wi­tek mu­siał się roz­łą­czyć, ale obie­cał, że po­ga­damy rano. Za­brzmiało groź­nie, za­snę­łam do­piero wtedy, kiedy niebo w oknie szpi­tal­nym za­częło się roz­ja­śniać.

- Może pani iść do domu. - Ka­licki pa­trzył, jak zie­wam. - Pro­szę przyjść za dzie­sięć dni do kon­troli i na zdję­cie szwów.

- Chcia­łam panu ja­koś po­dzię­ko­wać za opiekę... - za­czę­łam nie­pew­nie.

- Ja­koś? To zna­czy jak?

- Ura­to­wał mnie pan w bar­dzo trud­nej sy­tu­acji.

Ka­licki wstał i pod­szedł do szafy. Z kie­szeni ma­ry­narki wy­cią­gnął te­le­fon. Wró­cił na miej­sce, wło­żył oku­lary i z pal­cem go­to­wym do ak­cji po­pro­sił mnie o nu­mer ko­mórki. Skła­ma­łam, że nie znam swo­jego nu­meru, ale je­śli on da mi swój, to wie­czo­rem się ode­zwę. Odło­żył iPhona na biurko ekra­nem w dół, przez chwilę oboje pa­trzy­li­śmy na nad­gry­zione jabłko.

- Cie­szę się, że mo­głem po­móc. Nie po­winna pani mieć już kło­po­tów z tym bar­kiem, ale pro­szę uwa­żać przez naj­bliż­sze ty­go­dnie.

- Oczy­wi­ście, będę roz­sądna, żad­nej bra­wury - za­pew­ni­łam. Po­wol­nym ru­chem za­czę­łam wy­cią­gać plik bank­no­tów z kie­szeni. Ka­licki na mo­ment od­wró­cił wzrok, po­tem ja spoj­rza­łam w okno. Kiedy wró­ci­li­śmy do roz­mowy, pie­nię­dzy już na biurku nie było.

- Kło­pot mamy z tym na­szym Ame­ry­ka­ni­nem. Z jego głową jest co­raz le­piej, rana ład­nie się goi, wszystko wraca do normy, ale po­li­cja chce z nim roz­ma­wiać. Uprze­dzi­łem ich, że pa­cjent nie mówi po pol­sku, i spon­ta­nicz­nie za­ofe­ro­wa­łem po­moc, mam na­dzieję, że nie ma pani nic prze­ciwko, że­by­śmy pa­nią jesz­cze raz wy­ko­rzy­stali jako tłu­maczkę? Po­do­bno się za­przy­jaź­ni­li­ście.

- Sie­dzia­łam przy nim tro­chę, ale nie na­zwa­ła­bym tego przy­jaź­nią - od­par­łam. -Praw­do­po­dob­nie po­li­cja ze­chce za­dać kilka py­tań w spra­wie wy­padku. Coś tam nie­ja­snego mają, chcą go prze­słu­chać.

Fala go­rąca nad­cią­gnęła na­gle. Spo­ci­łam się na ple­cach, kro­pelki potu wy­stą­piły na czoło.

- Kiedy przyjdą? - za­py­ta­łam, wsta­jąc z krze­sła. Ma­łymi krocz­kami po­de­szłam do drzwi.

- Ju­tro rano. - Ka­licki rów­nież wstał. - Do­brze by było prze­trzy­mać pa­nią u nas do ju­tra, skoro już obie­ca­łem po­li­cjan­tom po­moc.

- Oczy­wi­ście. Ni­g­dzie mi się nie śpie­szy - za­pew­ni­łam, ob­my­śla­jąc drogę ucieczki. Nie mia­łam też za­miaru wra­cać do Ka­lic­kiego na ścią­gnię­cie szwów. On także pod­szedł do drzwi. Ko­mórka w jego kie­szeni za­częła wi­bro­wać i bu­czeć.

- Ka­licki, słu­cham. Tak? - Spoj­rzał mi w oczy. - Tak, pani Ken­nedy jest u mnie w tej chwili... już wy­cho­dzi. Do­brze, prze­każę.

Wrzu­cił te­le­fon do kie­szeni i otwo­rzył przede mną drzwi.

- W po­koju pie­lę­gnia­rek czeka na pa­nią brat - po­wie­dział. - Pro­szę o mnie nie za­po­mi­nać. Ja na pewno o pani tak szybko nie za­po­mnę.

Od­ru­chowo po­pra­wi­łam włosy i wy­pro­sto­wa­łam plecy. Ma­rek Ka­licki nie re­zy­gno­wał z pod­rywu.

- Tak, nic tak lu­dzi nie zbliża, jak szpi­talna przy­goda - od­par­łam, wy­cho­dząc.

Kiedy Wi­tek wszedł do po­koju pie­lę­gnia­rek, Jola krzyk­nęła:

- O matko!

Druga pie­lę­gniarka za­marła w po­ło­wie nad­gry­za­nia ba­nana. Nie­czę­sto w ich kan­cia­pie po­ja­wiali się lu­dzie znani z te­le­wi­zji. Wi­tek ubrany był w lniane spodnie, czarny, ob­ci­sły pod­ko­szu­lek, szyję miał ob­wią­zaną ja­kimś sza­lem w ko­lo­rze pu­dro­wego różu. Te­le­wi­dzo­wie nie zda­wali so­bie sprawy, jaki jest ni­ski, za­wsze fil­mo­wany był w ten spo­sób, żeby wy­glą­dał na metr osiem­dzie­siąt pięć, choć miał le­d­wie metr sie­dem­dzie­siąt, rzecz ja­sne wtedy, gdy się wy­pro­sto­wał.

- Moja piękna sio­stra... - Wy­cią­gnął do mnie obie dło­nie.

- Jaka miła nie­spo­dzianka! - Nie cze­ka­jąc na wię­cej ochów i achów, wy­pro­wa­dzi­łam brata na ko­ry­tarz.

- Coś ty znowu zma­lo­wała? - burk­nął, jak tylko zo­sta­li­śmy sami.

- Dla­czego "znowu"? Ni­gdy nie prze­sta­łam ma­lo­wać.

- Mo­głaś uprze­dzić. Nie wiem, czy dał­bym radę wy­rwać się z War­szawy, gdyby nie to, że aku­rat w Biesz­cza­dach krę­ci­li­śmy. Rękę zła­ma­łaś? Wy­pa­dek mia­łaś? Kiedy wra­casz do An­glii?

- Zdą­żysz się mną na­cie­szyć. Pójdę te­raz na salę po swoje kla­moty i za­raz wra­cam, opusz­czam szpi­tal. Za­cze­kaj tu na mnie, wszystko ci opo­wiem, jak stąd wyj­dziemy.

- Tak na­gle? Co się stało? Pie­lę­gniarka mó­wiła, że ju­tro cię wy­pi­sują.

Sta­li­śmy na ko­ry­ta­rzu od­wró­ceni ple­cami do szpi­tal­nych spa­ce­ro­wi­czów, ale i tak co chwilę ktoś się za­trzy­my­wał, żeby do­kład­niej się przyj­rzeć re­dak­to­rowi Wit­kowi Be­ste­rowi. Lu­dzie po pro­stu chcieli się upew­nić, czy to na pewno on. Wi­tek przez ostat­nie lata kró­lo­wał w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej TVP. Te­le­wi­dzo­wie je­dli z nim śnia­da­nie, pili kawę, słu­chali, jak opo­wiada o przy­lep­cach, ma­sażu piersi, dzia­łal­no­ści kół go­spo­dyń wiej­skich i dłu­go­ści ma­ry­na­rek. Sławny go­guś, Wi­tek Be­ster, stał na ko­ry­ta­rzu szpi­tal­nym i jak gdyby ni­gdy nic, roz­ta­czał swój urok.

Spoj­rzał na ze­ga­rek, sy­gna­li­zu­jąc, że się spie­szy.

- No do­bra, pod­wiozę cię. Może zdążę.

- Do­kąd mnie pod­wie­ziesz? Do na­szego miesz­ka­nia?

Oczy do nieba... Oczy Witka za­wsze le­ciały do nieba, kiedy po­wra­cał te­mat miesz­ka­nia.

- Na­sze miesz­ka­nie wy­na­ją­łem, tak jak uzgod­ni­li­śmy - od­parł.

- Sam ze sobą uzgod­ni­łeś.

- Znowu za­czy­nasz... - wark­nął. - O co ci te­raz cho­dzi? Po­trze­bu­jesz pie­nię­dzy?

- Po­trze­buję domu.

Nie chciało mi się w tej chwili roz­kra­jać tego placka z za­kal­cem, ja­kim była na­sza ro­dzinna więź. Wi­tek zrzą­dzał tym, co na­le­żało do ro­dzi­ców, do mnie, do niego, do na­szych przod­ków, któ­rzy wbrew temu, co opo­wia­dał ko­lo­ro­wym ga­ze­tom - cho­dzili boso po kle­pi­sku, nie wal­czyli w po­wsta­niach, nie pi­sali pa­mięt­ni­ków i nie prze­cho­wy­wali Ży­dów w cza­sie wojny. Ni­gdy się ze mną nie na­ra­dzał, nie py­tał o zda­nie, rzadko in­for­mo­wał o swo­ich po­sta­no­wie­niach, jak choćby wtedy, gdy w dwa mie­siące po śmierci taty mama prze­żyła udar mó­zgu i trzeba było de­cy­do­wać, jak zor­ga­ni­zo­wać dla niej opiekę. Po mie­siącu czu­wa­nia przy szpi­tal­nym łóżku mamy mu­sia­łam wra­cać do swo­jego ży­cia w An­glii, choćby na kilka ty­go­dni za­jąć się bie­żą­cymi spra­wami, które prze­cież nie oglą­dają się na oko­licz­no­ści, tylko to­czą bez­na­mięt­nie w przy­szłość.

Wi­tek po moim wy­jeź­dzie z Pol­ski uwi­nął się bar­dzo szybko. Wy­wiózł mamę do ZOL-u pod Kra­ko­wem, na co się zgo­dzi­łam, choć drę­czyła mnie wąt­pli­wość, czy wy­bra­li­śmy od­po­wied­nie miej­sce, skoro in­ter­na­uci na­zy­wali je umie­ral­nią. Klucz do na­szego ro­dzin­nego miesz­ka­nia w ka­mie­nicy za­brał ze sobą do War­szawy. Mama w pół­śnie żyła pół roku, nie­po­do­bna do sie­bie z wy­glądu, po­zba­wiona świa­do­mo­ści i na­dziei, za­mi­go­tała i zga­sła pew­nego po­po­łu­dnia, nie po­że­gnaw­szy się ze swo­imi dziećmi. Po jej śmierci zgo­dzi­li­śmy się z bra­tem co do jed­nego - kre­ma­cji zwłok. Oj­ciec, który cho­ro­wał długo, a umie­rał krótko, miał ży­cze­nie spo­cząć w trum­nie ja­snego ko­loru bez fal­ba­nek, tak też się stało. Mama, ko­bieta zdrowa i ener­giczna, nie spo­dzie­wała się udaru ani tego, że tak szybko mąż po­prosi ją do sie­bie. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów po­wta­rzała, że chce być po śmierci skre­mo­wana, więc wy­bra­łam dla niej śliczną urnę w ko­lo­rze pia­sku pu­styni ze zło­tymi ozdo­bami i ele­ganc­kim krzy­ży­kiem na czubku. Kil­koro człon­ków dal­szej ro­dziny, za­miesz­ku­ją­cych oko­liczne wsie, nie przy­je­chało na po­grzeb. Do buntu na­mó­wiła ich ciotka Helka, żona brata mamy, któ­rej głos pe­łen obu­rze­nia i jadu hu­czał mi do ucha przez kwa­drans dur­nej roz­mowy. Ciotka Helka prze­po­wia­dała, że gorzko i ciężko po­ża­łu­jemy tego, że­śmy spa­li­li­śmy matkę! Kto to wi­dział, kto to sły­szał, żeby ro­dzoną matkę jak w Oświę­ci­miu w piecu pa­lić? Jak wy się te­raz na są­dzie osta­tecz­nym znaj­dzie­cie? Taką do­brą matkę spa­lić... to trzeba su­mie­nia nie mieć!

Od­pro­wa­dzi­li­śmy mamę na miej­sce wiecz­nego spo­czynku pew­nego pięk­nego czerw­co­wego dnia, w samo po­łu­dnie. Ksiądz prze­czy­tał z kartki to, co mu wcze­śniej o niej na­pi­sa­łam. Nie chcia­łam, by re­cy­to­wał ja­kieś na­dęte ogól­niki i smętne for­mułki, stan­dar­dowo wy­gła­szane na po­grze­bach. Na­sza mama za­słu­gi­wała na znacz­nie wię­cej. Nie było tłumu, po­ja­wiło się kil­koro za­po­mnia­nych człon­ków ro­dziny wi­dy­wa­nych tylko przy oka­zji po­grze­bów, parę ko­le­ża­nek z daw­nej pracy, miesz­kań­ców ka­mie­nicy re­pre­zen­to­wała stara Pi­lar­ska z cór­kami i Da­rek na kacu. Pod­czas stypy, na którą przy­szli i ci za­pro­szeni, i ci nie­pro­szeni, Wi­tek po­wie­dział kilka pięk­nych, mu­szę przy­znać, bar­dzo wzru­sza­ją­cych zdań o ma­mie. Jaką była do­brą, dba­jącą i sza­nu­jącą na­sze wy­bory matką, która ni­gdy się nie wtrą­cała, na­to­miast za­wsze ki­bi­co­wała, na­wet je­śli stą­pa­li­śmy po kru­chym lo­dzie. Mie­li­śmy w niej przy­ja­ciółkę, po­wier­niczkę i tar­czę prze­ciwko złu tego pę­dzą­cego do­ni­kąd świata, po­wie­dział. Kiedy za­czął wspo­mi­nać jej dow­cipne po­wie­dze­nia, ko­men­ta­rze rze­czy­wi­sto­ści, jej krót­kie, aku­ratne ri­po­sty, nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać łez. Wi­tek ja­koś się trzy­mał, jego te­le­wi­zyjny szyk bar­dzo się ża­łob­ni­kom po­do­bał, mnie zresztą też.

Za­raz po po­grze­bie wy­je­cha­łam, nie po­rząd­ku­jąc na­szego miesz­ka­nia, gdzie wciąż jesz­cze snuły się za­pa­chy ro­dzi­ców. W szu­fla­dach, sza­fach, sza­fecz­kach, wszę­dzie były rze­czy mamy, któ­rych nie mia­łam siły przej­rzeć ani wy­se­lek­cjo­no­wać, oraz ru­pie­cie taty, któ­rych ona nie miała siły się po­zbyć. Po śmierci taty wszyst­kie jego ubra­nia i przed­mioty za­sty­gły w cza­sie i prze­strzeni. Kurtki, niech wi­szą, buty, niech stoją, książki, niech leżą, ulu­biony ku­bek, z któ­rego co rano pił her­batę, mama po­zwo­liła mi wziąć na pa­miątkę. Oraz do­wód oso­bi­sty, ka­wa­łe­czek pla­stiku ze zdję­ciem, ale wszyst­kie inne zdję­cia miały zo­stać w al­bu­mach. Gdy mama ode­szła, rze­czy taty wy­lą­do­wały w pu­dle wraz z pa­miąt­kami po niej, które do­piero co były przed­mio­tami co­dzien­nego użytku. Szczotka do wło­sów, pil­nik do pa­znokci, szklanki, fi­li­żanki, no­te­siki, skar­petki, pa­ski, na­po­częte kremy, wy­schnięte tu­sze, szminki zu­żyte do po­łowy, le­kar­stwa, wszystko w do­brym sta­nie, pra­wie nie­na­ru­szone. Je­ste­śmy tylko epi­zo­dem w ży­ciu przed­mio­tów, po­wie­dział ktoś i ra­cję miał. Lu­dzie, któ­rych ko­cha­łam nad ży­cie, roz­sy­pali się, a głu­pie wałki do wło­sów i śru­bo­kręt z czer­woną rączką le­żały w szu­fla­dzie pełne ży­cia, go­towe słu­żyć da­lej.

Nie roz­ma­wia­li­śmy z Wit­kiem o ro­dzi­cach po ich śmierci, żadne z nas nie było go­towe wra­cać do tam­tego świata, który skoń­czył się tak na­gle, bez ostrze­że­nia czy znie­czu­le­nia. Zo­sta­li­śmy sami.

Gdy że­gna­łam się z to­wa­rzysz­kami szpi­tal­nej przy­gody, bab­cia Jan­dzia ży­czyła mi wszyst­kiego do­brego, zdro­wia i opieki Matki Bo­ski, Prze­czy­stej Pa­nienki, która z Ja­snej Góry niech mnie pro­wa­dzi i w opiece ma. Cu­krzyca mruk­nęła "do wi­dze­nia" i we­pchnęła so­bie do ust pół­księ­życ jabłka gala, które wła­śnie ob­rała.

Wi­tek wziął ode mnie wa­lizkę i po­ma­sze­ro­wa­li­śmy ko­ry­ta­rzem w stronę wyj­ścia.

- Można tak wyjść ze szpi­tala bez wy­pisu?

- Za­pła­ci­łam Ka­lic­kiemu pięć ty­sięcy do far­tu­cha. To za ope­ra­cję i za wyj­ście, niech się mar­twi - od­par­łam. Wi­tek po­krę­cił głową z dez­apro­batą.

Mój wy­pa­ko­wany po su­fit róż­nymi kla­mo­tami land ro­ver stał na pierw­szym par­kingu. Wi­tek ob­szedł sa­mo­chód, zaj­rzał przez szybę do środka, i po­go­dził się z my­ślą, że mój przy­jazd do Pol­ski nie jest tylko krótką wi­zytą.

- Ucie­kłaś od męża?

Nie od­po­wie­dzia­łam. Po­ło­ży­łam wa­lizkę na sie­dze­niu pa­sa­żera i za­trza­snę­łam drzwi.

- Ju­tro dam znać, gdzie się za­trzy­ma­łam.

- Po­cze­kaj... - Wi­tek wy­cią­gnął ręce z kie­szeni spodni. - Do­kąd je­dziesz?

- Zmę­czona je­stem, głodna, nie­wy­spana, jadę do ho­telu i zro­bię so­bie sa­na­to­rium.

- Za­pro­sił­bym cię do nas, do War­szawy. Ka­się mu­szę uprze­dzić.

- Nie! - za­pro­te­sto­wa­łam. - Nie mam siły na taką długą po­dróż.

Wi­tek nie był sen­ty­men­talny, nie po­trze­bo­wał star­szej sio­stry. Siłę i za­do­wo­le­nie czer­pał z uwiel­bie­nia, ja­kim da­rzyły go jego ko­biety i rze­sza ano­ni­mo­wych fa­nek da­jąca lajki pod jego sel­fi­kami. Miał w ży­ciu dwa słab­sze mo­menty, wtedy szu­kał kon­taktu ze mną, dzwo­nił, pi­sał, skam­lał o zro­zu­mie­nie i po­cie­sze­nie, ale gdy tylko wy­grze­bał się z dołka, jakby usu­nął mój nu­mer z kon­tak­tów. Mo­głam po­je­chać z nim do War­szawy, przy­tu­lić się do cie­płego ko­cyka na wiel­kim łożu, po­pa­trzeć na ogród, po­ba­wić się z jego córką Amelką, którą wi­dzia­łam dwa razy w ży­ciu, od­po­cząć i po­zbie­rać my­śli, bo były w po­twor­nym nie­ła­dzie. Żona Witka, Ka­ta­rzyna Har­lan, za­su­szona czter­dzie­sto­latka z pon­to­nem w miej­scu ust, na któ­rym chcia­łoby się po pro­stu usiąść, z ra­do­ścią to­wa­rzy­szy­łaby mi w pi­ciu i ana­li­zo­wa­niu. Od lat ni­czego nie zja­dła, aby nie prze­kro­czyć pięć­dzie­siątki na wa­dze, ale lu­biła się na­rą­bać i wtedy opo­wia­dała o swo­jej ka­rie­rze w pol­skim show-biz­ne­sie, któ­rej w żad­nym ra­zie NIE ZA­WDZIĘ­CZA sław­nym ro­dzi­com, też ak­to­rom. Żona Witka była ak­torką z do­brym ro­do­wo­dem, jej oj­ciec Hen­ryk grał u Wajdy i Kutza, a matka od nie­pa­mięt­nych cza­sów miała etat w Te­atrze Na­ro­do­wym. Na stare lata Emi­lia Har­lan wzięła się do śpie­wa­nia. W kla­nie Har­la­nów był jesz­cze brat Ka­ta­rzyny, Ra­dek, show­men z wła­snym ze­spo­łem mu­zycz­nym, któ­rego znał każdy widz Pol­satu, i sio­stra Agata, która za­wio­dła ro­dzi­ców tym, że nie stała się sławna. Kiedy Ka­ta­rzyna Har­lan sta­nęła na szczy­cie pi­ra­midy te­le­wi­zyj­nej po­pu­lar­no­ści, oże­nił się z nią młod­szy o sześć lat, ni­komu nie­znany Wi­tek Be­ster i aku­rat wtedy otwarły się wrota do jego ka­riery te­le­wi­zyj­nej, któ­rej w żad­nym ra­zie NIE ZA­WDZIĘ­CZAŁ żo­nie. Nie za­wdzię­cza­jąc nic ni­komu, klan Har­la­nów z Wit­kiem Be­ste­rem pły­nął z prą­dem, raz po spo­koj­nych wo­dach, kiedy in­dziej po wzbu­rzo­nych, ale za­wsze do przodu.

- Rano mam na­gra­nie, mu­szę wra­cać do War­szawy... - Te­le­fon Witka za­czął w tym mo­men­cie bu­czeć, nie było wąt­pli­wo­ści, że musi je­chać.

- O mnie się nie martw. Je­stem dużą dziew­czynką, po­ra­dzę so­bie.

- Nie wąt­pię, ale cho­ciaż po­wiedz mi, co się stało. Po­kłó­ci­łaś się z Wil­lia­mem? Wi­dzę prze­cież, że zje­cha­łaś z ca­łym maj­da­nem, chyba nie na week­end, co?

- Roz­sta­li­śmy się.

- Na za­wsze? Z da­leka pre­zen­to­wa­li­ście się bar­dzo ład­nie - kpił. - Na­wet wam za­zdro­ści­łem tego kul­tu­ral­nego po­ży­cia. Za­wsze grzecz­nie, oby­cza­jowo, sorry, sorry, yes, ple­ase, no, thank you, no i jeb!

- Lu­dzie z do­brymi ma­nie­rami też się roz­wo­dzą - od­par­łam.

- Roz­wód? O! Grubo.

- Wi­tek, mu­szę już je­chać, miło było cię zo­ba­czyć, dzię­kuję, że się fa­ty­go­wa­łeś spe­cjal­nie dla mnie, do­ce­niam tro­skę i po­świę­cony czas. Po­zdrów ode mnie Ka­się, uca­łuj Amelkę.

Słońce wy­su­nęło się zza pu­cha­tej chmurki i na­tych­miast zro­biło się go­rąco. Oboje z bra­tem spoj­rze­li­śmy w niebo. Wi­tek za­klął, nie miał przy so­bie oku­la­rów.

Na miej­sce par­kin­gowe obok nas za­je­chała mazda ma­li­no­wego ko­loru. Do­kład­nie taki mo­del i ko­lor stał w ga­rażu Dżuli. Kie­rowca i dziew­czyna przy­glą­dali się nam przez chwilę, przy­bli­ża­jąc twa­rze do szyby. Roz­po­znali Witka. Można się było spo­dzie­wać, że jak tylko wy­siądą z sa­mo­chodu, rzucą się na niego, będą się ła­sić, po­pro­szą o wspólne foto i au­to­graf na od­wro­cie ra­chunku z Ca­sto­ramy, który on na pewno ma w kie­szeni ma­ry­narki. "Pan w te­le­wi­zji wy­daje się wyż­szy!" - po­wie ona. Obcy lu­dzie chcieli go nie tylko sfo­to­gra­fo­wać, ale i do­tknąć. Naj­gor­sze były star­sze pa­nie, tych naj­trud­niej było się po­zbyć i naj­ła­twiej można było je ura­zić.

Dziew­czyna wy­szła z auta jako pierw­sza, za nią wy­sko­czył chło­pak. Ty­powa para w pol­skim stan­dar­dzie - ona ładna i zgrabna, on brzydki i wy­go­lony po wię­zien­nemu. Ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak wkła­dają oku­lary, za­my­kają auto, chcie­li­śmy mieć to spo­tka­nie z fa­nami jak naj­szyb­ciej za sobą. Mło­dzi ru­szyli w na­szym kie­runku wol­nym kro­kiem, dziew­czyna za­trzy­mała się krok od Witka, jej chło­pak sku­lił ra­miona i po­szedł da­lej.

- Na­plu­ła­bym panu w twarz, ale na­wet tego się brzy­dzę - rzu­ciła, pa­trząc Wit­kowi pro­sto w oczy. - Bę­dziemy pa­mię­tać to pana da­wa­nie dupy w re­żi­mówce, długo bę­dziemy pa­mię­tać. Jak panu nie wstyd... fuj!

- Re­nia, chodź już... - Chło­pak za­trzy­mał się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od nas i wzro­kiem prze­pra­szał za swoją dziew­czynę. Wi­tek nie pierw­szy raz spo­ty­kał an­ty­fankę, wie­dział, jak się za­cho­wać. Uśmiech­nął się przy­jaź­nie, po­ka­zał swoje nowe zęby i ró­żowe dzią­sła.

- Niech pani idzie... na­rze­czony do­brze ra­dzi - po­wie­dział do dziew­czyny, ale ona nie ru­szała się z miej­sca.

- Moja matka kie­dyś pana lu­biła, te­raz pa­trzeć na pana nie może.

- Niech nie pa­trzy. - Wi­tek od­wró­cił się w moją stronę i za­czął się że­gnać, jak­by­śmy byli na tym par­kingu tylko we dwoje.

- Za­dzwoń wie­czo­rem. Po­sta­ram się coś za­ła­twić z miesz­ka­niem, jesz­cze dziś skon­tak­tuję się z na­jem­cami, to by było naj­lep­sze roz­wią­za­nie tym­cza­sowe. Skoro już zje­cha­łaś do Po­landu na dłu­żej, nie wy­pada, że­byś się tu­łała po ho­te­lach.

- Po­roz­ma­wiamy o tym. Nie te­raz - od­par­łam.

Po­mógł mi wsiąść do sa­mo­chodu i za­trza­snął drzwi. Za­nim para skrę­ciła w alejkę pro­wa­dzącą do szpi­tal­nych drzwi, dziew­czyna obej­rzała się i po­ka­zała nam środ­kowy pa­lec. Wi­tek zi­gno­ro­wał całe zaj­ście, po­że­gna­li­śmy się dość wy­lew­nie jak na oko­licz­no­ści, po czym ja od­je­cha­łam w swoją stronę, on udał się w swoją. Kiedy tylko jego mer­ce­des znik­nął za ho­ry­zon­tem, za­trzy­ma­łam swo­jego sta­rego land ro­vera i za­dzwo­ni­łam do Wil­liama. Po­in­for­mo­wa­łam go, żeby nie cze­kał na mnie z ko­la­cją przez naj­bliż­sze mie­siące i nie ża­lił się mo­jemu bratu. Ple­ase, thank you.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki