ŁÓDŹ
"We wszystkich większych miastach zachodnio-europejskich - pisze w jednym z numerów "Świata" z 1908 roku niejaki Fks. - istnieją miejsca lżejszej zabawy, t. zw. music-hall'e, w których rozbrzmiewa wesoła lub liryczna piosenka, gimnastycy pokazują swe trudne, nieraz karkołomne sztuki. Nie można się dziwić. Po ciężko przepracowanym dniu człowiek pożąda rozrywki, nie wymagającej silniejszych wysiłków umysłowych. (...) W Łodzi - ciągnie dalej Fks. - więcej niż gdziekolwiek dawała się czuć potrzeba takiego przybytku. Teatr Polski doskonale prowadzony przez Zelwerowicza ma swój repertuar i swoją publiczność. Nie trzeba jednak zapominać, że Łódź posiada wśród swej ludności dużo Niemców i Żydów, nie znających lub słabo znających język polski, że do miasta przybywają ciągle duże zastępy cudzoziemców ze Wschodu i z Zachodu".
Fakt ten umiejętnie wykorzystali przybyli tam w 1903 roku panowie, ojciec Eug?ne'a, Teodor Junod, i jego duński kolega Edward Vorthell. Uraczyli "polski Manchester" zawiązaną tam spółką, która umożliwiła im założenie i prowadzenie bioskopu, pierwszego kina niemego w Łodzi. Potem postawili przed sobą nowy cel: "założenie w Łodzi teatru Varietes na wielką skalę i w najlepszym smaku. (...) Za wzór wzięli sobie nie ordynarne, analogiczne cafés chantant'y niemieckie, albo pornografię uprawiające beugland'y francuskie, ale wielkie music-hall'e londyńskie i odnieśli zwycięstwo, dzięki zręcznie dobieranemu, co dwa tygodnie zmienianemu repertuarowi, który bawił nie szerząc zgorszenia i zepsucia, dzięki ruchliwości i dobrej organizacyi".
"Ojciec mój w Łodzi otworzył teatr Uranja - wspomni o tym w cytowanym już autoportrecie Bodo - mnie zaś kształcono, chcąc zrobić ze mnie jakiegoś użytecznego członka społeczeństwa".
"Junodowa" Urania powstała na początku 1907 roku. Była długim, dość pojemnym, drewnianym obiektem z miejscami siedzącymi i stojącymi. Stała na rogu Piotrkowskiej i Cegielnianej (dziś jest tam dom handlowy Magda). Obok znajdował się ogródek, w którym w porze letniej odbywały się także seanse kinematograficzne i przedstawienia kabaretowe. Działała od poniedziałku do piątku między ósmą i dziesiątą wieczorem, a w soboty i niedziele od czwartej do północy, pod hasłem "bawić, a nie nużyć".
Co oferowała Urania? Zmyślne artystyczne specjały podpatrywane w Berlinie, Paryżu i Londynie, dobrze zaopatrzony bufet, dwie orkiestry, werandę do spacerów w zimie, a latem ogródkowe atrakcje, występy cyrkowców, kuplecistów, szansonistek, tancerek oraz filmy cudze i własne.
"Właściciel teatru Uranja, p. Junod, z całego przebiegu wyścigów konnych [w Ksawerowie koło Pabianic] zrobił zdjęcia kinematograficzne - informował swych czytelników łódzki "Rozwój" - które za dni kilka będziemy mogli oglądać w jego teatrze. Za pozwolenie zdjęć, p. Junod zobowiązał się dać jedno przedstawienie na korzyść pogotowia ratunkowego. Kasa pogotowia zostanie zasiloną z wyścigów sumą około 100 rubli".
Kino-teatr-variete Urania nie była jedynym lokalem pana Junoda. W 1910 zawarł umowę z Władysławem Glogerem, dyrektorem sceny ludowej Leśniczówka, której mocą "najciekawsze atrakcye ze swego programu pokazywać będzie dla wzbogacenia repertuaru zabaw ludowych".
Nie próżnowała też Jadwiga Junodowa. Niedaleko Uranii, przy Teatrze Polskim, otworzyła restaurację Masque, dzieląc czas na pilnowanie "interesu" i prowadzenie domu.
Okazałe mieszkanie państwa Junodów znajdowało się niedaleko, też przy Piotrkowskiej. Dlatego mały Genio bywał w lokalach rodziców niemal codziennie. Czego uczył go ojciec? Kogo podpatrywał za kulisami? Kiedy zaczął? Co umiał? Ile lat miał wtedy mały artysta?
Rósł w cieniu gwiazd sceny i cyrku, wśród kurtyn i reflektorów. Kiedy tylko otworzył oczy, widział nieustannie ekran objazdowego kina, które prowadził ojciec. Przemierzył z nim wielkie przestrzenie imperium rosyjskiego. Wtedy podobno nauczył się języka rosyjskiego. Z mamą mówił po polsku, a w rozmowie z tatą sporo rozumiał po francusku.
Trafił na scenę bardzo wcześnie. Bywalcy łódzkich lokali państwa Junodów zapamiętali go, gdy miał dziesięć lat. Bawił kabaretową publiczność cyrkową wręcz zręcznością w posługiwaniu się lassem. Występ w kowbojskim kostiumie kończył, śpiewając i tańcząc w rytm Yankee Doodle, popularnej wtedy, westernowej ballady. Zejściu ze sceny towarzyszyły - a jakże - strzały z colta. Oklaskom nie było końca, nie dlatego, że był synem właściciela (bo o tym wiedzieli wszyscy), ale dlatego, że był naprawdę utalentowany.
Za kulisami nieustannie podglądał, podsłuchiwał i marzył. Zamykając oczy, widział wokół siebie zachwyconą publiczność. Ale gdy je otwierał, widział wielce niezadowoloną minę matki, która spodziewała się, że jej pierworodny posiądzie wkrótce szanowaną powszechnie profesję. Obawa przed rodzinnymi niesnaskami sprawiła, że i papa Junod się zreflektował. Nieśmiało namawiał syna, aby wstąpił do szkoły handlowej. Tym bardziej, że z panem [?] Maillot należał do grona pedagogicznego tej cenionej w Łodzi placówki dydaktycznej. Obaj uczyli języka francuskiego. "Po zebraniu cyfr - donosił tygodnik "Rozwój" - liczba uczniów przedstawia się jak poniżej: w klasie wstępnej młodszej - 66, we wstępnej starszej - 105, w pierwszej - 1 7, w drugiej - 105, w trzeciej - 105 [do niej uczęszczał mały Junod], w czwartej - 73, w piątej - 71, w szóstej - 38, w siódmej - 17, ogółem 697 uczniów".
Okazało się jednak, że Genio nie ma zupełnie głowy do rachunków. Nauki prawnicze były stanowczo za trudne. Ambicje mamy o jego karierze lekarskiej rychło prysły, gdy okazało się, że kandydatowi na medyka na widok krwi kręci się w głowie. W poszukiwaniu fachu jednak nie ustawano. Ale gdy postanowiono, że powinien zakosztować, jak jest w kolejnictwie, uciekł z domu. Pociągiem.
"Niestety, marzenia moich rodziców rozwiały się właśnie w świetle lamp elektrycznych. Ku wielkiej ich rozpaczy - komentuje ten fakt Bodo - wstąpiłem na scenę. Historyczny ten moment zdarzył się dnia 27 października 1917 roku".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki