Fale Oceanii - Gabriela Matkowska-Yuukina

Reflow text when sidebars are open.
Wstrzymałam oddech, wytężyłam wzrok, po czym zsunęłam się na desce wzdłuż sporej fali, na której dryfowałam. Gdy nadszedł odpowiedni moment, zrobiłam salto i wskoczyłam do wody. Po chwili wynurzyłam się na delfina kilka metrów dalej.
- Lucy! - krzyknął Aleksy, machając do mnie z brzegu.
Odruchowo odmachałam przyjacielowi. Roy, mój chłopak, stał obok z poważną miną. Był ubrany w szorty i rozpiętą białą koszulę. Cały on - typowy blond bad boy z niebieskimi oczami. Wszystkie dziewczyny ze szkoły zazdrościły mi takiego przystojniaka, ale prawda była taka, że nie był wcale taki idealny, jak im się wydawało. Roy miał ciężki charakter, był straszliwie zazdrosny i infantylny.
Wyszłam z wody, czując, jak stopy zapadają się w miękkim piasku. Uwielbiałam to uczucie, było takie relaksujące.
- To było cudowne! - zaśmiał się Aleksy, podchodząc do mnie. - Dawno tak dobrze ci nie szło!
- Prawda? - wysapałam, opierając się o deskę, którą wbiłam w piasek. - Myślałam, że te ostatnie treningi na sucho nic nie pomogą, a okazuje się, że naprawdę robią świetną robotę.
- No jasne, efekty widać gołym okiem.
Spojrzałam na przyjaciela. Był z metra cięty, miał ciemne oczy, kruczoczarne włosy oraz kobiecą twarz. Bardzo go lubiłam, czasem nawet za bardzo. Był niczym drogowskaz - zawsze obok, gdy potrzebowałam rady, potrafił docenić i podnieść mnie na duchu.
- Skończyliście? - wtrącił Roy, nie odrywając wzroku od komórki. - Nie chce mi się tutaj sterczeć cały dzień.
Wywróciłam oczami.
- Nikt ci nie każe tu z nami siedzieć - odcięłam się. - Jeśli coś ci się nie podoba, to proszę bardzo, tam jest bar. - Wskazałam palcem na lokal w porcie. - Kara na pewno siedzi w środku i delektuje się drinkami ze słomką!
- Ach tak? Tego chcesz? - syknął, marszcząc brwi. - To na razie!
- I to by było na tyle w kwestii jego wsparcia - jęknęłam, skupiając swoją uwagę na Aleksym, który wpatrywał się w nas w milczeniu.
- Zawsze tak jest - oznajmił, jakby było to coś oczywistego. - Przyjdzie, pomarudzi, poogląda twój zacny tyłek w stroju kąpielowym i spierdoli.
- Mój zacny tyłek? - powtórzyłam rozbawiona.
- No, twój zacny tyłek - prychnął. - A teraz musisz odpocząć, wracajmy - dodał, po czym włożył ręce do kieszeni i ruszył brzegiem oceanu w stronę mojego domu.
- Też tak myślę - przyznałam, nie przestając się śmiać.
Wzięłam deskę i podążyłam za nim.
- Jestem ostatnio przemęczona. Nic mi się nie chce... - wyznałam po chwili.
Zdezorientowany zerknął na mnie z ukosa.
- Przede mną ostatni rok szkoły - ciągnęłam dalej - a ja czuję, jakbym dopiero zaczynała liceum! Jak sobie pomyślę, co mnie czeka po wakacjach... korki, treningi, masa materiału do nauki... Zazdroszczę ci, że idziesz już na studia. To coś niesamowitego!
- Nie ekscytuj się tak. Studia jak studia, ale to nadal szkoła. Choć może jednak studiowanie to...
- ...już inna para butów - dokończyłam.
Na naszej wyspie znajdowały się szkoły zawodowe, technika i licea, ale nie było wyższych uczelni. Studiowanie wiązało się z wyjazdem za granicę.
- Twoja siostra wraca w tym miesiącu? - wypalił Aleksy, zatrzymując się.
Co? Naprawdę nie miałam ochoty na pogaduchy na temat Eileen. Mruknęłam coś pod nosem i przyśpieszyłam kroku. Wiedziałam, że będzie o nią dopytywał. Dlaczego musiała się pojawiać w każdej naszej rozmowie?
- Jesteś moim przyjacielem? - Odwróciłam się do niego poirytowana, pozwalając, aby fale oceanu zalały mi stopy.
Chłopak spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
- Dobrze wiesz, że nie o to chodzi - domyślił się.
- A ty dobrze wiesz, że nie lubię rozmawiać na jej temat.
- Lucy... po prostu za nią tęsknię - wyznał.
Pokręciłam głową.
Kolejny naiwniak, który myśli tylko o sobie - pomyślałam, o mało nie wypowiadając tego na głos.
- A ja nie! - prychnęłam i pobiegłam w stronę domu.
*
Mieszkamy z rodzicami na cyplu oddalonym o około kilometr od portu. Dom kiedyś należał do mojego dziadka, ale przed śmiercią zapisał nam go w spadku. Miał zaledwie siedemdziesiąt dwa lata, gdy zmarł z powodu choroby, której nazwy nigdy nie potrafiłam zapamiętać. Atakowała układ odpornościowy, przez co ciężko przechodził nawet grypę.
Dom był niewielkim, parterowym budynkiem z poddaszem, zbudowanym z dębowego drewna, które wyblakło od słońca na przestrzeni lat. Miał cztery tarasy - dwa półokrągłe z przodu, jeden przy moim pokoju oraz jeden z tyłu - podtrzymywane dębowymi belkami. Miał też piękne drewniane okna w tym samym kolorze co drzwi i podłogi.
Zatrzymałam się przed schodami prowadzącymi na półokrągły taras. Zmarszczyłam brwi i zamknęłam oczy, nasłuchując szumu fal. Nie chciałam tu wracać. Stary dom, rodzice stęsknieni za osobą, która ma ich w głębokim poważaniu, i skupieni na wszystkim, tylko nie na mnie i moim życiu... Nieważne, jak bardzo staram się zwrócić na siebie ich uwagę licznymi pucharami za sukcesy w surfingu - nic to nie daje. Całe szczęście, że to kocham. A przynajmniej chcę w to wierzyć, choć jakaś cząstka mnie nadal w to wątpi. Czasami zastanawiam się, czy surfing nie jest jedynie ucieczką przed bólem po stracie ukochanego dziadka.
Oparłam deskę o ścianę i weszłam do domu. Mama krzątała się przy kuchennym blacie. Kuchnia nie należała do największych. Na środku znajdowała się wyspa, przy której stały wysokie drewniane krzesła. Na lewo był zlew w drewnianej zabudowie, pod którym kitramy miski oraz sporej wielkości garnki, a na prawo lodówka, obok której znajdowały się różnego rodzaju sprzęty łowieckie mojego taty. Jest rybakiem, ale zajmuje się też naprawą łodzi.
Usiadłam przy wyspie. Dlaczego tyle tutaj drewna? - pomyślałam. Co prawda robiło klimat, ale rzygać mi się już od tego chciało.
- Cześć - rzuciłam, wpatrując się w plecy mojej rodzicielki, która tańczyła w rytm muzyki dobiegającej z radia w drugim pokoju.
Mama podskoczyła, po czym odwróciła się i uśmiechnęła do mnie.
- Jak było w szkole?
Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Mama uniosła pytająco brew. Dopiero gdy przygryzłam wargę, zorientowała się, że nie byłam dzisiaj w szkole.
- Wybacz, kochanie...
- To nic - odparłam, wzięłam jabłko i się w nie wgryzłam. - Zdarza się... - Znowu, dokończyłam w myślach, schodząc ze stołka.
Weszłam do salonu. Był jasny i przestronny a przez szklane drzwi tarasowe rozciągał się wspaniały widok na ocean. Tata siedział na narożniku z pilotem w ręku i zmieniał kanały, próbując znaleźć coś ciekawego.
- Cześć, tato! - zawołałam.
- Cześć, słonko, jak tam?
Wzruszyłam ramionami i usiadłam obok.
- Skopałaś wszystkim tyłki?
- Nie... to był jedynie trening.
Położył mi rękę na barkach.
- No więc jak było? - spytał, patrząc na mnie.
Uśmiechnęłam się. Cieszę się, że chociaż on miał lepszy dzień, gdy... Ach! Zagryzłam wargę. Mój wzrok wylądował na drzwiach do pokoju mojej siostry. Wstrzymałam oddech. Dlaczego, gdy coś się zaczyna układać, moja głowa nie potrafi dać mi spokoju? Dlaczego nie mogę po prostu o niej zapomnieć?
- Dobrze - westchnęłam. - Trochę bolą mnie nogi, ale to normalne...
- Na pewno?! - krzyknęła mama z kuchni. - Może powinnaś trochę odpocząć?
Zamarłam. Zamrugałam kilkukrotnie, odwróciłam się do wąskiego przejścia, które łączyło salon z kuchnią, i zacisnęłam pięść.
- Przecież jutro mam...
- Zajęcia rekreacyjne? - spytała, zagłuszając się talerzami.
- Zawody! - odkrzyknął ojciec.
Mama wychyliła głowę i uniosła wysoko brwi.
- No weź, zapomniałaś? - zapytał zaskoczony.
- Zapomniałam - przyznała, wzdychając. - To dlatego, że Eileen ma jutro przyjechać.
- To już jutro? - jęknął tata i wyszczerzył się jak głupi do sera. - W takim razie... - zaczął, zerkając na mnie.
- Nieważne - syknęłam, po czym wstałam i ruszyłam do swojego pokoju. Już czułam w kościach, co się święci. To pytanie i błaganie o wybaczenie mieli wypisane na twarzach.
- Lucy!
- Powiedziałam: nieważne!
Weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi, starając się nie rozpłakać. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale nie chciałam pozwolić im się wymsknąć. Miałam nadzieję, że rodzice zaraz wejdą do pokoju i usłyszę chociaż głupie "przepraszam".
Cisza. Zero kroków.
Rzuciłam się na łóżko i przyciągnęłam poduszkę do siebie. Po chwili oparłam się plecami o ścianę i spojrzałam na pokój. Kiedyś należał do dziadka. Rodzice wtedy mieli sypialnię na poddaszu, ale po jego śmierci, kiedy dach zaczął przeciekać, przenieśli się do salonu. Wcześniej ja w nim spałam, co było prawdziwą masakrą. Wytarłam nos rękawem, złapałam za telefon i odrzuciłam klapkę do tyłu. Za kilka minut dwunasta - było jeszcze za wcześnie, aby wrócić na plażę. Zdecydowanie za gorąco.
- Lucy... - Mama weszła do pokoju i usiadła naprzeciwko mnie.
Skupiłam na niej swój wzrok. Jej ciemnobrązowe oczy zaszkliły się. Kiwnęłam głową, aby zachęcić ją do mówienia.
- Nie obrazisz się, jeśli nie pójdziemy?
- Co? - zamarłam.
- Przed przyjazdem Eileen i cioci Tamary jest masa rzeczy do zrobienia. Muszę posprzątać, ugotować obiad, zrobić zakupy, nie mówiąc o cieście oraz...
- Judy... - wtrącił się tata, stając w progu - znowu chcesz to zrobić?
Obydwie spojrzałyśmy na niego.
- Co takiego?! - krzyknęła mama, zrywając się na równe nogi i zaciskając obie dłonie.
Naprawdę nie miałam ochoty na kolejną kłótnię.
- Sama mam to wszystko zrobić?! Przypominam ci, że ja też pracuję!
- Malowanie obrazów nie jest zbyt wyczerpującym zajęciem!
- Co?!
- Przestańcie - warknęłam, masując nogi.
Rodzice odwrócili się w moją stronę.
- Nie - ciągnął tata, wskazując na matkę palcem - tym razem na to nie pozwolę. To samo było cztery miesiące temu. Byłaś tak zaaferowana ich przyjazdem, że znowu odsunęłaś Lucy na drugi tor! Kiedy ostatnio byliśmy na jej zawodach, co?!
- Lucy to rozumie! - odkrzyknęła mama. - Prawda, kochanie?
Zastygłam w bezruchu. Naprawdę? Chcesz mnie stawiać w takiej sytuacji? Popatrzyłam na tatę zmieszanym wzrokiem. Zawsze wiedziałam, że jeśli powiem, co myślę na ten temat, to mama będzie miała do mnie problem. Eileen była jej oczkiem w głowie, a ja...
- Nie rób tego! - krzyknął ojciec.
- No co? - wysyczała poirytowana. - Niech się wypowie! Co jest złego w tym, że pytam własną córkę o zdanie? Zresztą, jeśli tak bardzo ci zależało na jej zawodach, trzeba było pójść, a nie teraz mi to wypominasz!
- Tak?
- Tak! - wrzasnęła stanowczo.
- Żartujesz sobie? Chcesz mi teraz powiedzieć, że nagle dajesz radę ogarnąć cały dom i zakupy? Przecież ty nie możesz niczego dźwigać, kobieto!
- No ale, jak widać, nikogo to nie interesuje!
Auć! Jedyną osobą, którą nikt się nie interesował, byłam ja. Wywoływanie kłótni przed powrotem Eileen stało się naszą rutyną. Co drugi miesiąc w domu panował hałas. Wcale nie chciałam, by tak to wyglądało. Pragnęłam tylko uwagi i akceptacji, a zamiast tego otrzymywałam... No właśnie, co? Poczucie winy?
Wstałam z łóżka, przeczesałam włosy i wyszłam na taras. Ocean zaczynał się tuż pod moimi stopami i rozciągał aż po horyzont. Hipnotyzujący widok. Usiadłam na szerokim drewnianym leżaku, przyciągnęłam do siebie nogę i założyłam słuchawki. Włączyłam pierwszy utwór z ulubionej listy przebobjów. Musiałam zrobić wszystko, żeby się nie rozpłakać.
Po jakimś czasie przyszedł tata. Ostrożnie zasunął szklane drzwi, usiadł obok i mocno mnie przytulił. Tego właśnie było mi trzeba, ale wiedziałam, że jeżeli na to pozwolę, prędzej czy później się rozpłaczę, a tego nie chciałam. Odsunęłam się od niego. Tata położył mi dłonie na policzkach i zmusił do spojrzenia na siebie. Zaprawdę powiadam wam - jak Chrystus - takie działania źle się kończą. W szczególności gdy druga osoba jest w rozsypce. Schował mi kosmyk włosów za ucho i pocałował w czoło.
- Przyjdę jutro - powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku.
Przełknęłam głośno ślinę.
- Obiecałem, że to się zmieni, i tak będzie. Matka musi zrozumieć, że ma dwie córki.
Przytaknęłam.
- Może...
- Nie - przerwał mi i odwrócił się w stronę oceanu. - Posłuchaj, mama zawsze mieszkała z rodzicami, dlatego tak ciężko jest jej zaakceptować fakt, że Eileen mieszka teraz z Tamarą.
- Wiem, próbuję ją zrozumieć, ale to trudne. Nie była nawet na ostatniej wywiadówce. W następnym roku będę w klasie maturalnej, potem pójdę na studia, to kiedy spędzę z nią czas? On powoli się kończy...
- Chcesz iść na studia?
Wzruszyłam ramionami. Sama do końca nie byłam tego pewna, ale studiowanie z Aleksym w innym mieście, a nawet na innym kontynencie, było bardzo kuszące. Poza tym ichtiologia i akwakultura od zawsze mnie przyciągały. Co prawda chciałabym uczyć surfingu i zostać na wyspie, ale w ten sposób mogłabym wyrwać się stąd choćby na chwilę. Pięć lat to przecież nie tak długo, prawda?
- Nie wiem - wydusiłam w końcu, przenosząc na niego wzrok. - Chyba.
- To wspaniale! - zawołał tata, ale jego twarz mówiła coś innego. - Myślałem, że chcesz pływać na desce... - dodał po chwili.
- Bo chcę - odparłam szybko.
Odwrócił się do mnie, zmieszany. Spojrzałam w kierunku wody i oparłam brodę na kolanach.
- Nic się nie zmieniło. Myślałam nawet, żeby po szkole zrobić sobie rok przerwy, potem pójść na studia pierwszego stopnia, po nich znów chwila przerwy i wrócić na drugi stopień. Ale czy ja wiem, czy to ma sens... Mogłabym wtedy znaleźć pracę tutaj. Uczyłabym surfingu, pomagałabym w organizacji zawodów, festiwali i innych uroczystości na wyspie. Mogłabym też wpłynąć jakoś na tutejszą administrację, by szkoły dla surferów były zakładane w odpowiednich miejscach.
Tata wypuścił głośno powietrze. Dobrze wiedział, o co mi chodzi.
- Zatoka Młyńska.
Przytaknęłam. Po drugiej stronie wyspy znajdowała się Zatoka Młyńska. Tereny wokół niej stanowiły spory obszar gospodarczy. Znajdowały się tam: wielka kopalnia naftowa, firmy produkcyjne, liczne gastronomie, siłownie oraz mały budynek szkoły surfingowej. Uczniowie tej placówki mieli przesrane. Nie dość, że zasuwali na trening dobre dwa kilometry, to kopalnia często, podobno ze względów bezpieczeństwa, zamykała przejście i nie mieli jak dostać się na zajęcia. Niestety, innej drogi nie było.
- Brak organizacji.
- Nic na to nie poradzisz, nie teraz.
- Chcecie coś do picia? - spytała niepewnie mama, zaglądając na taras.
Kiwnęłam głową.
- Oby później, bo inaczej nic mi po studiach - wróciłam do tematu i trąciłam tatę łokciem.
- To też fajna przygoda - zapewnił mnie, po czym położył palec na ustach, dając znać, że wraca mama.
Tata przysunął stolik, odebrał od mamy tacę z napojami i soczystymi kawałkami arbuza i postawił ją na blacie, a ja rzuciłam:
- Myślałam o zapisaniu się na nurkowanie.
- A co powiesz na florystykę? - zapytała mama, siadając naprzeciwko leżaka, który zajmowaliśmy z tatą. - Ciekawe zajęcie.
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. - Prawda jest taka, że na razie nie jestem niczego pewna. Wzięłabym się za wszystko po trochu, a jednocześnie za nic.
- Jakby nie patrzeć, nasza rodzina i tak zajmuje się wszystkim, co związane z wodą - rzucił tata.
- Prawda - przytaknęła mama.
- Jak to? - Spojrzałam na ojca, który sięgał po arbuza.
- Mama jest malarką - zaczął, wskazując na nią małym palcem. - Zazwyczaj maluje ocean. Ja jestem rybakiem, a twoja siostra...
- ...przeniosła się do Oceanii, gdzie studiuje podwodny świat roślin i zwierząt. W tej szkole uczy się o tym, jak o niego dbać i przeżyć pod wodą. Z tego, co opowiadała, są również zajęcia z pływania. - Mama odpaliła się jak silnik. Nie trzeba było być geniuszem, żeby zauważyć jej pełen zachwytu głos, gdy mówiła, jak Oceania wspiera podwodny świat, o którym tak mało wiemy.
- Co ty nie powiesz... - Przewróciłam oczami.
- Lucy!
- Mamy to we krwi - oznajmił tata, na co mama zmarszczyła brwi. - No dobra, wy macie to we krwi, ja się wżeniłem - wyszedł obronną ręką.
- Wiem to - rzuciłam.
- Twoja babcia również była... - zaczęła mama.
- ...inna - dokończył tata.
- Nigdy nie opowiadaliśmy ci, czym tak naprawdę jest Oceania, prawda? - spytała mama, masując sobie uda.
Dokładnie tak było, ale nie musieli tego robić.
- Dziadek mi powiedział - wyznałam. - Wiem, że niektórzy z naszej rodziny mają... płetwę? - jęknęłam, wodząc między nimi wzrokiem. - Skrzela! Mogą oddychać bardzo długo pod wodą i potrafią komunikować się z rybami. Oczywiście nie na zasadzie, że z nimi gadają - dodałam, aby pokazać im, że biorę to na poważnie. - Może nie zauważyliście, ale Eileen dobrze tego nie ukrywa. To, że ma skrzela na szyi - w odróżnieniu od cioci - nie oznacza, że tego nie widać. Chusta wszystkiego nie zakryje!
- Lucy, Eileen bardzo się tego wstydziła, tam może być sobą...
- Jakby nie patrzeć - dodał tata - ty też dobrze czujesz się w wodzie.
- Ale nie jestem taka jak ona - syknęłam. - Nie mam skrzeli, łusek czy czegoś takiego.
- Nie żartuj sobie - sapnęła mama, zagryzając arbuza.
Wzruszyłam ramionami. Taka była prawda, nie byłyśmy podobne pod żadnym względem.
- Kto wie, może ty też kiedyś się tam przeniesiesz - stwierdził tata, wpatrując się w swoje palce.
Uniosłam pytająco brew, a mama prawie zadławiła się arbuzem. Zaczęła kaszleć i schylać się w kierunku wody.
- To... - wydusiła w końcu, prostując się - nie jest niemożliwe.
Prychnęłam. Nigdy nie sądziłam, że matka kiedykolwiek rozważy taką opcję. Nie wierzyłam w to. Może i jestem inna, ale bez przesady, nie aż tak. Jestem Lucy Cowling, mam osiemnaście lat, chodzę do liceum, mam niebieskie włosy do ramion i jasną karnację. Chodzę skąpo ubrana, a surfing to moje życie. To tyle. Nic we mnie niesamowitego.
Nagle zauważyłam zbliżającego się Roya. Szedł w kierunku naszego domu, patrząc w telefon. Nie spodziewałam się, że po tym, co wydarzyło się na plaży, jeszcze dzisiaj go zobaczę. Mimo wszystko ucieszył mnie jego widok.
- Chyba masz gościa - rzuciła mama, chichocząc.
Przewróciłam oczami. Tata zaklął pod nosem i wszedł do środka, zasuwając z trzaskiem drzwi.
- Uważaj! Wiesz, ile te drzwi mają lat?! - krzyknęła mama.
Roześmiałam się, po czym zaczęłam wołać i machać do Roya. Gdy mnie usłyszał, odmachał i przyspieszył kroku. Wskoczyłam do wody i pobiegłam w jego stronę. Przytuliliśmy się na powitanie. Po chwili odsunął mnie na szerokość swoich ramion i przejechał palcem po policzku.
- Płakałaś?
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Ale mało brakowało - dodałam. - Aż tak widać?
Blondyn przytaknął i przyciągnął mnie do siebie.
- Kłótnia?
- I tak, i nie.
- Może pójdziemy na spacer?
Zamyśliłam się. Szczerze mówiąc, wcale nie miałam na to ochoty. Chciałam posiedzieć trochę z rodzicami, zanim przyjedzie Eileen. Wiedziałam jednak, że Roy będzie mnie przekonywał, dopóki się nie zgodzę.
- Tylko powiem mamie - odparłam, wskazując za siebie.
Przytaknął, a ja skierowałam się w stronę domu. Chciałam ubłagać mamę, żeby wymyśliła mi jakąś porządną wymówkę, jednak... zgadnijcie co! Oczywiście nie wypaliło! Świat po prostu uwielbia robić mi na złość! Wyszła właśnie na taras, taszcząc jakieś pudła. Kiedy odłożyła je na podłogę, zaczęła do mnie machać i krzyknęła:
- Jasne, idź!
Odwróciłam się na pięcie i zobaczyłam, że Roy wyszczerzył się jak głupi do sera. Kiedy do niego podeszłam, złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku lokalu, do którego wcześniej go wysłałam. Westchnęłam i spojrzałam przez ramię. Rodzice właśnie wychodzili, pewnie chcieli jeszcze pojechać na zakupy, jak zwykle przed przyjazdem siostry. Spuściłam głowę, starając się ją oczyścić ze zbędnych myśli, i zrównałam krok z moim chłopakiem.
*
Kawiarnio-bar Aloha, bo tak naprawdę lokal łączył obie te funkcje, był pełen młodych, opalonych, półnagich ludzi. Za każdym razem, gdy ktoś wchodził do środka, odzywały się dzwonki, które zwisały przy wejściu wraz z koralikami. Jednym słowem: było głośno. Usiedliśmy przy pierwszym wolnym stoliku na szerokich czerwonych siedziskach. Naprzeciwko nas znajdował się słomiany bar.
- Mam ochotę na granitę - wypaliłam. - Pójdziesz? - Zrobiłam kocie oczka.
Roy kiwnął głową, wstał i podszedł do baru, za którym pracował Kevin - jego znajomy ze szkoły. Wyciągnęłam telefon. W tym momencie do stolika podeszła Kara - szczupła, wysoka dziewczyna, o ładnych rysach twarzy i ciemnych, kręconych włosach. Moja najlepsza przyjaciółka. Rzuciła "Cześć!", poprawiając mokrą od potu, czerwoną, zwiewną koszulkę z dwoma niebieskimi koralikami na ramiączkach, po czym ruszyła w kierunku chłopaków. Nie zdążyłam nawet jej odpowiedzieć.
Aha, super - pomyślałam i wróciłam do przeglądania poczty. Spodziewałam się jakiejś wiadomości, ale skrzynka była pusta.
- Proszę - zawołał wesoło blondyn, stawiając przede mną szklankę z granitą.
Podziękowałam mu i zamknęłam klapkę telefonu.
Zaraz za nim przyszła Kara. Dziewczyna pierwsza usiadła przy stole, po czym przesunęła się i zrobiła miejsce Royowi. Zamyślona, wpatrywałam się w nich, słuchając ich ożywionej rozmowy.
- Naprawdę sądzisz, że to dobry pomysł? - zwróciła się do Roya, marszcząc brwi.
Spojrzałam na nią pytająco, ale Kara nie raczyła mi odpowiedzieć.
- O co chodzi? - zapytałam wprost.
Dziewczyna westchnęła.
- Nie wiem, czy chcesz o tym wiedzieć... - oznajmiła, przewracając oczami.
Znałam ten wyraz twarzy. Jeszcze bardziej się zaniepokoiłam. Wiedziałam, że właśnie teraz morduje kogoś brutalnie w myślach. Pociągnęłam kolorowy napój przez słomkę. Roy siedział ze spuszczoną głową.
- Mów - zachęciłam ją spokojnie.
Kara spojrzała mi w oczy i od razu się skrzywiła.
- No dalej!
- Wiesz, że Aleksy pracuje w oceanarium? - wypalili w tym samym momencie.
Co? Znalazł sobie pracę i nic mi nie powiedział? Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
- Po twojej minie sądzę, że nie - prychnął Roy.
- Nie wiedziałam - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wodząc między nimi wzrokiem. - W którym oceanarium?
Modliłam się, naprawdę się modliłam, aby nie było to...
- W Koralowym delfinie - oznajmił mój chłopak. - Kiepska nazwa.
- W tym oceanarium, w którym pracowała moja siostra?
Kara zagryzła wargę.
- To znaczy, że tak... - westchnęłam. - O wilku mowa - syknęłam, zaglądając w stronę baru. Aleksy właśnie usiadł przy nim z nosem w telefonie.
- Nadal o niej nie zapomniał... - jęknęła Kara.
Przytaknęłam. Miała rację, ale to, co się przez to z nim działo, wcale mi się nie podobało. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jak bardzo ją kochał. Nawet sama Eileen. Zniknęła z dnia na dzień, nie zrywając z nim. Dopiero ja uświadomiłam mu, że moja siostra przeniosła się do innego "miasta" - do Oceanii, o której nikt nie wiedział. Zerwałam z nim za nią. Co innego miałam zrobić? Tak właśnie zaczęła się nasza przyjaźń. On potrzebował kogoś, z kim mógłby porozmawiać, a ja kogoś, kto skupi na mnie całą swoją uwagę. Poza tym byłyśmy z Eileen trochę podobne z twarzy, więc to też mogło mu w jakiś sposób pomóc. Wypuściłam głośno powietrze. Cały czas gniotło mnie w środku przez to, że nie mogłam powiedzieć mu prawdy. Ale co miałabym mu powiedzieć? Przecież nawet szaleniec by mi nie uwierzył!
Moi przodkowie byli jednymi z pierwszych, którzy tutaj zamieszkali. Gdy trzysta lat temu ich statek rozbił się w pobliżu wyspy, nie mieli jak wrócić. Utknęli tu, bo pomoc nigdy nie dotarła. Z tego, co udało się uratować, zaczęli budować domy. Te pierwsze były dość małe i panowała w nich straszna duchota. Nic więc dziwnego, że wielu ocalałych nie przetrwało w takich warunkach. Mama mówiła, że ci ludzie próbowali żyć w oceanie, co było dość niecodzienną praktyką i... no cóż, na początku odbywało się to w makabryczny sposób. Zaczęli wycinać rybom skrzela i wszywać je sobie, aby mogli żyć pod wodą. Za którymś razem się udało. Z pokolenia na pokolenie Ngarczycy odbierali sobie człowieczeństwo, stając się czymś na kształt syren czy trytonów. Nie mieli tylko ogonów, które magicznie pojawiałyby się zamiast nóg. To dopiero byłaby ironia! Niektórzy jednak twierdzili inaczej. Uważali, że to zasługa wyspy, że dzięki ich wielkiemu poświęceniu uznała ich za godnych siebie, zmieniając ich w swe dzieci i obniżając poziom wody. Syreny stały się jej obrońcami. Przed czym - sama nie wiem, bo co właściwie mogłoby zagrozić wyspie?
Dla Ngarczyków wyspa była świętością, której nie można było naruszać. Właśnie dlatego, gdy wulkan po północnej stronie zaczynał drżeć, organizowali różne zawody i festiwale. Choć wielu z nich zdawało sobie sprawę, że krater od dawna pozostawał w uśpieniu, a odczuwane wstrząsy to jedynie słabe trzęsienia ziemi, wciąż wierzyli, że w ten sposób wyspa się z nimi komunikuje, pokazuje swoje oburzenie. Teraz rzadko kto tak uważał. Większość z tych uroczystości przeszła po prostu do tradycji, nawet gdy wielu turystów zaczęło się tu osiedlać. Wciąż się jej trzymamy, wyrażając w ten sposób miłość do tego miejsca. Ale wracając do Aleksego...
Jasna cholera! Miałam podejść do niego, nawet jeśli być może jest w połowie Ngarczykiem, i powiedzieć, że jego dziewczyna zeszła do podwodnego miasta, w którym mieszkają potomkowie naszych przodków?! Boże, jak to absurdalnie brzmi! Złapałam się za głowę. Najgorsze w tym wszystkim było to, że on nie wiedział, że moja siostra wraca do domu co drugi miesiąc. Całe trzydzieści jeden dni siedzi w domu, spędza czas z rodziną i totalnie ma go w dupie, a drugie trzydzieści jeden dni spędza pod wodą. W nowej szkole, z nowymi ludźmi, gdzie nie ma dla niego miejsca! Dla mnie i dla niego, i nigdy nie będzie.
- Porozmawiasz z nim? - wypaliła Kara, patrząc na mnie oczami wielkimi jak pięć złotych.
- Co? - zapytałam zmieszana. - Nie wiem, czy mam na to ochotę. Za dużo się dzieje. Jak będzie chciał, to przyjdzie do mnie i sam mi to powie. Zresztą, miał niejedną okazję, by to zrobić. Nie będę go zmuszać, nieważne, jak bardzo mnie to boli.
- Eileen nie ma już od pół roku, a on...
- ...nie może o niej zapomnieć - dokończyłam, spostrzegając, że podwędziła mi napój. - Kup sobie własny! - krzyknęłam, podśmiewając się pod nosem. - Kup nowy, wypiliście mi cały... - Podałam mojemu chłopakowi szklankę.
Roy prychnął rozbawiony i zabrał ode mnie szkło. Kara odprowadziła go wzrokiem, po czym spojrzała na mnie wymownie.
- Masz zamiar mu powiedzieć, że przyjeżdża?
- Nie powiem mu - oznajmiłam. - Zresztą, co by to dało? Gdyby Eileen chciała, sama by do niego poszła.
Kiwnęła głową. Nie wiedziałam, czy mnie popiera, ale na pewno mnie rozumiała.
- Nie chcę się w to wtrącać - dodałam.
- W co wtrącać? - spytał Aleks, podchodząc do nas. Postawił na stole cztery kolorowe napoje, w tym jeden ze słomką dla mnie. Dobrze wiedział, że jeśli przyjdzie bez niej, będzie musiał się po nią wrócić. - A tak w ogóle, to znalazłem pracę - zwrócił się do mnie.
Już o tym wiem - pomyślałam, powstrzymując się przed powiedzeniem tego na głos.
- W oceanarium - ciągnął. - Tam, gdzie była zatrudniona Eileen. Potrzebowałem pracy, a to miejsce jest najbliżej mojego domu i mogę chodzić z buta. - Wzruszył nieznacznie ramionami.
Roy wrócił do stolika i spojrzał na mnie z dziwnym grymasem. Kara zaśmiała się pod nosem, przyklejona do telefonu. Nie chciała dać po sobie poznać, że już się wygadała, ale miała to wypisane na twarzy.
- Sprzątam, ale chyba to już wiesz... - stwierdził, gromiąc ciemną blondynkę wzrokiem. - Sam chciałem ci o tym powiedzieć.
- Byłam szybsza - rzuciła Kara, odkładając telefon. - Zresztą zatrudniłeś się tam już kilka dni temu, a mówisz jej o tym dopiero dzisiaj, więc nie pierdol, że chciałeś... Nie rozumiem, jak możesz tam pracować.
- A dlaczego nie?
- Mózg ci przegrzało? - warknęła. - Miałeś o niej zapomnieć! Już nie pamiętasz, jak upiłeś się pod barem i musieliśmy cię ściągać o czwartej nad ranem?! Zawieźliśmy cię na płukanie żołądka, byłeś blady jak ściana, wyglądałeś jak worek kości! - krzyknęła, po czym wstała i wyszła na zewnątrz.
- Musi ochłonąć - rzucił Roy.
- Lucy, ja... - zaczął Aleks.
- Rób, co chcesz, to twoje życie, ale...
- ...uważaj na siebie - dokończył.
Kiwnęłam głową.
- Taka była umowa. Zresztą nie będę pracować na tym samym wydziale co ona. Mam nadzieję, że nie będą o niej gadać, ale potrzebuję hajsu, i to pilnie.
- Na co zbierasz? - wtrącił się Roy.
Aleksy westchnął ciężko.
- Matka dała mi ultimatum.
- To znaczy? - Zmarszczyłam brwi.
Jego mama jest naprawdę sympatyczną kobietą i nie stawia mu ograniczeń - dopóki nie przesadzi. Raz mu się zdarzyło. Przyłapała go zalanego w trupa w środku nocy. Od tamtej pory mocno się pilnuje. Gdy sytuacja wymknie mu się spod kontroli, przychodzi do mnie, bo wie, że w domu dostanie szlaban do końca życia. Wie również, że ja mu nie odmówię. Na całe szczęście nie śpię już w salonie, bo byłby w dupie.
- Chce, żebym poszedł na studia. Próbowałem ją przekonać, żeby zmieniła zdanie albo pozwoliła mi... to znaczy zgodziła się na rok przerwy, ale warunkiem było podjęcie pracy. Stwierdziła, że nie ma sensu siedzieć w domu. Poszedłem więc do pokoju i zacząłem przeglądać ogłoszenia. Najwięcej było ofert typu koszenie trawy, podlewanie roślin, sprzątanie plaży. Nawet pytałem Kevina, czy nie potrzebowałby tutaj drugiego kelnera. - Wzruszył ramionami, biorąc łyk napoju. - Powiedział, że jest on i jakiś nowy, a to wystarczy. Próbowałem go przekonać, jednak... Ech, no jak widać, nie udało się.
- Przecież tutaj zawsze są kolejki. On przyjmuje zamówienia, ten młody roznosi, a co z kuchnią? - odezwała się nagle Kara, poprawiając bransoletkę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy wróciła, ale to był strzał w dziesiątkę! Aloha była naprawdę popularna i masa ludzi przychodziła tutaj, aby się napić czy poimprezować. Nasz lokalny zespół często dawał tu koncerty. Dwóch gitarzystów, klawiszowiec, bębniarz i jedna wokalistka - jak z jakiegoś filmu dla nastolatków. W odróżnieniu od kolegów, Samantha była w szkole typową kujonką z dużymi okularami w czarnej oprawie. Ogólnie nie przechwalali się swoją popularnością. Jedynie Dave, gitarzysta, miał niezłego hopla na tym punkcie i chwalił się gdzie popadnie. Typowy bad boy, tak jak mój chłop, zresztą dlatego się przyjaźnili, popisywali i palili w każdym możliwym miejscu. Nie lubiłam go, już na pierwszy rzut oka było widać, że jest toksyczny, ale Roy nie chciał tego słuchać. Chwila, myślałam, że Aleksy chciał pójść na studia...
- Zawsze trzeba tutaj tyle czekać na jedzenie, przydałaby im się pomoc - ciągnęła Kara.
- Powiedział, że tylko okazyjnie, na kilka godzin, może dwa razy w tygodniu. I to nie zawsze - poinformował nas Aleks. - Dobra, musimy gadać non stop o tej robocie? - prychnął skrzywiony.
Znowu to samo - pomyślałam i przewróciłam oczami. Nie wiem ile razy w życiu powiedziałam lub pomyślałam "znowu", ale pewnie z milion, a mam dopiero osiemnaście lat! No niecałe... Dopiero za dwa miesiące będę miała urodziny.
- Lucy - ostrzegł mnie blondyn i rozpromienił się, patrząc w stronę wejścia.
Zmieszana, odwróciłam się i ujrzałam nasz słynny zespół. Dave szedł jako pierwszy, a zaraz za nim Samantha, Neil, Emest i Tommy. Aleksy podsunął się do Roya, robiąc miejsce ciemnowłosemu, barczystemu gitarzyście. Obok Kary usiadła Samantha, ciemna blondynka o falowanych włosach i brązowych oczach, ubrana w zwiewną białą sukienkę z falbanami. Reszta przyniosła sobie krzesła. Neil, drugi gitarzysta, ubrany cały na czarno, był niskim chłopakiem o brązowych włosach i niebieskich oczach. Usadowił się tuż przy wokalistce, do której wyraźnie się ślinił. Obok niego usiadł jego brat, Emest, który grał na keyboardzie. Był co prawda trochę lepiej zbudowany, ale włosy i oczy mieli takie same. Emest był gejem. Razem z Tommym tworzyli uroczą parę. Perkusista - trochę wyższy i masywniejszy, o kasztanowych włosach i niebieskich oczach - idealnie do niego pasował, nie tylko pod względem wyglądu, ale i charakteru.
Całej piątki nie dało się nie zauważyć. Dodatkowo byli popularni. Wszyscy ich kojarzyli, najczęściej z imprez, na których sobie dorabiali. Żadne z nich nie planowało pójść na studia. Przyjaźniliśmy się, więc wiedziałam, że bardziej interesuje ich tworzenie muzyki, co naprawdę dobrze im wychodziło, oraz kursy czy prace dorywcze. Na wyspie można było znaleźć mnóstwo takich ofert, bo urząd chętnie je opłacał. Uważano, że wpływało to na integrację mieszkańców. Niestety, prawda była taka, że trudno było tu znaleźć porządną stałą pracę. Może kiedyś się to zmieni?
- Prawda, Lucy? - wypaliła Samantha, patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi oczami.
Wstrzymałam odruchowo oddech.
- Sorry - odparłam, drapiąc się po głowie. - Mogłabyś powtórzyć? Zamyśliłam się.
Dziewczyna przewróciła oczami i oparła się o stół z naburmuszoną miną.
- O czym myślałaś? - spytał Tommy, ruszając jednoznacznie brwiami.
Wystawiłam mu język. Jeszcze czego. Dobrze wiedziałam, co temu zboczeńcowi chodzi po głowie.
- Nie, nie o tym - oznajmiłam, ale tego osobnika to nie przekonało i jeszcze bardziej zaczął falować brwiami. Nie spuszczał ze mnie wzroku, a reszta chichotała tylko pod nosem. - Nie, po prostu... - westchnęłam, opierając się o drewniany blat. Boże, wszędzie to drewno! - pomyślałam.
- Tak szczerze... - zaczęłam.
- No, wyduś to z siebie - prychnął Dave.
- Cała wasza piątka wie, że chcę tutaj zostać. Na wyspie jest dobrze, ale studia też są fajne. Zawsze to jakaś przygoda, a władze bardzo wspierają naszych studentów za granicą. Są dopłaty, stypendia, potem lepsza posada, ale kurde... Z jednej strony nie chcę stąd wyjeżdżać, zwariowałabym bez oceanu i surfingu. Z drugiej strony sama nie wiem... jestem tego ciekawa. Niestety, Aleksy robi sobie przerwę, więc mamy przesrane! Wszyscy będziemy świeżakami!
Całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem.
- Pogubiłam się już w tym wszystkim i nie wiem, czego chcę - zakończyłam.
- Mam to samo - westchnęła Kara, opadając na oparcie.
- Wiecie - zaczęła Samantha - my z chłopakami naprawdę nie widzimy się nigdzie indziej niż na tej wyspie. Przez chwilę myślałam o studiach, ale spójrzmy prawdzie w oczy, w mieście jest całkiem inaczej. Miałyśmy jechać razem z Eileen... - Przerwała i spojrzała przepraszająco na Aleksego, ale na szczęście jej słowa go nie ruszyły. - Jesteśmy z Aleksym na jednym roku i jestem pełna podziwu, że myślał o studiach i wyjeździe, choć teraz wychodzi na to, że jest to trochę bardziej skomplikowane. Wiem o pracy! - Puściła mu oczko. - Ale ja? Na studiach? Bez muzyki i chłopaków? - Skrzyżowała ręce w powietrzu. - Nie przemawia to do mnie.
- Do mnie też nie - zawołał Neil.
Pozostali poszli jego śladem i zaczęli rozmawiać o swoich planach.
*
Po dwóch godzinach dostałam SMS-a od mamy. Napisała, że potrzebuje pomocy przy tarcie, więc pożegnałam się i wyszłam. Nie spodziewałam się tego, ale sądząc po dzisiejszym poranku, tata musiał zainterweniować. Znowu! Znowu, znowu, znowu i znowu... Wszystko się powtarza. Całe moje życie to jebane koło, którego nikt nie potrafi zatrzymać. Chyba nigdy tego nie zrozumiem.
Szłam powoli plażą, woda obmywała moje kostki, a pot lał się ze mnie ciurkiem. Miałam na sobie jedynie biustonosz w pięknym błękitnym kolorze i dżinsowe spodenki sięgające połowy ud, z czarnym paskiem i przypinanym łańcuszkiem. Na nogach klapały mi japonki. Chyba powinnam nauczyć się chodzić w czapce.
Gdy doszłam do domu, przez okno zobaczyłam mamę, jak krząta się w kuchni.
- Czy to nie przesada? - zapytałam, wchodząc do środka.
- Co? - spytała i popatrzyła na mnie spod uniesionych brwi.
Wymownie zerknęłam na blat i odpowiedziałam:
- Tarta, ciasto na pierogi, blaszka na babkę... Pewnie jeszcze będziesz coś piekła.
- Oj tam, Eileen nie ma w domu co drugi miesiąc. Chcę w ten sposób ją ugościć. Ciebie mam na co dzień.
- To nie moja wina, że nie jestem "inna" - jęknęłam niezadowolona, przeczesując włosy, po czym podeszłam do zlewu, żeby pozmywać.
Mama już chciała coś odpowiedzieć, ale byłam szybsza.
- Tak, wiem, że tylko w czasie pełni bariera się otwiera, że czasami mogą nie zdążyć i takie tam, ale mamo - syknęłam - ciągle wysłuchuję, jak bardzo potrzebujesz pieniędzy na nowe farby, a tu proszę: ciasta, potrawki...
- Obrazy mogą poczekać - prychnęła. - Dzieci są ważniejsze. Zresztą nie mam ostatnio weny do malowania. Moje obrazy są dobre, ale farby kosztują dwa, a nawet trzy razy więcej niż zakupy.
- Możesz zacząć oszczędzać - stwierdziłam.
- Mogę, ale lubię te farby. Poza tym tata musi wreszcie zacząć remont łazienki. Kafelki są już do wymiany...
- Ta... od dobrych pięciu lat.
- Lucy!
- Nie! - odkrzyknęłam. - Przestań szukać wymówek, mamo! Proszę cię! Już nawet nie mówię o łazience, ten dom jest stary jak świat, a nic w niego nie wkładacie! Myślisz, że będzie tak stał przez wieki? Mam pokój po dziadku, dach przecieka, panele są do wymiany, wszędzie jest drewno... No błagam, oglądasz telewizję i gadasz cały czas o bardziej nowoczesnej kuchni, a...
- Lucy, proszę cię, pomyśl trochę o siostrze!
Zacisnęłam pięści. Nie wiedziałam, czy to ze mną jest coś nie tak, ale miałam wrażenie, że po prostu nie potrafię zrozumieć jej podejścia. Dom był stary, zagracony, ja potrzebowałam odnowić pokój, bo dziadek nic z nim nie zrobił, a sypialnia naprzeciwko, która została wyremontowana, stała pusta. Dlaczego? Bo to pokój Eileen. Zajebiste pomieszczenie w idealnym stanie, którego nie można dotykać!
- Potrzebuję nowych książek - oznajmiłam zirytowana. - A także ubrań, butów i deski surfingowej. Fajnie byłoby mieć również sprzęt do nurkowania.
Mama popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
- No co? Nie tylko wy macie swoje potrzeby! - rzuciłam i wyszłam z kuchni.
Coś uderzyło o blaszkę i upadło na podłogę. Tata wszedł zaraz za mną, więc mogłam usłyszeć ich rozmowę. Co ja mówię, było ją słychać wszędzie, nieważne, gdzie bym nie była! Ściany tego domu były cieńsze niż papier!
- Co jest?
- Zapytaj Lucy - warknęła.
- O co się pokłóciłyście? Pytała o jutrzejsze zawody?
- Nie. Właśnie mnie poinformowała, że potrzebuje nowej deski.
- To w czym problem?
Tylko to zapamiętała? Na to wyglądało. Poszłam do swojego pokoju, położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. Chciałam jeszcze włączyć muzykę, ale zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, odleciałam.
*
Kiedy się obudziłam, słońce powoli zachodziło. Podniosłam się, wyszłam na taras i wskoczyłam do wody. Na szczęście była jeszcze ciepła. Albo może to ja nie odczuwałam jej normalnej temperatury, bo byłam rozgrzana. Dryfowałam na plecach.
Jakiś czas później podpłynęłam do brzegu i usiadłam na piasku. Odchyliłam głowę do tyłu, opierając się na wyprostowanych ramionach. Muzyka naszego zespołu dochodziła z oddali. Takie sytuacje pokazywały, że wyspa jest naprawdę mała. Zamknęłam oczy. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po moim ciele. Nieodparta ochota wejścia do wody niemal mnie dusiła. Wyciągnęłam telefon - dwudziesta pierwsza czterdzieści osiem. Musiałam to zrobić. Od jakiegoś czasu miałam swoje ulubione miejsce. Była to grota ukryta w ścianie wysokiego klifu. Tam więc się udałam.
Kiedy dotarłam na miejsce, stanęłam na środku półokrągłego źródła. Woda sięgała mi do kolan, dając przyjemne, kojące uczucie. Usiadłam po turecku, tylko głowa pozostawała nad powierzchnią. Wpatrywałam się w delikatnie falującą wodę. Hipnotyzujący widok.
- I co teraz? - jęknęłam.
Wyciągnęłam rękę, odwróciłam ją wewnętrzną stroną do góry i zacisnęłam w pięść. Woda powoli formowała się na niej w niewielkie bąble powietrza. Nie miałam pojęcia, jak to się działo, ale nawet nie chciałam wiedzieć. Nie podobała mi się myśl, że mogę być jednak podobna do mojej siostry. Przerażało mnie to. Dlatego nikt nie mógł się o tym dowiedzieć...