Rozdział IV
Zaczarowany pałac
Nadchodził wieczór. Pod drzewami robiło się coraz ciemniej. Po jasnym gościńcu Pędziwiatr biegł truchtem, z rozdętymi nozdrzami, wysoko podnosząc nogi, z podniesionym ogonem, wyglądającym jak pióropusz.
Kawaler de Capestang, obdarty, zakurzony, zakrwawiony, z rozpaloną głową, niezdolny zebrać razem tysięcy myśli zderzających się w jego podnieconej wyobraźni, jeszcze podekscytowany tym dziwacznym snem, którym zdawał się żyć, tym wspomnieniem bitwy, podczas której poczuł drzemiącą w nim do tej pory nieznaną siłę, zatem ów kawaler puścił wodze swemu rumakowi, mając tylko jedną jasną myśl: Jutro odszukać wszechwładnego pana, któremu został polecony, Concino Conciniego, marszałka d'Ancre! Opowiedzieć mu o całym zajściu, przyjąć się do niego na służbę i znaleźć w nim potężnego protektora.
- Ponieważ - mówił do siebie - człowiek, którego zaatakowałem, niewątpliwie musi być wysoko postawioną osobistością, może jakimś księciem... Słyszałem, jak jego ludzie tytułowali go Waszą Wysokością! Ach, biedny Capestangu! Jeśli nie otrzymasz ochrony znakomitego marszałka d'Ancre, nie dałbym nawet pół pistola36 za twoją skórę! Do Paryża! Prędko do Paryża! Hop, hop, Pędziwiatrze!
Jednak dotarłszy do pierwszych domów Meudon, gdy już zapadała noc, poczuł się tak słaby z powodu utraty krwi, że widział tylko jakby przez mgłę. Zrozumiał, iż nie może jechać dalej.
Zobaczył zajazd. Wjechał tam, wprowadził Pędziwiatra do stajni, ustawił przy korycie i kazał sobie dać pokój. Ten, do którego go zaprowadzono - najpiękniejszy, jak zapewniała gospodyni, ze wszystkich pokoi w hotelach w Meudon - był gabinetem z oknami wychodzącymi na drogę.
Tymczasem właścicielka, głosząc pochwały na cześć pokoju i hotelu, a jednocześnie niespokojnym wzrokiem przyglądając się podartej odzieży awanturnika, dodała:
- Wybacz, panie szlachcicu, ale w oberży "Pod Sroką Złodziejką" mamy zwyczaj brać zapłatę z góry.
Kawaler żywo zaczął poszukiwać swej sakiewki, nędznej sakiewki, która zawierała dwadzieścia podwójnych pistoli, cały jego majątek. Chociaż była chudziutka, to przecież powinien ją odszukać. Jednak Capestang jej nie znalazł; zgubił ją podczas całego zamieszania!
Nieco pobladł, następnie zaczerwienił się, a potem jeszcze bardziej zbladł.
- Moja dobra pani - powiedział - weźmiesz w zastaw uprząż mego konia, jeżeli do jutra nie odnajdę sakiewki, którą miałem w tej kieszeni, a teraz tam jej nie ma...
Właścicielka oberży "Pod Sroką Złodziejką" wyszła, nie czyniąc żadnych uwag, ale też i nie pytając gościa, czy czegoś by nie zjadł lub nie wypił. Capestang raczej wolałby umrzeć na miejscu niż zażądać od niej kawałka chleba albo szklanki wody. Przysunął jedyny znajdujący się w pokoju fotel do okna, które otworzył w nadziei, że nocny wietrzyk ochłodzi jego rozpalone czoło. W tej chwili oberżystka, która może słuchała pod drzwiami, ukazała się znowu na progu i rzekła:
- Zapomniałam uprzedzić pana, żebyś długo nie wyglądał przez okno, a to z powodu domu z naprzeciwka, nawiedzanego przez duchy. Widuje się tam białą damę, słyszy się jęki, chociaż budynek nie jest zamieszkany od pięćdziesięciu lat. Krótko mówiąc, zawsze spotyka nieszczęście tego, kto przypatruje się owej budowli w nocy. Chociaż nie ma pan pieniędzy, spełniam mój obowiązek, udzielając mu tej przestrogi. Dobranoc.
Kiedy szorstka gospodyni zniknęła, Capestang wzruszył ramionami i wyciągnął się w fotelu przy oknie, mrucząc:
- Mam piekło w gardle i ściska mnie w żołądku. Do kata, jakie mam pragnienie! A jaki głód...! Kim mógł być ten wielmożny pan...? Do licha, jak mi dokucza głód i pragnienie!
Potrząsnął głową i podniósł wzrok ku gwiazdom, łagodnie spoglądającym na niego z góry. Potem machinalnie jego spojrzenie skierowało się w dół, na ziemię, i spoczęło na niewyraźnej bryle rysującej się po drugiej stronie drogi, na ten tajemniczy dom, na który według słów gospodyni niebezpiecznie było patrzeć w nocy!
Powoli cichła wrzawa hotelowa, gasły kolejno rzadkie światełka miasteczka i zapanowało majestatyczne milczenie przyrody, usypiającej w ciemnościach. Z głodu i pragnienia gorączka trawiła młodego człowieka. W obolałej głowie niczym w kalejdoskopie przesuwały się szybko i bezgłośnie obrazy i postacie: nieznany wielmożny pan, którego zaatakował, młoda dziewczyna, którą obronił, młody markiz de Cinq-Mars, Marion Delorme, a nawet biała dama z domu nawiedzanego przez duchy, mieszały się w jego gorączkowych marzeniach... Capestang zasnął na fotelu przy otwartym oknie.
Nagle tę głęboką ciszę rozdarł straszny krzyk i zbudził kawalera, który zerwał się i nadstawił ucha. W tej chwili zaczął bić zegar na dzwonnicy w Meudon. Capestang liczył uderzenia wykonanego z brązu mechanizmu.
- Północ! - szepnął. - Śniło mi się, że słyszałem jakiś krzyk. Dalej, już najwyższy czas, bym...
Przerwał mu bolesny jęk... potem kolejno następujące po sobie skargi... przytłumione wołania... odgłosy walki... jęki...
Z pałającą głową, nieprzytomnym wzrokiem, z czołem zroszonym potem Capestang przysłuchiwał się tym odgłosom.
- Och! - szepnął. - Czyżby naprawdę ten dom był nawiedzony?! Och, można by powiedzieć, że wewnątrz kogoś mordują. Ach, te jęki boleśnie ranią mi serce!
Tak mówiąc, Capestang przełożył nogę przez parapet okna. Jednym spojrzeniem zmierzył odległość dzielącą go od ziemi... W ciemności nocy słychać było upadek ciemnej bryły, następnie głuchy dźwięk... Capestang skoczył!
Jednym susem znalazł się przy bramie tajemniczego domu i rękojeścią szpady mocno w nią uderzał.
Do uszu młodzieńca dobiegł ostatni jęk, daleki, stłumiony, podobny do lamentu, jaki legendy kładą w usta bezkrwistych widm.
Teraz zapanowała tajemnicza, nieodgadniona cisza. Capestang słyszał tylko rozlegające się w domu ponure echa, zbudzone uderzeniami jego broni w bramę.
- Dowiem się! - stwierdził. - Muszę wiedzieć, co się dzieje wewnątrz! Przysięgam na pamięć matki, która mnie wydała na świat! Nie wiem, czy to na skutek głodu, pragnienia albo majaczenia, ale o mało co nie oszaleję z ciekawości! Gotów jestem gryźć mury, za którymi coś się dzieje, o czym ja nie wiem!
Mówiąc tak, młody człowiek ruszył wzdłuż fasady domu, a potem z odłamkiem szpady w ręku pobiegł wzdłuż muru, który nagle skręcił w stronę pola. Po pięciu minutach doszedł do miejsca, gdzie mur zawalił się, tworząc rodzaj wyrwy, w którą wskoczył.
W tej chwili księżyc wyjrzał zza wierzchołków drzew i oświetlił scenerię swymi niebieskawymi promieniami, przedzierającymi się przez gąszcz liści i rzucającymi fantastyczne refleksy.
Capestang spostrzegł, że znajdował się w parku. Patrząc w głąb w kierunku drogi, widział tylną ścianę nawiedzonego domu.
Budynek wyglądał na pańską rezydencję. Był to rodzaj zamku zbudowanego w czarującym stylu renesansu, otoczonego dokoła olbrzymim ogrodem.
Dom wydawał się połowicznie zrujnowany, nadgryziony przez czas, lecz park pozostawał gęsto zarośnięty jak rozczochrana czupryna Polifema37. W bladym, tajemniczym świetle księżyca cały ten ponury krajobraz, chwilami tylko zalewany potokami światła, z konturami domu srebrzysto odbijającymi w ciemności, czynił wrażenie nadziemskiego zjawiska. Mogła być to siedziba Tytanii lub Oberona38.
Tam liczne dzikie róże oplatały tysiącami swoich ramion pnie buków i kasztanów; tu olbrzymie głogi wyrastały ponad paprocie rozkładające szerokie wachlarze, w innym miejscu osty tworzyły elegancką dekorację, jeżyny pięły się na zewnętrzne schody. Cała dzika roślinność, falująca pod tchnieniem nocnego wietrzyku, rozciągała się jak ocean zieleni, z którego wynurzał się dom podobny do syreny wychylającej ponad fale głowę, by przyciągnąć do siebie marynarza.
Rzeczywiście, Capestang czuł się przyciągany do tego budynku jakby jakąś magnetyczną siłą.
Jedną ręką rozchylając bujne jeżyny, które uderzały go po twarzy, chwytały za nogi, podobne do bóstw opiekuńczych broniących dostępu do zaczarowanego zamku, a w drugiej trzymając resztki szpady, wszedł na schody. Drżący, zdumiony, wkroczył do sieni słabo oświetlonej lampą wiszącą u sufitu.
- Gdzież jestem? - szepnął. - Czy to gorączka wprowadza mnie w senne złudzenie? Czy to jest zamek śpiącej królewny39?
W głębi przedsionka zaczynały się schody. Capestang zaczął po nich wchodzić, a na górze przestąpił próg dużej, pięknej sali. Z wyciągniętą szyją nadsłuchiwał w milczeniu, po czym silnym głosem zawołał:
- Hola! Jest tu kto? Kto krzyczał? Kto wzywał pomocy? Przychodzę z nią!
Nikt nie odpowiedział. Panowała głęboka cisza.
Młody człowiek szybko przebiegł przez kilka różnych sali, których drzwi były pootwierane, i wkrótce nabrał przekonania, że sam jeden znajdował się w tajemniczym domu.
- Prawdopodobnie przybywam po bitwie! - stwierdził. - Może jednak te krzyki, te jęki, które przed chwilą słyszałem, były wytworem mojej wyobraźni...? Do licha, chyba miałem zwidy! Zasnąłem, a we śnie wydawało mi się, że tu popełniono zbrodnię... Och, a to co?
Capestang wszedł do dość dużego pokoju, w którym nie było żadnych mebli. Jedynie na czterech ścianach wisiały kompletne ubrania, począwszy od filcowych kapeluszy, przystrojonych czerwonymi piórami, aż po buty, wykonane ze skóry o płowej40 barwie. Mogłoby się tutaj ubrać z pięćdziesięciu mężczyzn.
- Byłaby to diabelska tandeciarnia gnomów41 i chochlików? Śliczne kostiumy...! Że też nie jestem jednym z tych chochlików, dla których są przeznaczone! - Capestang podszedł bliżej i zdjął jeden płaszcz. - Wspaniały aksamitny płaszcz solidnie podbity jedwabiem! Ba! Mój tylko ma szarobrunatne płótno, ale cię wolę, mój stary płaszczu, wierny towarzyszu w czasie deszczów i zamieci... Jeśli chodzi o ten kaftan - to mówiąc, zdjął wspomniany kaftan - muszę przyznać, że jest nienaruszony! Zupełnie nowiutki, podczas gdy mój jest tak pocięty, że mógłby go nosić tylko Roland42, kiedy ginął w Roncevaux43. Przeczytałem ten poemat, który znajdował się między bajkami i chansons de gestes44, jakie posiadała moja pani matka. Żałuję, że kaftan nie należy do mnie.
Capestang westchnął głęboko, zawiesił na kołku ubranie, eleganckie, dostatnie, w jakie zaopatrzony powinien być szlachcic udający się na jakąś wyprawę. Po chwili znowu je zdjął i zanurzył się w wyrażających podziw medytacjach.
- Nie przypominam sobie - mówił do siebie - żebym miał na sobie nowy kaftan. Te, które sporządziła dla mnie pani matka, wykrawane były ze starych kaftanów kawalera, mego zacnego ojca. To ciekawe! Wszystkie kaftany są do siebie podobne. Gdybym jeden z nich przymierzył, czy byłoby w tym coś złego? Sądzę, że człowiek musi doświadczać pewnego rodzaju wzruszenia, ubierając się w nowe ubranie. Cenna emocja, której jeszcze nie zaznałem...
Pięć minut później po kilku próbach młody człowiek przywdział kaftan, wyśmienicie na niego pasujący. Z nabożną pieczołowitością zawiesił swoje podziurawione, porozdzierane ubranie na miejscu zabranego.
- Ach, przyjemnie się w nim oddycha! Wydaje mi się, jakbym wart był dwadzieścia pistoli więcej. Wrażenie bardzo miłe... Gdybym tak odważył się jeszcze na nową próbę?
Od próby do kolejnej próby, od emocji do emocji, Capestang ujrzał się niebawem w rycerskim stroju, zacząwszy od filcowego kapelusza z czerwonym piórem, skończywszy na butach z płowej skóry, sięgających mu za kolana.
- Wszystko to, odchodząc, położę na swoim miejscu - stwierdził. - Przez kilka minut pragnę popatrzeć w lustrze na mój własny tak ozdobny obraz. Nie, Capestang, to już nie ty. Teraz nie rozpoznasz samego siebie. Będziesz się pozdrawiał jak jakiś książę. Książę? - dodał z uśmiechem pozbawionym goryczy, ale nie melancholii. - Biedak bez grosza przy duszy, ubogi jak Job45 z Pisma Świętego. Ponieważ straciłem sakiewkę, nie mam za co zaspokoić głodu i pragnienia, z których to uczuć jedno maltretuje żołądek, a drugie morduje gardło...
Mówiąc to, kawaler otwierał następne drzwi. Na progu kolejnych stanął osłupiały, z oczami przepełnionymi podziwem, zdumiony, z rozszerzonymi nozdrzami. Był zdolny jedynie powtarzać:
- Ach! Ach! Co to jest?
Owo "to" było stołem zastawionym dla czterech gości, których krzesła ustawiono wokół pasztetu okrytego pozłacaną skórką, pięknego kapłona46 otoczonego kszykami oraz innymi smacznymi wiktuałami i licznymi brzuchatymi flaszkami wydzielającymi niesamowite zapachy.
- Niewątpliwie - mówił Capestang - czekają tu na księcia mającego wyswobodzić śpiącą królewnę. Cała kwestia polega na tym, by wiedzieć, czy w moich oczach mogę uchodzić za oczekiwanego księcia... Dlaczego nie, skoro mam na sobie jego strój? Mogę dodać, że w tej chwili mam królewski żołądek, jeśli królowie doświadczają królewskiego głodu. To siedzenie nie było może dla mnie przeznaczone, ale skoro jest niezajęte... Poza tym zajmę tylko jedno krzesło z czterech. Tak też zrobię z pasztetem...
Cały czas mówiąc w ten sposób, rozsiadł się wygodnie na jednym z tych pięknych krzeseł. Następnie zagłębił nóż w pasztecie, który skrupulatnie podzielił na cztery jednakowe części. Potem rzucił się na kurczę, z którego starał się wziąć nie więcej niż jedną czwartą. Na stole było osiem butelek, więc tylko dwie z nich opróżnił. Około drugiej nad ranem Capestang, dokończywszy posiłek, który jeżeli nie spadł z nieba, to pojawił się w jak najbardziej odpowiednim momencie, zaczynał widzieć świat w różowych barwach i uważać, że zawód księcia mieszkającego w zaczarowanych zamkach był miłym zajęciem. Wstał z krzesła, nucąc ludową piosenkę, i zbliżył się do okazałego kominka, o który stał oparty duży, piękny rapier.
Capestang, rozmarzony winem, dalej żył marzeniem i chwycił broń.
"Dla mnie został tu postawiony, to pewne!" - pomyślał w naiwności ducha.
Nie mogło go zdziwić znalezienie rapiera, skoro znalazł już poprzednio kompletny strój i wyśmienity obiad.
Niebawem jednak już po raz trzeci, wydając modulowany gwizd podziwu i wytrzeszczając oczy, szepnął:
- Och! A to co?
Owo "to" było sakiewką o zaokrąglonym brzuszku, której zawartość przeliczył na kominku. Zawierała dwieście pistoli. Obok woreczka leżała kartka pergaminu i kałamarz. Capestang spoważniał. Przez jakąś minutę pozostawał w stanie zdumienia. Potem machnął ręką, jakby chciał uwolnić się od krępujących go myśli, odliczył czterdzieści pistoli i schował je do kieszeni. Następnie chwycił pióro i stojąc przed wysokim lustrem, na kominku skreślił na pergaminie następujące słowa: "Ja, Adhemar de Tremazenc, kawaler de Capestang, składam podziękowania pięknej, zaczarowanej damie, śpiącej w tym zamku i zeznaję, że pożyczyłem od niej: 1. kompletny strój kawalera; 2. doskonały obiad; 3. czterdzieści pistoli. Za kostium oddam jej dziesięć innych, jak tylko się wzbogacę; za obiad - bukiet rzadkich kwiatów; za czterdzieści pistoli dwadzieścia podwójnych pistoli; za czar tajemniczej gościnności ofiaruję jej moje życie...".
Capestang podpisał dziwacznie zredagowany, lecz najzupełniej szczery rewers. Pozbywszy się wszelkich skrupułów względem nieznanych gospodarzy, skoro obiecywał spłacić dług, z pewnym upodobaniem przeglądał się sobie w lustrze.
Nagle całym ciałem wstrząsnął dreszcz. Można było zobaczyć, że młodzieńcowi nie zbywało odwagi, ale to, co ujrzał, bez wątpienia musiało być straszne, skoro zbladł i stał z oczami przepełnionymi przerażeniem, wpatrującymi się w owe lustro, które odsyłało mu obraz sali... kobiety... całej w bieli... z siną twarzą... piersią zabarwioną na szkarłatno z powodu krwawej plamy!
Zjawa wlepiła w niego dziki, błędny wzrok, niemający w sobie niczego ludzkiego...!
Mógł to być trup, który wyszedł z grobu!
Mogło to być widmo...
A był to obraz straszny jak gorączkowe majaki, jak piekielna sugestia!
Widział ją w lustrze, nieruchomą, bladą i sztywną. Widział ją w obramowaniu drzwi, przerażającą z tą czerwoną plamą na piersiach, mogącą pojawić się z krwi. Widział ją i pozostawał skamieniały, z najeżonymi włosami. Szepnął:
- To biała dama zapowiadana przez moją gospodynię. Jestem w domu nawiedzanym przez widma. Nie ma wątpliwości! No cóż, znalazłem się w pięknej sytuacji i ciekawe, czy przypomnę sobie jakąś modlitwę, której uczyła mnie matka. Diabeł tkwi w tym, że modlitwy były po łacinie...
Capestang w szczerości ducha zaczął powtarzać:
- Pater noster... qui es... in...47 w czym? Do diabła, to głupia mania mówienia po łacinie, kiedy jest się Francuzem, a szczególnie Gaskończykiem... Starajmy przypomnieć sobie... qui es in... Znalazłem: coelis48!
Drgnął, usłyszawszy głośny śmiech.
Ale prawie natychmiast wrażenie zabobonnego strachu ustąpiło, gdyż ten śmiech białej damy wyrażał boleść - czysto ludzką boleść.
Wówczas Capestang odwrócił się i zobaczył, że kobieta, zraniona w pierś prawdopodobnie uderzeniem sztyletu, by nie upaść, przytrzymywała się ściany.
Może za chwilę miała umrzeć, a jednak się śmiała!
- Madame - powiedział kawaler, idąc ku niej i obcierając pot z czoła - niech pani wybaczy mi niegodną słabość, jaka mnie ogarnęła przy pani pojawieniu się, że zamiast rzucić się i podtrzymać panią, pomóc jej...
Jednocześnie wziął nieznajomą w ramiona i posadził ją w fotelu.
- Czy pani jest poważnie ranna? - zapytał. - Czy przed chwilą wzywała pani pomocy? Niestety, widzę, że przybyłem za późno...! Powiedz... w czym mogę...
- Karol odjechał - szepnęła nieznajoma. - Żegnajcie, moja miłości i moje szczęście!
Młodzieniec trwał w zdumieniu. Teraz zauważył, że zachwycające niebieskie oczy damy miały nieprzytomny wyraz. Spostrzegł, że jej włosy były koloru białego srebra, a przecież jej twarz pozostała niezwykle młoda, jakby miała zaledwie trzydzieści lat.
- I ona! - kontynuowała nieznajoma, załamując z rozpaczy ręce. - Zabrano mi ją. Biegnij, och, biegnij, kimkolwiek jesteś! Uratuj ją...!
- Kogo? - zapytał Capestang, mocno poruszony. - Kogo trzeba ratować? Chętnie, może pani mną dysponować... Kim jesteś? Co się tu stało?
Biała dama nagle jakby zapomniała o całej swej rozpaczy.
- Kim jestem? - odparła dama słodkim i śpiewnym głosem, przysłoniętym niewypowiedzianym smutkiem. - Niewątpliwie kimś bardzo skromnym, gdyż moje imię to nazwa skromnego leśnego kwiatka. Brzmi ono Violetta... Nie zna pan historii Violetty, biednego małego fiołka, kiedyś tak kochanego... Och, jak dawno temu! Kochana przez tego, którego uwielbiała. Wiesz, że był królewskim synem? Ulotna miłość...! Działo się to za panowania naszego najjaśniejszego pana, Henryka III49, wuja mego ulubieńca... Jakże dalekie są te czasy bohaterskich czynów, wspaniałej młodości, promiennej miłości, podobnej do złoto-purpurowej jutrzenki, jaśniejącej na czystym lazurze nieba... To wszystko się skończyło! Karol mnie już nie kocha... niebo się zachmurzyło... skromny fiołek złamany... Biedny mały kwiatku, teraz zwiędniesz!
Mówiła o tych rzeczach z wielkim smutkiem i tak łagodnym tonem, że kawaler de Capestang miał ochotę zapłakać.
- Pani - powiedział, kłaniając się z szacunkiem przed tym żyjącym nieszczęściem - zgaduję tak ciężką boleść w twoim życiu, iż wszelkie wyrazy pociechy od nieznajomego, jakim jestem w twoich oczach, byłyby daremne, ale...
- Cicho! - przerwała kobieta nazywająca siebie Violettą.
- Przebacz, pani...
- Czy to karzeł? - szepnęła, cała drżąc. - Ten okrutny karzeł, czarnoksiężnik z Orleanu? Czy to on otwiera okno? Nie, nie, tym razem to nie on! Ale kto?
Mówiąc to, poderwała się z siedzenia, nasłuchiwała, straszny niepokój zmienił wyraz jej twarzy. Wyjąkała:
- Zamilcz, moja córko...! Nie ośmielą się przyjść tutaj, by cię szukać, by wyrwać cię z objęć matki! Och, nikczemnicy! Idą już po schodach... Ratunku! Ratunku! Karolu, Karolu! Zamordują twoją córkę! Nasze dziecko!
- Madame... Wybacz, ale niczego się nie bój...
Biała dama głośno krzyknęła krzykiem umierającego, jednym z tych przerażających lamentów, jakie Capestang usłyszał z okna oberży, i zaczęła uciekać.
Kawaler pobiegł za nią, dopędził ją na dole schodów i tam stanął jak wryty, wstrzymany przez ten dziwaczny i żałośliwy wybuch śmiechu podobnie jak przed chwilą.
Nieznajoma - Violetta, jak sama się nazwała - zatrzymała się, wyciągnęła ramiona, zmarszczyła brwi i wycharczała:
- Co tu robisz...? Zabraniam panu iść za mną! Nikomu nie wolno wchodzić do mojej kryjówki! Nikomu, słyszysz?! Och, jeśli jesteś taki jak wskazuje twoje młode oblicze, jeśli pod kaftanem bije serce szlachcica, odejdź...
- Ależ pani jest ranna... Przynajmniej pozwól mi...
- Pańskie słowo - przerwała Violetta. - Chcę, byś dał słowo, że nie pójdziesz za mną, że nigdy tu nie wejdziesz, chyba że cię zawołam!
- Madame... Przez litość dla samej siebie...
- Pańskie słowo! - powtórzyła biała dama z gorączkową niecierpliwością. - Jest pan człowiekiem honorowym? Nosisz przy boku szpadę? Och, czy dzisiejsi młodzi ludzie zapomnieli o starych rycerskich zasadach? Pańskie słowo, powtarzam!
Capestang skłonił się głęboko i odpowiedział:
- Ma pani moje słowo. Kimkolwiek pani jest, jak dziwaczne są okoliczności, mimo pani rany, mimo chaosu panującego w pani umyśle, biedna kobieto, nie pozwoliłbym narzucić sobie podobnego zobowiązania, gdybym nie był pewny, że mnie pani zdoła zrozumieć. Tak - rzekł z dumą - mimo wszystko, nie będzie powiedziane, że jakaś dama na próżno odwoływała się do honoru jednego z Capestangów.
- Dobrze - odparła majestatycznym tonem Violetta. - Przywołam pana, kiedy będzie pan potrzebny.
Młodzieniec chciał zapytać, w jaki sposób i kiedy mogłaby to uczynić, skoro go nie znała, skoro nie wiedziała, gdzie zamierzał się udać.
Lecz biała dama już powoli wchodziła na schody, nie oglądając się za siebie, i wkrótce zniknęła, skryła się w mroku korytarza, cicha jak senne zjawisko.
Capestang z bardzo rozgorączkowanym umysłem wybiegł na zewnątrz budynku, przeszedł przez park, pobiegł do oberży "Pod Sroką Złodziejką" i z całych sił zaczął dobijać się do drzwi.
36 Pistol - dawna złota moneta francuska.
37 Polifem (mit. gr.) - cyklop, według Odysei dziki i okrutny, jednooki syn Posejdona i nimfy Toosy; uwięził Odyseusza z towarzyszami w jaskini i sześciu z nich pożarł; Odyseusz, aby wydostać się na wolność, podstępem oślepił Polifema, a towarzyszy wyprowadził z pieczary, przywiązawszy ich do brzuchów baranów.
38 Tytania - królowa wróżek; Oberon (Auberon) - król wróżek w średniowiecznej i renesansowej literaturze; najbardziej znany jest jako postać ze Snu nocy letniej Williama Szekspira, w której jest mężem Tytanii, królowej wróżek.
39 Charles Perrault, autor książki Opowieści wróżek (właściwie Bajki Babci Gąski), która wraz Robinsonem Crusoe zyskała nieśmiertelność rzadkich i cennych utworów zdolnych zachwycać dzieci, urodził się dopiero około piętnaście lat później; jednak niesłusznie surowi krytycy mogliby oskarżać naszego bohatera o anachronizm, gdyż Kopciuszek, Tomcio Paluch czy Ogr już od dawna, być może od zawsze, żyli w popularnych legendach [przypis M. Zévaco].
40 Płowy - barwa żółta z szarawym odcieniem.
41 Gnom - w folklorze europejskim duch podziemia o postaci karła.
42 Hrabia Roland Damski (frank. Hruotland) - główny bohater Pieśni o Rolandzie, postać historyczna; podczas powrotu z wyprawy przeciwko Saracenom (778) dowodził tylną strażą wojsk frankijskich; w czasie przeprawy przez Pireneje jego oddział został napadnięty i pokonany.
43 Bitwa w wąwozie Roncevaux - bitwa pomiędzy tylną strażą wycofujących się z Hiszpanii wojsk frankijskich króla Karola Wielkiego, dowodzonych przez hrabiego Rolanda, a góralami baskijskimi, która odbyła się 15 sierpnia 778 roku w Roncevaux; zginęła większość Franków, w tym sam Roland.
44 Chansons de geste (ze starofrancuskiego "pieśni o czynie", łac. gesta) - poezja epicka, która pojawiła się u początków literatury francuskiej; mianem tym określamy powstałe między XI a XIII wiekiem poematy rycerskie mówiące o przygodach (czynach) historycznych i legendarnych bohaterów; początkowo funkcjonowały one w przekazach ustnych, ale od około XII wieku zaczęto je zapisywać.
45 Job (Hiob) - bohater biblijnej Księgi Hioba; bogaty i szczęśliwy, zostaje pozbawiony całego mienia przez Boga chcącego wypróbować jego pobożność; ponownie odzyskuje majątek i zdrowie.
46 Kapłon - wykastrowany w celu szybkiego utuczenia kogut kury domowej; obecnie zamiast kapłonów produkuje się brojlery.
47 Pater noster... qui es... in... (łac.) - Ojcze nasz, który jesteś w...
48 Coelis - powinien powiedzieć: caelis [niebie].
49 Henryk Walezy (fr. Henri de Valois, właściwie Edward Aleksander, 1551-1589) - pierwszy elekcyjny król Polski i wielki książę litewski w latach 1573-1574, od 1574 roku król Francji jako Henryk III; wcześniej, do 1574 roku jako członek domu francuskiego: książę d'Angoul?me (od 1551), książę Orleanu (od 1573) i książę Andegawenii (od 1566); ostatni władca Francji z dynastii Walezjuszów.