Wstęp
Każda pasja ma swój początek. Moja, farerska, zaczęła się od muzyki. Szukając nordyckich mocniejszych brzmień, natrafiłem na zespół Týr. Z głośników zaczęło sączyć się vilji? t?r hoyra kv??i mítt (pol. Czy wysłuchacie mej ballady?) - pierwsze usłyszane przeze mnie słowa po farersku. Słuchałem Ormurin Langi - ballady heroicznej (far. kv??i) napisanej przez Jensa Christiana Djurhuusa blisko dwieście lat temu, opisującej w osiemdziesięciu trzech zwrotkach historię norweskiego władcy Olafa Tryggvasona z przełomu X i XI wieku, w której ważną rolę odegrała Świętosława, siostra Bolesława Chrobrego. Słuchałem tej tradycyjnej ballady granej we współczesnej metalowej aranżacji, pełnej szacunku dla tradycji. Czytałem o jednostce powierzchni opartej o liczbę owiec, które może wyżywić kawałek farerskiej ziemi. Jednostce będącej nadal w użyciu, a sięgającej korzeniami czasów Listu Owczego z końca XIII wieku. Czytałem o małej, dumnej nacji przez wieki stawiającej dzielnie czoła wymogom życia pośrodku Atlantyku. Czytałem o miejscu, w którym nie zamyka się na klucz domów i samochodów. Czytałem i oglądałem. Moja ciekawość, podziw i zachwyt rosły coraz bardziej. Aż pewnego dnia postanowiłem zobaczyć Wyspy na własne oczy.
Opisując miejsca takie jak to, łatwo wpaść w pułapkę zbudowaną z banału i taniego zachwytu. Rozwodzić się nad malowniczymi krajobrazami, podziwiać zdjęcia, podczas obróbki których ktoś zdrowo przesadził z filtrami. Szukać przymiotników do opisania fiordów i wzgórz przykrytych mglistą kołderką. Budować zbędny patos stwierdzeniami w rodzaju "magiczny", "niesamowity", "zniewalający". Tylko czy pozwala to lepiej zrozumieć dane miejsce i zamieszkujących je ludzi, dla których te wszystkie "piękności" to codzienność? Zachwyt nad zapierającą dech w piersiach naturą szybko przecież powszednieje. Potrzeba czegoś zdecydowanie więcej.
Czym dla mnie są Wyspy Owcze? Gromadką osiemnastu wulkanicznych wysepek, nie wiedzieć czemu pomijanych przez niektórych kartografów i telewizyjnych grafików serwisów meteorologicznych? Pozbawionym drzew, surowym krajobrazem kształtowanym przez morskie sztormy i nieustający wiatr? Niespokojnym, surowym, wrogim i niegościnnym kawałkiem lądu zamieszkanym przez pełnych wewnętrznego spokoju, pasji, ciepła i gościnności ludzi? Domem dla nacji wielkości jednej dziesiątej Poznania, w której wydaje się per capita pięć razy więcej książek niż w Polsce? Miejscem, w którym nowoczesność i bogactwo znajdują wspólny język z niezwykle ważną tradycją, religijnością i tożsamością narodową? Gdzie właściwie każdy zna każdego, a popularność nie wymusza chowania się przed tłumem gapiów? Gdzie po farersku czytać można Quo vadis Sienkiewicza i wiersze Herberta? Gdzie na znaczkach podziwiać można kunszt Czesława Słani, a w książkach bajeczne ilustracje Józefa Wilkonia? Gdzie Teatr Narodowy mieści się w budynku, który wcześniej zajmowała mleczarnia, a pobliska sala prób i koncertów to wyremontowana pralnia chemiczna? Gdzie w weekendy i środy nie nadaje się telewizyjnych wiadomości "Dagur & Vika"? Gdzie w sylwestra sześciolatki chodzą z zapalonymi papierosami w dłoniach? Gdzie pierwsze farerskie filmy reżyserował Hiszpan?
A może Wyspy Owcze są uśmiechem Marii á Heygum, dziewięćdziesięciotrzylatki jeszcze do niedawna pielęgnującej ponad półwieczną tradycję codziennych porannych kąpieli w fiordzie w swej rodzinnej Vestmannie? Instrumentarium złożonym z dwunastu pustych plastikowych butelek, kilku metrów gumowego węża, sprężarki, miotły, dwóch starych beczek po oleju, zardzewiałej felgi, betoniarki, wciągarki linowej i paska metalu, na którym pod koniec 2005 roku w szopie na farmie w Innan Glyvur swój pierwszy album nagrały chłopaki z zespołu ORKA? Legendą o bitwie w Dolinie Poległych i farerskim biskupie wymachującym siekierą na murach będącej wówczas w budowie katedry? Rozmowami prowadzonymi z kierowcami podczas autostopowych wojaży, które urastają tutaj do rangi narodowej tradycji z niepisanym kodeksem zawierającym punkt "nigdy nie oferuj pieniędzy za podwózkę"?
A może Wyspy Owcze są drewnianym kościołem w Sandur, wydającym ciche pomruki w trakcie dzielnej walki z wiatrem w deszczowy dzień na Sandoy? Zbudowanym w XI wieku Kirkjub?argar?ur będącym najstarszym do dzisiaj zamieszkanym drewnianym domem na świecie? Porzuconymi tu i ówdzie traktorami? Beczkami stawianymi na wjeździe do osad z okazji trzydziestych urodzin lokalnego kawalera? Przystankową wiatą w Fuglafj?r?ur ozdobioną graffiti z ostrygojadem i wełnianymi kocykami? Kilometrami kolorowych rybackich lin na starej drodze na opłotkach Kambsdalur? Krytym darnią domem, przed którym stoi zaparkowany najnowszy model elektrycznego auta? Hodowcą owiec, który po zakończonej inspekcji pastwiska w tradycyjnym zapinanym na guziki wełnianym swetrze i przybrudzonych kaloszach wsiada do lśniącego SUV-a? Jedną z największych skrzynek pocztowych świata stojącą w Skopun, a może podobno najmniejszą na świecie remizą strażacką w Hellurnar? Samotnymi ławeczkami postawionymi na jednym z sześciuset dwudziestu dwóch farerskich krańców świata? Pokrytymi mchem cmentarnymi nagrobkami z surowego kamienia ze skromną sentencją Takk fyri (pol. dziękuję)? Drzewami, na których mamy wieszają smoczki i butelki swoich pociech? Osadami z nieodłącznym pomnikiem poświęconym pamięci tych, którzy nigdy nie powrócili z morza? Miejscem, gdzie cisza, prostota i minimalizm nadal wygrywają z nachalnym jazgotem, bilboardową tandetą i pstrokacizną? Zespołem Hamfer? śpiewającym Harra Gu? títt dýra navn og ?ra (pol. Boże, Panie, Twoje cenne imię i cześć)[2] w doom metalowej wersji na największym festiwalu muzycznym na Wyspach? Festiwalem Hoyma, na którym koncerty odbywają się w farerskich domach, za scenę służą europalety, a goście częstowani są domowym ciastem? Uczniowskim bojkotem szkolnych zajęć z 2015 roku w obronie dostępu do internetowego słownika języka farerskiego? Rachitycznym drzewkiem przed jednym z tradycyjnych domów na stołecznym Tinganesie ozdobionym kolorowymi żarówkami? Idealną samotnią dla introwertyka? Szkołą pokory i cierpliwości, uczącą doceniać rzeczy najprostsze? Miejscem inspirującym, wyciszającym, zaskakującym i pełnym pozornych sprzeczności, gdzie pod niemal każdym kamieniem kryje się czekająca na odkrycie legenda? Gdzie, mimo dwudziestu tuneli wydrążonych w górskich masywach i pod dnem morza, zimowy sztorm nierzadko wstrzymuje życie na archipelagu na kilka dni, a pojawiająca się znikąd mgła wywraca rozkład lotów do góry nogami?
A może Wyspy Owcze są po prostu mozaiką złożoną z miliona drobnych, banalnych sytuacji, nietypowych miejsc i fascynujących ludzi uwiecznionych w fotograficznych kadrach i nostalgicznych zakamarkach pamięci osób, które stwierdziły, że warto poznać coś nowego, innego? I zamiast rozłożyć się na leżaku w słoneczny dzień w ramach wczasów all inclusive, ruszyły w dżdżysty sierpniowy poranek odkrywać "wilgotną ojczyznę" Williama Heinesena. Uzbrojone w dziecięcą ciekawość, wełnianą czapkę i termos. We własnym, niespiesznym tempie. Bez stereotypowych uprzedzeń. Gotowe na złapanie bakcyla farerofilstwa.
Czas wyruszyć w naszą wspólną podróż.
[2] Farerskie tłumaczenie norweskiego psalmu z 1699 roku.