Fatum (#3). Odwrócić fatum - Agnieszka Jordan-Gondorek

Reflow text when sidebars are open.
I
Jagna
Zegar głośno wybijał godzinę dwudziestą trzecią. Rodzina wybierała się na Pasterkę, ale chyba zauważyła, że nie było sensu mi tego proponować. Westchnęłam. Uroczysta wigilijna kolacja, o jakiej zawsze skrycie marzyłam, przeszła gdzieś bokiem, wśród świateł choinki, zapachu przypraw i głosów bliskich. Ale to wszystko należało do innego świata. Ledwie zauważyłam, że stryj Dominik, który zainaugurował modlitwę i podał opłatki, w końcu gdzieś zniknął. Kira i Małgosia... babcia Małgosia uwijały się pomiędzy kuchnią a jadalnią, tworząc magię wigilijnej wieczerzy. Maks dzielnie im pomagał. Pogrążony w rozmowie z tatą Arthur rzucał mi co jakiś czas krótkie spojrzenia, które starałam się ignorować. Babcia Amalia, mama i ciocia Wiki rozmawiały o jakiejś książce i udało im się nawet wciągnąć w dyskusję zazwyczaj powściągliwego Juliana. Oskar i Marysia skakali z radości na widok piętrzących się pod choinką podarunków.
Rodzina jak z obrazka...
Nie pasowałam tam - do tej ciepłej wizji rodziny - ale nie mogłam sprawić nikomu przykrości. Kontrolowałam każdy oddech. Sztuczny, przyklejony do ust uśmiech sprawił, że poraniona twarz piekła i pulsowała. Już dosyć.
- Jaga, pomóc ci? - zapytała mama, zaglądając za mną do pokoju.
Powinnam być wdzięczna za troskę, ale część mnie chciała ją odrzucić ze wszystkich sił. Mama wiedziała, co się stało. Ona, tato i stryj. Zażądałam, by milczeli, ale bałam się, że w końcu wszystko się wyda. Nie mogłam znieść myśli o współczuciu. Nie wytrzymałabym tego.
- Nie mam siły - przyznałam się wbrew sobie, patrząc na polano w kominku, które ledwie się tliło. Za oknem rozgościł się mróz. Jeśli ogień wygaśnie, pokój bardzo szybko się wyziębi.
Matka spojrzała na mnie trochę bezradnie, ale zaraz gdzieś za nią zmaterializował się tato, żywo dyskutujący z Arthurem. Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, że Arthur jest jego chrześniakiem. Niewiele jeszcze wiedziałam o tej rodzinie.
O mojej rodzinie.
Już od kilku tygodni mówiło się, że na święta przylecą krewni z Wysp Brytyjskich. Ale nikt nie dotarł. Wczoraj przypadkiem podsłuchałam, jak Arthur łgał przez telefon, że grypa rozgościła się u nas na dobre i nie widać szans na rychłą poprawę. Tak, przekaże życzenia, nie trzeba do nikogo więcej dzwonić. Chwilę później dołączył do mnie i do Juliana w salonie i jak gdyby nigdy nic rzucił, że niestety rodzina musiała odwołać przyjazd. Julian tylko skinął głową, kontynuując ścieranie kurzu z mebli. Ostentacyjnie wyszłam, bo poczułam się urażona kłamstwem. Dopiero gdy zaszyłam się w bibliotece, a emocje opadły, zrozumiałam jego intencje. Zrobił to dla mnie.
Zamarłam. Czyżby wiedział, co się stało w lesie?
- Jeśli pozwolisz, zajmę się kominkiem - zaproponował, mijając mamę w progu.
- Niby potrafisz? - wypsnęło mi się mało kulturalnie, ale ból i zmęczenie wzięły górę nad dobrym wychowaniem.
Spojrzał na mnie uważnie. Zbyt uważnie.
- Mam... - zawahał się - wiele ukrytych talentów.
- Tak? A twój popisowy numer to brawurowa ucieczka przed matką na drugi koniec świata? - wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Słyszałam, jak mama wciąga gwałtownie powietrze, zaskoczona moją bezczelnością.
- Idźcie, bo się spóźnicie - zachęcił Arthur, zamykając drzwi przed nosami rodziców.
Skuliłam się na krześle, walcząc ze łzami. Miał prawo być na mnie zły. Nie poznawałam samej siebie. Jagna, którą znałam, nie była niemiła ani tym bardziej złośliwa. I nigdy nie chciała nikogo zranić. Kim się stałam? Najchętniej wpełzłabym pod koc i została tam na zawsze. Ale życie stawia większe wymagania. Sypie piaskiem w oczy i każe się uśmiechać.
- Wyszli - powiedział po chwili i usiadł na krześle po drugiej stronie stołu. - Już możesz przestać udawać, że jesteś silna, moja mała koalo.
Siedział dobry metr ode mnie, ale i tak się odsunęłam, chowając dłoń w przydługim rękawie swetra. Nie chciałam tego zrobić, ale nie mogłam się powstrzymać. Podczas Wigilii kontrolowałam się w stu procentach, bez mrugnięcia okiem pozwalałam się ściskać i dotykać, ale teraz...
- Dużo się ostatnio wydarzyło, prawda? - usłyszałam gdzieś znacznie bliżej.
To on pierwszy powiedział, że jesteśmy rodziną. Zajął się mną, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Zasnęłam, bo poczułam się bezpiecznie.
A później przyszła ta wiadomość.
Wyszłam i...
- Możesz płakać - powiedział, przytulając mnie, gdy zaczęłam wyć, bo przed oczami pojawiły się obrazy, o których wolałabym nie pamiętać.
Staszek był blisko. Zbyt blisko. Jego dotyk palił skórę. Upokorzenie. Ból. Popchnął mnie. Uderzyłam w drzewo z taką siłą, że ramię wyskoczyło ze stawu.
Mocno zacisnęłam powieki, próbując wyprzeć wspomnienia, ale nie potrafiłam o tym zapomnieć. Paskudne sińce nadal szpeciły nadgarstki. Policzek wyglądał tragicznie przez te głębokie zadrapania. Dwa dni temu, tuż przed wyjściem ze szpitala, przyszedł chirurg plastyk. Rzucił okiem z daleka i powiedział, że prawdopodobnie zostaną blizny.
"Widziałaś kiedyś ogień? Z bliska? Z bardzo, bardzo bliska?"
- Nie podchodź do ognia! - krzyknęłam, bliska szaleństwa.
Arthur natychmiast odłożył polano do koszyka. Wrócił i chwytając mnie mocno za ramię, sprowadził do rzeczywistości. Byłam w domu, nie w lesie. Nie w TYM lesie. A jednak czułam, że się chwieję.
- Nie wiem, jak mogłaś tu spać - stwierdził. - Obok mojego pokoju jest wolna sypialnia. Tam nie ma kominka. Żadnego ognia.
Pozwoliłam zaprowadzić się na piętro. Otworzył drzwi i odnalazł włącznik światła. Ruszył w stronę grzejników, by wyregulować temperaturę, ale tu i tak było cieplej niż u mnie na dole. Odetchnęłam z ulgą. Nie zamarznę.
Przez ten głupi bark, jedyne, w co się mieściłam, to bluzy Maksa, chociaż Maksymilian był ostatnią osobą, do której mogłabym mieć o to pretensje. Uratował mnie. On i Kira. Błagałam, żeby uciekali, ale nie chcieli słuchać. Później wszystko zaczęło się rozmazywać.
Nim się zorientowałam, powietrze stało się gęste. Nie mogłam złapać tchu. Z każdą chwilą było coraz trudniej. Ból w klatce piersiowej narastał.
Co to?
Zawał?
Poczułam, że nogi uginają się pode mną.
Głos Arthura, spokojny i zdecydowany, próbował przedrzeć się przez szum, który mnie otaczał. Ujął mnie ostrożnie za ramiona i posadził na krześle. Jego dłoń spoczęła na moim karku.
- Jagna, oddychaj. Jestem tu. Nic ci nie grozi.
Nie uwierzyłam mu.
- Powoli - instruował.
To na nic. Powinni byli pozwolić mi umrzeć.
- Jagna, oddychaj spokojnie.
Wciągnęłam głęboko powietrze. Kręciło mi się w głowie. To mnie nie uspokajało.
- Zaufaj mi. Wdech i wydech. I jeszcze raz.
Klęczał, masując mi delikatnie kark. A ja nie mogłam nic zrobić. Nic.
- Nie dam rady - szepnęłam, walcząc ze łzami.
- Dasz - zapewnił miękko. - To tylko hiperwentylacja, moja mała koalo. Wszystko będzie dobrze. Spróbuj mi zaufać.
Po kilku minutach rzeczywiście się uspokoiłam, ale nadal było mi ciężko. Odruchowo się spięłam, gdy przeniósł mnie na łóżko. Wiedziałam, że nie zrobi mi krzywdy, ale musiałam użyć całej siły woli, by go nie odepchnąć. To dziwne, ale wydawało mi się, że to rozumiał. Znowu zaczęłam łkać. Trzymał mnie delikatnie, cierpliwie, pozwalając płakać, jakby mój ból nie wymagał komentarza. Poczułam dziwną ulgę. Świat wokół nas się skurczył, pozostawiając jedynie ciszę i spokój.
Arthur
Jej oddech powoli się wyrównał, a napięte mięśnie się rozluźniły. Zasnęła. Myśl o małej, osieroconej koali znów przemknęła mi przez głowę. Absurdalne porównanie, ale zaskakująco trafne.
Nie powiedziałem o niej nikomu. Kłamałem bez wyrzutów sumienia, odwołując rodzinną Wigilię. Byłem tak przekonujący, że nikt nawet nie pomyślał, że warto to sprawdzić. Ale zainteresowanie, które mogłaby wzbudzić, tylko by ją przytłoczyło. Cisza i przestrzeń - tego potrzebowała najbardziej.
Jak zniesie proces?
Uważałem, że już teraz powinna skorzystać z pomocy terapeuty, ale narzucanie jej tego mogło przynieść więcej szkody niż pożytku. Trzeba wyczuć moment, gdy będzie w stanie zaakceptować wsparcie.
Starałem się wyłączyć emocje. Zauważyłem, jak ukryła dłoń w rękawie bluzy. Nie z zimna. Cofnęła rękę odruchowo, zamierając na chwilę w bezdechu. Hafefobia1. Rozpoznałem ją, widywałem to u pacjentów po traumie. Nie musiała nic mówić, jej ból był aż nazbyt widoczny.
Zalała mnie fala gniewu. Nie na nią. Na tego psychola i wszystko, co jej zrobił.
Wyszedłem na korytarz w samą porę, by spotkać wracających z Pasterki krewnych. Maks zawiesił na mnie wzrok. Nasza milcząca wymiana zdań trwała zaledwie sekundę, ale zrozumiał. Kira miała zaczerwienione od mrozu nos i policzki. Wyglądała na wyczerpaną, ale patrzyła na mnie z niemym oczekiwaniem.
- Nic się nie stało, idźcie spać - rzuciłem tonem, który miał ich przekonać, że wszystko było pod kontrolą.
Wuj Gracek zrozumiał, że to blef. Odprowadził Zosię i Oskara, a potem wrócił.
- Miała atak paniki - wyjaśniłem cicho, z niepokojem obserwując, jak zmaga się z poczuciem winy. W niczym nie zawinił, a jednak nosił brzemię tamtych wydarzeń. Paskudny siniec rozlany na szczęce był niemym świadectwem tego, co wydarzyło się przed kilkoma dniami.
Korytarz przytłaczał ciszą. Krewni kładli się spać, ale my musieliśmy jeszcze porozmawiać.
- Dałeś jej coś? Mam na dole Relanium.
- Nie - powiedziałem krótko. - Ale trzeba mieć świadomość, że następnym razem może być gorzej. To samo nie przejdzie. Powinna zacząć terapię.
Wuj skinął głową.
- Posiedzę z nią - zaproponował, robiąc krok w stronę pokoju.
- Nie. Pójdziesz teraz spać - oznajmiłem stanowczo. - Ledwie trzymasz się na nogach. Potraktuj to jak zalecenie lekarskie.
- Jesteś gościem - zaprotestował.
- Ciągle męczy mnie jet lag - skłamałem. - A poza tym jestem o połowę młodszy.
Nie spierał się dłużej. Dopilnowałem, by poszedł do sypialni i dopiero wtedy zająłem się sobą. W pokoju stał uszak. Wystarczył, by dać oparcie plecom. Zresztą sen nie przyszedł łatwo. W Geraldton właśnie zaczęło świtać.
Zamknąłem przed wyjazdem wszystkie sprawy. Wynająłem mieszkanie. Nie chodziło tylko o pieniądze, było mi na rękę, że ktoś będzie miał na nie oko. Nie powiedziałem rodzicom o kontrakcie w Londynie. Bez rodziny, bez zobowiązań - nic mnie nie trzymało w Australii. Dusiłem się tam, więc decyzja przyszła mi zaskakująco łatwo. Stany nigdy mnie nie interesowały, ale Anglia... miała w sobie coś znajomego.
Będę zaczynał pracę w połowie stycznia. Do tego czasu zdążę coś wynająć. Matka się wścieknie, ale jest daleko. Ostatecznie wszystko jakoś się ułoży.
Usiadłem w fotelu i zamknąłem oczy. Cienka granica między snem a wspomnieniami zaczęła się zacierać. Nawet nie zauważyłem, kiedy poddałem się zmęczeniu.
Jagna
Ściany patrzyły na mnie z chłodną neutralnością. Arthur drzemał w uszaku. Przyzwyczajenie z dyżuru? Byłam kolejną pacjentką, którą musiał przypilnować?
Zacisnęłam palce na kołdrze. Pobyt w szpitalu był koszmarem, który z trudem przetrwałam, ale powrót do domu też okazał się trudny. Nie mogłam znieść tego ciepła, tej troski i dotyku. Jedynie Julian mnie nie przytłaczał, bo konsekwentnie zachował swoją zwykłą powściągliwość. Szukając możliwości ucieczki, poprosiłam o chwilę rozmowy, ale znów się zapomniałam i nazwałam go po imieniu. Przeprosiłam za to. Zapewnił, że zupełnie niepotrzebnie. Nie powiedział tego wprost, ale chyba rozumiał moje zagubienie.
Udało mi się nie obudzić Arthura. Przemknęłam na palcach obok sypialni dziadków i zeszłam do kuchni. Zimne płytki pod stopami, znajomy ekspres do kawy - wszystko otoczyło mnie iluzją zwykłego poranka.
Kawa. Potrzebowałam jej. W szpitalu dawali tylko zbożową, a bez kofeiny codzienność była jeszcze trudniejsza. Chyba właśnie dlatego, przed przyjściem prokuratora, Julian przemycił mi podwójne espresso z Maca.
Odkąd pamiętam, lekarz przepisywał mi tabletki na podniesienie ciśnienia. Źle się po nich czułam. Kawa działała lepiej.
Odruchowo chwyciłam kubek prawą ręką, uwięzioną w ortezie. Ból w barku eksplodował, a naczynie wyślizgnęło się z dłoni. Instynktownie odsunęłam się, obserwując, jak mój życiodajny napój umyka i ląduje na podłodze. Kolejna porażka.
- Nic się nie stało, moja mała koalo. - Arthur pojawił się znikąd. Chwycił szeleszczące arkusze papierowego ręcznika i zebrał rozlaną kawę wraz ze skorupami kubka. - Poparzyłaś się?
Zaprzeczyłam. Złość paliła mnie od środka. Arthur działał ze stoickim spokojem, a ja miałam ochotę krzyczeć.
Zjedliśmy śniadanie przy kuchennym stole. Dom wydawał się nieruchomy, zamrożony w czasie. Gdzie byli wszyscy? Dlaczego nikt nie przychodził? Może unikali mnie celowo? Tylko... skąd wiedzieli, że wstałam? Arthur im powiedział? Ale po co?
- O czym myślisz? - zapytał niespodziewanie. Jego głos był spokojny, jednak drażnił mnie.
Nie odpowiedziałam. Nie zdążyłam, bo Kira wpadła do kuchni z energią burzy. Nie byłam na to gotowa. Jej loki pachniały kwiatowymi perfumami, twarz rozjaśniał uśmiech.
- Chyba zaspałam. Jadłaś? - spytała, zupełnie ignorując Arthura.
Chciałam odpowiedzieć, ale mnie ubiegł.
- Oczywiście. Jestem w pełni wykwalifikowaną opiekunką.
Jej śmiech wypełnił kuchnię, ale mnie to nie bawiło. Zdenerwowałam się, że traktowali mnie jak głupią, porcelanową lalkę. Nie chciałam żadnej opieki. Mogliby już przestać tak nade mną skakać. Przecież już się stłukłam!
Wyszłam bez słowa. Zatrzymałam się dopiero w salonie przy choince. Wdychając zapach igliwia, próbowałam przypomnieć sobie radość, którą czułam, gdy ją stroiliśmy. Naprawdę byłam szczęśliwa. Wszystko zaczynało się układać. Myślałam, że w końcu przezwyciężyłam zły los. A potem...
Potem fatum mnie dopadło.
- Córeczko?
Wzdrygnęłam się.
Głos matki był miękki. Usiłował przedrzeć się przez mój mur obojętności.
Nie wiedziałam, czy mam prawo czuć się jej córeczką. Pamiętałam, jak miękkie były jej ramiona, gdy tuliła mnie do snu, ale po pożarze przestałam dla niej istnieć. Czternaście długich lat, podczas których zamieniła ze mną raptem parę zdań. Dopiero kilka dni temu dowiedziałam się, że tak naprawdę nic nas nie łączyło, bo moja prawdziwa mama umarła i była pochowana na cmentarzu tu, na Smochowicach. Tuliła w ramionach inne dziecko. Dziecko Zosi.
Boże!
- Nie wiem, kim jestem. Naprawdę.
Głos zabrzmiał obco, jakby nie należał do mnie. Kim byłam? Polą? Jagną? Czy którakolwiek z nich była prawdziwa?
Pozwoliłam się jej przytulić. Kiedyś marzyłam o tej chwili, ale teraz stałam sztywna jak kołek. Czy to minie? Zapomnę o tym wszystkim? O tym strachu?
A ona? Zależało jej na mnie czy tylko grała swoją rolę?
- Pomogę ci się przebrać - zaproponowała.
Odetchnęłam. Uznałam, że to rozsądne, więc zgodziłam się, byśmy poszły razem do mojej sypialni.
W pokoju panował ziąb, bo palenisko było wygaszone. Nie pozostał nawet cień żaru. Popiół wyglądał przygnębiająco i idealnie współgrał z moim nastrojem.
- Mogłaś tutaj zamarznąć - zauważyła.
- Spałam na górze - odpowiedziałam, nie wdając się w szczegóły.
Ale miała rację, było za zimno, żeby się tu przebrać i nie złapać przeziębienia. Zresztą i tak powinnam wziąć prysznic.
Zajrzałam do szafy, szukając czegoś, w co mogłabym się zmieścić. W tym czasie do pokoju weszła Kira. Upięła niedbale loki w luźny węzeł na czubku głowy, ale i tak wyglądała prześlicznie. Nie to, co ja. Już dawno powinnam umyć głowę, ale nie mogłam poradzić sobie sama. Niech to szlag.
- Ciociu, idź na śniadanie - zaszczebiotała. - Ja zajmę się Jagą.
- Mną nie trzeba się zajmować! - wypaliłam, bliska płaczu. - Wynocha! Zostawcie mnie w spokoju!
Matka spoglądała to na mnie, to na Kirę. Nigdy się tak nie zachowywałam. Nigdy nie było we mnie tyle agresji. Zraniłam ją, ale wcześniej mnie po prostu porzuciła!
- Jaga, rozumiem, że jest ci ciężko...
- Nic nie rozumiesz! - Słowa wystrzeliły same, zbyt gwałtownie, zbyt ostro, ale nie potrafiłam zapanować nad emocjami. - Jak możesz w ogóle myśleć, że cokolwiek rozumiesz?!
Zaczęło mnie mdlić. Bałam się, że zaraz zwymiotuję. Lekarz twierdził, że to skutek uboczny leków, ale nie wiedziałam, czy mu wierzyć.
Kira spojrzała na mnie, nie robiąc sobie nic z mojego gniewu.
- Rozumiem, że ta nadopiekuńczość może cię irytować, ale prawie cię straciliśmy - odpowiedziała łagodnie. - Małgosia bardzo to przeżyła, więc jeśli musisz już koniecznie wydrapać komuś oczy, niech to będę ja.
Klapnęłam na krześle, uświadamiając sobie, że kieruję gniew nie tam, gdzie powinnam. Nie miałam prawa wyładowywać na nich swoich frustracji. Przecież nie byli niczemu winni. Nie oni! Musiałam się uspokoić.
Kira uśmiechnęła się, jakby wszystko było już w porządku. Stłumiłam westchnienie. Czułam, że nic nie wróci do normy. Nie dzisiaj. Nie tutaj.
Arthur
Kira poszła do Jagny. Miała w sobie coś, czego nie mogłem jej dać - wspólną historię zdolną oswoić wstyd i strach. Patrzyłem na nie z góry, gdy wychodziły z pokoju. Kira niosła ubrania i ręcznik. Sposób, w jaki asekurowała Jagnę, pozwalał mieć nadzieję, że choć przez chwilę dziewczyna poczuje się bezpieczna. To przecież najważniejsze.
Wracając do pokoju, omal nie wpadłem na dzieciaki biegające po korytarzu.
- Ostrożnie! - zawołałem za Marysią, która z impetem zbiegła po schodach.
Jej śmiech odbił się echem od wysokich ścian. Zatrzymałem się na moment. Kiedyś ganialiśmy z Maksem po tych samych korytarzach i uciekaliśmy przed Kornelem, który nie miał szansy nas dogonić. Byliśmy razem. Spaliśmy w jednym łóżku, bawiliśmy się w piratów i walczyliśmy ze smokami. Świat był prosty. Żadnych masek, żadnej presji.
A potem matka przyjechała bez zapowiedzi. Była wściekła. Odebrała mi ten świat. Elitarna szkoła dla chłopców... Wpisała mnie w schemat, który bezwzględnie tłumił emocje. Straciłem tę część siebie, która potrafiła cieszyć się drobiazgami.
Westchnąłem. Może to dlatego tak trudno było mi patrzeć na Jagnę? Może widziałem w niej coś, co sam dawno straciłem?
W swoim pokoju wyciągnąłem kopertę. Ciążyła w dłoni, choć kartka w środku ważyła tyle co nic. Byłem dorosły, a mimo to czułem, jak dalece matka ingerowała wciąż w moje życie. Może to naturalne? Może nie byłem pierwszy, który to przeżywał, ale czułem, jak dusi mnie ta zależność. Jak lina zaciskająca się wokół szyi. Albo pępowina. Byłem gotów ją przeciąć, nawet jeśli łączyło się to z wywróceniem całego życia do góry nogami.
Nie mogłem teraz wysłać listu. Matka zareagowałaby natychmiast, a jej obecność tutaj byłaby katastrofą. Jagna była jak iskra - niepewna, delikatna, gotowa w każdej chwili wybuchnąć płomieniem. Nie mogłem igrać z ogniem.
Schowałem kopertę na dno walizki. Palce zacisnęły się na niej, zanim zdążyłem się powstrzymać. Zapach benzyny. Stos. Lina. Tamten dzień nie był przeszłością, wciąż mnie gonił, przypominał o sobie w najcichszych momentach. Odrzuciłem te obrazy, choć wiedziałem, że wrócą.
Maksymilian
Dłoń natrafiła na pustkę. Otworzyłem oczy. Na poduszce leżała piżama Kiry, idealnie złożona. Jak ona to robiła, że wszystko od razu kładła na miejsce? Jakby to była część rytuału i bez spełnienia tego punktu nie mogła przejść do kolejnego. Byłem ciekaw, gdzie zniknęła tak wcześnie.
Przeciągnąłem się, przypominając sobie gniewne spojrzenie, które rzuciła czekającemu na tatę Arthurowi, zanim niemal siłą zaciągnąłem ją do pokoju. Chcieli pogadać. Trzymali coś w tajemnicy i nikogo nie chcieli wpuścić do swojego zaklętego kręgu. Kira nie była tym zachwycona i obawiałem się, że prędzej czy później zademonstruje Arthurowi swoje niezadowolenie.
Usiadłem, podciągając kolana pod brodę. W korytarzu rozbrzmiały lekkie dziecięce kroki. Echo śmiechu przypomniało czas, kiedy sam byłem dzieckiem.
Zawsze trzymaliśmy się razem. Ciocia Anastazja była wiecznie zajęta, więc Arthur praktycznie u nas mieszkał. Bardzo kochał moją mamę i równie mocno przeżył jej śmierć. Nie poradziłbym sobie bez niego. Płakaliśmy razem, skuleni w moim łóżku.
Tato się załamał, babcia skupiła się na opiece nad Kornelem, a ciocia otarła łzę i wróciła do swoich spraw. Widywałem czasem, jak tato chwiał się i bełkotał, idąc korytarzem. Nie wiedziałem, co się działo. Któregoś razu zapytałem o to stryja, gdy byliśmy w kuchni. Dziadek natychmiast poszedł go poszukać, a stryj zagadywał mnie i Arthura, żebyśmy nie słyszeli podniesionego głosu. Nie wytrzymałem. Pobiegłem go ratować. Dopiero po latach zrozumiałem, że tato pił. Ale po tamtym incydencie nigdy, przenigdy nie widziałem go z alkoholem. Dlaczego pomyślałem o tym teraz?
Pokrętna logika, ale cieszyłem się, że miałem przy sobie Arthura. Chodził do szkoły u nas, na Smochowicach. Cztery lata. Zaczął ją, gdy jeszcze żyła mama, bo wujek i ciocia często zmieniali miejsce zamieszkania. Całkiem przypadkiem dowiedzieliśmy się, że wujek objął posadę na uniwersytecie w Perth. Że kupili dom. Że mieszkają już tam ponad pół roku. Nie powiedzieli o tym, gdy widzieliśmy się na święta. Zapomnieli o Arthurze.
Stryj nie podnosił tematu, ale gdy w końcu w czerwcu przyjechała Anastazja, zagroził, że odbierze jej i szwagrowi prawa rodzicielskie. Powiedział, że Arthur potrzebuje prawdziwego domu i że on sam chętnie się nim zajmie. Westchnąłem. Chciał dobrze, ale niektórzy ludzie po prostu nie powinni być rodzicami. Widziałem, jak ciotka patrzyła na nas, gdy ganialiśmy po ogrodzie. Nie mogła znieść oznak beztroski i radości. Ostro nas strofowała, nawet Kornela, który nigdy nie zrobił nic złego. Pamiętałem jej oburzenie, gdy Arthur wszedł na szafę i udawał, że łowi ryby.
Może właśnie dlatego wysłała go do tej szkoły dla sztywniaków?
Chyba powinienem odczuwać większą wdzięczność, że tatko tak nie świrował. Może była w tym duża zasługa babci Małgosi, bo przecież tata dużo pracował i de facto to ona i dziadek Wojtek towarzyszyli nam na co dzień. Tato zostawił mi dużą swobodę i dopóki nie pakowałem się w kłopoty, w zasadzie w nic się nie wtrącał. Nie naciskał, żebym poszedł w jego ślady. Nie narzucał się, nie wypytywał, skąd mam pieniądze. To bardzo ułatwiało mi życie, ale czy ja, będąc ojcem, postępowałbym tak samo? Zaśmiałem się nerwowo. Chyba jednak trochę się zagalopowałem. Nawet nie rozmawialiśmy jeszcze o ślubie, a ja już myślałem o dzieciach...
Słowo-klucz: odpowiedzialność. Już nie żyłem tylko dla siebie. Musiałem zająć się i Kirą, i Jagną.
Spróbowałem przypomnieć sobie przyczepioną do lodówki rozpiskę dyżurów. Ojciec będzie jutro w pracy. I w poniedziałek. Trzeba znaleźć jakieś zajęcie dla Zosi - nie chciałem, by czuła się u nas obco.
Nie wiedziałem, jak długo Arthur planował zostać, ale świetnie poradzi sobie sam. Umówił się z tatą, że będzie w pobliżu Jagny. Wczoraj na niego czekał i coś ustalili. Działali jak zgrany zespół. Chyba nawet czułem się o to trochę zazdrosny.
Powinienem?
- Jeszcze się nie ubrałeś?
Kira stała w drzwiach. Miała na sobie jeansy i prostą tunikę, ale dla mnie i tak wyglądała jak bogini. Nie mogłem na to nie zareagować.
- Prawdę mówiąc... wolałbym cię rozebrać.
Spłonęła rumieńcem, a ja poczułem, że mam na nią coraz większą ochotę.
- Nie daj się prosić - mruknąłem. - Wiesz, że nie mogę się skupić, gdy na ciebie patrzę.
- Pomoże ci, jeśli ubiorę się w lniany worek po burakach?
- Nic a nic. - Pokręciłem głową. - Chcę cię teraz.
- Ktoś może wejść - powiedziała, ale w jej głosie nie było przekonania. Zaczęła się łamać.
Gdy spojrzała na mnie, jej policzki się zarumieniły. Nie wiedziałem, skąd nagle ta nieśmiałość.
- No dalej - zachęciłem głosem o pół tonu niższym. - Po prostu przekręć klucz w drzwiach.
Zamek skrzypnął lekko. Wstrzymałem oddech, gdy szła niespiesznie w moją stronę. Ten zmysłowy sposób, w jaki uniosła ręce, by zdjąć tunikę... Pojedyncze kosmyki wymknęły się z koka i opadły miękko na otulone satynowym stanikiem pełne piersi. Mogłem patrzeć na nią bez końca.
Kochałem wszystkie jej zaokrąglenia i zakamarki. Pochłaniał mnie każdy jej ruch, każdy gest. W tej chwili nie istniało nic poza nią. Całe życie czekałem na ten moment. Była moją miłością, moim domem, wszystkim, czego pragnąłem.
Jagna
Chciałam pomóc przy obiedzie, ale babcia Małgosia szybko ucięła moje prośby.
- Jagusiu, powinnaś odpocząć, a nie się pchać do garów - powiedziała z troską, choć w jej oczach zauważyłam lekkie zniecierpliwienie.
Już miała grono pomocników. Mama i ciocia Wiki pochylały się nad starym brulionem z przepisami i przeglądały go z uwagą, jakby trzymały w dłoniach bezcenny skarb. Kira zarzekła się kiedyś, że wszystko należycie przepisze na komputerze, ale nie znalazła jeszcze na to czasu.
Babcia podeszła do nich i wspólnie coś ustalały. Było mi przykro, że zostałam odsunięta, ale musiałam odpuścić. Moja pomoc i tak byłaby bardzo symboliczna. Ale i tę możliwość mi odebrano.
Zapach świeżo zaparzonej kawy trochę mnie pocieszył, więc poszłam poszukać miejsca, gdzie nie będę nikomu przeszkadzać. Kornel i Mateusz pojechali odwiedzić wujka Aleksego. Zaproponowali, żebym pojechała z nimi, ale myśl o szpitalu wzbudzała we mnie opór. Wuj nadal był w śpiączce. Pewnie nawet nie zauważyłby, że tam byłam.
A... co, jeśli jednak by zauważył? Może poczułby, że jestem? Przecież niektórzy ludzie, których udało się wybudzić, twierdzili, że wszystko słyszeli... Bardzo chciałam, żeby wrócił do zdrowia, ale myśl o wyjściu z domu budziła mój niepokój. Może za kilka dni?
Poszłam do biblioteki. Nie spodziewałam się tam nikogo zastać, ale popłoch, który spowodowałam swoim wejściem, pozwolił mi zrozumieć, że mnie też się nie spodziewano.
Kira nerwowo poprawiła tunikę.
- Jaga!
Starała się opanować emocje, ale jej twarz mówiła wszystko. Maks otaczał ją ramieniem w sposób sugerujący, że nie byli tylko przyjaciółmi.
- Babcia wygoniła mnie z kuchni. Chłopaków nie ma. Arthur pewnie odsypia noc... Pomyślałam, że trochę poczytam - dukałam, tłumacząc się, sama nie wiedząc czemu.
Cofnęłam się odruchowo, bo przewidziałam, że będą chcieli pomóc mi z kubkiem, wtedy nagle coś we mnie pękło.
- Muszę radzić sobie sama - warknęłam, nie kryjąc irytacji. - Nie mogę cały czas być dla was ciężarem.
- Przecież nie jesteś. - Maks próbował mnie pocieszyć, ale jego słowa wydały mi się puste.
- Jestem - odpowiedziałam uparcie. - Arthur był ze mną całą noc, bo mi odbiło. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie dobrze... Kiedy pomyślę, że w sądzie... - Nie dokończyłam, bo żołądek ścisnął mi się z obrzydzenia. - To ciągle jest we mnie. Nie zniknie. Nie mogę wrócić pod klosz. Klosza już nie ma.
W oczach Maksa dostrzegłam coś więcej niż współczucie. Troska i zrozumienie przebijały się przez delikatny uśmiech. Powoli uniósł dłoń, by otrzeć moje łzy. Gest był łagodny, pełen szacunku, ale instynktownie spięłam się na ten dotyk.
- Kocham cię, siostrzyczko.
Uniosłam wzrok. Powiedział to po raz pierwszy, ale przecież znaliśmy się tak krótko. Też go kochałam, ale czy to mogło stopić ten lód we mnie?
- Jeśli kiedyś będziesz chciała porozmawiać, jesteśmy tu dla ciebie - dodała Kira.
Moje ciało natychmiast zdrętwiało, jakby nacisnęła włącznik alarmowy.
Nigdy.
Nie mogli się dowiedzieć.
Uśmiechnęłam się, znów zakładając maskę.
- Już mi lepiej - skłamałam, byle nie ciągnęli tematu. - Muszę wypić kawę, zanim wystygnie, bo zaraz zasnę - dodałam, starając się brzmieć lekko. - Nie będę wracać do kuchni po kolejną.
- Coś ci zdradzę - odezwała się Kira. - Julian ma w biurze ekspres. Pewnie by się za bardzo nie pogniewał, gdybyś z niego skorzystała.
Spojrzałam na nią z lekkim zdziwieniem. To był żart czy Kira rzeczywiście znała każdy kąt tego domu? Może faktycznie tak było?
Każdy kąt, oprócz pokoju Maksa w piwnicy - pomyślałam z odrobiną satysfakcji.
Rozsiadłam się w fotelu i odetchnęłam. Na blacie stolika leżała książka, którą ostatnio czytałam. To cud, że Kira jej jeszcze nie schowała.
- Zmarzniesz, jak będziesz tu tak siedzieć bez ruchu - powiedziała, otulając moje kolana wełnianym kocem.
Parsknęłam śmiechem. Babcia Helenka zwykła tak siadać, dogrzewając się kocem, choć w mieszkaniu było ciepło.
- Kochanie, jesteś aniołem - stwierdziłam, naśladując babciny głos.
Kira odetchnęła. Zostawili mnie samą.
Przymknęłam oczy. Łatwo poszło. I o to właśnie chodziło - chciałam uśpić ich czujność, by dali mi święty spokój. Nie będą pytać.
Maksymilian
Wyszliśmy z biblioteki i wtedy wewnętrzny spokój Kiry nagle gdzieś się ulotnił.
- Łże - mruknęła, wspinając się po schodach. - Wiem, kiedy coś ukrywa. Maks, musimy coś zrobić.
- Nawet nie próbuj - rzucił chłodno Arthur.
Jagna powiedziała, że poszedł się położyć, więc jego obecność na korytarzu była sporym zaskoczeniem. Wcześniej nie słyszałem u niego takiego tonu. Odebrałem to jak ostrzeżenie.
Kira aż się wzdrygnęła, ale ani myślała go słuchać.
- Nie wtrącaj się - syknęła urażona.
- To ty się nie wtrącaj.
Zerknąłem na niego z niepokojem. Chronił Jagnę, ale czy mimo wszystko nie był dla Kiry zbyt surowy? Przecież to ona znała Jagę najlepiej.
- Powinnaś uszanować, że ona nie chce o czymś rozmawiać - dodał nieco łagodniej, choć z jego tonu wciąż przebijała stanowczość.
Kira ściągnęła brwi i syknęła z irytacją.
- Uspokójcie się, oboje! - warknąłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, choć nie planowałem reagować tak ostro. - Jeśli usłyszałeś Kirę, równie dobrze Jagna może teraz słyszeć was. Chciałbym tego uniknąć.
Arthur przymknął oczy, modląc się o anielską cierpliwość. Kira była zbyt impulsywna, by przyznać, że posunęła się za daleko, a Arthur zbyt odpowiedzialny, by zostawić Jagnę bez ochrony.
- Może faktycznie przenieście się z tą rozmową gdzieś indziej - zasugerował delikatnie ojciec, zmierzając w naszą stronę. - Proszę, żebyście nie poruszali przy niej tego tematu - ciągnął, lustrując uważnie naszą trójkę. - Mówię poważnie. Jutro mam dyżur i ostatnie, czego potrzebuję, to martwić się, czy wymyślicie pod moją nieobecność coś nieodpowiedzialnego.
Wstrzymałem lekko oddech, gdy wymienił z Arthurem spojrzenia. To było coś poważniejszego. To, co ukrywali. Przestałem wątpić, że mieli powód.
- Chodź, pójdziemy na plebanię i pogadamy ze stryjem Dominikiem - zagadnąłem, biorąc Kirę pod ramię.
Zerknęła na mnie, jakbym do reszty stracił rozum.
- Maks, pada deszcz, jakbyś nie zauważył. Telefony polikwidowali?
Rzeczywiście, nie zauważyłem. Nonszalancko wzruszyłem ramionami, udając, że nic mnie to nie obchodzi.
- Spacer dobrze nam zrobi. Rozmowa ze stryjem również.
Ojciec tylko spojrzał na mnie spod oka.
- Jeszcze tylko zapalenia płuc brakuje w tym domu... - mruknął. - Ledwie Jagna wyzdrowiała, a już są kolejni chętni. Robi się coraz ciekawiej.
- Wezmę parasol i pójdę po samochód - obiecałem, próbując go udobruchać. W końcu każdy miał jakieś granice wytrzymałości.
Arthur
Kira była naburmuszona, ale uznałem, że złość jej minie szybko. Miała dobre serce, choć teraz nie mogła odpuścić.
- Chodź - zagadnąłem, wskazując wujkowi mój pokój.
Poszedł za mną bez słowa, starannie zamykając za sobą drzwi. Tej rozmowy nie można było dłużej odwlekać.
- Powiedziała ci? - zapytał, siadając przy stoliku, wyraźnie zmęczony.
Zająłem miejsce naprzeciwko. Jego spojrzenie było ciężkie, wypełnione czymś więcej niż troską. Zżerało go poczucie winy.
- Nie - przyznałem szczerze. - Jednak doświadczenie podpowiada mi, że... - Zawahałem się. To, co chciałem powiedzieć, było trafne, ale chodziło o jego córkę.
Uniósł lekko głowę, jakby moje niedopowiedzenie potwierdziło jego własne myśli. Kiwnął nią powoli, unikając mojego spojrzenia. Zawsze uważałem go za skałę, ale teraz ta skała kruszyła się na moich oczach.
- Jagna naprawdę dużo przeszła - odezwał się po dłuższej chwili. - Nie udało mi się jej ochronić. Ani wcześniej, ani teraz.
Zacisnąłem dłonie na kolanach. Próbowałem powstrzymać cisnące się na usta zapewnienia, że to nie jego wina, ale wiedziałem, że i tak tego nie przyjmie. Przy innych starał się trzymać, ale teraz, gdy byliśmy sami, maska spadła.
Wuj Julian obiecał, że dopilnuje, by na sali sądowej towarzyszył jej psycholog, ale to nie zmieniało faktu, że będzie musiała zmierzyć się z tym wszystkim publicznie. Kobiety zawsze były w takich sytuacjach dodatkowo pokrzywdzone. Wujek Gracjan o tym wiedział, a w tym przypadku ofiarą była jego własna córka.
- Ona jest...
- Dzieckiem! - przerwał mi. - Powinienem był ją ochronić. Co ze mnie za ojciec, skoro tego nie zrobiłem?
- Nie mogłeś nic zrobić - powiedziałem cicho, choć wiedziałem, że dla niego te słowa nic nie znaczą. - Zrozum... Musisz sobie wybaczyć, że nie mogłeś nic zrobić.
- Nie chcę rozumieć! - wrzasnął.
Jego głos zabrzmiał jak krzyk rozpaczy. Milczałem. Wielokrotnie wdziałem ten stan u pacjentów. Zespół stresu pourazowego. Oboje, on i Jagna, byli ofiarami, ale w medycynie łatwiej zająć się ciałem niż duszą.
- Nie pomożesz jej, obwiniając siebie - powiedziałem w końcu stanowczo. - To tak nie działa. Musi mieć w tobie oparcie. Jeśli będziesz się chwiał, przewrócicie się oboje.
Skulił się i trwał tak przez chwilę, ale w końcu skinął głową, powoli i niemal niezauważalnie. Słowa przeniknęły przez mur żalu, choć nie byłem pewien, czy naprawdę je przyjął.
- Nie będzie mnie jutro.
- Dopilnuję, by miała spokój - obiecałem.
Blady uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był cieńszy niż nitka światła wpadająca przez zasunięte zasłony. Czy go przekonałem? Nie wiedziałem. Ale może właśnie ta odrobina nadziei pozwoli nam przetrwać.
II
Jagna
Po kolacji Arthur obrzucił mnie tym swoim chłodnym spojrzeniem i stwierdził, że ze mną zostanie. Ton jego głosu sugerował, że opór nic nie da. Może bał się, że moje demony powrócą? Gdyby nie on, pewnie wszystko skończyłoby się wczoraj dużo gorzej. W tym swoim uporze był podobny do Kiry i może właśnie dlatego tak trudno było im się dogadać.
Nie pamiętam, co mi się śniło, ale gdy mnie obudził, byłam zlana potem. W pokoju panował półmrok. Gdzieś w kącie świeciła lampka. Spojrzałam na niego, ale nic nie powiedział. Zauważył, że mam przepoconą górę od piżamy. Przyniósł na przebranie bawełnianą koszulkę z długim rękawem i pomógł mi ją założyć. Nie pozwolił przeprosić. Odwrócił jeszcze kołdrę na suchą stronę i okrył mnie nią, żebym nie zmarzła. Myślałam, że nie będę mogła zasnąć, ale gdy delikatnie, niemal hipnotycznie zaczął gładzić mnie po głowie, oczy same mi się zamknęły.
Zaraz po śniadaniu Kiki przyniosła dwie kolejne bluzy, ale nie mogłam pozwolić, by pomogła mi się ubrać. Musiałam radzić sobie sama. Inaczej nigdy nie wyrwę się spod tej duszącej troski. Zresztą Kira za kilka dni wróci na uczelnię i nie będzie miała czasu mnie niańczyć.
Już postanowiłam, że nie wrócę na studia. Rodzice pewnie będą zawiedzeni, ale Julian, który przecież sam rzucił medycynę, może to zrozumie. Dziwne, ale decyzja, z którą nosiłam się od dawna, nie wzbudzała już u mnie emocji, a wcześniejsze obawy ustąpiły miejsca zimnej kalkulacji. Miałam trochę oszczędności po babci i mieszkanie. Jakąś pracę pewnie uda mi się znaleźć. Teraz, z niesprawną ręką, wydawało się to wątpliwe, ale przecież kiedyś odzyskam sprawność.
Kiedyś...
Kiedyś Kira i Maks nie chowali się po kątach. Coś się między nimi zmieniło. Nosiła pierścionek na palcu, a nie na łańcuszku na szyi. Coś przegapiłam.
Podciągnęłam kolana pod brodę, otulając się kocem. Nie potrzebowałam go, by ochronić się przed chłodem, ale dawał namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Nie zadawał żadnych pytań.
Usłyszałam Oskara biegającego po korytarzu i matkę, która próbowała przemówić mu do rozsądku. W jej głosie rozbrzmiewała czułość. Ktoś zapytał, gdzie jestem.
Oni w końcu zaczną pytać.
Nie chciałam z nikim o tym rozmawiać. Nie mogłam. Nigdy.
Przemknęłam do piwnicy. Zapamiętałam, gdzie Maks chował klucz, i weszłam do pomieszczenia. Nieporadnie przytrzymywałam koc, kiedy szukałam włącznika światła, a gdy go odnalazłam, ciemność zgasła. Maks utrzymywał tu idealnie sterylny porządek, który zadziwiłby nawet Kirę. Jedyne, co tu nie pasowało, to kartony ze zdjęciami, które przywieźliśmy z domu przy Orlej. Spoglądały na mnie oskarżycielsko.
Chwyciłam kilka, ale wysmyknęły mi się z dłoni, jak wcześniej koc, i rozsypały się bezładnie na betonowej posadzce. Niemal zapomniane obrazy z dzieciństwa uderzyły mnie ostrzej niż jakiekolwiek słowa. Twarze, które znałam, uśmiechy, które nigdy nie powinny zgasnąć.
Tato i wujek Szymek. I my z Kirą. Roześmiane buzie. Ciepły dotyk, gdy tatuś otaczał mnie ramieniem, trzymając na kolanach. Pamiętałam go w tym swetrze. Był miękki. Pięknie pachniał. Tato często go nosił. Wtedy, gdy podpalono studio, też miał go na sobie.
Łzy spłynęły mi po policzkach, zanim zdążyłam je powstrzymać. Przypomniałam sobie słowa prokuratora: "...bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć braci Sokołowskich oraz Ksawerego Lisieckiego". To nie Staszek był winny. Tylko ja. Gdyby nie ja, oni by żyli. Kira miałaby tatę i wujka, Mateusz też miałby tatę, a Zosia i ciocia Wiki miałyby mężów... Wszystko przeze mnie. Zniszczyłam nas wszystkich.
Próbowałam oddychać, ale ból w piersi narastał. Rozejrzałam się rozpaczliwie, szukając ratunku. Biurko. Chirurgiczny porządek w szufladach. Klisze, karty, kable...
I wtedy go zobaczyłam. Skalpel. Nie pasował tutaj, a jednak jego obecność była jak znak z nieba. Mógł przywrócić porządek w chaosie, zakończyć ciszę, która dławiła mnie od środka.
Przełożyłam go do prawej ręki. Zasługiwałam na dodatkową karę. Każdy ruch bolał, bo wczoraj przestałam brać Ketonal. Odciągnęłam zębami rękaw, odsłaniając przedramię. Chłód ostrza sprawił, że zadrżałam, ale na bladej skórze pojawiły się ciemnoczerwone linie. Pierwsza była ledwo muśnięciem, testem, czy jestem gotowa, ale potem pociągnęłam szybko i zdecydowanie, mimowolnie łkając. Zacisnęłam wargi, patrząc, jak krew kapie na betonową posadzkę. Poczułam... ulgę. Udało się. Nareszcie coś mi się udało.
A teraz jeszcze raz. Uniosłam skalpel.
- Oszalałaś?! Jagna!
Wzdrygnęłam się. Ostrze uderzyło o podłogę z metalicznym dźwiękiem.
Maks nie czekał na odpowiedź. Wyjął z gabloty apteczkę i rzucił na biurko. Dłonie mu drżały, gdy rozrywał folię opatrunku.
- Nie wierzę, że to zrobiłaś! - Głos lekko mu się załamał, gdy odblokowywał smartfon. - Natychmiast do gabinetu. Sam - rzucił do telefonu i się rozłączył.
Nie protestowałam, gdy owijał nadgarstek bandażem. Zbyt luźno, bo z odrobiną satysfakcji obserwowałam krew przesiąkającą przez gazę. Mój ból na moich zasadach.
- Idziemy - warknął, łapiąc mnie za kaptur.
Wyszliśmy z piwnicy, ale pod drzwiami gabinetu zaparłam się jak osioł.
- Zostaw mnie - syknęłam. - Może się zdziwisz, ale mam prawo decydować o sobie. Naruszasz moją przestrzeń osobistą!
- Milcz. Twoje prawa średnio mnie interesują. Właź tu - rzucił ostro, wpychając mnie do środka.
Arthur przysiadł na biurku.
- Co... - zaczął, ale zaraz zamilkł, spoglądając na mnie z niepokojem.
- Złapałem ją na gorącym uczynku! - huknął Maks. - Nie wiedziałem, że nie można spuścić jej z oka!
- Sorry, że nie uprzedziłam! Nie prosiłam, żebyś za mną łaził. Nic od ciebie nie chcę. Zostaw mnie w spokoju!
Nie wiedziałam, skąd we mnie ta złość, ale nie potrafiłam jej opanować. Maks westchnął cicho z dłonią zaciśniętą na klamce. Był blady. Jego oczy tliły się gniewem i bezsilnością.
- Moje życie, moja sprawa! Kto dał ci prawo decydować, co jest dla mnie dobre!? - wrzasnęłam, nawet nie próbując ukryć łez.
- Ktoś musi za ciebie myśleć, skoro sama nie potrafisz!
- Dosyć, Maks. - Arthur spojrzał na niego z irytującym spokojem. - Ona nie potrzebuje twojego gniewu.
- A ty myślisz, że twój spokojny ton coś tu zmieni?! - Maks podniósł głos, ale zaraz przygryzł wargę. - Mogła się zabić. Nie rozumiesz?
Arthur nie dał się wciągnąć w jego chaos.
- To nie jest odpowiednia pora na tę rozmowę - oznajmił. - Jeśli nie potrafisz się uspokoić, wyjdź. Decyduj.
Nie czekając na odpowiedź, wstukał kod na klawiaturze sejfu. Wyciągnął z niego klucz do szafki.
- Dawno mnie nie było, więc nie wiem, co tu znajdę - uprzedził. - Jeśli przecięłaś ścięgna, będziemy musieli jechać do szpitala, ale wolałbym tego uniknąć ze względu na waszego ojca.
Przez chwilę było cicho. Słyszałam tylko ich oddechy. Jeden nieregularny, rwący się, jakby Maks próbował opanować złość, i drugi: chłodny, niemal hipnotyzujący, Arthura.
Wiedziałam, że powinnam przeprosić, ale nie potrafiłam się do tego zmusić. Nie potrafiłam okazać wdzięczności. Nie chciałam ich pomocy ani litości. Chciałam być sama, ale nie chcieli mi na to pozwolić.
Bez emocji patrzyłam, jak Arthur układa na biurku środki opatrunkowe, leki i narzędzia. Gdy na mnie spojrzał, w jego oczach nie było nagany. Wydawał się wiedzieć, że musiałam to zrobić. Zirytowało mnie to bardziej niż nieskrępowana złość Maksa.
- Zamknij drzwi na klucz - powiedział do niego cicho, nie odrywając ode mnie wzroku. - Musimy mieć spokój.
Arthur
Nie spodziewałem się wyjaśnień. Ruszyłem przez salon, kierując się niemal na oślep, aż znalazłem się w gabinecie. Ich głosy odbijały się echem od ścian korytarza. Maks brutalnie wepchnął Jagnę do środka, odcinając drogę ucieczki. Zachwiała się.
Jedno spojrzenie wystarczyło, bym zrozumiał sytuację. Krew przesiąkła już przez opatrunek, zabarwiając materiał na głęboki, ciemnoczerwony kolor. Nie musiałem kończyć pytania, bo z twarzy Jagny biła ta specyficzna obojętność, która była jednocześnie tarczą i maską. W przeciwieństwie do niej, Maks kipiał od emocji. Nie potrafił powstrzymać gniewu ani frustracji.
- Złapałem ją na gorącym uczynku. Nie wiedziałem, że nie można spuścić jej z oka.
Jagna zaczęła coś krzyczeć, Maks warknął, ale ledwie ich słuchałem. Wuj Gracek przyjmował czasem pacjentów, ale nie miałem pewności, czy nadal wykonywał drobne zabiegi chirurgiczne.
Było coraz głośniej. Musiałem interweniować, zanim powiedzą coś, czego oboje będą żałować. Maks nie rozumiał, że gdyby Jagna naprawdę chciała się zabić, zrobiłaby to w zupełnie inny sposób. Fizyczny ból miał jej pomóc zagłuszyć ten, którego nikt nie widział. Była w rozsypce, ale to Maks stanowił teraz większy problem. Nie mogłem pozwolić na chaos. Nie teraz.
- To nie jest odpowiednia pora na tę rozmowę. Jeśli nie potrafisz się uspokoić, wyjdź. - Uniosłem brwi, sugerując, że dalsza dyskusja jest nie na miejscu. - Decyduj.
Musiałem odsunąć emocje, jakby to była rutynowa procedura. Znalazłem nici i lignokainę. Ostrzegłem jednak Jagnę, że jeszcze nie wiem, czy będę mógł jej pomóc. Przyjęła to z obojętnością.
- Zamknij drzwi na klucz. Musimy mieć spokój - rzuciłem do Maksa.
Nie zareagował.
- Maks, zamknij drzwi - powtórzyłem ostrzej, ignorując jego pełne złości spojrzenie. W środku się gotował, ale musiał się podporządkować.
Z wściekłym westchnieniem przekręcił klucz w zamku. Jagna wciąż stała. Przysunął krzesło bliżej biurka i popchnął ją, by usiadła. To było niepotrzebne. Wpędzanie jej w poczucie winy nie miało najmniejszego sensu.
- Pokaż tu rękę, moja mała koalo - poprosiłem, zachowując przyjazny ton. - Zobaczę, jak to wygląda.
Nawet nie drgnęła. Widziałem zniecierpliwienie Maksa, ale użycie siły nie wchodziło w grę. Jagna już i tak się bała. Musiała mi zaufać.
- Mogę dać ci chwilę - zapewniłem. - Wiem, że jesteś zmęczona. Spróbuję ci pomóc.
Milczała. Nerwowo przełknęła ślinę.
Ramię drżało delikatnie, gdy powoli, z niechętną zgodą, wyciągnęła dłoń w moją stronę. Starałem się skupić, ale jej dotyk przeniósł na mnie część ciężaru, który w sobie nosiła. Myślałem o niej jak o pacjentce, a przynajmniej się starałem.
Dłoń była zimna, a skóra blada. Zastanowiło mnie, czy Jagna zawsze miała tak niskie ciśnienie. Ostrożnie odwinąłem opatrunek, ale przesiąknięta krwią gaza lepiła się do ciała. Przytrzymałem lekko kciuk. Cięcie krzyżowe. Powierzchowne draśnięcie nie wymagało szycia. Głębsza rana? Kazałem jej poruszać palcami. Zagryzła wargi, ale posłusznie wykonała polecenie. Miała szczęście, wystarczy kilka szwów. Pozostanie ślad, który, miałem nadzieję, będzie dla niej ostrzeżeniem.
Grała obojętną, ale adrenalina zaczęła ustępować miejsca obawie. Gdy założyłem rękawiczki, w jej oczach błysnął niepokój.
- Znieczulę to miejsce - uspokoiłem, przygotowując lignokainę.
Jęknęła, gdy wbiłem igłę tuż przy ranie. Maks przytomnie przytrzymał ją, by zapewnić wsparcie.
Znieczulenie zadziałało szybko. Ująłem szczypce, igłotrzymacz i sięgnąłem po nić chirurgiczną.
Igła przeszła przez skórę z miękkim, nieprzyjemnym dźwiękiem. Moje palce były stabilne, ale gdzieś na krawędzi świadomości czułem, jak napięcie kumuluje się w ramionach. Jagna wciągnęła gwałtownie powietrze, przytłoczona sytuacją, do której sama doprowadziła. Spojrzała gdzieś w bok, udając, że nic się nie dzieje.
- Oddychaj spokojnie - powiedziałem cicho, skupiając się na pracy. Nadgarstek wykonywał te same ruchy, co zawsze. Szew musiał być równy i ciasny, by zminimalizować ryzyko infekcji. Wyłączyłem emocje i szyłem, jakbym miał do czynienia z pacjentką w szpitalu, a nie z kimś, kogo bałem się stracić.
Gdy skończyłem, spojrzałem na nią ponownie. Była wycofana. Na jej twarzy nie rysowały się żadne emocje.
- Postaraj się uważać na szwy - poprosiłem.
Nie mogłem pozostawiać po sobie śladów. Drobne niedopatrzenie mogłoby wywołać pytania, na które nie mieliśmy jeszcze gotowych odpowiedzi.
- Kira i tak się domyśli - mruknął Maks z rezygnacją. - Ma obsesję na punkcie Jagi.
Jagna przymknęła oczy. Rozluźniła się lekko, bo ogarnęła ją senność. To dość częsty skutek uboczny po lignokainie. Ale w tej chwili było mi na rękę, aby od razu się położyła. Im mniej osób ją zobaczy, tym mniejsza szansa, że ktoś zwróci uwagę na opatrunek. Potrzebowałem czasu, by wymyślić jakieś logiczne wytłumaczenie.
Przebiegłem wzrokiem po pomieszczeniu. Potem i tak tu wrócę i odstawię odpowiednio krzesła, by nie prowokować pytań.
- Odprowadzę cię na górę - powiedziałem, a do Maksa dodałem ciszej: - Znajdź Kirze jakieś zajęcie. Nie chcemy, żeby zaczęła coś podejrzewać.
Wyszliśmy z gabinetu. Kiedy Jagna oparła się o moje ramię, jej ciężar wydał się znikomy. Zbyt lekki jak na kogoś, kto dźwigał w sobie tak wiele.
Julian
Uchylił drzwi, gdy kroki na schodach ucichły. Co robili w gabinecie? Julian wszedł do pomieszczenia. Biurko było czyste. Notes i pióro pozostały nietknięte. Tylko krzesła rozsunięto, chociaż intuicja podpowiadała mu, że wkrótce znów staną równo przy biurku. Coś tu się stało, a on nie potrafił określić, co dokładnie.
Zadzwonić do Gracjana? Co by to jednak dało? Gracek już i tak był kłębkiem nerwów, a Julian nie miał żadnych dowodów, że stało się coś złego. Może szukali po prostu proszków na ból głowy?
We trójkę?
Słyszał siebie, jak niedorzecznie to brzmiało. Spotkanie z Anną, córką Jadwigi, uświadomiło mu, że można mieszkać z kimś pod jednym dachem i tak naprawdę w ogóle go nie znać.
Maks i Arthur byli jak bracia. Nic dziwnego, przez pierwsze lata życia praktycznie wychowywali się razem. Tej więzi nic nie było w stanie osłabić. Nawet tysiące kilometrów. Teraz wzięli na siebie odpowiedzialność, której być może sami jeszcze nie rozumieli.
Zrozumiał, że ma rację, gdy Jagna nie pojawiła się w kuchni, by wypić życiodajną kawę, ani później, gdy zasiadano do obiadu. Arthur rzucił, że bierze ją przeziębienie i zabrał na górę oba talerze. Maks nie okazał zdziwienia; zagadał Kirę, by uznała, jakby przecież było oczywiste, że dziewczynę przewiało. Julian był ciekaw, co wymyślą, gdy wróci Gracjan.
Nie przyznałby się nikomu, że czeka na odpowiedni moment, ale gdy Arthur zszedł do kuchni, uchylił drzwi pokoju Jagny. Co powinien zrobić? Nie był najlepszy w okazywaniu wsparcia, a jednak coś go tu sprowadziło. Może potrzeba zrozumienia? Albo zwykła ludzka obawa, że przegapi moment, w którym jeszcze można coś zmienić.
- Mogę?
Była otulona kocem, przygarbiona, ale nie wyglądała na chorą. Gdzieś obok leżała książka. Nie zdążyłaby jej odłożyć, więc zgadywał, że nie czytała. Odruchowo wzruszyła ramionami i zaraz syknęła z bólu, mrugając gwałtownie.
- Zawołać Arthura?
Jej oddech był szybki, urywany. Zagryzła wargi, próbując się uspokoić.
- Nie. On musi odpocząć. Czytał mi przez dwie godziny, za chwilę straci głos.
Gdy zamykał drzwi, przypomniał sobie, że słyszał, jak kłóciła się z Maksem. Coś o przestrzeni osobistej. Dlaczego nie skojarzył tego wcześniej, gdy zastanawiał się, czego szukali w gabinecie?
- To nie przeziębienie, prawda? - zapytał, chociaż odpowiedź była raczej oczywista.
Jej spojrzenie uciekło w bok. Stłumił westchnienie. Czekał. Nie chciał naciskać.
Pozwoliła, by koc zsunął jej się z ramion. Kiedy przez chwilę spojrzała mu w oczy, wstrzymała oddech i podciągnęła wyżej rękaw bluzy. Opatrunek na nadgarstku nie wymagał dodatkowych wyjaśnień.
- Oni... twierdzą, że tata nie powinien o tym wiedzieć - powiedziała cicho.
Starał się zachować spokój. Jagna poszła za głosem impulsu, ale wiedział, że Gracjan odbierze to jako osobistą porażkę.
- Więcej tego nie zrobię - obiecała cicho, wsuwając ostrożnie dłoń pod koc.
- Jagno... - zaczął, usiłując nadać głosowi ton, który przekonałby ją, że nie chciał jej osądzać. - Jeśli tylko pozwolisz, umówię cię z psychologiem. Jeżeli się wstydzisz, zachowam to tylko dla siebie. Nikt nie musi o tym wiedzieć. Naprawdę.
Smutny uśmiech bratanicy przypomniał mu o własnych doświadczeniach. Widząc jej spojrzenie, wiedział, że zmierzenie się z tym, przez co przeszła, będzie dla niej długą drogą.
- Psycholog? Naprawdę uważasz, że rozmowa z kimś, komu wydaje się, że wie, co powinnam czuć, cokolwiek zmieni? Już to przerabiałam. - Jej głos zabrzmiał ostro, niemal gniewnie. - Dostanę pudełko kredek? Nic nie narysuję, więc znów ktoś będzie mnie straszył? Będzie podsuwał zdania i kazał przytakiwać?
Nie spodziewał się, że miała takie doświadczenia. Tak niewiele o niej wiedzieli.
- Przepraszam... Nie jestem gotowa na rozmowy... Zwłaszcza takie, które rozdrapują rany, których nie umiem nawet nazwać - wyjaśniła, uciekając wzrokiem. - Ja nie mam złudzeń. Nie mam nadziei. Ja nie żyję, ja trwam, tylko nie wiem po co... Julian, ja łkałam po nocach z tęsknoty za tatą, ale to mamy nigdy nie poznałam i nie poznam. Straciłam wszystko. Dobrze znasz prokuratorską listę zarzutów dla... - Zawiesiła głos, jakby tamto imię nie mogło jej przejść przez zaciśnięte gardło. - Te wszystkie skomplikowane terminy to ubrana mądrze w słowa myśl, że to ja jestem za wszystko odpowiedzialna.
- Nie. Nie ma w tym twojej odpowiedzialności - zaprzeczył, zaskoczony, że w ogóle mogła o czymś takim pomyśleć. Zaraz jednak zrozumiał, jak bardzo w tym poczuciu porażki i beznadziei byli do siebie podobni. Jakby to on sam, kilkanaście lat temu, próbował wyjaśnić komuś, dlaczego nie może spać po nocach. W jej spojrzeniu widział coś, co przypominało mu tamte chwile.
Podszedł bliżej, by zmniejszyć dystans, jednak nie na tyle blisko, by poczuła się zakłopotana.
- Czasami... - zaczął powoli, opierając się lekko o krzesło. - Czasami trudno jest wybaczyć sobie coś, na co w rzeczywistości nie mieliśmy żadnego wpływu. Laura była dla mnie wszystkim, a jednak pokłóciliśmy się tamtego ranka. Padło wiele przykrych słów. Nie chciałem, żeby jechała. Uważałem, że mogła już sobie odpuścić pracę... - Zawiesił głos, zbierając myśli. Sięgnął pamięcią do tamtego feralnego dnia i wszystkie wspomnienia wróciły. - Kiedy usłyszałem, że ona nie żyje, że zostałem ojcem skrajnego wcześniaka, któremu nie dawano dużych szans, myślałem, że moje życie się skończyło... Nie mogłem nic zmienić: ani powstrzymać jej przed wyjazdem, ani cofnąć tego, co powiedziałem, wydawałoby się, w złej godzinie. To zaczęło mnie niszczyć. Nie potrafiłem przestać się obwiniać...
- Julian, ale przecież to nie twoja wina! - przerwała mu. - Nie możesz tak myśleć.
Posłał jej smutny uśmiech.
- Teraz rozumiesz, jak trudno zastosować się do własnych rad? Musiałem zrozumieć, co zrobiłem źle. Roztrząsałem każdą rozmowę, każdy gest... Czy naprawdę nie mogłem jej wtedy zatrzymać? Może gdybym coś zrobił inaczej... To nic nie dało. Nie cofnę czasu, ale wiem jedno: przeżyłem i nauczyłem się żyć z tym bólem. Nie mogę obiecać, że wspomnienia przestaną boleć, ale do tego bólu można się całkiem nieźle przyzwyczaić.
Jagna
Gdy lekko otoczył mnie ramieniem, jego dotyk nie powodował dyskomfortu. Odkryłam to z zaskoczeniem, bo Julian nigdy wcześniej nie skracał dystansu. Ale skoro zaufał mi i zdradził swoje najgłębiej skrywane emocje, może naprawdę mnie rozumiał?
- Spróbuję się pozbierać - powiedziałam cicho. - Może... może jeszcze będziesz ze mnie... dumny.
Uśmiechnął się. Po raz pierwszy zobaczyłam go bez zwykłej powściągliwości.
- Już jestem - zapewnił. - Spróbuję odwrócić od ciebie uwagę innych. Pogadam z Arthurem i skoczę do apteki, żeby Gracjan nie zauważył, że coś mu znika z gabinetu.
Odetchnęłam z ulgą. Zdjął mi z ramion ogromny ciężar.
Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Arthur spojrzał na Juliana, wyczuwając w powietrzu coś niewypowiedzianego.
- Przeszkadzam?
- Wręcz przeciwnie - odparł Julian, wstając. - Jaga wypije swoją kawę, a my w tym czasie zamienimy dwa słowa.
Twarz Arthura stężała, gdy zatrzymał się w drodze do stolika. Julian roześmiał się cicho.
- Nie musisz nic mówić. Właśnie zrozumiałem, który z was wysmarował Kornela sadzą.
W oczach Arthura mignął cień rozbawienia.
- No cóż... Ale mnie pokarało ... Za skłonność do żartów zapłaciłem latami odsiadki w szkole z internatem dla nadętych snobów, ale teraz przynajmniej wiem, że Maks i Kornel trzymali buzie na kłódki. Niemniej jednak... nie miałem pojęcia, że potrafisz się śmiać... Cały mój świat zatrząsł się w posadach.
Arthur uniósł kącik ust, choć szybko wrócił do swojej powściągliwej maski. Julian, widząc to, tylko szerzej się uśmiechnął, triumfując, jakby właśnie rozbroił bombę.
- Bez obaw, przedawniło się... Choć muszę przyznać, że teraz rozgryzłem was pierwszorzędnie i w duchu pękam z dumy.
Nie doceniliśmy przenikliwości Juliana. Baliśmy się, że tato odkryje prawdę, tymczasem logika Juliana zadziałała bezbłędnie. I, o zgrozo, gotów był nas kryć. Piekło zamarzło.
Nie powstrzymałam śmiechu, choć ból w barku natychmiast dał o sobie znać. Julian obrzucił mnie szybkim spojrzeniem, widząc, że odruchowo chwyciłam się za ukryte pod bluzą ramię.
- Wiesz co? Rękawy.
Spojrzałam na niego w nadziei, że cokolwiek wyjaśni, ale wyszedł z pokoju.
- Czy tylko mnie się wydaje, że oszalał?
- W sumie to już niczego nie jestem pewien - odpowiedział Arthur.
Siadłam przy stoliku. Chciałam wziąć choć łyk kawy, zanim całkowicie wystygnie, ale nim dobrze zdążyłam umoczyć usta, wrócił Julian.
- Czy ja już wszystkim w domu bluzy pozabierałam? - zapytałam, widząc, co przyniósł.
- Na twoim miejscu bym nie narzekał. Patrz, jaki bajer.
Zerknęłam. Elastyczny mankiet z rozcięciem na kciuk mógł idealnie zakryć opatrunek.
- To rozwiązuje problem zwracania na siebie uwagi - przyznał Arthur.
Kiedy wyszli, by porozmawiać na osobności o "sprawach dorosłych", jak malowniczo określił Julian, zostałam sama z kawą i sernikiem. Odzyskałam czucie w dłoni, ale nadal niewygodnie chwytało mi się widelec. Plaster przeszkadzał, szwy drażniły, ale musiałam zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji. Pocieszałam się, że jutro może będzie choć trochę lepiej.
Zacisnęłam lekko pięść, zbierając siły, by wstać. Julian wierzył, że dam radę, więc nie mogłam go zawieść. Pełna samodzielność wydawała się w tym momencie nieosiągalna, ale powinnam przynajmniej spróbować.
Gdy zakładałam bluzę Juliana, z trudem manewrowałam dłonią. W końcu usiadłam, ciężko oddychając.
- Jaga, co ty tak dyszysz?
Drgnęłam, słysząc głos Kiry. Odszukałam ją wzrokiem. Zaglądała przez uchylone drzwi. Jak dużo widziała?
- Nadwyrężyłam nadgarstek - skłamałam. - Potrzebuję chwili.
- Trzeba było powiedzieć. Maks chciał, żebym była z nim, ale powinnam być przy tobie.
Zrozumiałam, że uznała, że mnie zawiodła. A to przecież nieprawda. Kiedyś była przy mnie, gdy wszyscy inni przestali wierzyć, że mam jakąkolwiek szansę. Teraz też chciała być blisko. Tylko, że nie mogłam na to pozwolić.
- Kiki, może już pora, byś skupiła się na sobie? Maks ma rację, musicie powalczyć o swoje szczęście.
Rumieniec oblał jej policzki. Wyglądała tak uroczo, że chciałam ją przytulić.
- Już wiesz, że dałam mu szansę, prawda?
- Żałujesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Zdecydowanie pokręciła głową, wlepiając rozmarzone spojrzenie gdzieś w ścianę za mną. Wiedziałam, że Maks ją kocha. Widziałam ich ukradkowe spojrzenia, tę podświadomą potrzebę bycia blisko...
Nagle jej twarz stężała, a w oczach błysnął niepokój.
- To ci nie przeszkadza? - zapytała cicho. - Chodzi o to, że...
Podeszłam do niej i ignorując ból, przytuliłam. Zaskoczyłam nas obie, bo zawsze to ona mnie przytulała.
- Byłam dla ciebie ważniejsza niż twoje bezpieczeństwo. Nie musisz nic więcej udowadniać. To nie wasza wina, że muszę wszystko poukładać od nowa.
Kira łkała, wtulona we mnie. Już wiedziałam, co robić. Wiedziałam, że muszę im pokazać, że dam sobie radę, choćby tylko po to, by ich uspokoić. Mama, Oskar i ciocia Wiki jakoś się tu odnajdywali, ale po Nowym Roku wrócą do swoich zajęć. Nie mogłam oczekiwać, że mama zrezygnuje z pracy w szkole, by być bliżej mnie.
Chociaż może...
Przez chwilę zastanawiałam się, jak by to było mieć ją zawsze na wyciągnięcie ręki, ale zaraz odrzuciłam tę myśl. Wolałam być ostrożna. Nie warto oczekiwać zbyt wiele.
- Będzie dobrze - zapewniłam, wplatając palce we włosy Kiry. - Musisz odpuścić. Zawołaj dzieciaki i obejrzyjcie jakiś film.
Kira wyszła, zabierając pusty kubek. Dopytywała jeszcze, czy na mnie poczekać, ale miałam inne plany. Chciałam dowiedzieć się czegoś o rodzinie. Julian wspomniał o jakimś wydarzeniu z przeszłości Arthura, ale nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Za krótko ich znałam, by czuć przynależność.
W bibliotece zastałam Amalię Lubecką. Nadal trudno było mi uwierzyć, że ta sławna pisarka to moja babcia. Siedziała pochylona przy biurku, kreśląc zdanie po zdaniu. Nie chciałam przeszkadzać, więc ruszyłam w stronę półek, które kiedyś pokazał mi Mateusz.
Przebiegłam palcami po grzbietach albumów, sięgając po ten, który ostatnio oglądałam, i wycofałam się z biblioteki. Zatrzymałam się dopiero piętro wyżej, pod drzwiami sypialni taty. Czułam się trochę jak intruz, ale byłam niemal pewna, że nie miałby mi tego za złe. Otworzyłam łokciem drzwi, wchodząc w przestrzeń nieznanej mi przeszłości.
Ściany, meble, pościel... wszystko było tajemnicą. Tylko delikatny zapach wody kolońskiej, który nadal unosił się w pomieszczeniu, sprawił, że jednak poczułam się tu dobrze. Położyłam album na łóżko i podeszłam do najbliższego okna. Westchnęłam. Stąd też widać było ogród. Czy mama Emilka przystawała tu rano, odsłaniając te aksamitne zasłony?
Przymknęłam oczy. Chciałam poczuć to miejsce takim, jakie było przed laty. Bieliźniarka, szafy garderobiane, stolik z tapicerowanymi krzesłami. Tato przerzucił przez oparcie sweter, w którym chodził wczoraj. Pachniał jego wodą kolońską. To stąd ten znajomy zapach.
Na półeczce toaletki stał zużyty do połowy flakonik perfum. Uniosłam go w kierunku twarzy. Wciąż unosiła się z niego delikatna woń. Uderzyło mnie, jak bardzo tata musiał kochać mamę, skoro nie potrafił rozstać się z jej rzeczami.
W jednej z szaf znalazłam jej ubrania. Dotykałam ich ostrożnie. Nie mogąc oprzeć się pokusie, sięgnęłam po zielony sweter. Był miękki, przesiąknięty aromatem lawendowego mydła. Delikatnie, niemal z nabożeństwem, przyłożyłam go do twarzy, wdychając ulotny zapach matki, który, być może wciąż jeszcze krył się gdzieś w szafie.
Usiadłam na łóżku, próbując ich tu sobie wyobrazić. Zobaczyłam Maksa, który wsuwał się między nich, dopominając się o pieszczotę.
Otworzyłam album gdzieś w środku i poczułam dziwne mrowienie w palcach. Rozpoznałam twarze. Na jednym ze zdjęć Maks i Arthur układali wieżę z klocków. Arthur się uśmiechał, jak nie on, ale przecież ze słów Juliana wynikało, że kiedyś był zupełnie inny.
Przeglądałam strona po stronie. Ona też tam była. Mama. Jej uśmiech i spojrzenie zdawały się wychodzić poza kadry. Próbowała odpowiedzieć na pytania, które dopiero teraz zaczęłam sobie zadawać. Przebiegłam wzrokiem po twarzach, dłoniach, miejscach... Wszędzie dostrzegałam ukrytą cząstkę tego, kim byłam i kim mogłam się stać.
Gracjan
Przyspieszył, widząc przed drzwiami Arthura. Siostrzeniec wyglądał na przygnębionego, choć starał się ukryć emocje pod maską opanowania.
- Co się dzieje? - zapytał bez wstępu.
- Musiałem się przewietrzyć.
Gracjan zerknął na niego spod oka.
- Nie okłamuj mnie - rzucił, marszcząc czoło. - Matce możesz łgać, ale ze mną ci się nie uda.
- Jagna zniknęła - mruknął cicho Arthur, wpuszczając go do domu.
Zdjął płaszcz i zmienił buty. Arthur w milczeniu zrobił to samo.
- Dzwoniłeś do niej?
Odpowiedział wymownym spojrzeniem, jakby pytanie Gracjana było nie na miejscu.
- Skąd podejrzenie, że coś się stało?
Arthur wsunął dłoń do kieszeni.
- Nie mogę powiedzieć. Julian sprawdza w piwnicy.
Gracjan odetchnął głęboko, próbując opanować rosnące napięcie. Chciał odpocząć, ale każde słowo Arthura brzmiało jak alarm. Powiedział: "Julian". Rzadko pomijał rodzinne zależności, ale w tym momencie nie traktował go jak krewnego, tylko sojusznika.
- Skąd pomysł z piwnicą? Mogliście gdzieś się minąć. Jak długo jej nie ma? Dwie godziny?
Zazwyczaj kamienna twarz Arthura zdradzała teraz więcej emocji niż Gracjan widział ostatnimi czasy. To tylko stres czy jednak coś więcej?
Nie chciał zostawiać torby w sieni. Zawsze odkładał ją w gabinecie.
Ktoś tu zaglądał? - pomyślał, gdy zatrzymał się w progu. Rzut oka upewnił go, że nic nie zostało ruszone.
Po co sprawdzał? Nie mógł popadać w paranoję, tylko dlatego, że siostrzeniec zachowywał się dziwnie.
I Julian dał się w to wciągnąć? Julian?
Pierwsze miejsce, o którym pomyślał, to sypialnia Arthura, ale tam jej nie było. Sam pokój wydawał się niezamieszkany. Dziwne, bo przecież kiedyś wejście tu groziło potknięciem się o kolekcję polnych kamieni albo atakiem żaby, którą Arthur znalazł gdzieś w ogrodzie. Zaniepokojony, że chłopak planował tę biedną żabę jakoś rozmontować, Gracjan zamknął się z nim w gabinecie, gdzie odbyli rozmowę na temat etyki. Żaba wróciła do ogrodu, ale w pokoju nadal można było znaleźć różne cuda. A teraz zupełnie nic.
Jedyne, co wskazywało na czyjąś obecność, to leżąca na stoliku foliówka. Gracjan znalazł w niej plaster, gaziki, popularny odkażacz i bandaże. Po co Arthurowi to wszystko, skoro mógł to znaleźć w gabinecie?
No chyba że...
Chyba że Arthur nie chciał, żeby ktoś się o tym dowiedział. Ktoś, czyli Gracjan. Nie mogło chodzić o nikogo innego.
Wyszedł, szarpnięty niepokojem. Sypialnia, którą ostatnio zajmowała Jagna, też była pusta. Gdzie ona się ukryła?
Dotarł na koniec korytarza zamyślony i odruchowo nacisnął klamkę swojej sypialni. W środku było ciemno, bo na dworze dawno zmierzchało, ale od razu zauważył, że szafy były otwarte. Co tu się stało?
Coś leżało na łóżku. Nacisnął jeden z włączników i na ścianie rozbłysnął pojedynczy kinkiet. W stonowanym świetle dostrzegł, że to, co początkowo wziął za zmierzwioną pościel, miało czarne włosy.
Jagna.
Podszedł cicho i odruchowo sprawdził puls. Dlaczego? Bo Arthur świrował? Coś ukrywali.
Sięgnął po telefon i od razu wyciszył dźwięk. Nie chciał jej obudzić. Zerknął jeszcze raz i zobaczył, że tuliła sweter Emilki. Gdzieś obok dostrzegł album ze zdjęciami. Poczuł ukłucie w sercu. Już dawno powinien był z nią porozmawiać. Musiała z tym wszystkim radzić sobie sama. Teraz zrozumiał, że unikanie rozmowy wcale nie chroniło jej przed bólem.
Ale zanim do tego dojdzie, powinien wyjaśnić coś innego. Wysłał dwie wiadomości tekstowe, wyszedł na korytarz i czekał.
Zajęło im to kilka minut, ale obaj przyszli. Każdy z innej strony. Wymienili spojrzenia, zanim przenieśli wzrok na Gracjana.
- Jagna śpi. Możecie mi wyjaśnić, o co tu chodzi?
Znów to spojrzenie. Arthur spiął się, jakby chciał go odepchnąć, by wejść do środka. Dziwne, bo od dawna nie był impulsywny.
- Śpi, do cholery - powtórzył z uporem. - Wpadłem przez was w paranoję i sprawdziłem jej puls. Sam nie mogę w to uwierzyć. Co się stało?
Arthur unikał jego spojrzenia. Julian zerknął na siostrzeńca z niepewnością. Gracjan widział te subtelne sygnały i zdawał sobie sprawę, że Arthur z Julianem stali teraz po drugiej stronie.
- Jul, co robiłeś w piwnicy? - zapytał, starając się ukryć irytację.
- Przecież... Kornel ma maty i worek treningowy. Dziewczyny czasem rozładowują tam emocje.
Jagna i worek treningowy? Serio? Kłamstwo było tak słabe, że nawet Arthur nie wytrzymał i parsknął krótkim śmiechem.
- Nie kpijcie ze mnie. Pod ścianę, jeden i drugi - zawołał.
- Co ty wyprawiasz, tato?
Odwrócił głowę. Maksymilian spoglądał na niego zza uchylonych drzwi swojego pokoju.
- Nie wtrącaj się, gdy dorośli rozmawiają - burknął.
Julian odchrząknął znacząco.
- Nie chciałbym wytykać nikomu wieku, ale Maks od dawna jest pełnoletni.
Maks zerknął na Arthura, a potem na Juliana. Uniósł brew, jakby chciał zapytać, o co poszło. Arthur w odpowiedzi wywrócił oczami.
- Wszyscy maczaliście w tym palce! - Gracjan zrozumiał w końcu oczywistą oczywistość. - Żmije hodowane we własnym domu. Co tu się, do cholery, stało!?
Drzwi za jego plecami lekko skrzypnęły. Jagna wyłoniła się z sypialni. Włosy miała zmierzwione, twarz nosiła jeszcze ślady snu. Przytrzymywała łokciem pod pachą zielony sweter.
Dlaczego nie trzymała go w dłoni? To przecież bardziej naturalne. Po co Arthurowi środki opatrunkowe?
- Czy w tej hodowli żmij nie można się już spokojnie zdrzemnąć? - zapytała, piorunując ich wzrokiem.
Musiała usłyszeć podniesiony głos, stąd to nawiązanie.
- Nie uprzedziłaś, że masz plany. Zaczęliśmy się martwić - rzucił od niechcenia Arthur.
- Od kiedy muszę pytać, czy wolno mi wyjść z pokoju?! - wybuchła.
Julian zerknął wymownie na Gracjana, bo sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.
- Chyba nie chcemy wzbudzić zainteresowania reszty pełnoletnich domowników, prawda? - zauważył dyplomatycznie.
Jagna warknęła, dając ujście frustracji. Sweter wyślizgnął jej się spod ramienia. Arthur złapał go szybciej, niż zdążyła zareagować, ale zamiast oddać - przerzucił go sobie przez ramię. Spojrzała na niego z wściekłością, ale on w odpowiedzi tylko zmarszczył brwi. Oni też rozmawiali bez słów. Coś tu ewidentnie było nie tak.
- Maksymilian, chodź tutaj... Musimy porozmawiać - zażądał Gracjan.
Chłopak spojrzał w popłochu na stryja. Już miał podejść, ale niespodziewanie zaczął pociągać nosem.
- Nabawiłeś się alergii? - zapytał skonsternowany Gracjan. - W trzy sekundy? Robi się coraz ciekawiej.
- Zostawiłem włączone żelazko. Kira mnie zabije - zawołał.
Gdy Maks zniknął u siebie, usprawiedliwiając się absurdalną wymówką o żelazku, którego jeszcze chyba nigdy nie trzymał w dłoni, Gracjan poczuł, że zupełnie stracił nad wszystkim kontrolę.
- Mamy do pogadania, prawda? - zagadnął Arthur, spoglądając znacząco na Jagnę.
Gracjan miał wrażenie, że i Arthur wycofuje się rakiem z konfrontacji. Widział napięcie na jego twarzy. W jednej ręce ściskał sweter, drugą położył na ramieniu Jagny. Odruchowo chciała się odsunąć, ale skapitulowała.
- Chcesz mi wszczepić lokalizator? - sarknęła na odchodnym.
- Moja mała koalo, na twoim miejscu byłbym ostrożniejszy w podpowiadaniu mi tak oczywistych rozwiązań. - Nie pozostał jej dłużny.
Mała koala? Kuriozalne porównanie, bo Jagna przypominała raczej wcielenie furii. Była zdenerwowana. Chciała zacisnąć dłoń w pięść, ale tego nie zrobiła. Zrezygnowała. Nie mogła?
Przypomniał sobie rękaw z mankietem zachodzącym na kciuk.
- Dałeś jej swoją bluzę! - Złość Gracjana skupiła się tym razem na bracie.
Julian niewinnie wzruszył ramionami.
- To coś złego? Ogarnij się. Trzeba pomyśleć o kolacji, bo nam kobiety zwariują w kuchni. Kiepscy z nas gospodarze.
- Nie, ty idziesz ze mną. Nie uciekniesz jak oni.
Nie czekał, czy brat faktycznie będzie chciał uciec, tylko pociągnął go za ramię na dół, do gabinetu. W tej chwili liczyła się tylko prawda.
Julian
Gracjan zatrzasnął drzwi z takim impetem, że klucz zadźwięczał w zamku. Julian cofnął się odruchowo. Pracoholik perfekcjonista, a w tej chwili ojciec na skraju załamania. Dobrze, że przybrana matka nie widziała go w takim stanie. Zaraz by się domyśliła, że stało się coś złego. Gracjan powinien ochłonąć i dopiero wtedy będzie mógł się jej pokazać.
Bliźniak przemierzył gabinet kilka razy. Kiedy się w końcu zatrzymał, zajrzał do pustego śmietnika.
- Co spodziewałeś się tam znaleźć? - Julian przerwał ciszę, sam zaskoczony swoim pytaniem. - Uspokój się, zanim coś rozwalisz.
- Nie mogę! - wybuchnął Gracjan, uderzając pięścią w blat biurka. Pióro spadło i z brzękiem potoczyło się po podłodze.
- Gracek...
- Okłamujecie mnie! - Głos przeszedł w szept pełen bólu. - Wszyscy. Kryjecie ją, a ja nie wiem dlaczego.
Julian westchnął. Rozumiał, że brat czuł się zdradzony, ale Jagna miała prawo decydować o swoim życiu. Nikt nie mógł zrobić czegoś wbrew dorosłej osobie, nawet gdy była to jego własna córka.
Gracjan znów rzucił okiem na śmietnik i nagle coś zrozumiał.
- Jasne... Arthur nie mógł tu nic zostawić, skoro chciał coś ukryć.
Julian cicho przełknął ślinę.
- Będziesz teraz przeszukiwał śmietniki w kuchni?
Gracjan zaprzeczył.
- Schował do kieszeni. Ma wyrzuty sumienia, ale nie chce powiedzieć prawdy. Lub nie może. Obiecał jej? Sam się dowiem.
- Gracek... - zaczął Julian, starając się złagodzić napięcie. - Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł?
Nie usłyszał odpowiedzi. Julian w milczeniu obserwował, jak brat otwiera szafę i przelicza opatrunki i fiolki z lekami.
Gdy nagle zamarł i ciężko osunął się na kolana, Julian zrozumiał, że coś w nim pękło. Po raz kolejny zderzył się z kruchością rodzicielskiej troski.
- Co zrobiłem źle?
Julian usiadł obok i bez słowa otoczył brata ramieniem. Przypomniał sobie o tajemniczym pokoju w piwnicy. Na biurku leżała apteczka i przedarte opakowania po środkach opatrunkowych. Zaschnięta krew.
Zauważył też zdjęcia rozsypane na podłodze. Typowe rodzinne sceny, jak te z ich albumów. Około roczne Jagna i Kira posadzone pod choinką. Falbanki, wstążki, uśmiechy. Urodziny Jagny. Cztery świeczki na torcie. Jagna, z buzią rozjaśnioną uśmiechem, wtulała się w ramiona Zosi. Przystojny szatyn obejmował je z czułością. Filip Sokołowski, mąż Zosi. Ich szczęście zostało brutalnie zniszczone. Nic dziwnego, że Jagna pękła.
Westchnął. Jako prawnik uważał, że prawda, nawet bolesna, powinna być jawna, ale widząc rozpacz brata, czuł, że priorytetem była bezwzględna lojalność wobec bliskich.
- Chciałem cię chronić - zwrócił się cicho do Gracjana. - Jagna rozumie, że popełniła błąd. To był impuls, który wymknął się spod kontroli. Nie mogłeś temu zapobiec. Nikt nie mógł...
Poczuł, że brat cały się spiął.
- Jest pełnoletnia - kontynuował. - Wiem, że to twoja córka, ale prawo daje jej możliwość samodzielnego podejmowania decyzji, mimo iż niektóre nie są i nie będą racjonalne.
- Zaufała Arthurowi, a mnie nie potrafi?
Ból w głosie Gracjana rozrywał serce, ale Julian wiedział, że to nie było takie proste.
- Nie miała nic do gadania. Maks zaciągnął ją tu siłą. Słyszałem, jak się kłócili. Arthur musiał zapanować nad gniewem Maksa i przekonać Jagę, by pozwoliła sobie pomóc. Zgaduję, że to wcale nie było łatwe.
- I co teraz? - zapytał zrezygnowany. - Mam udawać, że nic się nie stało?
- Gracek... ona się pogubiła. Nie możesz jej winić.
- Zabrała sweter Emilki - szepnął.
Julian nie był zaskoczony.
- Ona nie wie, gdzie jest jej miejsce. Przekonaj ją, że to właśnie tutaj, że niezależnie od tego, co zrobi, tu jest jej dom. Gdy zrozumie, że akceptujesz ją bez stawiania warunków, nie będzie się bała twojej reakcji.
Gracjan tylko pokiwał głową.
Jagna
Miałam ochotę go uderzyć, ale wiedziałam, że to szaleństwo. Ból, rozżalenie i złość nadal we mnie pulsowały. Arthur z wyćwiczoną uprzejmością ujął moje ramię. Poprowadził mnie korytarzem i skierował do swojego pokoju.
Zatrzymałam się po kilku krokach. On milczał. W końcu odwróciłam się powoli.
- Rozgość się - rzucił, zamykając drzwi.
Pokój wyglądał, jakby nikt tu nie mieszkał. Klinicznie czysty. Łóżko zasłane jak w katalogu. Żadnych oznak codzienności. Było w tym porządku coś nieludzkiego - jakby Arthur chciał wymazać swoją obecność. Jedyne, co psuło idealny obraz, to foliówka z apteki.
- Masz zamiar mnie tu więzić? - spytałam cierpko.
Wzruszył ramionami, rzucając mi krótkie spojrzenie.
- Zrobisz, co zechcesz. Pomyślałem, że będzie rozsądnie zabrać cię z zasięgu wzroku twojego starego, póki trochę nie ochłonie.
Usiadłam ciężko na fotelu, zapadając się w nim całkowicie. Nie przewidziałam, że siedzisko będzie tak miękkie i głębokie. Świetnie. Teraz nie podniosę się bez jego pomocy. Cholernie wygodny uszak.
- Był zdenerwowany... Myślisz, że... że coś podejrzewa?
- W to akurat nie wątpię.
Odruchowo wzdrygnęłam się, poruszając barkiem. Syknęłam, wciągając gwałtownie powietrze. Arthur bez słowa przyklęknął obok. Zaczął delikatnie masować napięte mięśnie wokół obojczyka.
Pochyliłam głowę, by ukryć napływające łzy. Ból był moim największym prześladowcą. Ten fizyczny i ten, którego nie widać. Dusił mnie i przerażał, okradając z sił. A ja wciąż udawałam, że nie istnieje.
Zapadła cisza przerywana moim niespokojnym, szarpanym oddechem.
- Jaka ona była? - zapytałam, chcąc skupić się na czymś innym niż dyskomfort fizyczny.
Spojrzał na mnie uważnie, jakby nie zrozumiał, o co mi chodzi.
- Emilia. Moja... moja mama - doprecyzowałam, wyciągając z kieszeni zdjęcie wykradzione z rodzinnego albumu. - Tak bardzo...
Zamilkłam w obawie, że głos mnie zdradzi. Przez chwilę oboje wpatrywaliśmy się w fotografię. Między mną a mamą było tak duże podobieństwo, że przestało mnie dziwić, dlaczego Maks w pierwszej chwili wziął mnie za halucynację.
Na fotografii wszyscy byli szczęśliwi. Maks przytulał się do mamy, która była w widocznej ciąży, a Arthur obejmował Maksa. Nigdy nie widziałam na twarzy taty takiego uśmiechu. Dzisiaj był wykończony, wściekły i przybity... I dużo w tym było mojej winy.
Arthur sięgnął po krzesło. Usiadł naprzeciwko.
- To było tak dawno... - zaczął, w zamyśleniu wpatrując się w przestrzeń.
Zamilkł, ściągając lekko brwi. Nie chciałam go ponaglać.
- Ciocia Emisia... piekła najlepsze owsiane ciasteczka na świecie. - Uśmiechnął się ciepło na to wspomnienie. - Traktowała mnie na równi z Maksem. Ta sama czułość w oczach... Składałem pierwsze wyrazy, czytając jej rękopisy. Cieszyła się. Miała piękny staranny charakter pisma, który starałem się naśladować. Z nią zawsze czułem się ważny. Broniła mnie, gdy broiłem. Chciałem być dobry, bo we mnie wierzyła.
Zerknęłam jeszcze raz na zdjęcie... na tatę.
- Czy... - zawahałam się, zbierając odwagę. - Czy winiliście mnie, gdy umarła?
- Ty tak na serio? - Jego głos stwardniał, jakby sam ten pomysł go uraził. Po chwili jednak złagodniał. - Jaga, przecież... opłakiwaliśmy was obie... Ciocia Emisia i ciocia Laura przygotowywały mnie i Maksa na to, że będziemy im pomagać. To miała być nasza misja. Poczekaj chwilę, może jeszcze to znajdę.
Niespodziewanie wstał i rozejrzał się, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Pogładził opuszkami palców puste półki regału. Poszedł dalej i otworzył blat sekretarzyka.
- Zapomnij, że coś tam znajdziesz - powiedziałam. - Kira tu sprzątała.
Uśmiechnął się, wysuwając szufladę. Położył ją na blacie do góry dnem.
- Kira nie wie o wszystkim - zapewnił.
Nie wiedziałam, co tam robił, ale po chwili podał mi złożoną na cztery kartkę z bloku. Dłoń mu nie zadrżała, ale na twarzy zauważyłam lekkie napięcie. Rozłożyłam ją. Niezdarny, dziecięcy rysunek przedstawiał cztery osoby, które trzymały się za ręce. I imiona pod spodem. Arthur. Pola. Maks. Kornel. Miałam mieć na imię Pola. Arthur myślał o mnie jak o towarzyszce zabaw, jeszcze zanim się urodziłam.
To było...
- Po powrocie z pogrzebu zauważyłem ten rysunek wśród innych, które leżały na regale. Nie mogłem go podrzeć, więc ukryłem go, tak jak próbowałem ukryć ból, który czułem. W trakcie stażu chodziłem z mentorem na konsultacje na intensywną opiekę neonatologiczną2. Nawet nie wiesz, jakie to było dla mnie trudne - przyznał się. - Myślałem o tobie. O tym, ile byłbym gotów poświęcić, żebyś mogła być z nami. Życie jest cudem, świętością i właśnie w tej kategorii powinnaś je traktować.
- To... trudne - stwierdziłam, uciekając spojrzeniem.
Położył dłoń na mojej. Lekki, krótki uścisk, który niósł zrozumienie.
- Jestem obok - zadeklarował. - Obiecałem to twojej mamie. Nic się nie zmieniło.
- Przecież niedługo wracasz do Australii.
- Życie pisze różne scenariusze - odpowiedział wymijająco.