Faust - Johann Wolfgang Goethe

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWA WSTĘPNA W TEATRZE

DYREKTOR, POETA, WESOŁEK.

DYREKTOR

Pomóz?cie, druhowie moi, w cie?z?kim kłopocie i biedzie, bardzo mnie to niepokoi, czy sie? impreza powiedzie... Dzis? pragne? tłumom dogodzic?, co z?yja? i z?yc? pozwalaja? - czyms? im to trzeba nagrodzic?,

a na zabawe? czekaja?. Kulisy kazałem ustawic?, lecz jakaz? sztuka dzis? wzruszy? publicznos?c? łaknie sie? bawic?; brwi wznosi, oczy bałuszy; ja wiem, jak zdobyc? jej serce! - lecz włas?nie jestem w rozterce - bo choc? sie? na sztuce nie znaja? - straszliwie duz?o czytaja?. Co pocza?c?, by ols?nic? nowos?cia? i mys?l znaczniejsza? przemycic? -? by przypodobac? sie? gos?ciom, nauczyc?, zniewolic?, zachwycic? -? Boc? przecie rados?c? to duz?a, gdy tak sie? cisna? do sali jak potok wezbrany, jak burza - tłum biegnie - tłum ros?nie - tłum wali; gdy juz? o czwartej sie? garnie, biletów z?a?da przy kasie, jak w czasie głodu - piekarnie szturmem zdobywa i pcha sie?. Lecz któz? tu mocen w potrzebie -? któz? oczaruje tych wielu? Dzis? apeluje? do ciebie, poeto, mój przyjacielu!

POETA

O, nie mów! Nie wspominajz?e mi tłumu, przed którym duch ucieka jak najdalej; nie chce? jaskrawizn, stłoczonego szumu, co w topiel cia?gnie na kształt chytrej fali. Raczej mnie prowadz?, ke?dy cichos?c? nieba jak modry bławat zakwita rados?cia?,

gdzie prócz łask boz?ych niczego nie trzeba sercu, co z?yje przyjaz?nia?, miłos?cia?. Ach! wszystkie głe?bie, wszystkie uczuc? cuda, o czyms?my sobie półszeptem mówili

i pełni le?ku, czyli czyn sie? uda - ginie w przemocy rozkrzyczanej chwili. Cze?sto latami hartuja? sie? dzieła, zanim dojrzeja? do pełnej wzniosłos?ci. Błyskotka ledwie zals?ni, juz? zgine?ła. dzieło rzetelne wskrzes?nie w potomnos?ci.

WESOŁEK

Bodaj sie? asan wraz z tym słowem schował! Wyobraz? sobie, gdybym ja tak prawił wcia?z? o przyszłos?ci - któz? by baraszkował? Tłum chce sie? bawic? - z kimz?e by sie? bawił? Chłop z wiary zawsze sie? na s?wiecie przyda istnienie jego warte cos? - bez sporu -

kto swe dowcipy jak szela?gi wyda wszystkim - nikomu nie spsowa humoru; na rozszerzenie wpływu bardzo łasy, pragnie ogarna?c? jak najszersze masy. Odwaz?ny w karty gra! wie?c do roboty!

z fantazja? ła?czcie wszystkie pokrewien?stwa: rozum, rozwage?, namie?tnos?c?, te?sknoty - lecz najwaz?niejsza rzecz: duz?o błazen?stwa!

DYREKTOR

Najpierwsza, mniemam, rzecz - to ruch na scenie! Ludzie chca? patrzec? - widziec? chca? najche?tniej. Gdy sie? im nadmiar przed oczy naz?enie tak, z?e to zdziwi, ols?ni, roznamie?tni -

tos?, bracie, wygrał juz? na całej linii, kochac? cie? be?da? i nikt nie obwini. Na tłum trza tłumem działac?! Jus?ci wtedy kaz?dy sobie wybierze z rozrzutnos?ci onej, co mu dogadza - no i nie masz biedy; do domu wraca widz zadowolony. Dajecie sztuke? - krajciez? w kawałeczki - bigosu trzeba dzisiaj publicznos?ci; robota łatwa, przyje?cie bez sprzeczki. Cóz? -? - sztuke? dawac? bez skrótów, w całos?ci? to mrzonki! pomylone obowia?zki! tak czy tak, tłum ja? rozskubie na ka?ski.

POETA

Miast dobrego rzemiosła dajecie partactwa! nie dojdziecie do ładu z rzetelnym artysta?! Moi szczwani panowie, z waszego matactwa juz? zasade? robicie, widze?, oczywista?.

DYREKTOR

Ten zarzut mnie wcale nie boli: sprawnie znac? musi narze?dzie, kto sprostac? pragnie swej roli i przypodobac? sie? wsze?dzie. Publicznos?c? to glina przecie, glina niezwykle mie?kka - niechz?e ja? twarda re?ka

nazbyt gwałtownie nie gniecie! Dla kogóz?, poeci, piszecie?! Jednego nuda tu wiedzie, drugi po sutym obiedzie przychodzi; trzeci, niestety, przed chwila? czytał gazety. Jak na redute? roztargnione roje schodza? sie? - siadaja? rze?dami; panie na pokaz przywdziewaja? stroje i graja?... bez gaz?y z nami.

Zakle?ci w poezji koliska, czyz? was co komplet obchodzi? radze? wam, spójrzcie no z bliska, co zacz ten widz, wasz dobrodziej! gbur oboje?tny, co pełen pustoty mys?li o dziewkach, liczy w kartach tuzy; wartoz? to, głupcze, dla takiej hołoty nadobne trudzic? Muzy? Radze? wam - dawac?, dawac? z siebie duz?o, wtedy jedynie nie chybicie celu;

niech sie? nadmiarem ludziska odurza? - choc? bardzo trudno zadowolic? wielu - - Cóz? to? Czy cie? co boli? Czylis? zachwycony?

POETA

Nie be?dzie nigdy mie?dzy nami zgody! bo dla poety to najwyz?sze prawo: prawo człowieka dane od przyrody - niesfrymarczone jest i nie zabawa?! Czymz?e, odpowiedz, wszystkie serca wzrusza? czymz?e z?ywioły do posłuchu zmusza?

czyz? nie harmonii to tajemna praca, co z serca idzie, do serca powraca? Kiedy natura prze?dze? nieskon?czona? tak oboje?tnie zwija na wrzeciono, gdy z?ywioł wszelki rozbrzmiewa niestrojnie, skłócony z soba? i we wiecznej wojnie - czyjaz? go godzi oz?ywcza pote?ga

i rytmem spina, i w melodie sprze?ga? kto kaz?dy szczegół w wielka? pies?n? sprzymierza, która akordem wspaniałym uderza? kto namie?tnos?ci rozpe?tuje burze? kto zachodza?cej kaz?e skrzyc? purpurze? i kto kwiatami najwonniejszej wiosny stroi kochanej gos?ciniec miłosny? Kto lis?cie niepozorne splata w wieniec trwały dla zasług przerozmaitych, dla wieczystej chwały? Kto bogów zabezpiecza i godzi w wszechs?wiecie -? Pote?ga człowieczen?stwa zakle?ta w poecie.

WESOŁEK

Włas?nie! niechaj ci słuz?y ta pote?ga wzniosła, chciej do poetyckiego uz?yc? ja? rzemiosła; niechajz?e dzieło twoje ma romansu postac? - ów przypadek poznania, owa? che?c?, by zostac?; wie?zy coraz cias?niejsze, juz? serce w niewodzie, szcze?s?cie s?wieci, to gas?nie w zwa?tpieniu, w niezgodzie - zachwyt, zachwyt bez granic! - potem ból i z?ałos?c? - ani sie? nie spostrzez?esz - juz? jest przygód całos?c?.

O - takie nam wyczaruj, panie, widowisko! Do zjawisk z?ycia podejdz? i sprawnie, i blisko! Mało kto, z?yja?c, z z?ycia zdaje sobie sprawe?; gdziekolwiek je ułapisz, wsze?dzie jest ciekawe. Stwórz obrazy jaskrawe, prostoty niewiele, iskra prawdy ws?ród myłek niech błyszczy w twym dziele; taki napój najlepszy - s?wiat sie? nim ods?wiez?y.

Tedy sie? zbierze zacnej s?wietny kwiat młodziez?y, wpatrzy sie? w sztuke? twoja? jakby w objawienie, melancholia? upoi czułe swe sumienie; kaz?dy sie? z tym czy z owym zapozna i wzruszy, I usłyszy wyraz?nie, co mu grało w duszy.

O s?miech i łzy rze?siste łatwo u tej rzeszy, która uwielbia polot, ułuda? sie? cieszy; dojrzałemu dogodzic? to duz?e trudnos?ci; ten, co dojrzewa, zawsze pełen jest wdzie?cznos?ci.

POETA

Wie?c wróc? mi młode lata moje, gdy duch sie? jeszcze w pa?ku krył, a pies?ni nieprzebrane roje skrzyły jak złoty, gwiezdny pył; s?wiat we mgle tona?ł popielatej, kwiat kaz?dy wies?cił nowy cud, w dolinie rwałem w nare?cz kwiaty; nie miałem nic - wszystkiego w bród: bo z?a?dze? prawdy, rozkosz złud. Wróc? mi kipia?cy, młody war, szcze?s?cia bolesne niepokoje, nienawis?c? i miłos?ci czar, o, wróc? mi młode lata moje!

WESOŁEK

Przyjacielu! - młodos?ci potrzebne ci wdzie?ki, gdy sie? potyczka zdarzy wyogniona, lub gdy najmilsze dziewczynki na szyje? twoja? zarzuca? ramiona,

kiedy podczas wys?cigów ls?ni na mety kran?cu nagroda niezbyt łatwa zwycie?skiego wianka, lub kiedy po zawrotnym i gwałtownym tan?cu reszte? nocy trza przepic? do białego ranka. Lecz waszym obowia?zkiem, me?z?owie stateczni, z odwaga?, z wdzie?kiem w struny uderzyc? znajome! do wytknie?tego celu zda?z?ajcie bezpieczni, chociaz?by przez pomyłki wielkie czy znikome;

nikt was za to nie zgani, a kaz?dy pochwali. Staros?c? nas nie zdziecinnia, jak to sie? wydaje, jeno nas dziec?mi jeszcze małymi zastaje.

DYREKTOR

Dos?c? juz?, dos?c? juz? słów, zame?tów - przejs?c? do czynów nam sie? godzi! - oni pełni komplementów - a mnie o poz?ytek chodzi!

Cóz? pomoga? nam nastroje? na cóz? sie? to wszystko przyda? Kto poety przywdział zbroje, niech poezji rozkaz wyda. Wiecie, czego nam potrzeba: trunek warzyc? krzepki, mocny! dzisiaj głodnym trzeba chleba - dzien? jutrzejszy bezowocny. Trza skorzystac? z sposobnos?ci, zdecydowac?, chwycic? z siła? - potem droga sie? wymos?ci, rzecz potoczy sie? az? miło. Wiecie - dzis? na kaz?dej scenie eksperyment - głupio, serio - rozkaz mody miejcie w cenie, ruszyc? cała? maszyneria?! ksie?z?yc, słon?ce, niebo, chmury, roje gwiazd! niech skrza? i mruz?a?! wody, ognie, skały, góry.

zwierz i ptaki - byle duz?o! Oby nas scena pochopnie kre?giem wszechstworzen? urzekła, a wy nia? spieszcie roztropnie

z nieba przez ziemie? do piekła.

PROLOG W NIEBIE

PAN; Zaste?py niebieskie; Archaniołowie: RAFAŁ, GABRIEL, MICHAŁ; MEFISTOFELES,

RAFAŁ

W melodii bratnich sfer wszechs?wiata gra słon?ce pies?n? wieczys?cie młoda?, torem znaczonym w skrach wylata i drz?y jak burza nad pogoda?.

Cud niepoje?ty darzy moca?, zachwyt z serc naszych wypromienia: dzieła ra?k boz?ych tak sie? złoca? dzis? - jak za pierwszych dni stworzenia.

GABRIEL

W przelocie wartkim niepoje?cie mknie s?wiat - w urodzie niepoznanej - i w przemian utajonym s?wie?cie dzien? z noca? splata na przemiany. Pieni sie? morze w fal zalewie, szturmem zdobywa skalny brzeg, la?dy i morza w burzy gniewie gna w wieczna? dal, sferyczny bieg.

MICHAŁ

Wichrza? sie? burze - naprzód - dalej z morza na turnie - z turni w morza - az? sie? wykuje z ra?k kowali łan?cuch wia?z?a?cy przestworza. Z?arza? sie? zgliszcza! - Z błyskawicy wyrasta gromem ognia słup! lecz Twoi, Panie, posłannicy czcza? cichy przelot Twoich stóp.

RAZEM

Cud niepoje?ty darzy moca?, zachwyt z serc naszych wypromienia; dzieła ra?k boz?ych tak sie? złoca? dzis? - jak za pierwszych dni stworzenia.

MEFISTOFELES

Panie, władna?cy dniem i mrokiem raczyłes? zejs?c? przed nieba próg - patrzysz łaskawym na mnie okiem - przeto tu staje? w gronie Twoich sług. Nie umiem splatac? słów górnie i grzecznie - niechz?e niebian?ska szydzi ze mnie brac? - rozs?mieszyłbym cie? patosem bezsprzecznie, gdybys? sie?, Panie, nie oduczył s?miac?. Gwiazdami, bezkresami włada mys?l Twa boska; nie znam sie? na tym; jedno wiem: człowiek sie? troska! Ten mały boz?ek ziemi w z?ycia błe?dnym kole

pcha swój cie?z?ar w jednakim, upartym mozole;

rzekłes?: złude? s?wiatła mu dam, niechaj go krzepi. - wierzaj, Panie, bez tego byłoby mu lepiej - rozumem złude? nazwał, spaczył ten dar Boz?y - w rezultacie jak zwierze? z?yje, bodaj gorzej. Wybacz, Panie łaskawy, lecz tak mi sie? zdaje - podobien człowiek wielce do s?wierszcza, co wstaje na wydłuz?onych nóz?kach - skacze i rze?poli,

i brze?czy skarga? zrze?dna? o tym, co go boli - i wie?cej - ! - gdybyz? w trawie siedział! - alec? oto podnosi sie? - skok w góre?! - nosem zarył w błoto!

PAN

Oskarz?ac? jeno umiesz, nic wie?cej, Mefis?cie, pełne niesnaski sa? twe słowa -

MEFISTOFELES

Rzeczywis?cie, nie taje?, Panie, bardzo z?le ludziom na ziemi

i nierad ich uwodze? sztuczkami diablemi - i tak sie? sami z dnia na dzien? gra?z?a? w szaruge?.

PAN

Znasz ty Fausta?

MEFISTOFELES

Doktora?

PAN

Tak! Mojego sługe?!

MEFISTOFELES

Przedziwnie on Ci słuz?y! Mys?la? nieodgadła?! Nieczłowieczy jest jego napitek i jadło. Rozterka gna go w otchłan?, spokój ducha płoszy, poz?a?dan? obła?kanych zalewa go fala,

z nieba poz?a?da skrza?cych gwiazd - z ziemi - rozkoszy, w tej zamieszce od Ciebie czucia swe oddala; jego serce zne?kane cia?gła? wrzawa? boju zapomniało, co miłos?c? i błe?kit spokoju.

PAN

W tej słuz?bie jego opacznej, w tej mys?li jego opornej, pomoca? podam mu re?ke?, s?wiatło wykrzesze? w pomroce: kaz?de drzewo w ogrodzie zna ogrodnik przezorny i dokładnie wie, jakie i kiedy wyda owoce.

MEFISTOFELES

O zakład ide? - utracisz go, Panie! daj zezwolenie, a ja go w otchłanie zawiode? zgrabnie i niespostrzez?enie.

PAN

Dopóki z?yje na ziemi, wódz? go na pokuszenie - z błe?dem jest oz?enione wszelkie człowiecze da?z?enie.

MEFISTOFELES

Dzie?ki Ci, Panie, bo umarłym ciszy staram sie? nie zakłócac?, do grobów nie złaz?e?; jestem jak kot, co zdechłej nie dotyka myszy - słowem - lubie? zaz?ywne kształty, pulchne twarze.

PAN

Zezwalam. Czyn?, co ci dogadza, z Faustowym duchem; od z?ródeł s?wiatłos?ci niechaj odcia?ga po przewrotna władza i wywłóczy po drogach pustki i nicos?ci, lecz bacz, iz? pycha we wstyd sie? przeradza, gdy stwierdzic? musi, z?e człek szlachetny prawdziwie po omacku odnajdzie droge? swa? szcze?s?liwie.

MEFISTOFELES

Wie?c parol! doskonale! raz dwa sie? uwine?! ot, po prostu wygrana? juz? w zanadrzu nosze?; na cztery strony s?wiata szcze?s?liwa? godzine? zwycie?stwa tryumfalna? fanfara? ogłosze? - ! Wtedy pozwolisz, Panie, aby ten zuchwalec proch ze stóp moich lizał jak mój kum: padalec.

PAN

Przychylnos?c? moja ciebie zabezpiecza, nienawis?c? jej nie zgasi ani nie umniejszy; z rzeszy przekornej, co wiecznie zaprzecza - sowizdrzał ostatecznie jeszcze najznos?niejszy. Czynnos?c? ludzkiego ducha zbyt łatwo wiotczeje - bacze?, aby w lenistwie gnus?nym nie osłabła, przeto podsycam wole?, podz?egam nadzieje niepokoja?cym towarzystwem diabla. Lecz wy, synowie s?wiatłos?ci, zapłon?cie pie?knem, rados?cia?! wia?z?cie wie?zami miłos?ci serca z wszechs?wiata miłos?cia?! Ke?dy niestałos?c? sie? mieni w wahaniu w rozliczne strony, lec?cie obliczem zwróceni, stałej udzielcie obrony.

Zamyka sie? niebo. archaniołowie znikaja?.

MEFISTOFELES

sam

Lubie? staruszka czasem i jestem ostroz?ny, by nie czynic? niczego, co nazbyt Go zraz?a; przeciez? to bardzo miło, gdy pan tak wielmoz?ny z chudopachołkiem za pan brat przygwarza.