Felix Ever After. Na zawsze Felix - Kacen Callender

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: Felix Ever After

 

Copyright ? 2020 by Kheryn Callender

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o. 2021

Copyright ? for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

 

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

 

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska, Damian Pawłowski, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Ilustracja na okładce: Alex Cabal

Oryginalny projekt okładki: Chris Kwon

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66657-44-1

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

JEDEN

 

 

 

Otwieramy szklane drzwi bloku i wychodzimy na złote słońce, nieco zbyt jaskrawe i radosne. Żar się leje z nieba - taki upał przykleja się do skóry, włosów, pieprzonych gałek ocznych.

- Chryste, przypomnij mi: dlaczego się na to zapisaliśmy? - rzuca Ezra chropawym głosem. - Jest za wcześnie. Mogłem jeszcze pospać.

- No wiesz, jedenasta to w zasadzie żadne "wcześnie". Za godzinę będziemy mieli południe, połowę dnia.

Ezra zapala blanta, którego wyciągnął nie wiadomo skąd, i oferuje mi bucha, więc palimy po drodze. Ktoś zorganizował sobie grilla w pobliskim parku i puszcza głośno reggaeton. Dociera do nas zapach dymu i pieczonego mięsa, razem ze śmiechem i piskiem dzieciaków. Przechodzimy na drugą stronę ulicy, zatrzymujemy się na moment, by przepuścić rowerzystę z boomboksem, z którego leci Biggie, a potem schodzimy po śliskich od mchu schodach stacji Bedford-Nostrand G. Przechodzimy przez bramki akurat w chwili, gdy nadjeżdża metro.

Drzwi zasuwają się za nami. To jeden ze starszych składów, z czarnymi śladami rozsmarowanych na podłodze gum do żucia i napisami na szybach. Ktoś nabazgrał flamastrem: R + J = WNM.

Odruchowo przewróciłbym oczami, ale jeśli mam być ze sobą szczery, czuję wzbierającą w sercu zazdrość. Jak to jest kochać kogoś tak bardzo, że jest się gotowym na publiczne obnażenie duszy za pomocą czarnego flamastra? Jak w ogóle wygląda miłość? Nazywam się Felix Love, ale tak naprawdę nigdy nie byłem zakochany. Nie wiem. Ta ironia czasami robi mi źle z głową.

Siadamy na pomarańczowych krzesełkach. Ezra przeciąga dłonią po twarzy i ziewa, opierając się o moje ramię. W zeszłym tygodniu były moje urodziny i przyzwyczailiśmy się do kładzenia się spać o trzeciej nad ranem i odsypiania w ciągu dnia. Skończyłem siedemnaście lat i mogę potwierdzić, że między szesnastym a siedemnastym rokiem życia nie ma żadnej różnicy. Siedemnaście to taki wiek pomiędzy, łatwo się o nim zapomina, jak o czwartku - to rok między słodką szesnastką a dorosłością osiemnastki.

Naprzeciwko nas drzemie jakiś starszy człowiek. Stoi też kobieta z dziecięcym wózkiem, do którego zapakowała torby z zakupami. Hipster z długą rudą brodą przytrzymuje swój rower. Klimatyzacja chodzi na maksa. Ezra widzi, że trzęsę się w lodowatym powietrzu, więc obejmuje mnie ramieniem. To mój najlepszy przyjaciel - jedyny przyjaciel, odkąd trzy lata temu zacząłem chodzić do St. Catherine's. Nie jesteśmy razem w tym sensie, w żadnym sensie właściwie, ale ludziom ciągle się coś wydaje. Starszy człowiek nagle się budzi, jakby wyczuł gejozę, i nie przestaje się na nas gapić, nawet kiedy w odpowiedzi gapię się na niego. Hipster posyła nam pocieszający uśmiech. Dwóch przytulających się gejów nie powinno wzbudzać kontrowersji, a jednak wzbudza.

Może to przez zioło, a może przez to, że jestem już bliżej dorosłości, w każdym razie nagle czuję przypływ brawury.

- Może urządzimy show dla tego gościa, co? - szepczę do Ezry.

Wskazuję ruchem brody starszego faceta, który najzwyczajniej w świecie nie chce odwrócić wzroku. Ezra uśmiecha się pod nosem i przeciąga dłonią w górę i w dół mojej ręki, ja wtulam się w niego mocniej, kładąc mu głowę na ramieniu - i w tym momencie Ez idzie na całość i przyciska twarz do mojej szyi. Okej, nie miałem jeszcze żadnych doświadczeń (czytaj: nigdy z nikim się nie całowałem) i sam dotyk jego ust doprowadza mnie do szaleństwa. Wypuszczam żenujący pisko-wzdech, a Ezra śmieje się stłumionym śmiechem z ustami dokładnie w tym samym miejscu.

Podnoszę wzrok i widzę, że nasza publiczność patrzy z szeroko otwartymi oczami, totalnie zszokowana. Przebieram palcami w sarkastycznym pozdrowieniu, jednak staruszek najwyraźniej uznaje to za zachętę do mówienia.

- Tak się składa, że mój wnuczek jest gejem - oznajmia z lekkim akcentem.

Patrzymy z Ezrą po sobie, unosząc wysoko brwi.

- Aha. Okej - mówię.

Mężczyzna kiwa głową.

- Tak, tak. Nie miałem o tym pojęcia, aż pewnego dnia nie usiadł przede mną i moją świętej pamięci żoną, Betsy, a potem się rozpłakał i powiedział, że jest gejem. Wiedział o tym od lat, ale nic nie mówił, bo bał się naszej reakcji. Nie dziwię się. Różne się słyszy historie. A jego własny ojciec... Serce się kraje. Można by pomyśleć, że rodzic będzie kochał swoje dziecko bez względu na wszystko. - Przerywa monolog i rozgląda się, gdy pociąg zwalnia. - No, nieważne. To moja stacja. - Wstaje i otwierają się drzwi. - Wydaje mi się, że polubilibyście mojego wnuka. Sprawiacie wrażenie bardzo miłych gejów.

I z tymi słowami znika na peronie, za nim wychodzi też kobieta z wózkiem.

Wymieniamy z Ezrą spojrzenia i wybucham śmiechem. Mój przyjaciel kręci głową.

- Nowy Jork, stary. Serio. Takie rzeczy tylko w Nowym Jorku - mówi.

 

Wysiadamy przy Lorimer/Metropolitan i idziemy w dół, a potem znów na górę, na inną linię. Jest pierwszy czerwca - pierwszy dzień Miesiąca Dumy w mieście - więc na wyłożonej kafelkami ścianie wiszą plakaty z hasłem "Zakaz bigoterii". Cały peron jest pełen bladolicych hipsterów z Williamsburga, a pociąg coś nie może przyjechać.

- Cholera. Spóźnimy się - wypala Ezra.

- No trudno.

- Declan się wkurzy.

Właściwie mnie to nie obchodzi. Declan to dupek.

- Przecież nic na to nie poradzimy, prawda?

Kiedy wreszcie nadjeżdża pociąg, wszyscy walczą o miejsca i w środku robi się naprawdę tłoczno. Stoję przyciśnięty do Ezry, w powietrzu czuć zapach piwa i potu. Wagon trzęsie się i stuka, ledwo trzymamy się na nogach. W końcu docieramy do Union Square.

To typowe popołudnie w gęsto zaludnionym mieście. Właśnie to najbardziej mnie wkurza na Dolnym Manhattanie - liczba ludzi. Na Brooklynie przynajmniej da się iść ulicą i nie obijać się o dwadzieścia różnych barków i toreb. Na Brooklynie nie trzeba się martwić o to, że z brązową skórą jesteś praktycznie niewidzialny. Czasami znajduję sobie białą osobę, żeby iść za nią; w ten sposób schodzący jej z drogi ludzie nie będą wpadać na mnie.

Przeciskamy się z Ezrą przez tłum, mijając rynek farmerów; smród ryb ciągnie się jeszcze długo. Jesteśmy ubrani praktycznie tak samo jak zawsze: chociaż jest upalne lato, Ezra ma na sobie czarny podkoszulek z rękawami podciągniętymi do ramion, żeby pochwalić się tatuażem z obrazem Klimta z Judytą i głową Holofernesa. Do tego włożył jeszcze obcisłe czarne dżinsy obcięte wysoko nad kostkami, poplamione białe conversy i długie skarpetki z portretami Andy'ego Warhola. Nosi kolczyk w nosie, a ciemne, kręcone włosy - boki ma wygolone - związał w koczek.

Gdy jestem z Ezrą, spojrzenia ludzi zazwyczaj ześlizgują się ze mnie i zatrzymują na nim. Sam też mam kręcone włosy, do tego luźną szarą koszulkę na ramiączkach, spod której wystają ciemne blizny na klatce piersiowej - ciemniejsze niż reszta mojej złotobrązowej skóry - parę dżinsowych spodenek, kilka przypadkowych małych tatuaży, zrobionych w Astor Place po dwadzieścia dolarów sztuka - za pierwszym razem ojciec się wściekł, ale teraz już się do nich przyzwyczaił - i wyświechtane tenisówki, całe popisane flamastrami. Zdaniem Ezry zniszczyłem je. On już tak ma, bardzo szanuje "czystość zamysłu projektanta".

Przebijamy się przez tłum ludzi wlokących się między stoiskami, na których sprzedaje się dżemy, świeży chleb, kolorowe kwiaty; mijamy mężczyzn w garniturach, psy na smyczach, szkraby na trójkołowych rowerkach, które wjeżdżają nam pod nogi. Udaje nam się dotrzeć na drugą stronę targowiska i idziemy ścieżką przez trawnik, na którym kilka par rozłożyło koce. Jakieś dzieciaki chwalą się swoimi deskorolkami. Dziewczyny w letnich sukienkach i ciemnych okularach wylegują się na ławkach, trzymając książki, których właściwie nie czytają.

- Przypomnij mi: dlaczego właściwie zdecydowaliśmy się na ten letni kurs? - rzuca Ezra.

- Bo przyda się przy rekrutacji do college'u.

- Przecież już mówiłem, że nie wybieram się do college'u.

- Ach, no dobra, to w takim razie nie mam pojęcia, dlaczego to robisz.

Uśmiecha się pod nosem. Obaj dobrze wiemy, że po skończeniu szkoły prawdopodobnie będzie po prostu żył ze środków z funduszu powierniczego. Ezra ma afroamerykańsko-bangladeskie pochodzenie i jego rodzice są obrzydliwie bogaci. Tak bogaci, że kupili mu mieszkanie tylko po to, by miał blisko na zajęcia w Bedford-Stuyvesant w czasie letniego kursu ze sztuki. A w dzisiejszych czasach takie lokale jak ten należący do Ezry kosztują milion dolarów. Patelowie są stereotypową elitą Manhattanu: wiecznie lejący się szampan, przyjęcia charytatywne, bale i zero czasu dla własnego syna, którego wychowywały trzy różne nianie. To popieprzone, ale muszę przyznać, że mu zazdroszczę. Ezra ma całe życie podane na złotej tacy, a ja będę musiał się szarpać ze wszystkim.

Zawsze marzyłem o studiach na Uniwersytecie Browna, niestety moje oceny nie są takie znowu wzorowe, testy wychodzą mi gorzej niż średnio, a na tę uczelnię przyjmują tylko dziewięć procent chętnych. To nie tak, że się nie starałem. Wkuwałem na testy jak głupi, spisywałem każde słowo wypowiedziane przez nauczycieli w czasie lekcji, żeby nie uciekać daleko myślami. Niestety, jak to powiedział tata, mój umysł działa inaczej.

Czasami fakt, że niemal na pewno nie dostanę się na Uniwersytet Browna, odbiera mi całą motywację. A jednak ludziom zdarzało się przejść rekrutację mimo gównianych wyników, a poza tym może i moje oceny są słabe, ale moje prace na pewno nie. Mam talent. Wiem o tym. Na kierunkach artystycznych portfolio liczy się bardziej niż wyniki, a ponieważ ukończenie kursu letniego w St. Catherine's daje kilka dodatkowych punktów, możliwe, że podniosę swoje oceny z trójek na czwórki. Wciąż mam szansę na to, żeby się dostać.

Leah, Marisol i Declan są już na schodach przy Union Square, gotowi na sesję modową. St. Catherine's ma inny harmonogram niż większość nowojorskich szkół, a letni kurs oficjalnie zaczął się kilka dni temu. Tutaj lubią zaczynać kurs projektami, dzięki którym możemy poznać uczniów innych klas. Zapisaliśmy się z Ezrą na sesję modową, wykorzystując kilka jego projektów. Leah - dziewczyna z bujnymi rudymi włosami, superbladą skórą i krągłościami obleczonymi w koszulkę na tank top i nieco kusymi szortami - przyniosła swój aparat i jest gotowa do zdjęć. Marisol to, oczywiście, modelka. Jest tak wysoka jak Ezra, ma oliwkową skórą, gęste brązowe włosy i brwi Cary Delevingne. Na sam jej widok czuję przypływ adrenaliny. Jej włosy tworzą ogromne gniazdo, do rzęs ma przyklejone zielone pióra, w kolorze szminki. Ma na sobie czwartą sukienkę z zaplanowanych na sesję: cekinowy portret Rihanny.

Declan Keane prowadzi całą sesję jako reżyser, co piekielnie mnie wkurza. Nie ma w tym najmniejszego doświadczenia, a jednak jakoś ciągle udaje mu się wszędzie wkręcić. Nie pomaga fakt, że zachowuje się, jakby jego jedyną życiową misją było traktowanie mnie i Ezry jak gówna. Obgaduje nas, gdy tylko ma okazję. Z tej nienawiści uznał, że jego zadaniem jest sprawić, by wszyscy inni też nas znienawidzili.

Declan zauważa nas w chwili, gdy rozmawia z Marisol. W oczach ma błysk. Zaciska szczęki.

- Miło was widzieć - woła, gdy podchodzimy bliżej; tak głośno, że ludzie siedzący na stopniach odwracają głowy. - Ezra, ogromne dzięki, że przyjechałeś.

- Mówiłem, że się wkurzy - mamrocze pod nosem Ezra.

Declan klaszcze powoli w dłonie.

- Ależ to zaszczyt, doprawdy, że przybyliście na własną pieprzoną sesję modową.

Ezra pokazuje mu pięść i udaje, że nakręca korbą środkowy palec. Declan patrzy na niego zmrużonymi oczami.

- Jesteście naćpani? - pyta z naciskiem, a Ezra odwraca głowę. - Jaja sobie robicie? Czekamy tu na was ponad godzinę, a wy żeście ćpali?

Próbuję zainterweniować:

- Chryste, wyluzuj.

Nawet na mnie nie patrzy.

- Wal się, Felix. Serio.

Nawet nie ma sensu próbować mu wytłumaczyć, że spóźnił nam się pociąg.

- Masz rację - odzywa się Ezra. Kiwa głową na Leah i Marisol, które patrzą na nas ze schodów. - Przepraszam. Straciliśmy rachubę czasu.

Declan przewraca oczami i mamrocze:

- To jakiś, kurwa, żart.

Jakby sam nigdy się nigdzie nie spóźnił. Był taki moment - zanim uznał, że nie dorastamy mu z Ezrą do pięt - że wchodziliśmy we trójkę na zajęcia pół godziny po czasie, kompletnie naćpani. A teraz nagle jest wzorem punktualności? Boże, jak ja go nie znoszę.

- I tak już jesteśmy w połowie roboty - stwierdza Declan, przygładzając loki, jakby miał w dupie to, czy tu jesteśmy, czy nie.

Declan ma mocno mieszane pochodzenie; jego matka jest czarnoskórą Portorykanką, a ojciec to biały Irlandczyk, więc Declan ma brązową skórę, jaśniejszą niż moja, ciemnobrązowe oczy i do tego luźne brązowe loki z odrobiną rudości, które sięgają mu za uszy. Jest trochę przysadzisty, z szerokimi barkami; typowy sportowiec w ubraniach od Old Navy: różowy podkoszulek z grafiką, luźne sprane dżinsy, japonki. Odwraca się do nas tyłem.

- Pośpieszmy się i skończmy to. Nie chcę tu sterczeć cały dzień. Felix, przytrzymaj blendę.

Nie ruszam się z miejsca. Nie mogę zmusić się do wykonania polecenia Declana Keane'a. Nie, gdy używa takiego lekceważącego tonu.

- No dawaj, Felix. Miejmy to już z głowy.

Przewracam oczami i wchodzę po schodach, po drodze zabierając blendę ze sterty rekwizytów. Declan wciąż nie zaszczycił mnie choćby jednym spojrzeniem.

- Dobra, wracamy do roboty. Marisol, nie powinnaś się teraz uśmiechać. Kontrast między portretem Rihanny a poważnym wyrazem twarzy...

Odpływam myślami w pizdu. Przez jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu Declan mówi wyłącznie po to, żeby słuchać własnego głosu. Sesja trwa, Leah krąży wokół Mari z aparatem, Marisol wije się i wygina, patrząc w górę (i dobrze, łatwiej mi unikać kontaktu wzrokowego). W końcu nadchodzi czas na zmianę stroju. Muszę przytrzymać prześcieradło wokół Marisol, gapiąc się w ziemię, a Ezra pomaga jej przebrać się w kolejną zrobioną przez niego sukienkę, tym razem we fragmenty mangi Atak Tytanów. Gdy modelka jest już gotowa, Declan znowu na nas warczy.

- Leah, ustaw się bardziej po prawej. Felix, trzymaj blendę nieruchomo.

Marisol zasłania twarz.

- I czy możesz nie świecić mi w oczy?

Spotykaliśmy się kiedyś z Mari. Przez jakieś dwa tygodnie, więc w zasadzie nie ma za bardzo o czym mówić, ale mimo wszystko nawet po tylu miesiącach jakoś mimowolnie się przy niej spinam. Zachowuje się, jakby absolutnie nic się między nami nie wydarzyło, czym sypie sól na moje rany. Nie pomaga też to, jak ze mną zerwała.

Declan pstryka palcami. Dosłownie, przysięgam, pstryka na mnie palcami.

- Powiedziałem, żebyś nie ruszał. Chryste, weź się skup.

Podnoszę blendę wyżej.

- To jakaś pieprzona kpina - mamroczę pod nosem.

- Przepraszam, co mówiłeś?

Chyba wyszło głośniej, niż planowałem, bo wszyscy się na mnie gapią. Leah przygryza usta. Marisol unosi brwi. Ezra kręci głową po drugiej stronie planu i porusza ustami: nie, nie, proszę, Felix, nie. To też mnie w sumie wkurza. Dlaczego Declan może traktować nas jak śmieci, a my mamy to znosić w milczeniu? Ignoruję Ezrę i patrzę prosto na Declana.

- Powiedziałem: to jakaś pieprzona kpina.

Declan przechyla głowę na bok, krzyżuje ręce na piersi i uśmiecha się ledwie zauważalnie.

- Niby co?

Wzruszam ramionami.

- To. - Macham blendą. - Ty.

Jego uśmiech przeobraża się w śmiech niedowierzania.

- Ja jestem kpiną?

- Nie masz bladego pojęcia o tym, jak reżyserować sesję modową. Znalazłeś się tutaj wyłącznie dlatego, że jesteś bogaty i twój ojciec przekazuje szkole całą górę pieniędzy w datkach. To nie tak, że zasłużyłeś sobie na tę funkcję.

Widzę, jak Ezra wbija wzrok w ziemię, i czuję ukłucie wyrzutów sumienia.

Declan niczego nie zauważył. Szczerzy do mnie zęby, jakby wiedział, że mnie tym jeszcze bardziej wkurzy.

- Wściekasz się, bo sam nie zostałeś reżyserem i nie możesz dopisać sobie tego do papierów przy rekrutacji na Browna. Gość od blendy nie robi na nikim specjalnego wrażenia, prawda?

To wkurzające, ale niestety ma rację - faktycznie jestem zły, że nie mogę dopisać reżyserowania sesji do swojej aplikacji, a Declan może, razem ze swoimi idealnymi ocenami, niemal idealnymi wynikami z testów i wspaniałym pochodzeniem... Wiem, że też stara się o przyjęcie na Uniwersytet Browna. Wiem, że to jego pierwszy wybór, bo kiedy jeszcze się kumplowaliśmy, obaj myśleliśmy o tej uczelni i o podwójnym dyplomie z Rhode Island School of Design. Ezra rzucał wtedy tekstem, że przeprowadzi się z nami do Rhode Island i będziemy się bujać we trzech, jak zawsze. Ten plan szybko spełzł na niczym.

Jakby tego było jeszcze mało, Uniwersytet Browna zgodnie z tradycją przyznaje jednemu uczniowi St. Catherine's pełne stypendium. Mnie nie stać na college. Tata nie będzie w stanie opłacić czesnego. Będę musiał wziąć całe mnóstwo kredytów i zadłużyć się na resztę życia, żeby studiować ilustrację - a przecież ten pieprzony Declan Keane ani nie potrzebuje tego stypendium, ani na nie nie zasługuje. Na samą myśl, że je otrzyma, mam ochotę wbić sobie ołówki w oczy.

Declan uśmiecha się pod nosem.

- No co? Zatkało kakao?

- Odpuść - mówi Ezra.

Tylko że nie mogę odpuścić. Ludzie tacy jak Declan są za bardzo przyzwyczajeni do stawiania na swoim. Zachowują się, jakby byli lepsi i ważniejsi od innych. Właśnie tak traktuje mnie i Ezrę. Eza to chyba nie rusza, ale ja wkurzam się za każdym razem, kiedy widzę Declana i przypominam sobie jego zachowanie wobec nas - to, jak nas zdradził.

- Wiesz co? - rzucam. - Pierdol się. Wozisz się, jakbyś był lepszy od wszystkich innych, a tak naprawdę ciągle udajesz kogoś, kim nie jesteś.

Ezra kręci głową, jakbym go irytował, jakby uważał, że przesadzam, chociaż dobrze wie, że Declan to dupek. Leah i Marisol stoją skrępowane obok, zerkając na Declana, żeby przekonać się, co powie albo zrobi.

Declan zaciska zęby.

- Ja niby udaję? I kto to mówi?

Ezra wskazuje na niego palcem.

- O nie, ani mi się waż iść w tę stronę.

Declan przewraca oczami.

- Chryste. Nawet nie o to mi chodziło.

Jednak insynuacja pozostaje. Czuć w powietrzu jej kwaśny zapach. Declan wzdycha ciężko, nawet na mnie nie spojrzy, i wiem, że z moich niezliczonych kłótni z Declanem Keane'em akurat tę wygrałem. Nawet jeśli jego ostatnie słowa wwiercają mi się w bebechy. Wygrałem i w innych okolicznościach z przyjemnością zostałbym tutaj, żeby pławić się w chwale, jednak Marisol i Leah uciekają ode mnie wzrokiem, a Ezra ma w oczach znajomą troskę i wiem, że jeśli zostanę, będzie co pięć minut pytał, czy wszystko w porządku.

Rzucam blendę.

- Nieważne.

Jestem w połowie schodów, kiedy Declan mówi, że go to nie dziwi. Że zawsze tak robię. Pokazuję mu faka i idę dalej.

 

 

 

 

 

 

 

 

DWA

 

 

 

Droga z Union Square nie jest taka zła jak z Bedford-Stuyvesant, ale i tak mija prawie godzina, zanim wysiądę w Harlemie. Mieszkam tutaj dopiero pół roku. Kiedyś mieliśmy z tatą lokum całkiem blisko obecnej kwatery Ezry, przy Tompkins. Cholernie brakuje mi Brooklynu, ale właściciel podniósł czynsz i taty nie było już stać. Przez większość czasu pracuje jako odźwierny w luksusowym kondominium na Dolnym Manhattanie i w niektóre dni próbuje łapać dodatkowe fuchy, na przykład dostarcza przesyłki albo wyprowadza psy. Dostałem stypendium za wyjątkowy talent, a i tak większość jego pieniędzy idzie na mnie i szkołę - tylko po to, bym mógł realizować swoją pasję do sztuki. Cała ta presja, by mieć lepsze oceny, złożyć niesamowite portfolio i zawalczyć o miejsce w college'u, poświęcić wszystko i wreszcie dostać się na Browna... czasami ciąży mi tak, że oddycham z trudem.

Tata powtarza, żebym się nie martwił. "A poza tym - powiedział raz - zawsze chciałem mieszkać w Harlemie". Nie wiem, czy kłamie, żeby mnie pocieszyć, ale zdecydowanie jest coś ekscytującego w tej okolicy. Langston Hughes, Claude McKay i wielu innych czarnych poetów queerowych renesansu Harlemu tworzyli właśnie tutaj. Może to miejsce wyciągnie mnie z twórczej stagnacji i zainspiruje do stworzenia niesamowitego portfolio - wystarczająco dobrego, żeby nie tylko dostać się na uczelnię, ale jeszcze otrzymać pełne stypendium. Boże, czy to nie byłoby cudowne? Dostając się na Uniwersytet Browna, pokazałbym środkowy palec wszystkim Declanom świata - ludziom, którym wystarcza jedno spojrzenie, by stwierdzić, że nie jestem dość dobry.

Wkładam słuchawki do uszu i włączam stację Fleetwood Mac na Spotify, po czym schodzę po stromym wzgórzu, mijając park, którego unikam za wszelką cenę, odkąd jakiś szczur próbował mi się tam wspiąć na nogę, gdy pewnego wieczoru przechodziłem przez trawnik. Mijam Starbucksa - ostateczny znak postępującej gentryfikacji każdej okolicy - oraz Dollar Tree, siłownię i stragan z owocami na chodniku. Cytryny, winogrona, truskawki i najbardziej jaskrawe mango, jakie kiedykolwiek widziałem. Wyglądają jak miniaturowe słońca. Wyciągam telefon i robię zdjęcie na Instagrama, chociaż nigdy bym nie powiedział, że jestem gościem w typie #foodporn.

Sprzedawca patrzy na mnie spode łba.

- Kupujesz coś?

- Chyba nie - odpowiadam, wzruszając ramionami.

- No to wynoś się stąd.

Idę dalej, przechodzę obok chińskiej restauracji i KFC, dzieciaki na rowerach jadą na tylnych kołach i pędzą w dół ulicy, kilka bloków dalej rozlega się syrena strażacka, jakiś półnagi facet wyprowadza swojego shih tzu bez smyczy. Budynek, w którym tata znalazł dla nas mieszkanie, jest cały z cegły i ma podwórze; kilku gości siedzi na balustradzie podjazdu. Wchodzę do holu wyłożonego brązowymi płytkami, w kątach stoją rośliny w donicach, jakaś dziewczyna tkwi przy schodach i gada przez telefon. Winda zawozi mnie na piąte piętro i idę korytarzem, który przywodzi mi na myśl Lśnienie, po czym otwieram drzwi kluczem i wchodzę do środka.

- Wróciłem! - wołam, nie wiedząc nawet, czy tata jest w domu. Kapitanka, która najwyraźniej słyszała mnie jeszcze w korytarzu, czeka przy drzwiach. Kotka od razu ociera się o moją nogę, wygina plecy w łuk i mruczy, kołysząc ogonem. Znalazłem ją, gdy była jeszcze kociątkiem; to było zimą na Brooklynie, wracałem do mieszkania w Bedford-Stuyvesant razem z Ezrą i bałem się, że mała zdechnie, jeśli jej nie pomogę, więc zabrałem ją do domu. Tata się wkurzył, ale pozwolił mi ją rozgrzać i nakarmić mlekiem, a potem jeden dzień zmienił się w kilka, później w całe tygodnie i po paru miesiącach tata musiał w końcu przyznać, że też ją polubił. Schylam się, żeby podnieść Kapitankę, ale ona znika w sekundę, pędząc do kuchni.

Mieszkanie jest mniejsze niż to, które mieliśmy w Bedford-Stuyvesant. Ściany są beżowe, jasnobrązowy parkiet podniszczony i porysowany, a w jedynym oknie w salonie jest zamontowana klimatyzacja. To teoretycznie jednopokojowy lokal, ale z maleńkim, ślepym pomieszczeniem, które powinno służyć za domowe biuro, jednak stało się moją sypialnią. Miejsca wystarcza akurat na mój dwuosobowy materac, stolik i komodę przyciśniętą do ściany. Powiedziałem tacie, że czuję się jak Harry Potter śpiący w komórce pod schodami. Tylko żartowałem, ale od razu pożałowałem tych słów. Tata naprawdę zajebiście się stara, zdaję sobie z tego sprawę - i nie jestem dumny z siebie, że narzekałem na nowy pokój, podczas gdy on pracuje dzień i noc, żeby zarobić na mnie i na moją szkołę.

Idę do kuchni, podłoga skrzypi mi pod nogami. Zauważam opakowanie po Jacob's, najtańszym i najpyszniejszym fast foodzie w okolicy: duszona wołowina, groszek i ryż, plantany i pieczony makaron z serem. W takim razie tata jest w domu - to nic zaskakującego, skoro musi wyjść do pracy za kilka godzin. Mój ojciec zawsze łapał przypadkowe fuchy. Powiedział mi kiedyś, że jego pasją jest rodzina, nie praca. W zupełności wystarczyłoby mu opiekowanie się dzieckiem. Mama pracowała w szpitalu jako pielęgniarka, to ona zarabiała na nasze utrzymanie - lecz gdy odeszła, wszystko się rozpadło. Teraz tata walczy z przeciwnościami, żeby wysłać mnie do prywatnej szkoły pełnej bananowej młodzieży, a wszystko po to, bym mógł spełnić swoje marzenie i mieć szansę na dostanie się na jedną z najlepszych uczelni w kraju - a przy tym udaje, że wcale nie mamy problemów finansowych. Słyszę w głowie głos Declana. To ja udaję kogoś, kim nie jestem. Najgorsze, że on ma w pewnym sensie rację.

Zdejmuję tenisówki i zabieram laptopa ze stolika, po czym rozkładam się na wygodnej kanapie. Kończę tam, gdzie zawsze: w folderze z kopiami roboczymi moich e-maili.

Mam ich już czterysta siedemdziesiąt dwie. Wszystkie są zaadresowane do tej samej osoby: Lorraine Anders. Zmieniła nazwisko po tym, jak odeszła i rozwiodła się z tatą, wcześniej była Lorraine Love.

Otwieram nową wiadomość i wpisuję temat: cześć, to znowu ja.

 

Hej,

To czterysta siedemdziesiąty trzeci e-mail, który do Ciebie piszę.

Jest ich naprawdę dużo.

Czy to nie dziwne? Nie uznałabyś mnie za wariata, gdybym Ci powiedział, że piszę tyle wiadomości i zamiast je wysłać, zbieram w folderze?

Tej też nie wyślę. Już teraz wiem, że tego nie zrobię. Ale może pewnego dnia zbiorę się na odwagę, żeby faktycznie napisać e-maila, którego, mam nadzieję, przeczytasz, i będę siedział cały czas przed laptopem, co chwilę odświeżając skrzynkę odbiorczą w oczekiwaniu na odpowiedź. Nie wiem nawet, co w nim napiszę. Jak się masz? Jak tam na Florydzie? Jak się miewają moja przybrana siostra i ojczym? Myślisz w ogóle o mnie? Kochasz mnie jeszcze?

Tak czy inaczej, wiesz, że właśnie zacząłem letni kurs i miałem projekt grupowy. W skrócie, był tam Declan Keane. Opowiadałem Ci już o nim. Wkurzył mnie, jak zwykle. Ale - obczaj to - Ezra wkurzył się na mnie za to, że pokłóciłem się z Declanem. No bez kitu! Była tam też Marisol. Zawsze czuję się niezręcznie w jej towarzystwie i chciałbym znaleźć jakiś sposób, żeby... sam nie wiem, sprawić, żeby zobaczyła, że myliła się co do mnie. Jasne, nie mogę nikogo do niczego zmusić, ale to naprawdę słabe, kiedy mnie ignoruje albo zachowuje się, jakby moje istnienie nie miało dla niej żadnego znaczenia. Czuję się przez to... no, właściwie tak, jak przez Ciebie. Tylko że w Twoim przypadku jest dziesięć tysięcy razy gorzej. No bo, wiesz, jesteś moją mamą.

Dobra, wystarczy już tego użalania się nad sobą. Może pewnego dnia wreszcie nacisnę guzik wyślij przy każdym z tych e-maili, a potem zaleją Ci skrzynkę. Ale do tego czasu...

Twój syn

Felix

 

Otwierają się drzwi i staje w nich zaspany ojciec. Zamykam laptopa. Zdaję sobie sprawę, że to wygląda, jakbym oglądał pornole czy coś, ale tata nie zwraca na to uwagi. Ma na sobie białą koszulę i krawat, zarzucił sobie marynarkę na ramię. Jest siwy i łysieje, z roku na rok wydaje się chudszy.

- Hej, dzieciaku - mówi, bo wciąż trudno mu zwracać się do mnie po imieniu.

Nie widzieliśmy się trzy dni. Kurs to praktycznie obóz letni, ale w mieście zamiast w lesie. Większość pozostałych uczniów zostaje w bursie na terenie kampusu dla "immersyjnego kreatywnego doświadczenia", jak lubią mawiać w St. Catherine's, a ponieważ zajęcia odbywają się kawałek od mieszkania Ezry, staram się zostawać z nim tyle, ile tylko mogę. Z kolei tata twierdzi, że wolałby mieć mnie przy sobie. Przekonywałem go, że powinienem nauczyć się trochę samodzielności przed wyjazdem do college'u i przyzwyczaić się do myśli o dorosłym życiu, co jest tylko częściowo ściemą, więc wymyśliliśmy kompromis: będę spędzał część dni z Ezrą, a część w domu. Właściwie to układ idealny. Niewielu nastolatków ma szansę mieszkać bez rodziców jeszcze przed college'em.

- Jadłeś już coś? - pyta tata, podchodząc do plastikowego pojemnika po fast foodzie.

- Nie - odpowiadam, otwierając z powrotem laptopa, by wejść na Instagrama i sprawdzić, ile lajków dostałem za zdjęcie mango #foodporn. Na razie dwa: jeden od Ezry, drugi z jego fejkowego konta.

- Jak tam? - pyta tata z ustami pełnymi makaronu z serem. - Co u Ezry? Jedliście zdrowo, kładliście się spać o sensownej porze, uczyliście się i w ogóle?

Waham się z odpowiedzią. Nie wydaje mi się, by chciał wiedzieć, że każdej nocy nie kładliśmy się przed trzecią i paliliśmy zioło. Albo że wciąż nie potrafię się ogarnąć. Tata ciągnie:

- Ufam wam i wierzę, że będziecie odpowiedzialni. Wiesz o tym, prawda? - A potem dodaje: - Ach, cholera... Ja pierdzielę, kot znowu wszystko obszczał.

Pomagam mu z ręcznikami papierowymi, żeby posprzątać koci bałagan, a on mruczy coś pod nosem, że wypadałoby zabrać Kapitankę do weterynarza. Odpowiadam, że kotka pewnie się denerwuje. Nie spodobało jej się nowe mieszkanie - nie możemy otworzyć jedynego okna, a do tego nie ma żadnego balkonu, żadnych schodów przeciwpożarowych, nie da się nigdzie posiedzieć na zewnątrz. Rozumiem to. Też czuję się w tym miejscu jak w klatce.

Tata wskazuje na rolkę ręczników papierowych w moich rękach i wymawia moje imię, żeby zwrócić na siebie uwagę - ale nie moje prawdziwe imię. Mówi to poprzednie. To, które nadali mi z mamą po narodzinach. Samo imię chyba mi za bardzo nie przeszkadza. Jednak kiedy słyszę je wypowiedziane na głos, skierowane do mnie, zawsze czuję ukłucie w sercu, bolesny ucisk w bebechach. Udaję, że nie usłyszałem; do taty za chwilę dociera, jaki zrobił błąd. Na kilka sekund zapada niezręczna cisza, po czym słyszę, jak mamrocze przeprosiny.

Nigdy o tym nie rozmawiamy. Nie o tym, dlaczego nie wymawia na głos imienia Felix. Nie o tym, jak ciągle się myli i używa złych zaimków, a potem nawet się nie poprawia. Ani o tym, że czasami, gdy wypije za dużo whiskey albo piwa, opowiada, że zawsze będę jego córką, jego kochaną dziewczynką.

Odkładam rolkę ręczników i robię dziesięć kroków do sypialni, zamykam za sobą drzwi z cichym stuknięciem.

- Dzieciaku! - woła za mną tata, ale ignoruję go, kładę się na łóżko i gapię się na migoczącą żarówkę. Niespodziewanie pojawia się Kapitanka, wskakuje mi na kolana i ociera się głową o moją dłoń, a ja staram się nie rozpłakać, bo chociaż jestem strasznie na niego wkurzony, nie chciałbym, żeby tata to usłyszał.

 

Czekam przed szarym, stalowo-szklanym apartamentowcem Ezry, ciemne okulary chronią moje oczy przed ostrym letnim słońcem. Jest siódma, w powietrzu wciąż czuć poranny chłód. Ez schodzi na dół i wyskakuje przed drzwi, również z okularami na nosie. W sumie to słabe, jacy się zrobiliśmy przewidywalni.

- A tobie co się stało? - pyta natychmiast Ezra. Włosy ma rozpuszczone, ale chyba nie chciało mu się ich czesać grzebieniem, więc poplątane loczki wchodzą mu do oczu. Ezra zawsze potrafi poznać, kiedy jestem wkurzony albo zdenerwowany. Twierdzi, że jest empatą. Moim zdaniem pieprzy głupoty.

- Nic. - Cały czas gapi się na mnie i czeka na wyjaśnienia, gdy idziemy, więc dodaję: - Chodzi o tatę. Znowu pomylił imię.

- Cholera. Przykro mi - mruczy Ezra.

Wzruszam ramionami, bo chociaż mam ochotę powiedzieć, że nic się nie stało, tak naprawdę stało się. Niektóre osoby trans od samego początku wiedzą, kim są, deklarują swoją właściwą płeć i zaimki jeszcze jako dzieci, upierając się przy tym, by dawać im inne ubranka i zabawki. Ja potrzebowałem czasu, żeby odkryć swoją tożsamość. Od samego początku nie cierpiałem wymuszanych na mnie sukienek i lalek. Jednak sukienki i lalki nie były sednem problemu. Sednem problemu był fakt, że istnieją rzeczy, które społeczeństwo przypisuje dziewczynkom, a chociaż nie wiedziałem, co to znaczy być trans, od samego początku irytowało mnie coś w tej całej wymuszonej dziewczyńskiej roli. Zawsze próbowałem stawać z pozostałymi chłopakami, gdy nauczyciele nas rozdzielali. Chodziłem za nimi na plac zabaw i złościłem się, że mnie ignorują albo odpychają. Czasami miałem takie sny - sny, w których byłem w innym ciele; ciele, które zdaniem społeczeństwa należy do mężczyzny. I byłem wtedy tak cholernie szczęśliwy, lecz potem budziłem się i widziałem, że nic się nie zmieniło. Pamiętam, co sobie wtedy myślałem: Mam nadzieję, że jeśli doczekam się reinkarnacji, odrodzę się w ciele chłopaka.

Dopiero kiedy skończyłem dwanaście lat, prawie pięć lat temu, przeczytałem taką książkę z bohaterem będącym osobą transpłciową: I Am J Cris Beam. Kiedy czytałem o J, to było jak... sam nie wiem, nie tyle zapaliła mi się lampka, ile słońce wyszło zza wiecznych chmur i wszystko we mnie zapłonęło pod wpływem jednej myśli: jestem chłopakiem.

Jestem pieprzonym chłopakiem.

Minęło jeszcze wiele miesięcy wypełnionych wątpliwościami i intensywnym zastanawianiem się, czy naprawdę jestem osobą transpłciową, czy nie. Kilka kolejnych rozmyślałem, jak powiedzieć o tym rodzicom. Usiadłem z tatą w salonie naszego starego mieszkania w Bedford-Stuyvesant. Przez cały czas zbierało mi się na wymioty i byłem tak zdenerwowany, że jedyne, co udało mi się z siebie wydusić, to: "Tato, mam ci coś do powiedzenia" oraz "Jestem osobą trans". Tata milczał. Miał taki dziwny wyraz twarzy, jakby był zbity z tropu. Powiedział, że jest zmęczony, i poszedł do łóżka; to był koniec naszej rozmowy. Następnego dnia napisałem wiadomość do mamy, bo mieszkała na Florydzie z moim ojczymem i przyrodnią siostrą, odkąd skończyłem dziesięć lat. Nie odpisała. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy nacisnąłem przycisk wyślij przy e-mailu do niej.

Niemal cały rok musiałem błagać ojca, żeby wreszcie zgodził się zapisać mnie do lekarza, który przypisał mi kurację hormonalną. Nie zawsze jest łatwo zacząć z hormonami, więc mam szczęście, że mogłem to zrobić. Mniej więcej w tym okresie ujawnił się mój talent do sztuki i ojciec postanowił wysłać mnie do St. Catherine's, co było super, bo nie musiałem przebywać z ludźmi, którzy znali dawnego mnie. I tak nie nawiązałem w poprzedniej szkole przyjaźni, więc przeniesienie się nie było problemem. Znowu musiałem się dużo naprosić, ale razem z lekarzem prawie rok temu przekonaliśmy tatę, żeby pomógł mi załatwić operację piersi. Zdaję sobie sprawę z tego, jakie miałem szczęście. Nie każdego stać na coś takiego. Tata musiał załatwić mnóstwo papierów, a do tego ogarnąć dla mnie ubezpieczenie zdrowotne. Nawet wtedy musiał wyłożyć część pieniędzy z własnej kieszeni. Bez względu na to, jak mnie czasami wkurza, wiem, że bez niego nie byłbym w stanie rozpocząć procesu tranzycji. Może właśnie to najbardziej zbija mnie z tropu: dlaczego zapłacił za hormony, za operację, za wizyty u lekarza, za wszystko - ale nie chce wymawiać mojego prawdziwego imienia?

Ezrę poznałem na samym początku tranzycji. Siedzieliśmy obok siebie w klasie i zaczęło się od sarkastycznych komentarzy, a skończyło na tym, że zaczęliśmy spędzać ze sobą praktycznie każdą sekundę każdego dnia. Ezra znał mnie tylko jako Felixa. Nie powiedziałem ani jemu, ani nikomu innemu, jak się kiedyś nazywałem. Próbowałem wymazać wszelkie ślady po moim poprzednim życiu: zdjęcia i filmiki, na których mam długie włosy albo gdzie jestem ubrany w sukienki czy cokolwiek innego przypisywanego przez społeczeństwo dziewczynom. Po prostu nie jestem już tamtą osobą. To zabawne. W pewnym sensie faktycznie przeszedłem reinkarnację. Rozpocząłem nowe życie, w nowym ciele. Dostałem dokładnie to, o czym marzyłem.

Tata poprosił, żebym zostawił sobie kilka starych zdjęć - dla pamięci, nigdy nie wiadomo, czy nie będziesz chciał pamiętać tej osoby, którą kiedyś byłeś. Właściwie nie chodziło o mnie. Wiedziałem, że chce zachować te zdjęcia dla siebie; ten ostatni ślad po kimś, kim jego zdaniem byłem albo nadal jestem. To wystarczający powód, bym chciał skasować wszystkie, co do jednego. Mam parę zachowanych postów z Instagrama, choć byłem blisko tego, by je wszystkie wyrzucić. Robi mi się niedobrze za każdym razem, kiedy któraś z tych fotek mignie mi w feedzie. Mimo to zachowałem zdjęcia. To dziwne. Tata mnie wkurza, jednak to mój tata i chociaż nie powinienem czuć, że jestem mu coś winny za pomoc przy tranzycji, właśnie to czuję. Chyba ostatecznie doszedłem do wniosku, że to nie ma znaczenia. Zdjęcia są widoczne tylko dla mnie. Nikt inny nie może ich zobaczyć. Nie przeszkadza mi trzymanie ich do czasu, aż tata w końcu zaakceptuje to, kim jestem.

Jednak... Nawet po tym, jak się wyautowałem, nawet po rozpoczęciu tranzycji, czasami dopada mnie to uczucie - takie wrażenie, że coś jest nie tak. W mojej głowie pojawiają się pewne pytania. Za tymi pytaniami czają się lęki i obawiam się, że jeśli będę zbyt dużo dociekał, dopadną mnie. Może właśnie dlatego tak ciężko mi znieść pomyłki taty, dlatego wkurzają mnie bardziej niż wszystko inne. Przez nie zaczynam się zastanawiać, czy faktycznie jestem Felixem, bez względu na to, jak głośno wykrzykuję to imię.