1. Zgubne skutki regulowania cudzego pieca
Autobus zatrzymał się w miejscu, które powinno się nazywać: "Znów się
zgubiłeś". Poza dziurawym asfaltem i słupkiem przystanku były tam tylko
splątane, gęste drzewa, krzaki i brudny śnieg. Brak latarni sprawiał, że
ciemność byłaby naprawdę ciemna, gdyby nie łuna nad miastem odbijająca
się od nisko wiszących, wieszczących śnieg chmur. Miejsce to, gdzieś
między Wilanowem a Natolinem, a może nawet dalej, w istocie stanowiło
enklawę dzikiej przyrody, wymykającej się z kleszczy zachłannie
rozrastającej się Warszawy.
- Jesteśmy za wcześnie - Felix spojrzał na zegarek.
Postawili w śniegu wojskowy worek wypełniony napojami na imprezę.
- Sam chciałeś mieć margines bezpieczeństwa - przypomniał Net. - Żeby
się nie spóźnić. Kultura i te rzeczy... - Zerknął na zegarek przyjaciela,
ale wśród kilkunastu wskazówek, rozmieszczonych na kilku cyferblatach,
nie mógł odczytać godziny. - Zatankowałeś dziś ten zegarek? Która jest?
- Osiemnasta trzydzieści sześć. Impreza zaczyna się za dwadzieścia
cztery minuty.
- Zimno trochę... Nie wypada wpaść wcześniej i... pomóc w przygotowaniach?
- Raczej nie - odparła Nika.
Przystanek nie miał wiaty. Nie było nawet ławeczki, lecz jedynie
zabetonowany w ziemi czerwony słup ze znakiem i rozkładem jazdy. Na
samym szczycie przykręcono mniejszą tabliczkę z nazwą przystanku, ale
naklejka ze starości częściowo zlazła i został tylko numer "01".
- Globalne ocieplenie zapomniało o Warszawie. - Net pocierał dłonie i uszy. - Ja cię kręcę, Spitzbersuwałki normalnie...
- Reszta przyjedzie pewnie następnym autobusem. - Nika zerknęła na
tabelkę z rozkładem. - To za dwadzieścia minut.
- Super. - Net pokiwał głową, przytupując. - Naprawdę nie wypada wpaść
wcześniej? Pomóc przy sałatce warzywnej czy coś...?
- Nie - odparła kategorycznie Nika.
- Kultura jest cool... Dosłownie. Może ognisko rozpalimy?
Felix rozejrzał się.
- Drewno jest mokre - oświadczył. - Rozpalanie zajmie z pół godziny.
- Czego nie wymyślę, to źle... Masz czarny marker?
- Mam, a co?
- Zobaczysz, daj. - Przytargał z krzaków fragment pociętego na kawałki
pnia drzewa, oparł go o słup przystanku. Wziął od Felixa marker i wszedł
na chwiejną podpórkę. Chwilę rysował coś na tabliczce, po czym zeskoczył
na ziemię i odturlał pieniek w krzaki.
Tabliczka nad znakiem głosiła teraz "Nigdzie 01".
- Może i nie jest to wybitnie zabawne, ale przynajmniej się rozgrzałem -
oświadczył Net.
Stali kilka minut, przestępując z nogi na nogę. Nika przytuliła się do
Neta, a nawet obwiązała się z nim swoim długim szalikiem. Felix marzł
samotnie pół metra dalej.
- Macie takie same suwaki w kurtkach - zauważył nagle. - Możecie się
nimi spiąć. Będzie wam cieplej.
Net porównał suwaki, odłożył plecak i zaczął rozpinać kurtkę.
- Też masz taki suwak. - Nika spojrzała na kurtkę Felixa. - Możemy się
spiąć we trójkę.
- Nie, nie, nie... - Net szybko zapiął się pod szyję. - Wszyscy by się
śmiali.
- Daj spokój. Będzie nam cieplej.
Net niechętnie spiął połówkę swojego suwaka z suwakiem Felixa.
Wyciągnęli z rękawów ramiona i stworzyli w ten sposób osobliwy śpiwór do
stania.
- Pożytek z globalizacji - ocenił Felix, przyglądając się wpasowanym w siebie suwakom. - Obiecałem tacie wysłać namiar! - Przypomniał sobie
nagle. Wyciągnął telefon i zaczął klikać.
- Telefon z klawiszami jak w windzie towarowej składu cementu - zauważył
Net.
- Dzięki. Ale można z nim spaść ze schodów i nurkować. Skąd ten sarkazm?
- Z zimna. Po co ten namiar?
- To współrzędne, żeby mógł nas rano odebrać. Chyba że chcecie wracać
autobusem, który zapewne nie przyjedzie, bo kierowca zaśpi w Nowy Rok.
- Dobra. - Net wzruszył ramionami, co spowodowało uniesienie się
wszystkich trzech kurtek. - Nic nie mówiłem. Wolimy wracać z twoim tatą
niż piechotą.
- A jak bratosiostra? - przypomniał sobie Felix. - Mały chaosik w domu,
nie?
- No wiesz... Spodziewałem się małego chaosiku, ale to, co się dzieje,
można nazwać jedynie wielkim chaosem! Wyobraź sobie dwa małe głośniki
wysokotonowe transmitujące o losowych porach koncert The Chemical
Brothers przez ścianę z kartongipsu, przy której trzymasz głowę, gdy
śpisz. Poprawka: gdy próbujesz spać.
- Łączę się z tobą w bólu - odparł Felix. - Ale powaga, nie czujesz
żadnej radości z posiadania rodzeństwa?
- To ten rodzaj radości, gdy odkrywasz, że w łazience strzelił kran nad
umywalką, ale cała woda leci po paraboli do wanny, zamiast na podłogę.
Było na jakimś filmie... Dobra, lubię go... ich. Będę skłonny oddać za nich
moje ostatnie drugie śniadanie i tak dalej.
- Wymyśliliście imiona? - zainteresowała się Nika.
- Miałem pomysł, żeby brat nazywał się Serweriusz, a siostra Dyskietka,
ale nikomu się nie spodobało. - Net zaśmiał się i zamachał rękoma,
wpuszczając między kurtki zimne powietrze. - Starzy wahają się między
Anią a Zuzią. Czy tam jakoś tak... Mam nadzieję, że nie będzie banalnie.
Coraz to nowe imiona padają, a ja zwyczajnie nie mogę się pogodzić z tą...
inwazją na mój dom!
- W ogóle się nie cieszysz? - zapytała Nika.
- Cieszę się, ale... no wiesz... Jest taki mały zonk z ciszą nocną... i w ogóle z ciszą. No i drugi zonk z wyziewami pieluchowymi.
Usłyszeli silnik zbliżającego się autobusu.
- Głowonóg lądowy! - wykrzyknął Oskar, który wysiadł jako pierwszy. -
Trójgłowonóg lądowy!
- Zamknij się! - warknął Net i zaczął się szarpać z suwakiem.
- Po prostu było nam zimno - wyjaśnił Felix, również próbując się
rozpiąć. - Czekamy tu od dawna.
Wreszcie udało im się wyswobodzić. Przywitali się z Oskarem, Wiktorem i Lucjanem.
- Szkoda, że nie kupiliśmy fajerwerków - rzucił Lucjan.
- Tata Gilberta powinien jakieś mieć - zauważył Felix. - Jest chemikiem.
- Nie całkiem... stabilnym psychicznie - uzupełnił Net. - Obawiam się, że
chwilę po odpaleniu fajerwerków taty Gilberta na biurku prezydenta USA
zaczyna dzwonić czerwony telefon.
- Myślicie, że oni będą cały czas? - zapytała z niepokojem Nika. - Mam
na myśli rodziców Gilberta.
- Gilbert jest mocno wygięty, ale to by była przesada!
W szóstkę przeszli na drugą stronę ulicy i ruszyli wąską drogą gruntową,
ślizgając się w oblodzonych koleinach. Po kilkudziesięciu metrach krzaki
odsłoniły coś w rodzaju zatoczki przed bramą domu. Budynek stał samotnie
wśród chaszczy i starych drzew na samej skarpie wiślanej. Miał trzy
kondygnacje i spadzisty dach. W kilku oknach paliło się światło. Obok,
przed drzwiami garażu, zauważyli bardzo starego, i bardzo brudnego Forda
Scorpio.1 Dalej od domu było tak ciemno, że równie dobrze wokoło mogła
się rozciągać dżungla.
- Aha - skwitował Oskar.
Felix, Net i Nika już tu kiedyś byli, ale pozostali widzieli dom po raz
pierwszy. Teraz zastanawiali się, czy sylwester spędzony we własnym domu
przed telewizorem to rzeczywiście aż taki obciach. Lucjan wpatrywał się
w dzwonek.
- Myślicie, że już nas zauważyli? - zapytał, ale postać w oknie na
piętrze rozwiała jego wątpliwości.
- Kto w ogóle wymyślił, żeby robić sylwestra w domu Gilberta? - jęknął
Oskar.
- Gilbert - wyjaśnił Net. - Nie przesadzajcie. Może być ciekawie.
Odwrócili się na dźwięk silnika i oślepieni reflektorami, zeszli na bok.
Wielki elegancki samochód przedzierał się przez oblodzoną drogę.
Podwozie szurało o zmarznięty śnieg. Gdy przed bramą zatrzymał się
czarny Lexus, wszyscy wstrzymali oddech. Tylne drzwi otworzyły się i wysiadła z nich... Aurelia, ubrana w futro do ziemi.
- Cześć! - powiedziała, widząc kolegów z klasy. - Nie działają latarnie?
Zaraz za Aurelią w drzwiach pojawiły się białe kozaczki, długie nogi i reszta Klaudii. Blond włosy upięła w misterną konstrukcję, sprawiającą,
że głowa wydawała się dwa razy większa.
- Nie ma latarni - stwierdziła ponuro, zatrzaskując drzwi.
Szyba w przednich drzwiach opuściła się i wyjrzał przez nią tata
Aurelii.
- Jesteś... pewna? - zapytał, patrząc na ogrodzenie i dom.
- Zdesperowana - wyjaśniła Aurelia. - Trzy inne imprezy się rozmyły,
więc zostało mi... to.
- Strach myśleć o takim miejscu. - Tata Aurelii popatrzył na dom.
- Boisz się o samochód.
- To też. Ale... chodziło mi o ciebie.
- Się pan nie boi - uspokajająco rzucił w jego stronę Lucjan. - Nie
będzie sama.
Ojciec Aurelii spojrzał na niego, jakby chciał powiedzieć: "I tego się
właśnie obawiam". Nie powiedział jednak nic. Zamknął szybę, zawrócił,
buksując w śniegu, i odjechał.
Drzwi domu otworzyły się i stanął w nich Gilbert.
- Czemu nie dzwonicie? - krzyknął.
- Jakby ci to powiedzieć... - zaczął Net, ale Nika szturchnęła go w bok.
Gilbert zostawił otwarte drzwi i podszedł do nich niestarannie
odśnieżoną alejką. Chwilę szarpał się z klamką starej zardzewiałej
furtki. Gdy wreszcie odpuściła, chłopak o mało się nie wywrócił na
lodzie. Przywitał się ze wszystkimi i poprowadził do domu.
- Zaczekajcie! - z tyłu rozległ się dziewczęcy głosik.
Ktoś biegł w ich stronę, co kilka kroków wywracając się w śnieg. Drobna
postać z bladą twarzą była ledwo widoczna w ciemności.
- Ma ktoś osikowy kołek? - zapytał Net, ale nikt się nie uśmiechnął.
Postać dobiegła do furtki i pochyliła się, by złapać oddech. To była
Zosia.
- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał Wiktor.
- Przejechałam jeden przystanek... - odparła zdyszana.
- Jechałaś tym samym autobusem co my, i nie podeszłaś?
- Nie chciałam się narzucać. - Zosia wzruszyła ramionami.
- Umiesz się kamuflować - dodał Oskar. - W autobusie było może pięć
osób. Dlaczego nie wysiadłaś?
- Bo... to był przystanek na żądanie.
- Aaa... i nie chciałaś robić problemu kierowcy. Jasne.
W otwartych na oścież drzwiach domu pojawił się ojciec Gilberta.
- Chyba cię termodynamika opuściła, synu! - wykrzyknął, chwytając za
klamkę. - Za karę pięć minut na mrozie!
Zatrzasnął drzwi. Wszyscy zamarli z rozdziawionymi ustami, ale nim
ktokolwiek zdążył o cokolwiek zapytać, drzwi otworzyły się ponownie.
- Wchodźcie, wchodźcie, żartowałem. Tylko sprawnie, bo nasz dom nie ma
szans w walce o wyrównanie temperatury z całą półkulą północną.
Weszli szybko, żeby uprzedzić ewentualny kolejny "żart". Pan Kurtacz był
krępym, lekko przygarbionym mężczyzną z siwymi włosami, które sterczały
we wszystkich możliwych kierunkach. Ubrany był w elegancką marynarkę od
smokingu, ale założył do niej popielaty sweter, spodnie w kratę i buty
trekkingowe. Wyglądało to osobliwie, za to na pewno było o niebo
wygodniejsze od tego, co zwykle zakłada się do smokingu.
Powiesili kurtki w hallu i przeszli do salonu. W przeciwieństwie do
taty, mama Gilberta stanowiła wzór elegancji. Elegancji w wersji retro,
dla ścisłości. Była szczupła, wręcz koścista, co dodatkowo podkreślała
mocno zwężaną w talii garsonką skrojoną w stylu lat trzydziestych (być
może nawet garsonka pochodziła z tego okresu). Stała filmowo oparta o fortepian, który nie mógł być używany, stało na nim bowiem mnóstwo
bibelotów. Pani Kurtacz wyglądała, jakby pozowała do portretu, który
potem zawiśnie w złotej ramie na honorowym miejscu w salonie. Trwając w bezruchu, uśmiechała się do wchodzących kolejno gości. Poruszyła się,
dopiero gdy wszyscy weszli.
- Ach, więc jesteście! - Rozłożyła ręce, a następnie położyła dłoń na
dłoni i zapatrzyła się na nich, najwyraźniej oczekując odpowiedzi.
Felixowi skojarzyło się to z zachowaniem japońskich prototypowych
robotów do towarzystwa, a ściślej mówiąc z momentem, kiedy wieszał im
się system. Net za to miał ochotę odpowiedzieć: "Ach, więc jesteśmy,
zaiste". Na szczęście uprzedziła go Nika:
- Jeszcze nie wszyscy, ale większość. Czy mogę jakoś pomóc?
- Och, nie! Wszystko przygotowane. - Pani Kurtacz powiodła dłonią wokół,
gestem dobrej wróżki, która przedawkowała księżycowy pył. - Przekąski są
ustawione alfabetycznie, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Dla
ułatwienia. Sałatki w lodówce. Gilbert został pouczony co do dalszych
kroków.
Na to trudno było coś odpowiedzieć. Nawet Nice.
- Czyli szampan już napoczęty... - mruknął pod nosem Net. Na szczęście
zrobił to bardzo cicho.
Salon zastawiony był odnowionymi na wysoki połysk antykami,
przywodzącymi na myśl domy starych cioć. Pachniało lekką stęchlizną i jedzeniem. Nikt nie miał ochoty sprawdzać, czy miseczki z orzeszkami,
chipsami, pokrojoną w słupki marchewką i wszelkimi przekąskami ustawione
są alfabetycznie. Stali nieruchomo i bez słowa wpatrywali się w panią
domu. A pani domu patrzyła na nich. Gilbert pocierał dłonią czoło i udawał, że nad czymś się intensywnie zastanawia.
- Więc tym miłym akcentem... - mama Gilberta powiodła po nich wzrokiem -
zostawiamy was, z nadzieją, że wyniesiecie z naszego domu jedynie dobre
wspomnienia.
Do salonu wszedł pan Kurtacz z futrem swej małżonki. Wyglądało, jakby
było zrobione co najmniej z nowozelandzkich kretów latających, i nawet
Aurelia wytrzeszczyła oczy.
- Jedziemy teraz z mamuśką na potańcówkę. Będziemy szaleć do bladego
świtu. Jedzenia wam starczy. Piwo w lodówce policzone. Jak wrócimy, może
go być więcej, ale nie mniej.
- O ho ho ho ho... - zaśmiała się pani domu, zasłaniając usta dłonią. - To
nie było na poważnie.
- Muzykę macie tam. - Tata wskazał stosik płyt obok cokolwiek
archaicznej wieży. - To ponadczasowe dźwięki. Na pewno się wam spodoba.
Założył długowłosy kożuch, sięgający za kolana. Teraz oboje wyglądali
jak postacie z filmu fantasy. Wyszli z domu i wsiedli do Forda. Goście
sylwestrowi zgromadzili się przy oknie. Zamiast chrobotu rozrusznika
dobiegł ich świst przypominający odgłos rozpędzającego się silnika
turboodrzutowego. Gdy dźwięk przeszedł w wysoki pisk, samochód zaczął
się toczyć. Z rur wydechowych wydobywał się świecący gaz.
- Jakaś turbina - zauważył Felix. - Biogaz?
Gilbert przytaknął.
- Czy to legalne? - zapytał Felix.
- Hm...
Ford dojechał do bramy, popchnął ją zderzakiem, oba skrzydła otworzyły
się, a potem, z jękiem sprężyn, zamknęły za samochodem.
- Sprytne... - z uznaniem pokiwał głową Felix.
- Czy z tym wynoszeniem miłych wspomnień chodziło o niewynoszenie
srebrnych sztućców? - zapytał Net.
- Możemy już o tym nie mówić? - poprosił Gilbert. - Pomóżcie mi zsunąć
meble pod ściany.
Meble ustawiono dość nieszczęśliwie. Każdy ruch niósł ze sobą
niebezpieczeństwo zwalenia figurki lub wazonika. Droga przez salon
przypominała tor przeszkód, teraz uzupełniony o przeszkody kulinarne.
Zaczęło się przestawianie. Nika z Zosią przenosiły drobiazgi, chłopcy
przesuwali meble. Aurelia z Klaudią stały blisko wyjścia i wyglądały,
jakby chciały czmychnąć. Zdecydowanie nie pasowały do scenografii.
Aurelia miała na sobie błyszczącą złotem minispódniczkę i obcisły, biały
sweterek, a Klaudia różowawą minisukienkę. Dopiero po kilku minutach,
gdy salon zyskał wiele na funkcjonalności, a stracił na estetyce,
usiadły na sofie i ze znudzonymi minami rozglądały się, naburmuszone.
Przekąski przeniesiono na stół jadalni graniczącej z salonem. Lucjan,
Oskar i Wiktor od razu zabrali się do pochłaniania orzeszków i chipsów.
- Masz tu kupę starych gratów - zauważył Net.
- To, o co się opierasz, to jest stolik pod samowar z 1848 roku. Kiedyś
używał go Juliusz Słowacki. Jest wart tyle, co mały samochód.
Net odskoczył jak oparzony.
- Dżiss!... Starłem z niego tylko kilkuatomową warstwę... Sorry.
Dzwonek zaanonsował kolejną grupę gości. Tym razem dotarli Horacy i Kuba.
- Zamykajcie drzwi! - krzyknęła do nich Aurelia. - Zimno!
Net zaczął przeglądać stare płyty winylowe. Z każdą kolejną krzywił się
coraz bardziej.
- Ponadczasowe jak kalendarz sprzed pięćdziesięciu lat - ocenił. Z kieszeni bluzy wyjął telefon i zmarszczył brwi. Po zastanowieniu z leżącego pod ścianą plecaka kilka kabelków i przejściówek, po czym
podłączył telefon do wieży. Chwilę bawił się ustawieniami: podkręcił
basy i wysokie tony, wybrał kolejność utworów. Wreszcie zabrzmiała
muzyka. Atmosfera nieco się poprawiła.
- A nie masz czegoś fajnego? - zapytała Klaudia.
- Nie mam jęczących synchronicznie chórzystek, jeśli o to ci chodzi -
pokręcił głową. - Tylko hip-hop i techenko.
- Pomogłybyście - rzuciła w stronę sofy Nika.
- My nie jesteśmy od pracy fizycznej. - Aurelia zaczęła oglądać swoje
paznokcie.
- Przyszłyśmy na imprezę, a nie do pracy - dodała Klaudia. Wyciągnęła
telefon i zajęła się pisaniem wiadomości.
Nika westchnęła i wróciła do kuchni, gdzie razem z Zosią starały się
posegregować przyniesione przez wszystkich dobroci. Kuchnia była
oddzielona od salonu dużą jadalnią, a przez drugie drzwi można było
wyjść i obejść znajdującą się pośrodku domu klatkę schodową, po czym
krótkim korytarzykiem wrócić do hallu. Tędy właśnie wszedł do kuchni
Kuba, który został przewodniczącym klasy, bo w dniu nominacji chorował w domu. Był chyba ostatnią osobą nadającą się na tę funkcję.
- Przyniosłem chipsy - pochwalił się, wręczając Nice paczkę. - Kupiłem
też kilka paczek orzeszków, ale zapomniałem ich zabrać ze sklepu...
Dziewczyna otworzyła paczkę i wsypała snacki do miski.
- Proszek chipsowy? - zdziwiła się, widząc coś, co nie wyglądało jak
zwykle.
- Niechcący usiadłem na nich w autobusie. - Kuba wzruszył ramionami.
Nika zastanowiła się chwilę i włożyła do miski łyżkę.
W drzwiach pojawił się Oskar.
- Jak wszyscy coś przyniosą, to się obeżremy tak, że nie będziemy mogli
tańczyć - rzucił.
- Aurelia i Klaudia nic nie przyniosły - zauważyła Nika.
- Siebie przyniosły - wyjaśnił Oskar. - Siedzą i ładnie pachną. O!
Zrobię im zdjęcie.
- Zgarnij lepiej chłopaków, niech pomogą - poprosiła. - Same się tu nie
wyrabiamy.
Oskar coś mruknął niewyraźnie, wyciągnął z kieszeni mały aparat i poszedł do salonu. Do kuchni zajrzał za to Lucjan.
- Masz to samo, co moja mama - zauważył. - Potrafisz wynajdywać pracę
tam, gdzie jej nie ma. Zanieś to wszystko do jadalni. Każdy sobie
weźmie, co będzie chciał.
- Chodzi o to, żeby wszystko ładnie wyglądało.
Lucjan podszedł do blatu kuchennego, wziął garść proszku chipsowego z miski i schrupał z miną znawcy. Następnie wytrząsnął do ust resztki z torebki.
- Smakują tak samo - oznajmił.
- Współczuję twojej przyszłej żonie - odparła z rozbawieniem Nika.
- Nie zamierzam się żenić.
Do kuchni wszedł Felix.
- Chyba mogę tu zajrzeć, co? - zapytał, otwierając już szufladę.
Przejrzał wszystkie, nim znalazł folię aluminiową. Oderwał spory
kawałek, złożył i wrócił do salonu, po drodze formując z folii małą
miseczkę. Przysiadł na podłodze i scyzorykiem zaczął przebijać w aluminium małe otworki. Zosia stanęła w drzwiach jadalni i przyglądała
mu się uważnie. Felix nie zwracał na nią uwagi. Po chwili aluminiowa
miseczka przypominała durszlak. Wtedy wyjął z plecaka zwój cienkiego
drutu, odciął piętnaście centymetrów i zrobił z niego małą podstawkę w kształcie pętelki z wystającym do góry prostym kawałkiem. Podszedł do
stojącej obok sofy lampy, zdjął z niej abażur, a na żarówce położył
pętelkę. Na czubku stojącego drutu ostrożnie osadził miseczkę z folii
aluminiowej. Zgasił wszystkie światła. Pokój wypełnił się płynącymi
wolno po ścianach jasnymi punktami.
- Nastrojownik - skwitował Net. - Niezłe.
- Jak żarówka się nagrzeje, ciepłe powietrze zacznie szybciej obracać...
nastrojownikiem - wyjaśnił Felix. - Otwory są wycięte pod kątem.
- Właśnie! - Net się wzdrygnął. - Ciepłe powietrze... Nieźle się
przewietrzyło.
- I wcale nie robi się cieplej - dodała Aurelia. Z zaciętą miną
siedziała na sofie z futrem narzuconym na ramiona. - I jest nudno.
- Możemy urządzić zawody w smarkaniu pod wiatr na mrozie - zaproponował
Net.
- Nie bądź obrzydliwy - poprosiła Nika. - Wymyśl coś na poziomie.
- Umiem żonglować jednym jabłkiem.
Lucjan usiadł obok Aurelii i wsunął się pod futro. Klaudia westchnęła i przeniosła się na podłogę. Oparła się plecami o kaloryfer.
- Jest zimny - zauważyła.
- Tata oszczędza biogaz - wyjaśnił Gilbert, a widząc zdziwione
spojrzenia, dodał - dom jest samowystarczalny. Prąd i ciepło pochodzą z biogazu. W ogrodzie jest spora biogazownia i kilka zbiorników, w piwnicy
generator prądu. Niestety, zimą gaz wolniej się wytwarza.
- Z czego twój stary robi ten biogaz? - zainteresował się Felix.
- Z odpadów organicznych. Liści i takich tam...
- Nieważne z czego, ważne, żeby było ciepło - jęknęła Aurelia.
- Piec jest w piwnicy, a stary zabrania tam wchodzić...
Rozmowę przerwał im stłumiony wybuch. Wszyscy schylili się odruchowo,
myśląc o zbiornikach z biogazem. Tylko Gilbert zachował spokój.
Wyciągnął z kieszeni telefon i rzucił do niego niedbałe "Halo?".
- Nigdy więcej obciachowych dzwonków... - mruknął Net. - Nie dotyczy syna
szalonego chemika.
- Jak wysiądziecie z autobusu, musicie przejść przez ulicę i dalej
prosto - powiedział Gilbert. - To na razie! - Schował telefon i wyjaśnił. - Zapomnieli, jak mają iść. Klemens, Celina, Lambert, Gerald i chyba Zosia.
- Jestem tu - powiedziała cicho zza jego pleców. - Jestem od samego
początku.
- A, rzeczywiście! - chłopak odwrócił się. - Jakoś cię nie zauważyłem.
Coś dawno do mnie nie wpadałaś...
- Zerwaliśmy - przypomniała Zosia.
- Powaga?
Przytaknęła energicznie.
- Miesiąc temu... - dodała.
- Nie pamiętam... - Gilbert zmarszczył brwi. - Dlaczego zerwaliśmy?
- Nie zwracałeś na mnie uwagi. - Zosia już prawie szeptała. - Mówiłam
ci...
- Sorki. Pewnie myślałem o czym innym, jak to mówiłaś. Ktoś chce sałatki
na rozgrzewkę?
- Z biogazu? - uśmiechnął się Net.
- Z biogazu jest tylko sos - odparł bez mrugnięcia Gilbert. - Wszystko,
co jest w lodówce, poza piwem, możemy wchłonąć. Reszta jest bezpieczna w piwnicy, w drugiej lodówce. A, miałem tego nie mówić!
- Nie masz czegoś ciepłego? - zapytała Aurelia.
- Jest ciepła cola.
Muzyka zmieniła się na wolniejszą. Lucjan wziął Aurelię za ręce i wyciągnął na środek.
- Rozgrzejesz się - powiedział, okręcając ją dookoła.
Nika spojrzała znacząco na Neta, na co ten zreflektował się i chwycił ją
do tańca. Zosia spojrzała na Felixa, ale on jak zwykle tego nie
zauważył. Dziewczyna wyglądała zresztą, jakby wiele wysiłku włożyła w to, żeby nie rzucać się w oczy. Miała na sobie prostą, szarą sukienkę.
Felix właściwie nie zwracał już uwagi na otoczenie - pochłonęło go
rozwiązanie problemu. Zainteresował się zaworem przy kaloryferze.
Odkręcił go do wartości maksymalnej, sprawdził odpowietrznik. Potem
dotknął rury - ona również była zimna.
- Twój tata tankował samochód przed wyjazdem? - Spojrzał na Gilberta. -
Z tej samej instalacji? Może zapomniał przekręcić któryś zawór?
- Jest trochę zimniej niż wczoraj - przyznał gospodarz. - Ale tylko
trochę.
Po raz drugi wszyscy schylili się, słysząc wybuch.
- Halo? - rzucił do słuchawki Gilbert. - W jakim lesie...? Po co
wchodziliście do lasu...? Nie panikujcie. Nie ma dzików ani wilków, ani
tygrysów. Jestem pewien. Najwyżej pies. Nie ruszajcie się stamtąd. Idę
po was. - Schował telefon i oznajmił - są gdzieś w promieniu pół
kilometra i tropi ich olbrzymi jamnik. Zaraz wracam.
- Czekaj, pójdę z tobą. - Lucjan puścił Aurelię i ruszył za Gilbertem.
- Ale... - Dziewczyna rozłożyła ręce.
- Luz. Zaraz będziemy z powrotem.
Wiktor i Oskar również ruszyli do drzwi, zadowoleni, że wreszcie coś się
dzieje.
Nika znalazła w kuchni kilka świec, porozstawiała je w salonie i podpaliła.
- Zróbcie coś, żeby było cieplej - Aurelia spojrzała na Felixa, potem na
Neta - to może impreza nie zdechnie do końca.
Felix zastanowił się.
- Zwykle w takich domach są piece sterowane elektronicznie. Można by
zaprogramować wyższą temperaturę.
- Przecież tata Gilberta to zauważy - wtrąciła Nika.
- Potem znów ją zmniejszymy.
- Nie możecie przeprogramowywać komuś pieca.
- To proste - zbagatelizował Felix. - Tam są przyciski "Plus" i "Minus".
- A jak coś zepsujecie?
- Ciebie chyba w ogóle nie obchodzi, że będę miała zepsutego sylwestra -
warknęła Aurelia. - Ty nawet nie potrafiłaś się odpowiednio ubrać.
Nika pokręciła głową z rezygnacją i odwróciła się do okna. Rzeczywiście,
miała na sobie swój tradycyjny strój, czyli masywne martensy, grube
rajstopy, bluzę z kapturem i kurtkę jeansową. Z okazji sylwestra zamiast
czarnej, założyła srebrną spódniczkę. Nie była to kreacja balowa, ale z pewnością trzymała styl.
- Boicie się - prychnęła Aurelia.
- Ja się boję?! - obruszył się Net.
- Chyba nie dasz się sprowokować? - zapytała go Nika.
- Jasne, że nie... Ale naprawdę jest zimno.
- Już po ósmej - stwierdziła Aurelia. - Nie ma sensu się przenosić na
awaryjną imprezę... Śliczne dzięki za skopanie mi sylwestra!
- To ma być nasza wina? - zdziwiła się Nika.
- No, moja na pewno nie. Atmosfera jest beznadziejna. Zupełnie nie
sylwestrowa. Zatańczysz chociaż? - Spojrzała na Neta.
Nim Net zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Nika chwyciła go za ramię,
pociągnęła na środek salonu i poprowadziła do wolnego tańca.
- Ja nie umiem tańczyć - zastrzegł szybko Felix, widząc, że Aurelia
przeniosła na niego wzrok.
Dziewczyna pokiwała głową z politowaniem, potem spojrzała na
rozmawiających pod ścianą Kubę i Horacego i pokiwała głową jeszcze raz.
Felix poszedł do jadalni po kanapkę. Zosia siedziała przy stole i chrupała orzeszki. Wodziła wzrokiem za chłopakiem wybierającym z półmisków smakołyki i walczyła ze sobą, by coś powiedzieć. Wreszcie
przełknęła ślinę i zapytała:
- Czy ty masz jakąś...?
W tym momencie zadźwięczał dzwonek telefonu Felixa.
- Zapal światło przed drzwiami. - To był Gilbert. - Pstrykas jest obok
wieszaka.
- OK. Znaleźliście ich?
- Tak, ale teraz wszyscy razem się zgubiliśmy. Będziemy szli za
światłem... Nie panikuj! Pewnie jakaś sarna je zostawiła... To nie było do
ciebie, sorki.
- Jakie ślady?
- Na śniegu. Celina ma napad paniki... - Gilbert przez chwilę się śmiał. -
Właśnie wchodzi na plecy Klemensa, a Oskar biega dookoła i robi zdjęcia.
Szkoda, że tego nie widzisz...
- OK - uśmiechnął się Felix. - Już zapalam światło.
Schował telefon i spojrzał na Zosię.
- Co mówiłaś?
- Nie... - Spuściła wzrok. - Ja tylko...
- Muszę iść - wyjaśnił i wrócił do salonu. - Znaleźli się - oznajmił. -
Ale już znów się zgubili.
Utwór się skończył. Net puścił Nikę.
- Głupio się tańczy tylko we dwoje - wyjaśnił. - Przyjdzie reszta, to
się impreza rozrusza.
Nika wzdrygnęła się.
- A widzisz! - ucieszył się Net. - Tobie też jest zimno.
- Jest zimno - zgodziła się Nika - ale... miło by było zakończyć ten rok
bez ładowania się w kolejne problemy.
- Ocenimy tylko sytuację - obiecał Felix, idąc w stronę hallu. Net
radośnie podążył za nim. Nice opadły ramiona i ruszyła do kuchni zrobić
herbatę.
Felix zapalił światło na zewnątrz i odnalazł drzwi do piwnicy. Jako
jedyne ze wszystkich w hallu i krótkim korytarzyku nie były zamknięte na
klucz. Piwnica pachniała wilgocią. Żarówka na górze schodów była
przepalona. Chłopcy ostrożnie zeszli po ciemnych schodach. Dotarli na
sam dół i Felix zaczął macać dłonią w poszukiwaniu włącznika. Na
przeciwległej ścianie żarzyło się kilka czerwonych lampek.
- Zapalę światło - mruknął Net. Po omacku dotarł do lampek i pstryknął
znajdujące się nad nimi przełączniki. Lampki zmieniły kolor na zielony,
ale nic poza tym się nie wydarzyło. Felix dopiero po chwili wymacał
włącznik i pod sufitem zapaliła się goła żarówka. Obaj westchnęli
zawiedzeni. Przed nimi, na tle nieotynkowanych ścian, kłębił się
szumiący i popiskujący gąszcz rur, zaworów, zegarów, pomp i zbiorników.
- To gdzie ten przycisk "Plus"? - zapytał Net.
- Hm. - Felix potarł brodę. - To trochę bardziej skomplikowane. Ale
tamto coś to na pewno jest piec.
Piec, w kształcie kanciastej bryły z wystającym z góry obłym
zbiornikiem, stał pod ścianą. Wchodziło do niego kilkanaście różnej
grubości rur, na których było kilkanaście różnego rodzaju zaworów.
- Głupio będzie, jak wrócimy z niczym - mruknął Net.
- Hm - powtórzył Felix.
- Przecież znasz się na takich... - Net wyciągnął ręce w stronę gąszczu -
takich... rzeczach.
Felix podszedł do pieca, który z pewnością nie był sterowany
elektronicznie. Uchylił drzwiczki paleniska.
- Ledwo się tli.
- To teraz wymyśl, którym się to podkręca.
Felix chwilę analizował przestrzenny labirynt rur.
- To chyba ten... - Wskazał pokrętło na żółtej rurze. - Wygląda, jakby to
był ten.
- Ale wiesz, czy tylko przypuszczasz?
- Przypuszczam, że wiem. - Felix położył dłoń na zaworze i przekręcił.
Nic się nie zmieniło. Odkręcił następny - bez efektu. Przekręcenie
kolejnych pięciu zaworów również niczego nie dało.
- Pamiętasz, które odkręciłeś? - Net dyskretnie cofnął się i przygotował
do ucieczki, gdyby efekt poczynań przyjaciela okazał się za bardzo
efektowny.
- Pomóż lepiej, zamiast uciekać. - Felix siłował się już z innym
pokrętłem. - Zastał się.
- Ja się tylko cofałem, żeby mieć lepszą perspektywę. - Net podszedł i razem naparli na kolejny zawór. Bez rezultatu.
- Już jest odkręcony - stwierdził nagle Felix. - To idzie tu, stąd tu... -
wskazywał palcem kolejne rozgałęzienia - a w końcu wchodzi w ścianę
zewnętrzną. Skoro jest odkręcone, a nie leci, to znaczy, że po drugiej
stronie musi był jeszcze jeden zawór. Idziemy.
Wybiegli z piwnicy. Net zajrzał do salonu i oznajmił dumnie:
- Jesteśmy na tropie.
Narzucili kurtki, wyszli na dwór i obeszli dom od strony
południowo-wschodniej, gdzie zaczynał się taras przerobiony na
laboratorium taty Gilberta. Kawałek dalej już opadała skarpa wiślana, a za rozciągającym się w dole lasem drgały malutkie światełka odległych
bloków.
- Musi gdzieś tu wychodzić. - Net szedł przodem.
- Czekaj. Mam latarkę.
- Spoko. Dobrze widzę w ciemno... Auć!
Felix założył na czoło latarkę na gumce, zapalił ją i oświetlił
podnoszącego się ze śniegu Neta.
- Znalazłem ją metodą organoleptyczną. - Net rozmasowywał nogę. -
Piszczeloleptyczną właściwie. To na pewno to. - Wskazał rurę biegnącą
dwadzieścia centymetrów nad ziemią. Łączyła piwnicę z wysokim
cylindrycznym zbiornikiem gazu, stojącym kilkanaście metrów dalej.
- Jest zawór! - Felix przyklęknął w śniegu.
- Prosta sprawa. Kręć. Potem zwyczajnie zakręcimy.
- Licz obroty. - Felix kręcił z wysiłkiem. Zawór poskrzypywał, ale
ustępował. Był za mały, by kręcić we dwóch. Net wrócił więc do masowania
piszczela. Nagle kątem oka zobaczył jakiś ruch w ciemności. Zmartwiał i spojrzał w tamtą stronę. Trzasnęła złamana gałązka.
- Może... - przełknął ślinę. - Może już wrócimy?
- Zaraz. - Felix stękał, a zawór wolno się obracał. - Zardzewiał...
- Coś szumi. - Net rozglądał się nerwowo. - Znaczy działa. Wracajmy do
ciepełka.
- Ile było obrotów?
- Eee... pięć.
- Liczyłeś?
- Cztery.
- To w końcu ile?
- Między trzy a siedem. Chyba. Wracajmy wreszcie! Widziałem jakieś coś...
Felix machnął ręką i wstał. Ruszyli z powrotem, ale tuż przed drzwiami
Net zatrzymał się raptownie i chwycił Felixa za rękaw.
- Jak wychodziliśmy, tego tu nie było! - Dramatycznym gestem wskazał
ziemię. W świetle latarki wyraźnie było widać ślady jakby racic. Ściślej
mówiąc, wyglądały, jakby co dziesięć centymetrów ktoś zrobił obok siebie
dwa dołki nogą od stołka. Patrzyli na to chwilę.
- To wygląda, jakby coś skakało - zastanowił się Felix.
- Mały kangurek z założonymi na łapki korkami od szampana... Zastanowimy
się w środku.
Felix nie słuchał go. Podszedł bliżej do śladów i nachylił się.
- A tu już nie są obok siebie - zauważył. - Tu prawe i lewe ślady są na
przemian, jak u człowieka. - Poświecił dalej. Ślady prowadziły do
walącej się ze starości szopy w rogu działki, ale równie dobrze mogły
prowadzić stamtąd.
- Proszę... - nalegał Net.
- To było coś małego, wielkości średniego psa, ale dwunożne... Zobacz, w kilku miejscach jakby się zataczało.
- Więc to był napruty krasnal Koszałek-Ochlałek. Chodźmy do środka...
pliz...
- Zastanawiające...
- Żałuję, że ci to pokazałem. Chodźmy i bawmy się, zamiast tu marznąć!
Gdyby w tym momencie odwrócili się i spojrzeli za siebie, z pewnością
straciliby ochotę na zabawę.
Weszli do domu i zdjęli kurtki.
- No, od razu czuć, że cieplej - ocenił Net, starannie zamykając drzwi
na zasuwkę.
- Wszedłeś z mrozu i ci się wydaje - sprostował Felix. - To trochę
potrwa.
- Co to mogło być? - Net wskazał głową na drzwi.
- Nie wiem, ale same się nie zrobiły - Felix wyjął telefon i wybrał
numer Gilberta. - Ostrzegę ich, na wszelki wypadek.
Do hallu weszła Nika.
- I jak postępy w ładowaniu nas w kłopoty? - zapytała ironicznie.
- Widzieliśmy ślady... stepującego dzika albo czegoś...
- To pewnie pies. - Dziewczyna pokręciła głową. - W okolicy jest kilka
domów.
- Gilbert nie odbiera - oznajmił Felix. - Masz numer Celiny?
Net wyjął telefon i wybrał numer. Chwilę trzymał aparat przy uchu, ale
opuścił go i pokręcił głową.
- Zimno nam - zawołała z salonu Aurelia.
- Pracujemy nad tym - odkrzyknął Net.
Nika założyła ramiona i spojrzała na niego ze złością.
- No co? - Wzruszył ramionami. - Prawdę mówię.
- Zobaczmy, czy piec wystartował - zaproponował Felix.
- Mam złe przeczucia - wolno powiedziała Nika.
Felix i Net zeszli na dół. Piec niestety pracował tak samo jak przedtem.
Felix zaczął więc znów analizować układ zaworów, Net stanął obok tablicy
z przełącznikami i kontrolkami. Uniósł małą klapkę.
- Tu jest zamek szyfrowy - zauważył.
Felix podszedł i przyjrzał mu się z bliska.
- Najprostszy model! - ucieszył się. W kilka chwil odkręcił cztery
śrubki i wysunął klawiaturę. Dochodziły do niej jedynie dwa przewody. -
Nie trzeba znać kodu. Wystarczy zewrzeć te dwa kabelki.
Ze środka wysypało się trochę kurzu i kilka ziarenek czarnego piasku.
- Przeginacie! - rozległo się za nimi, aż podskoczyli. Na schodach stała
Nika. - Nie można tak buszować komuś po domu.
- Ale jest zimno - Net wzruszył ramionami.
- Aurelii jest zimno - sprecyzowała z przekąsem.
- Dla dobra ogółu to robimy.
- Podłączę to i się zmywamy - dodał Felix.
Nika podeszła do nich. Spojrzała na panel kontrolny na ścianie i wykręconą klawiaturę.
- Jesteś pewien? - zapytała. - Jeśli ojciec Gilberta zamontował zamek
kodowy do pieca, to może miał jakiś powód.
- Skąpstwo - podsunął Net, po czym dodał innym tonem - albo wybuchowy
charakter pieca... Może to rzeczywiście... trochę ryzykowne.
- Z drugiej strony... - Felix potarł brodę. - Jeśli tego nie zrobimy, to
wszystko, co zrobiliśmy do tej pory, nie będzie miało sensu.
- Jest w tym trochę racji - zgodził się Net.
Spojrzeli na Nikę, a ona oceniła wzrokiem piec i cały bałagan
hydrauliczny wokoło.
- Wolę siedzieć w kurtce - zadecydowała.
- Najwyżej zaraz wyłączę. - Felix wysunął jeden z kabli i dotknął do
styku drugiego. Nad klawiaturą włączył się wyświetlacz diodowy. Czerwone
cyferki wskazywały "02:35". - To dlatego jest zimno! Zegar jest źle
ustawiony i piec wyłączył się na noc.
Nika schyliła się i podniosła z ziemi okrągłą szybkę.
- Co to może być?
- Odpadła od któregoś wskaźnika - wyjaśnił Felix.
- Nie... - Dziewczyna podeszła do okna. - Spójrzcie!
W szybie, tuż nad klameczką, widniał okrągły otwór. Przymierzyła kawałek
szkła - pasował idealnie.
- Jest otwarte - zauważył Felix. Okno rzeczywiście było przymknięte i lekko się kiwało od ruchu powietrza. Sięgnął do klameczki i zamknął je.
- Będzie trochę cieplej.
- Po co wycinać w szybie okrągły otwór? - zapytała Nika.
- Na przykład, żeby przeprowadzić tędy sto pięćdziesiątą ósmą rurę -
podsunął Net. - Jesteśmy w domu szalonego chemika, który podczas pełni
zamienia się w szalonego hydraulika.
- Spróbuję przestawić zegar na dobrą godzinę. - Felix wrócił do
klawiaturki. - Może wtedy piec ruszy. Jest... dziewiąta dwadzieścia pięć.
W tym momencie ostatnia cyfra na wyświetlaczu zmieniła się z piątki na
czwórkę. Felix znieruchomiał z dłonią o kilka centymetrów od klawiszy.
- To nie była godzina - stwierdził Net. - On coś odlicza... To timer, a nie zegar.
Felix ponownie zerknął na zegarek. Była dziewiąta dwadzieścia sześć.
- Tyle zostało do północy - powiedział. - Może z jakiegoś powodu piec
może wystartować tylko o północy?
- To nie brzmi wiarygodnie.
- Odłączcie to wszystko - poprosiła Nika. - Zakręćcie, co odkręciliście,
i chodźmy poszukać piecyka elektrycznego.
- Żebym to ja pamiętał, które zawory odkręcaliśmy - odparł Felix.
Nagle gdzieś wśród rur włączyła się pompa i szum przybrał na sile.
Płomień pod piecem jednak nie zwiększył się.
- Lepiej to odłączmy... - Net przełknął ślinę. - Zacznie grzać o północy,
to i tak ciepło zrobi się nad ranem. Wyłącz ten licznik i spadajmy stąd.
Felix odłączył przewód i wetknął go w pierwotne miejsce. Wyświetlacz
jednak nie zgasł.
- Pięknie... - westchnął Net.
- Tak jest urządzony świat - wyjaśnił Felix. - Jak chcesz zrobić coś
dobrego, zawsze zostaniesz ukarany...
Przykręcił klawiaturę na miejsce i pstryknął przełączniki nad lampkami.
Nie zmieniły jednak koloru. Pstryknął kilka razy. Bez rezultatu.
- Hm...
- Może zamalujemy je na zielono? - zaproponował Net.
- Musimy o wszystkim powiedzieć Gilbertowi - zadecydowała Nika. - Będzie
wiedział, jak to wyłączyć.
- Wkurzy się. To już całkiem zepsuje imprezę.
- Nie widziałam nigdy wkurzonego Gilberta.
- I tak go nie ma. - Felix wzruszył ramionami. - Może to się samo
wyłączy z opóźnieniem...
- Przecież ty się znasz na takich rzeczach - jęknął Net. - Wymyśl coś!
- Musiałbym to wszystko rozkręcić.
- Tss... - uciszyła ich Nika i wskazała palcem na górę. Trzasnęły drzwi
wejściowe i rozległy się kroki w hallu. - Wrócili.
Chwilę nasłuchiwali.
- Już nie chcesz mu mówić? - zapytał Net.
- Może jednak zaczekamy z tym jeszcze chwilę... - przyznała po namyśle.
- Spróbuję coś wymyślić - obiecał Felix.
Zgasili światło i przyświecając sobie latarką Felixa, weszli po
schodach. Net uchylił drzwi i dał znak, że droga wolna. Wślizgnęli się
do hallu i tylnym wejściem dotarli do kuchni. W jadalni Klemens, Celina,
Lambert i Gerald podjadali przekąski. Przyjaciele przywitali się z nowo
przybyłymi, z Lambertem nieco mniej wylewnie, a Net wyjątkowo chłodno
powitał Geralda - wciąż nie mógł mu wybaczyć prób poderwania Niki na
początku roku szkolnego.
- Droga od przystanku jest prosta jak drut - zauważył Felix. - Tu się
nie można zgubić.
- Nie było łatwo, ale dokonaliśmy tego - wyjaśniła Celina, podrygując do
muzyki. Na obcisłe legginsy założyła krótką sukienkę z mieniącego się
złoto materiału. - Gonił nas potwór - dodała, chrupiąc chipsa.
- W twojej głowie - uzupełnił Gilbert.
- Nie masz piecyka elektrycznego? - zapytała Klaudia.
- W tym domu to bez sensu. Nie po to agregat spala gaz i produkuje prąd,
żeby potem używać prądu do ogrzewania.
Klaudia zmarszczyła brwi, bo najwyraźniej z całej wypowiedzi zrozumiała
tylko, że piecyka nie ma.
- Tańczymy? - zapytała Celina. - Muszę się rozgrzać. I zapomnieć o ostatniej półgodzinie.
Muzyka właśnie zmieniła się na szybszą. Celina podbiegła do wieży,
pogłośniła i zaczęła podskakiwać na środku salonu, nie zwracając uwagi
na otoczenie. Jej nastrój stopniowo udzielił się reszcie i po chwili
kolejni imprezowicze pląsali na parkiecie. Aurelia zapomniała na chwilę,
że jest zła. Po raz pierwszy wszyscy mogli zobaczyć tańczącego, a właściwie usiłującego tańczyć Klemensa. Oficjalny już chłopak Celiny
poruszał się z gracją właściwą niedźwiedziom brunatnym. Nikt za to nie
patrzył na Zosię, podrygującą samotnie w rogu salonu. Po ścianach,
meblach i ubraniach tańczących przesuwały się punkciki światła z aluminiowego nastrojnika, który kręcił się teraz całkiem szybko. Klaudia
zapomniała, że na balu halloweenowym obraziła się na Geralda, teraz
śmiała się i tańczyła z nim. Celina obracała się wewnątrz kółka, które
tworzyli Klemens, Wiktor i Oskar. Dalej tańczyli przytuleni Aurelia z Lucjanem i Nika z Netem. Felix za to, przyświecając sobie małą latarką,
oglądał grzbiety książek na regale.
Chwilowo wszyscy zapomnieli o zbyt niskiej temperaturze.
Po kilku szybkich utworach towarzystwo zmęczyło się i rozeszło, żeby
odpocząć lub się czegoś napić. Zostali tylko obracający się wolno Gerald
i Klaudia. Net i Nika podeszli do wciąż stojącego przed biblioteczką
Felixa.
- Czemu nie tańczysz? - zapytała Nika. - To bardzo przyjemne. Mógłbyś
spróbować.
- Nie lubię. - Felix wzruszył ramionami. - Ty nie zbierasz motyli.
Mogłabyś spróbować.
- Jesteś na coś zły?
- Po ostatniej aferze obiecałem sobie, że nie będziemy się dotykać do
niczego, co pachnie kłopotami. - Felix wskazał głową hall i drzwi do
piwnicy. - A właśnie uruchomiliśmy jakiś megaskomplikowany system
sterowania piecem. Jestem zły, ale na siebie.
- Luz, stary. - Net poklepał go po ramieniu. - Przecież nic się nie
dzieje.
- Jak nic? Ten timer coś odlicza.
Net spochmurniał.
- Już prawie zapomniałem... Muszę coś zjeść, to może znów zapomnę.
- Powinniśmy wymyślić rozwiązanie, a nie zapominać - zauważyła Nika.
- Więc coś zjedzmy, a potem wymyślajmy.
Przeszli do jadalni.
Stojąca na uboczu Zosia odprowadziła ich wzrokiem, a potem podeszła do
Aurelii, która siedziała samotnie na sofie.
- Jak to robisz? - zapytała zupełnie nie w swoim stylu.
Aurelia spojrzała na Zosię, jakby ta pojawiła się tu nagle, wyskakując z innego wymiaru.
- Co jak robię?
- No... że taka fajna jesteś. Że możesz podejść do chłopaka i powiedzieć,
żeby z tobą zatańczył. Albo... oni sami proszą.
- O co ci właściwie chodzi? - Aurelia byłaby niewiele bardziej
zdziwiona, gdyby zaczął do niej mówić portret ze ściany. Nie mogła sobie
przypomnieć, by Zosia odezwała się do niej choćby słowem od początku
pierwszej klasy.
Zosia nabrała powietrza i wyrzuciła z siebie:
- Chciałabym być taka jak ty.
Aurelia patrzyła na nią wytrzeszczonymi oczami, a potem wybuchnęła
śmiechem. Trwało to dłuższą chwilę, a Zosia, o dziwo, nie zamierzała
uciec. W końcu Aurelia wyśmiała się, spojrzała na koleżankę i wtedy
zrozumiała, że tamta mówi jak najbardziej serio.
- Nie masz predyspozycji, dziewczyno. - Pokręciła głową. - Dla chłopaków
jesteś niewidzialna. Jak jesteś chora, to nawet nikt nie zauważa, że cię
nie ma w szkole.
- Co robię nie tak? - nalegała Zosia.
- Wszystko! - Aurelia wskazała na jej ubranie i skrzywiła się z niesmakiem. - To strój do pielenia grządek. Buty po babci. A włosy masz,
jakbyś umyła głowę w kiblu. Nie umiesz rozmawiać. Beznadziejna jesteś i tyle. Jak możesz myśleć, że mogłabyś być taka jak ja?
Słysząc to, Zosia powinna czmychnąć, gdzie pieprz rośnie. A jednak stała
jak kupka nieszczęścia. Głośniki zaczęły trzeszczeć, muzyka grała coraz
słabiej, aż wreszcie ucichła całkiem.
- Jesteś najfajniejsza z całej klasy - wyszeptała. - Odwdzięczę ci się...
- Jak?
Zosia wzruszyła ramionami.
- No tak! - parsknęła Aurelia. - Co ty możesz mi dać w zamian... Ale niech
będzie. Zaczynają się przeceny, w czwartek idziemy z Klaudią na zakupy.
Weź kaskę, to trochę cię... reanimujemy. Przynajmniej coś się będzie
działo. - Wzdrygnęła się, bo już ochłonęła po tańcu. - Zimno. Zróbcie
coś!
To ostatnie było skierowane do Felixa i Neta, którzy właśnie weszli do
salonu z kanapkami w dłoniach. Idąca za nimi Nika zacisnęła usta.
- Poproś Lucka - powiedziała - albo sama coś wymyśl.
- Ja nie jestem od wymyślania - prychnęła Aurelia.
- Przyszłyśmy się bawić, nie myśleć - poparła ją Klaudia.
- Poza tym zdechła muzyka.
Klaudia tylko mruknęła. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnowała
i włożyła do ust porcję sałatki warzywnej i kawałek bułki.
Felix pogmerał chwilę w plecaku i wyjął dwa kabelki. Połączył je z plątaniną kabli wcześniej podłączonych przez Neta i w salonie znów
zabrzmiała muzyka.
- Zimno - przypomniała Klaudia.
Nika spojrzała na nią, jakby chciała ją uderzyć. Felix rozejrzał się po
pokoju.
- Tu gdzieś powinien być... - Jego uwagę zwróciła zastawiona bibelotami
półka za sofą. Zajrzał za oparcie i uśmiechnął się. - Kominek!
- Zanim zaczniecie przemeblowanie, może zapytajcie Gilberta - poprosiła
Nika.
- Obsługa kominka jest elementarnie prosta. - Felix już przymierzał się
do przesuwania mebli.
W drzwiach pojawił się Gilbert i reszta chłopców.
- Dlaczego nic nie mówiłeś, że tu jest kominek? - zapytała ze złością
Aurelia.
- Bo nie pytałyście - zbagatelizował Gilbert. - No i nie jest
szczególnie zimno.
- Nam jest!
- Niedostatecznie artykułowałyście.
- Co niedostatecznie...? - zapytała Klaudia, ale Gilbert nie odpowiedział.
Razem z Felixem, Netem i Lucjanem chwycili kanapę, obrócili ją o sto
osiemdziesiąt stopni i przesunęli, by stała trzy metry od kominka. Potem
dosunęli fotele. Parkiet taneczny praktycznie przestał istnieć, ale
powstał całkiem przyjemny kącik wokół kominka.
- Ładny - zauważyła Nika. - Dlaczego był zastawiony?
- Mama boi się ognia.
- To dlaczego wyszła za chemika?
- Coś jej tam naściemniał przed ślubem, że niby doświadczenia
przeprowadza w temperaturze pokojowej.
Nika nie miała więcej pytań.
Oskar pstrykał zdjęcia.
- Po co ci tyle zdjęć? - zapytał Gerald.
- Wrzucę na bloga.
- Dasz mi kilka? Też zakładam bloga.
- Widziałem wolny adres - poradził mu Net - www.malytroglodyta.pl.
Gerald spojrzał na niego ponuro i odszedł. Net z zaskoczeniem
stwierdził, że całkowicie przestał się już bać Geralda.
Aurelia i Klaudia zajęły już dwa największe fotele, stojące najbliżej
paleniska, reszta rzuciła się na kanapę. W mniejszy fotel wtłoczył się
Klemens, wypychając z niego Kubę. Celina wgramoliła się Klemensowi na
kolana. Na sofie zmieścili się Lucjan, Oskar, Wiktor, Lambert i Gerald.
- Możecie się ciut ścieśnić? - Felix spojrzał na Klaudię i Aurelię,
rozparte wygodnie.
- Przynieś sobie własny fotel - poradziła mu Klaudia.
- Przyniosłem ten, na którym siedzisz.
- I skombinujcie jakieś drewno, czy coś.
Felix westchnął.
- Nie ma drewna - przyznał. - Nie mów tylko, że kominek jest na biogaz.
- Drewno jest za domem - odparł Gilbert - pod daszkiem przy szopie.
- Nie wychodzę na zewnątrz! - oświadczył Net.
- My już dziś się namarzliśmy - zastrzegł Oskar.
Felix westchnął ponownie, wyciągnął z kieszeni latarkę czołówkę i założył ją, po czym ruszył w kierunku hallu. Net skrzywił się, ale
poszedł za nim. Założyli kurtki i otworzyli drzwi. Felix omiótł okolicę
snopem światła z czołówki. Udzieliły mu się nieco obawy przyjaciela.
- Nic nie widać - stwierdził cicho.
- A ślady?
- Zmartwiłbym się, gdyby zniknęły.
Wyszli i zamknęli za sobą drzwi. Wolno ruszyli w kierunku szopy.
Skradali się, jakby w okolicy czaił się snajper. Net co chwila odwracał
się, ale nie miał pomysłu, co zrobiłby, gdyby coś tam zobaczył. Żarówka
nad drzwiami była tak słaba, że w jej świetle ledwo majaczyły krzywa
brama i rozpadająca się szopa. Pod zapadniętym daszkiem leżały ułożone
brzozowe polana. Ślady Koszałka-Ochlałka czy może kangurzątka z korkami
od szampana zamiast butów zakręcały do rozdarcia w siatce i nikły w lesie, co przyjaciele przyjęli z ulgą.
- Można by wziąć do spalenia całą szopę - zauważył Net.
W tym momencie usłyszeli za sobą skrzypienie śniegu. Odwrócili się
gwałtownie, wypuszczając z rąk drewno. W ich kierunku szła Nika.
- Co się tak wytrzeszczacie? - zapytała, zasłaniając oczy przed światłem
Felixowej latarki. - Przyszłam pomóc.
- Lubisz chyba siwych facetów - Net zaczął zbierać upuszczone drewno.
- Zabierzmy jak najwięcej, żebyśmy tu nie musieli wracać - mruknął
Felix.
Zebrali drewno i z trudem łapiąc równowagę, ruszyli z powrotem.
- Patrzcie! - Net zatrzymał się gwałtownie w połowie drogi. Ich ślady
przecinał świeży trop pijanego krasnoludka. Z pewnością powstał przed
chwilą, kiedy nakładali drewno.
- Chodźmy lepiej do domu... - wyszeptała Nika.
Zanim zdążyli się poruszyć, coś furknęło za nimi. Odwrócili się, ale
zobaczyli tylko opadający śnieżny pył i znajome już ślady. Net wrzasnął
piskliwie, gdy coś otarło się o siatkę ogrodzenia.
- Bez gwałtownych ruchów - wycedził Felix. - Przejdźmy te dziesięć
metrów i będziemy bezpieczni.
Ruszyli krok za krokiem, starając się nie biec. Krótki marsz zdawał się
nie mieć końca. Wreszcie Net nacisnął łokciem klamkę i ogromnym
wysiłkiem woli zdobył się na przepuszczenie Niki.
Zatrzasnęli za sobą drzwi i rzucili drewno wprost na podłogę.
- Widzieliście, co to było? - zapytała szeptem Nika.
- Małe zwierzę - odparł bez przekonania Felix. - Lis...
- Turbolis! - poprawił go Net. - Odrzutolis! Widziałeś, jak pruł?
- Nie widziałem...
- Właśnie! Był za szybki jak na lisa. - Net zamknął wszystkie zamki w drzwiach. - To był nadlis! Torpedolis! Rakietolis!
- Nie wiem, co to było, ale jest na zewnątrz. - Felix otrzepał i odwiesił kurtkę. - Nie zamierzam wychodzić aż do północy, a wtedy
wszędzie będzie pełno błysków i huku, a stracholis zaszyje się w swojej
norze.
- To nie było zwykłe zwierzę - powiedziała cicho Nika.
- Lisołak... - mruknął Net. - Jak przyjedzie tata Felixa, poprosimy, żeby
podjechał tyłem pod same drzwi. Przeskoczymy.
Wnieśli drewno do salonu i ułożyli obok kominka.
- Co macie takie miny? - zainteresował się Gilbert.
- Widzieliśmy potwora - oznajmił Net. - Jak to drewno się wypali, po
następne idzie ktoś inny.
- Boicie się ciemności? - uśmiechnęła się z politowaniem Aurelia.
- Udowodnij, że ty się nie boisz - odparowała Nika. - Obejdź teraz dom
dookoła.
Aurelia przestała się uśmiechać.
- Za zimno.
- Dam ci moją kurtkę i koc.
Aurelia burknęła coś pod nosem i zamilkła. Po chwili, jakby od
niechcenia, wstała z fotela i usiadła na kolanach Lucjana zajętego
rozmową z Wiktorem. Klaudia poszła w jej ślady i zajęła miejsce na
kolanach Geralda. Skrzętnie wykorzystał to Net. Usiadł na wolnym miejscu
i pociągnął do siebie Nikę. Felix zajął się rozpalaniem ognia.
Pięć minut później wszyscy siedzieli na fotelach lub na miękkim dywanie
przed nimi.
- Scena jak z filmu Pojutrze - zauważył Net. - Siedzimy otoczeni
rosnącym mrozem i czekamy na ratunek taty Felixa. To znaczy... niektórzy z nas czekają.
Płomienie wolno nagrzewały pomieszczenie. Z głośników sączyła się
spokojna muzyka.
- Kto miał załatwić fajerwerki? - zapytał nagle Lucjan.
- Nie mam pojęcia - odparł Lambert.
- Chyba właśnie ty...
- Nie pamiętam niczego takiego.
- Nie można by "pożyczyć" z laboratorium twojego taty kilku odczynników?
- zapytał Net. - Potrafisz chyba coś... zreakcjonować, żeby zrobić huk i błysk?
- Taki miałem plan, ale stary mnie przejrzał - odparł smutno Gilbert. -
Zainstalował w drzwiach skomplikowany zamek.
- Felix ma klu... auu! - Net nie dokończył, bo Felix kopnął go w kostkę.
- Próbowałem namówić ojca, żeby nam zostawił trochę trotylu - ciągnął
Gilbert. - Niedużo, nie więcej niż dwa kilo, ale po tym, co zrobiłem w zeszłym roku, nie zgodził się.
- A co zrobiłeś? - zainteresowała się Celina.
- Aaa... Właściwie to obiecałem, że nie będę o tym mówił. No, było trochę
huku generalnie.
Felix przysunął się do fotela, na którym siedzieli Net i Nika.
- Dwie godziny dwadzieścia osiem minut - wyszeptał.
- Nigdy jeszcze tak się nie obawiałem, co przyniesie Nowy Rok. - Net
wzdrygnął się, choć nie było już zimno.
- Może timer dojdzie do zera i nic się nie stanie. Ta instalacja jest
bardzo pogmatwana, nawet jak na tak stary piec. To może być jakiś stary
obwód.
- Nie wypadasz przekonywająco. Czuję, że narozrabialiśmy. Moja mama nie
może się denerwować.
- Nie jest w ciąży - przypomniał Felix. - Już urodziła.
- Ale karmi...
- No to co? Najwyżej nie może palić.
- A jak zapali z nerwów?
- Przecież ona nigdy nie paliła.
- Zdenerwuje się i zapali niechcący...
- Przestań już - poprosiła Nika.
Net przestał, ale tylko na chwilę.
- Za trzy utwory będzie coś szybszego - powiedział. - Może wykorzystamy,
że wszyscy zaczną tańczyć, i sprawdzimy, czy się nie wyłączyło...
- Nie muszę sprawdzać, żeby wiedzieć, że się nie wyłączyło.
Gdy rozpoczął się szybszy utwór, w salonie było już całkiem ciepło.
Część imprezowiczów postanowiła potańczyć. Sofę i fotele zsunięto bliżej
kominka, ktoś pogłośnił muzykę.
Z kuchni przyszedł Gilbert i ściszył muzykę. W ręku trzymał pustą
butelkę po piwie.
- Z lodówki zniknęło jedno piwo - zauważył ponuro.
Wszyscy spojrzeli na Lucjana.
- No co? - Posądzony szczerze się oburzył. - Jak ginie piwo, to od razu
ma być moja sprawka?
- Beknij! - poleciła Aurelia. - Znaczy... chuchnij.
Chłopak posłusznie chuchnął.
- Rzeczywiście... - przyznała Aurelia, krzywiąc się lekko. - To nie on.
Gilbert wpatrywał się w pustą butelkę i marszczył brwi.
- Stary zleje cię za to? - zapytał Lucjan.
- Nie. Chociaż to byłaby ciekawa odmiana, bo nigdy mnie nie bił.
Lucjan zamrugał, usiłując zrozumieć sens tych słów. Zrezygnował.
- Nic nie poradzisz. - Pogłośnił muzykę i wrócił do tańca.
Nika podeszła do parapetu i zamarła.
- Musicie coś zobaczyć - powiedziała dziwnie nienaturalnym tonem.
Felix i Net podeszli i wyjrzeli za okno.
- Tam! - Nika wskazała palcem. Za bramą, na granicy cienia, coś się
poruszało. Pędziło zygzakiem, wyrzucając w powietrze tumany śniegu.
Felix podbiegł do swojego plecaka, wyszarpnął ze środka lunetkę z noktowizorem i wycelował za okno. Ekran pozostał czarny.
- Nie działa! - Felix potrząsnął urządzeniem. - Miało być
wszystkoodporne...
- Nie jest odporne na rozładowanie baterii - zauważyła Nika.
- Jasne! - Felix zaczął grzebać w plecaku.
- Nie spiesz się. Już zniknęło.
Wpatrywali się w mrok, ale nic więcej się tam nie poruszyło. Net spuścił
głowę i zapytał cicho:
- Dlaczego nie możemy po prostu przyjść na imprezę, wynudzić się i wrócić do nudnego domu? O mamusiu! - wykrzyknął nagle i wskazał za okno,
na miejsce tuż przy budynku. Zrobił to na tyle głośno, że Wiktor, Oskar
i Celina przestali tańczyć i podeszli do okna.
Patrzyli dłuższą chwilę. Śnieg na całym niemal podwórku poprzecinany był
znajomymi śladami.
- To właśnie takie ślady widziałam w lesie - wyszeptała złowieszczo
Celina.
- A widziałaś to coś, co je zostawiło? - Felix spojrzał na nią poważnie.
- Przez całą drogę wszyscy wmawiali mi, że mi się przywidziało.
- A jak wyglądało to przywidzenie?
- Było skulone i biegło bardzo szybko.
- Zająca widziałaś - rzucił Wiktor.
- To nie są ślady zająca - pokręcił głową Felix. - Na pewno nie.
- Więc czego?
- Nie mam najmniejszej ochoty wychodzić i sprawdzać - zastrzegł Net.
- Cokolwiek by to było, tu się nie dostanie - orzekł Wiktor i machnął
ręką.
Oskar i Celina stali chwilę, ale szybko stracili zainteresowanie śladami
i wrócili do tańca.
Felix, Net i Nika usiedli na pustej sofie i zapatrzyli się w ogień.
Ochota na zabawę całkiem im przeszła. Obok przysiadł się Gilbert.
- Macie jakieś doświadczenie literackie? - zapytał. - Zacząłem pisać
książkę i nie mogę się zdecydować, czy to ma być kryminał, czy romans.
- Ty lepiej nie wypowiadaj się w sprawach uczuciowych - poradziła mu
Nika. - Nawet nie zauważyłeś, że rzuciła cię dziewczyna.
- To był taki nowoczesny związek - Gilbert rozłożył ręce. - Dawaliśmy
sobie dużo swobody. Myślałem, że wzięła sobie miesiąc wolnego.
- Ciekawe podejście. - Nika pokiwała głową.
- Powinniśmy ci coś powiedzieć... - Felix odwrócił się do Gilberta i nabrał powietrza. - Odkręciliśmy zawór od tego zbiornika, co stoi w ogrodzie.
- Stoi? - upewnił się Gilbert. - Wszystkie zbiorniki są pod ziemią.
- To jeden duży się... wysunął - Net wzruszył ramionami.
- To duże coś to rakieta.
- Jaka rakieta?
- Kosmiczna. Tata próbuje wyprodukować superpaliwo rakietowe.
Pamiętacie? Mówiłem wam poprzednio.
- Coś wspominałeś - przytaknął Net. - Więc na razie wykorzystuje rakietę
jako zbiornik na gaz?
- Nie. Rakieta jest rakietą. Ma polecieć w kosmos i odegrać Mazurka
Dąbrowskiego zmiksowanego z IX Symfonią Beethovena.
- Przenajświętsza matryco dyskowa... - Net zbladł.
Gilbert uniósł brwi i spojrzał na nich pytająco.
- Myślę, że twój stary nie wkurzy się o wypite piwo - powiedział wolno
Felix. - To piwo to będzie małe piwko w porównaniu z innym większym
problemem.
- Palącym problemem - uzupełnił Net. - Kosmicznym problemem.
- Mówicie o rakiecie? Na szczęście jest zabezpieczona jeszcze kilkoma
zaworami w piwnicy - uspokoił ich Gilbert.
Felix i Net spojrzeli na siebie.
- A gdyby... - zaczął Net. - Gdyby, tak czysto teoretycznie, ktoś odkręcił
również te zawory w piwnicy?
- Zaczęłyby się napełniać zbiorniki rakiety.
- Ale nie wystartuje... nie wystartowałaby od tego?
- Jasne, że nie! Jest jeszcze tablica kontrolna, która odłącza wszystkie
obwody. I zamek kodowy.
Felix zamknął oczy i przyłożył dłoń do czoła.
- Chcieliśmy tylko podkręcić piec... - powiedział cicho Net.
- Trzeba było zapytać. Tam jest takie małe pokrętło. Wystarczyło je
przestawić z pozycji "bardzo zimno" na "zimno". Wtedy by się zrobiło
ciepło.
- Przecież wszyscy mówili, że jest zimno!
- Jakoś tak mało zdecydowanie.
- Pytając nadal czysto teoretycznie - odezwał się wolno Felix - jak
wygląda procedura przerywania startu?
Gilbert wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Konstrukcja rakiety jest tak niedopracowana, że
jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy. Start teraz byłby zbyt
ryzykowny.
- Trzeba było zacząć od zaprojektowania procedury przerwania startu! -
wykrzyknął Net. - To elementarne!
- Nie wiadomo by było, co właściwie przerywać - odparł Gilbert. -
Procedura startu też jest niedopracowana.
- Zdaje się, że rozmawiasz z ludźmi... - Felix zastanowił się - ... którzy
ją dopracowali.
Gilbert patrzył na nich dłuższą chwilę, a jego twarz powoli zmieniała
wyraz.
- Łał! - wykrzyknął wreszcie. - Super! Odpalimy rakietę!
Przyjaciele spojrzeli po sobie.
- Więc nie jesteś zły? - zapytał ostrożnie Net.
- Skąd! Nie mogłem się doczekać, kiedy to się stanie. Te zabezpieczenia
w piwnicy to przede mną. Lecę po kamerę!
Pobiegł na piętro i wrócił po kilku sekundach z małą kamerką w dłoni.
- A twój stary się nie wścieknie? - zapytał Net.
- Jeśli rakieta wybuchnie i zmiecie dom, to może się wkurzyć. Ale jak
nie zmiecie, to raczej nie.
- Nie wolałby być przy starcie? - Felix był mocno zdziwiony.
- Zawsze mówił, że jak w końcu rakieta wystartuje, to on chciałby wtedy
być daleko stąd.
- Nie chcę pytać, ale i tak to zrobię. - Net otarł pot z czoła. -
Dlaczego?
- Mówił, że jak rakieta pierdyknie przy starcie, to on musi przeżyć,
żeby zrobić następną. Chciał ją odpalić zdalnie z Żoliborza.
Felix zerknął na zegarek i powiedział:
- Mamy trzy minuty. Żoliborz nie wchodzi w grę. Możemy coś zrobić?
- Zdjęcia na pewno.
- Chodziło mi raczej o to, czy lepiej schować się w piwnicy, czy uciekać
w las.
- W las to raczej nie. Nie wiadomo, gdzie spadnie.
- Przecież to rakieta kosmiczna...
- Ale nigdy nie testowana. Spadnie na pewno.
Felix chciał powiedzieć, że taką rakietę powinno się testować na pustyni
albo na środku oceanu, ale przeszkodziła mu w tym reszta towarzystwa,
która wyległa przed dom, by obserwować fajerwerki.
Zza domu dał się słyszeć narastający syk, ale nikt nie zwrócił na niego
uwagi, ze wszystkich stron dochodziły już bowiem odgłosy odległych
eksplozji odpalanych przedwcześnie rakietnic. Nie trzeba było nikogo
zachęcać, by stanął po przeciwnej stronie domu - wszyscy tam poszli,
żeby widzieć fajerwerki nad Warszawą.
Oskar spojrzał na zegarek i zaczął odliczać:
- Trzydzieści, dwadzieścia dziewięć...
- Czy podczas startu... - Net nachylił się do Gilberta - będziemy tu
bezpieczni?
- To będzie pierwszy start, więc wszystkie doświadczenia przed nami -
oświadczył poważnie Gilbert.
- Dziewiętnaście... osiemnaście... - odliczał Oskar.
- Czy rakiety często wybuchają podczas startu? - nalegał Net.
- Od czasu do czasu. Dlatego personel naziemny zawsze siedzi w odległym
schronie.
- Piętnaście... czternaście...
- W schronie... A częściej wybuchają na ziemi, czy już po starcie...?
- Oj, cierpliwości. Zostało piętnaście sekund. Przekonamy się.
- Dziesięć... dziewięć...
- Jeśli rakieta wybuchnie na ziemi - zaczął Net - to czy dom wytrzyma?
- Nie. Raczej nie - ocenił Gilbert. - W zbiornikach rakiety są jakieś
cztery tony sprężonego gazu. Zero szans.
Net zamknął na moment oczy i chwycił dłoń Niki.
- Pięć, cztery...
- Za późno, żeby uciekać. - Spojrzał dziewczynie w oczy. - Zanim
zginiemy... chciałbym, żebyś wiedziała...
Nie dokończył. Syk zza domu zamienił się w ryk.
- Zero!!!
Nad Warszawę wystrzeliły dziesiątki tysięcy fajerwerków. Jasny błysk
oświetlił las po obu stronach domu, a ryk przybrał na sile. Potem cień
domu zmalał, spełzł z koron drzew na ziemię i zaczął się szybko skracać
- rakieta wznosiła się prosto w niebo. Huk przetoczył się nad okolicą i zaczął cichnąć, ustępując miejsca kanonadzie znad Warszawy. Pojedyncze
wystrzały zlewały się w jeden huk, który niósł się nad lasem i odbijał
echem od odległych bloków.
- Ale fajerczydło odpalił twój sąsiad! - wykrzyknął Lucjan. Chciał iść
zobaczyć, ale obejmująca go Aurelia nie puściła go, żeby nie zmarznąć.
Felix, Net, Nika i Gilbert wyszli zza domu i spojrzeli w górę. Rakieta
była już kilkaset metrów nad ziemią i dalej wznosiła się nieco
chwiejnie, ale zdecydowanie nie miała zamiaru spadać ani wybuchać. Po
chwili płomienie odrzutu zniknęły w chmurach. Jeszcze przez moment widać
było bladą poświatę, nim i ona zgasła. Poczuli swąd spalenizny, otoczył
ich dym.
Nie bacząc na to, imprezowicze rzucili się do składania sobie życzeń.
Zdaje się, że nikt poza Felixem, Netem, Niką i Gilbertem nie był świadom
tego, co się właśnie wydarzyło.
Przyjaciele odetchnęli. Klepali się po ramionach i ściskali ze śmiechem,
wszyscy składali życzenia wszystkim. Aurelia porzuciła Lucjana, żeby pod
nieuwagę Niki wyściskać Neta, potem - krócej - Felixa i pobiegła do
domu. Zosia niespodziewane rzuciła się na szyję Felixa, i zaczęła go
obcałowywać. Opamiętała się dosyć szybko i również czmychnęła do domu,
pozostawiając Felixa nieco oszołomionego. Gerald wykorzystał
zamieszanie, by pod nieuwagę Neta złożyć wylewne, dokładne i całuśne
życzenia Nice.
Wreszcie przyjaciele zostali sami z Gilbertem. Przeszli na drugą stronę
domu do platformy startowej. Felix poświecił latarką - beton był
osmalony.
I wtedy nagle zaczął padać śnieg. Pierwsze płatki rozpuszczały się na
dymiącym betonie, ale następne osiadały bez przeszkód, by zamaskować
ślady startu.
- Nie wybuchła. - Net stwierdził oczywistość.
- I chyba nie zamierza na razie spadać - dodał Felix.
- Wkręcałem was. - Gilbert uśmiechnął się pod nosem. - Rakieta była
gotowa. Stary pracował tylko nad paliwem.
Spojrzeli na niego z zaskoczeniem.
- To chyba nazywa się dowcip akademicki - powiedział ponuro Felix. -
Najpierw wymaga wielu przygotowań, a potem długiego tłumaczenia, o co
chodziło.
- Chodziło o to, żeby było ciekawiej. Sami zaczęliście grzebać przy
instalacji startowej. Szampan! - odwrócił się i pobiegł do domu.
Przyjaciele z niewyraźnymi minami weszli za nim. Ponieważ ostatnia osoba
opuszczająca dom w zeszłym roku zapomniała zamknąć drzwi, wnętrze
wychłodziło się jeszcze bardziej, a do salonu dostało się trochę dymu.
Wszyscy zostali w kurtkach.
- Teraz to cieplej już nie będzie - westchnął Gilbert, mijając
przyjaciół z butelką szampana. - Jest pierwszy stycznia, temperatura
minus dwanaście stopni, a nasz zapas biogazu wchodzi na orbitę.
- Jak to jest, że twój stary wkurzy się o piwo - zapytał Wiktor - a o szampana nie?
- Jest bezalkoholowy.
- Zdawało mi się, że na zewnątrz, jak składaliśmy sobie życzenia, czułam
od kogoś piwo - zauważyła cicho Nika. - Nie pamiętam tylko od kogo.
Teraz dopiero impreza rozkręciła się na całego. Niewiele brakowało, by
Felix, Net i Nika uznali, że problem rakiety rozwiązał się sam i mogą
wreszcie zacząć się bawić jak ludzie. Humor zepsuł im ciężki helikopter,
który przeleciał nisko nad domem wpół do pierwszej. To znaczyło, że
kłopoty dopiero się zaczynają.
Gdy dochodziła pierwsza w nocy, na podjeździe przed domem zahamował z poślizgiem samochód, wyglądem przypominający wojskowy, i wysiadł z niego
ktoś wyglądający na żołnierza.
- Zamknęliśmy drzwi? - zapytał Net, ale zanim ktokolwiek zdążył
odpowiedzieć, drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł ów ktoś w zielonej zdecydowanie wojskowej kurtce. Razem z nim do środka wpadła
zamieć śnieżna.
- Szczęśliwego Nowego Roku! - rzucił pan Polon, tata Felixa.
- Miałeś być między drugą a trzecią - zauważył Felix.
- No, ale jestem wcześniej. - Tata był bardzo zdenerwowany. - Ładujcie
się do samochodu. Już, już!
Pożegnali się ekspresowo i wybiegli na mróz, pospiesznie zapinając
kurtki.
- Tato, czy...? - zaczął Felix.
- Wsiadajcie - przerwał mu ojciec. - Po drodze wszystko wyjaśnię.
Przyjaciele wskoczyli na tylne fotele i zapięli pasy. Tata ruszył z poślizgiem.
- Oni jeszcze nie wiedzą, ale my już policzyliśmy - powiedział. -
Odpalenie nastąpiło godzinę temu gdzieś z tej okolicy.
Przyjaciele spojrzeli po sobie i nagle poczuli, jak robi im się zimno.
- Odpalenie czego? - zapytał dziwnie wysokim głosem Felix, choć dobrze
wiedział, o czym mowa.
- Rakiety. Wojsko wie, że odpalono ją gdzieś z południowej części
Warszawy. W Instytucie mamy dokładniejsze przyrządy, więc określiliśmy
obszar o średnicy kilometra. W samym środku tego obszaru jest dom
państwa Kurtaczów. Docent Maćkowiak przypomniał sobie, że wspominałem,
gdzie spędzacie sylwestra. Zadzwonił do mnie. Dlatego jestem. Wojsko
wkrótce określi precyzyjniej obszar i zablokuje tę część miasta, żeby
odszukać dokładne miejsce startu i wszystkich przesłuchać.
- Co ich obchodzi jakaś rakieta? - zapytał również nienaturalnym głosem
Net.
- Tak duża rakieta może wynosić na orbitę broń, na przykład głowicę
nuklearną.
Wjechali na asfalt. Tu też było ślisko, więc tata nie rozpędzał się.
Z padającego śniegu wyłonił się jadący z przeciwka samochód. Gdy zbliżył
się na sto metrów, włączył długie światła i zaczął zjeżdżać na środek
jezdni. Tata wcisnął hamulec, ale było zbyt ślisko. Żeby uniknąć
zderzenia, odbił w bok. Przyjaciele złapali się, czego tylko mogli,
spodziewając się katastrofy. Land Rover zjechał na pobocze. Prawe koła
zadudniły na zmarzniętych nierównościach. Tata, zupełnie nie w swoim
stylu, rzucił przekleństwo pod adresem tamtego kierowcy. Gdy oba pojazdy
dzieliło może piętnaście metrów, tamten zakręcił, ustawiając samochód
prawie w poprzek drogi.
- Co on wyprawia?! - krzyknął tata i w ostatniej chwili skręcił w gruntową zatoczkę, omijając o centymetry krawędź rowu. Tyłem mocno
zarzuciło, więc pan Polon skontrował kierownicą. Zamiast wracać na
drogę, wybrał bezpieczniejsze rozwiązanie - ośnieżony zjazd na pole.
Samochodem rzucało, ale bezpiecznie zjechał na dół.
- Widzieliście jego numery? - zapytał tata. - Zadzwonimy na policję.
Pewnie jest pijany.
Felix odwrócił się.
- TO była policja! - zauważył nagle.
Samochód zawrócił i dopiero teraz włączył niebieskiego koguta.
- Muszę się zatrzymać - powiedział tata.
- Jedź! - krzyknął Felix. - Potem ci wytłumaczę.
Ton jego głosu sprawił, że tata wcisnął gaz i wjechał w dróżkę
prowadzącą do lasu. Radiowóz skręcił za nimi, ale droga nie była
odśnieżona, więc przejechał ledwie kilka metrów i ugrzązł w śniegu.
- Zapnijcie pasy! - krzyknął tata.
- Zapięte od początku! - odkrzyknął Felix.
- Nie wolno im tak zatrzymywać samochodów - wykrztusiła Nika.
- To chyba z powodu tej rakiety - powiedział tata. - Ktoś na górze
zaczął panikować.
Z lewej strony zobaczyli wyłaniający się z padającego śniegu kształt.
Zbliżający się szybko ciemny kanciasty obiekt wyraźnie w nich celował.
- Gaz! - krzyknął Felix.
Tata wcisnął pedał do oporu. Śnieg wyprysnął spod czterech kół i Land
Rover w ostatniej chwili usunął się z drogi nadjeżdżającemu z boku
pojazdowi.
- On próbował nas staranować! - krzyknęła z przerażeniem Nika.
Przyjaciele poczuli się jeszcze gorzej. Obejrzeli się za siebie.
Wojskowy Hummer zapalił światła i, wzbijając fontanny śniegu, zawrócił,
by podążyć śladem Land Rovera.
- Myślą, że gonią tych, którzy odpalili rakietę - wyjaśnił tata. - Teraz
to już na pewno się nie zatrzymam.
Samochód podskakiwał na nierównościach i rzucał się na boki, ale parł
naprzód. Wjechali w las, gdzie droga stała się węższa. Hummer wciąż
siedział im na ogonie, czekając na okazję do wyprzedzenia lub
zepchnięcia ich z drogi. Było jasne, że nie mogą tak uciekać w nieskończoność. Zapewne inne pojazdy wojskowe otrzymały już przez radio
ich pozycję.
Tata opuścił osłonę przeciwsłoneczną, a następnie małą, przezroczystą
szybkę, która znalazła się akurat przed nim. Wyłączył światła i pstryknął jeszcze jeden z wielu przełączników na desce rozdzielczej.
Szybka okazała się ekranem, na którym pojawiły się zielonkawe zarysy
drogi przed samochodem.
- Wiedziałem, że kiedyś się przyda - mruknął tata.
- Masz w samochodzie noktowizor? - zdziwił się Felix.
- Mam tu wiele przydatnych rzeczy. Trzymajcie się! Musimy go zgubić.
Hummer był dwadzieścia metrów za nimi. Gdy mijali polankę, próbował
uderzyć w tył Land Rovera i zepchnąć go z drogi.
- Ma mocniejszy silnik - zauważył nerwowo Net.
- Ale za to jest cięższy - dodał Felix, po czym zawołał - wjedź między
drzewa!
Pan Polon zawahał się i skręcił w las. Zgniótł kilka krzaczków i małych
drzewek. Coś rąbnęło o podwozie, ale samochód jechał dalej, ocierając
się niemal o grubsze pnie. Przyjaciele obejrzeli się. Hummer utknął
między drzewami - był za szeroki.
- Jeśli się nie zakopiemy, to może się udać. - Pan Polon omijał drzewa i podejrzane górki śniegu, które mogły kryć pniaki albo kamienie. Po kilku
minutach manewrowania po lesie dobiegł ich terkot helikoptera. Tata
zatrzymał się i wyłączył silnik. Ciężka maszyna przeleciała nisko nad
nimi, dłubiąc snopem szperacza między drzewami. Podmuch powietrza
wywołany pracą wirnika strącił na samochód śnieg zalegający w koronach
drzew. Chwilę później blask reflektora rozświetlił pokrytą śniegiem
przednią szybę, zmuszając wszystkich do zmrużenia oczu. Nim zdali sobie
sprawę z niebezpieczeństwa, światło przesunęło się w bok, a helikopter
zaczął się oddalać. Przysypany śniegiem samochód pozostał niezauważony.
Ze względu na miłość autora do motoryzacji, w tej książce nazwy samochodów są pisane wielką literą. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki