Nowawanna
dlaAgnieszki
Mieszkaniena ostatnim piętrze dwunastopiętrowego wieżowca ma tę poważną wadę,że jeśli nie chcesz, by bez przerwy trzaskały drzwi i przeciągprzesuwał ci meble, musisz mieć wszystkie okna pozamykane. Czasemjednak nawet to nie pomaga.
Wyciewiatru w połączeniu z hałasami dobiegającymi z ulicy sprawiało, żecoraz częściej miałam problemy z zasypianiem. Koleżanka z pracydoradziła mi zakupienie zatyczek do uszu. Niby skuteczna metoda, aleto nie dla mnie. Bałabym się, że nie usłyszę, że ktoś dobija się dodrzwi, żeby poprosić o pomoc albo ostrzec przed pożarem budynku. Nie,wolałam już raczej noce spędzane na przewracaniu się z boku na bok wskotłowanej pościeli.
Któregoświeczoru odwiedził mnie pan Julian - sympatyczny sąsiad w wiekuwczesnoemerytalnym. Poprosił, abym pożyczyła mu trochę cukru. Chciałupiec ciasto, bidula, ale nie sprawdził wcześniej stanu swoichzapasów. Nasypałam mu cukru do szklanki, mimo to nie kwapił się zodejściem. Ni z gruszki, ni z pietruszki zaczął się zwierzać, że jestwdowcem, że bardzo kochał swoją żonę, że myślał, że miłość zapewnijej bezpieczeństwo, będzie tarczą, która ochroni ją przed złem i...
Wtym momencie pan Julian rozpłakał się. Niby dorosły facet, a ryczałjak bóbr. Doprawdy, żenujące widowisko. Zaparzyłam mu herbatyziołowej na uspokojenie i wysłuchałam mętnawej opowieści o rodzinnymszczęściu przerwanym zawinioną przez konowałów tragedią.
Dopieropo dwóch godzinach udało mi się od niego uwolnić.
Niena długo, niestety. Wkrótce znów przyszedł, tym razem pod pretekstemoddania pożyczonego cukru. Na dokładkę wręczył mi czerwone wino, by -jak stwierdził - wynagrodzić czas, jaki straciłam nawysłuchiwanie jego utyskiwań. Zapewniłam go, że nie był to dla mnieżaden problem. Ten przejaw uprzejmości przypłaciłam kolejnąhistoryjką o żonie Juliana, z którą przeżył dwadzieścia lat, którąwciąż kochał, pomimo tego że umarła tak dawno.
Sąsiadwyjaśnił z entuzjazmem, że dostrzega we mnie pokrewną duszę, kogośabsolutnie wyjątkowego, kto naprawdę potrafi go zrozumieć.
Niezaprzeczyłam, przynajmniej nie dość stanowczo. Od tej pory utrzymanew podobnym tonie wizyty pana Juliana powtarzały się co tydzień.Dziwnym zbiegiem okoliczności były to zawsze piątkowe popołudnia.
Jestemosobą uczuciową, wrażliwą na ludzką krzywdę i nieszczęście, więcpostanowiłam mu pomóc. Odnowiłam kontakty z mieszkającą na wsiciotką: zaczęłam jeździć do niej na weekendy, by pielić ogródek isprzątać dom. Poza tym w sklepie chemicznym sukcesywnie zaopatrywałamsię w niegaszone wapno, które póki co składowałam w kuchennej szafce.Na koniec przełamałam się i poprosiłam mojego terapeutę o receptę naśrodki nasenne.
Podczaskolejnej wizyty sąsiada doprawiłam nimi herbatę, którą go ugościłam.Kiedy zasnął, obeszłam fotel, na którym siedział, złapałam z tyłujego okoloną rzednącymi włosami głowę i wykorzystując metodę, jakąpodpatrzyłam na filmach sensacyjnych, gwałtownym ruchem skręciłam mukark. Chrupnęło. Szast-prast i po krzyku!
Zdajesię, że Julian nie cierpiał. Taką przynajmniej miałam nadzieję,ciągnąc jego bezwładne ciało do łazienki i ładując je do wanny.Ściągnęłam z niego ubranie, rozcinając nożyczkami sweter i nogawkispodni. Potem zapakowałam wszystko do worka na śmieci, a ten z koleido plecaka, z którym zawsze odwiedzałam ciotkę.
Następnie,zgodnie ze znalezioną w Internecie instrukcją, obsypałam sąsiadawapnem, dbając o to, żeby gruba warstwa białego pyłu przykryła gocałego.
WkrótceJulian zniknął. Dosłownie i w przenośni.
Aja jeszcze tego samego wieczoru pojechałam na wieś.
Dziękitemu zapewniłam sobie alibi, na wypadek gdyby ktoś połączył sprawęzaginięcia jednego z lokatorów z moją skromną osobą.
Popowrocie do domu spłukałam szczątki sąsiada z powierzchni wanny, alena samą myśl o tym, że mogłabym się w niej kąpać, przeszły mnieciarki. Zakupiłam więc nową na jej miejsce, po czym wezwałam ekipęspecjalistów, by ją zainstalowali.
+ + +
Kilkamiesięcy później na klatce schodowej spotkałam Halinę - nasząniezbyt rozgarniętą dozorczynię.
- PaniAnno - zagaiła charakterystycznym dla siebie, lizusowskimtonem. - Czy nie zechciałaby pani wziąć sobie jakichś kwiatówczy książek z mieszkania zaginionego? Jego rodzina zabrała jużwszystko, co było wartościowe. Resztę ma usunąć firma sprzątająca.No, ale może jest tam jeszcze coś... coś przydatnego?
Udawałam,że nie jestem zainteresowana propozycją, ale po odegraniu małejscenki rodzajowej dałam się przekonać. Pojechałyśmy windą na mojepiętro. Kabina sunęła ku górze powoli, zrywami, jakby protestowałaprzeciwko nadmiernemu obciążeniu spowodowanemu tonażem Haliny. Kiedydotarłyśmy pod drzwi pana Juliana, dozorczyni wyjęła z kieszenifartucha pokaźny pęk kluczy. Nadspodziewanie szybko znalazła tenwłaściwy.
Wmieszkaniu panował okropny zaduch. Halina otwarła na oścież wszystkieokna i zabrałyśmy się do myszkowania. Moja intuicja poprowadziła mniewprost do stojaka na gazety. Wyjęłam jeden, drugi magazyn "dlapanów", i nagle w rękę wpadł mi gruby zeszyt w czarnej oprawce.Zerknęłam na dozorczynię. Była zajęta przeglądaniem zawartości szafyi w ogóle nie zwracała na mnie uwagi. Na wszelki wypadek schowałamzeszyt między kartki dziennika telewizyjnego, a potem udając, żewłaśnie przypomniałam sobie o ważnym telefonie, który natychmiastmuszę wykonać, przeprosiłam Halinę i poszłam do siebie.
Zarazza progiem zerknęłam do wnętrza zeszytu - no tak, nie myliłamsię! Równe linijki zapełnione nieco pochyłym pismem świadczyłyniezbicie, że znalazłam pamiętnik sąsiada!
Ukradlimi rodową biżuterię, którą odziedziczyłem po żonie. Poczekali, ażmoja najdroższa wyprowadzi się na tamten świat, i okradli mnie wewłasnym domu. Śledztwo oczywiście nie doprowadziło sprawy do skutku,ale postanowiłem nie poddawać się i samemu odnaleźć mój skarb. Przezjakiś czas sądziłem, że sprawa jest beznadziejna. I co się okazało? Wtelewizyjnej reklamie, w której kobieta gubi klapki, w pierwszejodsłonie ma na palcach pierścionek i obrączkę mojej żony! Wybrałemsię do salonu IDEA, gdzie dostałem numer telefonu tej złodziejki, alekiedy do niej zadzwoniłem, poza automatyczną sekretarką (głos okazałsię bardzo dobrze mi znany) nikt się nie odezwał. Na ulicy zewszystkich stron osaczyły mnie podniesione głosy, dzięki którymzrozumiałem, że skradzioną biżuterię przejęła Anna W. - mojasąsiadka z bloku! W czasie zakupów w supermarkecie z półki z nabiałemodezwały się do mnie kolejne głosy, sugerujące, że powinienem jąukarać, najlepiej zgwałcić i udusić, a może na odwrót. Co będzielepsze? Muszę to jeszcze przemyśleć!
Pospiesznieprzewracałam kolejne strony. Na każdej widniało podkreślone naczerwono moje imię i nazwisko. Spojrzałam na ostatni zapisek.
Byłemtak zdenerwowany, że aby się rozładować, wybrałem się do LaskuWolskiego. Mamy lato, więc na spacerze było tam mnóstwo atrakcyjnychkobiet i dziewcząt. Wszystko to prostytutki, wiem, bo dostałem na tentemat cichą podpowiedź od kierowcy autobusu, który miał wąsy i brodę.Pytam: co dalej? Jestem pewien, żemuszę je wszystkie obserwować, bo inaczej będę miał bardzo poważnyproblem z odzyskaniem moich rzeczy.
Kiedywreszcie znajdzie się uczciwy człowiek, który wyeliminuje złodziei ioszustów? Przydałby się jakiś polski sędzia Dredd... Jednak póki gonie ma, sam będę musiał wziąć sprawiedliwość w swoje ręce! Myślę, żezdobyłem już zaufanie sąsiadki. Głos doradził mi, abym nie zwlekał zkonfrontacją, bo ona cały czas rośnie w siłę. Dziś pójdę i uduszę tęsukę!
Zwrażenia aż upuściłam zeszyt na podłogę. Doprawdy, czegoś takiego sięnie spodziewałam! To ja narażam się, by pomóc facetowi, skrócić mucierpienia, a ten co?! Zamierzał mnie skrzywdzić! Nie do wiary! Co tosię porobiło z tym światem?!
Podobnorękopisy nie płoną, ale ten powinien. I to jak najszybciej! Co zaszczęście, że nikogo przede mną nie zainteresowały zapiski staregowariata!
Wzięłamz kuchni moją ulubioną zapalniczkę i ruszyłam do łazienki.Przysiadłam na sedesie, po kolei wyrywając wszystkie kartki zzeszytu, metodycznie mnąc je w kule i wrzucając do wanny. Kiedy zpamiętnika pana Juliana pozostały jedynie okładki, położyłam jeniczym prowizoryczny dach na stosie papierów i podpaliłam.
Wkrótcewypełniający mieszkanie dym przegonił mnie na balkon. Przymknęłam zasobą drzwi i oparłam się o metalową barierkę. Widok z tej wysokościbył wręcz nieziemsko piękny. Zachodzące słońce sprawiało, że oknaokolicznych bloków wyglądały jak skąpane we krwi. Spojrzałam naobrączkę. Była trochę za duża, bo żona Juliana miała palce grubsze odmoich, ale to mi nie przeszkadzało.
Szkodatylko, że po spaleniu pamiętnika sąsiada, ściany wanny były takosmalone, że znów musiałam ją wymienić.