Feralny tydzień i inne opowiadania - Janusz Korczak

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Feralny tydzień

Węglarz zrobił zawód.

Tatuś bardzo się gniewał, że mama wszystko odkłada na ostatnią chwilę. - Mama powiedziała, że jak tatuś nie wie, żeby nie mówił, bo węgle były zamówione już w czwartek. Tatuś powiedział, że w mieście, chwała Panu Bogu, nie jeden jest tylko węglarz. Mama powiedziała, że wie o tym lepiej od tatusia, tylko że ten właśnie daje dobrą wagę. - Tatuś powiedział, że mu groszowe oszczędności mamy stoją kością w gardle. Mama bardzo się obraziła. Niech tatuś sam gospodarstwo prowadzi; tatuś jest człowiek bezwzględny; mama miałaby też wiele do powiedzenia. - A tatuś powiedział: już się zaczyna stara śpiewka, i wyszedł.

Działo się to w niedzielę, a w poniedziałek rano w mieszkaniu było zimno jak w psiarni.

Stasia już dwa razy budzili, raz mama, a drugi raz Ludwika. Stasio udaje, że śpi. Pod kołdrą ciepło, a w pokoju zimno i ciemno, na ulicy zimno i błotno, a w szkole...

- Pani kazała się spytać, czy Stasio wstał... Niech Stasio wstaje, bo późno... Stasio się spóźni do szkoły.

Ludwika pociąga za kołdrę.

- Zaraz.

- Zaraz to zaraz. Proszę wstać.

- Niech Ludwika sobie idzie.

Ach, jak on nienawidzi tej wstrętnej kuchary, która do wszystkiego się wtrąca.

- Dobrze, powiem pani. Niech sobie Stasio leży. - Stasio nienawidzi Ludwiki. Nienawidzi za to, że musi wstać, za to, że dziś poniedziałek, a w tygodniu nie ma święta, za to, że nauczyciel odda dziś dyktando, w którym Stasio zrobił dwa grube błędy, o których wie; a wreszcie za to, że dziś jest pierwsza geografia, z której go pewnie wyrwie, bo tylko sześciu zostało, którzy odpowiadali po razie.

- No co, wstaje? - rozlega się głos mamy ze stołowego pokoju.

Stasio siada w łóżku i pod kołdrą zaczyna się ubierać leniwie.

- Aha - mówi Ludwika z triumfującym uśmiechem.

- Jak Ludwika nie pójdzie, to ja się nie będę ubierał.

- Ojoj, jaki to skromniutki - żeby się kto nie dowiedział.

"Żebyś zdechła" - myśli Stasio w najwyższej pasji.

 

*     *

 

*

 

Szary, posępny, gnuśny, poniedziałkowy ranek.

Idzie Stasiek z tornistrem na plecach i troską w sercu, stara się robić duże kroki, aby każdy krok odpowiadał jednej płycie trotuaru, uderza ręką w blaszane szyldy mijanych sklepów.

- Dzień dobry.

Podają sobie obojętnie ręce.

- Wiesz, byłem wczoraj w cyrku.

Wiśnicki zawsze się musi wszystkim chwalić.

- Wielkie rzeczy - pewnie na popołudniowym.

I Stasio zbacza na stronę, aby wejść w kałużę.

Wiśnicki milknie, niemile dotknięty.

- Właśnie że byłem na wieczornym. A wreszcie to wszystko jedno.

- Jutro, a nie dziś wszystko jedno. Po południu przedstawienia są dla dzieci.

- Właśnie że nie, tylko że wolno wziąć jedno dziecko za darmo, a reszta wszystko to samo.

- Ale lwów po południu nie dają.

- A właśnie, że i lwów dawali.

- I wchodził do klatki?

- A wchodził.

- Jak kogo kochasz?

- Jak ojca kocham. - I patrzy Stasiowi prosto w oczy.

- No to się złapałeś, bo byłeś po południu.

- Wcale się nie złapałem.

- A skąd wiesz, że wchodził do klatki?

- Skąd wiem, to wiem.

Idą obok siebie gniewni i milczący.

- Dzień dobry.

Czerwińskiego Stasio też nie lubi, bo kowal i głupi.

- Wiecie: w tej dykcie nie zrobiłem ani jednego błędu.

- A jak napisałeś pośliednieje? - pyta Wiśnicki.

- Fi, także mi sztuka.

Jest to właśnie jeden z dwóch grubych błędów Stasia.

Stasio odłącza się od nich, idzie brzegiem rynsztoka - na samym brzeżuszku, rozstawił ręce i utrzymuje równowagę. - Spogląda z ukosa na kolegów i myśli z niechęcią:

"Szczeniaki".

 

*     *

 

*

 

- Na miejsce. Dosyć.

Teraz kolej na Stasia.

Stasio szybko chowa zegarek. Trzy minuty do dzwonka.

Jeszcze zostało tylko dwóch, którzy odpowiadali po razie, a z siedmiu wyrwanych dzisiaj aż cztery dwójki.

Ostatni wydawał na M; na N nie ma nikogo, na O - jeden, a potem P. - Jednym szybkim rzutem myśli obejmuje grozę sytuacji. "Prędzej, dzwonek, prędzej", krzyczy myśl jego w strasznym, dzieciom tylko i obłąkanym znanym przerażeniu. - "Boże, zmiłuj się".

Nauczyciel postawił stopień, naprzód w notesie, potem w dzienniku; przebiega wzrokiem listę, przewraca stronę notesu - Stasio jest tam na samej górze.

- Prechner.

Westchnął głęboko. "Boże miłosierny, dzięki Ci". Serce jego, kołacące jeszcze niespokojnie po doznanym wstrząśnieniu, przyklękło w kornej modlitwie.

Więc w sobotę będzie wydawał: nauczy się na pięć - przez całą dużą pauzę będzie powtarzał.

A Prechner powoli poprawia bluzę, bardzo powoli zamyka książkę, chrząka.

- Do tablicy - niecierpliwi się nauczyciel.

Wolno wysuwa się z ławki. - I dzwonek. - Nasamprzód jedno uderzenie ciche, przytłumione; to stróż bierze dzwonek do ręki; a potem cała fala głośnych, jędrnych, zbawczych uderzeń dzwonka.

Nauczyciel skinął ręką, odłożył pióro, zamknął dziennik i wyszedł.

Klasa huczy dziesiątkiem głosów. Stasio przyłącza się do grupy, gdzie Prechner opowiada, że nie miał książki w ręce, że nie odpowiedziałby ani słowa. Widać, że się nie chwali, tylko że naprawdę nie umiał. I nic dziwnego: odpowiadał już trzy razy. Nauczyciel chciał go złapać - to jasne.

Pierwsza pauza trwa krótko.

Na religii sąsiad daje Stasiowi obiecaną książkę. Stasio przegląda spis rozdziałów, trzymając książkę pod ławką, potem zrazu jakby niechcący, a potem uważniej - przebiega treść pierwszego rozdziału; wreszcie kładzie książkę na ławkę, przykrywa do połowy religią, ciekawe.

- Co czytasz? - pyta kolega z tylnej ławki.

Stasio spogląda z niepokojem na księdza.

- Nie twoja rzecz; pilnuj swego nosa.

Godzina przemija szybko.

W serce Stasia wkrada się niepokój. - Już posłowie donieśli, że Szparag przyniósł kajety, już dyżurny woła, żeby siadać na miejsca, już pedel dwa razy uderzał kluczem w szybę oszklonych drzwi, aby uciszyć klasę. - Uderzenia kluczem w szybę nauczył się od inspektora: małpuje.

Lekcja się zaczyna.

- Kogo nie ma w klasie?

Szparag przepisuje stopnie z notesu do dziennika. Uczniowie z pierwszej ławki unoszą się, aby z ruchów pióra odgadnąć, ile kto dostał z dyktanda - pokazują na palcach.

- Dyżurny!

Obaj wyskakują po kajety: jeden żyd, drugi katolik; Szparag żydowi kajetów nie daje; boć to, bądź co bądź, czynność odpowiedzialna.

- O, mój kajet - dawaj.

- Poczekaj - po kolei.

- Przemyski.

- Dawaj.

Stasio nie ma odwagi spojrzeć. Przewraca kartkę po kartce: dwa, trzy, trzy, dwa, trzy, dwa, trzy, trzy - a teraz?

Rumieńce wystąpiły mu na policzki. Serce bije tak mocno jak na geografii. - Na pierwszej stronicy dwa małe błędy, raz podkreślone, trzeci - podkreślony falistą linią - i jeden z owych dwóch grubych błędów. - Nie ma co patrzeć: dwójka.

- Ile?

- Odczep się.

Stasio przymyka oczy, przewraca kartkę i nakrywa bibułą. Bibułę odsuwa powoli. - Nie ma czerwonego atramentu, nie ma, nie ma, może choć z dwoma minusami? - I oto fatalne zdanie. Sen czy jawa? - Nie ma. - Stasio gotów jest krzyknąć z radości: błąd jest - siedzi bestia, ale go Szparag nie zauważył. - Śmiałym ruchem odkrywa stopień: trójka z minusem. Gdyby zauważył, byłaby dwójka. - I Stasio doznaje bardzo złożonego uczucia: wdzięczności dla Szparaga, że nie zauważył błędu - i gniewu, że mu za jeden gruby błąd i dwa małe - postawił tylko trójkę z minusem: przecież mógł czystą postawić.

- Widzisz? - pokazuje sąsiadowi.

Sąsiad powitał odkrycie życzliwym uśmiechem.

- A ty ile?

- Trzy plus.

Zaczęli porównywać błędy.

- Ciszej - upomina nauczyciel.

I zaczyna się poprawianie dyktanda, dziesiątki prawideł powtarzanych dziesiątki, mało - setki razy. - Stasio patrzy na trójkę z minusem i nie myśli o niczym: jego system nerwowy wyczerpał się do dna. Siedzi bezmyślnie i nawet się nie cieszy.

- Przemyski!

Stasio wstaje.

- Dlaczego? - pyta nauczyciel.

Stasio patrzy błagalnie na kolegów.

- Priewoschodnaja stiepień - brzęczą ze wszystkich stron klasy.

- Priewoschodnaja stiepień - powtarza Stasio.

- Co priewoschodnaja stiepień? - pyta nauczyciel, biorąc za pióro.

- Jat' - podpowiada klasa zbyt głośno.

- Jat' - powtarza Stasio.

Uczeń z pierwszej ławki pokazuje mu na plecach dwa palce. Stasio sam przecież widzi: stoi i widzi, jak nauczyciel odszukuje jego kratkę w dzienniku i stawia powoli i z rozmysłem wyraźną dwójkę.

Piorun z jasnego nieba...

 

*     *

 

*

 

Józio niecierpliwie oczekuje Stasia - sam mu drzwi otworzył i nie pozwalając zdjąć tornistra, zawołał:

- Chodź, to ci coś pokażę.

- Poczekaj, tylko zdejmę kalosze.

- No prędzej. Wiesz: w tym nowym sklepie dodają do każdego kajetu jedną ogromną pieczątkę albo sześć małych - i do wyboru. - A do brulionu dodają łańcuszek.

- Jaki łańcuszek?

 

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.