Przedmowa
Książka ta jest drugim moim - po "Summie technologicznej" - nierozsądnym przedsięwzięciem. Nierozsądek obu w tym, że są - czy też pragną być - próbami "ogólnej teorii wszystkiego", jak się wyraził jeden ze znakomitszych moich przyjaciół. Gdyż w "Summie" nie tyle sama, porządnie wyodrębniona technologia jest przedmiotem rozważań, ile daje ona względnie jednolite stanowisko, z którego można podążać ku "wszystkiemu"; a w tej książce stanowisko takie wyznacza sprawa literatury.
To zatem, co stanowi niezbędną przesłankę każdego porządnego badania, jako izolacja poznawanego obiektu, zostało wprawdzie założone, lecz w obu wypadkach (bez względu na ich różnice) nie udało się tej izolacji utrzymać. W pisaniu przejawiła się owa "transcendencja" (jako ciągłe przekraczanie granic tematu) w tym, że praca niniejsza nie chciała mi się wyraźnie rozwarstwić na części i rozdziały ani zamykać się w nich, tak jak się to dzieje w dociekaniu ostro monotematycznym: nie wynalazłem bowiem cięć generalnych, odpowiadających odseparowaniu anatomii od fizjologii; anatom, opisując płuca, nie dokonuje wtargnięć na tereny fizjologa, a fizjolog znów tamtemu nie wchodzi w paradę. Porównanie to będę trzymał w pogotowiu, bo się jeszcze przyda.
Zamiast składać z kolejnych rozdziałów całość, jak dom z cegieł, sposobem tyleż nieumyślnie zabawnym, co irytującym - pisałem same niejako wstępy, jeden po drugim: socjologiczny, informacjonistyczny, strukturalistyczny, logiczny - i tak dalej. Lecz i te "wstępy" na siebie zachodziły nieznośnym a nieuchronnym sposobem. Jeżeli porzuciłem na kilka lat robotę nad tym Wstępem Wstępów do Teorii Literatury, to dlatego, że nazbyt zniechęcająca była wizja tomu, w którym wszystko się tylko zaczyna, zapowiada, otwiera - ale nic nie zamyka ani nie kończy. Nawet wprowadzenie tylko imitacji ograniczeń - prowizorycznymi klasyfikacjami - było jeszcze bardziej nieurzeczywistnialne aniżeli w "Summie", a także, co również martwiło, bardziej apodyktyczne. Nikt bowiem, o ile wiem, nie porównywał ewolucji technicznej do biologicznej i przez to w "Summie" o tyle miałem przynajmniej spokojne sumienie, że nie tratuję cudzych kwiatków i nie rządzę się na zamieszkanym gęsto terenie. Lecz trudno uznać za pustynię czy wyspę bezludną tereny literaturoznawstwa. Nie można było ani uwzględnić wszystkich ważnych prac, ani ich całkowicie pominąć. Fizykalistyczna metoda - bez względu na to, co dobrego można o niej powiedzieć - zachowuje się przy tym zawsze trochę jak czołg: niczego ani nikogo na swojej drodze nie oszczędza. Lecz nie może się jej sternik powoływać tylko na samą bezwzględność narzędzia: nazbyt jest ów czołg bezmaterialny.
Literatura należy do takich sfer ludzkiego działania, które są równocześnie marginalne - i nieogarnione, ponieważ teoria jej jest uwikłana w biologię z psychologią (autora i czytelnika), w ich socjologię, w teorię organizacji, informacji, estetykę, teorię poznania, antropologię kulturową - i tak dalej. Można zatem postępować dwojako: albo naukowo, czyli rozsądnie, zapowiadając wstępem, co do teorii dzieła sensu stricto należy, a we wszystkich kwestiach uwikłanych - odsyłając po prostu do odpowiednich nauk specjalnych. Albo też nierozsądnie, próbując "wszystko", co z literatury i co z nią związane, poznać na własną rękę, w obrębie jednej książki, a więc i jednego człowieka, który ją pisze.
Nauki postępują rozsądnie, co widać w tym, że podzieliły między siebie "wszystko" i żadna nie próbuje "wszystkiego" z osobna pochłonąć. Toteż nie należy w anatomii przechodzić od tego, że kości wspierają ciało, do tego, że można się posługiwać kością jako narzędziem - itp. Nauki, choć nie są hienami, porozwłóczały przecież te kości po swych obszarach i, wedle lokalnej dyrektywy, goleń nie jest dla anatoma tym samym obiektem, jakim dla antropologa, a dla antropologa nie jest tym samym, co dla genetyka. Co prawda, młody medyk, kiedy zaczyna myśleć, dziwi się, jak to właściwie jest, że anatomia mówi o człowieku językiem tak odmiennym od fizjologii, a każda z nich inne dostrzega w nim "uwarstwienia": dla anatoma bowiem "warstwa" kości, mięśni, naczyń krwionośnych - to tematy odrębnych opisów, a dla fizjologa układ kostny bez mięśniowego autonomii nie posiada. Obaj nie zajmują się bowiem tożsamymi aspektami strukturalnymi ustroju. Swoje wyraźne uporządkowanie zdobyła biologia ludzkiego organizmu nie od razu; a poznawała jego struktury nie wedle ich "obiektywnej ważności", lecz wedle ich - łatwiejszej lub trudniejszej - izolowalności. Jeśli się człowieka kroi i gotuje (dla celów epistemologicznych, a nie kulinarnych), najłatwiej odkryć w nim szkielet; gdy kto dostatecznie cierpliwy, pojawi się on zresztą "sam". On też był z dawien dawna znaną strukturą cielesną, tak że zmieniały się nawet mody pokazywania go w księgach naukowych. Gdyż to, że obecnie podręcznik prezentuje szkielet w postawie "na baczność", jest tak samo względną modą, czyli konwencją, jak to, że dawniej rysowano szkielety - w uczonych książkach - przybierające pozy dostojne lub melancholijne, a nawet złośliwie skoczne, jakby sfotografowane podczas filuternego pląsania. Owa wielość przedstawień pochodzi stąd, że kościec człowieka był znany od bardzo dawna i w długiej diachronii osteologicznej po prostu zdążyły się wiele razy owe rozmaite mody, więc style uczonego podejścia - poodmieniać. Natomiast struktury naczyniowa i nerwowa tak długo nie były rozpoznane w ich odrębności, tak długo nie wiedziano nawet, jak się mają żyły i tętnice do serca, że gdy przyszło nareszcie do "rozwarstwienia", szybko ustalił się jedyny sposób dawania wizerunków układu krążeniowego, a potem i nerwowego.
Tak zwróciliśmy uwagę na różnicę, jaka zachodzi pomiędzy treścią zdobywanej wiedzy a stylem czy też modą owej wiedzy prezentowania; i nie zawsze wcale jest tak jak w anatomii, że styl nie narusza faktów ani fakty - stylu.
Najtrudniej było wykryć strukturę mózgu, a widać to po tym, że jej do dziś nie znamy. W osteologii najpierw, w miologii potem, w splanchnologii jeszcze nieco później doszło do przyporządkowania wzajemnego struktur wykrytych anatomicznie - strukturom czynnościowym. Takie zespalające zjednoczenie wydaje się dość trywialne w odniesieniu do szkieletu zapewne, ale w odniesieniu do mózgu już nie bardzo, skoro go jeszcze nie urzeczywistniono. Jakoż ów wewnętrzny krajobraz mózgu, jaki pokazuje swym adeptom medycyna w anatomii, pełen pięknych i podniecających wyobraźnię nazw ("róg Hippocampa", "ciała czworacze", "komory", "wodociąg Sylwiusza", "jądro migdałowe") nie jest wcale tym samym, jaki prezentuje neurofizjologia. Do ostatnich lat spoidło wielkie, ogromny twór łączący półkule mózgu, doprowadzało fizjologów do takiej rozpaczy, że ktoś głosił na pół poważnie, iż ten niepotrzebny (tak się zdawało wtedy) obiekt służy temu, żeby unieszczęśliwiać uczonych. Próby zespolenia wykrywanych eksperymentalnie struktur mózgu czynnościowych ze strukturami anatomicznymi doprowadziły do niejakiego "szamotania w dwie strony" - zrazu sądzono, iż każda czynność ma w nim swój własny ośrodek, anatomicznie wyodrębnialny, potem, że właściwie żadnych takich znieruchomiałych zawiadowców w nim nie ma, a teraz doszło do kompromisowej, choć nie ostatecznej zgody w tej sprawie. Nawet prowizorycznego zrównoważenia nie uzyskały tymczasem spory o "lokalność" lub "nielokalność" struktury dzieła literackiego, o to, czy ma ono jakąś swoją "czynnościową", a od "anatomicznej" odróżnialną strukturę; chociaż nie jest to nazbyt skuteczną pociechą, dobrze i o tym pamiętać, że inni też mają podobne do naszych kłopoty. Już bardziej zaś nastraja optymistycznie wiedza o tym, że można się niektórych dylematów pozbyć; skoro się to udało badaczom organizmu, może uda się innym też - w teorii literatury.
Zapewne: z dziełem literackim jest niby podobnie, tylko o wiele gorzej, ponieważ żadnej struktury podstawowej z niego empirycznie nie wygotujemy, żadnymi skalpelami w nim "warstw" nie wykryjemy, i mając swoją bardzo dobrze widzialną "budowę histologiczną" - w postaci sznureczków drukowanych liter oraz ich doskonałego porządku, po wieczność sztywnego i nieruchomego na kartach książki - zarazem jest dzieło tworem dziwacznym przez niepochwytność, niedefiniowalność i nieostateczność każdej analizy. Tego, który zaczyna je badać w prostocie serca i ciekawości ducha, sądząc, iż zwykła rzecz, w rodzaju zanotowanych bajań babuni, nie może nastręczyć żadnych teoretycznie wierzgających problemów, prowadzi owa babcina powiastka na urwiska ontologii, spycha do zapadni paradoksów logicznych i antynomii, mami tysiącem zagadkowych pytań, łudzi go i ciąga po manowcach "formy" z "treścią", straszy bezdennymi przestworami wirtualności znaczeń, a także innymi nieskończonościami, które pozbawiają tropiciela prawdy - tchu, zdrowia, rozeznania, aż wreszcie widzi mu się historyjka Jasia i Małgosi czymś takim, co można zbadać zupełnie dopiero w nieskończoności samej, przestudiowawszy uprzednio teorię kulturogenezy z mitogenezą, lingwistykę strukturalną, teorię struktur społecznych w szczególności, a struktur semantycznych - w ogóle, antropologię porównawczą, genologię - razem z teorią informacji, organizacji... jak było właśnie powiedziane na początku.
W podobnej sytuacji tylko spokój może uratować; problematykę, która grozi potopem teoretycznym, należy "załatwić" tak, że się jej poszczególne aspekty powkłada zwyczajnie do kopert i zaadresuje do odpowiednich dyscyplin; po to są, by nam pomagały, a my zostaniemy sam na sam już tylko z Jasiem i Małgosią, wzbogaconymi o kwestie stylu, narratora, narracji, estetyczności, leksyki - i problemom takim na pewno się podoła dzięki uprzedniemu odcedzeniu ontycznych i epistemicznych oceanów. Zresztą tak się postępuje w każdej nauce; jeśli chcecie wiedzieć, jaki jest skład chemiczny kości, pytajcie chemika, a nie - anatoma; a gdy interesują was drgania w niej atomów, kompetentnym fachowcem okaże się teoretyk fizyki ciała stałego.
Jednakowoż w odniesieniu do dzieła i literatury ma to wypróbowane postępowanie dwa nieprzyjemne szkopuły. Najpierw taki, że się adresaci owych odsyłaczy nie zawsze chcą zajmować literaturą, zawodowo przynajmniej. Co z tego, że gotowiśmy podarować socjologowi cały obszar statystycznej teorii odbioru dzieła, jako typowo społecznego procesu, kiedy on się jakoś do tego prezentu nie kwapi. A znów filozof, owszem, może zechce zbadać dzieło, lecz uczyni to po swojemu; będziemy głowić się później nad tym, co właściwie jest w jego teorii własnością dzieła, a co - własnością jego poglądów. Lecz któż to widział, aby filozof wyręczał fizyka, anatoma, mechanika czy ewolucjonistę - w samym budowaniu teorii, w obrębie danej s p e c j a l i s t y c z n e j dziedziny? Oto kłopot pierwszy.
Drugi znów jest taki, że proszalne listy zaczynają skutkować. Okazuje się, że owszem, wyzbyliśmy się ryczałtowo wszystkich gordyjskich węzłów problematyki za pomocą przesyłek, ale zwrotną pocztą przychodzą rezultaty nie nazbyt pożądane. Samiśmy się ogołocili z własnych kryteriów i oto grunt, na jakim stoimy, jest jedną łataniną, wziętą od tych uczonych życzliwców, którzy pospieszyli nam z pomocą. Socjolog, zadawszy sobie trud, pisze nam, że nie ma jednego dzieła, lecz w każdym poszczególnym przypadku jest ich tak wiele, jak wiele jest czytelniczych zbiorów, kulturowo homogenicznych, które tekst w odbiorze stabilizują. Filozof też się natrudził i już wie, że dzieło jest właśnie jedno tylko i po wieczność jedyne, a jeśli się komuś inaczej wydaje, to się myli: gdyż to, co jest odczytaniem tekstu, wcale nie jest dziełem. Przychodzi z drżeniem oczekiwać dalszych wizyt listonosza - z następnymi wyjaśnieniami odpowiednich fachowców.
Komu mamy wierzyć? Gdzie szukać najwyższego trybunału dla rozstrzygnięć? Pierwszy raz nasuwa się tu kusząca myśl-marzenie, że dobrze byłoby zbadać wszystkie problemy i uporać się z nimi na własnym podwórku. Dlaczego anatom nie wysyła swoich szkieletów fizykom, mechanikom, inżynierom, tylko je sam bada, a my mielibyśmy rozparcelować dzieło na tyle "kawałków", ile tylko jest uczonych profesji? Czy zresztą, wielki Boże, sami wiemy, co właściwie wysyłamy - i o co pytamy? Czy to, co nazywa jeden badacz "schematem", jest tym samym, co inny określa mianem "struktury"?
Jak widać, nie z pewności siebie, nie z przeświadczenia o posiadaniu wszechrozumu bierze się chęć ogłoszenia poznawczej autarkii, lecz na odwrót, z tego, że posłuch, wstępnie dany rozsądkowi, prowadzi do zamętu i pomieszania.
Z kolei pojawia się kwestia porządnego zorganizowania tematyki prac już suwerennych. Lecz jak brać się do roboty? Alfabetycznie, zaczynając od "A" ("Antropologia dzieła", "Anatomia dzieła"), nie można: zbytni to nonsens. Należy wprowadzać dzieło w przestrzeń terminologiczną i metodyczną to jednej, to drugiej nauki, a więc - raz je uznać za obiekt analizy logicznej, raz - kulturowej, raz - informacjonistycznej, językowej, epistemicznej, genetycznej, nareszcie i fizykalnej; na wszelki wypadek i dla kompletu.
Cóż się jednak wtedy dzieje? Okazuje się, że nie wiadomo, odkąd - w danej już dyscyplinie - zacząć. Bo jeśli rzecz o Jasiu i Małgosi jest tworem kulturowym, trzeba się przypatrzyć kulturze. Ale skąd w niej zaczynać? Chyba nie od małpy, co pierwsza z drzewa zlazła? No, to żarty. Lecz jeśli chodzi o bajkę jako twór językowy, ważne są w niej znaczenia zdań i wyrazów; żadnej jednak teorii lingwistycznej ani informacyjnej semantyki nie ma. Więc jakże "naprędce" mamy zrobić to, czego lingwiści z informacjonistami nie zdołali uczynić przez tyle czasu?
Ale przecież - jak się już powiedziało - nie pracujemy na pustyni. Mieliśmy świetnych i światłych poprzedników. Nie im się należy nasza nieufność; jest ona, jako nakaz wątpienia o wszystkim, wypisana na sztandarach nauki. Gdy wstępujemy na zawrotną wyżynę gmachu krytycznego literaturoznawstwa, spotykamy tam uczonych specjalistów mówiących o "semantycznej strukturze utworu". Kiedy pytamy ich, jak ostro definiują pojęcia semantyczne, niezadowoleni z tego, że tak naiwnie przerywamy ich dyskurs, odsyłają nas machnięciem ręki na niższe piętra: do lingwistów.
Ale myśmy tam już byli. Prawdę mówiąc, nie tam, bo pod tym wysokim żadnego piętra niższego nie ma: lingwiści siedzą zupełnie gdzie indziej i czymś zupełnie innym - bo asemantycznym - zajmują się w języku. W obawie cierpkiej odprawy pytamy nieśmiało, czy ta "struktura", od której aż gęsto, jest logicznego, czy raczej teorioinformacyjnego pochodzenia, a więc czy deterministyczna ona, czy może stochastyczna? I jaki jest jej stosunek do tego, co pisał Bourbaki? A także Bar-Hillel w związku z trudnościami zbudowania pojęcia samego semantyki?
Lecz wtedy już nikt nawet mówić z nami nie chce. Pozostajemy samotni - i majaczy już nam, że teorię dzieła będziemy musieli budować starą metodą Robinsona Crusoe, przy trwałej groźbie utonięcia, ale przynajmniej z wiedzą, że jeśli zginiemy, to na własną rękę, a nie - pociągnięci w topiel balastem niejasnych terminów; w nieszczęściu takim będzie nam towarzyszyła krzepiąca myśl, że jeśli nas nikt z błędu nie wyciągał, to i nikt nie popychał w jego otchłań. Zadanie okazało się molochem: najlepiej, tj. najrozsądniej, byłoby - podać mu tyły. Czy jednak nie jest rozsądek właśnie do tego przeznaczony, żeby nim głębiny sondować?
Mniej więcej z takich rozważań wzięła się decyzja napisania tej książki; i wyjawiają już one, jakkolwiek migawkowo, dlaczego należało właściwie napisać rzecz pod tytułem: Teoria Niemożliwości Teorii Dzieła Literackiego. Pozwalają zarazem domyślać się niezliczonych wypadów i wycieczek w przeróżne strony, dla jakich sprawa literatury jest miejscem startowym, a od których się w książce tej roi. Nie ma jednak żadnego powodu, dla jakiego miałbym w przedmowie wziąć się do jej streszczania, skoro na Czytelników, których już przedmowa odstraszy, nie liczę. A więc kilka jeszcze słów o tym, jaka ta książka miała być, ale nie jest.
Roiła mi się metoda eksperymentalna, taka, która by nie tylko badała budowę dzieła danego, lecz wkraczała w "organizm" utworu aktywnymi ingerencjami, zakłóceniami, nawet okaleczająco, aby wykryć odporność tekstu oraz jego "reakcje całościowe" na takie zabiegi. Gdyż właśnie w empirii wykrywa się w ten sposób obecność oraz jakość charakterystyczną przeróżnych struktur: z tego konceptu coś w książce zostało. Miałem ponadto zamiar tworzenia specjalnych preparatów - niejako sztucznych "mikrodzieł", wymyślnie prokurowanych ad usum tego czy innego twierdzenia teorii; to znów byłaby metoda "hodowli wyizolowanej", "odosobnionego organu" albo "pomniejszającego modelu". Gdyż "normalne" dzieło nie jest po to pisane, żeby można było na nim badać ostrość teorii, jak nie temu służy żaba, żeby na niej sprawdzać teorię odruchów. A skoro można i żabią nóżkę wypreparować, i skonstruować "uproszczony model żaby", chciałem podobnie postąpić na naszym terenie. Potem jednak doszedłem tego, że nie wszystko będę musiał wymyślać, skoro za preparaty mogą posłużyć mi własne książki nieteoretyczne. Tak np. do problemu semiotycznego "sytuacji znakowej", sygnalizowania znaczeń obiektami, byłaby przydatna niejedna scena z "Pamiętnika znalezionego w wannie". Gdyż bohater tej książki sądzi, że mu brodawkami pewnego czcigodnego starca Ktoś - instytucjonalnie - sygnalizuje pewne Tajemnice. A i wiele innych spraw z zakresu "struktur semantycznych" można by na niej demonstrować.
Jednym z twierdzeń tej pracy jest teza o ścisłym związku znaczenia jako waloru semantycznego ze znaczeniem jako wartością aksjologiczną. Otóż analiza własnych tekstów zakłada ich "nadwyżki semantyczne", byłoby to więc nieuchronnie pokazywanie tego, że one są - jakoś - "wartościowe". Na następnej zaś stronie miałbym pisać o Faulknerze czy o Tomaszu Mannie. Dobre sąsiedztwo! Zapewne: napisać pięćsetstronicową teorię dzieła specjalnie po to, żeby własne utwory wywindować nią na literacki Olimp - to jest myśl. Ponieważ jednak nie na tym mi zależało, przyszło się z tą koncepcją pożegnać. A że wymyślanie "syntetycznych utworów" - i zestawianie ich z prawdziwymi - też zaczęło mi wyglądać podejrzanie, zrezygnowałem z całego projektu.
Osobny dylemat stanowiła sprawa teorii pomiaru, na której stoi cała empiria. Chodziło o jej odpowiednik - dla literaturoznawstwa. W książce powołuję się wielokrotnie na prawidłowości statystycznego i stochastycznego typu, nie tylko w sferze zjawisk artykulacyjnych, ale i w odniesieniu do teorii dzieła i kultury. Brzmi to gołosłownie, albowiem metody statystyczne jeszcze nie zagościły na wyższych piętrach literaturoznawczego gmachu. Nie dostrzega się zatem ich dowodowej wartości w empirycznym, "wywrotnościowym" sensie. W największym uproszczeniu idzie o rzecz następującą. Jeżeli jedna osoba, zamiast spytać: Po ile te buraki? - pyta: Na ile buraki? - jest to błąd językowy. Jeżeli tak mówi tysiąc osób, to wyrażenie pozostaje błędem. Lecz jeśli tak mówi przez trzydzieści lat trzydzieści milionów Polaków i "po ile?" - pyta już tylko stu językoznawców, nie ma rady: błąd stał się normą języka, język poszedł o krok dalej, a językoznawcy stoją na straconych pozycjach. (Sam przykład nie jest najszczęśliwszy, ale przynajmniej wyrazisty). Otóż tylko statystyczne badanie, w tej części teorii pomiaru, która nim się zajmuje, może sensownie odpowiedzieć na pytanie o reprezentatywność grup rozmaicie liczebnych, ze względu na przejście odchylenia w prawidłowość itp. Lecz kwestie te wiążą się z teorią oczekiwania matematycznego i z teorią prawdopodobieństwa. Przerastają też dalej w zagadnienia stochastyki, procesów markowskich, ergodyki, jako badania skrajnych rozkładów w prawdopodobnościowych systemach itp. Wszystko to jest niezwykle mocno związane z teorią dzieła - tą, o jakiej mówi książka. Jednakże wprowadzić do niej takie wykłady znaczyłoby - rozsadzić ją do reszty (podobne trudności miałem już dawniej, przy pisaniu "Summy"). Jakkolwiek niechętnie, musiałem się z gołosłownością twierdzeń pogodzić. We wszystkich kwestiach typu teorii pomiaru i pochodnych - probabilistycznych - muszę, niestety, odesłać Czytelnika poza granice tej pracy.
Lecz i tak książka ta jest hydrą wielogłową, z głowami kolejno wymienianymi: ma swój łeb informacjonistyczny sporych rozmiarów, ma łeb lingwistyczny, ma logiczną główkę oraz szereg mniejszych. Wydaje mi się, że one wszystkie łączą się przy korpusie tematycznym i tym samym nie są całkowicie od rzeczy. Jednakże chociaż książka wypiera się tego tytułami poszczególnych rozdziałów, nie może przecież nie być luźno maszerującą kolumną samych tylko Wstępów do Niedościgłego Ideału, zwanego Empiryczną Teorią Literatury.