W niektóre wieczory Jeremiah czuł się jak
jedna z ostatnich komórek w umierającym ciele. Kiedy cztery lata temu,
tuż po studiach, został zatrudniony w tej firmie, biuro tętniło życiem i było pełne ludzi z głowami z mnóstwem pomysłów. Wtedy nawet szef bywał
tu regularnie. Firma wyprodukowała kilka całkiem udanych gier wideo i wszyscy byli przekonani, że są na dobrej drodze.
Niestety, mieli kiepską orientację w terenie.
Ostatnie trzy lata upłynęły pod znakiem coraz większej liczby zwolnień,
a coraz mniejszych przychodów. Jeremiah wysyłał już CV do innych
potencjalnych pracodawców, gdy nagle firmę wykupił koncern Fazbear
Entertainment, powierzając jej zadanie stworzenia nowej, wykorzystującej
technikę wirtualnej rzeczywistości, gry.
Podekscytowany możliwością pracy z technologią VR i pełen nadziei, że
odnosząca sukcesy franczyza może dać firmie nowe życie, Jeremiah
postanowił zostać. Poza tym tak naprawdę nie chciał stąd odchodzić.
Gdyby to zrobił, mógłby stracić Hope - swoją jedyną nadzieję.
W tym przypadku nadzieja, bo to właśnie oznaczało imię Hope, odnosiła
się do konkretnej osoby, w której Jeremiah pokładał naprawdę nomen
omen spore nadzieje. Była jedną z trojga pozostałych jeszcze w biurze
pracowników i posiadała wszystkie cechy, które cenił w ludziach.
Była miła i troskliwa, ale przy tym nienachalna. Mądra i zaradna, ale
niearogancka. Pracowita, ale uwielbiała też zabawę.
Nie kochał Hope za wygląd, ale musiał przyznać, że miło było na nią
popatrzeć. Mężczyźni, którzy woleli bardziej krzykliwe typy, mogliby
uznać ją za nieco pospolitą, ale zdaniem Jeremiaha to właśnie oni mieli
zbyt pospolity gust, żeby docenić delikatne, naturalne piękno Hope.
Miała długie do ramion, popielatoblond włosy, okalające miękkimi falami
twarz o ostrych rysach. Oczy - szeroko osadzone, brązowe, podobne do
oczu sarny. Usta przypominały delikatne, różowe płatki kwiatów. Jeremiah
często zastanawiał się, czy są tak miękkie, jak na to wyglądają.
A ponieważ widywali się codziennie, Jeremiah żywił przeświadczenie, że
pewnego dnia i Hope naprawdę go dostrzeże i zorientuje się, co czuje.
Próbował już dwa razy odkryć się przed nią. Za pierwszym razem czuł się,
jakby ktoś skleił mu usta superklejem. Za drugim je otworzył, ale wtedy
wpadł ich jedyny współpracownik, Parker, i jak zawsze udało mu się
skupić uwagę na sobie. W przeciwieństwie do Jeremiaha nigdy nie miał
problemów ze znalezieniem odpowiednich słów. Wprost przeciwnie, dlatego
też Jeremiah czasem żałował, że kolega paru nie zgubi.
Siedział teraz przy biurku, zajęty programowaniem gry VR, całkowicie
pochłonięty pracą. Machinalnie podniósł swój kubek termiczny, żeby wziąć
łyk kawy. Kiedy tylko płyn dotknął jego języka, Jeremiah poczuł, że usta
próbują mu się wywrócić na lewą stronę. Smak był nieznośnie kwaśny i mężczyzna bez wahania wypluł to, co miał w ustach, obryzgując ekran
komputera.
- Co do...
- Rany, ale jaja! - rozległ się od drzwi donośny głos Parkera. Kolega,
jak miał to w zwyczaju, śmiał się jak maniak. - Hiii, hiii, hiii. Ale
się poplułeś! Nieźle cię wrobiłem! Mam to na telefonie. Pokażę ci.
Jeremiah podniósł wzrok i zobaczył Parkera z jak zawsze zbyt starannie
przyczesanymi włosami i w nienagannym garniturze, skręcającego się ze
śmiechu. Co gorsza, Hope stała obok niego, chichocząc z ręką na ustach.
Jej śmiech, w przeciwieństwie do śmiechu Parkera, był delikatny i uroczy, jak dzwoneczki. Jeremiah wolałby, żeby śmiała się z nim z jakiegoś wspólnego żartu, a nie z niego jako ofiary następnego głupiego
pranku Parkera.
Wiedział, że się czerwieni. Spojrzał w dół, na kubek. Od ostrego zapachu
zakręciło go w nosie.
- Co to było?
Parker roześmiał się jeszcze donośniej.
- Ocet jabłkowy! Dolałem ci go do kubka, kiedy poszedłeś do łazienki.
Podobno dobrze robi na zdrowie, ale chyba lepiej widzieć, jak go pijesz.
Hope pokręciła głową, ale się uśmiechała.
- Parker, jesteś okropny.
Jej słodki głos nie wyrażał oburzenia. Jakby podobało jej się, że jest
okropny.
- Patrz na to. - Parker podsunął Jeremiahowi pod nos telefon. Na małym
ekraniku Jeremiah zobaczył siebie samego; pracował jakby nigdy nic,
nieświadomy niczego, a potem wziął łyk wstrętnego płynu. Patrzył, jak
oczy robią mu się wielkie niczym spodki i jak wypluwa ocet,
przypominając przy tym paskudnego gargulca z wylotem rynny zamiast ust.
- Wow - powiedział, starając się zachować jowialny ton. - Ale mnie
wrobiłeś.
- I to jak! - Parker przesunął dłonią po nadmiernie nażelowanej brązowej
grzywce. Nie wyglądało na to, żeby zamierzał w najbliższym czasie
przestać się śmiać. - Jak myślisz, ile czasu by zajęło, zanim ten filmik
stałby się wiralem?
- Nie wrzucaj go do netu - głos Jeremiaha zabrzmiał słabiej i bardziej
błagalnie, niż by sobie tego życzył. Już dość się wstydził, choć
widziała go tylko dwójka współpracowników.
- Zaraz - odezwała się Hope. Wyciągnęła Parkerowi telefon z rąk i postukała w ekran. - Skasowane. Nikt poza nami nie musi tego oglądać.
Mówiła łagodnym, kojącym tonem.
Jeremiah poczuł się do głębi wzruszony.
- Dziękuję, Hope.
Parker trącił ją łokciem.
- Ej, psujesz zabawę.
- Ty za to przeginasz z wygłupami. - Hope zaczęła grzebać w torebce, po
czym podeszła do biurka Jeremiaha. W ręku trzymała zawiniętą w papierek
miętówkę. - Weź, to zabije ten wstrętny smak w ustach.
Jeremiah wziął miętówkę, pozwalając, żeby jego palce musnęły dłoń Hope,
miękką i gładką. Kiedy cofała rękę, w słońcu błysnął jej ulubiony
pierścionek - z akwamarynem, jej szczęśliwym kamieniem. Wolałby zamiast
tego cukierka chwycić jej dłoń, ale wiedział, że nie to mu oferuje.
- Dzięki - powiedział jeszcze raz. Wrzucił miętówkę do ust. Była słodka.
Jak Hope.
Parker klepnął go w plecy.
- Ale cię wrobiłem, nie? - zachichotał ponownie. - Bez urazy, co, stary?
Jeremiah patrzył na jego uśmiechniętą twarz i wielkie, niemal
niewiarygodnie białe zęby. Parker miał w sobie coś z dziecka, był
psotny, ale nie złośliwy. Nie mógł się na niego gniewać.
- Pewnie - przytaknął. - Ale uważaj, w końcu się odegram.
- Myślisz? - Parker znowu zaśmiał się tym swoim hiii-hiii-hiii. -
Ambitny plan, nie powiem, stary. Spróbuj mnie dorwać. Wielu już się
starało, ale nikomu się nie udało!
Wycofał się z biura tyłem, jakby nie chciał odwracać się do kolegi
plecami.
Hope pokręciła głową z uśmiechem.
- Ależ z niego dzieciak.
- Właśnie o tym samym myślałem - powiedział Jeremiah. Ten fakt sprawił
mu dziwną radość. Pasowali z Hope do siebie, nawet myśleli podobnie.
- Znaczy, jest dobry w tym, co robi i w ogóle, ale emocjonalnie... ma
chyba z osiem lat - westchnęła. Zapadła niezręczna cisza, której
Jeremiahowi nie udało się wypełnić. Po chwili Hope powiedziała: - Cóż,
lepiej wrócę do pracy.
- Czyją pracę dzisiaj wykonujesz? - zapytał. Był to swego rodzaju stały
żart. Trzy lata wcześniej Hope zatrudniono jako recepcjonistkę, ale
pracowników ubywało, więc skończyło się na tym, że wykonywała zadania
kilkorga innych osób. Oczywiście nieodpłatnie.
- Dziś jestem szefową PR - odparła. - Chociaż później chyba dam sobie na
chwilę awans na pseudoszefową.
Jeremiah wyprostował się na krześle.
- No to lepiej się postaram i spróbuję wyglądać na zapracowanego.
- Koniecznie - przytaknęła Hope, rzucając mu swój uroczy uśmiech. - Nie
chciałbyś chyba, żeby pseudoszefowa wylała cię z pracy. Kto wie, czy to
byłoby też na niby?
Jeremiah odpowiedział uśmiechem na uśmiech, żałując, że nie przychodzi
mu do głowy żadna dowcipna riposta.
- No to... - Hope podniosła dłoń i lekko pomachała. - Zobaczymy się
później, Jeremiah.
- Na pewno - odparł. Jak mogliby się nie zobaczyć? W całym biurze były
trzy osoby na krzyż.
A jednak wiedział, że Hope nie "zobaczy" go tak naprawdę. Nie w taki
sposób, jak by sobie życzył. Mimo to zawsze, kiedy pojawiała się w pobliżu, miał wrażenie, że jak na dłoni widać, co do niej czuje. Kiedy
się zbliżała, był niczym bohater starej kreskówki, któremu oczy
wyskakują z orbit, a serce - z piersi. Ona nie patrzyła na niego w ten
sposób. Prawie wcale na niego nie patrzyła.
Westchnął. Pora wracać do pracy.
Jeremiah zamieszkiwał niewyszukaną kawalerkę, z której mógł do biura
docierać na piechotę. Za studenckich czasów bywało gorzej - sutereny
wyłożone prastarymi, poplamionymi wykładzinami i wyposażone w krany, z których więcej wody ciekło, kiedy się je zakręcało, niż kiedy były
odkręcone. W tym mieszkaniu wszystko było czyste, nowe i działało - choć
wystrój był nudny, bezbarwny i pozbawiony charakteru. Kawalerka
przypominała schludne pudełeczko o ścianach koloru skorupki jajka i podłodze pokrytej beżową wykładziną, zaprojektowane w sposób tak
neutralny i niekontrowersyjny jak tylko się dało. Jeremiah wiedział, że
pomogłoby powieszenie na ścianach jakichś obrazków, ustawienie tu roślin
doniczkowych czy rozrzucenie na sofie kolorowych jaśków - ale nigdy
jakoś nie mógł się zebrać, żeby to zrobić. Mieszkanie wydawało się
tymczasowe, jak pokój hotelowy, w którym zatrzymał się na kilka nocy -
mimo że podpisał umowę na okrągły rok.
Tego wieczoru, dotarłszy do "domu", o ile mógł tak określić to miejsce,
zdjął z siebie eleganckie spodnie khaki i koszulę i założył zwykły
T-shirt i wyświechtane, ale za to wygodne dresy. Poszedł do kuchni,
otworzył lodówkę i przyjrzał się zawartości. Pomyślał, że chyba powinien
zjeść resztę chińszczyzny na wynos, zanim się zepsuje. Złapał więc białe
tekturowe pudełko, puszkę gazowanego napoju, wziął widelec i usadowił
się na kanapie. Sięgnął po pilota i zaczął skakać po kanałach,
jednocześnie połykając zimny makaron prosto z pudełka.
Trafił na całkiem obiecujący film akcji. Swego czasu chciał nawet wybrać
się na niego do kina, ale jakoś się nie złożyło. Spałaszował do końca
makaron, podziwiając, jak odziany w drogi czarny garnitur bohater biega,
skacze i spuszcza lanie czarnym charakterom. Wyobraził sobie siebie w takim garniturze, jak wali Parkera prosto w nos. Wiedział jednak, że
nigdy tego nie zrobi. Zdecydowanie nie był człowiekiem czynu. Raczej
takim, który siedzi cicho na kanapie i obserwuje rozwój akcji na ekranie
telewizora.
Kiedy film się skończył, Jeremiah przełączył na inny kanał, gdzie leciał
nocny talk-show, wkrótce jednak zasnął. Śniła mu się, jak już wiele
razy, Hope. Byli w eleganckiej restauracji z przyciemnionymi światłami i śnieżnobiałymi wykrochmalonymi obrusami. Hope miała na sobie różową
sukienkę z okrągłym dekoltem, który podkreślał jej urocze obojczyki.
Jeremiah był ubrany w czarny garnitur, taki sam, jak nosił bohater filmu
akcji. Jedli fikuśne francuskie desery, ona: pot au chocolat, on:
cr?me br?lée, i podawali sobie nad stołem prosto do ust łyżeczki pełne
słodyczy. Nie rozmawiali, bo nie musieli. Bez jednego dźwięku czy słowa
byli w idealnej harmonii.
Kiedy rozdzwonił się budzik w jego telefonie, Jeremiah podskoczył i rozejrzał się zdezorientowany. Zasnął na kanapie i przespał w dziwacznej
pozycji całą noc. Szyja go bolała, a do tego zaślinił tapicerkę. A teraz, jak niemal każdego ranka, nadszedł czas, żeby w ramach
przygotowań do kolejnego długiego dnia pracy zrobić kawę, grzecznie
spałaszować miskę płatków, wziąć prysznic i założyć czyste spodnie i koszulkę polo.
Rozkoszny sen zdecydowanie się skończył.
Pod prysznicem Jeremiah urządził sobie pogadankę motywacyjną. No dobra,
Hope jest zupełnie ślepa na twoje uczucia i uważa, że z Parkera jest
zabawny gość. Ale wiesz co? Ty jesteś miły, a Parker w głębi duszy jest
palantem. Mama zawsze mówiła, że liczy się właśnie bycie miłym, prawda?
Może zatem, jeśli nadal będziesz pokazywał Hope, jaki jesteś miły, w końcu zrozumie, że nie może bez ciebie żyć.
Pogadanka zaskakująco mu pomogła. Pogwizdywał, ubierając się nieco
staranniej niż zwykle. Zgolił trzydniowy zarost i nawet nałożył na włosy
odrobinę produktu do stylizacji - nie pamiętał, kiedy i po co go kupił.
Przyjrzał się sobie w lustrze. Nieźle. Nie przypominał może bohatera
rodem z filmów akcji, ale wyglądał niczego sobie. I był miły. A to
podstawa.
Poszedł sprężystym krokiem do biura i wjechał windą na piąte piętro.
Ledwie rozsunęły się drzwi, usłyszał śmiech Hope.
Parker siedział przy biurku i pokazywał dziewczynie coś na swoim
komputerze. Oboje się śmiali. Hope stała tuż za nim, patrząc na ekran.
Gdyby któreś zmieniło pozycję o centymetr, dotknęliby się.
- Cześć - powiedział Jeremiah.
Żadne się nie odwróciło, wciąż zagapieni w ekran.
- Cześć - powtórzył głośniej.
- Cześć, Jeremiah - odparła Hope, obdarzając go uśmiechem. - Nie
słyszałam, jak wszedłeś.
"W towarzystwie Parkera nikt nie ma szans nic usłyszeć", pomyślał
Jeremiah. Ale nie powiedział tego na głos. Miły. Taki właśnie miał być.
- Cześć, Jeremiah, mój ziomalu. - Parker rzucił mu najbardziej
nieszczery ze swoich uśmiechów. - Piłeś już poranny ocet czy ci podać?
Hope z udawaną surowością klepnęła Parkera w ramię.
- Dajże spokój.
Odwróciła się i spojrzała na Jeremiaha wielkimi, pięknymi oczami.
- Jeremiahu, musisz wiedzieć, że rozmówiłam się z Parkerem i obiecał
dziś zachowywa się najlepiej, jak potrafi.
- Owszem, obiecałem to - potwierdził ze złośliwym uśmiechem Parker. -
Problem w tym, że najlepiej jak potrafię to nadal nie za dobrze.
Poruszał teatralnie brwiami.
- W takim razie będziesz musiał się postarać, żeby przejść samego siebie
- odparła Hope, choć w jej głosie nadal było słychać rozbawienie. -
Popatrz tylko na tego biedaka. Jest kłębkiem nerwów.
"Przynajmniej na mnie patrzy", pomyślał Jeremiah, choć wolałby, żeby
dziewczyna nie patrzyła na niego z politowaniem.
Napełniwszy swój kubek z ekspresu, powąchał go, żeby upewnić się, że to
naprawdę kawa. Nawet jeśli Parker miał zachowywać się najlepiej, jak
potrafi, lepiej było dmuchać na zimne.
Usiadł przy biurku i zaczął pracować nad grą. Zatopił się całkowicie w tym, co widział na ekranie, i na kilka godzin to zadanie wymagające od
niego kreatywności i elastyczności w rozwiązywaniu problemów sprawiło,
że zapomniał o tym, jak blisko siebie siedzieli tego ranka Hope i Parker.
Rozległo się pukanie do jego uchylonych drzwi. Prawie podskoczył, choć
było tak subtelne, że bardziej można było je wyczuć, niż usłyszeć. Kiedy
zatopił się w pracy, powrót do rzeczywistości zawsze był dla niego
odrobinę szokiem.
Na szczęście tym razem przyjemnym. Hope stała w drzwiach i uśmiechała
się do niego.
- Przepraszam, że ci przerywam - powiedziała. - Parker idzie po kanapki.
Chcesz coś?
- Jasne, dzięki - odparł Jeremiah.
- Wołowina na żytnim chlebie, dodatkowa musztarda, czipsy kukurydziane i pikle osobno? - upewniła się.
Czy to nie żałosne, że jego serce fiknęło koziołka, gdy usłyszał, że
Hope pamięta, jakie kanapki zwykle zamawia?
- Świetnie mnie znasz - uśmiechnął się.
- Nigdy nie widziałam, żebyś jadł coś innego - stwierdziła.
- Przepraszam, że jestem taki przewidywalny. - Nagle poczuł się, jakby
był najnudniejszą osobą na świecie. Nic dziwnego, że Hope wolała
nieobliczalnego i szalonego Parkera.
- Ejże, przewidywalność czasami jest fajna - odparła Hope. - W tym
nieprzewidywalnym świecie miło jest wiedzieć, że kogoś zawsze
uszczęśliwi kanapka z wołowiną.
"Ty byś mnie uszczęśliwiła", pomyślał. Ale oczywiście nie powiedział
tego na głos. Podziękował Hope, że przyszła po jego zamówienie na lunch,
a potem karcił się w myślach za swoją słabość, za to, że jest nudnym,
przewidywalnym, wiecznie jedzącym te same kanapki z wołowiną tchórzem,
który nigdy nie ma odwagi wyrazić swoich prawdziwych uczuć.
Wrócił do swojego komputera i ponownie zagłębił się w wirtualny świat.
Tam wiodło mu się o wiele lepiej niż w rzeczywistości.
Pół godziny później Hope znów stanęła w jego drzwiach.
- Hej, idziemy z Parkerem zjeść lunch w socjalnym. Dołączysz?
- Jasne - odpowiedział. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zaprosili go na
doczepkę, z grzeczności, ale nie chciał stracić żadnego spotkania, w którym udział brała także Hope.
Usiedli przy stole w pokoju socjalnym. Jeremiah otworzył plastikowe
pudełko. Kanapka z wołowiną, czipsy kukurydziane i pikle. Jego nudna,
przewidywalna, ulubiona potrawa.
- Ej, oglądaliście wczoraj "Królestwo kości"? - zagadnął Parker,
odrywając gigantycznymi zębami kęs swojej kanapki z pieczenią.
Jeremiahowi przypomniał się film przyrodniczy, w którym lwy upolowały
zebrę i odrywały ogromnymi kłami wielkie kawałki mięsa. Obawiał się, że
w ich ekosystemie to Parker jest lwem, a on zebrą.
- Nagrałem sobie. Jeszcze nie oglądałem, więc nie spoileruj - powiedział
Jeremiah.
- Ja tego nie oglądam. Za brutalne dla mnie - włączyła się Hope, skubiąc
delikatnie rożek wegetariańskiego wrapa. Była wegetarianką, bo uważała,
że zwierzęta to przyjaciele, a nie jedzenie. Jeremiah podziwiał jej
dobre serce, nie wspominając o jej zdecydowanych przekonaniach i samodyscyplinie. - Na świecie i tak jest za dużo przemocy. Nie lubię
oglądać jeszcze takiej, którą ktoś odgrywa dla rozrywki.
Jeremiah pomyślał, że to właśnie cała Hope. Dobra. Z zasadami.
- Ależ z ciebie baba - odparł Parker tonem, który sugerował, że
wszystko, co kobiece, jest godne pogardy. - Pewnie za to pochłaniasz
komedie romantyczne.
Hope uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- Czasami tak.
Parker pokręcił głową.
- Wolałbym dać sobie wypalić oczy gorącym pogrzebaczem, niż obejrzeć
choć jedną komedię romantyczną.
- Na szczęście raczej nigdy w życiu nie staniesz przed takim dylematem -
zauważył Jeremiah.
- No chyba że zaczniesz umawiać się z dziewczyną, która będzie stanowczo
nalegać na oglądanie takich filmów - roześmiała się perliście Hope.
Jeremiah poczuł dreszczyk radości. W tej chwili było tak, jakby z Hope
żartowali sobie kosztem Parkera. Rozkoszując się widokiem jej
uśmiechniętej twarzy, machinalnie wrzucił do ust czipsa.
I poczuł ogień. A przynajmniej miał wrażenie, że jego usta płoną, jakby
ktoś wypełnił je wrzącą lawą. Jego wargi, policzki, język paliły z taką
intensywnością, że do oczu napłynęły mu obficie łzy i zaczęły spływać po
policzkach.
- Jeremiah, co się stało? Jesteś cały czerwony! - zaniepokoiła się Hope,
wstając od stołu, żeby przyjrzeć mu się bliżej.
Chciał powiedzieć "ostre", ale w jego ustach nadal szalało piekło, nie
pozwalając formułować słów. Zamiast tego powachlował dłonią przed nimi,
mając nadzieję, że to wyjaśni problem. Skoczył na równe nogi, podbiegł
do zlewu i wypluł to, co zamieniło jego język w wulkan. Odkręcił kran,
wsadził pod niego głowę i pozwolił zimnej wodzie spływać do poparzonych
ust. Kiedy się podniósł, łapiąc gorączkowo oddech, zobaczył, że Parker
też się dusi, tyle że ze śmiechu.
- Parker, co mu zrobiłeś? - zapytała surowo Hope. Tym razem nie śmiała
się razem z nim.
- O rany - wykrztusił Parker, trzymając się za brzuch. - To było
genialne!
Jeremiah napełnił papierowy kubek wodą i wypił. Ogień w jego ustach
przygasł, ale nie do końca. Czuł, że cała woda świata nie wystarczy,
żeby mógł doznać prawdziwej ochłody.
- Co się stało? - zapytała Hope z rozdrażnieniem.
- W delikatesach były superostre czipsy. - Parker nadal dławił się ze
śmiechu. - Wiesz, takie, które ludzie jedzą, żeby się popisać albo dla
zakładu. Wrzuciłem jednego do czipsów kolegi.
Zgiął się w pół w nowym ataku chichotu.
- To chyba najlepszy prank, jaki mi się udał w życiu!
- Wątpię, żeby Jeremiah podzielał twój entuzjazm - odparła Hope. - Takie
rzeczy sprawiają ludziom prawdziwy ból. Mówiłeś chyba, że będziesz się
dzisiaj zachowywał najlepiej, jak potrafisz?
- I ostrzegałem, że to dla mnie znaczy coś innego niż dla większości
ludzi - zaznaczył Parker. - Rozumiesz, kiedy widzę okazję, żeby porobić
sobie jaja, to korzystam. I nie żałuję.
"Ani żalu, ani przeprosin", pomyślał Jeremiah.
Hope stanęła przy lodówce. Otworzyła drzwi zamrażalnika i napełniła
papierowy kubek lodem.
- Chyba jesteś winien Jeremiahowi przeprosiny.
- Znasz moje motto: nie żałuję i nie przepraszam. - Parker wzruszył
ramionami i wstał od stołu. - Jak się dobrze zastanowisz, zrozumiesz,
jakie to było śmieszne. Nara, lamerzy.
Ułożył kciuk i palec wskazujący w kształt litery L, po czym wyszedł
dumnym krokiem z pokoju.
- Proszę. - Hope podsunęła Jeremiahowi papierowy kubek. - Possij kostkę
lodu, to pomoże.
- Dziękuję - zdołał powiedzieć Jeremiah, ale jego głos brzmiał grubo i dziwnie. Miał wrażenie, że ma spuchnięte usta i język.
- Zazwyczaj nawet mnie śmieszą pranki Parkera - dodała Hope. - Ale tym
razem posunął się za daleko. A co, gdybyś był na przykład uczulony?
- Wszystko w porządku - zapewnił nie do końca szczerze.
Choć miał wrażenie, że jego usta nie będą już nigdy takie same, to fakt,
że Hope poświęcała mu tyle uwagi, był bardziej niż "w porządku". Czuł
się, jakby naprawdę go zauważyła, jakby choć raz wzięła stronę jego, a nie Parkera.
- Na pewno? Będziesz w stanie pracować do końca dnia? - Hope z niepokojem zmarszczyła brwi. Była urocza, nawet kiedy się martwiła.
Miło było wiedzieć, że jej zależy.
- Nic mi nie będzie. Kiedy pochłonie mnie gra, przestanę zauważać
cokolwiek dookoła.
- To mi się w tobie podoba - skomentowała Hope. - Często myślałam, że
trzeba ci postawić na biurku tabliczkę: "Nie przeszkadzać. Geniusz
pracuje".
Hope uważa, że on jest geniuszem? Jeremiah był pewien, że się
zarumienił. A może to był nadal wpływ czipsa.
- No nie wiem - odparł. - W kontaktach międzyludzkich to ty jesteś o wiele lepsza.
Hope uśmiechnęła się do niego.
- No to się uzupełniamy, nie?
Teraz już na pewno się zarumienił.
- Na to wygląda.
Co wtorek po pracy spotykał się z przyjaciółmi, Mattem i Ty'em, aby
wziąć udział w drużynowym quizie w pizzerii Leonardo's. Były to jedyne
regularne spotkania towarzyskie, w jakich brał udział.
Poznał Matta i Ty'a na studiach; wszyscy studiowali informatykę i mieli
obsesję na punkcie gier komputerowych. Spotykali się zazwyczaj u któregoś z nich w akademiku i grali całymi godzinami, pochłaniając
gazowane napoje i śmieciowe jedzenie. Zwykle każdy z nich zajmował się
własną grą na laptopie lub konsoli, ale wymieniali między sobą
wystarczająco dużo komentarzy, aby można było to uznać za spotkanie
towarzyskie. Na zajęciach z psychologii Jeremiah dowiedział się, że
kiedy maluchy bawią się w tym samym pomieszczeniu, ale nie razem, nazywa
się to zabawą równoległą. Bawiła go myśl, że z przyjaciółmi są już na
studiach, a nadal bawią się "równolegle".
Teraz nie było już o tym mowy. Byli dorośli, cała trójka, i mieli
dorosłe życie i takąż pracę. Matt był żonaty i urodził mu się synek, a Ty miał stałą dziewczynę. Mimo to spotykali się raz w tygodniu, by zjeść
pizzę, spróbować sił w quizie i pożartować tak, jak to robili na
studiach.
Jeremiah wszedł do Leonardo's i rozejrzał się po sali jadalnej
urządzonej w stylu pseudowłoskim. Na ścianach wisiały tu oprawione
zdjęcia krzywej wieży w Pizie i Koloseum, a stoły były przykryte
plastikową ceratą w biało-czerwoną kratkę. Matt i Ty byli już na miejscu
i pomachali do niego. Ty nadal wyglądał zupełnie jak na studiach - był
czarnoskóry, miał chłopięcą urodę i nosił te same co zawsze okrągłe
okulary w złotych oprawkach. Małżeństwo i ojcostwo sprawiły za to, że
Matt przybrał na wadze, jak to żartobliwie mówił, "po dziecku", miał też
pod oczami ciemne kręgi ze zmęczenia. Naprawdę zaczynał wyglądać, jakby
był czyimś ojcem.
- Hej, J - powiedział Ty, gestem zapraszając, żeby Jeremiah usiadł.
- Właśnie mówiłem, że nie wiem, na ile się przydam w dzisiejszym quizie
- oznajmił Matt, teatralnie ziewając. - Connor ząbkuje, a ja nie spałem
od trzech nocy.
- Radość ojcostwa, co? - uśmiechnął się Ty.
Matt nie odwzajemnił uśmiechu.
- Poczekaj tylko, kolego.
- Zamierzam poczekać - powiedział Ty. - Tak długo, jak się da.
Pojawiła się ta sama co zwykle kelnerka, która obrzuciła ich tylko
szybkim spojrzeniem i powiedziała:
- Ekstraduża pepperoni z pieczarkami i trzy dietetyczne oranżady?
- I tak człowiek się orientuje, że przychodzi tu za często - stwierdził
Ty. Kiedy kelnerka odeszła, zwrócił się do Jeremiaha: - A jak tam sprawy
w twojej prestiżowej pracy?
Matt i Ty pracowali w działach informatycznych dość zwykłych, nudnych
firm. Zawsze w żartobliwym tonie podkreślali, jak bardzo zazdroszczą
Jeremiahowi, że dostał pracę przy tworzeniu gier.
Coś za coś, uważał Jeremiah. Jasne, miał pracę, która brzmiała
imponująco, ale za to był sam jak palec. Ani dziewczyny, ani żony, ani
dzieci, ani nawet zwierzaka.
- Nie jest wcale aż tak prestiżowa - zaoponował. - Czasem mam wrażenie,
że ledwie utrzymujemy na powierzchni bardzo wątłą tratwę ratunkową. Mam
nadzieję, że ta gra VR będzie się sprzedawała, jak należy. Dobrze by
było, gdyby znów zaczęło się kręcić.
Pomyślał o dzisiejszym dniu w pracy, o schowanej w czipsach ostrej
niespodziance, o tym, jak Hope wzięła go w obronę i otoczyła opieką, i jak powiedziała, że się uzupełniają.
- Ale chyba coś się ruszyło z Hope - dodał. Opowiedział całą historię i zakończył pytaniem: - Co myślicie?
- Brzmi nieźle, ale nie mów Hop... - powiedział Matt i zaniósł się
zdecydowanie zbyt długo trwającym śmiechem z własnego okropnego żartu.
Ty przewrócił oczami.
- Nie zwracaj uwagi na niego i jego tatuśkowe suchary. Ja myślę, że
brzmi to, jakby jej jakoś zależało, stary. Może jeszcze nie straciła dla
ciebie głowy, ale to o uzupełnianiu się brzmi obiecująco.
- Ale bądź ostrożny, nie mów Hop - podkreślił znowu Matt.
- Chyba już ci się z tego zmęczenia mózg zlasował - zauważył Ty.
- Chyba raczej ewoluował. - Matt był z siebie bardzo zadowolony.
- Jako twój rozsądny i zdrowy na umyśle przyjaciel, w przeciwieństwie do
tego tutaj... - Ty klepnął Matta w ramię - ...uważam, że powinieneś zaprosić
ją na kawę.
- A jeśli odmówi? - Jeremiah poczuł, że ma w żołądku supeł.
- Będzie do bani, ale przynajmniej okażesz odwagę i dowiesz się, na czym
stoisz - odparł Ty. - Kto nie ryzykuje, nie pije szampana.
- I na co mi się przyda ta odwaga? Zwłaszcza że gdybym dostał kosza,
dalej będę musiał ją codziennie oglądać w pracy? - Jeremiah nie
wyobrażał sobie, jak bardzo byłoby to niezręczne. A gdyby jeszcze Parker
wywęszył, że Hope dała Jeremiahowi kosza, nigdy nie pozwoliłby mu o tym
zapomnieć.
- Widzę po twojej minie, że martwisz się o jeszcze nieistniejące
problemy - powiedział Ty. - Po prostu zaproś ją dokądś.
Matt zaczął uderzać rytmicznie w stół i skandować:
- Za-proś-ją! Za-proś-ją!
Ty przyłączył się do niego, a Jeremiah wreszcie zapewnił ze śmiechem, że
się zastanowi. Jego przyjaciele przestali jednak walić w stół jak w bęben, dopiero gdy przyniesiono pizzę.
Patrząc w łazienkowe lustro, Jeremiah przeciągnął maszynką po namydlonej
twarzy.
- To dziś. Oto nadszedł ten dzień - powiedział do swojego odbicia. -
Zrobię to. Zaproponuję jej randkę.
Opryskał podbródek ciepłą wodą, wytarł się i przeczesał włosy. Przyjrzał
się sobie uważnie, co zwykle rzadko robił. "Nieźle", uznał. Fakt, nie
był tak wymuskany ani przystojny jak Parker, ale tamten miał w sobie coś
takiego, że człowiekowi same się zaciskały pięści. Jeremiah przynajmniej
wyglądał miło.
I jest miły, przypomniał sobie. Gdyby dano mu szansę, byłby
fantastycznym chłopakiem.
Jeszcze raz użył dezodorantu, wiedząc, że z nerwów się spoci. Wycisnął
pastę do zębów na szczoteczkę, a czyszcząc zęby, przypomniał sobie
rytmiczny zaśpiew Matta i Ty, kiedy walili w stół w Leonardo's.
"Za-proś-ją! Za-proś-ją!"
Za-proś-ją!
"Musisz spróbować jak najszybciej", pouczał sam siebie. "Nie siedź jak
kołek przez cały dzień i nie próbuj się mobilizować. Zwyczajnie zapytaj,
prosto z mostu".
Wyjął telefon i napisał do Matta i Ty esemesa. Dziś ją
zapytam.
Dajesz, stary!, odpisał Matt. Ty wysłał emotkę
- kciuk w górę.
Jeremiah uśmiechnął się. Był gotowy.
Jadąc windą, trzymał kciuki, żeby udało mu się Hope samą i od razu móc z nią porozmawiać. Ale kiedy stanął w drzwiach, zobaczył, że nie miał
szczęścia.
- O, świetnie, już jest! - powiedział Parker. Stał obok Hope, która
wyglądała tak ślicznie, że aż serce człowiekowi pękało, w niebieskiej
bluzce, podkreślającej jej oczy, które wydawały się jakimś cudem jeszcze
większe i bardziej brązowe. Oboje trzymali zestawy VR.
- Cześć wam - mruknął Jeremiah, próbując ukryć rozczarowanie.
- Cześć, stary - odparł Parker. - Zastanawialiśmy się właśnie, czy
mógłbyś otworzyć dla nas salę testów i podłączyć wszystko. Chciałem
przetestować gotowe fragmenty gry, a Hope może mi pomóc.
Dokładnie odwrotnie, niż życzył sobie Jeremiah. Parker praktycznie
prosił o przywilej zamknięcia go w ciemnym pokoju sam na sam z Hope.
- Chcesz, żebym też pomógł? - zapytał Jeremiah, obawiając się jednak, że
już zna odpowiedź.
- Nie, lepiej, jeśli zostaniesz u siebie i będziesz wszystko
monitorował. - Parker wyszczerzył się ohydnie. - Myślę, że Hope może dać
cenną perspektywę z zewnątrz, bo nie pracowała przy tworzeniu gry. Może
spojrzeć na wszystko chłodnym okiem, z perspektywy gracza.
- To fakt - zgodził się Jeremiah. - No cóż, w takim razie zaraz wszystko
przygotuję.
Otworzył kartą magnetyczną salę testów i usiadł przed swoim komputerem.
Jak to się mogło stać - dziś rano czuł się tak świetnie, a teraz znalazł
się na samym dnie?
- No jak, Hopey, gotowa na przygodę? - zapytał Parker tonem zwariowanego
gospodarza teleturnieju.
I skąd w ogóle pomysł, żeby nazywać ją Hopey? Idiotycznie to brzmiało.
Jeremiahowi nie podobało się ani odrobinę.
- Pewnie - zachichotała Hope.
Zniknęli w sali testów. Parker dokładnie zamknął za nimi drzwi.
Jeremiah próbował skupić się na pracy, ale jak rzadko, nie był w stanie
tego zrobić. Było mu niedobrze. Co chwila słyszał chichoty dochodzące z sali testów i ten dziwnie intymny dźwięk sprawiał, że jego umysł
zaczynał błądzić w zdecydowanie nieprzyjemnych rejonach. "Przestań",
nakazał sobie. "Grają i tyle, to jasne, że się śmieją. Ludzie zazwyczaj
się śmieją, kiedy nagle coś ich porządnie przestraszy".
Jego mózg uparcie jednak gdybał. "A co, gdyby już nie grali? A co, gdyby
ze sobą flirtowali? A jeśli to coś więcej? Co, jeśli obleśne usta
Parkera przyciskają się do przypominających delikatny pączek warg Hope?
Jeśli jego wstrętne łapsko gładzi jej falujące, lśniące włosy?" Im
bardziej Jeremiah nie chciał sobie tego wyobrażać, tym bardziej nasuwało
mu się to na myśl.
Gdy wyszli z sali testów, cali roześmiani, był roztrzęsiony i spocony.
- Wiecie co? - powiedział. - Chyba się urwę do domu. Mam wrażenie, że
coś mnie bierze.
- Wyglądasz trochę blado. - W głosie Hope zabrzmiał niepokój.
- Czuję się równie kiepsko - odparł.
- Rany, wierzę - wtrącił Parker. - Przecież ty nigdy nie bierzesz
wolnego.
- Taa. - Jeremiah już wstał i zakładał kurtkę. - Po prostu... nie mogę
wysiedzieć.
- No to się kuruj, żebyś jutro do nas wrócił! - powiedział Parker.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki