ROZDZIAŁ 1
Widzi mnie.
Charlie opadła na czworaki. Utknęła za rzędem automatów do gry,
skurczona w wąskiej przestrzeni pomiędzy konsolami a ścianą. Pod stopami
miała poskręcane kable i bezużyteczne wtyczki. Była osaczona. Jedyną
drogę ucieczki zagradzało to coś, a ona nie była wystarczająco szybka,
by je ominąć. Patrząc w prześwity między automatami, widziała, jak stwór
krążył w tę i z powrotem. Mimo braku miejsca próbowała się cofnąć. Stopa
zaplątała jej się w kabel. Dziewczyna znieruchomiała, po czym wygięła
się, by ostrożnie się wyswobodzić.
Usłyszała uderzenie metalu o metal. Najdalszy automat zachwiał się i oparł o ścianę. Napastnik znów zadał cios, rozwalając ekran, po czym
dopadł następnej konsoli. Rozbijał je rytmicznie, rozrywał mechanizmy i wciąż się zbliżał.
Muszę się stąd wydostać, muszę! Ta paniczna myśl nie była zbyt
pomocna.
Nie było stąd ucieczki. Ramię ją bolało i miała ochotę rozpłakać się w głos. Spod wyświechtanego bandaża sączyła się krew. Miała wrażenie, że
wraz z nią opuszczają ją wszelkie siły. Wzdrygnęła się, gdy stojąca
kilka stóp od niej konsola uderzyła o ścianę. Zbliżał się. Coraz
wyraźniej słyszała zgrzyt zębatek i jeszcze głośniejsze tykanie
serwomechanizmów.
Gdy zamykała oczy, wciąż widziała jego wpatrzone w nią oczy, zmatowiałe
futro i metal wyzierający spod syntetycznego ciała.
Nagle wyszarpnął stojący przed nią automat. Maszyna przewróciła się,
rzucona jak zabawka. Kable spod jej rąk i nóg zostały wyrwane, a Charlie
poślizgnęła się i prawie upadła. Gdy złapała równowagę, uniosła wzrok i ujrzała opadający hak...
WITAMY W HURRICANE, UTAH
Charlie uśmiechnęła się krzywo na widok znaku i pojechała dalej. Chociaż
świat po drugiej stronie znaku wyglądał dokładnie tak samo, gdy go
mijała, ogarnęło ją niecierpliwe wyczekiwanie. Niczego nie poznawała. Z drugiej strony, trudno się dziwić, tak daleko od centrum była tylko
szosa i pustka.
Zastanawiała się, jak będą wyglądać pozostali. Kim teraz są. Dziesięć
lat temu byli najlepszymi przyjaciółmi. A potem stało się to i wszystko się skończyło, przynajmniej dla Charlie. Nie widziała żadnego z nich od czasu, kiedy miała siedem lat.Kiedy byli dziećmi, ciągle do
siebie pisali, zwłaszcza Marla, która pisała tak, jak mówiła - szybko i nieskładnie. Ale wraz z upływem czasu coraz bardziej się od siebie
oddalali, listy przychodziły coraz rzadziej, a rozmowy, które
doprowadziły do tej wycieczki, były zdawkowe i pełne niezręcznej ciszy.
Charlie powtórzyła ich imiona, jakby chciała się upewnić, że nadal je
pamięta: Marla. Jessica. Lamar. Carlton. John. I Michael... To właśnie
Michael był przyczyną, dla której odbywali tę podróż. Minęło dziesięć
lat od jego śmierci, dziesięć lat, od kiedy to się stało. Teraz
rodzice Michaela chcieli, aby wszyscy dawni przyjaciele chłopca zebrali
się na uroczystość, na której zostanie ufundowane stypendium jego
imienia. Charlie wiedziała, że to szlachetny cel, ale cały ten zjazd
wydawał jej się dość makabryczny. Zadrżała i zmniejszyła chłodzenie w samochodzie, chociaż wiedziała, że to nie chodziło o zimno.
Dojechawszy do centrum, zaczęła rozpoznawać kolejne miejsca - kilka
sklepów i kino, które teraz reklamowało najnowszy letni hit. Zaskoczyło
ją to, a potem uśmiechnęła się do siebie.
Czego się spodziewałaś? Że nic się tu nie zmieni? Że to będzie pomnik
chwili twojego wyjazdu, zatrzymany na zawsze lipiec 1985?
Cóż, dokładnie tego oczekiwała. Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze
kilka godzin wolnego do spotkania. Pomyślała, że mogłaby wybrać się do
kina, ale tak naprawdę wiedziała, na co ma ochotę. Skręciła w lewo i ruszyła za miasto.
Dziesięć minut później zatrzymała się i wysiadła.
Przed nią wznosił dom, którego ciemny obrys był niczym rana na tle
błękitnego nieba. Charlie oparła się o samochód, czując, jak zaczyna jej
się kręcić w głowie. Przez chwilę oddychała głęboko. Wiedziała, że on tu
będzie. Kilka lat temu zajrzała po kryjomu do ksiąg rachunkowych ciotki
i odkryła, że kredyt został spłacony, a ona nadal płaci podatek od
nieruchomości. Minęło tylko dziesięć lat. Nie było powodu, aby cokolwiek
się tu zmieniło. Charlie powoli wspięła się po schodach, patrząc na
odłażącą farbę. Trzeci stopień wciąż był obluzowany, a krzaki róż
przejęły jedną stronę ganku, wgryzając się cierniami w drewno. Drzwi
były zamknięte, ale Charlie nadal miała klucz. Właściwie to nigdy go nie
używała. Zdejmując go z szyi i wsuwając do zamka, przypomniała sobie,
jak ojciec założył jej go na szyję. Na wypadek, gdyby kiedyś był ci
potrzebny. No cóż, teraz był.
Drzwi otworzyły się z łatwością. Charlie rozejrzała się wokół. Nie
pamiętała wiele z pierwszych lat, które tu spędziła. Miała zaledwie trzy
lata i wszystkie wspomnienia zlały się w jedną plamę dziecięcego żalu i bólu. Nie rozumiała, czemu jej mama musiała odejść, nieustannie trzymała
się ojca, czując się w miarę pewnie tylko w jego obecności, gdy wtulała
się w jego flanelowe koszule i czuła zapach smaru, gorącego metalu i jego własny.
Na wprost niej znajdowały się schody, ale nie ruszyła w ich stronę.
Skręciła do salonu, w którym wszystkie meble wciąż były na swoich
miejscach. Kiedy była mała, nie zauważała, że ten dom jest trochę za
duży jak na ich meble, porozstawiane zbyt szeroko, żeby zapełnić całą tę
przestrzeń. Stolik do kawy był w zbyt dużej odległości od kanapy, by
wygodnie było do niego sięgać, a fotel stał za daleko, żeby swobodnie
porozmawiać. Na środku pokoju na drewnianej podłodze była ciemna plama,
którą Charlie szybko obeszła. Skierowała się do kuchni. W szafkach było
tylko kilka garnków, rondli i innych naczyń. Gdy Charlie była dzieckiem,
nigdy niczego nie brakowało, ale teraz poczuła, że ten niepotrzebny
ogrom domu był swego rodzaju przeprosinami, jakby jej ojciec, który
stracił tak wiele, starał się dać swojej córce wszystko, co mógł. Do
czegokolwiek się zabierał, zawsze przesadzał.
Kiedy była tu ostatnim razem, dom był ciemny i wszystko wydawało jej się
złe. Zaniesiono ją po schodach do jej pokoju, chociaż miała siedem lat i szybciej weszłaby na własnych nogach. Ale ciocia Jen weszła na ganek,
wzięła ją na ręce i zaniosła, zasłaniając jej twarz ręką, jakby była
niemowlęciem w prażącym słońcu. Postawiła Charlie na podłodze i zamknęła
za sobą drzwi do pokoju. Kazała jej spakować walizkę, a Charlie zaczęła
płakać, że do tak małej walizki nie zmieszczą jej się wszystkie rzeczy.
- Możemy wrócić po resztę później - odparła z niecierpliwością ciocia
Jen, gdy Charlie, niezdecydowana, nachylała się nad komodą, rozważając,
które koszulki zabrać.
Nigdy nie wróciły po resztę.
Charlie weszła po schodach i skierowała się do swojego starego pokoju.
Drzwi były uchylone, a gdy je otwierała, ogarnęła ją dziwna myśl: a co,
jeśli jej młodsze ja siedzi wśród zabawek, podniesie na nią wzrok i zapyta: "kim jesteś?". Weszła do środka.
Tak jak i w pozostałej części domu, tu też nic się nie zmieniło. Ściany
miały kolor bladoróżowy, a sufit, który z jednej strony opadał
gwałtownie, zgodnie z pochyłością dachu, był w tym samym kolorze. Jej
stare łóżko wciąż stało przy ścianie pod dużym oknem. Materac był cały,
ale pościel zniknęła. Okno było uchylone, a rozsypujące się koronkowe
firanki kołysały się na wietrze. Pod oknem, w miejscu, gdzie przez lata
przedostawała się woda, była ciemna wilgotna plama, zdradzając
zapuszczenie domu. Charlie weszła na łóżko i ze zgrzytem domknęła okno.
Potem zeskoczyła z materaca i odwróciła się w stronę pokoju i wytworów
jej ojca.
Podczas pierwszej nocy w domu bała się spać sama. Nie pamiętała tego,
ale ojciec opowiadał jej to tyle razy, że miała wrażenie, jakby to było
jej własne wspomnienie. Siedziała i czekała, aż do niej przyszedł, wziął
ją na ręce, przytulił i obiecał, że dopilnuje, aby już nigdy nie była
sama. Następnego ranka wziął ją za rękę i zaprowadził do garażu, po czym
zabrał się do pracy, by dotrzymać obietnicy.
Jego pierwszym wynalazkiem był fioletowy królik, teraz wypłowiały od lat
spędzonych na słońcu. Jej ojciec nadał mu imię Teodor. Zwierzak był
wielkości trzyletniego dziecka - jej ówczesnego wzrostu - miał pluszowe
futerko, lśniące oczy i elegancką czerwoną muszkę. Nie robił wiele,
machał tylko łapą, kręcił głową na boki i mówił głosem jej ojca "kocham
cię, Charlie". Ale to wystarczało, by był jej nocnym strażnikiem, kimś,
kto dotrzymywał jej towarzystwa, gdy nie mogła zasnąć. Teraz Teodor
siedział w białym wiklinowym fotelu w kącie pokoju. Charlie pomachała do
niego, ale ponieważ był wyłączony, nie odpowiedział tym samym.
Następne zabawki były bardziej skomplikowane. Niektóre działały, a inne
nie. Niektóre miały stałe usterki, a inne po prostu nie odpowiadały
dziecięcej wyobraźni Charlie. Wiedziała, że tamte ojciec zabierał z powrotem do warsztatu i wykorzystywał ich części, ale nie lubiła
patrzeć, jak je rozkłada. Natomiast te, które zachowała, które kochała,
były tu teraz i patrzyły na nią wyczekująco. Charlie uśmiechnęła się i nacisnęła guzik przy łóżku. Poddał się z trudem, ale nic nie nastąpiło.
Nacisnęła jeszcze raz, dłużej go przytrzymując, i tym razem po drugiej
stronie pokoju, ze zgrzytem metalu o metal, zaczął się poruszać
jednorożec.
Jednorożec (z jakiegoś powodu, którego już nie pamiętała, Charlie
nazwała go Stanley) był z metalu pomalowanego na lśniącą biel. Toczył
się po torze w kształcie okręgu, podrzucając i opuszczając sztywno
głowę. Tor zgrzytnął, gdy Stanley objechał róg pokoju i zatrzymał się
przy łóżku. Charlie kucnęła przy nim na podłodze i poklepała go po boku.
Lśniąca farba łuszczyła się, a łeb zardzewiał. Tylko oczy lśniły żywo
pośród rozpadu.
- Potrzebujesz malowania, Stanley - powiedziała Charlie.
Jednorożec milcząco wpatrywał się w przestrzeń.
W nogach łóżka znajdowało się koło zrobione z pospawanych razem kawałków
metalu. Zawsze uważała, że coś takiego mogłaby znaleźć w łodzi
podwodnej. Obróciła je. Przez moment stawiało opór, a potem zaczęło się
kręcić jak zwykle. Po drugiej stronie pokoju otworzyły się najmniejsze
drzwi szafy. Z wnętrza wyjechała po swoim torze Ella, lalka wielkości
dziecka, trzymająca w malutkich rączkach filiżankę i spodeczek, niczym
dar. Kraciasta sukienka Elli wciąż wyglądała świeżo, a jej skórzane
buciki z lakierowanej skóry lśniły. Wyglądało na to, że szafa uchroniła
ją przed niszczycielską wilgocią.
W czasach, gdy Charlie była tego samego wzrostu co Ella, miała
identyczną sukienkę.
- Cześć, Ello - rzekła cicho. Kiedy koło się rozkręciło, Ella powróciła
do swojej szafy, a za nią zamknęły się drzwi.
Charlie poszła jej śladem. Szafy zostały zbudowane tak, by pasowały do
pochyłości dachu i było ich trzy. W najmniejszej, mającej jakiś metr
wysokości, mieszkała Ella, następna była o jakieś trzydzieści pięć
centymetrów wyższa, a trzecia, najbliżej drzwi do pokoju, była tej samej
wysokości co pokój. Charlie uśmiechnęła się do pewnego wspomnienia.
- Czemu masz trzy szafy? - zapytał John, gdy odwiedził ją po raz
pierwszy. Spojrzała na niego zdziwiona, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Bo tyle ich jest - odparła w końcu. Wskazała obronnym gestem
najmniejszą. - Ta i tak należy do Elli. - dodała. A John, zadowolony,
skinął głową.
Charlie potrząsnęła głową i otworzyła drzwi środkowej szafy, a raczej
próbowała otworzyć. Gałka nie dawała się przekręcić - było zamknięte.
Dziewczyna szarpnęła ją kilka razy, ale bez większego przekonania. Wciąż
kucając, spojrzała na najwyższą szafę, szafę "dużej dziewczynki", do
której pewnego dnia miała dorosnąć.
Będzie ci potrzebna dopiero jak urośniesz. Tak mawiał jej tata, ale
ten dzień nigdy nie nadszedł.
Drzwi były lekko uchylone, ale Charlie ich nie ruszała. Nie otworzyły
się. Poddały się czasowi.
Kiedy się podnosiła, zauważyła coś błyszczącego wystającego spod
krawędzi zamkniętych drzwi środkowej szafy. Nachyliła się, by to
podnieść. Wyglądało jak odłamany kawałek płytki obwodu drukowanego.
Uśmiechnęła się delikatnie. Swego czasu nakrętki, śruby, żelastwo i najróżniejsze części walały się po całym domu. Jej ojciec zawsze miał
jakieś części zamienne w kieszeniach. Trzymał coś, nad czym akurat
pracował, odkładał, zapominał, co z tym zrobił, albo jeszcze gorzej,
chował "dla bezpieczeństwa" i nigdy więcej nie mógł tego znaleźć. Na
obwodzie był też jej włos. Odwinęła go ostrożnie z malutkiego kawałka
metalu, do którego się przykleił.
W końcu, jakby próbowała to opóźnić, Charlie przeszła przez pokój i podniosła Teodora. Na plecach nie spłowiał tak bardzo jak z przodu i wciąż miał kolor głębokiego fioletu, który pamiętała. Nacisnęła guzik na
jego szyi, ale ani drgnął. Futerko miał wytarte, jedno ucho zwisało na
ostatnim sparciałym szwie, a przez dziurę widziała zielony plastik jego
płytki obwodu. Charlie wstrzymała oddech, wsłuchując się w coś.
- Ko-am-ie - powiedział królik urywanym, ledwo słyszalnym głosem.
Charlie odłożyła zwierzątko. Twarz ją paliła, a w piersi coś ścisnęło.
Tak naprawdę nie spodziewała się, że jeszcze usłyszy głos swojego ojca.
Też cię kocham.
Rozejrzała się po pokoju. Kiedy była dzieckiem, był to jej własny
magiczny świat i bardzo go broniła. Tylko kilkoro wybranych przyjaciół
miało tu prawo wstępu.
Podeszła do łóżka i znów uruchomiła Stanleya. Wyszła, zamykając za sobą
drzwi, nim mały jednorożec się zatrzymał.
Wyszła tylnymi drzwiami na podjazd i podeszła do garażu, w którym jej
ojciec miał kiedyś warsztat. Kilka kroków od niej, zagrzebany w żwirze,
tkwił kawałek metalu. Charlie podniosła go. Składał się z dwóch
ruchomych części. Uśmiechnęła się, wyginając go w tę i z powrotem.
Staw łokciowy. Ciekawe, do kogo miał należeć.
Tak wiele razy stała w tym właśnie miejscu. Zamknęła oczy i ogarnęły ją
wspomnienia. Znów była małą dziewczynką. Siedziała na podłodze w warsztacie ojca, bawiąc się kawałkami drewna i metalu, jakby to były
klocki. Próbowała z nich wybudować wieżę. W warsztacie było gorąco,
pociła się, a do jej nóg, ubranych w szorty i tenisówki, przylepiał się
brud. Prawie czuła ostry, metaliczny zapach lutownicy. Ojciec był obok,
zawsze w zasięgu wzroku, i pracował nad jednorożcem Stanleyem.
Głowa Stanleya była jeszcze niedokończona - z jednej strony była biała,
lśniąca i przyjazna, a błyszczące brązowe oko sprawiało wrażenie, jakby
mogło widzieć. Z drugiej składała się z płytek drukowanych i metalowych
części. Ojciec spojrzał na nią i uśmiechnął się, a ona odpowiedziała
pełnym miłości uśmiechem. W ciemnym kącie za ojcem, ledwie widoczny,
wisiał kłąb metalowych kończyn, poskręcany szkielet o płonących
srebrnych oczach. Co jakiś czas wzdrygał się dziwnie. Charlie starała
się w tamtą stronę nie patrzeć, ale kiedy jej ojciec pracował, a ona
bawiła się swoimi prowizorycznymi zabawkami, jej wzrok co chwilę wracał
w tamto miejsce. Powykręcane kończyny zdawały się z niej drwić, jakby to
był jakiś upiorny błazen, a zarazem było w nich coś, co sugerowało
okropny ból.
- Tatusiu? - odezwała się Charlie, ale ojciec nie odrywał się od pracy.
- Tatusiu? - powtórzyła głośniej.
Tym razem odwrócił się do niej powoli, jakby nie do końca wiedział, co
się wokół dzieje.
- Co się stało, kochanie?
Wskazała metalowy szkielet.
Czy on cierpi? Chciała zapytać, ale kiedy spojrzała w oczy swojego
ojca, uświadomiła sobie, że nie da rady. Potrząsnęła głową.
- Nic.
Skinął jej i z nieobecnym uśmiechem wrócił do pracy. Za jego plecami
stwór znów wzdrygnął się okropnie, a jego oczy dalej płonęły.
Charlie zadrżała i skupiła się na teraźniejszości. Rozejrzała się wokół.
Nie czuła się dobrze tak na widoku. Spojrzała w dół i zauważyła na ziemi
coś dziwnego - trzy rowki w dość dużych odstępach od siebie. Uklękła i,
rozmyślając, przesunęła po jednym z nich palcem. Żwir był rozsypany, a wyżłobienia głębokie.
Jakiś statyw do aparatu?
To była pierwsza obca rzecz, jaką tu zobaczyła. Drzwi do warsztatu były
zachęcająco uchylone, a mimo to nie miała ochoty tam wchodzić. Szybko
wróciła do samochodu, ale gdy usiadła za kierownicą, zamarła. Nie było
kluczyków. Pewnie wypadły jej z kieszeni gdzieś w głębi domu.
Wróciła po swoich śladach, ledwie zaglądając do salonu i kuchni, po czym
skierowała się do swojego pokoju. Kluczyki leżały na wiklinowym fotelu,
obok królika Teodora. Wzięła je i podrzucała przed chwilę, nie mogąc się
zdecydować, by już stamtąd wyjść. Usiadła na łóżku. Jednorożec Stanley
stał obok, jak zawsze, a ona zaczęła go odruchowo głaskać po głowie. Gdy
była na zewnątrz, zapadł zmrok i w pokoju zrobiło się dość ciemno. Bez
słonecznego blasku zniszczenia i rozpad zabawek stały się bardziej
widoczne. Oczy Teodora już nie lśniły, a jego cienkie futro i naderwane
ucho nadawały mu wygląd chorego włóczęgi. Kiedy spojrzała na Stanleya,
rdza wokół oczu sprawiła, że wyglądał, jakby były puste, a jego obnażone
zęby, które zawsze przypominały jej uśmiech, zamieniły się w upiorny,
wszechwiedzący grymas czaszki. Charlie wstała ostrożnie, by go nie
dotknąć, i ruszyła do drzwi. Zahaczyła nogą o koło przy łóżku, potknęła
się o tory i upadła. Rozległ się warkot, a gdy uniosła głowę, przed jej
nosem pojawiły się stópki w lśniących skórzanych bucikach. Podniosła
wzrok. Nad nią stała Ella, cicha i nieproszona, a jej szklane oczy
zdawały się widzieć. Filiżanka i spodeczek sterczały sztywno z jej rąk.
Charlie podniosła się ostrożnie, by nie potrącić lalki. Wyszła z pokoju,
uważając, aby nie uruchomić więcej zabawek. W tym czasie Ella wróciła do
swojej szafy.
Charlie zbiegła po schodach, pragnąc jak najszybciej się stąd oddalić. W samochodzie trzy razy próbowała trafić kluczykami w stacyjkę, nim
wreszcie jej się udało. Gwałtownie cofając autem, przejechała przez
pomyłkę po trawniku, po czym szybko odjechała. Jakieś dwa kilometry
dalej zjechała na pobocze i wyłączyła silnik. Wpatrywała się niewidzącym
wzrokiem w dal. Z trudem opanowała oddech. Przestawiła lusterko wsteczne
tak, by móc się w nim przejrzeć.
Zawsze spodziewała się, że zobaczy na swojej twarzy ból, złość i smutek,
ale nigdy ich tam nie było. Miała różowe policzki, a okrągła twarz była
jak zawsze wesoła. Podczas pierwszych tygodni u cioci Jen słyszała wciąż
te same słowa, gdy ciocia przedstawiała ją znajomym:
- Jakie piękne dziecko. Jakie wesołe. - Charlie zawsze wyglądała tak,
jakby miała się zaraz uśmiechnąć. Duże brązowe oczy lśniły radośnie, a wąskie usta były gotowe wygiąć się w uśmiechu, nawet jeśli chciało jej
się płakać. Cóż za sprzeczność. Przeczesała jasnobrązowe włosy ręką,
jakby to miało sprawić, że magicznie opanuje niesforne loczki, po czym
poprawiła z powrotem lusterko.
Odpaliła silnik i włączyła radio z nadzieją, że muzyka przywróci ją do
rzeczywistości. Przełączała kolejne stacje, nie słysząc właściwie, co
grają, aż w końcu zdecydowała się na audycję, w której prowadzący zdawał
się protekcjonalnie krzyczeć na swoich słuchaczy. Nie miała pojęcia, o czym mówił, ale ten arogancki, denerwujący ton wystarczył, by skupiła
się na tu i teraz. Wyświetlacz w samochodzie zawsze pokazywał złą
godzinę, więc spojrzała na zegarek na ręku. Zbliżała się pora spotkania
z przyjaciółmi w knajpce nieopodal centrum miasta, którą wybrali
wspólnie.
Charlie wjechała na drogę, a przemowa rozzłoszczonego spikera koiła jej
umysł. Kiedy dotarła do restauracji, zatrzymała się na parkingu, ale nie
gasiła silnika. Panoramiczne okno knajpki pozwalało jej zajrzeć do
środka. Chociaż Charlie nie widziała swoich przyjaciół od lat,
wystarczył moment, by rozpoznała ich za szybą.
Najłatwiej było wypatrzeć Jessicę. Zawsze załączała do listów zdjęcia, a teraz wyglądała dokładnie tak, jak na ostatnim. Nawet gdy siedziała,
widać było, że jest znacznie wyższa od obu chłopców. I bardzo chuda.
Miała na sobie luźną białą koszulę i wyszywaną kamizelkę, a na
lśniących, sięgających ramion brązowych włosach kapelusz z rondem, do
którego przyczepiła olbrzymi kwiat, który zdawał się przeważać całą
konstrukcję. Mówiąc, gestykulowała energicznie.
Naprzeciwko niej siedziało dwóch chłopaków. Carlton wyglądał jak starsza
wersja swojej rudowłosej osoby sprzed lat. Wciąż miał trochę dziecinną
twarz, ale rysy mu się wyostrzyły, a ufryzowane włosy trzymały się
dzięki jakiemuś magicznemu środkowi do układania. Był prawie ładny, jak
na chłopaka. Miał na sobie koszulkę gimnastyczną, chociaż pewnie w życiu
nie ćwiczył. Rozciągnął się na stole, podpierając rękami podbródek. Obok
niego, najbliżej okna, siedział John. John był typem dziecka, które
brudziło się, zanim jeszcze zdążyło wyjść na dwór, miało ubranie
upaprane farbą, zanim jeszcze nauczyciel rozdał akwarele, plamy z trawy,
zanim doszło na plac zabaw i brud pod paznokciami zaraz po umyciu rąk.
Charlie wiedziała, że to on, bo to musiał być on, ale wyglądał zupełnie
inaczej. Dziecięcy brud zastąpiony został czymś czystym i eleganckim.
John miał na sobie świeżo wyprasowaną jasnozieloną koszulę z podwiniętymi rękawami i rozpiętym kołnierzykiem, by nie wyglądać zbyt
sztywno. Rozsiadł się, pewny siebie, i z zaciekawieniem kiwał głową,
najwyraźniej pochłonięty opowieścią Jessiki. Jedyne, co pozostało z dawnego Johna, to jego włosy, sterczące we wszystkie strony, a do tego
miał cień zarostu, dorosłą, śmiałą wersję brudu, którym był pokryty jako
dziecko.
Charlie uśmiechnęła się do siebie. W dzieciństwie była jakby zauroczona
Johnem, zanim któreś z nich zrozumiało, co to właściwie znaczy.
Częstował ją ciasteczkami ze swojego pudełka na drugie śniadanie z obrazkiem transformerów, a raz w przedszkolu wziął na siebie winę, gdy
stłukła słój z różnokolorowymi koralikami na plastykę. Pamiętała tę
chwilę, gdy słoik wyślizgnął jej się z ręki i obserwowała, jak spadał. I tak nie zdołałaby go złapać, ale nawet nie próbowała. Chciała zobaczyć,
jak pęka. Szkło uderzyło w drewnianą podłogę i rozsypało się na tysiące
kawałeczków, a wśród nich lśniły kolorowe koraliki. To było takie
piękne. A potem się rozpłakała. John dostał pisemne upomnienie dla
rodziców, a gdy Charlie mu podziękowała, puścił do niej oko i z ironią
pasującą bardziej do kogoś starszego powiedział tylko: "Za co?".
Od tego czasu John miał prawo wstępu do jej pokoju. Pozwalała mu się
bawić Stanleyem i Teodorem, z niepokojem obserwując, jak po raz pierwszy
naciskał guziki i uruchamiał zabawki. Byłaby załamana, gdyby mu się nie
spodobały, bo instynktownie czuła, że wtedy miałaby o nim gorsze zdanie.
Zabawki były jej rodziną. Ale John od razu się nimi zachwycił. Kochał
jej mechaniczne maskotki, a więc ona mogła kochać jego. Dwa lata
później, za drzewem obok warsztatu ojca, prawie pozwoliła mu się
pocałować. A potem stało się to i wszystko się skończyło. Przynajmniej
dla Charlie.
Otrząsnęła się, by wrócić do rzeczywistości. Znów spojrzała na elegancki
stój Jessiki, a potem na siebie. Fioletowa koszulka, dżinsowa kurtka,
czarne dżinsy i glany. Rano wydawało jej się, że to dobry wybór, ale
teraz pożałowała, że nie zdecydowała się na coś innego. Przecież zawsze
tak się ubierasz. Zaparkowała i zamknęła samochód, chociaż ludzie w Hurricane zwykle tego nie robili. A potem ruszyła do knajpy, by po raz
pierwszy od dziesięciu lat spotkać się z przyjaciółmi.
Gdy weszła, uderzyły ją ciepło, hałas i światło. Ogłuszyło ją to na
moment, ale Jessica zauważyła ją w drzwiach i krzyknęła jej imię.
Charlie uśmiechnęła się i ruszyła w ich stronę.
- Cześć - powiedziała niepewnie, spoglądając na nich, ale nie nawiązując
pełnego kontaktu wzorkowego.
Jessica przesunęła się po czerwonej kanapie i poklepała miejsce obok
siebie.
- Siadaj - rzekła. - Właśnie opowiadałam Johnowi i Carltonowi o moim
efektownym życiu - mówiąc to, przewróciła oczami, jakby chciała zarazem
okazać skromność i dać do zrozumienia, że jej życie jest naprawdę
pasjonujące.
- Wiesz, że Jessica mieszka w Nowym Jorku? - zapytał Carlton.
Mówił z pewną ostrożnością, jakby przed wypowiedzeniem słów zastanawiał
się nad nimi. John milczał, ale uśmiechnął się niepewnie do Charlie.
Jessica znów przewróciła oczami, a Charlie przypomniała sobie nagle, że
dziewczyna miała to w zwyczaju jeszcze wtedy, gdy byli dziećmi.
- Carlton, w Nowym Jorku mieszka osiem milionów ludzi. To nie jest
wielkie osiągnięcie - odezwała się Jessica.
Carlton wzruszył ramionami.
- Ja nigdy nigdzie nie byłem - stwierdził.
- Nie wiedziałam, że nadal tu mieszkasz - powiedziała Charlie.
- A gdzie miałbym mieszkać? Moja rodzina żyje tu od tysiąc osiemset
dziewięćdziesiątego szóstego - dodał niższym głosem, udając swojego
ojca.
- Naprawdę? - zapytała Charlie.
- Nie wiem - odparł już własnym głosem Carlton. - Możliwe. Dwa lata temu
tata ubiegał się o fotel burmistrza. Wiecie, przegrał, ale kto u licha
kandyduje na burmistrza? - skrzywił się. - Jak tylko skończę osiemnaście
lat, to przysięgam, zmywam się stąd.
- I gdzie pojedziesz? - zapytał John, patrząc poważnie na kolegę.
Carlton spojrzał mu w oczy, przez moment równie poważny. Nagle odwrócił
się i wskazał za okno, przymykając jedno oko, jakby namierzał cel. John
uniósł brew i spojrzał w stronę wskazywaną przez Carltona. Charlie także
próbowała dostrzec, co pokazuje. Carlton nic nie wskazywał. John
otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Carlton mu przerwał.
- Albo... - rzekł, wskazując w drugą stronę.
- No dobra. - John podrapał się w głowę, zmieszany. - Czyli
gdziekolwiek? - Zaśmiał się.
- A gdzie pozostali? - zapytała Charlie. Wyjrzała przez okno na parking,
oczekując kolejnych osób.
- Jutro - rzucił John.
- Przyjadą jutro rano - wyjaśniła Jessica. - Marla przywozi swojego
braciszka. Wyobrażasz to sobie?
- Jasona? - Charlie uśmiechnęła się.
Pamiętała Jasona jako zawiniątko z koca, z którego wystawała malutka
czerwona twarzyczka.
- No wiecie, na co komu kręcące się pod nogami dziecko? - Jessica
poprawiła kapelusz.
- Jestem pewna, że nie jest już dzieckiem. - Charlie pohamowała śmiech.
- No to prawie - odparła Jessica. - W każdym razie zarezerwowałam nam
pokój w motelu przy autostradzie. Nic innego nie mogłam znaleźć. Chłopcy
zatrzymali się u Carltona.
- Świetnie - stwierdziła Charlie.
Była pod wrażeniem zorganizowania Jessiki, ale wcale jej się ten pomysł
nie podobał. Nie miała najmniejszej ochoty dzielić pokoju z Jessicą,
która wydawała jej się zupełnie obca. Onieśmielała ją - lśniąca i idealna, mówiąca tonem, który sugerował, że nad wszystkim panuje.
Charlie rozważała przez moment, czy nie wrócić na noc do swojego starego
domu, ale na samą myśl przeszedł ją dreszcz. W nocy ten dom nie należał
już do świata żywych.
Nie dramatyzuj - skarciła samą siebie.
Głos zabrał John. Jego sposób mówienia przykuwał uwagę, pewnie dlatego,
że odzywał się rzadziej niż pozostali. Przez większość czasu słuchał,
ale nie z powściągliwości. Zbierał informacje i mówił tylko wtedy, gdy
miał ochotę podzielić się swoją wiedzą albo sarkazmem. A często jednym i drugim naraz.
- Czy ktoś wie, co się będzie jutro działo?
Zapadła cisza, którą wykorzystała kelnerka, by przyjąć od nich
zamówienie. Charlie szybko otworzyła kartę, ale nie mogła skupić wzroku
na tekście. Jej kolej na złożenie zamówienia przyszła zdecydowanie za
szybko. Zamarła.
- Em... jajka - powiedziała w końcu.
Ponieważ kelnerka nie odwracała od niej stanowczego spojrzenia,
uświadomiła sobie, że jeszcze nie skończyła.
- Jajecznica. Z pszenicznym tostem - dodała. Kobieta odeszła.
Charlie znów spojrzała na kartę. Nienawidziła tego w sobie. Kiedy ktoś
ją zaskakiwał, traciła poczucie tego, co się wokół niej dzieje. Ludzie
byli niezrozumiali, a ich żądania obce.
Zamówienie kolacji nie powinno być takie trudne.
Pozostali wrócili do rozmowy, więc skupiła się na nich, czując, że
zgubiła wątek.
- Co my w ogóle mamy powiedzieć jego rodzicom? - zapytała Jessica.
- Carlton, widujesz ich czasem? - dodała Charlie.
- Nie bardzo - odparł. - Chyba tylko przypadkiem. Czasami.
- Dziwię się, że zostali w Hurricane - odezwała się Jessica z dezaprobatą światowca.
A mieli inne wyjście? - pomyślała Charlie.
Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Musieli po cichu żywić nadzieję, że
jednak wróci do domu, bez względu na to, jak bardzo ta myśl była
nieprawdopodobna. Nie mogli zostawić jedynego domu, który znał Michael.
To by znaczyło, że w końcu naprawdę się poddali. Może o to właśnie
chodziło w tym stypendium - to było przyjęcie do wiadomości, że on
naprawdę nie wróci.
Charlie była w pełni świadoma tego, że byli w miejscu publicznym, gdzie
nie wypadało rozmawiać o Michaelu. W pewnym sensie byli zarówno osobami
zainteresowanymi, jak i postronnymi. Byli bliżsi Michaelowi, pewnie
bardziej niż ktokolwiek inny w całej restauracji, ale z pominięciem
Carltona nie mieszkali już w Hurricane. To nie było ich miejsce.
Zobaczyła, jak łzy kapią na papierową serwetkę, zanim jeszcze je
poczuła. Szybko otarła oczy, schylając głowę z nadzieją, że nikt tego
nie zauważy. Kiedy podniosła wzrok, John zdawał się przyglądać sztućcom,
ale Charlie wiedziała, że widział. Była mu wdzięczna, że nie próbował
jej pocieszać.
- John, nadal piszesz? - zapytała Charlie.
Kiedy mieli jakieś sześć lat, John ogłosił, że jest "autorem", jako że
nauczył się czytać i pisać, gdy miał cztery lata, o rok wcześniej niż
pozostali. W wieku lat siedmiu napisał swoją pierwszą "powieść", i ten
pełen błędów ortograficznych i tajemniczych ilustracji twór wciskał
przyjaciołom i rodzinie, żądając recenzji. Charlie pamiętała, że dała mu
tylko dwie gwiazdki.
John roześmiał się na te słowa.
- Obecnie piszę już "e" w dobrą stronę - odparł. - Nie wierzę, że o tym
pamiętasz, ale owszem. Piszę. - Urwał, wyraźnie pragnąc coś dodać.
- A co takiego? - zagadnął Carlton, a John spuścił wzrok, jakby
przemawiał do stołu.
- Och, głównie opowiadania. Rok temu jedno z nich zostało opublikowane.
To znaczy, tylko w czasopiśmie, wiecie, to nic takiego.
Gdy każde z nich wydawało pełne wrażenia okrzyki, znów uniósł głowę,
zawstydzony, ale i zadowolony.
- O czym było to opowiadanie? - zapytała Charlie.
John zawahał się, ale zanim zdążył coś powiedzieć, pojawiła się kelnerka
z jedzeniem. Wszyscy wybrali coś z menu śniadaniowego: kawę, jajka i bekon, a Carlton naleśniki z borówkami. Kolorowe jedzenie wyglądało tak
optymistycznie, zupełnie jak nowy początek dnia. Charlie ugryzła tost i przez chwilę wszyscy jedli w ciszy.
- Carlton - odezwał się nagle John. - A w ogóle to co się stało z Freddym?
Zapadła cisza. Carlton spojrzał z niepokojem na Charlie, a Jessica
zapatrzyła się w sufit. John zaczerwienił się, a Charlie odezwała się
szybko:
- Spokojnie, Carlton. Ja też chciałabym wiedzieć.
Carlton wzruszył ramionami, dziobiąc nerwowo naleśniki widelcem.
- Zabudowali go - powiedział.
- Co tam zbudowali? - zapytała Jessica.
- Jest tam teraz coś nowego? Nadbudowali go, czy po prostu zburzyli? -
zapytał John.
Carlton znów wzruszył ramionami, gwałtownie, jakby to był jakiś tik
nerwowy.
- Jak już mówiłem, nie wiem. Jest za daleko od drogi, by coś zobaczyć, a nie zapuszczałem się w tamtą stronę. Mogli to komuś wydzierżawić, ale
nie wiem, co dalej. Od lat jest zagrodzone, w budowie. Nie wiadomo
nawet, czy budynek jeszcze tam stoi.
- Czyli może tam wciąż być? - zapytała Jessica, a oczy zalśniły jej z ciekawości.
- Jak już mówiłem, nie wiem - odparł Carlton.
Charlie poczuła nagle, że światła restauracji są zbyt mocne. Czuła się
odsłonięta. Ledwie tknęła jedzenie, ale wstała z kanapy, wyciągnęła z kieszeni kilka pogniecionych banknotów i rzuciła je na stół.
- Wyjdę na chwilę - rzekła. - Przerwa na dymka - dodała szybko.
Przecież nie palisz. Skarciła się za głupie kłamstwo, kierując się do
drzwi i przepychając się obok czteroosobowej rodziny bez słowa
"przepraszam". Na zewnątrz było chłodno. Podeszła do swojego samochodu i usiadła na masce. Metal ugiął się trochę pod jej ciężarem. Zamknęła oczy
i łapała głębokie hausty powietrza, jakby to była woda.
Wiedziałaś, że ten temat się pojawi. Wiedziałaś, że będziesz musiała o tym rozmawiać. Nie mogła pozbyć się tej myśli.
Przez całą drogę nad tym pracowała, starała się przypomnieć sobie wesołe
wspomnienia, uśmiechać się i mówić "pamiętacie, jak...?". Myślała, że jest
na to gotowa. Ale oczywiście się myliła. Bo niby czemu uciekła z restauracji jak jakiś dzieciak?
- Charlie?
Otworzyła oczy. Przed nią stał John. W wyciągniętej ręce trzymał jej
kurtkę.
- Zapomniałaś kurtki - powiedział, a ona zmusiła się do uśmiechu.
- Dzięki - odparła.
Zarzuciła kurtkę na ramiona i przesunęła się, robiąc dla Johna miejsce
na masce samochodu.
- Przepraszam - powiedziała.
W słabym świetle parkingu widziała, jak się zarumienił. Usiadł na masce,
pozostawiając między nimi sporo miejsca.
- Nie nauczyłem się, żeby najpierw myśleć, a potem mówić. Przepraszam. -
John zapatrzył się w przelatujący nad nimi samolot.
Charlie uśmiechnęła się, tym razem szczerze.
- Nie szkodzi. Wiedziałam, że temat się pojawi. Musiał. Po prostu... wiem,
że to zabrzmi głupio, ale nigdy o tym nie myślę. Nie pozwalam sobie.
Nikt nie wie, co się stało, poza moją ciotką, a my nigdy o tym nie
rozmawiamy. No i przyjeżdżam tutaj, a temat nagle jest wszędzie. Po
prostu byłam zaskoczona.
- Oho. - John wskazał na drzwi restauracji, w której stali niepewnie
Jessica i Carlton.
Charlie skinęła, by podeszli bliżej.
- Pamiętacie, jak u Freddy'ego zacięła się karuzela, a Marla i ten
chłopak Billy musieli jeździć w kółko, dopóki rodzice ich nie zdjęli? -
odezwała się Charlie.
John zaśmiał się, a na ten dźwięk i ona się uśmiechnęła.
- Byli zupełnie czerwoni, płakali jak małe dzieci. - Zasłoniła twarz,
czując wyrzuty sumienia, że ją to śmieszy.
Zapadła krótka, pełna zaskoczenia cisza, a potem Carlton wybuchnął
śmiechem.
- A potem Marla go obrzygała!
- Sprawiedliwość jest słodka! - odezwała się Charlie.
- Prawdę mówiąc, myślę, że to były raczej nachosy - dodał John.
Jessica zmarszczyła nos.
- Obrzydliwość. Po tym wypadku nigdy więcej na niej nie jeździłam.
- Jessico, wyluzuj, przecież ją wyczyścili - powiedział Carlton. -
Jestem pewien, że dzieciaki co chwilę gdzieś tam wymiotowały. Te znaki
ostrzegające o mokrej podłodze nie brały się z niczego, prawda, Charlie?
- Na mnie nie patrz - odparła dziewczyna. - Ja nigdy nie wymiotowałam.
- Spędzaliśmy tam tyle czasu! Nie ma to jak znać córkę właściciela -
powiedziała Jessica, udając, że spogląda na nią oskarżycielsko.
- Nie odpowiadam za to, kim był mój tata! - roześmiała się Charlie.
Jessica zamyśliła się na chwilę, po czym dodała.
- No wiesz, czy można sobie wyobrazić lepsze dzieciństwo niż całe dnie w Pizzerii Miśka Freddy'ego?
- Nie wiem - rzucił Carlton. - Myślę, że przez lata przywykłem do tej
muzyki. - Zanucił kilka taktów znajomej melodii.
Charlie nachyliła się do niego, przypominając sobie utwór.
- Uwielbiałam te zwierzęta - odezwała się nagle Jessica. - Właściwie to
jak powinno się je określać? Zwierzęta, roboty, maskotki?
- Chyba wszystkie do nich pasują. - Charlie odchyliła się.
- Tak czy inaczej, lubiłam rozmawiać z królikiem. Jak on się nazywał?
- Bonnie - odparła Charlie.
- Tak - mówiła dalej Jessica. - Żaliłam mu się na rodziców. Wydawało mi
się, że patrzył na mnie ze zrozumieniem.
Carlton wybuchnął śmiechem.
- Terapia animatroniczna! Polecana przez sześcioro na siedmioro
wariatów.
- Zamknij się - warknęła Jessica. - Wiedziałam, że nie był prawdziwy. Po
prostu lubiłam do niego mówić.
Charlie uśmiechnęła się.
- Pamiętam to - powiedziała.
Jessica w swoich ślicznych sukieneczkach, z włosami związanymi w dwa
grube warkocze, jak dziewczynka ze starej książki, podchodząca do sceny
po zakończonym przedstawieniu i szepcząca coś z powagą do
animatronicznego królika wielkości człowieka. Jeśli ktoś się do nich
zbliżył, natychmiast milkła, czekając, aż zostanie sam na sam ze
zwierzakiem, by znów zacząć mu coś opowiadać. Charlie nigdy nie
przemawiała do zwierząt w restauracji ojca ani nie czuła z nimi
bliskości, jak inne dzieci. Lubiła je, ale one należały do wszystkich. W domu miała własne zabawki, mechanicznych przyjaciół, którzy należeli
tylko do niej.
- Lubiłem Freddy'ego - stwierdził John. - Wydawał mi się najfajniejszy.
- Wiecie, niektórych rzeczy z dzieciństwa w ogóle nie pamiętam -
powiedział Carlton. - Ale przysięgam, że gdy zamknę oczy, widzę każdy
szczegół tego miejsca. Nawet gumę do żucia, którą przyklejałem pod
blatami.
- Gumę? To były smarki. - Jessica odstąpiła o krok od Carltona.
Uśmiechnął się szeroko.
- Miałem siedem lat. Czego ode mnie chcesz? Wtedy wszyscy się mnie
czepialiście. Pamiętasz, jak Marla napisała na zewnętrznej ścianie
"Carlton śmierdzi jak stopy"?
- No bo tak cię było czuć. - Jessica wybuchnęła śmiechem.
Carlton wzruszył tylko ramionami.
- Kiedy nadchodziła pora powrotu do domu, zwykle próbowałem się gdzieś
schować. Chciałem tam zostać na noc, żeby mieć to wszystko dla siebie.
- Właśnie, zawsze na ciebie czekaliśmy - powiedział John. - A ty zawsze
chowałeś się pod tym samym stołem.
- Czasami mam wrażenie, że pamiętam każdy centymetr tego miejsca, jak
Carlton - odezwała się powoli Charlie, a wtedy wszyscy spojrzeli na nią,
jakby właśnie na to czekali. - A czasami prawie wcale go nie pamiętam.
Tylko fragmenty. Na przykład pamiętam karuzelę i to, jak się zacięła.
Pamiętam rysowanie po matach. Takie różne drobiazgi: jedzenie tłustej
pizzy, przytulanie się do Freddy'ego w lecie i to, jak jego żółte futro
przyklejało mi się do ubrań. Ale wiele z tych rzeczy to takie obrazy,
jakby przydarzyły się komu innemu.
Wszyscy patrzyli na nią dziwnie.
- Freddy był brązowy, prawda? - Jessica spojrzała pytająco na
pozostałych.
- Wygląda na to, że naprawdę marnie to wszystko pamiętasz - zaśmiał się
Carlton, a Charlie odpowiedziała tym samym.
- No jasne, chodziło mi o brązowy - powiedziała.
Brązowy. Freddy był brązowy.
Oczywiście, że tak. Teraz sobie przypomniała. Ale gdzieś wśród wspomnień
tliło się wrażenie, że było coś jeszcze.
Carlton zaczął opowiadać o czym innym. Charlie próbowała się skupić na
jego słowach, ale coś ją męczyło. Niepokoiło w związku z jej pomyłką.
To było dziesięć lat temu. Nie możesz mieć demencji w wieku siedemnastu
lat. - powiedziała sobie, ale przecież to była taka podstawowa sprawa,
a ona ją pomyliła. Kątem oka zauważyła, że John przygląda jej się z zamyśloną miną, zupełnie jakby powiedziała coś ważnego.
- Naprawdę nie wiesz, co się z tym stało? - zapytała Carltona
gwałtowniej, niż planowała.
Zamilkł zaskoczony.
- Przepraszam - zawołała Charlie. - Przepraszam, nie chciałam ci
przerywać.
- Nie szkodzi - odparł. - Ale tak, a raczej nie, naprawdę nie wiem, co
się stało.
- Jakim cudem? Przecież tutaj mieszkasz.
- Charlie, przestań - odezwał się John.
- Wiesz, nie kręcę się po tamtej stronie miasta. Wszystko się zmieniło.
Miasto się rozrosło - powiedział spokojnie Carlton, jakby nieporuszony
jej wybuchem. - I naprawdę nie szukam pretekstów, żeby tam chodzić,
wiesz? Bo po co? Już nie ma powodów.
- Moglibyśmy się tam wybrać - zawołał nagle John, a Charlie serce na
moment zamarło.
Carlton z niepokojem spojrzał na Charlie.
- Co? To naprawdę ruina. I nie wiem nawet, czy zdołamy się tam dostać.
Charlie poczuła, że kiwa głową. Miała wrażenie, jakby przez cały dzień
przygniatały ją wspomnienia, jakby wszystko widziała przez pryzmat lat,
a teraz nagle stała się czujna, a jej umysł w pełni rozbudzony. Chciała
tam iść.
- Chodźmy - powiedziała. - Nawet jeśli tam już nic nie ma. Chcę to
zobaczyć.
Wszyscy milczeli.
Nagle John uśmiechnął się zuchwale i powiedział z przekonaniem:
- Pewnie. Chodźmy.
ROZDZIAŁ 2
Charlie zatrzymała samochód, czując, jak
żwir ugina się pod oponami, i zgasiła silnik. Wysiadła i rozejrzała się
wokół. Niebo przybrało granatowy odcień, a ostatnie promienie
zachodzącego słońca ginęły za horyzontem.
Parking był niewyasfaltowany, a przed nimi rozciągała się upiorna bryła
budynku - potężny twór ze szkła i betonu. Wokół stały nigdy niezapalane
latarnie, nic też nie oświetlało budowli. Sam budynek wyglądał niczym
opuszczona świątynia, pogrzebana wśród czarnych drzew i odległego ryku
cywilizacji. Charlie spojrzała na siedzącą obok Jessicę, która wyglądała
właśnie przez okno.
- To tutaj? - zapytała Jessica.
Charlie powoli potrząsnęła głową, niepewna, co właściwie widzi.
- Nie wiem - wyszeptała.
Wysiadła z samochodu i stała w milczeniu, gdy obok niej zatrzymało się
auto z Johnem i Carltonem.
- Co to? - John ostrożnie wysiadł z samochodu i spojrzał zaskoczony na
budynek. - Czy ktoś ma latarkę?
Powiódł wzrokiem po pozostałych.
Carlton uniósł kluczyki i pomachał słabym światełkiem z breloczka.
- Super - jęknął John i odwrócił się z rezygnacją.
- Chwila. - Charlie podeszła do bagażnika swojego auta. - Moja ciotka
nalega, żebym na wszelki wypadek woziła ze sobą różne rzeczy.
Ciocia Jen, kochająca, ale surowa, uczyła Charlie, że jedną z najważniejszych umiejętności w życiu jest samodzielność. Zanim
podarowała dziewczynie swoją starą niebieską hondę, dopilnowała, by
Charlie wiedziała, jak zmienić oponę oraz sprawdzić olej i znała się na
podstawowych częściach silnika. W bagażniku, w czarnym pudle obok
lewarka, zapasowej opony i małego łomu, woziła koc, dużą latarkę
patrolową, butelkę wody, kilka batoników musli, zapałki i race
sygnałowe.
Charlie złapała latarkę. A Carlton batonik.
Jakby się umówili, ruszyli bez słowa wzdłuż budynku. Charlie oświetlała
pewną ręką drogę. Budynek wyglądał na prawie ukończony, ale teren wokół
niego był nierówny, pełen kamieni i piachu. Charlie poświeciła na
ziemię, gdzie w koleinach wyrosły kępy wysokiej trawy.
- Od dłuższego czasu nikt tu nie kopał - stwierdziła.
Budynek był potężny i minęło sporo czasu, nim obeszli go wokół. Dość
szybko granat wieczornego nieba zastąpiony został przez gwiazdy i srebrzyste chmurki. Wszystkie ściany budowli były z tego samego
gładkiego beżowego betonu, a okna umieszczono zbyt wysoko, by dało się
zajrzeć do środka.
- Naprawdę wybudowali to wszystko i potem po prostu zostawili? -
zdziwiła się Jessica.
- Carlton - odezwał się John - serio nie wiesz nic na temat tego, co tu
się stało?
Carlton ostentacyjnie wzruszył ramionami.
- Mówiłem już, że wiedziałem o budowie, ale nic poza tym.
- Po co by to zrobili? - John z niepokojem zerkał na drzewa, jakby się
spodziewał, że ktoś go stamtąd obserwuje.
- Ciągnie się w nieskończoność. - Zmrużył oczy, spoglądając na
zewnętrzną ścianę budynku, która ginęła w oddali. Znów rzucił okiem na
drzewa, jakby się upewniał, że nie przegapili budynku.
- Nie, był tutaj. - Położył dłoń na szarym betonie budowli. - Nie ma go.
Po chwili skinął ręką, by zawrócili. Charlie zawróciła jako ostatnia.
Szli tak długo, aż w ciemnościach znów ujrzeli swoje samochody.
- Przykro mi. Miałem nadzieję, że znajdziemy przynajmniej coś znajomego
- odezwał się zniechęcony Carlton.
- No - przytaknęła Charlie.
Wiedziała, że tak będzie, ale fakt, że Freddy został zrównany z ziemią,
był dla niej szokiem. Był tak istotnym elementem jej życia, że czasami
miała ochotę się go pozbyć, usunąć z pamięci wspomnienia, i te dobre, i te złe, jakby ich nigdy nie było. A teraz ktoś go usunął z powierzchni
ziemi i miała wrażenie, jakby to było naruszenie jej praw. To od niej
powinno zależeć, co się z nim stanie.
Jasne. Bo przecież masz dość kasy, żeby go kupić i zachować, tak jak
ciotka Jen zrobiła z domem.
- Charlie? - zwrócił się do niej John i wyglądało na to, że nie po raz
pierwszy.
- Przepraszam - odparła, wyrwana z zamyślenia. - Co mówiłeś?
- Chcesz wejść do środka? - zapytała Jessica.
Charlie zdziwiło, że dopiero teraz przyszło im to do głowy. Z drugiej
strony, żadne z nich nie przejawiało zwykle zbrodniczych skłonności. Ta
myśl poprawiła jej nastrój. Nabrała głęboko powietrza i rzekła prawie ze
śmiechem:
- Czemu nie?
Podniosła latarkę. Ręce zaczynały ją boleć.
- Ktoś ma ochotę? - Machnęła nią w tę i z powrotem.
Carlton ją złapał i przez moment ważył w dłoni.
- Czemu jest taka ciężka? - zapytał, przekazując ją Johnowi. - Masz.
- To latarka policyjna - odparła od niechcenia Charlie. - Możesz nią bić
ludzi.
Jessica zmarszczyła nos.
- Twoja ciotka nie żartuje, co? Użyłaś jej kiedyś?
- Jeszcze nie. - Charlie puściła oko i spojrzała groźnie na Johna, który
odpowiedział niepewnym uśmiechem, nie wiedząc, jak zareagować.
Szerokie wejścia do budynku były zamknięte ciężkimi metalowymi drzwiami,
które po zakończeniu budowy miały pewnie zostać zastąpione czymś innym.
Nie mieli jednak trudności ze znalezieniem drogi do środka, ponieważ pod
ścianami leżały stery żwiru i piasku, sięgające dużych pustych okien.
- Nie dbają o to, by nie dało się dostać do środka - odezwał się John.
- A niby co można stamtąd ukraść? - Charlie wpatrywała się w puste
ściany.
Zaczęli się powoli wspinać na stertę, a spod nóg obsypywał im się żwir.
Carlton pierwszy dotarł do okna i zajrzał do środka. Jessica spojrzała
mu przez ramię.
- Damy radę zeskoczyć? - zapytał John.
- Tak - odparł Carlton.
- Nie - powiedziała w tym samym momencie Jessica.
- Ja pierwsza - zawołała Charlie.
Nosiło ją. Nie patrząc nawet, jak daleko ma do ziemi, przełożyła nogi
przez okno i zeskoczyła. Wylądowała na ugiętych kolanach. Uderzenie
wstrząsnęło nią trochę, ale nie bolało. Spojrzała na przyjaciół.
- Czekajcie! - zawołała i spod okolicznej ściany przyciągnęła pod okno
drabinę. - Dobra, złaźcie!
Zeszli po kolei i rozejrzeli się wokół.
Znajdowali się w atrium, które może kiedyś miało być kącikiem
restauracyjnym. Wokół stały metalowe ławki i plastikowe stoliki, z których część przymocowano do podłogi. Wysoko w górze znajdował się
szklany dach, przez który widzieli zaglądające do wnętrza gwiazdy.
- Jak postapokaliptycznie - zachichotała Charlie, a jej głos rozszedł
się wokół echem.
Nagle Jessica odśpiewała bez słów krótką gamę, aż wszystkich zatkało.
Jej głos czysto i pięknie rozbrzmiał w pustej przestrzeni.
- Pięknie, ale może nie zwracajmy na siebie uwagi? - zaproponował John.
- Dobra - odparła bardzo zadowolona z siebie Jessica.
Kiedy ruszyli dalej, Carlton podszedł do niej i ujął ją pod ramię.
- Masz cudowny głos - powiedział.
- To tylko dobra akustyka - odparła Jessica, udając skromność.
Szli pustymi korytarzami, zaglądając do kolejnych potężnych sal, w których zapewne miał się mieścić dom towarowy. Niektóre części budynku
były prawie skończone, podczas gdy inne były w kompletnej rozsypce.
Część korytarzy była zawalona stertami drewna i zakurzonymi betonowymi
bloczkami, w innych lśniły szklane witryny sklepowe, a nad ich głowami w idealnych rzędach wisiały lampy.
- Zupełnie jak zaginione miasto - stwierdził John.
- Jak Pompeje - dodała Jessica. - Tylko nie ma wulkanu.
- Nie - odrzekła Charlie. - Tu nic nie ma.
Całe to miejsce sprawiało takie surowe wrażenie. Nie było opuszczone, po
prostu nigdy nie zagościło tu życie.
Charlie popatrzyła na witrynę sklepową, jedną z nielicznych już
oszklonych, zastanawiając się, co też planowano tu wystawić. Wyobraziła
sobie manekiny w kolorowych ubraniach, ale kiedy o nich myślała,
widziała tylko puste twarze, które coś kryją. Nagle poczuła się nie na
miejscu, jakby budynek nie życzył sobie jej obecności. Ogarnęło ją
zniecierpliwienie i straciła radość z tej wyprawy. Przyjechali tu.
Freddy zniknął, a wraz z nim tkwiące w jej myślach sanktuarium, w którym
zawsze mogła spotkać bawiącego się Michaela, tak jak wtedy, gdy widziała
go po raz ostatni.
John zatrzymał się nagle i ostrożnie wyłączył latarkę. Przyłożył palec
do ust, nakazując ciszę. Wskazał kierunek, z którego przyszli. W oddali
zobaczyli światełko, podskakujące niczym statek we mgle.
- Jest tu ktoś jeszcze - syknął.
- Może strażnik? - wyszeptał Carlton.
- Po co miałby pilnować opuszczonego budynku? - zdziwiła się Charlie.
- Pewnie dzieciaki urządzają tu balangi - stwierdził Carlton i uśmiechnął się szeroko. - Też bym je tu urządzał, gdybym o tym wiedział,
no i gdybym balangował.
- No dobra, wracajmy - powiedział John. - Jessica... - zrobił gest, jakby
zapinał usta na suwak.
Ruszyli korytarzem, tym razem tylko przy słabym świetle z breloczka u kluczy Carltona.
- Chwileczkę - szepnęła Jessica, zatrzymując się, i zaczęła się
przyglądać otaczającym ich ścianom. - Coś tu się nie zgadza.
- No wiem, nie ma wielkich precli. Wiem. - Carlton zdawał się mówić
poważnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki