PROLOG
Flame
Ludzie lubią tworzyć bohaterów, wystarczy kilka zdjęć w internecie, kilka artykułów, kilka akcji o których zrobi się głośno i potem zaczynają dopowiadać sobie resztę. Twierdzą, że się nie boisz i zawsze wiesz, co robić, a kiedy wchodzisz w ogień, nie czujesz strachu. Bzdura. Strach jest zawsze. Trzeba tylko nauczyć się nie pozwalać mu wygrać. Tak się składa, że ostatnio media znowu się mną zainteresowały. Jakby uratowanie kilku osób z płonącego budynku było czymś niezwykłym. Nie było, to była moja robota. Dokładnie taka sama jak tysiące innych rzeczy, które robiłem wcześniej. Ale ludzie uwielbiają takie historie, z głównym bohaterem na tapecie. Zwłaszcza takich, których tak naprawdę nie znają i nigdy nie poznają. Gdyby znali mnie naprawdę, pewnie nie byliby już tacy zachwyceni. Nie jestem święty. Nigdy nie byłem. Po prostu wykonuję swoją pracę i robię to cholernie dobrze. Choć może czasem po prostu mam więcej szczęścia? To wszystko. Reszta to legenda, którą stworzyli za mnie obcy ludzie. Legenda, która z roku na rok coraz mniej przypominała człowieka, którym byłem naprawdę. Najgorsze było jednak to, że czasami sam zaczynałem wierzyć, że Flame istnieje, że jest kimś więcej niż tylko przezwiskiem. Kimś silniejszym, odważniejszym, kimś, kto nie budzi się czasem w środku nocy zlany potem przez wspomnienia, których od lat nie potrafi pogrzebać. Kimś, kto nie pamięta zapachu dymu sprzed wielu lat. Kimś, kto dawno temu nie stracił czegoś, czego nigdy już nie odzyska. Ale prawda była inna. Flame był legendą. A legendy nie wracają samotnie do domu. To robił Artem Krawski.
Magly
Magly nie znała historii Flame'a osobiście. Ale słyszała je... w urywkach rozmów, w półszeptach ludzi, którzy pracowali tu dłużej niż ona. "Flame znowu był na akcji." "Flame nie wychodzi bez roboty." "Flame to nie jest zwykły strażak." Brzmiało to bardziej jak legenda niż człowiek. A ona? Ona w końcu miała spokój. Nie tymczasową pracę. Nie coś "na chwilę". Tylko miejsce, w którym mogła zacząć od nowa. Stanowisko Kierowania PSP. Głos, który ratuje zanim pojawi się ogień. Nowy etap. Nowe życie. Pierwszy dzień zaczynał się spokojnie, za spokojnie, bo nie wiedziała jeszcze, że niektóre głosy w słuchawce zostają w człowieku na dłużej niż zgłoszenie. Pragnienie poznać dobrze Krawskiego i stać się częścią jego życia zaczęło spalać Magdę od środka, ale ćma zawsze leci do światła...nawet jeśli nie wie jeszcze, że to światło może okazać się ogniem.
ROZDZIAŁ V
Powrót do domu był cichy. Miasto tego wieczoru nie wydawało się już tak głośne jak w ciągu dnia, a światła latarni rozlewały się po chodniku w miękkich, żółtych plamach. Magda zamknęła za sobą drzwi mieszkania i przez chwilę tylko stała w bezruchu. Cisza. Inna niż ta w dyspozytorni. Cięższa, bardziej prywatna. Zsunęła buty i odruchowo przeszła do kuchni, zapalając delikatne światło. Rośliny na parapecie wyglądały tak, jakby nic się dziś nie wydarzyło - spokojne, uporządkowane, żyjące swoim rytmem, niezależnym od jej dnia. Oparła dłonie o blat i przez chwilę po prostu oddychała. Obrazy z całego dnia wracały falami - krzyk radiostacji, ruch na placu, spojrzenia strażaków, krótkie żarty Ficha, spokojna obecność Flame'a, a gdzieś dalej, na samym początku tej układanki, twarz Tomasza Ostrowskiego. To wspomnienie nie wróciło już z taką siłą jak wcześniej. Raczej jak echo. Ciche, niepewne, bez ostrości. Potrząsnęła głową, jakby chciała je odsunąć.
- Dość na dziś - mruknęła sama do siebie.
Wzięła prysznic, który bardziej uspokajał niż odświeżał, a potem długo stała przed szafą, próbując znaleźć coś, co pasowałoby do jutrzejszego wieczoru. "Szyb i Płomień". Nazwa sama w sobie brzmiała jak coś, co nie powinno mieć w sobie tak dużo znaczenia. A jednak miała. Przeglądała ubrania bez większego skupienia, aż w końcu zatrzymała się na prostym zestawie. Nic przesadnego. Nic, co mogłoby wyglądać jak próba zwrócenia uwagi. Chociaż gdzieś w środku wiedziała, że i tak będzie chciała ją zwrócić. Myśl o Artemie pojawiła się naturalnie, bez zapowiedzi. Zbyt spokojny. Zbyt zamknięty. Zbyt trudny do rozszyfrowania i jednocześnie... coraz bardziej obecny w jej myślach. Chciałaby z nim porozmawiać. Normalnie. Bez hałasu jednostki, bez spojrzeń innych strażaków, bez krótkich, urwanych zdań między zgłoszeniami. Ale wiedziała, że tam - wśród nich - będzie to trudne. Może nawet niemożliwe.
Oparła się na moment o ścianę i uśmiechnęła sama do siebie, bardziej z rezygnacją niż z radości. Jutro piątek. I mimo zmęczenia, mimo całego ciężaru dnia, ta jedna myśl była jak mała iskra. Jutro go zobaczy.
Poranek w jednostce zaczął się wcześniej niż zwykle. Jeszcze zanim Magda zdążyła dobrze włączyć się w rytm dyspozytorni, w budynku panował już charakterystyczny chaos - półgłośne rozmowy, stukot sprzętu, zapach kawy i ten specyficzny pośpiech ludzi, którzy od rana są w trybie gotowości, choć formalnie jeszcze nic się nie dzieje.
- Piątek! - rzucił Ficho, wpadając do środka jak zawsze trochę za głośno. - Najlepszy dzień tygodnia!
- Dla Ciebie każdy dzień jest najlepszy - mruknął Grom, nie odrywając wzroku od wyposażenia.
- Bo ja mam pozytywne nastawienie do życia, a nie jak niektórzy - odparł Ficho i zerknął w stronę Flame'a.
Flame nawet nie zareagował od razu. Stał przy szafce, spokojnie dopinając elementy munduru. Ruchy miał precyzyjne, opanowane, jakby każdy dzień zaczynał w ten sam sposób, niezależnie od tego, co miało się wydarzyć. Dopiero po chwili spojrzał na resztę.
- Skupcie się - rzucił krótko. - Dzisiaj mamy szkolenie wewnętrzne przed wyjazdem. Nie róbcie z tego cyrku.
- Ale to Ty jesteś cyrkiem - Ficho uśmiechnął się szeroko.
- Ficho - ostrzegł Grom.
- Dobra, dobra. Już jestem poważny. Prawie.
W tym czasie Magda weszła do dyspozytorni. Ida już była na miejscu, przeglądając dokumenty.
- Gotowa na piątek? - zapytała z lekkim uśmiechem.
Magda zawahała się tylko sekundę.
- Chyba tak.
Ale prawda była taka, że "Szyb i Płomień" siedziało jej w głowie od samego rana. I nie tylko miejsce. Przede wszystkim ludzie, którzy mieli tam być. Artem. Flame. Nie potrafiła jeszcze nawet zdecydować, które imię bardziej do niego pasuje. Przez chwilę spojrzała przez szybę na plac, gdzie strażacy przygotowywali sprzęt. Ich ruchy były znajome już po tych kilku dniach. Każdy miał swój rytm, swój sposób bycia. Flame stał trochę z boku. I jak zwykle - wyglądał, jakby był gdzieś pomiędzy tym wszystkim, a jednocześnie dokładnie w centrum. Jakby nie potrzebował mówić, żeby być zauważonym. Magda szybko odwróciła wzrok, zanim ktokolwiek zdążyłby zauważyć, że patrzyła trochę za długo.
- Dzisiaj będzie spokojniej - powiedziała Ida.
Magda tylko skinęła głową. Ale gdzieś w środku wiedziała, że to nie będzie spokojny dzień.
Zmiana minęła bardzo szybko. Czas cudownie przyspieszył, wszystko sprzyjało temu aby niebawem usiadła przy jednym stoliku z obiektem swoich rozmyślań. A może marzeń? Pożegnała się z Idą i Maćkiem, wsiadła do samochodu i zamiast wracać do mieszkania pojechała do pobliskiego marketu. Kupiła zaledwie kilka drobiazgów - wodę, owoce, coś na śniadanie, odżywkę do kwiatów. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Czyli tak smakuje szczęście i radość prostych chwil? Być może.
Zakupy odstawiła do domu w ekspresowym tempie. Torby wylądowały na blacie w kuchni, a ona sama niemal od razu zniknęła pod prysznicem. Kilka minut później poprawiła tylko włosy, założyła delikatne srebrne kolczyki, zarzuciła na ramię niewielką torebkę i jeszcze raz spojrzała w lustro.
- Może być... - mruknęła z uśmiechem.
Wieczór zapowiadał się dobrze.
Silnik czerwonego Forda Ka cicho zamruczał, gdy wyjechała z osiedla. Miasto powoli przechodziło w wieczorny rytm. Ludzie wracali z pracy, światła sygnalizacji odbijały się w mokrym asfalcie po krótkim popołudniowym deszczu, a zachodzące słońce malowało niebo nad Katowicami odcieniami pomarańczu i różu.
Z radia popłynęła stara, pogodna piosenka. Taka, przy której człowiek mimowolnie zaczyna wystukiwać rytm palcami o kierownicę. Magda uśmiechnęła się szerzej i ściszyła klimatyzację. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz z taką lekkością jechała na spotkanie ze znajomymi.