Doktrynerzy i praktycy
Działania wojenne na Atlantyku trwały 68 miesięcy i składały się z długiego szeregu operacji, walk i utarczek na morzu, pod wodą i w powietrzu. Jako całość tworzyły jedną z kampanii morskich drugiej wojny
światowej, której teatrem operacyjnym był Ocean Atlantycki i morza
przyległe.
Nazwa "bitwa o Atlantyk" (aczkolwiek nie była to jedna bitwa) określa
lapidarnie i trafnie istotę problemu i w tym brzmieniu weszła do
historii.
Rozgorzała ona we wrześniu 1939 r., kiedy to Niemcy, nie mogąc mierzyć
się w otwartej walce sił morskich z połączonymi flotami sojuszników,
przystąpili do realizacji planów wojny ekonomicznej, wymierzonej
przeciwko Imperium Brytyjskiemu, a mającej na celu odcięcie Wysp
Brytyjskich od baz zaopatrzenia. Chodziło przede wszystkim o sparaliżowanie importu morskiego, bez którego Wielka Brytania, jako
wysoko uprzemysłowione państwo wyspiarskie, nie mogła egzystować w czasie pokoju, a tym bardziej prowadzić wojny.
Zależność od dowozu była "piętą Achillesa" systemu obronnego Wysp
Brytyjskich -?przez morze szło zaopatrzenie w żywność, paliwo i surowce
dla przemysłu. Należało zatem oczekiwać, że w dziedzinie ochrony żeglugi
poczynione zostaną odpowiednie przygotowania. Tymczasem, gdy wybuchła
wojna, okazało się, że Wielka Brytania -?jedna ze światowych potęg
morskich -?nie była w stanie zabezpieczyć dróg wodnych prowadzących do
Wysp. W sytuacji, jaka się wytworzyła, siły brytyjskie musiały być
rozproszone na bezkresnych obszarach wodnych i w efekcie największa
wówczas na świecie flota została zepchnięta do defensywy.
Zdumienie również budzi fakt, że zapomniano całkowicie o doświadczeniach
I wojny światowej, w czasie której Wielka Brytania właśnie na morzach
poniosła ogromne straty -?tylko w ciągu czterech pierwszych miesięcy
1917 roku niemieckie okręty podwodne zatopiły 800 okrętów alianckich o tonażu około 2 milionów ton. To niezrozumiałe zaniedbanie spowodowane
było optymistycznymi przewidywaniami brytyjskiej Admiralicji, która,
opierając się na iluzorycznym założeniu, że w przyszłej wojnie
przeciwnik nie ośmieli się złamać prawa międzynarodowego, orzekła, że
okręty podwodne nie będą w stanie spowodować takiego kryzysu dostaw,
jaki powstał w czasie I wojny światowej. Łudzono się, że Niemcy będą
respektowali postanowienia konwencji haskiej, według której statek
handlowy mógł być zatopiony przez okręt wojenny dopiero po ostrzeżeniu i opuszczeniu go przez załogę, przy czym ten ostatni miał obowiązek
dopilnowania, aby załoga zatopionego statku dotarła bezpiecznie do lądu.
Z powyższej oceny położenia wynikało, że w przyszłej wojnie żegludze
handlowej mogą zagrażać tylko okręty nawodne. W konsekwencji ustalono,
że zasadnicze zadanie brytyjskiej marynarki wojennej w czasie
ewentualnej wojny będzie polegało na dozorowaniu Morza Północnego i czuwaniu nad tym, aby nie dopuścić do przedarcia się niemieckich okrętów
wojennych na Atlantyk, przez który przebiegały główne morskie szlaki
komunikacyjne Wysp Brytyjskich.
Stosowanie błędnej taktyki zwalczania okrętów podwodnych w pierwszej
fazie wojny spowodowane było również stanowiskiem Churchilla, I Lorda
Admiralicji, który uważał, że:
"...Najważniejszą sprawą w wojnie przeciwko okrętom podwodnym jest
stworzenie niezależnej flotylli, która mogłaby działać na podobieństwo
dywizji kawalerii odszukującej wielkie obszary na szerokich frontach. W ten sposób obszary te byłyby nie do wykorzystania dla niemieckich
okrętów podwodnych...".
Jak wiadomo, brytyjska marynarka wojenna przewyższała znacznie, tak
ilościowo, jak i jakościowo, niemiecką Kriegsmarine. Był to dodatkowy
argument, pozwalający snuć przypuszczenia, że niemiecka marynarka
wojenna nie będzie w stanie w otwartych działaniach wywalczyć opanowania
atlantyckich szlaków morskich.
Biorąc pod uwagę wymienione powyżej czynniki, Admiralicja brytyjska nie
poczyniła odpowiednich przygotowań i nie zapewniła środków ochrony ruchu
statków handlowych na wypadek pojawienia się niemieckich okrętów
podwodnych na szlakach komunikacyjnych.
Brak przewidywań w tej dziedzinie jest trudny do uzasadnienia, gdy się
zważy, że brytyjska marynarka handlowa liczyła w 1939 roku 3 tysiące
frachtowców dalekomorskich oraz ponad tysiąc statków żeglugi
przybrzeżnej. Łączny tonaż tych jednostek wynosił około 21 milionów ton.
Średnio dziennie znajdowało się na morzu około 2500 statków.
W chwili wybuchu wojny sytuacja okazała się odmienna od przewidywanej.
Niemieckie okręty podwodne, wbrew prawu międzynarodowemu, rozpoczęły
zatapianie statków handlowych, nie troszcząc się o ich załogi. Już
pierwsze miesiące wojny wykazały, że broń podwodna jest niezwykle
skuteczna i może zadecydować o wyniku walki o opanowanie morskich
szlaków komunikacyjnych. W ciągu 4 miesięcy 1939 r. Brytyjczycy stracili
222 statki handlowe o tonażu 755 tysięcy ton, z czego okręty podwodne
zatopiły 114 statków o tonażu 420 tysięcy ton. Pomimo tych sukcesów
Niemcy początkowo nie docenili możliwości broni podwodnej.
Dopiero w 1940 roku, po zwycięstwach odniesionych przez U-booty i słabe
lotnictwo morskie, Hitler zwrócił uwagę na ten problem. W konsekwencji
wydał decyzję przyspieszenia rozbudowy broni podwodnej, zmiany taktyki
walki oraz ześrodkowania wysiłków na Atlantyku. W ten sposób wojna
morska zaczęła rozprzestrzeniać się w kierunku zachodnim, zagrażając
coraz poważniej zaopatrzeniu Wysp Brytyjskich.
Stworzone w myśl dyrektywy Churchilla specjalne grupy przeznaczone do
zwalczania okrętów podwodnych -?każda z nich składała się z lotniskowca
i kilku ubezpieczających go niszczycieli -?nie były w stanie
wyeliminować z walki niemieckich U-bootów. Znalazły się one w niezwykle
trudnej sytuacji, gdyż przy ówczesnych możliwościach technicznych
wykrywania okrętów podwodnych odszukanie ich na olbrzymim obszarze
Atlantyku okazało się mrzonką.
Wspomniane grupy zatopiły do końca 1939 roku zaledwie dwa niemieckie
okręty podwodne, same natomiast poniosły dotkliwą stratę -?17 września
został storpedowany i zatopiony lotniskowiec "Courageous".
Jednakże Churchill, od 10 maja 1940 roku premier rządu brytyjskiego i minister obrony, wkrótce docenił niebezpieczeństwo grożące dostawom
morskim. Z jego inicjatywy wydano szereg zarządzeń mających na celu
usprawnienie zwalczania niemieckich okrętów podwodnych i lotnictwa oraz
zapewnienie skutecznej ochrony kursującym statkom handlowym. Między
innymi postanowiono wrócić do stosowanego w czasie I wojny światowej
systemu grupowania statków w konwoje płynące pod eskortą okrętów
wojennych. I wówczas to okazało się, że brytyjska marynarka wojenna
mogła oddać do służby eskortowej zaledwie około 150 niszczycieli (z których połowę stanowiły okręty przestarzałe), kilkadziesiąt okrętów
patrolowych i 24 trałowce, przy całkowitym prawie braku lotnictwa
morskiego dalekiego zasięgu.
Na szczęście dla Anglików niemiecka marynarka wojenna w chwili wybuchu
wojny nie była dostatecznie przygotowana do prowadzenia działań bojowych
na wielkich obszarach oceanicznych.
Zasadniczy wysiłek niemieckiego Sztabu Generalnego koncentrował się na
rozbudowie wojsk lądowych i lotnictwa, które przewidziane było przede
wszystkim do współdziałania z wojskami lądowymi. W tym stanie rzeczy nie
zwrócono należytej uwagi na rozbudowę marynarki wojennej, a tym samym
broni podwodnej. Nie opracowano również w sposób zadowalający planów
działania przeciwko morskim liniom komunikacyjnym oraz nie zorganizowano
specjalnego lotnictwa morskiego, a liczba samolotów Luftwaffe wydzielona
do działań na morzu była niedostateczna.
W tej sytuacji koncepcja wojny morskiej sprowadzała się do wysyłania na
Atlantyk pojedynczych okrętów wojennych, zdolnych do przebywania na
morzu przez dłuższy czas, bez konieczności uzupełniania paliwa.
Przewidywano także działania pojedynczych okrętów podwodnych, które
otrzymywały polecenie niewdawania się w walkę z jednostkami brytyjskiej
marynarki wojennej, lecz niszczenia floty handlowej.
Naczelny dowódca Kriegsmarine, Grossadmiral Raeder, nie przeceniał
możliwości sił, którymi dysponował. W memorandum z dnia 30 września 1939
roku pisał:
"...Co się tyczy marynarki, stan jej gotowości nie jest odpowiedni wobec
oczekującego ją wielkiego wysiłku w walce przeciwko Wielkiej Brytanii.
Flota podwodna jest zbyt słaba, aby wywrzeć decydujący wpływ. Co do sił
nawodnych, to są one do tego stopnia słabsze od brytyjskich, że nie będą
w stanie dokonać niczego więcej, niż wykazać, jak umiera się odważnie...
W każdym razie działania okrętów nawodnych nie będą mogły wpłynąć
decydująco na wynik konfliktu..."
Plany Raedera dotyczące rozbudowy floty, zwłaszcza zaś jego koncepcja
strategii wojny morskiej, stały się przedmiotem ostrej krytyki dowódcy
floty podwodnej, admirała Dönitza. Twierdził on, że w porównaniu z silną
armią lądową, zdolną do błyskawicznej ofensywy, siły morskie,
rozbudowywane według modelu floty brytyjskiej, są słabe i niezdolne do
podjęcia działań na większą skalę. W istocie przedwojenny plan "Z",
przewidujący budowę 6 olbrzymich pancerników, 4 lotniskowców, 25
krążowników i zaledwie 225 okrętów podwodnych (miał być ukończony
dopiero w 1947 roku), nie oznaczał nic innego jak wyścig zbrojeń
morskich z Anglią, którego Niemcy wygrać nie mogły.
Dönitz stwierdził jednocześnie, że koncepcja użycia sił morskich nie
odpowiada usytuowaniu geograficznemu Niemiec. Flota nawodna -?wielkie
okręty wojenne -?miałaby jego zdaniem zbyt wiele trudności do
przezwyciężenia, aby udało im się przeniknąć na Atlantyk i tam się
utrzymać. Poza tym ogromna odległość od baz wykluczała możliwość
przeprowadzenia remontu, co oznaczało, że każda poważniejsza awaria
eliminowała kolosa z walki. Duże okręty nawodne nie były również
bezpieczne we własnych portach, groziło im bowiem zniszczenie przez
lotnictwo przeciwnika.
W tych warunkach, zdaniem Dönitza, tylko okręty podwodne mogły rozwijać
skuteczne działania.
1 września 1939 roku na konferencji w Kwaterze Głównej Hitlera admirał
Dönitz powiedział:
"...Nawet gdyby nasze siły nawodne były wystarczające, okręty podwodne
będą zawsze trzymały prymat, ponieważ są w stanie pozostawać
samodzielnie w obszarach operacyjnych na Atlantyku, nie wystawiając się
na tak wielkie niebezpieczeństwa jak flota nawodna. Z tych względów
jestem zdania, że okręty podwodne będą zawsze kośćcem walki przeciw
Anglii i pozostaną najlepszym czynnikiem presji politycznej..."
Zdaniem Dönitza flota podwodna powinna liczyć przynajmniej 300 okrętów o wyporności od 500 do 1000 ton. Dodatkowym argumentem przemawiającym za
jego racjami było twierdzenie, że okręty te można zbudować stosunkowo
szybko, a przy tym są one tańsze i łatwiejsze do manewrowania niż
podwodne "krążowniki" oceaniczne zalecane przez Raedera.
Omawiając taktykę floty podwodnej, Dönitz zalecał gorąco użycie grup lub
całych eskadr, kierowanych przez radio z okrętów flagowych lub z posterunków dowodzenia zainstalowanych na lądzie. Eskadry (zwane
sforami) miały atakować konwoje w pozycji nawodnej, wykorzystując
ciemności nocne.
Wariackie papiery Karla Dönitza
Pewnej nocy październikowej 1918 roku Leutnant zur See Karl Dönitz,
dowódca U-68, płynącego w kierunku Malty z zadaniem zaatakowania jednego
z licznych konwojów brytyjskich, przeżył najniebezpieczniejszą przygodę
swego życia.
U-68 sunął w zanurzeniu na głębokości peryskopowej, skradając się w kierunku sygnalizowanego i widocznego już na horyzoncie brytyjskiego
konwoju, gdy nagle stało się coś wręcz nieprawdopodobnego, o czym jego
dowódca dziwnym trafem wolał nigdy nie wspominać.
Oto pchnięty nagle niewidzialną siłą niemiecki okręt podwodny stanął
dęba, niby koń wsparty ostrogą, a następnie dał nurka na głębokość
blisko 100 metrów.
Mimo całkowitego zaskoczenia Dönitz w ostatniej chwili wykonał zręczny
manewr, dzięki któremu udało mu się skierować okręt ku powierzchni. Po
chwili jednak ponownie stracił kontrolę nad jego ruchami i niesforny
U-68 wynurzył się nieoczekiwanie w samym środku brytyjskiego konwoju.
Rażony masowym ogniem Brytyjczyków niemiecki pirat w ciągu kilku minut
poszedł na dno. Część załogi, między innymi Dönitz, zdołała się uratować
i wyłowiona przez Anglików została wzięta do niewoli.
"...To był koniec mojej służby w broni podwodnej w czasie I wojny
światowej... Ta ostatnia noc służby pozostała mi na zawsze w pamięci
jako poglądowa lekcja podstawowych zasad użycia broni podwodnej..." -
napisze później w swoich wspomnieniach admirał Karl Dönitz, pomijając
jednak dyskretnym milczeniem przyczynę niezwykłego zachowania się
U-boota.
W ciągu długich miesięcy niewoli Dönitz miał dość czasu, aby te zasady
przemyśleć i rozwinąć w system.
Zasadniczym elementem opracowanej przez niego koncepcji użycia broni
podwodnej było spostrzeżenie, że konwój brytyjski, który zatopił U-68,
zdołał uniknąć strat, ponieważ atakował go tylko jeden okręt podwodny.
Gdyby wówczas działała w sposób skoordynowany grupa U-bootów, "przeklęty
konwój" poszedłby w rozsypkę.
Dönitz zdawał sobie sprawę, że w 1918 roku akcja taka nie była możliwa.
Niedoskonałe środki łączności i inne techniczne niedostatki zmuszały
okręty podwodne do działania w pojedynkę (samotne "wilki"). Ale skoro
tak "prymitywne" metody stosowane w wojnie podwodnej przyniosły
Cesarskiej Marynarce znaczne sukcesy, nie należy rezygnować z tak
doskonałego środka walki, jakim są okręty podwodne -?przeciwnie, trzeba
pracować nad udoskonaleniem tych metod. I Dönitz, opanowany zupełnie
swoją idée fixe, opracował koncepcję "zapewniającą" wojnie podwodnej
decydujące znaczenie. Jego zdaniem okręty podwodne winny atakować
konwoje w zespołach, nocą i w wynurzeniu. Im większa liczba okrętów
podwodnych zostanie jednocześnie wprowadzona do akcji, tym lepsze
warunki walki będzie miał każdy z nich.
W ten sposób pojawiła się koncepcja "stada wilków", która ugruntowała w umyśle Dönitza ślepą wiarę w szerokie możliwości i decydujące znaczenie
wojny podwodnej.
Dönitz był tak zaabsorbowany i zafascynowany wizją przyszłej wojny
podwodnej, że zwrócił na siebie uwagę brytyjskich władz obozowych.
Zauważono, że unikał towarzystwa innych jeńców i spędzał długie godziny
w samotności. Wreszcie jego dziwaczne zachowanie skłoniło władze obozowe
do skierowania go na badania psychiatryczne. Rezultat był taki, że
Dönitza uznano za nienormalnego. Zaopatrzony w "wariackie papiery"
został w lecie 1919 roku zwolniony przedterminowo z niewoli i odesłany
do Niemiec, przy czym podróż odbył w kaftanie bezpieczeństwa.
W swoich wspomnieniach Dönitz pomija milczeniem ten fakt, natomiast jego
biograf określa wspomnianą chorobę jako zręczną symulację, mającą na
celu wcześniejsze wydostanie się z niewoli.
Po powrocie do kraju Dönitz zameldował się w Kilonii, w dowództwie
zredukowanej do minimum marynarki wojennej.
Przybył tam opromieniony sławą nieustraszonego dowódcy okrętu
podwodnego, a "psychiatryczna przygoda" została uznana za świetny
fortel. Toteż przyjęto go z otwartymi ramionami, a jego dawny dowódca,
komandor Otto Schultze, w owym czasie szef personalny marynarki wojennej
Republiki Weimarskiej, natychmiast zaproponował mu wstąpienie do
Reichsmarine. Dönitz przez pewien czas zastanawiał się nad przyjęciem
tej propozycji. Traktat wersalski zabraniał Niemcom posiadania floty
podwodnej, co więc mógł robić on, Dönitz, w dowództwie marynarki
wojennej?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki