forte-piano - Ewa Pobłocka

Kup ebooka

38.00 zł
29.04 zł (28,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mój Gdańsk

W styczniu 1958 roku moi rodzice wprowadzili się do zdobytego mieszkania kwaterunkowego w Gdańsku-Oliwie przy ulicy Kwietnej. Cały ich dobytek stanowiły trzy walizki i wózek niemowlęcy, w którym leżałam ja. Miałam wówczas kilka tygodni. A to mieszkanie w kamienicy z 1898 roku miało pozostać moim domem rodzinnym przez prawie sześćdziesiąt lat. Teraz, po odejściu obojga rodziców, dalej tu mieszkam, oglądając ten sam przepiękny widok z okna na wzgórze Pachołek, które w zależności od pór roku mieni się różnymi kolorami. Z wykuszu wychodzącego na trzy strony świata widać trzy "obrazki". Z lewej strony popołudniami ukazuje się zachodzące słońce (drzewa wciąż są te same, tylko wyższe i bujniejsze niż w dzieciństwie), w środkowym oknie ów Pachołek, a po prawej stronie dach katedry. Ten widok wraz z upływem czasu zmieniał się najbardziej - dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku umieszczono wieżyczki katedry na dawnych miejscach. Zmieniał się również ogród sąsiadów - kiedyś rósł tam ogromny krzew bzu, którego gałęzie tworzyły magiczne cienie odbijające się na ścianie. Patrzyłam na nie wieczorami, zasypiając. Każde okno służyło czemu innemu. To, przez które można było zobaczyć zachód słońca, wskazywało na porę dnia i najlepiej się tam uprawiało nicnierobienie w czasie deszczu. Okno środkowe - mimo że trudno dostępne, ponieważ stał tam fortepian - było niczym okno na świat, dawało poczucie wolnej, niczym nieograniczonej przestrzeni. Okno po prawej - zwłaszcza w dzieciństwie - służyło oczekiwaniu na powrót taty. Parapet zmieniał się w stolik, na nim stał talerz z pajdą chleba posmarowaną miodem, a mój nos był przyklejony do szyby tak długo, aż ujrzałam tatę, który zawsze wracał z pracy o tej samej porze. Szedł sprężystym krokiem z teczką w ręku i w nieodłącznym kapeluszu na głowie. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam tylko kilka sprzętów: leżankę, stolik fasolkę, na którym stała lampa z fiszbinami, fotele sputniki i pianino - bardzo szybko zamienione na fortepian. A było tak: mama po wygraniu Międzynarodowego Konkursu Wokalnego w 's-Hertogenbosch otrzymała stypendium umożliwiające wyjazd do Włoch na studia wokalne do słynnej Accademia Nazionale di Santa Cecilia w Rzymie. Oczywiście chciała z niego skorzystać. Ojciec obiecał zająć się mną i domem. Z pomocą przyjechała babcia Salomea. Oprócz tego, że miała się mną opiekować, poproszono ją również o oszczędne gospodarowanie. Z tamtego okresu pamiętam więc pulpety i serki topione. Czasem zdarzała się legumina. Cóż to za piękne słowo i jaki smakowity deser! Zaoszczędzone przez rok pieniądze ojciec przeznaczył na kupno fortepianu. Nieopisana była radość mamy po powrocie z Rzymu, gdy w wykuszu dostrzegła fortepian firmy Feurich - o cudownym, śpiewnym tonie. Do dziś na nim ćwiczę i każdy dźwięk przypomina mi dawne czasy.

Oliwskie mieszkanie, latami urządzane przez tatę, było oazą spokoju, choć bywało też miejscem spotkań z wieloma wybitnymi artystami, ludźmi, których poglądy i dokonania mnie kształtowały.

W niedalekim sąsiedztwie ulicy Kwietnej były dwa, a później trzy kościoły. Neogotycki, należący do zgromadzenia ojców cystersów, wewnątrz był cały biały, a przez to chłodny, ale w okresie Bożego Narodzenia stała w nim ruchoma szopka, która przyciągała dzieciaki z okolic. W tym kościele przez wiele lat, gdy organista brał urlop, w niedzielne poranki grywał mój dziadek Józef. Nie tylko grał, ale także mocnym tenorem intonował pieśni kościelne, porywając wiernych do śpiewu. To właśnie do cystersów chodziliśmy najczęściej. Natomiast katedra oliwska była od święta. Wspaniałe organy onieśmielały, a marmurowe posadzki, zwłaszcza zimą, dawały nieprzyjemny chłód. W dzieciństwie chodziłam tam z babcią Salomeą. Owdowiawszy za młodu, musiała sama sobie radzić z samotnym wychowywaniem syna, a także z małym - ale jednak - domkiem jednorodzinnym. W katedrze babcia pierwsze kroki zawsze kierowała do ołtarza z Matką Bożą Bolesną. Zabierała mnie tam ze sobą, a ja, gdy już sama ruszyłam w świat, w każdym kościele wypatrywałam piety.

W latach siedemdziesiątych został odnowiony mały kościół obok katedry pod wezwaniem św. Jakuba. Tam odbywały się msze dla młodzieży, którym towarzyszył zespół - były gitary i organy elektroniczne. Tam więc chodziło się wtedy w niedziele.

Oliwskie życie dyktowały odbywające się we środy i soboty targowiska. Zwykle to ojciec chodził po zakupy. Najbardziej lubiłam, kiedy wracał z targu w sierpniu. Obok wiktuałów - które pięknie układał w wiklinowym koszu - przynosił też bukiety ulubionych kwiatów - cynii i mieczyków, wspaniale prezentujących się potem na fortepianie. Z tego, co udało się kupić na targu, mama wyczarowywała pyszne, pachnące potrawy.

- w przerwie dyplomu wokalnego dopadłam fortepianu na estradzie, Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna w Sopocie, 1963

- z tatą, Hubertem Pobłockim, 1967

Inną atrakcją Oliwy był oczywiście słynny Park Oliwski. Jesienią zapraszający na buczynę, latem na skoki po kamieniach w rwącym potoku, a zimą na koncerty do Pałacu Opatów. To właśnie tam zagrałam jeden z pierwszych moich publicznych koncertów, wówczas towarzysząc jeszcze mamie.

Kiedy zdałam egzamin wstępny i zostałam zapisana do podstawowej szkoły muzycznej, moje rewiry powiększyły się o nowe miejsca i ulice Gdańska. Przez osiem lat pokonywałam tę samą trasę do szkoły: najpierw dojeżdżałam kolejką elektryczną, a potem pewien odcinek szłam pieszo, mijając po drodze hotel Orbis, sklep Wedla i sklep meblowy, docierając wreszcie na ulicę Gnilną. Na lekcje religii chodziliśmy do pobliskiego kościoła św. Bartłomieja. Czasem zdarzały się wypady do Delikatesów na ulicę Rajską. Tuż obok mieścił się kościół św. Katarzyny, a także Ratusz Staromiejski i Wielki Młyn. Wycieczki nad Motławę, na ulicę Długą lub Mariacką były rzadsze. Zdecydowanie częściej zaglądałam tam już podczas studiów, kiedy w akademiku na Chlebnickiej - w którym mieszkali studenci Akademii Sztuk Pięknych - regularnie odbywały się imprezy. Również w ramach studiów w Akademii Muzycznej część zajęć odbywała się w siedzibie ASP - w budynku Zbrojowni. Na naszych oczach dokonywały się renowacje kościołów św. Mikołaja i Mariackiego. Wyspa Ołowianka była jedną wielką ruiną. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nikt jeszcze nie myślał o tym, co mogłoby w tym miejscu powstać. Jeszcze w tomie opowiadań Pawła Huellego bohaterowie snuli się po nieuporządkowanych zaułkach starego miasta. Obraz spokojnego, bezpiecznego Gdańska trwał w mojej głowie do czasu wydarzeń grudniowych 1970 roku. Kiedy podczas rozruchów z powodu utrudnionej komunikacji miejskiej mój tata szedł pieszo z Oliwy, żeby odebrać mnie ze szkoły - będącej w oku cyklonu - na wiadukcie przy placu Zebrań Ludowych przestrzelono mu kapelusz... Powiało grozą. Ludzie dookoła mówili szeptem, wieczorami dobiegały do mojego kącika urządzonego w pokoju rodziców strzępy audycji Radia Wolna Europa, dzięki którym dowiadywaliśmy się prawdy o tym, co się działo w kraju.

Na czas nauki w szkole średniej powróciłam w bardziej mi znane okolice - bliższe domu - ponieważ uczęszczałam do V Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego, położonego przy ulicy Polanki w Oliwie. Niestety, ponieważ jednocześnie byłam uczennicą średniej szkoły muzycznej (mieszczącej się w budynku dawnej synagogi przy ulicy Partyzantów we Wrzeszczu), w gdańskiej "Piątce" wytrwałam tylko półtora roku. Z tego czasu wywodzą się jednak moje wspaniałe, trwające do dziś przyjaźnie. Właśnie wtedy trafiły mnie pierwsze strzały Amora. To tam posiadłam wiedzę dotyczącą nieartystycznego życia. Maturę zdałam natomiast w liceum korespondencyjnym, za to pół roku wcześniej niż moi rówieśnicy, co dało mi szansę na lepsze przygotowanie się do studiów muzycznych.

W 1976 roku ponownie znalazłam się w budynku szkoły, u zbiegu ulic Gnilnej i Łagiewniki w Gdańsku, gdzie na ostatnim piętrze mieściła się Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna, przemianowana później na Akademię Muzyczną im. Stanisława Moniuszki. Dyplom zagrałam w marcu 1981 roku, przedtem zostając laureatką krajowych i międzynarodowych konkursów muzycznych. Kiedy przed Konkursem Chopinowskim wracałam z mamą z kursu w Dusznikach, jak zawsze przesiadając się w Gdańsku Głównym na kolejkę elektryczną, w pociągu panował specyficzny nastrój. Na stacji Gdańsk-Stocznia wszystkie oczy skierowane były na bramę główną. Ojciec, który witał nas na Dworcu Głównym, ściszonym głosem opowiadał nam o tym, co się wydarzyło. Przez następne dni znów wieczorami słuchaliśmy Radia Wolna Europa, kibicując strajkującym robotnikom. Nad wszystkim jaśniała postać Lecha Wałęsy.

Od razu po uzyskaniu dyplomu na dłużej wyjechałam z Polski, by kontynuować studia rozpoczęte w Hamburgu w 1978 roku. Później, gdy założyłam już swoją rodzinę, zamieszkałam w Warszawie. Powroty do Gdańska zawsze były dla mnie radością. Za każdym razem zauważałam w nim ogromne zmiany. Filharmonię przeniesiono na Ołowiankę, dzięki czemu zyskała wspaniałą nową siedzibę. Wraz z Kwartetem Śląskim zagrałam jeden z pierwszych koncertów w świeżo odremontowanym Dworze Artusa, w którym wprawdzie udało się ustawić fortepian, ale nie było jeszcze posadzki, więc ziąb był tak przeszywający, że musiałam pożyczyć od mamy ciepłą etolę, żeby móc dograć kwintet Dvořáka. Pamiętam też czasy, kiedy koncerty odbywały się w Ratuszu Głównego Miasta - w odnowionej Sali Białej. Właśnie tam na początku lat osiemdziesiątych odbył się jubileusz dwudziestopięciolecia pracy artystycznej mojej mamy, w którym miałam zaszczyt uczestniczyć. Stopniowo zmian w Gdańsku było coraz więcej: dogodne drogi dojazdowe, nowe instytucje kultury, czuło się rękę gospodarza tego miasta. W pewnym momencie na mój warszawski adres zaczęły regularnie przychodzić życzenia świąteczne podpisywane przez prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Czułam, że choć z dala, to jednak cały czas jestem gdańszczanką. Przyznanie mi przez prezydenta w 2007 roku Nagrody Neptuna sprawiło mi wielką radość. Na uroczystość wręczenia przyjechałam z moją młodszą córką, w sali Dworu Artusa oczywiście obecni byli też moi rodzice. W podobnym towarzystwie świętowaliśmy później pięćdziesiątą rocznicę ich ślubu. Z tej okazji znowu spotkaliśmy się w Sali Białej ratusza, był tam również prezydent Paweł Adamowicz. Coraz częściej myślałam o powrocie do tego miasta - otwartego w przenośni i dosłownie. Miasta, które mnie ukształtowało i dało podstawy na całe życie, do którego tęskniłam z każdego zakątka ziemi. Nadszedł rok 2016. W listopadzie odszedł mój ojciec, mama nie mogła zostać sama, trzeba było na nowo zorganizować jej życie. Mieszkanie na Kwietnej opustoszało. Postanowiłam przeprowadzić w nim remont, myśląc o swoim powrocie. Od 2017 roku wracam ze świata do Gdańska - do siebie. Chodzę tymi samymi ulicami, wchodzę do tego samego budynku poczty, robię zakupy na targu - wprawdzie już nie takim jak kiedyś, ale kasztany się ostały... I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie styczniowe wydarzenia z 2019 roku, które z jednej strony jeszcze bardziej umocniły moje poczucie przynależności do tego miasta, z drugiej zasiały we mnie pewien niepokój. Stojąc z przyjaciółmi na ulicy Długiej owego pamiętnego wieczoru 14 stycznia, czułam, że tu jest moje miejsce.

Potem, gdy kondukt pogrzebowy zmierzał ulicami Gdańska do kościoła Mariackiego, wsłuchiwałam się w bijące dzwony. Dzwony mojego miasta. I ani przez chwilę nie pomyślałam, że trzeba stąd wyjechać, przeciwnie! Tego samego roku 30 stycznia odeszła moja mama...

Nasze miejsce jest tam, gdzie groby naszych bliskich. Chodzę więc na ten sam cmentarz co zawsze - Cmentarz Oliwski - gdzie od dziecka zapalałam znicze na rodzinnym grobie.

Mama

Mama to przede wszystkim śpiew. Słuchałam jej, kiedy ćwiczyła w domu i gdy występowała w Filharmoniach (było to możliwe dzięki tacie, który często zabierał mnie ze sobą w Polskę). Potem były też nasze wspólne koncerty. Z tego wszystkiego najbardziej utkwiła mi jednak w pamięci, w uszach i w duszy kołysanka, którą mama nuciła mi do ucha, gdy zasypiałam. To była piękna melodia skomponowana przez Izaaka Dunajewskiego, zaczynająca się od słów: "Sen przekracza cicho próg...". Pojawiały się w niej i zajączek, i małpeczka, i myszki, co zachrapały, i wujcio, i ciocia... Ta rzewna, prosta, urokliwa melodia w połączeniu z głosem mamy dawały niezwykłą mieszankę, która sprawiała, że moja buzia zawsze układała się w podkówkę i łzy same płynęły po policzkach. Moja reakcja była taka sama również wiele lat później, kiedy słuchałam, jak mama śpiewała tę kołysankę moim córkom. Nie inaczej jest w tej chwili - pisząc te słowa, wszystko sobie przypominam, a mamy już nie ma... Wieczorny rytuał usypiania był dla mnie bardzo ważny, potrzebowałam tej chwili z mamą. Trudno było utulić mnie do snu, w repertuarze na dobranoc były więc też inne kołysanki, nieco weselsze. Kiedy mama nie śpiewała, opowiadała mi bajki, zawsze coś w nich zmieniając. Tak samo było, kiedy wracała z wojaży i opowiadała o swoich przeżyciach, o tym, jak było - nigdy nie zdarzyło się, żeby tę samą historię opowiedziała dwa razy tak samo. Podobnie było z przepisami kulinarnymi - zawsze dodawała od siebie jakieś przyprawy lub zmieniała ingrediencje. Kiedy wspólnie spędzaliśmy wieczory, prosiłam mamę, żeby jadła jabłko. Lubiłam patrzeć, jak dokładnie i cienko je obiera ze skórki, potem kroi na ósemki i powoli zjada, zabawnie przy tym chrzęszcząc. Odgłos ten był podobny do tego, jaki słyszy się, temperując ołówki - uspokajający.

Kiedy mama ćwiczyła w domu, nawet gdy nie był to program, który miałyśmy wspólnie wykonywać, byłam do tego ćwiczenia zatrudniana. Miałam między innymi wsłuchiwać się w intonację, poprawiać dykcję czy kontrolować emisję. Często mama uczyła się nowych utworów, a ja jej służyłam pomocą przy fortepianie. Były to msze Mozarta, msze i kantaty Bacha... Oprócz realizowania z wyciągu fortepianowego partii orkiestry miałam również śpiewać partie innych głosów, na przykład w duetach czy tercetach. Przyznaję - nie było to łatwe... no i zabierało sporo czasu. Dzięki temu jednak poznawałam literaturę muzyczną. Utwory takie jak Pasja wg św. Mateusza czy Msza h-moll, Requiem Mozarta i Verdiego znałam na pamięć. Przygotowując się do koncertów, mama słuchała nagrań, a ja wraz z nią. Towarzyszyły mi więc od dziecka interpretacje wybitnych dyrygentów - choćby Herberta von Karajana czy Karla Böhma - i wspaniałe głosy. W domu istniał absolutny kult Marii Callas. Mama ją uwielbiała! Podziwiała nie tylko jej piękny głos i wspaniałą technikę wokalną, ale przede wszystkim jej interpretacje - pełne żaru i pasji. Płyta ze słynną arią z opery Norma Vincenza Belliniego była zdarta do imentu (do dziś stoi zresztą na półce w oliwskim mieszkaniu). W domu rozbrzmiewało także wspaniałe wykonanie Toski Giacoma Pucciniego. Okładki z pięknymi zdjęciami primadonny stały na fortepianie i na półkach, które wyglądały wręcz jak ołtarzyki. Ale obok Callas była też zupełnie inna - powiedziałabym słodka - Renata Tebaldi. Potem pojawiły się fantastyczna Birgit Nilsson z ariami Wagnera, ale również Mozarta, Mirella Freni, Zara Dołuchanowa, Galina Wiszniewska, Teresa Żylis-Gara, Edita Gruberová, Emma Kirkby. Kiedy na lekcje do mamy zaczęła przychodzić Grażyna Brodzińska, pojawiła się u nas płyta z ariami operetkowymi w wykonaniu Barbary Nieman, którą mama bardzo ceniła.

Życie pedagogiczne mamy nie było usłane różami. Chociaż bardzo ceniona przez studentów, z kolegami pedagogami nie miała łatwego życia. W pewnym momencie została wręcz zmuszona do odejścia z pracy na uczelni. Jej prawdomówność, uczciwość zawodowa i niezłomne zasady postępowania prowadziły niejednokrotnie do spięć i nieporozumień. Po odejściu z Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Gdańsku na wiele lat znalazła miejsce w Studium Wokalno-Aktorskim u Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Do Akademii Muzycznej wróciła dopiero wtedy, kiedy ukończyłam studia w 1981 roku. Przez wiele lat łączyła bycie pedagogiem z kierowaniem Katedrą Wokalistyki, a także z obowiązkami związanymi z pracą na stanowisku dziekana Wydziału Wokalno-Aktorskiego. Do najwybitniejszych absolwentów klasy Zofii Janukowicz-Pobłockiej należą: Ewa Werka (piękna kobieta, z klasą i kulturą, śpiewaczka obdarzona cudownym mezzosopranem, pierwsza wykonawczyni partii Benigny w operze Czarna maska Krzysztofa Pendereckiego, niestety przedwcześnie zmarła), wspomniana już Grażyna Brodzińska (gwiazda operetki), Bożena Harasimowicz (laureatka konkursu bachowskiego w Lipsku i konkursu imienia Dvořáka w Karlowych Warach), Ewa Marciniec (wspaniały alt, wszechstronnie wykształcona, obok Wagnera i Bacha śpiewa również Moniuszkę i Pendereckiego). Do absolwentek należy także obdarzona wrażliwością i urokiem Bogna Forkiewicz. Jedną z ostatnich studentek mamy była jej wnuczka, a moja córka Ewa Leszczyńska, która po wyjeździe z Gdańska kontynuowała naukę w Mediolanie i wyraźnie podąża śladami babci, również jeśli chodzi o dobór repertuaru.

Mama przez lata śpiewała dużo muzyki polskiej, dokonując wielu prawykonań (Łuciuk, Jabłoński, Pałubicki, Szajna-Lewandowska). Jako wybitna odtwórczyni pieśni Karola Szymanowskiego otrzymała nagrodę Polskiego Radia i Telewizji. W jej programach znaleźli się tacy kompozytorzy jak: Komorowski, Ogiński, Niewiadomski, Żeleński, oczywiście Moniuszko i Chopin. Chyba właśnie w repertuarze pieśniarskim czuła się najlepiej, choć pamiętam wiele jej wykonań arii operowych, które interpretowała po mistrzowsku. Wśród nich były: aria Lizy z opery Czajkowskiego Dama pikowa, Tosca i Madame Butterfly Pucciniego. Jej interpretacja arii Santuzzy Mascagniego czy arii Lukrecji Różyckiego wyciskały łzy słuchaczy.

Chociaż kreacje arii operowych mamy były znakomite, nigdy na dłużej nie związała się z instytucją opery. Owszem, zdarzyło się jej kilka sezonów w Operze Bałtyckiej za czasów Jerzego Katlewicza w partii Eurydyki w operze Christopha Glucka. Ten sam dyrygent zaproponował mamie po latach partię w operze Turandot, ale odmówiła, chociaż głosowo była to partia absolutnie dla niej. Mama ceniła jednak niezależność i nie czuła się dobrze w zespołach. Nie lubiła podporządkowywać się dyrektorom, nie znosiła plotek i intryg, unikała zakrapianych imprez - nie lubiła tracić na nie czasu. Jednym z jej życiowych postulatów było zdanie: "Zrobić coś w życiu". Po latach przyjęła zaproszenie Ewy Michnik do udziału w spektaklu Tetyda na Skyros Domenica Scarlattiego we Wrocławiu. Weszła w tę rolę, zastępując niedysponowaną koleżankę, trzy tygodnie przed premierą. Spektakl reżyserował Adam Hanuszkiewicz. W czasie przygotowań zupełnie nieoceniony i niezastąpiony okazał się Andrzej Nanowski, który razem ze mną spędzał całe godziny przy fortepianie na Kwietnej, umożliwiając mamie opanowanie karkołomnych arii i długich recytatywów. Przedstawienia odbyły się w pięknej Auli Leopoldina. Śladem tej produkcji jest album płytowy wydany przez Polskie Nagrania.

Mama to także wspomnienia jej podróży koncertowych, a konkretnie jej powrotów do domu. Po występach w Polsce zazwyczaj przyjeżdżała pierwszym możliwym pociągiem, zawsze przywożąc ze sobą bukiety kwiatów, programy i afisze, które tata natychmiast wklejał do albumów. Z podróży zagranicznych najbardziej zapamiętałam "epokę Holandii". Mama, jako zwyciężczyni konkursu w 's-Hertogenbosch w latach sześćdziesiątych, bardzo często wyjeżdżała na nagrania i koncerty do rozgłośni holenderskiego radia Hilversum. Stamtąd przysyłała do nas listy i kartki pocztowe - a to ze starymi drewnianymi wiatrakami, a to z holenderskimi dziewczynami w drewnianych chodakach lub z eleganckimi paniami w ogromnych, pięknych kapeluszach czy te najpiękniejsze - ze zdjęciami całych pól tulipanów. Gdy odrywało się z nich złocistą naklejkę, w powietrzu unosił się zapach kwiatów. To były niezapomniane, magiczne chwile. Mam też inne wspomnienie związane z mamą i jej powrotami z podróży: idę z tatą na oliwski dworzec, a mama wysiada z pociągu dosłownie obładowana bagażem z prezentami. Wśród nich były czerwone dziecięce kalosze (o jakich nikomu się wtedy nie śniło), biały batyst i prawdziwa holenderska koronka na sukienkę do komunii świętej, mała torebka z prawdziwej cielęcej skóry z wytłaczanym wzorkiem i frędzelkami, składany piórnik na zamek błyskawiczny z zestawem kolorowych kredek i pachnącą gumką do ścierania i wreszcie - kakao firmy Van Houten w puszce, którą mam do dziś! Któregoś razu z Holandii mama przywiozła kwiat anturium - wtedy u nas jeszcze zupełnie nieznany - w zielonej okrągłej butelce po portugalskim winie. Pielęgnowany, stał na fortepianie wiele tygodni.