Francesca przyszła na świat szóstego stycznia tysiąc osiemset czterdziestego dziewiątego roku. Urodziła się na jednym z tych wzgórz Wybrzeża Amalfitańskiego, które urywają się nagłą przepaścią nad odwróconym niebem, w pogodne noce rozgwieżdżonym światłami łodzi.
Z góry morze zdaje się odległe, jakby zaglądało się do bezkresnej, świetlistej studni. Przejrzysty błękit - niedostępny, zawieszony w próżni, milczący - jest nierzeczywisty i tajemniczy jak baśń.
Dzieciństwo i skromne życie pełne znojnej pracy w młynie dziadka płynęły Francesce na brzegu obok wodospadu i na stromych ścieżkach nad ziejącymi pięknem urwiskami; w dni smutku nachodziło ją obłąkańcze pragnienie wzbicia się do lotu.
Swoją drogą nie była jedyną mieszkanką tamtej wioski uczepionej pionowej skały i małego klasztoru owładniętą tak niedorzecznym marzeniem.
Zdarzało się, że ktoś naprawdę postanawiał rozłożyć skrzydła i rzucał się z mostku prowadzącego do eremu i kościoła - w miejscu, w którym złudzenie optyczne było najsilniejsze.
Ojciec Angelo, zasępiony powtarzającym się co jakiś czas nieszczęściem, za każdym razem prowadził aż do przełęczy procesję niosącą otoczony czcią posąg świętego - rzymskiego centuriona, który trafił tu na wzgórze Bóg jeden wie jak i postanowił osiąść jako pustelnik na jego szczycie. Stawiali go na kupce żwiru, na środku małego placyku: był młody, o nabożnej twarzy i w stroju wojownika, a jego lśniąca, srebrna zbroja mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Stopą nieprzerwanie miażdżył orła i patrzył cierpliwie na niebieskie sklepienie, w które celował wyciągniętym palcem.
Pomijając jego nieco głupawy uśmiech, który przecież miał być oznaką mistycznej ekstazy, zdawał się w gruncie rzeczy zadowolony ze swojej pozycji: górował nad obrządkiem, podczas którego kapłan, pragnąc odpędzić demona, zamaszystymi ruchami ramion rysował w powietrzu dymne wstęgi i okadzał przepaść, a następnie kropidłem szczodrze błogosławił małej grupce wiernych, święcił rozpaczających żałobników i tragarzy z konduktu na klęczkach, poręcz mostku i morze lśniące im kusicielsko pod nogami.
Dziadek Franceski, Giuseppe, właściciel młyna, w którym z jego własnej mąki jego własne baby robiły również makaron, darzył gorliwą czcią zarówno żołnierza eremitę o czerwonych policzkach i z zadartym nosem, jak i jego wojskowe nauki.
Wybrał go na patrona, ponieważ dostrzegał w nim nie tylko żołnierską stanowczość, ale też świątobliwość godną prawdziwego męczennika. Tak jak święty, młynarz biedaczyna w obliczu władzy zwierzchniej reagował w sposób dumny i nieprzejednany, w domu zaś grzmiał i dyscyplinował zarówno żonę, jak i siedem córek, które z czasem miały dać mu siedem wnuczek; zaraz jednak przy nich miękł i złość szybko ustępowała wesołej dobrotliwości, w miarę jak wspólna praca harmonijnie toczyła się swoim zwykłym rytmem. Tamten wielki stół był pracownią, gdzie cierpliwie powstawały orecchiette i tagliolini - a także miejscem, w którym spożywany w rodzinnym gronie o zmierzchu posiłek łączył ich jak wspólne łamanie chleba.
Zdarzało się, że dziadek z nieskrywaną satysfakcją i z pewną wyższością zaznaczał, jak to wszystkie kobiety zesłane mu przez Pana okazały się zdrowe i bogobojne. I puszył się jak paw we własnym domu, w porze wieczornego odpoczynku, dumny ze swego osobistego patrona: miał się za znawcę Słowa Bożego, wobec czego intonował litanie i wszystkie znane na pamięć modlitwy wyuczone u benedyktynów z klasztoru:
- Kyrie, eleison, Christe, eleison. Christe, audi nos, Christe, exaudi nos...
Babka Franceski, Trofimena, praktycznie rok w rok pod koniec sierpnia wyruszała na żmudną pielgrzymkę do Sanktuarium Matki Boskiej Granatowej. Docierała do samotnego kościoła, który zdawał się wyrastać ze skały, rzucała się na progu na kolana i pełzła tak aż do pierwszego stopnia ołtarza - a Francesca razem z nią.
Następnie, czerwona z wysiłku, babka klęczała przez całą wieczność - a przynajmniej wiecznością zdawało się to obolałym kolanom dziewczynki. Trofimena, z kolorową chustką zawiązaną pod brodą, zarumienionymi policzkami i parą jasnych, błyszczących oczu, tkwiła nieruchomo, wpatrując się jak zaczarowana w stareńką rzeźbę ze złoconego drewna, w matkę miłosierną z owocem granatu w uniesionej ręce.
Powiadała, że to Matka Boska od błogosławieństw, patronka wszelkiej obfitości. Nigdy nie próbowała dociekać, jak zrodziła się nabożna cześć wiernych i skąd wziął się ukwiecony owoc w ręku Dziewicy, jak głęboko sięgały korzenie zbożnej pamięci i tradycji antycznych cywilizacji w ludzkich sercach.
Nigdy się nie dowiedziała, że w czasach, gdy to Grecy przybywali tu, w góry, z wybrzeża, szukając schronienia przed malarią i piratami, nieśli ze sobą - w sercach i w fizycznej postaci - podobiznę Hery Argiwskiej.
Była ona boginią dobrobytu i światła, patronką porodów, dawczynią łask; siedziała w skromnej pozie na tronie z wypiekanej gliny, a w jej prawej dłoni, w zaciśniętych palcach niczym dar spoczywał owoc granatu.
Przez całe życie babka miała czerwone owoce za święte - wieszała je w kiściach na ścianach, żeby przynosiły domostwu szczęście, pomyślność i dobrobyt.
Francesce udzieliła się ta wiara i zawsze suszyła ten czy ów owoc i chowała je na dobrą wróżbę. W biedzie - w ciemnych wnętrzach ociosanych drewnianych szafek; w bogactwie - stawiała je na rzeźbionych kredensach, na zdobionych ceramicznych paterach z Capodimonte, obok sztucznych owoców, wtykała je dla niepoznaki między jaskrawoczerwone jabłka a żółte woskowe mandarynki, bo działały najskuteczniej właśnie wtedy, gdy nie rzucały się w oczy.
Do domu Franceski wiodła wąska, stroma ścieżka. Domem było obszerne pomieszczenie przyległe do młyna obok wodospadu.
Kiedy już z dala od tych miejsc miała stać się "donną Francescą" w kapeluszu i w karocy, czasem we wspomnieniach wracało to pachnące zbocze, po którym wspinała się w swoje dawne, milczące strony, pośród różowych skał przeciętych dwiema liniami błękitu. Obrazy z przeszłości pełne były słońca i różnobarwne.
Wystarczyło jednak, że przekraczała próg domostwa, i we wspomnienia wkradały się ciemności z pokoju rozświetlonego jednym zaledwie oknem - kamienna podłoga, sterty pociemniałych, drewnianych belek, na których suszył się makaron, podniszczone drewno długiego stołu; jakby na jej pamięć opadała lekka mgiełka mąki.
Znów widziała tam twarze swoich bliskich, zamarłe w grymasach, jak maski: przesiewali mąkę przy rytmicznym zgrzycie koła młyńskiego i szumie wody, bo właśnie tak pełna dźwięków była ich cisza. Poruszali powoli okrągłymi sitami obciągniętymi jedwabiem, a jasne chmury pyłu unosiły się, wyrywając z ich piersi kaszel; drobinki oddalały się od siebie w powietrzu, rozmywając ich kontury.
Dokładnie tacy wryli się w pamięć Franceski: przykryci białą patyną, wyraźniejszą na bokobrodach i kręconych włosach dziadka Giuseppe, na czarnej sukience babki Trofimeny i na łuku długich rzęs jej matki.
*
W domu, prócz dziadka i zezowatego kocura zwanego Szkodnikiem, mieszkały i pracowały wyłącznie kobiety.
Dziecięcy świat Franceski przypominał kurnik, z wciąż jeszcze całkiem żwawym, burkliwym, wielkim i silnym kogutem, pełen obfitych piersi oferujących bezpieczne schronienie. Wieczorami wyskakiwały na wolność i kołysały się podczas szykowania łóżek i rozkładania pościeli, aż wreszcie, w luźnym zwisie, ocierały się o jej twarz, gdy kobiety przechodziły na czworaka przez jej siennik, żeby dotrzeć na przydzielone sobie miejsce. Już senne, wypowiadały słowa pacierza, całe to bezmyślne: "Amen... Amen... Amen... Amen...", i tym tajemniczym słowem wzywającym dalekiego Boga nadawały rytm modłom, które dziadek wznosił ze swojego samotnego kąta po przeciwległej stronie pomieszczenia - jak najdalej od paleniska, bo zawsze było mu gorąco:
- Kyrie, eleison, Christe, eleison. Christe, audi nos, Christe, exaudi nos...
Francesca miała również ojca, marynarza, co to najpierw robił za chłopca okrętowego, a później za sternika, zawsze na jakichś odległych morzach, poza granicami królestwa, na którejś łajbie handlowej. Był wciąż jeszcze młodym mężczyzną; na skalisty ląd schodził boso, zwinny jak jaszczurka.
Kiedy wracał ze swych podróży, po tym, jak jego okręt przybił do wybrzeży Amalfi, słychać go było z daleka: pokrzykiwał i gwizdał wesoło, a Francesca, nie bacząc na ostre kamienie i ciernie, zawsze wybiegała mu naprzeciw pierwsza, zanim ktokolwiek inny zdążył do niego dobiec.
Dziadkowi niespieszno było go witać: nie ruszał się z miejsca albo wręcz wlekł się całkiem gdzie indziej, głośno postukując ciężkimi chodakami. Zwykle szedł w stronę wodospadu i koła młyńskiego, często jednak zajmował miejsce na tarasie na dachu, gdzie suszył się makaron - tam, z udawaną obojętnością, mógł obserwować przebieg spotkania. Potrząsał wielkimi koszami pełnymi wklęsłych orecchiette, przesuwał drewniane tace, na których suszyły się poskręcane fusilli, i belki z przewieszonymi płatami lasagne. Ręce miał pełne roboty i mógł łypać okiem na widok roztaczający się w dole.
Z zięciem witał się później i zawsze z pewnym ociąganiem, ponuro marszcząc brwi - a marynarz odpowiadał z wymuszoną beztroską, i byle tylko ojciec Peppe spojrzał na niego łaskawym okiem, natychmiast zabierał się do młynarskiej roboty.
Cały wysiłek, który wkładał w przerzucanie worków, troska, z jaką dbał o kapryśne młyńskie kamienie, cierpliwość, gdy na stojąco wyrabiał masę w dzieży, to, jak dokładnie i prędko ciął ciasto na lasagne i tagliolini - wszystko to czynił z żywym i gorącym pragnieniem akceptacji.
Wieczorami opowiadał teściowi o podróżach, sztormach, delfinach i dalekich krainach: Tunezji, Algierii, Maroku i o portach na Morzu Azowskim, gdzie ładowali pszenicę. Zwierzał mu się ze swoich marzeń, wyjawiał, jak to zamierza zapoznać amalfitańskich handlarzy z towarami z odległych krajów - i jeszcze na tym zarobić.
Dziadek nigdy nie próbował podsycać jego nadziei ani się z nim nie spoufalał.
Dopiero gdy spośród innych młodych mężczyzn w wieku od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat w naborze do wojska wylosowano Salvatorego De Crescenzo, solidarnie stanął murem za marynarzem, by jakoś go wyratować.
Jako że młodzieniec owszem, miał co nieco z trudem odłożonych pieniędzy, ale nie składały się one na zawrotną sumę dwustu pięćdziesięciu dukatów potrzebną na prawnie dozwolony "wykup" - kwotę należną żołnierzowi, który miał już na koncie pięć lat czynnej służby i gotów byłby pójść w kamasze na kolejnych osiem lat - to teść prowadził go i radził mu w tej trudnej sytuacji.
Zabrał go ze sobą stromo pnącymi się i opadającymi ścieżkami aż na zbocze, z którego roztaczał się widok na opactwo benedyktynów w Cavie. Zaprowadził go, z dodającym otuchy ciężarem czarnego kamienia na ukąszenie żmii w kieszeni, tam, gdzie rosło "cuchnące ziele", które należało zebrać i przeżuć przed wizytą u lekarza wojskowego. Oddech po nim robił się tak zaśmiardły, że zbierało się na wymioty, dzięki czemu mógł liczyć na całkowite zwolnienie ze służby - istniał bowiem stosowny zapis w dekrecie króla Ferdynanda tyczącym się poboru wojskowego w Królestwie Obojga Sycylii1.
O zapisie dziadek dowiedział się za pośrednictwem mnichów z klasztoru, którzy choć niewiele o nim mówili, to dobrze znali królewską jurysdykcję z czternastego marca tysiąc osiemset trzydziestego czwartego roku; przepisali zresztą i troskliwie przechowywali tekst Ustawy organicznej o powszechnym obowiązku służby wojskowej i procedurze poboru wojskowego.
W odrębnej dyrektywie, w której wyszczególniono wszystkie choroby stanowiące podstawę do zwolnienia ze służby, zawarty był również "cuchnący oddech niebiorący się z zębów ani innych kwestii, którym z łatwością można zaradzić, lecz mający inną, nieusuwalną przyczynę, zdolny poważnie zawadzać pozostałym kamratom".
Kiedy Salvatore wyruszył do Salerno, gdzie mieściła się siedziba komisji, dziadek czekał na niego przez dwa dni i dwie noce.
Następnie napił się z zięciem, świętując zmyślne zażegnanie niebezpieczeństwa; śmiał się i radował szczęściem, którym tryskały jego baby, bo po prawdzie w jego składającym się z prostych mądrości świecie zrobiłby wszystko, byle tylko je zadowolić i ucieszyć.
Minęło kilka godzin, a on nadal nie przestawał się ze smakiem śmiać na samo wspomnienie; w domu wszyscy spali, a dziadek krążył, rozglądał się tu i tam, jakby pełnił wartę.
Bez trudu zauważył, że młody mężczyzna, zawstydzony pewnie utrzymującym się wciąż własnym smrodem, nie próbował nawet zbliżyć się do żony ani tym bardziej zaszyć się z nią w jakim kącie. A do domu swojej matki, gdzie zawsze chadzał spać, tamtej nocy wrócił znacznie wcześniej niż zwykle.
I następnego poranka Salvatore, kiedy udał się do portu szukać sobie następnego okrętu, przeszedł przez próg, nie bacząc nawet na swoją kobietę: nawet na nią nie gwizdnął, słowem się nie odezwał.
Dziadek, który dojrzał go pośród zarośli, jak przemykał ukradkiem i w ciszy w stronę równiny, cały pojaśniał na twarzy i ubawiony zaczął podśpiewywać jedną z prześmiewczych pioseneczek:
Czmychaj, chłopcze, ino raz,
Wzdychać to już nie ten czas.
Na tę różę herbacianą
Ani spojrzeć mi się waż.
Od tej gruszki z mego sadu
Wara, nogi bierz za pas.
Z pewnością do przystojnego marynarza należało nie tylko serce matki Franceski, ale też serca wszystkich mieszkanek domu.
Ich zdaniem zawsze zbyt szybko wypływał w morze ten ich ciemnowłosy powinowaty.
- Udany chłopaczek, ładny jak laleczka - mawiały, wspominając go, kiedy bawił z dala od domu.
- Czorny taki... jak smoła - dumały rozmarzone, a dziadek, poirytowany, odparowywał:
- Czorny jak karaczan.
Smuciła się Francesca, kiedy chłopak o szorstkich od lin dłoniach wyruszał w rejs; ten, do którego w cieniu zarośli słodko ćwierkała jej matka, silny mężczyzna o napiętych mięśniach, co ją sobie wsadzał na ramiona i biegł przed siebie...
Wio, koniku, wio,
Pędź, ośliku, pędź,
Osioł zdech, no i pech.
A pod mnichem i koń zdycha,
A u mnicha pełna micha.
Kompan dziecięcych zabaw szczypał ją w wierzch dłoni...
Scypie, scypie, chrobok...
...i zaczynał ją łaskotać...
Mały mój chroboku,
Piękny ty bajtloku,
Siedzą we mnie biesy tłuste,
Jak cię chycnę, to nie puszczę,
Cyś ty król czy szczyl.
...chwytał ją pod pachy i zaczynał kręcić się z nią dookoła...
Dmij, panienko, tę koziczkę,
To ci kupię twą spódniczkę.
Tę spódniczkę, tę szkarłatną.
Graj, panienko, gładko, gładko.
...a Francesca zanosiła się śmiechem i prosiła:
- Jeszcze, jeszcze!
Wypływał w morze marynarz, co to niósł tych kilka swoich ubrań sztywnych od soli w tobołku zamotanym na końcu kija. Maszerował szybkim krokiem, jakby wiatr już dął mu w żagle, nie odwracał się; spod stóp wzbijały mu się tumany kurzu, a w ciemnych, skośnych nieco oczach, drapieżnych i bystrych, czaiła się nadzieja na czekające go przygody i bogactwa. Miał oczy krogulca gotowego rzucić się na pierwszą lepszą okazję, nawet gdyby miała przemknąć mu nad głową pędem, jak strzała wystrzelona z łuku.
Odprowadzany wzrokiem żony z nieodłącznym ostatnim niemowlęciem na ręku - znikał pośród zarośli; ona zaś przystawała na wzgórzu nieruchomo, nie odrywając oczu od morza, które poniżej sięgało granic nieba. Wreszcie wracała do młyna z pobielałymi policzkami: w codziennych słowach jej głos stawał się ostrzejszy, gesty szorstkie, a dłonie odzyskiwały łagodność, tylko gdy spoczywały na główkach dziewczynek, kiedy przeczesywała palcami ich włosy w pieszczocie.
W końcu wracały jej kolor i humor wraz z jednoznacznie powiększającym się brzuchem, którego nie zdołała ukryć obszerna spódnica. Moment ten zbiegał się z potężnym wybuchem dziadka; za każdym razem jednakowym, takim samym jak wtedy, gdy ojciec Angelo przyszedł z prośbą o dopuszczenie dziadkowej córy do sakramentu małżeństwa oraz z informacją, że owa córa jest brzemienna.
Jego wściekłość zawsze była jednakowa: czerwieniała mu od niej twarz, a jeszcze bardziej szyja.
Obracał z furią stolnicę tak, że dom trząsł się w posadach, jakby cały miał gruchnąć w dolinę razem ze strumieniem z wodospadu, i blady strach padał na biedne kobiety. Ale nie na Francescę.
Wałek z hukiem lądował na tych kilku kuchennych utensyliach i wyszczerbionych garnkach, roztrzaskując je w drobny mak, ale baby już omijał, i to dlatego Francesca się nie bała. Dziadek nigdy jej nie uderzył; w rzeczywistości nigdy nie uderzył nikogo.
Po tym, jak wściekłość mu mijała, chodził nabzdyczony i milczał zaciekle i z dumą przez wiele dni, a wieczorami zaprzestawał nawet swoich litanii, nad czym wszystkie baby lamentowały ogromnie, bo nikt inny w domu dość ich nie znał.
Ale jego dąsy, zawsze tak ogniste, prędko się wypalały. Wkrótce nadchodził pierwszy znak wyczekiwanego pokoju i prawie zawsze było to parę słów, którymi zwracał się do babki:
- Ot, jedna gęba do wykarmienia więcej...
A i łagodna odpowiedź jego żony prawie zawsze była taka sama:
- Ale i jedna para rąk do pracy więcej...
On zaś zgnębiony i zrezygnowany mówił jej na to, potrząsając głową:
- Salvatoremu jak zwykle tylko spieszno na morze, nic innego się dla niego nie liczy. Dzieci zrobić potrafi, a jak, ale później całą za nie odpowiedzialność zrzuca na nas, niebożęta.
W rzeczywistości całe swoje rozgoryczenie dziadek wyrażał w sposób bardziej fantazyjny, acz zwięzły, dosadnie i w punkt:
- Ino patrzy, byle hycnąć na statek, a na resztę szczy!
I ta burza szybko jednak przeminęła, a w swoim czasie dziadek z uśmiechem powitał pierwsze kwilenie Ritucci, swojej siódmej wnuczki, i jak zawsze osobiście wetknął w rączki nowo narodzonej podczas obrzędu pierwszego obcinania paznokci symbole władzy nad światem: różaniec i monetę.
Przytrzymywał jej paluszki zaciśnięte na dwóch talizmanach, wypowiadając swoją zwykłą formułkę:
- Chowaj się gładka, bujna i nabożna i niechaj ci bida w oczy nie zajrzy.
Głęboka więź połączyła Francescę i dziadka.
To właśnie on, trzymając ją za rękę, uczył pisać własne imię, imię babki - wyjątkowo skomplikowane, oraz imię ich króla Ferdynanda; miana długie i trudne, ale Francesca podołała, a Concettina, jej starsza siostra - już nie.
Ojciec Gesualdo chętnie udzielał jej lekcji, bo jak utrzymywał, rzadko trafiało się na tak inteligentne istoty, co też z lubością podkreślał:
- Trafiła się panna z głową nie od parady...
I ojciec Simone, kiedy zjeżdżał w te strony z Montevergine, nie omieszkiwał podzielić się z Francescą naukami, po czym napotkawszy dziadka, zawsze ją chwalił:
- Wasza wnuczka dryg ma do wiedzy... Rozumu tej małej pan Bóg nie poskąpił - prawił, z lekko sepleniącym "z", jak to w dialekcie irpińskim.
Ale to dziadek jako pierwszy nauczył ją cyfr na palcach u rąk, następnie alfabetu i wszelkich podstaw wiedzy, które szybko rozwinęła dzięki okazjonalnym wykładom mnichów; prędko nauczyła się czytać, pisać i rachować.
Szycia też ją przyuczył (bo choć głównie szył i naprawiał worki, to znał też wykrój na spódnicę i spodnie), podobnie jak podkładania szczapek do pieca i pod kuchnię, żeby ogień nie zgasł, oraz zbierania oregano, pyłu ze skały pumeksowej, strąków karobu i jagód jałowca: żeby nadać przyjemny aromat mydłu, które wytwarzali ze świńskiego łoju. Przede wszystkim jednak zaszczepił w niej rozmaite nawyki higieniczne, od żucia liści szałwii i mięty w celu oczyszczenia zębów, po szorowanie się w lodowatej wodzie, by zahartować się na wypadek bólów w piersi, jak nauczyli go mnisi, którym służył dzień i noc za dzieciaka, aż do lat wczesnej młodości.
Co roku w okresie Wielkiego Postu, a także na Wniebowstąpienie nakazywał całej rodzinie myć zęby mieszanką wysuszonych i utartych na pył w moździerzu bakłażanów z solą morską. Zawsze własnoręcznie przygotowywał swoją mieszankę, wymagał skrupulatności w jej użyciu i nadzorował przebieg całej operacji, która - jeśli wierzyć słowom ojca Lorenza, niech mu ziemia lekką będzie - chroniła zęby przed psuciem się i ropieniem. Zwykł z nieskrywaną dumą wskazywać na mocne i równe kły i trzonowce w licznych ustach swoich najbliższych.
Jego największą chlubą były zęby przedostatniej córy, Filomeny zwanej Mimelą, która szczerzyła je nieustannie, błyskotliwie posługując się słowem, do czego miała niesamowity dryg; błyskała nimi, niczym "sznoreczkiem paciorków, jak u królewny", jak to mawiał dziadek.
Na Wniebowstąpienie, po czyszczeniu zębów, stawały w kolejce, by obmyć twarz wodą z płatkami róż.
Poprzedniego wieczoru pozostawiały je na noc w cebrzyku, żeby pobłogosławiły je anioły, towarzyszące o północy Jezusowi w drodze do nieba.
Płatki róż szykował zawczasu dziadek z Francescą, zazwyczaj odmawiając przy tym Glorię. Kiedy już cała rodzina dokonała rytuału obmycia, to ich dwoje filtrowało lekko pachnącą wodę i przelewało ją do dwóch flakonów, aby zrosić i pobłogosławić twarz w dni wyjątkowych świąt, skorzystać z jej oczyszczających i dobroczynnych właściwości.
W domu, nawiązując do szczególnej więzi świętych z trzynastego i czternastego grudnia, mawiano o ich dwojgu:
- Jakobyśmy widzieli świętą Łucję i świętego Agnellusa. - Tak silna była nić porozumienia dziadka z nieodstępującą go na krok wnuczką.
Wszystkie swoje kobiety młynarz wtajemniczał po trochu w arkana swej tajemnej wiedzy, ale tylko Francesce przekazywał ją stale, tylko jej w sekrecie nasypał ziarna w małe dłonie, nakreślił białym od mąki kciukiem krzyż na czole i przekazał nabożny wręcz szacunek do ich pracy.
Chciał, by uczyła się z radością, toteż starał się wzbudzać jej ciekawość, apelował do jej instynktu, udzielając szczegółowych wyjaśnień; zawsze jednak posługiwał się praktycznymi i żartobliwymi przykładami. Czasem, zanim rozpoczął codzienną produkcję makaronu, zabierał dziewczynkę ze sobą na zewnątrz i niczym wprawny komik zaczynał teatralny pokaz oddychania: brał głęboki wdech, rozszerzając nozdrza, węszył w powietrzu niczym ogar. Wszystko po to, by zapamiętała sobie dobrze, że wyłącznie poprzez wyczucie pogody - czy to suchej, czy wilgotnej - dochodził do właściwej proporcji ciepłej wody, semoliny i mieszanki mąk: od swojej obserwacji uzależniał to, czy ciasto należy przyszykować bardziej miękkie, czy twarde.
Jakby wciąż była to zabawa, wsadzał ją do dzieży, gdzie razem wyrabiali ciasto; najpierw jednak obmywali stopy w miedzianym kociołku, śmiejąc się przy tym i ochlapując się nawzajem wodą. Kociołek, opłukany byle jak, wracał do swej dawnej, prawie że świętej funkcji - to z niego wlewało się ciepłą wodę do dzieży. Naturalnie w całej tej ich rzemieślniczej produkcji nikt nie zaprzątał sobie głowy pewną dezynwolturą w kwestii zasad higieny - bliżej nieokreślonych i dających naginać się w nieskończoność.
Gdy tak stali w ciepłym korycie, w mglistym oparze mąki, podtrzymywał ją za rękę lub kazał opierać się o ścianę i demonstrował wnuczce ruch nóg, lekkie uderzenia podeszwą stopy, jednostajny rytm; tak, by biała masa nie zbiła się w twardą grudę.
Istotę wyrabiania ciasta podkreślał komicznymi grymasami, przyciągając w ten sposób uwagę dziewczynki. Gdy przybierało kulistą formę i odpowiednią konsystencję, wyciągali je z dzieży, przecierali, dzielili na części i układali je jedna na drugiej, aż stwardniało i wchłonęło całą wodę. Należało przy tym obtłukiwać je kijkiem, energicznie i z odpowiednią regularnością, tak by drobinki mąki, które miały połączyć się ze sobą, nie pozostawiając wolnych przestrzeni, w tym złożonym procesie nie utraciły wewnętrznej elastyczności, zaś całe ciasto - ziarnistej struktury. By robota zbytnio się nie nużyła, nucił przy niej swoje wymyślanki:
Bułecko, bułecko
Cacana,
Dostaniesz ode mnie
Dziś z rana.
Często przekształcał pracę w coś na kształt zawodów: ogłaszał konkurs na najpiękniej zakręcone fusilli i prawie zawsze wygrywała babka, nie tylko dlatego, że miała najzręczniejsze ręce, ale też dlatego, że łatwo się obrażała - a on lubił jej trochę nadskakiwać. I Francesce, kiedy spod jej drobnych palców wychodziły najbardziej kształtne orecchiette, rzucał słowo pochwały, które było jak medal; w nagrodę zawijał jej wałeczek ciasta wokół paluszka niczym pierścionek, ona zaś przystawała i podziwiała go z uniesioną ręką, po czym starała się, jak mogła, żeby go nie zgnieść.
Dziadek jednak lubił sobie stroić z niej żarty i zaczynał ze swoim "skuś baba na dziada, skuś baba", ledwie tylko coś krzywo jej wyszło, zwłaszcza kiedy nie udawały się jej słynne piscetielli, "rybeńki", przygotowywane do bulionu i zwane tak przez swoją charakterystyczną formę przywołującą na myśl maleńkie rybki, albo i nawet męskie atrybuty w miniaturze.
Pożądany kształt otrzymywało się, przyciskając zębami grzebienia kawałek ciasta długiego na trzy centymetry i zawiniętego uprzednio wokół pręta o średnicy jednego centymetra. Po zakończeniu delikatnej operacji należało zsunąć makaron; cała procedura wymagała wprawnego przebierania rozluźnionymi palcami, tak szybko, jak iluzjonista na scenie.
W końcu rozkładali makaroniki jeden obok drugiego na drewnianych deskach, niewielkie jak fasolki, w całej swej pomarszczonej krasie uzyskanej dzięki zębom grzebienia; w rzeczy samej przypominały niewinne symbole męskości, jak u dziecka.
Któregoś dnia dziadek niepomnie dał jej użyć noża, żeby pokroiła na kosteczki długie wałki ciasta na orecchiette. Francesca, wciąż jeszcze mała, zraniła się niefortunnie w palec, ale jak tylko potrafiła, pilnowała się, by nie zapłakać. Bez zbędnych słów współczucia podał jej ściereczkę, na którą zgarnął trochę pleśni i pajęczyny ze ściany, i kazał przycisnąć do palca, aby zatamować krwawienie. Żeby ją pocieszyć, dał jej kawałek korzenia lukrecji, który sam stosował na złagodzenie kaszlu, a jakby tego było mało, podarował jej jeszcze jeden smakołyk, cukrową kukiełkę - słodką laleczkę zrobioną z kwadratu czystego płótna ze szczyptą cukru pośrodku, przewiązanego ciasno nitką, tak by z drobinek cukru zrobiła się główka.
Następnie usadził ją z powrotem przy stole i znów wręczył jej zaostrzone narzędzie pracy, głuchy na protesty babki, jedynej osoby, która w ten czy inny sposób potrafiła mu się przeciwstawić.
Francesce zaś, zasysającej policzki do środka na słodkiej główce kukiełki, ze strzępkami płótna lalczynej sukienki wystającymi jej z ust, zdążyły już obeschnąć rzęsy; z poważną miną weteranki odznaczonej medalem na polu bitwy znów wzięła się do siekania długich jak węże wałeczków ciasta.
Za wspólną pracą w małej makaroniarni wysiłkami dziadka wkładanymi w poszukiwanie nowych rynków zbytu i za rosnącym popytem na ich produkty pośród klientów szły coraz to nowsze przygody.
W pewnym momencie doszło do tego, że regularnie dostarczali towar na wybrzeże, gdzie prawie z pirackim zacięciem rzucali się nań kupcy ze statków z Neapolu, w którym to wciąż ich wyroby stanowiły ogromny przysmak.
I tak dla Franceski najwspanialszą w świecie dziecięcą zabawą było wożenie makaronu nad morze. Choć była jeszcze dzieckiem, to spoczywały na niej poważne obowiązki: mimo wciąż wątłej postury doskonale znała się na utrzymywaniu ładunku w równowadze - i tak wyruszała z matką i ciotkami, dumnymi jak królowe w szmacianych butach i w długich spódnicach zebranych z jednej strony, by łatwiej kroczyło się z koszami ustawionymi na głowach.
Dziadek niósł worki wypełnione po brzegi orecchiette, przywieszone na skórzanym pasie na ukos przez pierś. Ze ścieżki, którą przemierzał objuczonym mułem, śpiewem nawoływał kobiety, które by skrócić sobie drogę, schodziły ze wzgórza przez skarpy i zatrważająco niebezpieczne skróty.
Dawał im znać o tym, gdzie się znajduje, śpiewając praktycznie bez przerwy; pieśni w repertuarze miał pradawne i poruszające.
Kiedym się narodziła...
Zrodziłam się tam, gdzie morze...
Tam, gdzie ziemia Turków...
Tam, gdzie czarno ziemia...
Zdarzało mu się zmieniać swoje ulubione piosenki, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Wymyślał je na nowo i dopasowywał wersy do rytmu strofek:
Dzionek świecił, szłem chyżo przy brzegu,
Serce z piersi hycło mnie na piasek.
Cyganeczka z piasku je podniesła,
Ja bez serca, a jej w piersi oba biją.
I tak baby schodzące w doliny szły za jego głosem, czekały na niego, dołączały, za jakiś czas traciły go z oczu i dalej od nowa; całe spieczone słońcem, powalane żywicą i pachnące bryzą, co to powiewała od wody.
Kiedy docierali do stromego zbocza, które z doliny prowadziło na brzeg, i schodzili do małej kamienistej zatoczki, ledwie rozchylającej się na morską toń, dołączali do innych rodzin z górskich wiosek, objuczonych tak jak oni workami pełnymi makaronu. Mężczyźni wymieniali pozdrowienia.
Drewniane sylwetki statków pojawiały się niespodziewanie na horyzoncie i sunęły niespiesznie obok pojedynczej skały górującej nad taflą wody. Różnoboczne trójkąty żagli przesuwały się jeden za drugim, a żeglarze, wciąż jeszcze maleńkie, prędko poruszające się postaci, uwijali się gorączkowo i zasiadali do wioseł.
Prawie za każdym razem okrętów było pięć, a Francesca zawsze je liczyła: pomalowane na niebiesko, brązowo i ciemnozielono, z linią wodną zaznaczoną na czarno i czerwono-pomarańczowo, z wypisanymi na burcie białą farbą imionami świętych, to wynurzały się z wody, to znikały w odmętach kipieli.
Francesca, zajęta przekazywaniem towaru, z uniesioną i zaczepioną w pasie spódnicą stała w wodzie; uda miała mokre od fal, cofających się i przybijających do brzegu.
Później, gdy okręty wracały na otwarte morze, wpatrywała się jak zaczarowana w harmonijne ruchy mężczyzn na pokładzie, hipnotyzujący rytm błyszczących wioseł, koordynację spinających się ramion. Wsłuchiwała się w głosy niosące się z daleka, echo słów dochodzące jej ponad wodą tak wyraźnie, jakby zamknięte były w kryształowych kulach toczących się po morskiej tafli.
- Uwidzim się w piątek!
- Do piątku! Jak pogoda dopisze...
- Obaczym, czy dopisze!
Łajby znikały jedna za drugą przy krawędzi zatoki, za naturalną kotarą głazu sadowiącego się od zarania dziejów na wodzie, a ją to znikanie wprawiało w zachwyt, jakby właśnie na jej oczach działa się magia. Z jakiej to drogi wracały później puste kosze? Dokąd wędrowały jej muszelki, które jeszcze chwilę temu miała w rękach?
- Do Neapolu... - powiadał dziadek, ale Neapol był dla niej tylko pustym słowem, odartym z koloru i niemożliwym do ulokowania w przestrzeni. Dla Franceski jej orecchiette, tak nierówne, że prawie każdy makaronik znała z osobna, ginęły w wielkim morzu, bo nie potrafiła towarzyszyć im myślą w podróży; jak gdyby za sylwetką wielkiej skały rozpoczęły tajemniczą, fantastyczną przygodę.
Z kolei dziadek, owszem, z coraz większą dokładnością potrafił odtworzyć ich ścieżki.
Dawno temu dostawcy pszenicy zjawiający się w jego młynie często zamawiali u niego gotowy towar; jakiś czas później zaczęły docierać i zamówienia od Ciommetelli, właścicielki składu makaronu niedaleko od wieży w wiosce. W końcu to ona osobiście jęła zaglądać do pracowni przy wodospadzie, zlecając zapotrzebowanie na wyroby i ładując je na grzbiet muła, na którym wiozła wszystko do siebie do domu.
Gerolama Ciomma była charakterystyczną osobowością: obdarzona ponadprzeciętnym wzrostem, mówiła ze śpiewnym, prawie że arabskim akcentem; nosiła spódnicę z szorstkiego płótna i chodaki na wschodnią modłę, które podobno z Turcji przywoził jej ormiański marynarz, powiadali ludzie, że jej kochanek.
Chłopska chustka, śnieżnobiała i zawiązana na krzyż na piersi, była jej chorągwią, zaś dwie masywne szpilki z kości słoniowej wpięte miała w warkocz zwinięty w kok na czubku głowy, niczym dwa sztandary przytwierdzone do czubka kopii.
Rozbryzgi morskiej wody często dosięgały towaru wystawionego po obu stronach sklepu Ciommy, którego obfitość wysypywała się wręcz zza progu składu, służącego jej również jako dom, zasobny w ustawione w centralnym miejscu łóżko, starannie zasłane białą, wykrochmaloną pościelą wyglądającą zza siateczki przykrycia wydzierganego na szydełku. Dla zasłużonych klientów zawsze znalazła się filiżanka świeżej kawy - dla gości przybywających na okrętach z morza i tych na wozach podróżnych, którzy docierali tu ze wszystkich stron świata i zatrzymywali się, czekając niecierpliwie, aż będzie im dane zabrać ze sobą w dalszą drogę zawinięte w białe płótno albo spakowane w szczelnie zamykane kosze przepyszne "delicje z wybrzeża".
Handlarka często zaglądała do młyna i poklepywała poufale dziadka po plecach, on zaś w odpowiedzi proponował jej to tytoń, to kieliszek wina, a czasem nawet cygaro albo częstował ją przaśnym żartem, z którego babka się nie śmiała; rzucała tylko im dwojgu groźne spojrzenia spode łba.
A zwłaszcza już, kiedy Ciomma zaciągała się dymem i wydychała małe obłoczki z wargami zaciśniętymi na cygarze i z rękoma na biodrach.
Któregoś pięknego dnia jednak Ciommetellę odsunięto na bok, bo delicje wychodzące spod rąk "Peppina, co to mieszka tam, gdzie woda huczy ze skały" trafiły na kupców tak zachłannych, że postanowili ominąć Ciommę i jej mały interes.
Kiedy w tysiąc osiemset czterdziestym ósmym w związku z rozruchami całe rodziny wyniosły się ze stolicy i większych miast na spokojniejszą i odległą amalfitańską prowincję, wielu przyjezdnych skosztowało wyrobów spod wodospadu i rozsmakowało się w nich tak, że nie zdołało już o nich zapomnieć.
I tak zapotrzebowanie rosło i rosło, aż w końcu zamówienia dziadkowi poczęli składać bezpośrednio rybacy z Santa Lucii, którzy od zawsze przyjeżdżali specjalnie z Neapolu, żeby uzupełnić zapasy makaronu. Młynarz wręczał im kosze, stojąc po kolana w wodzie, a rybacy przekazywali mu pieniądze z ubiegłotygodniowego zarobku oraz referowali mu rodzaje i ilości towarów, jakie należało przygotować na nadchodzący tydzień.
Listy z zapotrzebowaniem pochodziły z trattorii z Toledo, Corso, Chiatamone, ale i od kucharzy na usługach szlacheckich rodów, i z prywatnych zamożnych domów, rezydencji znanych adwokatów, lekarzy oraz urzędników państwowych.
W tysiąc osiemset pięćdziesiątym czwartym i pięćdziesiątym szóstym, w latach epidemii cholery, relacje handlowe z głównymi stołecznymi konsumentami delicji z wybrzeża zacieśniły się jeszcze bardziej. Być może powodem ku temu było przekonanie, że w tak szczególnych okolicznościach lepiej spożywać jedzenie pochodzące z miejsc niedotkniętych zarazą.
Kosze dziadka wypełniały większość okrętów wypływających na szerokie wody i wyróżniały się jedną szczególną cechą: przyozdobione były kwitnącymi gałązkami lauru oraz małymi cytrynami, co w dziadkowym zamyśle miało nie tylko kojarzyć się z oczyszczającą i aromatyczną mocą roślin, ale też służyło jako remedium na złe uroki, ponieważ wedle jego przedwiecznych sposobów na odczynianie złego oka cytryna zdawała się naznaczona dobrą, bosko pachnącą magią.
Makaron dziadka, cieszący się niczym nieskażoną sławą, znalazł swych wielbicieli również w kręgach wojskowych.
Zwłaszcza wojskowi w cywilu, zwani zarządcami, którzy w strukturze burbońskiej armii dochrapali się upragnionego, choć pilnie nadzorowanego zadania zaopatrzania koszar oraz szpitali wojskowych w wikt, wyposażenie i meble, nierzadko przez wzgląd na diety i długotrwałe okresy rekonwalescencji komilitonów spośród oferty makaronów decydowali się właśnie na wyroby dziadka: w kwestii pożywności nie różniły się od innych, ale bogatsze były w smak i wzmagały apetyt do tego stopnia, że budziły nadzieje na szybsze odzyskanie sił.
Kiedy armia burbońska w tysiąc osiemset pięćdziesiątym drugim zajęta była w Kalabrii szeroko zakrojoną działalnością ćwiczebną, z młyna wyruszyło zaopatrzenie, które przez Vietri i Cavę dotarło na drogę prowadzącą do Kalabrii.
Trzykrotnie z gór schodziło ośmiu żołnierzy z ośmioma objuczonymi mułami.
Właśnie mniej więcej od tego roku pośród podporuczników ze szkoły San Giovanni w Carbonarze tradycją stało się świętowanie zakończenia czterech lat nauki uroczystym obiadem, podczas którego prym wiodły paccheri dziadka; dotarli w końcu do kresu tej trudnej drogi, co dla najlepszych z nich oznaczało możliwość rozpoczęcia nauki w prestiżowej Akademii Nunziatella, skąd mieli wyjść już jako starsi oficerowie.
Aby osiągnąć pożądany kształt paccheri, zwanych policzkami, dużych, krótkich rurek, pracochłonnych w suszeniu, należało zawinąć pasek ciasta o szerokości sześciu centymetrów wokół odpowiednio grubego kijka. Po ugotowaniu i połączeniu z sosem zatrzymywały w sobie taką ilość smaku z długo gotowanego mięsa, że każdemu kęsowi towarzyszyła eksplozja aromatu, niczym plaśnięcie otwartą dłonią w twarz. Makaron dziadka w szkole San Giovanni, nabity na widelec, zataczał w powietrzu łuki triumfalne w przerwach między zachwytami biesiadników.
Serwowano go na długich, odświętnie i wręcz na pokaz przybranych stołach: witały go zawsze gromkie okrzyki entuzjazmu, po których często następowały wiwaty na cześć króla Ferdynanda, bo i jemu zdarzało się tu zaglądać w odwiedziny - zabawiał krótko, ale zawsze pozostawiał po sobie dobre wrażenie, gdyż pośród swych żołnierzy był praktycznie stałym bywalcem.
Tak czy inaczej, jak głosiła anegdota z wojskowych kręgów, wśród wyższych rangą oficerów z armii burbońskiej jako pierwszy w makaronie rozsmakował się pułkownik Liberato Quartuccio z drugiego regimentu "Regina": otrzymał go w podzięce za udzielenie przepustki swojemu podwładnemu, po jego powrocie do koszar.
Według obowiązującego regulaminu przepustka długości jednego miesiąca przysługiwała raz na dwa lata służby; jednak pułkownik, posmakowawszy fusilli z owczym serem i pulpetami z kury, tłustej i takoż pochodzącej z Wybrzeża Amalfitańskiego, nie wytrzymał tak długiego okresu oczekiwania na te rozkoszne dla podniebienia wiktuały, w związku z czym umożliwił i usankcjonował wizyty niższego rangą żołnierza w jego miasteczku, które kazał mu odwiedzać z taką częstotliwością, że stało się to obiektem podejrzeń i plotek.
W rezultacie, aby uciszyć głosy i wymusić zmowę milczenia, pułkownik Quartuccio podczas sielskich biesiad musiał dzielić się rozkoszną tajemnicą smaku makaronów dziadka. I tak znalazł się sposób na wojskowe nudy, drobna pociecha wobec wszystkich tych bolączek służby.
W konsekwencji z koszar na przepustki na Półwysep Amalfitański wyruszyli niezliczeni żołnierze, również z innych regimentów, ponaglani przez swoich przełożonych z taką werwą, jakby co najmniej na wybrzeże znów przypuściła atak armia turecka.
Wedle innej pogłoski, podsycanej przez kapitana Raffaella Pacifica, z siódmego regimentu "Napoli", zasadniczy moment docenienia makaronu spod wodospadu miał miejsce podczas pewnej kolacji w Posillipo, kiedy to pierwsze skrzypce odegrały lasagne, tak świeże i apetyczne, że zdołały ukrócić animozje i przyćmić rozbuchane emocje gości.
Lasagne podano zapieczone z mięsem i sosem pomidorowym, co w tamtych czasach nie stanowiło jeszcze popularnego połączenia. Wzbudziły więc raczej powściągliwe reakcje w miejsce zwykłego łakomstwa.
Na kolacji zebrali się dowódcy piątego oddziału "Borbone" i siódmego "Napoli". Dwaj oficerowie z dwóch różnych regimentów równi sobie stopniem, którzy na przemian w dni parzyste i nieparzyste zaznawali rozkoszy cielesnych pośród obfitych kształtów pewnej kobiety imieniem Titta, rozpoczęli na wskroś intelektualną dyskusję dotyczącą siły rażenia dział, ładunków i zasięgów.
Ze względu na zrozumiałą iskierkę współzawodnictwa dyskusja szybko przerodziła się w polemikę, zaś dyskutujący, zasiadłszy przy stole, poczęli kłócić się jeszcze bardziej zaciekle. Zrobiło się niebezpiecznie, gdyż zajmowali miejsca dokładnie naprzeciwko siebie. Starcie wkrótce jednak spowiło się aromatem unoszącym się sponad ogromnych, okrągłych jak księżyc w pełni naczyń z kamionki wnoszonych na barkach kelnerów i wypełnionych po brzegi pofalowanymi, lśniącymi fałdkami pękatej od sosu lasagne, i w owym zapachu natychmiast się rozmyło.
Topór wojenny został chwilowo zakopany wśród porcji lądujących na talerzach, kłótnia zaś ustąpiła rytmicznym ruchom widelców, ciężkich od makaronu i smaku, zaś z pierwszym kęsem zeszła na drugi plan, straciła na znaczeniu, intensywności, jakby rozpłynęła się w powietrzu, i całkowicie odeszła w niepamięć.
To, jak wybitną zaserwowano tamtego dnia potrawę, prawdopodobnie zdołało zapobiec pojedynkowi - którego to w tamtych czasach prawo surowo zabraniało, przez co tym bardziej mógł okazać się katastrofalny w skutkach.
Lasagne, wypełnione do granic możliwości nadzieniem, podano w naczyniach przykrytych wielkimi pokrywkami i wyposażonych w miedziane kółeczka, pod którymi płonął mały ogień, aby makaron zachował odpowiednią temperaturę i konsystencję: i tak to podczas degustacji idealnie dopasował się do dania - był jego częścią, ale zachowywał własną odrębność, przesuwał się na języku jędrny i gładki jak cielęcina, smakowity i elastyczny niczym najwyborniejsze owoce morza.
W opowieściach z owego wieczoru powtarzał się wątek głoszący, że każdy kęs tamtego dania miał w sobie coś lubieżnego. Z całą pewnością tęsknota za tym smakiem mocno wryła się w pamięć, jak gwiazda prowadząca krętymi ścieżkami do wodospadu i młyna.
*
W roku tysiąc osiemset pięćdziesiątym szóstym, pod koniec grudnia, gdy świeciło jeszcze październikowe słońce, do młyna wpłynęło zamówienie naprawdę niewspółmierne do możliwości produkcyjnych: dziadek przyjął je wyłącznie z szacunku dla zlecającego, pułkownika don Bruna Salerna.
Praca wrzała dniem i nocą, bo czas dostawy był bezlitośnie krótki.
Makaron miał trafić na stoły pułków pragnących uczcić odświętnym posiłkiem urodziny króla, a okazja była tym bardziej uroczysta, jako że suweren uszedł z życiem z zamachu, w którym odniósł zaledwie lekką ranę, niewiele więcej niż małe zadrapanie.
W młynie produkcja szła pełną parą, a gdy pewnego wieczoru praca przeciągnęła się ponad zwykłe godziny, mimo że wyczerpane ciotki i siostry dawno już się położyły, Francesca nie zeszła ze stanowiska wraz z dziadkami, którzy nadal jeszcze nie oderwali się od dzieła.
Przed świtem i ją odesłano do łóżka. Zmęczenie nie pozwalało jej zmrużyć oka i sen nie nadchodził; wsłuchiwała się tylko w tyradę dziadka pod adresem babki Trofimeny.
Opowiadał jej o zajściu z udziałem żołnierza z jedenastej brygady łowców, wyjątkowym niegodziwcu, który ugodził króla ósmego dnia tamtego grudnia, gdy Ferdynand w siodle, beztroski i bezbronny, uczestniczył w przeglądzie pułków na Polach Marsowych. Żołdak opuścił szeregi, rzucił się na władcę i zamierzył się na niego bagnetem.
Zamachowiec, wyjaśnił Giuseppe Trofimenie, nazywał się Agesilao Milano i pochodził z kalabryjskiej prowincji. Był jednym z tych przeklętych albańskich odszczepieńców, dzikich i nieprzewidywalnych. Być może jego czyn był odosobnionym aktem szaleństwa, może popchnęły go do niego osobiste animozje - albo, jak podejrzewano, Kalabryjczyk uwikłany był w konspiracyjną sieć, może nawet działał z ramienia sprzysiężenia jakobinów. Jak zwykle przezorny, wymawiając te słowa, dziadek przeżegnał się, a babka natychmiast powtórzyła jego gest.
Żołnierz wstąpił w szeregi armii w zastępstwie za brata i z pewnością od samego początku knuł niecne plany morderstwa pana krola, jak mówił wstrząśnięty dziadek, zarżnięcia go jak prosiaka, powtarzał w ferworze, głosem łamiącym się z poruszenia, przez co i babka zaczęła płakać, z sercem ściśniętym na myśl o krolu dobrodzieju:
- Biedaczyna... biedaczyna...
W końcu dziadek Giuseppe, po chwili pełnej udręki ciszy, z większym spokojem zaczął dumać nad zbrodnią przeciwko suwerenowi, którą miał za podłość, hańbę i sromotę.
"Sromotnik" - tym określeniem nazwał zamachowca, po czym ponownie uczynił znak krzyża, informując babkę o tym, że Agesilao Milano został powieszony. Wywiesili go za Bramą Kapuańską, na Świętą Łucję... Miał dwadzieścia sześć wiosen i przed śmiercią zażyczył sobie ucałować krucyfiks... Zapłakał szczerymi łzami i lamentował okropnie.
Do tego jeszcze bezlitosny kat, z przekory, nie zechciał namydlić sznura... przez co agonia trwała długo i okupiona była wielkim cierpieniem.
Babka znów zaczęła płakać i powtarzać:
- Biedaczyna... biedaczyna...
Francesca leżała w łóżku ledwie przytomna ze zmęczenia - powieki miała na wpół przymknięte i opierała się senności. Wyciągnięta była na wznak, a przed oczami pełzały jej pośród czerwonawego blasku z kominka nienaturalnie powiększone cienie świeżych salami niedawno podwieszonych pod belkami sufitu. W unoszącym się ciepłym powietrzu zdawało jej się widzieć i ludzkie sylwetki, kołyszące się ponuro na sznurach, a skrzypienie drewna przypominało rzężenie zamierające w gardle.
1 Państwo powstałe po kongresie wiedeńskim, obejmujące całą południową część Półwyspu Apenińskiego (przyp. tłum.).