Wstęp
Historię Frankensteina znam dzięki mojej mamie. Gdy byłem mały, zamiast
bajek opowiadała mi filmy i książki. Właściwie streszczała je w bardzo
barwny i baśniowy sposób. W ten sposób zakochałem się w Tolkienie, nim
przeczytałem choćby słowo z Hobbita, a także poznałem historię
szalonego naukowca i nieszczęsnych stworzeń, którym dał życie.
Mama streszczała mi filmy Universalu, nie książkę. Jej opowieści
koncentrowały się na potworze i jego narzeczonej, emanowały smutkiem.
Nawet kobieta skompilowana ze zwłok odrzuciła potwora, przerażona jego
okropieństwem. Brzydka, a jednak uciekła od jego brzydoty. W tej
historii zawarta jest wielka mądrość i bardzo się nią przejąłem. Byłem
bardzo samotnym chłopcem, dzieciaki nie chciały się ze mną bawić.
Potem zobaczyłem klasyczne filmy o Frankensteinie i uwielbiam je do
dziś. Naprawdę warto do nich wrócić. Za niezapomnianą maską Borisa
Karloffa skrywa się głęboka i poruszająca kreacja aktorska. Jego potwór
jest naprawdę przerażający, chodzi po świecie i zabija ludzi.
Jednocześnie boi się świata, w który go wrzucono i wydaje się kruchy
mimo potężnej sylwetki.
W końcu sięgnąłem po książkę i się rozczarowałem. Byłem bardzo młody, a powieść Mary Shelley ma na pozór niewiele wspólnego z najsłynniejszą
filmową adaptacją. Brakuje wymyślnej aparatury i piorunów. Sam potwór,
żywy trup o paskudnej powierzchowności, okazuje się inteligentną,
empatyczną i wrażliwą istotą. Czyta mnóstwo książek i pomaga innym.
Poszukuje miłości, akceptacji, swojego miejsca w świecie, czyli tego,
czego my wszyscy. Wkracza na ścieżkę bezlitosnej zemsty, zaczyna zabijać
bardzo późno, gdy znalazł się na dnie rozpaczy, odtrącony przez
wszystkich.
Do Frankensteina wróciłem po latach i pojąłem ogrom własnej głupoty.
Zrozumiałem jaka to mądra, głęboka i przerażająco aktualna książka. Była
taka już w momencie powstania. Mary Shelley wywodziła się z rodziny
piekielnie nowoczesnej jak na swoje czasy. Matka była feministką, ojciec
ateistą, a sama Mary związała się z żonatym poetą, Percy Shelleyem.
Shelley, lord Byron, ich znajomi byli jak gwiazdy rocka z lat
osiemdziesiątych: szokowali starych, fascynowali młodych, pili, ćpali,
uprawiali seks i pisali świetne rzeczy, w tym Frankensteina.
Powieść zrodzona podczas słynnego "lata bez słońca" powstała na konkurs
literacki, innymi słowy zrodziła się z nudy nad szwajcarskim jeziorkiem.
Ten przykład stawiam przeciwko wszystkim pracoholikom. Mary, doskonale
wykształcona żona słynnego poety, ogłosiła tekst anonimowo, za to ze
wstępem męża. Dziś Percy Shelley tkwi na wysokiej półce poetów
wybitnych, ale nieczytanych, a Frankenstein i jego potwór są z nami do
teraz.
O czym opowiada ta książka? Doktor Frankenstein buduje ze szczątków
ludzkich ciał bezimienną istotę. Znamy ją jako potwora lub demona.
Potwór pragnie akceptacji i bliskości, a gdy doktor go odrzuca, zaczyna
się mścić - oto oś dramatu.
Potwór - jakie to fatalne słowo - jest
obcym, człowiekiem, któremu odmówiono człowieczeństwa. W gruncie rzeczy
nie uzyskał nawet statusu zwierzęcia. Tak właśnie wygląda stosunek wielu
z nas do obcego, a świat jest pełen "potworów" Frankensteina. Budujemy
dla nich zasieki i pozwalamy umrzeć w zimnie, że uderzę w takie
patetyczne, choć przecież szczere, tony. Piszę te słowa, kiedy ciągle
trwa dramat na polskiej granicy, jest styczeń 2022 roku. Ludzie
przedzierający się przez las myślą i czują mniej więcej to samo, co
tamto nieszczęsne stworzenie, szukają domu, tak jak on szukał. Zostali
odrzuceni i zdehumanizowani. Czy zemszczą się na nas?
Myślę też o czymś tak częstym jak poszukiwanie miłości rodzicielskiej.
Każdy z nas pragnie, aby rodzice go akceptowali i kochali. Wielu nie
doświadcza tego szczęścia, czego dowodem jest olbrzymie zapotrzebowanie
na porady terapeutów. Znam też wielu takich, którzy mają niby
uporządkowane życie, ogromne sukcesy zawodowe i ciągle biegają do
rodziców, jak małe dzieci, łaknąc dobrego słowa, wsparcia, prostego
"kocham cię". Nie dostają tego i wariują, niszczą własne życie i krzywdzą swoje rodziny. Na pewno są bardzo nieszczęśliwi. Potwór
Frankensteina chciał dokładnie tego samego, pragnął tylko bezwarunkowej
miłości od swojego stworzyciela. Stos trupów, jakie za sobą zostawił,
jest, w jakiś sposób, konsekwencją tego odrzucenia.
Dodam też wątek ucieczki od odpowiedzialności za własne czyny. Kiedy
robimy coś, czego skutków wypieramy się bez żadnych skrupułów. Tu
przykładów znajdziemy aż nadto, najbardziej wyrazisty to chyba
katastrofa klimatyczna. Podpaliliśmy świat na raty, bogaci dawno
czmychnęli z forsą, świat czeka, aż biedni się uwędzą.
Podaję straszne, smutne przykłady. Trzy z wielu możliwych interpretacji.
Ale przecież Frankenstein to horror.
I jeszcze jedno. Frankensteina uważa się za pierwszą nowoczesną
powieść science fiction. Filozof Noël Carroll zwraca uwagę, że Mary
Shelley napisała też pierwszy nowoczesny horror. Ilu pisarzy, pisarek
stworzyło za jednym zamachem aż dwa gatunki literackie?
Łukasz Orbitowski
Przedmowa
Doktor Darwin i kilku niemieckich filozofów dawało do zrozumienia, że
fakt, na którym oparta została ta fikcyjna opowieść, zdaje się być czymś
całkowicie prawdopodobnym. Oczywiście nie należy przypuszczać, iż
pokładam ślepą wiarę w takiej hipotezie; niemniej jednak, gdy czerpałam
z niej inspirację do mojej opowieści, nie miałam uczucia, iż snuję sieć
okropności zupełnie zmyślonych. Wydarzenie, które dało początek mojej
historii, nie zawierało tej całej grozy, będącej nierozerwalnym
elementem opowieści o duchach i cudach. Wydarzenie to narzuciło mi się
przez świeżość sytuacji, które zawierało i, choć z punktu widzenia
realności było niemożliwością, pozwalało wyobraźni ogarnąć ludzkie
namiętności głębiej i szerzej niż opis rzeczywistych wydarzeń.
Starałam się więc zachować autentyczność podstawowych zasad ludzkiej
natury, nie wahając się jednak przed wprowadzeniem pewnej innowacji w ich wzajemnym łączeniu. Grecka epopeja Iliada, Burza czy Sen nocy
letniej Szekspira, a tym bardziej Raj utracony Miltona przestrzegają
tej zasady, tak więc pełen pokory pisarz, chcąc dzięki swojej pracy dać
- ale również otrzymać - pewną rozrywkę, może bez zbędnego
zarozumialstwa zastosować w swojej prozie pewną licencję albo raczej
regułę, której użycie zaowocowało na najpiękniejszych kartach poezji
wielością wspaniałych zmagań ludzkich namiętności.
Okolicznością, w jakiej zrodziła się moja opowieść, była zwykła rozmowa.
Rozpoczęłam ją po części, by się rozerwać, po części, by wykorzystać
wszystkie dotąd uśpione zasoby mojego intelektu. Inne powody dołączyły
do nich podczas pracy nad książką. Nie jest mi obojętne, jak zareaguje
czytelnik na sposób przedstawienia racji moralnych czy namiętności
powodujących postaciami - bohaterami opowieści - jednak w tym względzie
mój umysł zaprzątała głównie myśl, by uniknąć osłabiających skutków
współczesnych powieści, przez wyeksponowanie delikatności uczuć
rodzinnych i doskonałości uniwersalnej cnoty. Należy rozwiać
domniemanie, iż zawsze podzielam poglądy bohatera, które wynikają z naturalnych cech jego charakteru i sytuacji, w jakiej się znajduje; poza
tym nie należy wyciągać z tej opowieści żadnych wniosków, które mogłyby
stać się szkodliwe dla jakiejkolwiek doktryny filozoficznej.
Odnalazłam szczególną przyjemność w spisaniu tej historii, ponieważ
rozpoczyna się w pełnym majestatu regionie, gdzie rozgrywa się większa
część opowiadania, w towarzystwie przyjaciół, o których nie sposób
będzie zapomnieć. Spędziłam lato 1816 roku w okolicach Genewy. Było
wyjątkowo zimno i deszczowo i wieczorami zbieraliśmy się przy kominku,
delektując niemieckimi opowiadaniami o duchach. Te baśnie obudziły w nas
chęć, by je naśladować. Dwoje przyjaciół (jeden tylko utwór każdego z nich byłby o wiele bardziej godzien uwagi niż cokolwiek, co mogłoby
wyjść spod mojego pióra) oraz ja postanowiliśmy, każde z osobna,
wymyślić historię opartą na fenomenach nadprzyrodzonych.
Pogoda jednak poprawiła się i przyjaciele opuścili nas, by odbyć podróż
w Alpy. Feeria widoków, której byli tam świadkami, szybko pozwoliła im
zapomnieć o widmowych wizjach. Tak więc moje opowiadanie jest jedynym,
które zostało doprowadzone do końca.
Marlow, wrzesień 1817 roku
List pierwszy
do Pani Saville, Anglia
Sankt Petersburg, 11 grudnia 17.. r
Z pewnością ucieszy Cię wiadomość, że naszej wyprawy nie spotkało na
początek nic strasznego, choć pod wrażeniem złych przeczuć patrzyłaś na
nią z takim lękiem. Przybyłem tu wczoraj. Moim pierwszym zadaniem jest,
oczywiście, upewnić Cię Siostro kochana, że żadne niebezpieczeństwo mi
nie zagraża i że nabieram coraz większej ufności w powodzenie mojego
przedsięwzięcia.
Jestem już daleko na północ od Londynu. Chodząc ulicami Petersburga,
czuję, jak mroźny wiatr północny muska mi policzki, co mnie pokrzepia i napawa radością. Czy rozumiesz to uczucie? Ten wiatr, przybywający tu z krain, ku którym zmierzam, daje mi przedsmak klimatu owych lodowatych
okolic. Natchnione tym pomyślnym powiewem, moje gorące marzenia
rozpalają się i nabierają życia. Na próżno sobie tłumaczę, że biegun
jest siedliskiem mrozu i pustki. Wyobraźni mojej przedstawia się zawsze
jako kraina piękna i zachwytów. Słońce tam nigdy nie zachodzi, niby
wielka tarcza ledwie dotykając skraju widnokręgu i roztaczając dokoła
nieugaszony przepych światła. Czyż może być coś piękniejszego,
Małgorzato? Również - bo pozwól, kochana Siostro, nie chciałbym nie
wierzyć żeglarzom, którzy tam byli przede mną - śnieg i mróz nie mają
tam przystępu. Żeglując po spokojnej fali, możemy dopłynąć do bajecznego
lądu, przewyższającego pięknością wszystkie kraje, jakie dotychczas
odkryto na zamieszkanym globie. Nieporównane przy tym mogą być twory i charakter tej ziemi, bo takimi niewątpliwie są zjawiska ciał niebieskich
w owym nie odkrytym jeszcze odludziu. Czegóż nie można oczekiwać w kraju
wiecznego światła? Mogę odkryć tam cudowną moc przyciągającą igłę
kompasu, mogę też ustalić wiele innych rzeczy przez nieustanne
obserwacje ciał niebieskich, którym tylko tej jednej wyprawy potrzeba,
aby wykazać, że ich pozorne rozbieżności są konsekwentnym i po wsze
czasy działającym porządkiem. Będę mógł nasycić moją pełną zapału
ciekawość widokiem części świata nigdy przedtem nie odwiedzanej i, kto
wie, może dane mi będzie wkroczyć na ziemię, po której noga ludzka
jeszcze nie stąpała. Tak bardzo mnie to wszystko nęci, że przezwycięża
wszelki strach przed niebezpieczeństwem i śmiercią i pobudza mnie do
rozpoczęcia tej uciążliwej podróży z tą samą radością, z jaką chłopiec
spycha łódkę na wodę, wyruszając z towarzyszami zabaw na wyprawę
odkrywczą w górę rodzinnej rzeki. Lecz niechby nawet wszystkie te
przypuszczenia okazały się fałszywe, nie możesz kwestionować tego
nieocenionego dobrodziejstwa, jakim obdarzę całą ludzkość, aż po
ostatnie pokolenia, przez to, że odkryję w pobliżu bieguna przejście do
tych krain, do których obecnie nie prędzej można dotrzeć jak po wielu
żmudnych miesiącach; albo też przez to, że zbadam tajemnicę magnesu
ziemskiego, co, o ile to jest w ogóle możliwe, da się osiągnąć tylko
przez taką wyprawę, jaką właśnie przedsięwziąłem
Refleksje te rozproszyły podniecenie, w jakim zacząłem pisać, i czuję w tej chwili, jak wielkim zapałem płonie moje serce i podrywa mnie ku
niebiosom. Bo nic się tak nie przyczynia do uspokojenia umysłu jak
zdecydowany cel - najlepszy punkt zaczepienia dla duszy i niczym nie
zaślepionego intelektu. Wyprawa ta była ukochanym marzeniem moich lat
dziecięcych. Czytałem w młodzieńczym uniesieniu sprawozdania z różnych
podróży, dokonywanych w zamiarze dotarcia do północnych obszarów Oceanu
Spokojnego przez morza otaczające biegun. Prawdopodobnie przypominasz
sobie, że historia wypraw odkrywczych stanowiła całą bibliotekę naszego
poczciwego wuja Tomasza. Wykształcenie moje było zaniedbane, a przecież
pasjami lubiłem czytać. Dni i noce studiowałem te tomy, a im więcej się
w nich rozczytywałem, tym bardziej wzrastał we mnie ów pierwszy żal,
jakim mnie, małego wtedy chłopca, przejęła wiadomość o uroczystym
przykazaniu, którym ojciec na łożu śmierci zobowiązał wuja, aby mi nie
pozwolił wypłynąć na morze i wieść życie marynarza.
Lecz wizje te rozwiały się pod wpływem nowego przeżycia. Znalazłem je w lekturze poetów, których natchnione strofy oczarowały mą duszę i wzniosły ku niebu. Sam stałem się poetą i przez rok cały żyłem w raju,
który sobie stworzyłem. Wyobrażałem sobie, że i ja otrzymam honorową
niszę w świątyni, gdzie uświęcone są nazwiska Homera i Szekspira. Wiesz
najlepiej, jaka to była pomyłka i jak ciężko mi przyszło znieść to
gorzkie rozczarowanie. Ale właśnie w tym czasie odziedziczyłem spadek po
kuzynie i myśli moje zwróciły się na dawne tory.
Sześć lat minęło od czasu, kiedy zdecydowałem się na obecne
przedsięwzięcie. Pamiętna to dla mnie godzina, kiedy przystąpiłem do
tego wielkiego dzieła. Rozpocząłem od hartowania mego ciała na trudy i znoje. Kilkakrotnie towarzyszyłem wielorybnikom w wyprawach na Morze
Północne. Znosiłem dobrowolnie zimno, głód, pragnienie i brak snu.
Często w czasie dnia pracowałem ciężej niż zwykli marynarze, noce zaś
poświęcałem na naukę matematyki, teorię medycyny oraz na te gałęzie nauk
przyrodniczych, z których żeglarz poszukujący przygód może odnieść
najwięcej korzyści praktycznych. W rzeczy samej, dwukrotnie zaciągnąłem
się jako drugi mat na grenlandzki statek wielorybniczy i skończyłem
służbę z honorem. Muszę się przyznać, że czułem się nieco dumny, kiedy
dowodzący kapitan ofiarował mi stanowisko pierwszego oficera statku i z całą powagą nalegał i prosił, żebym tylko pozostał. Do tego stopnia
cenił moje usługi.
A teraz, kochana Małgorzato, czy nie sądzisz, że zasługuję na to, by
spełnić jakiś wielki cel? Mógłbym urządzić sobie życie pełne wygód i komfortu, lecz przedłożyłem sławę nad wszelkie uroki, jakimi bogactwo
mogło mnie znęcić. Ach, oby odezwał się jakiś głos, który by mi
przytakiwał i zachęcał mnie do czynu! Moja odwaga i postanowienie są
niezachwiane, ale nadzieje ulegają wahaniom i nieraz wpadam w nastrój
przygnębienia.
Niebawem wyruszę w długą i uciążliwą podróż i wszystko, co mnie spotka,
wymagać będzie ode mnie wielkiego męstwa - będę musiał nie tylko
podnosić na duchu innych, ale też podtrzymywać siebie samego, kiedy mi
zbraknie wytrwałości.
Jeśli chodzi o podróżowanie po Rosji, to obecna pora najlepiej się do
tego nadaje. Ludzie szybko pędzą saniami po śniegu. Jest to przyjemny
sposób poruszania się i, moim zdaniem, o wiele przyjemniejszy niż
podróżowanie angielskim dyliżansem pocztowym. Mróz nie dokucza za
bardzo, jeśli otulić się w futro - ubiór, o który już się postarałem. Bo
trzeba pamiętać, że duża to różnica, czy chodzi się po pokładzie, czy
też pozostaje nieruchomo w pozycji siedzącej; brak ruchu powoduje
bowiem, że krew rzeczywiście zamarza w żyłach. Nie mam bynajmniej takiej
ambicji, żeby stracić życie na szlaku pocztowym między Petersburgiem i Archangielskiem.
Zresztą do Archangielska wyjadę w ciągu dwu lub trzech tygodni.
Zamierzam wynająć tam statek, co da się łatwo zrobić, płacąc
ubezpieczenie za właściciela. Najmę też tylu marynarzy, ilu mi będzie
potrzeba, spośród takich, którzy zdobyli zaprawę w połowach
wielorybniczych. Planuję wypłynąć dopiero po kilku miesiącach, w czerwcu. A kiedy powrócę? Ach, Siostro droga, jak mam na to pytanie
odpowiedzieć? Jeśli mi się powiedzie, wiele, wiele miesięcy, a może lat
upłynie, zanim się znowu będziemy mogli zobaczyć. Jeśli natomiast nie,
zobaczymy się wkrótce albo już nigdy.
Żegnaj, moja kochana, wspaniała Małgorzato! Niech nieba ześlą Tobie swe
błogosławieństwo i niech mnie łaskawie ocalą, abym mógł w nieskończoność
świadczyć Tobie wdzięczność za całą Twoją miłość i serce.
Twój kochający brat
R. Walton
List drugi
do Pani Saville, Anglia
Archangelsk, 28 marca 17.. r.
Jak wolno płynie tutaj czas, kiedy zewsząd otaczają mnie śniegi i lody!
Zrobiłem jednak dalszy krok dla urzeczywistnienia przedsięwziętego
dzieła.
Wynająłem już statek i w tej chwili zajęty jestem zbieraniem załogi.
Zwerbowani już przeze mnie marynarze to niewątpliwie ludzie, na których
można polegać; wiem na pewno, że są odważni i nieustraszeni.
Ale mam jedną potrzebę, której dotąd nigdy nie zdołałem zaspokoić. Jest
to brak, który odczuwam jak najbardziej dokuczliwe zło. Nie mam żadnego
przyjaciela. Kiedy promieniować będę entuzjazmem powodzenia, nie będę
miał nikogo, Małgorzato, z kim mógłbym dzielić swoją radość; kiedy
opadnie mnie gorycz zawodu, nikt się nie potrudzi, by podtrzymać
pogrążonego w apatii. Owszem, będę mógł przelać myśli swoje na papier,
lecz jakże niewystarczający to środek do zakomunikowania uczucia! Jak
bardzo bym pragnął dla siebie towarzystwa mężczyzny, który by ze mną
sympatyzował, który rozumiałby mnie bez jednego słowa. W oczach Twoich,
droga Siostro, mogę być niepoprawnym romantykiem, ale przyjaciel jest mi
naprawdę bardzo potrzebny. Chciałbym mieć przy sobie kogoś szlachetnego,
a równocześnie odważnego, kogoś z wysoką kulturą i szerokimi horyzontami
myślowymi, którego gusty byłyby jak moje własne i który by pochwalał lub
ulepszał moje plany. Jak doskonale naprawiałby taki przyjaciel
niedociągnięcia Twojego biednego brata! Przesadnie zapalony w działaniu,
zbyt jestem niecierpliwy wobec trudności. Lecz jeszcze większym złem dla
mnie jest to, że wychowywałem się sam, bo czternaście lat dzieciństwa
przeżyłem bez jakiegokolwiek nadzoru i nie czytałem nic prócz książek
podróżniczych wuja Tomasza. Będąc w tym wieku, zaznajomiłem się ze
sławnymi poetami naszego kraju. Uświadomiłem sobie, że powinienem
zapoznać się także z innymi językami poza ojczystym, ale doszedłem do
tego dopiero wtedy, kiedy było już za późno, by wprowadzić tę myśl w czyn. Mam teraz dwadzieścia osiem lat, a w rzeczywistości jestem w większym stopniu niedokształcony niż wielu uczniów szkolnych w wieku lat
piętnastu. Co prawda przemyślałem więcej niż oni i moje marzenia mają
więcej rozmachu i wspaniałości, ale brak mi (jak to malarze nazywają)
punktu oparcia; dlatego muszę koniecznie mieć przyjaciela na tyle
wyrozumiałego, żeby nie wyśmiewał się z mojego romantyzmu, oraz tak
życzliwego, żeby cierpliwie pokierował moim umysłem.
Tak, ale daremne to żale. Na tym szerokim oceanie na pewno nie znajdę
przyjaciela, nie znajdę go też tutaj w Archangielsku, między kupcami i marynarzami. Jednakże jakieś uczucia, które są obce niskim instynktom,
natury ludzkiej, tętnią przecież i w tych twardych sercach. Mój
porucznik, na przykład, jest człowiekiem o nadzwyczajnej odwadze i inicjatywie; ma szaloną ambicję, aby zdobyć sławę lub raczej, wyrażając
się bardziej konkretnie, aby zrobić karierę w swoim zawodzie. Jest on
Anglikiem, który choć obraca się w sferze przesądów narodowych i zawodowych, ciągłym pielęgnowaniem bynajmniej nie złagodzonych, zachował
jednak niektóre z najszlachetniejszych przymiotów ludzkich. Zapoznałem
się z nim po raz pierwszy na pokładzie statku wielorybniczego.
Spotkawszy go tutaj, dowiedziałem się, że jest bez pracy; chętnie też
zgodził się przyłączyć do wyprawy.
Kapitan to człowiek o wspaniałym usposobieniu i na okręcie cieszy się
zawsze nadzwyczajnym poważaniem dzięki swemu umiarkowaniu i łagodnej
dyscyplinie. Ta okoliczność oraz jego dobre imię człowieka prawego i nieustraszonego czyniły zeń nader pożądany nabytek. Młodość spędzona w odosobnieniu i najlepsze lata, przebyte pod Twoją czułą i troskliwą
opieką, do tego stopnia udelikatniły podłoże, na którym rozwijał się mój
charakter, że nie potrafię przezwyciężyć spontanicznej odrazy wobec
brutalności praktykowanej zwykle na pokładzie okrętu - byłem zawsze
przekonany, że to jest niepotrzebne. A kiedy tylko słyszałem o marynarzu, znanym zarówno z dobrego serca, jak i poważania i posłuchu u załogi, uważałem to za szczególne szczęście, jeśli zdołałem zapewnić
sobie jego usługi. O kapitanie usłyszałem po raz pierwszy w całkiem
romantycznych okolicznościach od pewnej pani, która zawdzięcza mu
szczęście swego życia. Oto pokrótce opowieść o nim:
Kilka lat temu pokochał młodą Rosjankę, posiadającą skromną fortunę.
Ponieważ zebrał pokaźny majątek z łupu wojennego, ojciec dziewczyny
zgodził się, żeby ją poślubił. Odwiedziwszy raz panią swego serca przed
wyznaczoną ceremonią, zastał ją całą we łzach. Wtedy rzuciła się przed
nim na kolana, błagając, żeby miał litość nad nią, i wyznając
równocześnie, że kocha innego, który jednak jest biedny i że dlatego
ojciec nigdy nie zgodzi się na ich związek. Mój przyjaciel ze
wspaniałomyślną wyrozumiałością pocieszył strapioną dziewczynę i otrzymawszy nazwisko jej ukochanego, natychmiast poniechał dalszych
starań o jej rękę. Już przedtem zakupił ze swych pieniędzy gospodarstwo,
aby spędzić w nim, jak planował resztę życia. Wobec tej sytuacji
przeniósł na rywala w drodze darowizny całe gospodarstwo łącznie z pieniędzmi pozostałymi mu jeszcze na zakup inwentarza, a następnie sam
usilnymi prośbami nalegał na ojca dziewczyny, żeby zgodził się na jej
małżeństwo z ukochanym. Lecz ojciec stanowczo oponował, uważając, że
jest honorowo związany przyrzeczeniem wobec mojego przyjaciela. Ten zaś
widząc, że ojciec jest nieubłagany, opuścił kraj i wrócił dopiero po
otrzymaniu wiadomości, że dawniejsza jego ukochana wyszła za mąż zgodnie
ze swymi uczuciami. "Co za szlachetny człowiek!" - wykrzykniesz. Tak
jest w istocie. Lecz nie ma on przy tym żadnego wykształcenia - milczy
jak Turek, a poza tym zdradza jakąś świadczącą o ignorancji niedbałość,
co sprawia, że postępowanie jego wydaje się tym bardziej zadziwiające,
choć - z drugiej strony - pomniejsza zainteresowanie i sympatię, jaką by
w innym przypadku mógł wokół siebie obudzić.
Niech Ci się jednak nie zdaje, jakobym zaczął się wahać, dlatego, że się
trochę użalam albo że szukam jakiegoś pocieszenia na trudy, których może
nigdy nie zaznam. Moje postanowienia są nieodwracalne jak fatum. W tej
chwili podróż moja odwleka się tylko do czasu, aż pogoda pozwoli nam
wypłynąć. Zima była straszliwie sroga, ale wiosna zapowiada się
pomyślnie - ludzie tutejsi twierdzą, że tak wczesna wiosna jest tutaj
rzadko spotykanym zjawiskiem. Możliwe więc, że będę mógł wyruszyć na
morze wcześniej, niż się spodziewałem. Lecz nie będę działał pochopnie -
znasz mnie dostatecznie i wiesz, że jestem rozważny i skrupulatny,
zwłaszcza gdy bezpieczeństwo innych jest w moich rękach.
Trudno mi opisać uczucia ogarniające mnie na widok bliskiej realizacji
mego przedsięwzięcia. Nie umiem wytłumaczyć Ci dostatecznie jasno tego
wewnętrznego drżenia, na wpół przyjemnego i na wpół niepokojącego, z jakim przygotowuję się do wyruszenia w nieznane. Udaję się do
niezbadanych obszarów, do "krainy mgły i śnieżnej bieli" - lecz żadnego
albatrosa nie zabiję, nie potrzebujesz więc lękać się o moje
bezpieczeństwo ani o to, że mógłbym wrócić do Ciebie złamany i zbolały
jak Stary marynarz. Z pewnością uśmiechniesz się na tę aluzję, ale
muszę wyjawić Ci jeden sekret. Moje przywiązanie i gorący entuzjazm dla
niebezpiecznych tajemnic oceanu przypisywałem często właśnie temu
utworowi najbardziej fantastycznego z nowoczesnych poetów.
W duszy mojej dzieje się coś niezrozumiałego. Zasadniczo jestem
pracowity i skrupulatny; wykonuję każdą pracę z upartą wytrwałością i nie szczędzę sobie wysiłku - ale poza tym jakieś umiłowanie
niezwykłości, jakaś wiara w niezwykłość przewija się poprzez wszystkie
moje plany, co spycha mnie ze zwykłych dróg, jakimi chodzą ludzie, na
nieuczęszczane szlaki, nawet na nieokiełznane morze i nieodwiedzane
przez nikogo obszary, na których zbadanie właśnie się wyprawiam.
Ale powróćmy do przyjemniejszego tematu. Czy będzie mi dane zobaczyć się
jeszcze z Tobą po przemierzeniu ogromnych przestrzeni wód, w powrotnej
drodze dokoła najbardziej na południe wysuniętego przylądka Afryki lub
Ameryki? Nie śmiem wierzyć, żebym miał tyle szczęścia, ale też trudno mi
się przezwyciężyć, by spojrzeć na ten piękny obraz z jego odwrotnej
strony. Tymczasem pisz do mnie nadal przy każdej sposobności - listy
Twoje mogą dojść właśnie w trudnych dla mnie momentach i spełnić
dobroczynną przysługę podtrzymania mnie na duchu. Ślę Tobie moje
najczulsze uściski. Zachowaj serdeczną pamięć o mnie, gdybym już nigdy
nie miał odezwać się do Ciebie.
Twój kochający brat
Robert Walton
List czwarty
do Pani Saville, Anglia
5 sierpnia 17.. r.
Zdarzył się nam tak dziwny wypadek, że trudno mi o tym nie napisać,
jakkolwiek prawdopodobnie zobaczymy się, zanim cały ten opis zdoła
dotrzeć do Twoich rąk.
W ubiegły poniedziałek (31 lipca) zostaliśmy z bliska otoczeni przez
lody, które zamknęły nasz statek ze wszystkich stron, pozostawiając mu
zaledwie trochę wodnej przestrzeni. Znaleźliśmy się w dość
niebezpiecznej sytuacji, szczególnie dlatego, że dokoła zalegała bardzo
gęsta mgła. Nie pozostało nam nic innego, jak zatrzymać się i czekać w nadziei, że niebawem nastąpi jakaś zmiana atmosferyczna.
Około godziny drugiej mgła rozwiała się i wtedy przed naszymi oczami
otworzył się widok rozpościerającej się na wszystkie strony olbrzymiej,
zdawałoby się nieskończonej, nieregularnej równiny lodowej. Posłyszałem
jęk pośród otaczających mnie towarzyszy i mnie samego zaczęły nachodzić
niepokojące obawy, kiedy nagle niezwykły widok przyciągnął naszą uwagę i odwrócił zatroskane myśli od naszej własnej sytuacji. W odległości pół
mili posuwał się w stronę północy niski pojazd, osadzony na saniach,
zaprzężony w psy. Zauważyliśmy, że istota kształtu ludzkiego, lecz
wyraźnie olbrzymiego wzrostu siedziała w saniach i popędzała psy.
Śledziliśmy przez lunety nadzwyczaj szybką jazdę podróżnego, dopóki nie
zniknął nam z oczu pomiędzy widocznymi w dali nierównościami lodu.
To nader dziwne zjawisko wprawiło nas w niepojęte wprost zdumienie.
Byliśmy przekonani, że znajdujemy się wiele setek mil od jakiegokolwiek
lądu, tymczasem to, cośmy zobaczyli, dowodziłoby raczej, że w rzeczywistości nie był on tak odległy, jak nam się zdawało. Skuci jednak
przez lody, nie mogliśmy w żaden sposób puścić się jego śladem, choć z natężoną uwagą patrzyliśmy, jak się oddalał.
Mniej więcej dwie godziny po tym zdarzeniu dały się słyszeć napierające
wody i przed zapadnięciem nocy lody pękły i uwolniły nasz statek.
Pozostaliśmy jednak na miejscu aż do rana, obawiając się zderzenia w ciemnościach z wielkimi luźnymi masami, pływającymi zwykle dokoła po
przełamaniu się pokrywy lodowej. Czas ten wykorzystałem na kilkugodzinny
wypoczynek.
Rano jednak, zaraz jak tylko się rozjaśniło, udałem się na pokład. Ku
mojemu zdumieniu cała załoga była zgromadzona po jednej stronie statku,
najwidoczniej prowadząc rozmowę z kimś znajdującym się na morzu. Były
tam, w rzeczy samej takie same sanie, jakie widzieliśmy już poprzednio.
Sanie te, znoszone przez wielką krę lodową, znalazły się w ciągu nocy
przy naszym statku. Tylko jeden pies pozostał przy życiu, lecz w saniach
był jakiś człowiek, którego załoga usiłowała przekonać, że powinien
wejść na pokład. W przeciwieństwie do swego poprzednika, który wyglądał
jak mieszkaniec jakiejś nieznanej wyspy, był on Europejczykiem. Kiedy
ukazałem się na pokładzie, kapitan powiedział:
- Właśnie nadchodzi nasz dowódca; nie pozwoli on panu zginąć na pełnym
morzu.
Ujrzawszy mnie, nieznajomy zwrócił się do mnie po angielsku, jednak z niezupełnie czystym akcentem:
- Czy nie zechciałby mnie pan poinformować, zanim wejdę na pokład
waszego statku, w jakim kierunku płyniecie?
Możesz wyobrazić sobie moje zdumienie wobec takiego pytania, kiedy
zwraca się z nim człowiek znajdujący się w stanie ostatecznego
wyczerpania i dla którego statek mój - jakżeż bym mógł przypuszczać
inaczej! - powinien być zbawieniem, stanowiącym dla niego znacznie
większą wartość niż największe bogactwa tego świata. Niemniej jednak
odpowiedziałem mu, że płyniemy jako wyprawa odkrywcza na biegun
północny.
Odpowiedź ta zdawała się go zadowalać, toteż zgodził się wejść na
pokład. Wielki Boże! Gdybyś widziała, Małgorzato, człowieka, który w ten
sposób kapitulował dla ocalenia życia, zdumienie Twoje nie miałoby
granic. Ręce i nogi miał zamarznięte, a ciało jego było straszliwie
wycieńczone na skutek cierpień i zmęczenia. Nie widziałem jeszcze
człowieka w tak rozpaczliwym stanie. Próbowaliśmy przenieść go do
kabiny, ale odcięty od dostępu świeżego powietrza, natychmiast zemdlał.
Wobec tego zanieśliśmy go z powrotem na pokład, gdzie przywróciliśmy mu
przytomność, nacierając go koniakiem i zmuszając do połknięcia
niewielkiej ilości. Na pierwsze oznaki życia zawinęliśmy go w koce i usadowiliśmy przy piecu kuchennym. Stopniowo przyszedł do siebie, po
czym zjadł trochę zupy, co mu cudownie pomogło.
Po dwóch dniach stan jego poprawił się o tyle, że mógł już mówić. Często
nachodziły mnie obawy, że przebyte cierpienia odebrały mu rozum. Jednak
po pewnym czasie zdrowie jego widocznie się polepszyło; kazałem go wtedy
przenieść do mojej własnej kabiny i pielęgnowałem tak, jak mi na to
pozwalały obowiązki. Tak ciekawej istoty jeszcze nie widziałem.
Zazwyczaj w dziwnym blasku jego oczu uzewnętrznia się coś dzikiego, a nawet szaleńczego. Ale bywają też chwile, kiedy ktoś okaże mu trochę
serdeczności albo wyświadczy drobniutką przysługę, a twarz jego
rozjaśnia się i promieniuje taką pełną słodyczy dobrocią, jakiej dotąd
jeszcze nigdy nie spotkałem. W ogóle jednak gnębi go melancholia i rozpacz, czasami zaś zgrzyta zębami, jakby miotała nim niecierpliwość,
buntująca się przeciw nadmiernemu brzemieniu udręki.
Gdy nastąpiła dalsza poprawa, miałem dużo kłopotu z ludźmi
naprzykrzającymi się, żeby go o wszystko wypytywać. Nie mogłem przecież
dopuścić do tego, aby go zadręczali próżną ciekawością, kiedy jego stan
zdrowotny i umysłowy wymagały absolutnego spokoju. Raz jednak pierwszy
oficer zapytał go, dlaczego zapędził się aż tak daleko pośród tych lodów
i to tak niezwykłym pojazdem.
Twarz jego natychmiast przybrała wygląd najbardziej ponurej zaciętości,
gdy odparł:
- W poszukiwaniu kogoś, kto zbiegł przede mną.
- A czy człowiek, którego pan ściga, podróżował w ten sam sposób?
- Tak.
- W takim razie z pewnością go widzieliśmy, bo właśnie jeden dzień przed
pana przybyciem widzieliśmy zaprzęg psów ciągnących po lodzie sanie z człowiekiem.
Wiadomość ta wywarła wielkie wrażenie na nieznajomym. Zaraz też zaczął
wypytywać o kierunek drogi, jakiej trzymał się ten demon, jak go wtedy
nazwał. A zaraz potem, kiedy znaleźliśmy się sami powiedział:
- Niewątpliwie wzbudziłem pana ciekawość, jak też tych poczciwców, ale
jest pan zbyt dyskretny i wyrozumiały, żeby mnie wypytywać.
- Z pewnością. Z mojej strony byłoby naprawdę bardzo niegrzecznie i nie
po ludzku zamęczać pana natrętną ciekawością.
- A przecież wyratował mnie pan z niezwykłej i niebezpiecznej sytuacji.
Pańska dobroć przywraca mi życie.
Niedługo potem zapytał, czy pękające lody mogły, moim zdaniem,
spowodować zniszczenie tamtych sań. Odpowiedziałem, że brak tu
absolutnej pewności, bo lody pękały dopiero koło północy i podróżny mógł
do tego czasu znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Lecz tego nie mogłem
rozstrzygnąć.
Odtąd jakby nowy duch wstąpił w tę ruinę człowieka. Chciał niezwłocznie
wyjść na pokład, aby szukać sań, któreśmy przedtem tak niespodziewanie
ujrzeli. Wytłumaczyłem mu jednak, żeby pozostał w kabinie, ponieważ był
zbyt wyczerpany i słaby i nie wytrzymałby surowego mroźnego powietrza.
Przyrzekłem mu natomiast, że zastąpi go w tym wypatrywaniu ktoś inny i,
jeśli tylko pojawi się coś nowego, zostanie natychmiast powiadomiony.
Tyle mówi mój dziennik na temat tego niezwykłego zdarzenia, aż po dzień
dzisiejszy. Stan zdrowia nieznajomego stopniowo się polepsza. Milczy
jednak uporczywie i czuje się nieswojo, jeśli zamiast mnie ktoś inny
wejdzie do kabiny. Ale przy tym ma w sobie coś tak niezwykle miłego i pociągającego, że zjednał sobie całą załogę. Wszyscy marynarze
interesują się jego osobą, jakkolwiek mieli z nim bardzo mało
styczności. Jeśli chodzi o mnie, to zaczynam kochać go jak brata, a ciągła i głęboka udręka, jaką przeżywa, napełnia serce moje współczuciem
i sympatią. Kiedyś, gdy los był dla niego łaskawszy, musiała to być
naprawdę szlachetna istota, bo przecież i teraz, w stanie takiej ruiny,
trudno oprzeć się jego miłej powierzchowności.
W jednym z moich listów, kochana Małgorzato, wyraziłem się, że na tym
szerokim oceanie nie znajdę żadnego przyjaciela. A przecież natrafiłem
na człowieka, który, zanim złamał go okrutny los, jakżeby mnie
uszczęśliwił, gdyby dane mi było pozyskać jego przyjaźń i braterstwo.
Dziennik mój, dotyczący nieznajomego, będę pisał dalej z przerwami,
uzależnionymi od zajścia świeżych, godnych zanotowania wypadków.
13 sierpnia 17.. r.
Moje uczucie dla gościa wzrasta z każdym dniem. Aż się zdumiewam, do
jakiego stopnia potrafił wzbudzić jednocześnie mój podziw i litość. Czy
można bowiem zachować się obojętnie, bez uczucia głębokiego żalu,
widząc, jak taka szlachetna istota ginie bez ratunku? Jaki on subtelny,
a zarazem mądry, co za umysł, co za kultura! A gdybyś go tylko mogła
usłyszeć! Chociaż wypowiada się bardziej wyszukanym językiem, mówi z niezwykłą płynnością i elokwencją.
Obecnie stan jego zdrowia znacznie się polepszył. Nie schodzi prawie
wcale z pokładu, bacznie wypatruje sań, które go wyprzedziły. A przecież, choć tak nieszczęśliwy, nie jest wyłącznie zaabsorbowany
własną tragedią, ale żywo interesuje się drugimi i ich planami na
przyszłość. Często rozmawia ze mną o moich własnych planach, których też
wcale przed nim nie ukrywam. Słuchał z uwagą moich wszystkich wywodów o możliwości pomyślnego zrealizowania tych planów i wnikał w każdy
najdrobniejszy szczegół oraz dopytywał, jakie środki już
przedsięwziąłem, by zapewnić sobie powodzenie. Poruszony sympatią, z jaką mnie wysłuchiwał, otworzyłem przed nim swoje serce, dając upust
płomiennym marzeniom, które przepalały mą duszę, oraz głosząc w pełni
zagrzewającego mnie uniesienia, z jaką radością poświęciłbym majątek,
życie i wszelkie inne nadzieje, byleby jak najprędzej urzeczywistnić
przedsięwzięte dzieło. Życie lub śmierć jednego człowieka to bardzo
skromna cena za zdobycie wiedzy, której szukałem, za uzyskanie
nieograniczonej władzy, dzięki której zapanowałbym nad pierwotnymi
siłami, zagrażającymi rasie ludzkiej. Kiedy tak mówiłem, ponury mrok
przesłonił twarz słuchającego. Najpierw zauważyłem, że usiłował stłumić
opanowujące go wzruszenie i zakrył rękami oczy. Głos zaczął mi się
załamywać i ugrzązł w gardle, kiedy zobaczyłem, jak łzy szybko
przeciekają mu przez palce. Głęboki jęk wyrwał się z jego ciężko
podnoszącej się piersi. Zamilkłem. Wreszcie odezwał się przerywanymi co
chwila słowami:
- Co czynisz, nieszczęśliwy? Czy i ciebie ogarnęło to samo szaleństwo?
Czy i ty napiłeś się tego odurzającego napoju? Posłuchaj mnie, posłuchaj
mojej niecodziennej opowieści, a niechybnie odtrącisz ten kielich od
ust!
Łatwo sobie wyobrazisz, że słowa te mocno podsyciły moją ciekawość. Lecz
silny nawrót bólu obezwładnił i tak już nadwątlone siły nieznajomego, aż
dopiero wielogodzinny odpoczynek i uspokajające rozmowy zdołały
przywrócić mu równowagę.
Przezwyciężywszy ten gwałtowny wybuch uczuć, nieznajomy nie ukrywał, jak
gardził sobą za ten brak opanowania i tłumiąc atak ponurej rozpaczy,
naprowadził rozmowę znowu na moje osobiste sprawy. Wypytywał mnie, jak
spędziłem młode lata. Opowiadanie było niedługie, ale wywołało tok
różnych myśli i refleksji. Mówiłem mu o moim pragnieniu znalezienia
przyjaciela, o mojej niezaspokojonej potrzebie bardziej poufałej
sympatii z pokrewnym sobie umysłem, niż mi to dotychczas było dane;
wyraziłem również przekonanie, że o wielkim szczęściu nie może mówić
człowiek, który nie zaznał błogosławieństwa przyjaźni.
- Zgadzam się z tobą - przyznał nieznajomy. - Jesteśmy istotami
nieukształtowanymi i tylko połowicznie wyrobionymi, jeżeli ktoś
mądrzejszy, lepszy i bardziej nam miły niż my sami - bo takim właśnie
powinien być przyjaciel - nie użyczy nam swej pomocy, by udoskonalić
naszą słabą i błędną naturę. Miałem kiedyś przyjaciela,
najszlachetniejszą pod słońcem istotę; mam zatem prawo osądzić, czym
powinna być przyjaźń. Tobie pozostała jeszcze nadzieja i świat stoi
przed tobą otworem; nie masz też żadnego powodu do rozpaczy. Ale ja - ja
straciłem wszystko i nie mogę życia rozpocząć od nowa.
Gdy to powiedział, na jego umęczonej twarzy pojawił się wyraz cichego
zrezygnowania, co mnie do głębi wzruszyło. Nic już jednak nie dodał i wrócił zaraz do kabiny.
Choć tak złamany na duchu, potrafił głęboko, jak nikt inny, odczuwać
piękno natury. Rozgwieżdżone niebo, morze i każdy widok w tej cudownej
krainie z nieodpartą mocą odrywa duszę jego od ziemi. Człowiek taki ma
dwojaką egzystencję, może znosić udręki cierpienia i doznawać
najsroższych rozczarowań, jednak kiedy zamyka się w sobie, staje się jak
gdyby duchem niebiańskim otoczonym nimbem nietykalności, którego żadna
przyziemna zgryzota czy szaleństwo nie waży się naruszyć.
Prawdopodobnie uśmiechasz się pobłażliwie na entuzjazm, z jakim wyrażam
się o tym nieziemskim wędrowcu, ale gdybyś go zobaczyła, nie dziwiłabyś
się ani chwili. Wśród dobroczynnego wpływu książek i w odosobnieniu od
pełnego pokus i zasadzek świata stałaś się w pewnym stopniu wybredna;
ale dzięki temu łatwiej niż kto inny potrafiłabyś ocenić nadzwyczajne
przymioty tego wspaniałego człowieka. Dociekałem nieraz, na czym polega
ta szczególna jego właściwość, wynosząca go tak wybitnie ponad tych
wszystkich ludzi, których dotąd poznałem. Wydaje mi się, że jest to
zdolność intuicyjnego poznawania; bystra, a nigdy niezawodna zdolność
rozsądzania, zdolność przenikania przyczyn rzeczy, wprost niezrównana w swej jasności i precyzji. Jak wspaniałym tego dopełnieniem jest
niezwykła łatwość wyrażania się i głos o tak cudownej skali intonacji,
że brzmi niby urzekająca muzyka.
19 sierpnia 17.. r.
Nieznajomy powiedział wczoraj do mnie:
- Może pan bez trudu zauważyć, kapitanie Walton, że znosiłem wielkie,
nadludzkie nieszczęścia. Swego czasu postanowiłem, że pamięć tych
okropności powinna zejść razem ze mną do grobu, lecz ze względu na pana
zmieniam to postanowienie. Podobnie jak kiedyś ja sam, szukasz wiedzy i mądrości. Żywię szczerą nadzieję, że zaspokojenie twoich pragnień nie
stanie się dla ciebie czymś, co jak żmija zatruje cię swym jadem, jak to
mnie się zdarzyło. Nie wiem, czy przysłużę się tobie, opowiadając o swoich nieszczęściach, ale kiedy pomyślę, że dążysz tą samą co ja drogą,
wystawiając się na te same niebezpieczeństwa, które tyle oto ze mnie
zostawiły, wyobrażam sobie, że możesz wyprowadzić odpowiedni morał z mojej opowieści; taki, który pokieruje tobą, jeśli się tobie poszczęści,
albo też pocieszy w przypadku niepowodzenia. Musisz być przygotowany na
to, że usłyszysz o zdarzeniach, które powszechnie nazywają cudami. Gdyby
otaczająca nas tutaj przyroda była mniej dzika, mniej groźna, to wówczas
obawiałbym się, że spotkam się z niedowierzaniem z twojej strony, a może
nawet ośmieszyłbym w twoich oczach. Ale tu, w tych obcych stronach,
przytłaczających swą dzikością i tchnących taką tajemniczością, różne
rzeczy, które wywołałyby śmiech u wszystkich niewtajemniczonych w tę
ciągłą przemianę sił natury, tutaj wydają się zupełnie możliwe. A poza
tym nie ulega wątpliwości, że moja opowieść dostarcza dostatecznego
dowodu prawdziwości, wynikającego ze składających się na nią zdarzeń.
Z łatwością wyobrazisz sobie, jak bardzo ucieszyła mnie ta wiele
obiecująca zapowiedź. Nie chciałbym jednak w żadnym razie, aby
opowiadając mi swe nieszczęsne dzieje, miał w ten sposób odświeżyć
bolesne, niezabliźnione jeszcze rany. Niemniej z największą ochotą
przygotowywałem się do wysłuchania przeuroczej opowieści, częściowo z ciekawości, częściowo zaś przez usilne pragnienie ulżenia jego ciężkiemu
losowi, ile tylko było w mojej mocy. Uczucia te wyraziłem w swojej
odpowiedzi.
- Dziękuję - odrzekł - za tę serdeczną sympatię, ale mnie już nic nie
pomoże, los mój bowiem już się dopełnia. Czekam jeszcze tylko na jedno,
a potem spocznę w spokoju. Rozumiem twoje uczucie - mówił dalej, widząc,
że chciałem mu przerwać - ale mylisz się, przyjacielu, jeśli tak
pozwolisz mi cię nazwać. Nic nie może zmienić mego przeznaczenia,
posłuchaj mojej historii, a przekonasz się, jakie ono jest zdecydowane i nieodwracalne.
Potem obiecał mi, że opowieść swoją rozpocznie następnego dnia, w czasie
kiedy będę wolny od służby. Nie mogłem powstrzymać się od najgorętszych
za to podziękowań. Postanowiłem sobie, że każdego wieczoru, kiedy nie
będę zajęty żadnymi obowiązkami wymagającymi nieodzownie mojego
osobistego dozoru, będę zapisywał, o ile tylko się da, w jego własnych
słowach wszystko, co opowiedział w ciągu danego dnia albo przynajmniej
robił krótkie notatki, gdybym był zbyt zajęty. Rękopis ten sprawi Tobie
niewątpliwie wielką przyjemność, a z jakimże zainteresowaniem i uczuciem
będę czytał go kiedyś w przyszłości ja sam, który osobiście znałem jego
bohatera i opowieść słyszałem z jego własnych ust! Nawet teraz, kiedy
przystępują do tego zadania, czysty i donośny głos rozbrzmiewa
nieustannie w moich uszach, pełne blasku oczy patrzą na mnie z całą swą
melancholijną słodyczą, widzę szczupłą dłoń podniesioną w ożywieniu,
podczas gdy rysy twarzy rozświetlone są od wewnątrz żarem duszy. Jakże
przedziwne i pełne umęczenia muszą być jego dzieje i jak straszliwa
burza, co targnęła tym wspaniałym okrętem na wielkiej drodze i zdruzgotała go!
Rozdział pierwszy
Pochodzę z Genewy. Moja rodzina należy do najwybitniejszych w tej
republice. Przodkowie moi byli przez wiele lat radcami i syndykami.
Ojciec zajmował kilka stanowisk społecznych, z których wywiązywał się z honorem, zyskując powszechne uznanie. Był szanowany przez wszystkich,
którzy znali go jako człowieka prawego i w sprawach publicznych nigdy
niestrudzonego. Lata pierwszej młodości spędził zajęty bez reszty
sprawami swego kraju. Sprawił, że nie ożenił się wcześnie, a dopiero u schyłku życia wszedł w stan małżeński i został ojcem rodziny.
Ponieważ okoliczności jego małżeństwa ilustrują jego charakter, będę
musiał o nich opowiedzieć. Jednym z jego najbliższych przyjaciół był
kupiec, który ze stanu wspaniałego rozkwitu popadł przez splot
niepomyślnych wypadków w deprymujące ubóstwo. Człowiek ten, nazwiskiem
Beaufort, miał dumne i nieugięte usposobienie i nie mógł się
przezwyciężyć, aby żyć w nędzy i zapomnieniu w tym samym kraju, gdzie
dawniej, dzięki przynależności do najwyższej klasy społecznej i dzięki
imponującej okazałości, z jaką zawsze występował, był znaną i wybitną
osobistością. Spłaciwszy więc długi w sposób najbardziej honorowy,
usunął się z córką do miasta Lucerny, gdzie żył nikomu nieznany, w stanie godnym największego politowania. Ojciec kochał Beauforta uczuciem
najprawdziwszej przyjaźni, toteż jego usunięcie się od świata w tak
nieszczęsnych okolicznościach głęboko ciążyło mu na sercu. Gorzko
wyrzekał na fałszywą dumę, która kazała przyjacielowi postąpić w sposób
tak mało licujący ze szczerym uczuciem, jakie ich łączyło. Nie tracił
jednak czasu ani sposobności, aby go tylko odszukać, żywiąc nadzieję, że
namówi go do rozpoczęcia kariery w świecie na nowo, udzielając mu pomocy
pieniężnej i innej.
Beaufort przedsięwziął skuteczne środki, aby utrudnić poszukiwania.
Dopiero po dziesięciu miesiącach udało się ojcu odnaleźć jego miejsce
zamieszkania. Niezmiernie z tego powodu uradowany, pospieszył szybko do
domu, w którym mieszkał i który znajdował się w ubogiej uliczce. Ale na
progu powitała go tylko nędza i rozpacz. Z ruiny swego majątku Beaufort
zdołał ocalić zaledwie drobną sumę pieniędzy. Wystarczyło mu to, aby
zapewnić sobie utrzymanie na kilka miesięcy, równocześnie zaś spodziewał
się, że w tym czasie wystara się o przyzwoite zajęcie w jakimś domu
towarowym. Okres ten jednak zeszedł na bezczynności, a dręczący go żal
coraz bardziej się tylko pogłębiał i dokuczał, a miał dość czasu na
rozmyślania; w końcu tak kompletnie opanował jego umysł, że po trzech
zaledwie miesiącach Beaufort został złożony niemocą, niezdolny do
jakiegokolwiek wysiłku.
Córka pielęgnowała go z największą czułością i oddaniem, lecz
równocześnie ogarniała ją rozpacz, kiedy widziała, jak gwałtownie maleją
ich szczupłe zasoby, a nie było przy tym żadnej nadziei na zdobycie
innych środków. Ale Karolina Beaufort posiadała nieprzeciętny umysł i charakter - odwaga dopomogła dzielnej dziewczynie stawić czoło
przeciwnościom. Wystarała się o prostą pracę - splatała słomę. Tymi i innymi sposobami zdobywała nędzny zarobek, zaledwie wystarczający na
skromne utrzymanie.
I tak minęło kilka miesięcy. Stan ojca się pogarszał. Prawie cały swój
czas musiała poświęcić na pielęgnowanie chorego, wskutek czego jej
środki utrzymania znacznie się skurczyły. Po niespełna dziesięciu
miesiącach ojciec umarł na jej rękach, pozostawiając ją jako sierotę i żebraczkę. Ten ciężki cios był nie do zniesienia. Upadłszy na kolana
przy trumnie Beauforta, płakała gorzkimi łzami. Tak zastał ją mój
ojciec, kiedy wszedł do pokoju. Zjawił się jak duch opiekuńczy i przyjął
biedną dziewczynę pod swoje skrzydła. Pogrzebawszy przyjaciela, zabrał
ją ze sobą do Genewy i oddał pod opiekę krewnym. W dwa lata po tym
wydarzeniu Karolina została jego żoną.
Między moimi rodzicami była znaczna różnica wieku, lecz okoliczność ta
jakby jeszcze silniej łączyła ich więzami wzajemnego oddania.
Prostolinijny umysł ojca kierował się szczególnym poczuciem słuszności -
toteż zanim by się poważnie zaangażował w sprawie miłosnej, musiał
najpierw stwierdzić, że jest w pełni uzasadniona i zasłużona. Być może,
ciężko kiedyś przeżywał tragedię miłosną, zawiódłszy się na jakiejś
lekkomyślnej ukochanej, i potem, uprzedzony, wystrzegał się zbyt
pochopnego oceniania wartości rzeczy uprzednio nie wypróbowanych. W jego
przywiązaniu do mojej matki była nietajona wdzięczność i cześć, w czym
jednak zasadniczo różnił się od ludzi w swoim wieku, zwykle dziecinnie
zadurzonych. Na jego stosunek uczuciowy składał się bowiem szacunek dla
jej wielkich zalet oraz pragnienie, aby w pewnym stopniu przyczynić się
osobiście do wynagrodzenia jej doznanego bólu i cierpień. Nadawało to
jego postawie niezwykłego wdzięku i czaru. Robił wszystko, by tylko
dogodzić jej życzeniom i potrzebom. Chciałby osłonić ją przed złem i krzywdą, podobnie jak piękne tropikalne kwiaty osłania się przed wpływem
obcego klimatu. Chciał stworzyć dla niej takie otoczenie, w którym jej
subtelny i szlachetny umysł zażywałby bez końca radosnych emocji. Bo
przecież jej zdrowie, a nawet jej dotychczas niezachwiany spokój
wewnętrzny został wstrząśnięty przeżytą niedawno tragedią.
W ciągu dwóch lat poprzedzających ich ślub ojciec rezygnował po kolei ze
wszystkich swoich funkcji społecznych. Bezpośrednio zaś po zawarciu
związku małżeńskiego udali się w podróż po słonecznej Italii. Ciągła
zmiana miejsca oraz niesłabnące nigdy zainteresowanie, jakie towarzyszy
podróżnikowi w tym cudownym kraju, miały się przyczynić do wzmocnienia i pokrzepienia osłabionego organizmu mojej matki.
Z Italii udali się na zwiedzenie Niemiec i Francji. Urodziłem się, jako
ich najstarsze dziecko, w Neapolu i od niemowlęctwa towarzyszyłem im w ich wędrówkach. Byłem też przez kilka lat jedynym ich dzieckiem. Tak
bardzo do siebie przywiązani, zdawali się czerpać niby z czarodziejskiego źródła miłości nieprzebrane skarby uczuć, które
przelewali na mnie. Czułe pieszczoty matki oraz pełen dobroci i zadowolenia uśmiech ojca wpatrzonego we mnie - to moje pierwsze
wspomnienia. Byłem ich rozkoszą i bóstwem, i czymś lepszym jeszcze - ich
dzieckiem, niewinnym i bezradnym stworzeniem, zesłanym im przez niebo.
Wychowanie tej istoty na pożyteczną jednostkę i jej przyszły los
spoczywał w ich rękach - od tego, jak wypełnią wobec niej swe obowiązki,
zależało, czy pokierują nią ku szczęściu, czy nieszczęściu. Głębokie
przeświadczenie o tym, co winni byli istocie, której dali życie, łącznie
z ożywiającą oboje tkliwością, jaką mi stale okazywali, może dać
wyobrażenie o tym, jak w ciągu mych lat dziecinnych wpojone mi zostały
zasady dobrego wychowania, polegające na opanowaniu, cierpliwości i miłosierdziu, których mnie codziennie uczono, a równocześnie świadczy o niezmiernie umiejętnym zajmowaniu się mną, dzięki czemu wszystko
wydawało mi się jednym ciągiem zabawy i radości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki