Frankenstein - Mary Shelley

Kup ebooka

53.99 zł
44.81 zł (53,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Wydawcy serii Standard Novels, postanowiwszy o włączeniu do niej Frankensteina, poprosili mnie o krótką relację z okoliczności powstania tej powieści. Ich prośbę skłonna jestem spełnić tym bardziej, że pozwoli mi udzielić odpowiedzi na często zadawane pytanie, mianowicie jakim cudem, będąc wówczas kobietą tak młodą, wymyśliłam i opisałam tak odstręczającą koncepcję. Z najwyższą niechęcią wychylam się spoza swych historii ukazujących się drukiem, ponieważ jednak moja relacja będzie stanowić jedynie dodatek do materiału powstałego już wcześniej i ograniczy się do kwestii związanych z moim autorstwem tej powieści, trudno mi zarzucić sobie osobiste wtręty. Nie jest niczym niezwykłym, że jako córka dwojga ludzi uznawanych za wybitnych przedstawicieli świata literatury już we wczesnym dzieciństwie powzięłam zamiar pisania. Gryzmoliłam już jako mały szkrab, a moją ukochaną rozrywką w czasie pozostawionym mi do dyspozycji było "pisanie opowiadań". A jednak coś innego sprawiało mi jeszcze większą przyjemność: tkanie zamków z powietrza, sny na jawie, podążanie tokiem myślenia, którego przedmiotem były kolejne wyimaginowane zdarzenia. Moje wyobrażenia były jednocześnie przyjemniejsze i bardziej nieprawdopodobne niż moja pisanina. W tej ostatniej byłam wierną naśladowczynią: nie zapisywałam tego, co podpowiadał mi własny umysł, lecz podążałam tropem wytyczonym przez innych. Moje pisma przeznaczone były dla co najmniej jednej jeszcze pary oczu - tych należących do przyjaciółki i towarzyszki dziecinnych zabaw - wyśnione światy były jednak moją wyłączną własnością. Nie opowiadałam o nich nikomu. Dawały mi schronienie w chwilach irytacji i najwyższą przyjemność, gdy byłam wolna.

Jako dziecko mieszkałam głównie na wsi, przy czym wiele czasu spędziłam w Szkocji. Niekiedy zwiedzałam co bardziej malownicze okolice, zwykle jednak dni upływały mi nad ponurymi i nieciekawymi północnymi brzegami ujścia rzeki Tay nieopodal Dundee. Z perspektywy czasu opisuję je jako "ponure i nieciekawe", ale wówczas wcale dla mnie takie nie były. Stanowiły przystań wolności, w której nieniepokojona przez nikogo mogłam utożsamiać się z wytworami własnej wyobraźni. Pisałam już wtedy, lecz w najpospolitszym możliwym stylu. To pod konarami drzew rosnących na terenie naszej posiadłości lub na nagich zboczach okolicznych wzgórz zrodziły się i wychowały moje prawdziwe dzieła: ulotne wybryki fantazji. Nie uczyniłam się bohaterką tych opowieści; własne życie wydawało mi się zbyt bezbarwne. Nie umiałam sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek stały się mym udziałem romantyczne porywy czy niezwykłe zdarzenia. Nie ograniczała mnie jednak własna tożsamość i tamte godziny mogłam wypełnić tym, co interesowało mnie wówczas znacznie bardziej niż własne przeżycia.

Później moją egzystencję zdominowały inne zajęcia i miejsce fantazji zajęła rzeczywistość. Mąż mój nalegał jednak od początku, bym dowiodła, że jestem godną spadkobierczynią rodziców, i zapisała się w historii literatury. Nieustannie zachęcał mnie do sięgnięcia po laury, co i dla mnie nie było wówczas bez znaczenia, choć od tamtej pory całkiem mi zobojętniało. Pragnął, bym zaczęła pisać - nie tyle w nadziei na to, że stworzę cokolwiek wartościowego, ile po to, by mógł samodzielnie ocenić, w jakim stopniu moje dzieła rokują na przyszłość. A jednak nadal nie pisałam. Zaprzątały mnie podróże i troska o dzieci, dlatego w dziedzinie zajęć literackich całą moją uwagę pochłaniały pogłębione studia drogą kolejnych lektur i doskonalenie własnych wyobrażeń w dialogu z jego znacznie lepiej wykształconym umysłem.

Lato 1816 roku spędziliśmy w Szwajcarii w sąsiedztwie domu zajmowanego przez lorda Byrona. Z początku godziny upływały nam przyjemnie na jeziorze czy spacerach jego brzegiem. Lord Byron, piszący w tym czasie trzecią pieśń Wędrówek Childe Harolda, jako jedyny z nas przelewał myśli na papier, a gdy je nam kolejno przedstawiał opromienione blaskiem i harmonią poezji, to jakby uświęcał wszystkie wspaniałości nieba i ziemi, które chłonęliśmy w jego towarzystwie.

Tamto lato okazało się jednak deszczowe i niemiłe, a nieprzerwane ulewy często na wiele dni zamykały nas w czterech ścianach. Wpadło nam w ręce kilka tomów opowieści o duchach przetłumaczonych z niemieckiego na francuski. Była tam historia niewiernego kochanka; chcąc objąć oblubienicę, której właśnie złożył przysięgę, trafił nagle w ramiona ducha tej, którą był porzucił. Znalazła się tam również opowieść o grzesznym protoplaście, którego strasznym przeznaczeniem okazało się składanie pocałunku śmierci na czołach wszystkich młodszych synów jego przeklętego rodu w tej właśnie chwili, w której wkraczali w wiek męski. Jego ogromny a zamglony kształt, okryty niczym duch z Hamleta pełną zbroją, choć z uniesioną przyłbicą, widziano o północy w niespokojnych promieniach księżyca, kiedy kroczył wolno mroczną aleją. Rozpłynął się w cieniu zamkowych murów, lecz po chwili brama się uchyliła, dały się słyszeć kroki, otwarły się drzwi do komnaty i zjawa podeszła do łoża rozkwitającej młodości pogrążonej w życiodajnym śnie. Wieczysty smutek zstąpił na oblicze ducha, który pochylił się i pocałował czoła chłopców, ci zaś od tej pory zaczęli więdnąć jak ścięte kwiaty. Tamtych opowieści nie miałam już później w rękach, niemniej opisane w nich wypadki pamiętam tak dokładnie, jakbym czytała o nich ledwie wczoraj.

- Każde z nas napisze historię o duchach - rzekł lord Byron i jego propozycja została przyjęta.

Było nas czworo. Znamienity twórca zaczął snuć swą opowieść, której fragment opublikowano później na końcu jego poematu Mazepa. Shelley, który zręczniej niż mechaniką narracji oddawał idee i uczucia blaskiem olśniewających obrazów i muzyką najdźwięczniejszej poezji zdobiącej nasz język, zaczął pisać historię wyrastającą z doświadczeń jego dzieciństwa. Biedny Polidori wpadł na okropny pomysł kobiety z czaszką zamiast głowy, którą ukarano w ten sposób za spoglądanie przez dziurkę od klucza - zapomniałam już, co chciała dojrzeć, lecz zapewne było to coś wstrząsającego i bardzo niestosownego - lecz skazawszy ją na los gorszy niż słynnego podglądacza lady Godivy, nie wiedział, co dalej z nią począć, dlatego zmuszony był odesłać ją na śmietnik historii, jedyne stosowne dla niej miejsce. Także dwaj wybitni poeci, poirytowani banalnością prozy, szybko porzucili to niewdzięczne zadanie.

Ja sama zajęłam się wymyślaniem fabuły - fabuły dorównującej tym, które zainspirowały nas do podjęcia wyzwania. Takiej, która rezonowałaby z niewytłumaczalnymi lękami człowieczej natury i budziła grozę tak dojmującą, by czytelnik bał się spojrzeć za siebie, zdjęty przerażeniem, które mrozi krew w żyłach i przyspiesza bicie serca. Gdyby mi się nie powiodło, moja opowieść grozy nie byłaby godna swego miana. Rozmyślałam więc, lecz nadaremno. Dręczyła mnie ta upiorna blokada będąca największym przekleństwem twórcy, kiedy odpowiedzią na jego niespokojne inwokacje pozostaje głuche Nic. Wymyśliłaś już jakąś historię? - zapytywano każdego ranka, a ja nieodmiennie zmuszona byłam wstydliwie zaprzeczyć.

Niemniej - jak mawiał Sancho Pansa - wszystko musi mieć swój początek, ów zaś wynikać musi z czegoś, co zdarzyło się wcześniej. Hindusi dali światu słonia, na którym mógł spocząć, słoniowi kazali jednak stanąć na żółwiu. Pomysł - co należy przyznać z całą skromnością - nie rodzi się z pustki, lecz z chaosu, przede wszystkim trzeba bowiem dysponować tworzywem. Pomysł może nadać formę mrocznej i bezkształtnej materii, sam jednak nie zdoła powołać jej do istnienia. We wszystkich kwestiach związanych z odkrywaniem i wynajdywaniem, nawet tych z domeny wyobraźni, stale powraca historia Kolumba i jego jajka. Pomysł rodzi się ze zdolności wyzyskania potencjału przedmiotu i mocy sprawczej twórcy, który potrafi kształtować i przeobrażać podsunięte mu przez przedmiot idee.

Lord Byron i Shelley często prowadzili długie rozmowy, których byłam wierną, lecz właściwie milczącą słuchaczką. Podczas jednej z nich omawiano rozmaite doktryny filozoficzne; debatowano między innymi o charakterze esencji życia, perspektywach jej odkrycia i wyjawienia ludziom. Wspomniano przy tym o eksperymentach doktora Erasmusa Darwina; nie mówię o tym, czego doktor naprawdę dokonał czy też twierdził, że dokonał, lecz o przypisywanych mu wówczas osiągnięciach. Zakonserwował on rzekomo w słoju fragmenty maleńkich żyjątek, które jakimś cudem zaczęły się własnowolnie poruszać. A jednak nie tak zostanie przekazane życie. Może dojdzie do ożywienia trupa? Galwanizm dał już dowody takich zjawisk. Może części składowe organizmu da się wytworzyć oddzielnie, po czym złożyć je razem i rozniecić w nich życie?

Rozmowa toczyła się do późna i dawno już minęła północ, zanim wreszcie udaliśmy się na spoczynek. Przyłożyłam głowę do poduszki, lecz nie mogłam zasnąć, choć i trudno powiedzieć, bym myślała. Zawładnęła mną i pokierowała nieskrępowana wyobraźnia, która przydała kolejnym obrazom stającym mi przed oczyma wyrazistości przewyższającej zwykłe sny na jawie. Ujrzałam - powieki miałam zamknięte, lecz widziałam wszystko oczyma duszy - bladego adepta bezbożnych sztuk klęczącego nad poskładaną przez siebie istotą. Ujrzałam wstrętną widmową postać rozciągniętego na ziemi człowieka, który wskutek działania jakiegoś potężnego silnika zaczął nagle przejawiać oznaki życia i poruszył się niepewnie, jakby na wpół ożywiony. Budziło to grozę, jaką wzbudziłby efekt każdego ludzkiego działania będącego rozmyślnym szyderstwem z niepojętej sztuki Stwórcy. Czeladnik przeraził się własnym sukcesem i zdjęty lękiem, porzucił nienawistne dzieło. Miał nadzieję, że wątła iskra roznieconego przez niego życia zagaśnie, gdy zostawi ją samą sobie, a istota ożywiona tak niedoskonale obróci się w proch, co pozwoli mu spać spokojnie w przekonaniu, że tymczasowe istnienie potwornego truchła, w którym dostrzegł kiedyś kolebkę życia, dobiegło końca w grobowej ciszy. Zasnął... ale budzi się... rozwiera powieki... i widzi przy łóżku potwora, który rozsuwa zasłony i wpatruje się w niego pytająco żółtawymi, wodnistymi oczami.

Otworzyłam własne, śmiertelnie wystraszona. Obraz zawładnął mną do tego stopnia, że zadrżałam ze strachu i zapragnęłam zastąpić upiorne wytwory własnej wyobraźni otaczającą mnie rzeczywistością. Wciąż ją widzę: tamten pokój, ciemną podłogę, zamknięte okiennice, promienie księżyca wpadające do środka przez szpary i poczucie, że gdzieś tam za murami domu jest szkliste jezioro i wznoszą się białe szczyty Alp. Nie udało mi się łatwo pozbyć ohydnego widziadła; wciąż mnie prześladowało. Musiałam wymyślić coś innego. Wróciłam do opowieści o duchach - mej nużącej, nieszczęsnej opowieści o duchach! Och, gdybym tylko zdołała wymyślić historię, która przeraziłaby czytelnika tak bardzo, jak sama przeraziłam się tamtej nocy!

Prędki jak światło i równie radosny był pomysł, który wpadł mi nagle do głowy. "Mam! To, co przeraziło mnie, wystraszy również innych. Muszę tylko opisać zjawę, która o północy nie pozwoliła mi zasnąć". Rankiem obwieściłam, że wymyśliłam historię. Zaczęłam przelewać ją na papier jeszcze tego samego dnia od słów: "Zdarzyło się to pewnej pochmurnej listopadowej nocy". Były one ledwie zapisem posępnej grozy tamtego snu na jawie.

Z początku nie myślałam o niczym więcej jak kilkustronicowe opowiadanie, Shelley skłonił mnie jednak do rozwinięcia pomysłu w dłuższej formie. Z pewnością żadnego z opisanych przeze mnie zdarzeń ani żadnego ciągu myślowego nie zawdzięczam mojemu mężowi, niemniej gdyby nie jego naciski, ta opowieść nigdy nie przybrałaby kształtów, w jakich została przedstawiona światu. Wyjątek stanowi Przedmowa. O ile mnie pamięć nie zawodzi, została w całości napisana właśnie przez niego.

A teraz ponownie wysyłam swoje potworne potomstwo w świat, życząc mu wszelkiej pomyślności. Miłuję je, bo jest owocem szczęśliwych dni, w których śmierć i żałoba były ledwie słowami, co nie budziły w mym sercu realnego oddźwięku. Te kilka stron jest świadectwem niezliczonych spacerów, przejażdżek i rozmów, podczas których nie byłam sama, a moim towarzyszem był ten, którego już na tym świecie nie ujrzę. Są to jednak wyłącznie moje sprawy; moich czytelników te skojarzenia w żaden sposób nie dotyczą.

Dodam już tylko kilka słów o wprowadzonych przeze mnie zmianach. Przede wszystkim wiążą się one ze stylem. Nie zmieniłam ani na jotę samej opowieści, nie wprowadziłam żadnych nowych okoliczności ani myśli. Zmodyfikowałam język tam, gdzie jego bezbarwność mogłaby zaburzać bieg narracji. Zmiany te ograniczają się w zasadzie do początku pierwszego tomu, a w całej tej historii dotyczą wyłącznie wątków drugoplanowych i nie naruszają jej istoty.

M.W.S.

Londyn, 15 października 1831 r.

Przedmowa

Wydarzenie będące kamieniem węgielnym tej fikcji literackiej uznane zostało przez doktora Erasmusa Darwina i część niemieckich autorów zajmujących się fizjologią za niewykluczone z perspektywy prawdopodobieństwa. Nie należy sądzić, abym w najmniejszym stopniu dawał wiarę takiej fantazji, jednakże przyjąwszy ją za osnowę niniejszej fikcji literackiej, nie uważam, bym jedynie tkał na niej wątek kolejnych nadprzyrodzonych wydarzeń budzących trwogę. Zdarzenie, wokół którego obraca się ta historia, pozbawia ją ułomności zwykłej opowieści o czarach czy duchach. Przemawia za nim niecodzienność okoliczności, w których akcja posuwa się naprzód. Choćby więc owo zdarzenie było całkiem nieprawdopodobne z powodów czysto materialnych, pozwala wyobraźni przyjąć perspektywę, z której opis ludzkich namiętności wygląda na pełniejszy i bardziej przekonujący od tego, jaki powstałby w ramach zwykłego sprawozdania ze zdarzeń ze wszech miar prawdopodobnych.

Dlatego starałem się jak najprawdziwiej odmalować elementarne cechy natury ludzkiej, choć bez wyrzutów sumienia wprowadzałem ich nowoczesne kombinacje. Tej zasadzie hołduje Iliada, tragedie greckie, Szekspir w Burzy i Śnie nocy letniej, a już zwłaszcza Milton w Raju utraconym. Nawet najskromniejszy powieściopisarz próbujący rozśmieszyć czytelnika i bawiący się przy tym własnym trudem może bez posądzenia o arogancję przyznać sobie w dziedzinie fikcji literackiej pewną swobodę, czy może zastosować pewną zasadę, dzięki której z tylu niezwykłych kombinacji ludzkich uczuć zrodziły się najwspanialsze utwory poetyckie.

Okoliczność stanowiąca kanwę tej opowieści została wspomniana w zwykłej rozmowie toczonej po części dla rozrywki, po części dla zbadania niezgłębionych jeszcze pokładów umysłu. W miarę postępów prac pojawiły się inne pobudki. Nie jest mi żadną miarą obojętny wymiar moralny uczuciowości czy charakterów postaci, który może odcisnąć piętno na czytelniku, jednakże w tej kwestii ograniczyłem się do unikania nużącego moralizatorstwa współczesnych powieści i wykazania pożytków płynących z życia domowego oraz kultywowania powszechnie cenionych cnót. Opinii wyrażanych przez bohaterów, a wypływających całkiem naturalnie z ich charakteru czy położenia w żadnym razie nie należy utożsamiać z moimi poglądami. Nie należy również z kolejnych stron wyciągać wniosków, które mogłyby podważyć którąkolwiek z istniejących doktryn filozoficznych.

Z perspektywy autora szczególnie interesujący jest fakt, że pierwszy szkic tej historii powstał wśród majestatycznych krajobrazów regionu, w którym rozgrywa się część opisanych zdarzeń, pośród nieodżałowanych towarzyszy. Lato 1816 roku, zimne i deszczowe, jak się okazało, spędziłem w okolicach Genewy. Wieczorami rozsiadaliśmy się przy buzującym na kominku ogniu, zabawiając się przy tym niekiedy lekturą jakichś niemieckich opowiadań o duchach, które przypadkiem wpadły nam w ręce. Te historie rozbudziły w nas niefrasobliwy instynkt naśladowczy. Wraz z dwojgiem pozostałych przyjaciół (opowieść stworzona przez jednego z nich byłaby znacznie strawniejsza dla czytelnika niż cokolwiek, co mogę mieć nadzieję kiedykolwiek stworzyć) ustaliliśmy, że każde z nas napisze historię, której sednem będzie jakieś nadprzyrodzone zdarzenie.

Pogoda jednak nagle się poprawiła i moi towarzysze porzucili mnie na rzecz wyprawy w Alpy, gdzie wśród majestatycznych pejzaży puścili w niepamięć swoje upiorne wizje. Poniższa opowieść jest jedyną, która doczekała się ukończenia.

Marlow, wrzesień, 1817 r.

List I

Do Pani Saville w Anglii

Sankt Petersburg, 11 grudnia 17- r.

Droga Siostro,

ucieszy Cię z pewnością wiadomość, że pierwszy etap przedsięwzięcia, które wzbudziło w Tobie tyle złych przeczuć, przebiegł bez przeszkód. Dotarłem tu wczoraj i jak najspieszniej postanowiłem Cię zapewnić, że miewam się znakomicie i coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu o nieuchronnym powodzeniu mojego projektu.

Sankt Petersburg leży dość daleko na północ od Londynu i gdy przechadzam się jego ulicami, czuję na policzkach zimne powiewy od bieguna, które hartują ducha i radują serce. Znasz to uczucie? Powiew docierający tu z rejonów, ku którym zmierzam, daje mi przedsmak tamtejszych lodowych krain, a rozbudzone tym obiecującym wiatrem sny na jawie zyskują barwy i wyrazistość. Darmo przekonuję samego siebie, że biegun jest tylko bezludnym ośrodkiem zimna. Mojej wyobraźni jawi się jako kraina piękna i rozkoszy. Słońce tam, Małgorzato, nigdy nie zachodzi, a jego szeroki dysk ledwie muska horyzont, kąpiąc w niegasnącym przepychu wszystko dookoła. Tam... - bo jeśli pozwolisz, Droga Siostro, dam wiarę tym, którzy zawędrowali tam przede mną - ...śnieg i mróz nie mają przystępu, my zaś, żeglując po spokojnym morzu, możemy zostać zniesieni ku lądowi przewyższającemu wspaniałością i urodą wszystkie ziemie odkryte dotąd na zamieszkanej przez ludzi kuli ziemskiej. Jego płody i ukształtowanie mogą być tak bezprzykładne jak zachowania ciał niebieskich na tych nieodkrytych pustkowiach. Bo czegóż nie można by się spodziewać po krainie wiecznego słońca? Może odkryję tam cudowną moc przyciągającą igłę magnetyczną? Może dookreślę tysiąc obserwacji nieba wymagających tej tylko jednej podróży, by na wieki nadać sens z pozoru niespójnym wynikom? Nasycę rozjątrzoną ciekawość widokiem tej części świata, której dotąd nikt nie oglądał, i może przejdę ziemie nietknięte ludzką stopą. Oto wabiki, które mnie nęcą, a jest ich dość, by przezwyciężyć obawy przed niebezpieczeństwem lub śmiercią i skłonić mnie do wyruszenia w tę mozolną podróż z radością dziecka wsiadającego do łódeczki z towarzyszami letnich zabaw, by udać się na wyprawę do źródeł rzeki płynącej za domem. Nawet jeśli moje przypuszczenia okażą się chybione, nie możesz kwestionować niezmierzonych korzyści, jakie czerpać będzie cała ludzkość aż do ostatniego pokolenia, jeśli tylko zdołam odkryć pod biegunem krótszą drogę wiodącą ku krajom, od których dzieli nas dziś wiele miesięcy podróży, albo zgłębię tajemnicę magnesu, co jest możliwe - jeśli w ogóle - tylko dzięki takiej wyprawie jak moja.

Te uwagi uśmierzyły niepokój, z jakim siadałem do skreślenia tego listu, i teraz czuję, że moje serce płonie zapałem, który mnie uskrzydla, nic bowiem nie uspokaja umysłu tak bardzo jak niewzruszony cel: punkt, w którym dusza może utkwić spojrzenie intelektu. Od dzieciństwa hołubiłem marzenie o tej wyprawie. Z wypiekami czytałem relacje z wojaży, w które puszczano się z myślą o przepłynięciu na Pacyfik przez oblewające biegun morza. Przypominasz sobie, że historia podróży podjętych z zamiarem odkrycia tamtego przejścia wypełniała całą biblioteczkę poczciwego wuja Tomasza? Moją edukację zaniedbano, lecz pałałem miłością do książek i tamte tomy studiowałem dniem i nocą. Znajomość ich treści spotęgowała jedynie moje rozżalenie, kiedym się dowiedział jeszcze jako dziecko, że ojciec na łożu śmierci zobowiązał wuja, aby ten nigdy nie wyraził zgody na to, ażebym został marynarzem.

Wszystkie te wizje zbladły, gdym zaczął wczytywać się po raz pierwszy w tych poetów, których wyobraźnia oczarowała moją duszę i dodała jej skrzydeł. Ja także zostałem poetą i przez rok żyłem w raju, którym sam sobie stworzył. Uroiłem sobie, że i ja mógłbym zapewnić sobie niszę w tej świątyni, w której konsekrowano imiona Homera i Szekspira. Wiesz dobrze o mojej porażce i boleśnie przeżytym zawodzie. Ale właśnie w tamtym czasie odziedziczyłem majątek kuzyna i znów wszystkie moje myśli popłynęły tym torem, ku któremu skłaniały się wcześniej.

Sześć lat minęło, odkąd powziąłem decyzję o obecnym przedsięwzięciu. Do dziś pamiętam chwilę, w której poświęciłem się tej wspaniałej misji. Zacząłem od uodparniania ciała na niewygody. Towarzyszyłem wielorybnikom w ich wyprawach na Morze Północne, własnowolnie znosiłem głód, chłód, pragnienie i niedostatek snu; za dnia harowałem nierzadko ciężej od zwykłych marynarzy, po nocach zgłębiałem matematykę, teorię medycyny i te dziedziny fizyki, które podróżnikowi wypływającemu na morze obiecują największą korzyść praktyczną. Dwukrotnie zaciągnąłem się jako drugi mat na grenlandzki statek wielorybniczy, gdzie zyskałem nie lada uznanie. Przyznam, że odczułem niejaką dumę, gdy kapitan zaproponował mi stanowisko pierwszego oficera i jak najszczerzej błagał, abym został, tak bowiem wysoko cenił moje usługi.

Powiedz więc, droga Małgorzato, czy nie zasłużyłem sobie na osiągnięcie jakiegoś wielkiego celu? Mógłbym pędzić życie w luksusie, z wszelkimi wygodami, przedkładam jednak chwałę nad pokusy, na jakie mogłoby mnie wystawić bogactwo. Och, gdyby tylko jakiś krzepiący głos dodał mi otuchy! Moja odwaga i determinacja nie słabną, nadzieje bywają jednak zmienne i często opada mnie przygnębienie. Lada dzień wyruszę w długą i niebezpieczną podróż, a wynikłe podczas niej trudności z pewnością wymagać będą ode mnie całej dzielności, na jaką potrafię się zdobyć. Będę musiał nie tylko podnosić na duchu pozostałych, lecz także samemu nie upaść, gdy innych zawiedzie odwaga.

To najlepsza pora na podróże po Rosji. Miejscowi chyżo mkną po śniegu swoimi saniami. Ich ruch bardzo jest przyjemny dla podróżnego, a sama metoda lokomocji znacznie wygodniejsza od przemieszczania się angielskim dyliżansem. Zimno okazuje się niezbyt dotkliwe, kiedy człowiek porządnie się okuta futrami, który to strój zdążyłem już przysposobić. Jest bowiem wielka różnica między chodzeniem po pokładzie a siedzeniem godzinami bez ruchu, kiedy żadne ćwiczenia nie zapobiegają temu, aby krew dosłownie zamarzała człowiekowi w żyłach. Nie jest moją ambicją postradanie życia na trakcie między Sankt Petersburgiem a Archangielskiem, dokąd wybieram się za dwa albo trzy tygodnie. Zamierzam wynająć tam statek (co można uczynić z łatwością, o ile opłaci się ubezpieczenie) oraz zatrudnić tylu żeglarzy, ilu uznam za niezbędnych spośród tych wszystkich, którzy pracowali wcześniej na statkach wielorybniczych. Wypłynę nie wcześniej niż w czerwcu. Kiedy wrócę? Ach, Droga Siostro, jak miałbym Ci odpowiedzieć na to pytanie? Jeśli mi się powiedzie, spotkamy się za wiele miesięcy, a może i lat. Jeśli doznam porażki, ujrzysz mnie wkrótce - albo nigdy.

Żegnaj, najdroższa, prześwietna Małgorzato. Niech spłyną na ciebie wszelkie łaski Boże, na mnie zaś ocalenie, abym mógł nie raz jeszcze zaświadczyć o swej wdzięczności za całą Twoją miłość i serdeczność.

Twój kochający brat

R. Walton