Wstęp
Wstęp
Żyjącego w latach 1856-1939 Zygmunta Freuda bez wątpienia można uznać
nie tylko za najbardziej znanego psychiatrę, ale wręcz za najbardziej
rozpoznawalnego lekarza i uczonego na świecie. Większość współczesnych
ludzi, nawet tych nieobeznanych z jego dorobkiem, bez problemu rozpozna
go na zdjęciu, czego nie można powiedzieć chociażby o odkrywcy
penicyliny Alexandrze Flemingu czy wynalazcy szczepionki przeciwko
wściekliźnie Ludwiku Pasteurze, a przecież obaj zapisali się trwale w historii medycyny. Co ciekawe, niemal każdy, widząc fotografię tego
eleganckiego starszego pana, bo właśnie wizerunki Freuda z lat
dojrzałych są bardziej znane niż te z czasów jego młodości, nie tylko
wymieni nazwisko uwiecznionego na niej lekarza, ale też powie, że na
zdjęciu widnieje słynny psychiatra. I jest to powszechny błąd, bo
wprawdzie bohater tej publikacji słynął ze swoich badań w dziedzinie
psychiatrii i psychologii, ale z wykształcenia był neurologiem i na
początku drogi naukowej zajmował się głównie badaniami mózgu.
Rozpieszczony przez uwielbiającą go matkę, która była przekonana, że jej
pierworodny w przyszłości zostanie wielkim człowiekiem, od dziecka był
przekonany, że czeka go sława. I rzeczywiście tak było, bo jego
kontrowersyjne odkrycia wywróciły do góry nogami całą dotychczasową
wiedzę o ludzkiej psychice.
W 1939 roku Stefan Zweig pożegnał Zygmunta Freuda słowami: "Oto szczątki
człowieka, o którym można powiedzieć, że zanim nadszedł, świat był
inny"1. Współczesny katolicki pisarz i publicysta Peter Kreeft
uznał wiedeńskiego lekarza za Kolumba psychiki, dodając jednocześnie, że
każdy praktykujący współcześnie psycholog, nawet jeżeli odrzuca jego
koncepcje i ustalenia, nie jest wolny od jego wpływów. Ale ta uwaga
dotyczy nie tylko psychologii, bo przecież prace i teorie Freuda
znacząco wpłynęły na rozwój wielu różnych dyscyplin naukowych, od
antropologii począwszy, przez socjologię i filozofię, a na pedagogice
kończąc. Jego odkrycia i koncepcje odgrywają też doniosłą rolę w rozwoju
dyscyplin humanistycznych, bo pozwalają lepiej zrozumieć mechanizmy
funkcjonowania społeczeństwa.
Ale Freud wywarł także wielki wpływ na sztukę, bo to właśnie jemu
zawdzięczamy rozwój surrealizmu, jego oddziaływanie widoczne jest w kinie i w dziełach takich tuzów literatury pięknej, jak: Virginia Woolf,
André Gide, Tomasz Mann czy Albert Camus. Wiele też z wprowadzonych
przez niego pojęć weszło na stałe do języka potocznego. Od jego nazwiska
utworzono termin "freudyzm", odnoszący się nie tylko do teorii
psychologicznej stworzonej przez Freuda, ale także do systemu badania i leczenia psychiki za pomocą psychoanalizy. Nazwisko twórcy tej metody
zostało także przekształcone w przymiotnik; mówimy o freudowskim
pojmowaniu nieświadomości, freudowskim śnie czy wreszcie o freudowskiej
pomyłce, czyli przypadkowym błędzie w wypowiedzi, ujawniającym odczucia
lub intencje, z których wypowiadająca się osoba nie zdaje sobie sprawy
albo chce je ukryć.
Sam Freud nieskromnie przyznawał, że jego dokonania to kamienie milowe w rozwoju ludzkości, porównując się z Kopernikiem i Darwinem. Odkrycie
Kopernika dowiodło, że Ziemia, a więc także zamieszkujący ją ludzie, nie
jest centrum wszechświata, zaś autor fundamentalnej pracy O powstawaniu
gatunków wykazał, że człowiek nie jest "koroną stworzenia", ale jedynie
kolejnym etapem ewolucji, jak płazy czy gady. Freud, zestawiając się w jednym szeregu z Kopernikiem i Darwinem, uznał rewolucyjność swoich
dokonań, gdyż dowiódł, że człowiek, wbrew temu, co twierdzili
racjonaliści doby oświecenia, nie zawsze kieruje się rozumem i swoją
wolą. Popędy i utajone pragnienia wywierają znacznie większy wpływ na
nasze decyzje i nasze postępowanie, niż jesteśmy w stanie przyznać.
Uważał swoje odkrycia za trzecią (po kopernikowskiej i darwinowskiej)
zniewagę, której "doznała miłość własna ludzi ze strony nauki".
Badania i teorie Freuda budziły wiele kontrowersji w czasach mu
współczesnych, ale okazuje się, że świat nauki wciąż spiera się o jego
dokonania, a niektórzy badacze wręcz kwestionują jego uczciwość i rzetelność. Obok twierdzenia, że freudowska analiza wniosła największy
wkład w misję zrozumienia psychiki ludzkiej, a jego badania i ustalenia
są filarami współczesnej psychoanalizy, można spotkać się z opiniami
uznającymi dokonania Freuda za największe oszustwo XX wieku. A przecież
o jego badaniach z zachwytem wyrażał się nawet Albert Einstein.
Zygmunt Freud pozostawił po sobie sporą spuściznę, są to 24 książki, z których dwie napisał we współpracy z innymi badaczami, 123 artykuły
opublikowane w różnych czasopismach, a także liczne przedmowy i wprowadzenia do publikacji cudzego autorstwa, jak również przemówienia
wygłaszane na zjazdach, konwentach czy spotkaniach naukowych. Jak na
rzetelnego badacza przystało, Freud chciał zostać zapamiętany przez
potomnych wyłącznie ze względu na swoją pracę naukową, dlatego celowo
utrudniał badania swoim przyszłym biografom. Co jakiś czas niszczył
swoje dokumenty, które w jego mniemaniu mogłyby być źródłem wiedzy na
temat jego życia prywatnego czy też jego osobistych poglądów. Jak
ustalono, robił to kilkakrotnie w ciągu życia. Z różnych przyczyn część
cennej z punktu widzenia późniejszych biografów dokumentacji zaginęła, a wiele prywatnych listów oraz zapisków, które znajdują się w muzealnych
zbiorach, na wyraźną prośbę ofiarodawców nie została nigdy opublikowana.
W Bibliotece Kongresu USA znajdują się aż 153 pudła, których zawartość
kryje nie tylko korespondencję "doktora z Wiednia" z rodziną i przyjaciółmi, ale także notatki kliniczne oraz inne dokumenty. Część z nich jest dostępna dla badaczy, ale dwudziestu kartonów nie można
otworzyć do 2050 i 2057 roku, kolejne zaś osiem opieczętowano
bezterminowo. Dożywotnio zastrzeżono chociażby wszystkie dokumenty
związane z siostrą żony Freuda Minną, która przez wiele lat mieszkała z rodziną Freudów, a zdaniem wielu była kochanką swego szwagra. Takie samo
zastrzeżenie nałożono również na notatniki Freuda oraz dokumentację
związaną z jego ukochaną córką Anną. W 1964 roku Bibliotece Kongresu
przekazano listy zaprzyjaźnionej z Freudami księżnej Marii Bonaparte, z zastrzeżeniem, że nikt nie będzie do nich zaglądał aż do 2020 roku.
Wprawdzie Freud opublikował autobiograficzne studium Moje życie i psychoanaliza, ale w nim także reglamentuje wiedzę na swój temat.
Wszelkie informacje osobiste ogranicza bowiem do minimum, skupiając się
raczej na chronologii zdarzeń, datach oraz ludziach, którzy w ten czy
inny sposób wpłynęli na jego rozwój intelektualny. Próżno szukać tu
opisów rodzinnego domu i atmosfery w nim panującej, dzieciństwa czy
pierwszych miłości. Jest to o tyle zaskakujące, że Freud dysponował
dobrym piórem i był zdolnym pisarzem. Niechęć do zwierzeń dotyczących
życia prywatnego wynikała z negatywnego stosunku psychiatry do dzieł
biograficznych. Zdaniem Freuda: "Każdy autor biografii skazany jest na
kłamstwa, ukrywanie, hipokryzję, pochlebstwa, a nawet skrywanie własnego
braku zrozumienia, ponieważ prawda biograficzna nie istnieje, a nawet
gdyby istniała, nic byśmy z niej nie skorzystali"2.
Pierwsza biografia ojca psychoanalizy, a zarazem jedyna, która ukazała
się za jego życia, była dziełem austriackiego pisarza Stefana Zweiga i ukazała się na rynku w 1931 roku jako rozdział większego dzieła:
Gwiazdy ludzkości (Die Heilung durch den Geist). Oprócz Freuda
pisarz przedstawił tam również sylwetki Franza Mesmera i Mary Baker
Eddy. Twórca psychoanalizy miał wobec dzieła dość sprzeczne uczucia. W tym miejscu należy zaznaczyć, że w niniejszym opracowaniu zastosowano
ogólnie obowiązującą zasadę odnoszącą się do dzieł słynnego
psychoanalityka - jeżeli dana publikacja doczekała się wydania w języku
polskim, jej tytuł został podany właśnie w tym języku, natomiast w nawiasie podano tytuł oryginalny. W przeciwnym wypadku podano tytuł w oryginale, w nawiasie zaś - jego tłumaczenie na język polski.
Zygmunt Freud jest interesujący dla biografów nie tylko ze względu na
jego prace badawcze, ale także na barwne życie, które wciąż kryje
tajemnice. Wychowany w żydowskiej rodzinie przez rodziców, których
dzieliła duża różnica wieku, w dodatku indyferentnych religijnie, wyrósł
na pewnego siebie, inteligentnego człowieka, ale niewolnego od typowego
dla środowiska, z którego się wywodził, konserwatyzmu obyczajowego i patriarchalnego wzorca rodziny. Mimo że w swoich badaniach i publikacjach sporo miejsca poświęcił życiu seksualnemu, dla niego seks
nie był ważny - co więcej, otwarcie przyznał, że po czterdziestce
zrezygnował z pożycia, skupiając się wyłącznie na pracy badawczej. Być
może jednak więcej było w tym hipokryzji, bo wprawdzie nigdy nie związał
się z żadną ze swoich licznych pacjentek, wśród których nie brakowało
pięknych i fascynujących dam, ale już jego współcześni podejrzewali go o romans z młodszą siostrą jego żony Minną Bernays.
Freud żył i pracował w bardzo barwnych, ciekawych, ale zarazem
burzliwych czasach, które znalazły odzwierciedlenie w jego pracy
badawczej i związanych z tym publikacjach. Dorastał w epoce
bezgranicznej wiary w postęp naukowy, który miał przynieść nie tylko
rozwiązanie wszystkich problemów ludzkości, ale także raz z na zawsze
zakończyć konflikty zbrojne. To naiwne przekonanie nie wytrzymało
konfrontacji z rzeczywistością, gdyż w 1914 roku wybuchła wojna
światowa, która okazała się straszliwą tragedią i kosztowała życie
milionów niewinnych ofiar. Po jej zakończeniu zaś Europa musiała stawić
czoła kryzysowi ekonomicznemu, który dotknął zwłaszcza przegranych w Wielkiej Wojnie, do których należał również ojczysty kraj Freuda. I chociaż zakończony w 1918 roku konflikt zbrojny wydawał się najgorszym w dziejach świata, to rozwijający się faszyzm miał przynieść ludzkości
kolejną, znacznie straszliwszą wojnę, a wraz z nią planową zagładę
milionów Żydów oraz przedstawicieli innych nacji, uważanych przez
nazistowskich ideologów za podludzi.
Freud był świadkiem owych burzliwych czasów, starając się być lekarzem
duszy, z troską pochylał się nad pacjentami, których trapiły różne
problemy psychiczne, wobec których tradycyjna medycyna, w tym także
psychiatria, były bezsilne. Za życia doczekał się rzeszy wiernych
wyznawców i apologetów, którzy traktowali go jak guru bądź, jak kto
woli, mędrca. A ponieważ w imię umiłowania prawdy i nauki Freud
niejednokrotnie wsadzał kij w mrowisko, często bywał obiektem ataków i ostrej krytyki.
Publikacja ta opowiada o życiu słynnego wiedeńskiego psychoanalityka,
skupiając się na jego biografii, a nie dokonaniach naukowych, chociaż
jego pracy i propagowanych przez niego teorii, ze zrozumiałych względów,
nie można zupełnie przemilczeć. Poznajmy zatem sekrety człowieka, u którego na kozetce pacjenci zwierzali się ze swych skrywanych tajemnic i który odmienił oblicze psychiatrii, przyczyniając się jednocześnie do
rozwoju psychologii.
Rozdział 1. "Szczęśliwe dziecko z Freibergu"
Rozdział 1
"Szczęśliwe dziecko z Freibergu"
"Freud" znaczy radość
"Moi rodzice byli Żydami i ja pozostałem Żydem"3 - pisał Zygmunt
Freud w 1924 roku w swojej publikacji Moje życie i psychoanaliza,
która pierwotnie była wydana jako rozdział większej książki poświęconej
wybitnym postaciom ówczesnej medycyny - Współczesna medycyna w autoportretach. W specyficznej autobiografii nie zamieszcza wprawdzie
wywodu o pochodzeniu swoich przodków, ale nadmienia, że ma powody
sądzić, iż antenaci jego ojca zamieszkiwali tereny nad Renem, skąd w XV
lub XVI stuleciu wygnały ich prześladowania Żydów. Osiedlili się na
Litwie, a w XIX wieku wielu z nich przez Galicję przywędrowało do
Austrii. Wydaje się jednak, że przynajmniej część z nich musiała
zamieszkiwać już w XVIII stuleciu tereny cesarstwa, skoro wiadomo, że
nazwisko przyszłego ojca psychoanalizy wywodzi się od niemieckiego
rzeczownika Freude - radość, a jego przodkowie przyjęli je w 1789 roku
z powodu wydanego dwa lata wcześniej przez cesarza Józefa II nakazu
przyjmowania przez Żydów mieszkających na terenie Austrii niemieckich
nazwisk.
Trzeba przyznać, że Jakub Freud, ojciec bohatera naszej opowieści,
specjalnych powodów do radości nie miał, bo życie go zbytnio nie
rozpieszczało. Urodził się w 1815 roku w galicyjskiej wsi Tyśmienica,
skąd w 1844 roku przeniósł się na Morawy i osiadł w miasteczku Freiberg
niedaleko Ostrawy, które obecnie znajduje się na terenie Czech i nazywa
się Příbor. Biograf Zygmunta Georg Markus twierdzi, jakoby Jakub był
typowym "Żydem wędrownym", czyli człowiekiem zajmującym się handlem
obwoźnym wełną. W związku z tym przez pół roku podróżował po Galicji,
Węgrzech, Saksonii i Austrii, gdzie sprzedawał swój towar, a przez
drugie pół wiódł osiadły tryb życia. Inni biografowie twierdzą zaś, że
był właścicielem warsztatu tkackiego, jednak wszyscy zgadzają się co do
jednego: Jakub Freud był człowiekiem stosunkowo dobrze wykształconym,
wiadomo, że władał hebrajskim, ale w interesach wiodło mu się raczej
kiepsko.
Nie lepiej było w życiu prywatnym - po raz pierwszy ożenił się w 1832
roku, z młodszą o czternaście lat Sylvią Kanner, tak przynajmniej
twierdzi David Cohen, autor Ucieczki Sigmunda Freuda, podczas gdy
Georg Markus w swojej biografii twórcy psychoanalizy pisze, że pierwsza
żona Jakuba miała na imię Sally, inne źródła podają imię Salomea. Para
doczekała się dwóch synów - urodzonego w 1833 roku Emmanuela oraz
młodszego od niego pięć lat Philipa. Pierwsza żona Jakuba zmarła w 1852
roku. Wdowiec stosunkowo szybko się pocieszył, bo jeszcze w tym samym
roku ożenił się z kobietą o imieniu Rebeka, ale i ona żyła bardzo
krótko, zmarła przed 1855 rokiem. Nie wiadomo, co było przyczyną jej
zgonu, z całą pewnością nie umarła ze starości, bo była młodsza od męża
o siedemnaście lat, a Jakuba, który miał wówczas dopiero około
czterdziestu lat, trudno byłoby uznać za starego. Najwyraźniej stan
wdowieński i samotność musiały doskwierać Freudowi, skoro wkrótce po
śmierci drugiej żony zdecydował się na kolejne małżeństwo. Tym razem
jego wybór padł na młodszą o dwadzieścia lat Amalię Nathanson,
dziewczynę niezwykle urodziwą, inteligentną, pełną uroku i wdzięku.
Jakub niezbyt przejmował się faktem, że pełna życia młodziutka kobieta
bardziej pasuje do któregoś z jego synów, zresztą w owych czasach
związki, w których małżonków dzieliła duża różnica wieku, były normą i nikogo nie bulwersowały. Nawiasem mówiąc, kiedy Jakub po raz trzeci brał
ślub, był już dziadkiem, jego starszy, żonaty syn Emmanuel doczekał się
bowiem potomka.
Powodem zawarcia małżeństwa z pewnością nie była zamożność Jakuba, bo
oględnie mówiąc, mężczyznę trudno byłoby zaliczyć do krezusów. Zajmował
skromne, jednopokojowe mieszkanko, pozbawione wygód, w leżącym na uboczu
domu, przy ulicy Schlossergasse 117, tuż nad usytuowaną na parterze
kuźnią, albo jak woli część biografów Zygmunta Freuda, warsztatem
ślusarskim. Kto wie, może pannę Nathanson przyciągnęły do starszego
mężczyzny jego pogodne usposobienie i stoicki spokój, jakim emanował do
końca swego przeszło osiemdziesięcioletniego życia. Nawykły do
niepowodzeń i zmienności losu potrafił cieszyć się nawet z drobiazgów i krótkich chwil szczęścia, które przynosił mu los. Ówczesny Freiberg,
gdzie mieszkał wraz ze swoją rodziną, był niewielkim, sennym
miasteczkiem, liczącym niespełna pięć tysięcy mieszkańców, chociaż
mieszkańcom pobliskiej Ostrawy, której ludność liczyła nieco ponad
tysiąc siedemset osób, mógł wydawać się metropolią. Większość
mieszkańców Freiberga stanowili Czesi, którzy żyli w zgodzie z mieszkającymi tam mniejszościami: etnicznymi Niemcami oraz Żydami.
Najbardziej okazałą budowlą miasta był, istniejący zresztą do dzisiaj,
romańsko-gotycki kościół pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Marii
Panny, który wznosi się na skraju skarpy, nad rzeką Lubiną. Bicie
dzwonów rozlegające się z wieży tej katolickiej świątyni słychać było
nie tylko we Freibergu, ale i w okolicy.
Obecnie wszystkie biogramy Zygmunta Freuda jako datę jego przyjścia na
świat podają 6 maja 1856 roku, ale, jak się okazuje, istnieją pewne
rozbieżności co do dnia jego urodzin. Przekonali się o tym urzędnicy
gminni, którzy w 1931 roku postanowili upamiętnić urodziny
najsłynniejszego obywatela ich miasta umieszczeniem tablicy na murze
domu, w którym przyszedł na świat. Zgodnie z ich wiedzą powinna widnieć
na niej data 6 maja 1856 roku, ale kiedy dla pewności postanowiono
sprawdzić zapisy w miejscowym urzędzie stanu cywilnego, pojawiły się
wątpliwości. Okazało się bowiem, że pisarz miejski odnotował jako datę
urodzin pierworodnego syna Jakuba i Amalii Freudów - 6 marca 1856 roku.
W rodzinnej Biblii, gdzie zgodnie z żydowską tradycją zapisywano ważne
rodzinne wydarzenia, ojciec przyszłego twórcy psychoanalizy odnotował
jako dzień narodzin dziecka "wtorek, w Rosz Chodesz miesiąca ijar
5616 roku kalendarza żydowskiego"4. Oznacza to, że chłopiec
urodził się na początku miesiąca ijar. Sprawę komplikuje fakt, że
kalendarz żydowski oparty jest na cyklu Księżyca, a miesiąc księżycowy
trwa około 29 dni i 12 godzin, w związku z czym jeden miesiąc trwa 29
dni, a następny - 30. Rosz Chodesz dosłownie oznacza "głowę
odnowionego", bywa też tłumaczony jako "pierwszy dzień nowego Księżyca"
lub "początek odnowienia miesiąca", co odnosi się do wystąpienia nowiu
Księżyca, a w dawnych czasach początek kolejnego miesiąca był ogłaszany
przez żydowskich kapłanów.
Problem polega na tym, że kiedy miesiąc ma trzydzieści dni, to jako
Rosz Chodesz oznaczany jest zarówno ostatni, trzydziesty dzień tego
miesiąca, jak i pierwszy dzień miesiąca następnego, z czego wynika, że
Rosz Chodesz trwa wówczas dwa dni. Jeżeli natomiast miesiąc ma 29 dni,
Rosz Chodesz przypada pierwszego dnia następnego miesiąca. Podany w zacytowanym zapisie 5616 rok również odnosi się do kalendarza
żydowskiego, w którym rachuba lat rozpoczyna się 7 października 3761
roku p.n.e., kiedy, jak ustaliły to najznamienitsze żydowskie
autorytety, Jahwe stworzył świat. Miesiąc ijar zaś liczy 29 dni i w kalendarzu gregoriańskim przypada na kwiecień-maj. Skąd zatem marzec w miejskiej księdze urodzin? Niewykluczone, że miejski pisarz zwyczajnie
się pomylił i błędnie zapisał miesiąc narodzin Zygmunta Freuda albo to
Jakub przez pomyłkę podał inny miesiąc, błąd mógł być też wynikiem
nadzwyczaj trudnej metody przeliczania dat z kalendarza żydowskiego na
gregoriański. A może Freud celowo zapisał w Biblii nieprawdziwą datę
narodzin swojego trzeciego syna? Z Amalią ożenił się 29 lipca 1855 roku,
gdyby więc Zygmunt przyszedł na świat w marcu, oznaczałoby to, że został
spłodzony jeszcze przed ślubem, co było poważnym naruszeniem norm
moralnych obowiązujących nie tylko w społeczności żydowskiej.
Ponieważ jednak sam zainteresowany pytany o datę urodzenia nieodmiennie
podawał 6 maja 1856 roku, właśnie ta data uchodzi za poprawną i figuruje
we wszystkich jego biogramach. Taką datę umieszczono również na
wspomnianej marmurowej tablicy upamiętniającej dom, w którym przyszedł
na świat. Dom nadal istnieje, ale zmieniło się jego otoczenie - w czasach gdy mieszkali w nim Freudowie, stanowił zakończenie pierzei przy
już dzisiaj nieistniejącej uliczce, a teraz stoi samotnie. Obecnie
funkcjonuje w nim muzeum poświęcone jego najsłynniejszemu lokatorowi.
Jego zewnętrzną frontową ścianę zdobi również tablica pamiątkowa, przy
czym nie jest to tablica z 1931 roku, gdyż ta została zniszczona przez
hitlerowców. Nową założono w 1947 roku, a tę z kolei zastąpiono okazałą
tablicą w październiku 1969 roku.
Okazuje się też, że rodzice nie dali twórcy psychoanalizy na imię
Zygmunt, ale Sigismund Szlomo (Salomon) - drugie imię otrzymał po
dziadku ze strony ojca. Już jako człowiek dorosły zmienił pierwsze imię
z Sigismund na Sigmund (Zygmunt), drugiego zaś nigdy nie używał.
Ponieważ społeczność żydowska w Tyśmienicy, skąd wywodził się ojciec
przyszłego psychoanalityka, znana była z dążeń do asymilacji z polską
tradycją i kulturą, Łukasz Chwalisz, w swoim artykule Czy psychoanaliza
opiera się na myśli kabalistycznej? zamieszczonym w 2007 roku na łamach
pisma "Studia Psychologica", twierdzi, że "nadanie przyszłemu twórcy
psychoanalizy imienia Zygmunt (łac. Sigismundus) na cześć królów
polskich Zygmuntów, którzy byli przychylni wobec społeczności
żydowskiej"5, stanowi jawny dowód sympatii Jakuba Freuda dla
historii i tradycji polskiej. Wydaje się jednak, że jest to zbyt daleko
posunięta hipoteza.
Jakub, ojciec dwóch synów, mógł wprawdzie w skrytości ducha liczyć na
narodziny dziewczynki, ale jego żona z pewnością miała nadzieję, że
powije chłopca. W rodzinach żydowskich synowie byli zawsze bardziej
pożądani, wszak mogli piastować prestiżowe funkcje w społeczności, być
rabinami, na nich spoczywał też obowiązek wspierania rodziców na
starość. To właśnie syn musiał odmawiać nad grobem rodziców kadisz,
tradycyjną modlitwę, która, jak wierzono, miała cudowną moc skracania
pobytu duszy zmarłego w piekle. Żydzi żyjący we wschodniej Europie
wierzyli, że piekło, do którego trafia każda dusza po śmierci, dzieli
się na dwa poziomy - górne i dolne, każda dusza musi je przejść,
przesuwając się po magicznej drabinie, a odmówienie kadiszu znacznie
przyspieszało to przejście. Co więcej, nawet Talmud głosił, że ojciec,
który nie pozostawił po sobie syna, który mógłby po nim odziedziczyć
jego ziemskie dobra, doświadczał gniewu bożego. To stanowisko powielały
również żydowskie przysłowia: "Na świecie muszą być mężczyźni i kobiety,
ale szczęśliw, kto ma synów, a biada mającemu córki", "Siedmiu synów
gotuje ojcu miejsce w raju, siedem córek - w piekle". Mawiano także, że
o córkę, jak i o nędzę, nikt nie prosi i nikomu o nie prosić nie wolno,
a w przypadku narodzin dziecka płci męskiej odprawiano znacznie więcej
tradycyjnych zabiegów odstraszających demony i zabezpieczających przed
urokami. Nie znaczy to oczywiście, że dziewczynki zawsze były
niechcianymi dziećmi, ale narodziny córki cieszyły tylko tych rodziców,
którzy mieli przynajmniej jednego syna. Wprawdzie rodzinny dom Zygmunta
Freuda nie był szczególnie religijny, a on już jako młody człowiek
odrzucił wiarę w Boga i został ateistą, ale tradycja żydowska i patriarchalna, uznająca wyższość mężczyzn nad kobietami, odcisnęła na
nim niezatarte piętno, co było widać także w jego pracach.
Ponieważ rodzice Zygmunta nie przywiązywali wagi ani do religii, ani do
zachowywania żydowskiej tradycji, możemy przypuszczać, że po narodzinach
pierworodnego nie odprawili żadnych rytuałów mających odpędzić od
dziecka potencjalne nieszczęścia i czyhające na jego zgubę demony. I chyba nie było nawet takiej potrzeby, bo chłopiec urodził się w czepku,
co i dzisiaj powszechnie uważa się za dobry omen. Kiedy uszczęśliwiona
Amalia trzymała w ramionach syna, dostrzegła wyjątkowo przenikliwe
spojrzenie malca, które, przynajmniej jej zdaniem, przypominało
spojrzenie badacza przygotowującego się do odkrywania tajemnic świata.
Wówczas zrozumiała, że wydała na świat wyjątkowego człowieka, któremu
pisane są wielkość i nieśmiertelna sława. W tym mniemaniu utwierdziła ją
pewna staruszka, obecna przy urodzeniu Zygmunta, o czym on sam
przypomniał w swoim fundamentalnym dziele Objaśnianie marzeń sennych.
Odnotował w nim: "Otóż przypominam sobie to, co tak często opowiadano mi
w dzieciństwie: przy moich narodzinach pewna stara chłopka
przepowiedziała szczęśliwej matce pierworodnego, że podarowała ona
światu wielkiego człowieka. Takie przepowiednie muszą zdarzać się bardzo
często; istnieje tak wiele pełnych nadziei matek i tak wiele starych
wieśniaczek czy też innych starych kobiet, których władza na ziemi
minęła i które zwracają się znów w stronę przyszłości"6.
Chociaż Freud wydawał się bagatelizować ową przepowiednię, to jego matka
święcie w nią wierzyła, a i on w skrytości ducha również.
Ulubieniec matki
Jak zauważa Michael Jacobs, brytyjski terapeuta psychodynamiczny, autor
biografii twórcy psychoanalizy: "Kapryśna, uparta i roszczeniowa matka
wybrała Freuda na swoje cudowne dziecko. Jej przywiązaniu do syna
przeszkadzały nieustanne ciąże i przekazywanie go pod opiekę matki
zastępczej, jego niani. [...] Freud czuł się w tym czasie bardzo
osamotniony i całkowicie zagubiony, wątpiąc w to, kto w jego rodzinie
jest czyim ojcem. Rozwój edypalny zmusił go do stawienia czoła większej
liczbie zagadek niż samego Edypa"7. Trudno powiedzieć, skąd
opinia o roszczeniowej i kapryśnej Amalii, bo przecież ani Freud, ani
jego dzieci nigdy nie wspominały o jej roszczeniowości i kaprysach.
Wcale też nie wybrała Zygmunta na "swoje cudowne dziecko", bo, jak
wspomniano wyżej, była przekonana o wyjątkowości pierworodnego już w dniu jego narodzin. Natomiast rzeczywiście sytuacja w jego rodzinnym
domu mogła wydawać się małemu Sigiemu, jak go nazywali najbliżsi, dość
skomplikowana. Jego piękna mama bardziej pasowała do któregoś z jego
przyrodnich braci, a zwłaszcza młodszego z nich, Filipa, który w przeciwieństwie do żonatego od 1852 roku Emanuela wciąż był kawalerem, a ponieważ w dniu ślubu ojca miał dopiero siedemnaście lat, nadal mieszkał
z Jakubem i macochą. Pod nieobecność pana domu dotrzymywał zatem
towarzystwa jego młodziutkiej żonie. Co więcej, ówczesnym towarzyszem
zabaw małego Zygmunta był jego bratanek Jan, zaledwie rok starszy od
niego. Zygmunt w swoich wspomnieniach syna Emanuela nazywa często
"wspólnikiem moich występków". Rzeczywiście musieli razem nieźle
rozrabiać, w dodatku równie często spędzali czas na zabawach, jak i na
bijatykach. Pewnego dnia napadli na siostrę Jana Paulinę, zbierającą
kwiaty na łące, i wyrwali jej sporządzony już bukiet. Kiedy indziej
natomiast pobili się tak dotkliwie, że konieczna była interwencja
dorosłych. Na pytanie ojca, dlaczego uderzył swojego bratanka i towarzysza zabaw, dwuletni Sigi odparł, że to Janek zaatakował go
pierwszy. "Byliśmy nierozłączni do chwili, gdy skończyłem trzeci rok
życia, kochaliśmy się i kłóciliśmy"8 - wspominał
psychoanalityk już jako dojrzały człowiek.
Jak się okazuje, ta dziecięca przyjaźń wywarła decydujący wpływ na
relacje Freuda z innymi w wieku dorosłym. Przyznał on w liście do
Wilhelma Fliessa, że w życiu emocjonalnym potrzebuje "przyjaciela od
serca i znienawidzonego wroga"9. Sigi, który bardzo nie lubił
tego zdrobnienia, niewątpliwie był błyskotliwym i żywym dzieckiem
skłonnym do rozrabiania. A ślad po jednym z wybryków pozostał mu do
końca życia. "Stanąłem w piżamie na stołku, ażeby wziąć sobie coś
dobrego do jedzenia, co leżało na skrzyni czy też na stole - wspominał
po latach. - Stołek wywrócił się i uderzył mnie kantem w dolną
szczękę"10. Od razu wezwano lekarza, który opatrzył ranę, ale
Freudowi została po tym wypadku brzydka blizna, której bardzo się
wstydził. Dlatego kiedy dorósł, zapuścił gęstą brodę, której nigdy nie
zgolił.
Małego Zygmunta bezkrytycznie kochała matka, był jej oczkiem w głowie do
czasu, gdy na świecie pojawił się następny syn Amalii i Jakuba, Juliusz,
który otrzymał imię po Juliuszu Cezarze. Rodzice bardzo go kochali,
poświęcali mu znacznie więcej czasu niż dwuletniemu wówczas Sigiemu,
zwłaszcza że chłopczyk był chorowity. Po latach, już jako człowiek
dojrzały, podczas dokonywanej autoanalizy Freud odkrył, że jako dziecko
nie tylko był bardzo zazdrosny o brata, który zabrał mu mamę, ale i podświadomie życzył mu śmierci. Tak się nieszczęśliwie zdarzyło, że
dziecko naprawdę zmarło, przeżywszy zaledwie siedem miesięcy, a jego
starszy brat żył odtąd z poczuciem winy. Po urodzeniu Juliusza Amalia
powiła jeszcze pięć córek: w 1858 roku Annę Różę, a właściwie Reginę
Deborę Różę (niem. Rose), w 1860 roku Marię, zwaną Mitzi, w 1861 roku
Adolfinę - Dolfi, w 1862 roku Paulinę Reginę, nazywaną w rodzinie po
prostu Paulą. W 1866 roku przyszedł na świat drugi syn Amalii i Jakuba
Aleksander. Zygmunt pozostał jednak ulubieńcem matki, a kiedy urodził
się jego braciszek, chłopiec miał już prawie dziesięć lat i malec nie
stanowił dla niego żadnego zagrożenia. Jak twierdzi Martin Freud, syn
twórcy psychoanalizy, jego ojciec ze wszystkich swoich sióstr
najbardziej lubił Różę, ponieważ "pociągał go jej czar, wdzięk i poczucie godności"11. Jako dorosła kobieta musiała emanować
seksapilem, i to do późnych lat, skoro gdy owdowiała w wieku
sześćdziesięciu lat, wciąż "wzbudzała zainteresowanie młodych mężczyzn,
z czego była bardzo dumna i z czym się zupełnie nie kryła"12. W czasach, gdy nie znano dobrodziejstw zastępczej terapii hormonalnej i medycyny estetycznej, był to rzeczywiście dla kobiety powód do dumy.
Bez wątpienia z całej gromadki potomstwa Amalii i Jakuba to Sigi był
dzieckiem uprzywilejowanym, o czym świadczą wspomnienia jego sióstr z czasów, gdy rodzina mieszkała już w Wiedniu. Rodzice podziwiali wybitną
inteligencję pierworodnego syna, a matka nieprawdopodobnie go
rozpieszczała. Jako jedyny miał własny pokój, żeby mógł się w spokoju
uczyć, a reszta rodzeństwa gnieździła się w jednym pokoiku. W dodatku
jego siostry nie miały nawet własnych łóżek, sypiały w szufladach
wyjmowanych na noc z wielkiej rodzinnej szafy. Jako jedyny z rodzeństwa
korzystał też z lampy olejowej, reszta musiała uczyć się i czytać przy
blasku świecy. Rodzice, zwłaszcza matka, spełniali wszystkie jego
życzenia i kaprysy, nawet jeżeli stały w sprzeczności z życzeniami
pozostałego potomstwa.
Amalia bardzo lubiła grać na fortepianie, a tę pasję odziedziczyła po
niej Anna, która godzinami ćwiczyła gamy, czego Zygmunt nie znosił. W końcu postawił rodzinie ultimatum: albo instrument, który przeszkadza mu
w nauce, zniknie z ich domu, albo on się wyprowadzi. Życzenie syna było
dla matki rozkazem i wkrótce fortepian sprzedano, ku rozpaczy Anny oraz
reszty sióstr, które także lubiły na nim grać. W efekcie Freudowie byli
chyba jedyną mieszczańską, inteligencką rodziną, w której domu nie było
fortepianu. A przecież wszystkie panny z tzw. dobrych domów musiały
posiąść umiejętność gry na tym instrumencie! Freud przez całe życie miał
jakąś dziwną awersję do muzyki, nie chodził na koncerty, w jego domu nie
było żadnego instrumentu, nie korzystał też z gramofonu i stanowczo
sprzeciwiał się, by jego dzieci odebrały jakiekolwiek wykształcenie
muzyczne.
Kiedy Anna podrosła na tyle, że mogła sięgać po poważną literaturę
piękną, i zapragnęła zapoznać się z dziełami Dumasa i Balzaka, jej brat
stanowczo jej tego zabronił, chociaż rodzice nie mieli nic przeciwko tym
lekturom. I tym razem zdanie Sigiego okazało się wiążące. Podobnie było
w kwestii jej pierwszego adoratora, który pojawił się, kiedy miała
zaledwie szesnaście lat. Był nim daleki krewny z Odessy, bogaty
pięćdziesięciodziewięcioletni kupiec, któremu w oko wpadła najstarsza
siostra Sigiego. Zauroczony mężczyzna zabrał ją na operę Wilhelm Tell,
oczywiście razem z Amalią, która towarzyszyła parze w charakterze
przyzwoitki. Później przez kilka dni zasypywał Annę czekoladkami,
drobnymi upominkami i komplementami, a nieprzyzwyczajona do takiego
traktowania dziewczyna była w siódmym niebie. Pewnego pięknego dnia
podstarzały adorator się oświadczył i został przyjęty. Naiwnej
nastolatce marzyło się opływające w luksusy życie zamożnej kupcowej, a to przysłoniło jej wady związku z dużo starszym mężczyzną. Następnego
dnia powiedziała o wszystkim matce, której pomysł wydania córki za
bogatego krewnego nawet się spodobał, ale postanowiła zapytać o zdanie
na ten temat najważniejszego mężczyznę w rodzinie. Nie zwróciła się
jednak z tym problemem do męża i ojca Anny, ale do starszego syna, który
okrutnie rozprawił się z marzeniami siostry. "Sigmund bynajmniej się nie
ucieszył i wyjaśnił nam, co się dzieje, kiedy mężczyzna w wieku
pięćdziesięciu dziewięciu lat (a tyle miał ów wujek) chce się ożenić z szesnastolatką"13 - odnotowała w pamiętniku Anna.
Braterska opinia najwidoczniej zadziałała na nią jak kubeł zimnej wody,
gdyż odprawiła wiekowego adoratora z kwitkiem.
Jak się okazuje, Amalia do końca swego długiego życia faworyzowała
Zygmunta, którego nie zdołała zdetronizować żadna z córek ani młodszy
syn, ani nawet żaden z jej licznych wnuków i prawnuków, których także
się doczekała. Najstarszy syn Zygmunta Martin wspomina, że cała rodzina
uczestniczyła regularnie w spotkaniach u seniorki rodu, ale dla jego
babki najważniejszym gościem był oczywiście Zygmunt, który z powodu
licznych obowiązków zazwyczaj się na nie spóźniał. "Amalia wiedziała o tym, lecz prawdopodobnie nie mogła się z tym pogodzić - czytamy w autobiograficznej książce Martina. - Widzieliśmy ją biegnącą do drzwi,
wychodzącą na korytarz i patrzącą na schody. Przyszedł już? Gdzie się
zapodział? Czy już bardzo późno? Ta nerwowa bieganina mogła trwać i godzinę, lecz wiedzieliśmy, że każda próba mająca na celu powstrzymanie
jej spowodowałaby wybuch. Woleliśmy więc tego uniknąć, zwracając na jej
zachowanie jak najmniej uwagi"14.
Twórca psychoanalizy po latach mawiał, że uwielbienie matki, która
wyróżniała go spośród reszty rodzeństwa, wyszło mu tylko na dobre.
"Jeśli było się niekwestionowanym ulubieńcem matki, zachowuje się na
całe życie owo poczucie zdobywcy, ową pewność, że osiągnie się sukces,
która nierzadko istotnie ten sukces sprowadza"15 - twierdził.
Okazuje się jednak, że ojciec także przyczynił się do przyszłego sukcesu
syna, ale w znacznie mniej przyjemny sposób. Pewnego dnia siedmio- lub
ośmioletni Zygmunt przypadkiem zmoczył się w sypialni rodziców, co
skłoniło Jakuba do ponurej przepowiedni: "Nic nie będzie z naszego
chłopca"16. To zdanie jak zadra utkwiło w pamięci Sigiego, a wspomnienie tej druzgocącej opinii ojca stało się dla niego impulsem do
przezwyciężania trudności i dążenia do tego, by, jak mówił, "stać się w życiu kimś".
Zygmunt z całą pewnością uwielbiał matkę, a do ojca żywił raczej
ambiwalentne uczucia. Z jednej strony go kochał, ale wydaje się, że
Jakub nigdy nie był dla niego autorytetem. W dodatku, jak sam wspominał,
jako dziecko rywalizował z nim o względy młodej i pięknej Amalii. Już
jako dojrzały człowiek i wykształcony lekarz, uważający się za naukowca,
analizując swoje przeżycia z dzieciństwa, dokonał odkrycia
fundamentalnej koncepcji psychoanalizy - kompleksu Edypa, który określał
jako "erotyczne przywiązanie dziecka do rodzica o płci
przeciwnej"17; omówimy go szerzej w innym miejscu tej
publikacji. "Grzeszne" uczucie do matki obudziło się w nim, kiedy
pewnego razu przypadkiem ujrzał ją nago. "Odkryłem również u siebie stan
zakochania się w matce i zazdrość o ojca i uważam je teraz za zjawisko
powszechne we wczesnym dzieciństwie"18. O tym, z jak silnym
tabu i poczuciem winy wiązał się widok mamy w stroju Ewy, może świadczyć
fakt, że nawet po latach, opisując to wydarzenie, użył łacińskich, jak
to ujął jeden z biografów, "bezpiecznych i stwarzających dystans"
terminów łacińskich: matrem (matka) i nudem (naga).
Jakub z pewnością nie był autorytarnym ojcem, nie przybierał pozy
patriarchy rodu i nie wymagał bezwzględnego posłuszeństwa, można wręcz
powiedzieć, że miał dość liberalne podejście do kwestii swojego miejsca
w rodzinie. Zawsze kiedy trzeba było podjąć jakąś ważną decyzję bądź
rozwiązać jakiś problem, zwoływał naradę rodzinną, w której oprócz niego
i Amalii brały udział także dzieci, oczywiście po osiągnięciu
odpowiedniego wieku. To właśnie podczas narady, kiedy debatowano nad
imieniem dla nowo narodzonego brata, z ust Zygmunta padła propozycja, by
dać mu imię po słynnym władcy, wodzu i zdobywcy Aleksandrze Macedońskim,
która została przyjęta z entuzjazmem przez resztę rodziny. Wydaje się,
że z czasem to właśnie Sigi grał na wspomnianych spotkaniach pierwsze
skrzypce i to z jego opinią, a nie ze zdaniem Jakuba, rodzina
najbardziej się liczyła.
Bez wątpienia ojciec stracił wiele w oczach syna, kiedy opowiadał mu o pewnym przejawie antysemityzmu, którego doświadczył w młodości. Pewnego
dnia, gdy szedł spokojnie ulicą, zaczepił go jakiś mężczyzna i chcąc
zamanifestować swoją pogardę dla narodu żydowskiego, strącił mu z głowy
czapkę, rzucił ją w błoto i zażądał, by jako Żyd, a więc obywatel
drugiej kategorii, ustąpił mu miejsca, schodząc z chodnika. Gdy
dwunastoletni wówczas Zygmunt zapytał Jakuba, jak zareagował na taką
zniewagę, był bardzo rozczarowany odpowiedzią ojca, który wyznał mu, że
po prostu zszedł z chodnika, podniósł nakrycie głowy, nie wszczynając
żadnej awantury. Dla chłopaka, który uwielbiał Napoleona, jego generała
o żydowskich korzeniach André Massénę oraz greckich herosów i rzymskich
dowódców, był to dowód wielkiego tchórzostwa Jakuba. O ileż bardziej
imponował mu ojciec Hannibala Hamilkar, który swojemu kilkuletniemu
synowi nakazał przysiąc wieczną nienawiść do Rzymian.
A przecież ojcu bardzo wiele zawdzięczał: to on był jego pierwszym
nauczycielem, on też podsuwał mu książki, początkowo bogato ilustrowane,
potem już nieco poważniejsze. Bardzo wcześnie uczył swoje dzieci czytać,
a lektury, które im polecał, mogłyby wydawać się zbyt poważne dla tak
młodych czytelników. A jednak Zygmunt radził sobie z nimi znakomicie,
zaś lista książek, które czytał w dzieciństwie, jest doprawdy
imponująca: jako sześciolatek zapoznał się z Biblią, dwa lata później
sięgnął po dzieła Szekspira, autorowi Makbeta pozostał zresztą wierny
do końca życia i często cytował z pamięci długie fragmenty jego sztuk. W wieku dziesięciu lat czytał klasyków, w tym Cervantesa i Goethego. Jego
idolami byli starożytni bohaterowie w rodzaju Hannibala, który jako
jeden z nielicznych poważył się przeciwstawić potężnemu Rzymowi.
Jakub zaszczepił też synowi miłość do pieszych wędrówek, wspólnie
chodzili na długie wycieczki po okolicznych lasach. Zdaniem tych, którzy
znali Jakuba i jego najsłynniejszego syna, Zygmunt odziedziczył po ojcu
poczucie humoru, po matce zaś sposób bycia, pełen chłodnego dystansu.
Jakub Freud był rzeczywiście bardzo pogodnym człowiekiem i z iście
stoickim spokojem przyjmował zmienne koleje losu, a Sigi widział go
naprawdę strapionego tylko jeden raz - kiedy dowiedział się o aresztowaniu swojego brata Józefa. Mężczyzna, jak potem twierdził jego
bratanek, "pozwolił się wciągnąć w transakcję z rodzaju tych surowo
karanych przez prawo"19. Ową karalną transakcją okazało się
puszczenie w obieg fałszywych pieniędzy. Najprawdopodobniej Józef był
tylko trybikiem w wielkiej machinie, gdyż, jak mawiał jego brat, "nie
był nigdy złym człowiekiem, jedynie półgłówkiem"20, ale
uczyniono z niego kozła ofiarnego i przed sądem stanął jako mózg całego
przedsięwzięcia. Temat szybko podchwyciła prasa, a o wyczynach stryja
Zygmunta informowały wszystkie gazety w Austrii. Jakub martwił się też o swoich dwóch starszych synów, których przedsiębiorczy Józef nakłonił do
współpracy w tym procederze. Do przestępstwa doszło na terenie Anglii,
gdzie obaj jego bratankowie wyjechali w celach zarobkowych. Nieszczęsny
Jakub w ciągu kilku dni osiwiał ze zmartwienia. Wprawdzie Józef trafił w końcu do więzienia, ale Filip i Emanuel nie zostali nawet postawieni w stan oskarżenia. Wydaje się, że małemu Zygmuntowi udzielił się nastrój
ojca i bolesne wspomnienie o wybryku stryja wryło się w jego pamięć,
skoro potem Józef śnił mu się w trudnych okresach życia.
Józef Freud nie był jedyną osobą z otoczenia Sigiego, która popadła w konflikt z prawem - w więzieniu znalazła się także jego opiekunka, która
zajmowała się nim, gdy matka nie mogła, zwłaszcza gdy była w ciąży. Anna
bardzo źle wspominała tę kobietę, opisywała ją jako starą, brzydką i sprytną, ale Zygmunt kochał ją równie mocno jak mamę. Ponieważ była
katoliczką, często zabierała swojego podopiecznego do kościoła, ale
trudno orzec, czy robiła to w nadziei na nawrócenie powierzonego jej
opiece żydowskiego dziecka, czy po prostu chciała uczestniczyć w nabożeństwach, a malca nie mogła przecież zostawić bez opieki.
Na Sigim wizyty w katolickiej świątyni, a zwłaszcza kazania, musiały
robić duże wrażenie, skoro, jak wypominała mu potem jedna z sióstr, po
powrocie do domu wygłaszał członkom rodziny "kazania o Bogu
wszechmogącym". Zdaniem Petera Gaya stara i brzydka opiekunka zapisała
się dość osobliwie w pamięci podopiecznego, gdyż "Freud czynił niejasne
aluzje, że wprowadzała go w tajniki seksu"21, ale inni biografowie
nie potwierdzają jego insynuacji. Jak się okazuje, regularne chodzenie
do kościoła nie przeszkadzało kobiecie okradać swoich pracodawców i długo udawało się jej ukrywać to przed nimi. Dopiero Filip, który często
gościł w domu ojca i macochy, zdemaskował ją i doprowadził do
aresztowania nieuczciwej kobiety. Trzyletni wówczas Sigi bardzo to
przeżył. W dodatku, kiedy pewnego dnia się obudził i nie zastał obok
siebie matki, wpadł w panikę, że ją również aresztowano. A ponieważ
Filip miał się wyrazić w jego obecności, że jego piastunka została
"wreszcie przyskrzyniona", malec wyobrażał sobie, że trzymają ją w jakiejś skrzyni. W swojej naiwności uznał, że przedmiotem, który
najbardziej przypomina skrzynię, jest kredens, i ubzdurał sobie, że
właśnie w nim zamknięto jego ukochaną mamę. Filip, chcąc uspokoić
płaczącego braciszka, otworzył drzwiczki, żeby go przekonać, że Amalii
tam nie ma, ale chłopiec przestał płakać dopiero wtedy, gdy matka
stanęła w drzwiach domu.
Wzorowy uczeń
W 1859 roku dla rodziny Freudów nastał wyjątkowo trudny okres związany z kryzysem w branży włókienniczej, z którą związany był Jakub. Nie było
innego wyjścia, jak tylko udać się na emigrację, albo przynajmniej
opuścić prowincjonalny Freiberg i poszukać szczęścia w jakimś większym
mieście. Jakub i Amalia zdecydowali się na to drugie rozwiązanie,
dlatego wraz z synem i córką opuścili miasteczko na Morawach. Ale
Freiberg już na zawsze miał pozostać w sercu i wspomnieniach Zygmunta,
który, już po zdobyciu sławy, zapewniał w liście do władz miasta:
"Głęboko we mnie żyje jeszcze wciąż szczęśliwe dziecko z Freibergu,
pierworodny syn młodej matki, który z tego powietrza, z tej gleby
odbierał pierwsze niezatarte wrażenia"22.
Początkowo Freudowie udali się do Lipska, ale najwyraźniej nie znaleźli
tam szczęścia, skoro w sierpniu 1859 roku przenieśli się do znacznie
większego, ludnego, stołecznego Wiednia. Zygmunt miesiące spędzone w Lipsku określi jako niewarte "tego, aby coś z nich sobie
zapamiętać"23, i w żadnej ze swoich prac nie wspomni nawet
słowem o tym okresie życia. Wiedeń, stolica cesarstwa, od XVIII wieku
przeżywający złoty okres w swojej historii, był prawdziwą, ludną
metropolią, w której koncentrowało się życie kulturalne kraju. Nie bez
przyczyny nazywano go wówczas "królową miast niemieckich". W dodatku
stale się rozbudowywał i rozkwitał - w 1860 roku, a więc kiedy w mieście
mieszkała już rodzina Freudów, rozpoczęła się budowa Ringstrasse (w niektórych opracowaniach tłumaczona jako Ring Wiedeński), przyszłej
reprezentacyjnej ulicy. W licznych kawiarniach i salonach bogatych
mieszczan kwitło życie towarzyskie. W owym czasie do stolicy cesarstwa
Żydów ściągała nadzieja na obiecywane od jakiegoś czasu przez władze
polityczne zrównanie z chrześcijańskimi obywatelami państwa. W większości miast członkowie żydowskiej diaspory żyli albo w wydzielonych
gettach, albo w społecznej izolacji, w przeżywającym rozkwit gospodarczy
Wiedniu nie było natomiast takich ograniczeń. Nawiasem mówiąc, wiedeńscy
Żydzi mieli we wspomnianym boomie gospodarczym niemały udział. Rządzący
Austrią Franciszek Józef był jeszcze młodym człowiekiem, któremu, po
stłumieniu rewolty w 1848 roku, stopniowo udawało się zdobywać sympatię
poddanych. Od czterech lat był żonaty ze zjawiskową bawarską księżniczką
Elżbietą, zwaną Sissi, co przysporzyło mu rzesze sympatyków nie tylko
wśród poddanych, ale także w całej Europie.
Zygmunt Freud z pewnością się do nich nie zaliczał, bo już jako młody
człowiek wyrażał się bardzo krytycznie zarówno o instytucji monarchii,
jak i samych Habsburgach. W 1860 roku był jednak małym chłopcem, którego
wielkie miasto równie przerażało, jak zachwycało. Jego systematycznie
powiększająca się o kolejne dzieci rodzina kilkakrotnie się
przemieszczała - pierwszym miejscem zamieszkania był niewielki domek
przy Pfeffergasse 1, w zamieszkanej głównie przez Żydów dzielnicy
Leopoldstadt. Przeprowadzka do wielkiego miasta okazała się najwyraźniej
strzałem w dziesiątkę, gdyż Jakubowi w końcu zaczęło się wieść w interesach, dzięki czemu mogli przeprowadzić się do większego lokum przy
Glockengasse. Wciąż jednak mieszkali w tej samej dzielnicy, która
odstawała od rozkwitającego wówczas miasta. Ulice były dość obskurne, a obok licznych synagog można było tu znaleźć typowe żydowskie jatki,
piekarnie, warsztaty szewskie czy sklepy z tandetą.
Twórca psychoanalizy żywił wobec Wiednia ambiwalentne uczucia; pytany o stosunek do stolicy cesarstwa, zawsze wyrażał się o tej metropolii
negatywnie, nazywając ją "swoim więzieniem", a górującą nad miastem
katedrę św. Stefana uważał wręcz za obrzydliwą. Mawiał też: "W przeciwieństwie do Anteusza24 nabierałem sił, ilekroć oddalałem
się od ziemi tego miasta"25. Wprawdzie Freud rzeczywiście
regenerował siły na wyjazdach poza miasto, spędzając wakacje w górach i na długich pieszych wędrówkach, to jednak był typowym wiedeńczykiem, żył
i zachowywał się jak zdecydowana większość mieszkańców klasy średniej
naddunajskiej stolicy. Co więcej, w jego czasach pokutował pogląd, że
opracowana przez Freuda psychoanaliza jest nie tylko miejskim
zjawiskiem, ale wręcz typowo wiedeńskim. Jej twórca się z tym nie
zgadzał, a sugestię francuskiego psychologa Pierre'a Janeta, jakoby
psychoanaliza mogła powstać wyłącznie w zmysłowej atmosferze stolicy
Austrii, potraktował jako złośliwość i to podszytą antysemityzmem.
Wraz z Freudami do Wiednia przyjechał także młodszy syn Jakuba Filip, za
którym Sigi bardzo tęsknił. Co ciekawe, mały Zygmunt często wyobrażał
sobie, że to właśnie jego starszy brat, młody i przystojny Filip, jest
jego ojcem. Jeden z jego współpracowników wspominał, że psychoanalityk
często powtarzał, iż jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby
jego ojcem nie był Jakub, ale właśnie Filip. Zapewne ten fakt w połączeniu z codzienną bytnością Filipa w ojcowskim domu, zwłaszcza pod
nieobecność pana domu, skłoniły pisarkę Marianne Krüll do wysunięcia
dość ryzykownej tezy, jakoby Amalia i Filip byli kochankami. Nie
przedstawia jednak na jej poparcie żadnych przekonujących argumentów,
poza snami, które nawiedzały Freuda czterdzieści lat później
Z kolei inny biograf słynnego psychoanalityka, Peter Gay, zauważa, że
najstarsza córka Amalii mogła być biologicznym dzieckiem Filipa Freuda.
Romans pani Freud i jej pasierba, o ile w ogóle do niego doszło, musiał
się skończyć pod koniec 1860 roku, kiedy Emmanuel i Filip zdecydowali
się na emigrację do Anglii. Młodszy z braci wytrwał w stanie kawalerskim
aż do 1873 roku, kiedy ożenił się z Matildą Bloome, z którą miał dwoje
dzieci - urodzoną w 1873 roku Paulinę Marię i trzy lata młodszego syna
Morrisa Herberta Waltera. Starszy zaś z braci Freudów, oprócz
wspomnianych już Jana i Pauliny, miał jeszcze troje dzieci: Berthę,
która urodziła się w 1859 roku, syna Solomona Samuela, przez bliskich
zwanego Samem, oraz Mathildę, urodzoną w 1862 roku. Zygmunt będzie
prowadził ożywioną korespondencję z Samem, a listy pisane do
mieszkającego w Anglii krewniaka stanowią nieocenione źródło informacji
dla biografów twórcy psychoanalizy.
Freud początkowo pobierał nauki w domu, ale w 1865 roku rozpoczął
edukację w szkole średniej, gimnazjum. Kiedy przekraczał jej progi, nie
ustępował w niczym chłopcom, którzy wcześniej uczyli się w placówkach
edukacyjnych z prawdziwego zdarzenia, a nawet ich przewyższał. Jego
wcześniejsze lektury sprawiły bowiem, że zarówno oczytaniem, jak i kulturą dorównywał gruntownie wyedukowanemu dorosłemu. W dodatku był
bystry i inteligentny, a wiedzę chłonął szybko i łatwo. Miał też
wyjątkowe zdolności językowe. Jak wspomina najstarszy syn Zygmunta,
ojciec był "bardzo zdolny, jeśli chodzi o naukę języków, i tymi, których
się uczył, mówił biegle. O tyle, o ile mogę powiedzieć, miał dobry
akcent. Znał francuski, angielski i włoski, i co nam z dumą powtarzała
matka, hiszpański. Nigdy nie słyszałem go mówiącego po hiszpańsku, ale
wiem, że korespondował z hiszpańskimi wydawcami jego dzieł zebranych w ich języku ojczystym"26.
Rodzice Zygmunta zdecydowali się posłać go do wiedeńskiego Leopoldstadt
Communal-Realgymnasium przy Taborstrasse, którego szeroko zakrojony
humanistyczny program odpowiadał zainteresowaniom syna. Nawiasem mówiąc,
młodzi Żydzi stanowili aż 30 procent wszystkich uczniów ówczesnych
gimnazjów w Wiedniu, pomimo że żydowska populacja mieszkańców miasta
stanowiła tylko 10 procent, podobnie przedstawiały się statystyki w całej ówczesnej Austrii. A przecież były to jedyne szkoły średnie
gwarantujące klasyczne wykształcenie, a przede wszystkim kończące się
maturą, która umożliwiała kontynuację nauki w celu zdobycia wyższego
wykształcenia. Dla Żydów posłanie nawet jednego syna do gimnazjum było
najważniejszym narzędziem asymilacji i kolejnym krokiem na drabinie
awansu społecznego. "Dowodem tego są dane dotyczące zawodów wykonywanych
przez ojców gimnazjalistów oraz ich dalszych wyborów edukacyjnych -
czytamy w publikacji pióra Leny Magnone: Emisariusze Freuda. Transfer
kulturowy psychoanalizy do polskich sfer inteligenckich przed drugą
wojną światową. - W gimnazjach Żydami było 80% wśród tych, którzy mieli
ojców w handlu, 60% - w finansach i przemyśle, Żydami było też 50% synów
lekarzy, nieco więcej znajdziemy ich wśród synów prawników i dziennikarzy. Gdyby wszystkie te zawody potraktować po prostu jako
mieszczaństwo, 65,3% tak zdefiniowanej grupy stanowiliby Żydzi.
Statystyki pokazują też niezwykłą mobilność społeczną. O ile w przypadku
nie-Żydów synowie raczej pozostawali w obrębie tej samej profesji, o tyle 93% synów żydowskich handlarzy zostawało lekarzami"27.
Jeżeli wierzyć wspomnieniom twórcy psychoanalizy, nauczyciele bardzo
szybko odkryli jego zdolności i inteligencję. "W gimnazjum przez siedem
lat byłem prymusem; cieszyłem się specjalnymi przywilejami - nie
wymagano ode mnie egzaminów"28 - relacjonuje w publikacji
Moje życie i psychoanaliza. I rzeczywiście, nauczyciele chwalili go
nie tylko za zdolności i doskonałą pamięć, ale również za bardzo dobry
styl. Okazuje się bowiem, że Freud już jako nastolatek świetnie pisał,
jego prace pisemne wyróżniały się nie tylko lekkim i zrozumiałym, ale
także bardzo dojrzałym stylem. Okres nauki w gimnazjum to też czas
szukania autorytetów wśród nauczycieli, których Freud po latach
wspominał bardzo dobrze i z wielkim sentymentem. Pomimo że był już
zdeklarowanym ateistą, jego ulubionym nauczycielem był wykładowca
religii doktor Samuel Hammerschlag, z którym twórca analizy pozostawał w przyjacielskich stosunkach aż do jego śmierci w 1904 roku. Freud nawet
dał jednej ze swoich córek imię Anna, które nosiła córka jego ulubionego
pedagoga.
Bohater naszej opowieści był nie tylko pilnym i zdolnym uczniem, ale
przede wszystkim pełnym młodzieńczej energii nastolatkiem, nauka nie
zabierała mu więc całego dnia, chociaż bezsprzecznie była jego ulubionym
zajęciem. Znajdował też czas na zabawy czy jazdę na łyżwach. Często
zapraszał do domu paczkę kolegów ze szkoły, ale myliłby się ten, kto by
sądził, że młodzi ludzie marnotrawili czas na jałowe rozrywki, ponieważ
wspólnie czytali książki, uczyli się albo rozmawiali na interesujące ich
tematy. Nie bez przyczyny siostra Anna nazywała ich "towarzyszami
studiów", a nie "towarzyszami zabaw".
Wraz ze swoim najbliższym wówczas kolegą Eduardem Silbersteinem Freud
założył wyjątkowo ekskluzywne, bo składające się zaledwie z dwóch
członków, stowarzyszenie o nazwie Academia Cartell
ane, co w polskich przekładach biografii ojca
psychoanalizy tłumaczone jest jako Akademia Hiszpańska. Chłopcy założyli
je pod wpływem lektury opowiadania Cervantesa Rozmowa psów, w którym
dwa czworonogi prowadzą dialog filozoficzny. Używali też pseudonimów
zaczerpniętych z tego utworu: Freud był Scypionem, a Silberstein -
Berganzą. Było to typowo intelektualne gremium, którego celem była
wymiana myśli i poglądów, głównie za pomocą korespondencji, i to w językach obcych, w tym również po hiszpańsku, z powodu konieczności
zachowania tajemnicy.
I właśnie z jednego z takich listów dowiadujemy się o pierwszym,
młodzieńczym zauroczeniu Freuda dziewczyną. Była nią Gisela Fluss, którą
poznał w 1872 roku podczas wizyty w rodzinnym Freibergu. Nie wiemy, czym
ujęła go nastolatka, ale przyszły twórca psychoanalizy nie wyjawił jej
swoich uczuć, zapewne z powodu nieśmiałości, a może, jak sam to
określił, przez "absurdalny hamletyzm". Kiedy wyjechała, bardzo za nią
tęsknił i rozmyślał o niej, wędrując samotnie po lasach okalających
Freiberg. Pożegnanie z pierwszą miłością było równocześnie pożegnaniem z miastem dzieciństwa, bo Zygmunt już nigdy do Freiberga nie wrócił.
Pytanie tylko, czy Gisela była faktycznie pierwszą miłością Freuda, bo
jego listy do zaprzyjaźnionego Eduarda Silbersteina są pełne zachwytów...
nad jej matką. Młodzieniec tak się rozpisuje o zaletach owej kobiety,
sławi jej inteligencję, ogładę i łagodność, że Peter Gay uznał to za
przejaw "zaburzenia o charakterze edypalnym" i doszedł do wniosku, że to
pani Fluss, a nie jej córka, była obiektem uczuć Zygmunta.
Jak się okazuje, pomimo wzorowych wyników w nauce prymusowi nie zawsze
wszystko układało się idealnie. W 1869 roku w gimnazjum wybuchła
prawdziwa afera związana z dwoma kolegami z jego klasy, Ottonem Drobilem
i Ryszardem Oltem, którzy mimo że mieli dopiero po czternaście lat,
odwiedzali różne spelunki i zadawali się z kobietami uprawiającymi
najstarszy zawód świata. Oprócz tego Otto "pozostawał w związku z córką
rzeźnika Wisgrilla"29 i jak zeznali indagowani przez
nauczycieli uczniowie, spotykał się również z "pewną panienką przy
jednej z przecznic Grabenu"30. Winowajców wydalono ze szkoły w trybie natychmiastowym, zaś wszystkich, którzy wiedzieli o ich nagannym
postępowaniu i nie donieśli o tym dyrekcji szkoły, w tym bohatera naszej
opowieści, ukarano obniżeniem oceny ze sprawowania. I w ten sposób na
świadectwie Freuda w rubryce "zachowanie" zamiast oceny "wzorowe",
widniała ocena o dwa stopnie niższa - "odpowiednie" - ale w następnym
roku wszystko wróciło do normy.
Innym razem nasz bohater przyłączył się do buntu przeciwko pewnemu
niegrzeszącemu inteligencją, ale bardzo despotycznemu nauczycielowi i nawet został obrany rzecznikiem protestujących. Nie wiemy, jak potoczyły
się losy owej uczniowskiej rewolty, ale z listu napisanego przez Freuda
szesnaście lat później do jego ówczesnej narzeczonej wynika, że musiał
za to "odpokutować". Były to jednak tylko incydenty, które nie zachwiały
jego pozycją prymusa ani nie spowodowały usunięcia go ze szkoły. Bo
bardzo dobre oceny na świadectwie nie gwarantowały ukończenia gimnazjum
w przypadku rażąco złego zachowania, jakie nie przystawało uczniowi tej
renomowanej placówki; można było zostać usuniętym z grona
gimnazjalistów. Na własnej skórze przekonał się o tym chociażby
przyjaciel Freuda Henryk Braun, który tak bardzo interesował się
postępami na froncie w wojnie niemiecko-francuskiej, toczącej się w latach 1870-1871, że zamiast chodzić do szkoły, przesiadywał w kawiarniach i czytał dostępne tam za darmo zagraniczne gazety. Został za
to relegowany ze szkoły.
Braun nie był jedynym kolegą Zygmunta, z którym musiał się rozstać - z czterdziestu uczniów, których liczyła jego klasa, do matury przetrwało
zaledwie szesnastu. Oczywiście nie wszyscy z owych dwudziestu czterech
uczniów zostali relegowani ze szkoły, część z nich rezygnowała, nie
radząc sobie z nauką, a część ze względu na koszty. Nie każdego bowiem
było stać na czesne w wysokości 9 guldenów i 45 grajcarów za semestr,
ale Jakub Freud płacił je regularnie, bez żadnych opóźnień, co wydaje
się przeczyć tezie, że twórca psychoanalizy dorastał w niezamożnym domu,
a jego rodzice mieli poważne problemy ze związaniem końca z końcem. Tej
tezie przeczy też fakt, że Zygmunt przez cały okres nauki nie otrzymał
ani razu stypendium i z pewnością się o to nie starał, bo przecież jako
wzorowy uczeń nie spotkałby się z odmową.
Freud bardzo wcześnie stracił wiarę w Boga i został ateistą. Jak pisała
jego siostra Anna: "Dorastał pozbawiony wiary w Boga i nieśmiertelność.
Nie potrzebował tego"31. Być może gdyby wychowywał się w rodzinie
ortodoksyjnych Żydów, byłoby to tragedią dla jego najbliższych, ale
Zygmunt dorastał w domu indyferentnym religijnie. Wprawdzie Freudowie
byli Żydami, ale do religii mieli dość swobodny stosunek - nie
obchodzili tradycyjnych świąt żydowskich, nie chodzili do synagogi, za
to celebrowali Boże Narodzenie. Ich wnuk Martin wspomina, że zarówno na
Gwiazdkę, jak i na Nowy Rok jego babcia Amalia wyprawiała prawdziwe
uczty, na które zapraszała wszystkich krewnych. Podawano wówczas:
pieczoną gęś, marynowane owoce, ciasta i poncz, który dostawały nawet
dzieci, ale mocno rozcieńczony. Wiemy także, że Freud obchodził Boże
Narodzenie, ale nie zgadzał się na postawienie w domu choinki,
celebrował natomiast wręczanie prezentów.
Z zapisów w rodzinnej Biblii wynika, że Zygmunt został obrzezany tydzień
po narodzinach, a więc 13 maja 1856 roku, ale w jego przypadku chyba na
tym skończyło się hołdowanie tradycji i religii żydowskiej. Jeden z jego
biografów, David Cohen, zastanawia się, czy Zygmunt miał w ogóle bar
micwę, którą chłopcy przechodzą w wieku trzynastu lat, stając się
pełnoprawnymi członkami żydowskiej wspólnoty. Bar micwę urządza się
nawet młodym Żydom niewywodzącym się z pobożnych i kultywujących
tradycje rodzin, ale o tym wydarzeniu w życiu naszego bohatera nie
wspomina żaden z jego biografów ani żaden z jego krewnych. Wiemy też, że
w przeciwieństwie do ojca Zygmunt nie znał hebrajskiego ani nawet nie
mówił w jidisz. Siostra Zygmunta Anna wspominała, że jako dziecko bywała
w synagodze albo przynajmniej tak się jej wydawało. Przyznała też, że w dzieciństwie nie odróżniała żydów od chrześcijan i jako ośmioletnia
dziewczynka miała poważne wątpliwości co do wyznania władającego
Austro-Węgrami cesarza. Sądziła, że ponieważ panuje nad ludźmi
wyznającymi różne religie, co miesiąc zmienia własne wyznanie - w jednym
miesiącu jest zatem katolikiem, w innym - protestantem, w kolejnym zaś -
żydem. Pomimo otwartej obojętności w kwestiach wiary i religii państwo
Freudowie wychowywali swoje dzieci w poszanowaniu żydowskich tradycji i historii. Dowodem na to jest Zygmunt, który własne publikacje często
okraszał aluzjami do historii rodem ze Starego Testamentu czy też
odwoływał się do historii proroków, a w jego pracy z 1905 roku Dowcip i jego stosunek do nieświadomości (Der Witz und seine Beziehung zum
Unbewussten) roi się od tradycyjnego żydowskiego humoru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki