Gadka. W sześćdziesiąt języków dookoła Europy - Gaston Dorren

Kup ebooka

37.00 zł
30.71 zł (29,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis tre­ści

Wstęp

Jak mówi się w Europie

Część 1. Krewniacy

Języki i ich rodziny

1. Żywot praszczura - litewski

2. Rozdzielone rodzeństwo - języki ugrofińskie

3. Kawałki rozbitego dzbana - romansz

4. Mamo kochana - francuski

5. Od słówka do Sławka - języki słowiańskie

6. Językowy dom dziecka - języki bałkańskie

7. Dziesiąta gałąź - osetyjski

Część 2. Czas zaprzeszły nieciągły

Języki i ich historia

8. Pokojowy ekspansjonizm? - niemiecki

9. Językowa matka Portugalii - galisyjski

10. Język w DK­-dencji - duński

11. Korzyści z porażek - normandzki z Wysp Normandzkich

12. Mowa wygnańców - karaimski, ladino, jidysz

13. Zastygły w czasie - islandzki

Część 3. Wojna i pokój

Języki a polityka

14. Język demokracji - norweski

15. Dwie odezwy do ludu białoruskiego - białoruski

16. Małogród i sąsiedzi - luksemburski

17. Marzenie o językowej suwerenności - szkocki i fryzyjski

18. Wiele hałasu o ni (...du i hen) - szwedzki

19. Cztery kraje - i więcej niż klub - kataloński

20. Cztery języki, zero dobrej woli - serbsko­-chorwacki

Część 4. W gąszczu dźwięków

Jak tu pisać, jak tu czytać

21. Haczyk nie do połknięcia - czeski

22. Szczęsny, Pszkit i Korzeniowski - polski

23. Tweety wąskie i szerokie - szkocki gaelicki

24. Jak nauczyć się literek od А do Я - rosyjski

25. Zgadnij, co to za język - po nitce do kłębka

26. Iberyjski kałasznikow - hiszpański

27. Wyżyny i niziny dialektu - słoweński

28. Z językiem w chowanego - shelta i anglo­-romani

Część 5. Wyrzec rzeczoną rzecz

Języki i ich słownictwo

29. Eksport-import - grecki

30. Przybycie do Porto - portugalski

31. Poznajcie Snobołużyczan - dolno- i górnołużycki

32. Od naszego korespondenta w Vašingtona - łotewski

33. Ach, te baby - włoski

34. Śnieżna burza w szklance wody - saami

35. Odcyfrować język liczb - bretoński

Część 6. Zasady mówienia

Języki i ich gramatyka

36. Zmiennopłciowość - niderlandzki

37. Przypadek przypadka - romani

38. Bardzo potrzebna fuzja - bułgarski/słowacki

39. Nghwm zaczyna się na C - walijski

40. Himalaiści na morzu - baskijski

41. Swój człowiek - ukraiński

Część 7. Oddział intensywnej opieki

Języki na skraju przepaści

42. O pożytkach z networkingu - monegaski

43. O włos od nieszczęścia - irlandzki

44. Nie do śmiechu - gagauski

45. Gdy język umiera - dalmatyński

46. Kościół Kernowa - kornijski

47. Zawrócony znad przepaści - manx

Część 8. Ludzie czynu

Lingwiści, którzy odcisnęli ślad

48. Ĺudovít Štúr, lingwista bohater - słowacki

49. Ojciec albanologii - albański

50. Nieoczekiwany standard - języki germańskie

51. Beznadziejny przypadek - esperanto

52. Bohater, którego nie było - macedoński

53. Bezbożny alfabet - turecki

Część 9. Bez upiększeń

Lingwistyczne szkice do portretów

54. Pisz, jak mówisz - fiński

55. Rzymianie na północ od Wału Hadriana - farerski

56. Znaczące milczenie - języki migowe

57. SYMBOL-ORMIANSKI-SPIS - ormiański

58. Samotny jak palec - węgierski

59. Afroazjata w Europie - maltański

60. Globalne utrapienie - angielski

Bliska nieznajoma. Dlaczego uczę się polskiego i lubię to robić

Do dalszej lektury

Podziękowania

Źródła fotografii

Indeks

Przypisy

Wstęp

Jak mó­wi się w Eu­ro­pie

Sto­su­nek ro­dzi­mych użyt­kow­ni­ków an­giel­skie­go do in­nych ję­zy­ków moż­na stre­ścić sło­wa­mi: nie uczmy się - ra­buj­my! Ogrom­ny od­se­tek an­giel­skie­go słow­nic­twa po­cho­dzi z fran­cu­skie­go, ła­ci­ny al­bo in­ne­go ję­zy­ka ob­ce­go. Ale ro­do­wi­ci użyt­kow­ni­cy an­gielsz­czy­zny ni­g­dy nie wy­ka­zy­wa­li więk­szej chę­ci, że­by w peł­ni opa­no­wać któ­ry­kol­wiek z ję­zy­ków ob­cych: "Z ra­do­ścią po­dej­mę się ja­kie­go­kol­wiek za­da­nia, prócz roz­mo­wy w miej­sco­wym ję­zy­ku" - mó­wi Char­les Dic­kens gło­sem pa­na Me­agle­sa w Ma­łej Dor­rit1, a pół­to­ra wie­ku póź­niej an­giel­ska ko­micz­ka Ed­die Iz­zard uspra­wie­dli­wia swo­ich upar­cie mo­no­ję­zycz­nych ro­da­ków: "Dwa ję­zy­ki w jed­nej gło­wie? Nie da się my­śleć z ta­ką pręd­ko­ścią".

To rzecz ja­sna ka­ry­ka­tu­ry, ale bry­tyj­ska na­mięt­ność do ję­zy­ka, choć głę­bo­ka, na ogół przyj­mu­je po­stać wy­łącz­nej fa­scy­na­cji an­giel­skim. Bry­tyj­czy­cy nie tyl­ko są nie­stru­dzo­ny­mi ka­lam­bu­rzy­sta­mi i gor­li­wy­mi krzy­żów­ko­wi­cza­mi, wie­lu pa­sjo­nu­je się też hi­sto­rią i róż­no­rod­no­ścią swo­je­go ję­zy­ka. I mi­mo że uwiel­bia­ją na­rze­kać na je­go eks­cen­trycz­ną gra­ma­ty­kę i or­to­gra­ficz­ne nie­kon­se­kwen­cje, za­sta­na­wiam się, jak wie­lu z nich na­praw­dę chcia­ło­by się ich po­zbyć. Z tych wszyst­kich dzi­wactw bio­rą się świet­ne aneg­do­ty. Cze­go chcieć wię­cej?

Do­brze, ale co z ży­ciem in­nych ję­zy­ków? Dzie­siąt­ki ję­zy­ków Eu­ro­py, za­rów­no w for­mie mó­wio­nej, jak i pi­sa­nej, brzmią i wy­glą­da­ją mo­że nie­przy­stęp­nie, kry­ją jed­nak fra­pu­ją­ce opo­wie­ści. W tej książ­ce po­sta­no­wi­łem opo­wie­dzieć sześć­dzie­siąt naj­lep­szych. Do­wie­my się z niej, jak to jest, że fran­cu­skim, na po­zór tak doj­rza­łym, w grun­cie rze­czy rzą­dzi ob­se­sja na punk­cie mat­ki. Od­kry­je­my, dla­cze­go hisz­pań­ski brzmi jak pi­sto­let ma­szy­no­wy. A je­śli są­dzi­li­śmy, że nie­miec­ki roz­prze­strze­niał się po Eu­ro­pie, przy­kła­da­jąc lu­dziom nóż do gar­dła, przy­go­tuj­my się na nie­spo­dzian­kę. Wy­ru­szy­my jesz­cze da­lej, że­by zba­dać oso­bli­wie de­mo­kra­tycz­ną na­tu­rę nor­we­skie­go, skłon­ność ni­der­landz­kie­go do prze­kra­cza­nia gra­nic płcio­wych, krwa­we bo­je to­czo­ne o gre­kę i ję­zy­ko­we sie­roc­two na Bał­ka­nach. A naj­da­lej od uczęsz­cza­nych szla­ków wasz prze­wod­nik wska­że wam pra­sta­re ro­dzin­ne klej­no­ty li­tew­skie­go, sno­bizm łu­życ­kie­go i za­gad­ko­we zwy­cza­je ba­skij­skie­go. I wierz­cie lub nie, ale nie­któ­re z naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych opo­wie­ści ję­zy­ko­wych w Eu­ro­pie cze­ka­ją na od­kry­cie u sa­mych wrót Wiel­kiej Bry­ta­nii - jak­by nie z te­go świa­ta, a za­ra­zem jak zza mie­dzy - w ję­zy­kach cel­tyc­kich oraz shel­ta i an­glo­-ro­ma­ni.

Gad­ka to swe­go ro­dza­ju prze­wod­nik, z ca­łą pew­no­ścią nie en­cy­klo­pe­dia: jed­ne roz­dzia­ły są ma­ły­mi por­tre­ta­mi ca­łych ję­zy­ków, in­ne kon­cen­tru­ją się na ja­kiejś ich oso­bli­wej ce­sze. Ma on słu­żyć, jak ku­szą­co uj­mu­ją to Fran­cu­zi, ja­ko amu­se­-bo­uche, za­ką­ska - dać przed­smak.

Ga­ston Dor­ren, 2014

Not­ki opa­trzo­ne po­niż­szy­mi dwo­ma sym­bo­la­mi na koń­cu każ­de­go roz­dzia­łu speł­nia­ją funk­cję głów­nie roz­ryw­ko­wą.

przed­sta­wia wy­raz al­bo dwa za­po­ży­czo­ne z da­ne­go ję­zy­ka, a wska­zu­je na słów­ko, któ­re w pol­sz­czyź­nie nie ist­nie­je - a mo­że by się przy­da­ło.

10. Ję­zyk w DK­-den­cji

duń­ski

Dwa wie­ki te­mu duń­skim po­słu­gi­wa­no się na czte­rech kon­ty­nen­tach, na ob­sza­rze dwu­na­sto­krot­nie więk­szym niż Wiel­ka Bry­ta­nia. Obec­nie ję­zyk ten ogra­ni­cza się do jed­ne­go wła­ści­wie pań­stew­ka, ciut więk­sze­go niż po­ło­wa Szko­cji. Sza­now­ni pań­stwo: oto kro­ni­ka upad­ku.

Da­nia za­czę­ła pod­upa­dać już w 1814 ro­ku, kie­dy to po prze­gra­nej w woj­nach na­po­le­oń­skich zo­sta­ła zmu­szo­na do od­stą­pie­nia czę­ści swo­je­go te­ry­to­rium. Ca­ła Nor­we­gia - wie­lo­krot­nie więk­sza niż Da­nia wła­ści­wa - na­gle uzy­ska­ła nie­pod­le­głość, acz­kol­wiek z po­cząt­ku pod wła­dzą kró­la Szwe­cji. Duń­ski, bę­dą­cy tam od stu­le­ci ję­zy­kiem urzę­do­wym, wy­warł sil­ny wpływ na nor­we­ski, zwłasz­cza tę je­go od­mia­nę, któ­rą po­ro­zu­mie­wa­ły się miej­skie eli­ty. Nor­we­scy na­cjo­na­li­ści wy­zna­czy­li so­bie dwa ce­le: precz ze szwedz­kim kró­lem i precz z ję­zy­kiem duń­skim. Tro­chę to trwa­ło, ale osta­tecz­nie uda­ło im się jed­no i dru­gie.

Duń­ski tra­cił też wpły­wy w in­nych czę­ściach świa­ta. W ro­ku 1839 ucznio­wie w Duń­skich In­diach Za­chod­nich (ow­szem, by­ło coś ta­kie­go) uczy­li się już nie po duń­sku, lecz po an­giel­sku. W 1845 Duń­czy­cy od­sprze­da­li swo­je in­dyj­skie pla­ców­ki han­dlo­we Zjed­no­czo­ne­mu Kró­le­stwu, a w 1850 zro­bi­li to sa­mo ze swo­imi po­sia­dło­ścia­mi w Afry­ce Za­chod­niej. W 1917 ro­ku sprze­da­no rów­nież Duń­skie In­die Za­chod­nie, tym ra­zem Sta­nom Zjed­no­czo­nym. Tym sa­mym Da­nia prze­sta­ła być kra­jem tro­pi­kal­nym. Fakt, że w tych ko­lo­niach w ogó­le ma­ło kto wła­dał duń­skim. Ale w 1864 cios za­da­no rów­nież kra­jo­wi ma­cie­rzy­ste­mu: w po­dzia­le łu­pów wo­jen­nych re­gion o na­zwie Sle­svig przy­padł Pru­som, któ­re prze­mia­no­wa­ły go na Schle­swig. Do dziś nie­miec­ki kraj związ­ko­wy Szle­zwik­-Holsz­tyn jest za­miesz­ka­ny przez kil­ku­dzie­się­cio­ty­sięcz­ną mniej­szość mó­wią­cą po duń­sku.

Za ży­cia Han­sa Chri­stia­na An­der­se­na (1805-1875) Da­nia za­czę­ła pod­upa­dać, za­mie­nia­jąc się w brzyd­kie ka­cząt­ko.

Mo­ra­le Duń­czy­ków otrzy­ma­ło ko­lej­ny po­li­czek w 1918 ro­ku: po prze­szło pię­ciu stu­le­ciach pod duń­skim pa­no­wa­niem su­we­ren­ność uzy­ska­ła Is­lan­dia. Duń­ski był do­tąd co praw­da naj­wy­żej ję­zy­kiem ad­mi­ni­stra­cji, ale te­raz utra­cił na­wet ten sta­tus. Ja­kiś czas póź­niej Is­lan­dia zde­gra­do­wa­ła go jesz­cze bar­dziej, po­zba­wia­jąc ran­gi pierw­sze­go ję­zy­ka ob­ce­go. Od tam­tej po­ry mło­dzi Is­land­czy­cy sku­pia­li się w szko­le na an­giel­skim.

Po­ło­żo­ne na pół­noc od Szko­cji Wy­spy Owcze w 1948 ro­ku czę­ścio­wo unie­za­leż­ni­ły się od kró­le­stwa Da­nii, uzys­ku­jąc au­to­no­mię, i na­tych­miast ogło­si­ły swo­im na­ro­do­wym ję­zy­kiem fa­rer­ski. Na osło­dę duń­skie­mu po­zo­stał sta­tus ję­zy­ka ad­mi­ni­stra­cji, ale w prak­ty­ce uży­wa­no go wy­łącz­nie do ofi­cjal­nej ko­mu­ni­ka­cji z kra­jem ma­cie­rzy­stym.

Ta­kim spo­so­bem ze wszyst­kich ko­lo­nii po­zo­sta­ła Da­nii tyl­ko ta naj­więk­sza i naj­sła­biej za­lud­nio­na - Gren­lan­dia. To zna­czy do 1979 ro­ku, bo wte­dy wy­spa uzy­ska­ła ogra­ni­czo­ną au­to­no­mię i zgo­dę na spra­wo­wa­nie rzą­dów we wła­snym ję­zy­ku, ka­la­al­li­sut, zna­nym też ja­ko gren­landz­ki. Ta de­cy­zja nie by­ła więk­szą nie­spo­dzian­ką. Mi­mo że duń­ski na­le­żał do obo­wiąz­ko­we­go pro­gra­mu kształ­ce­nia, wie­lu Gren­land­czy­kom spra­wiał trud­no­ści, bo był krań­co­wo od­mien­ny od ich mo­wy oj­czy­stej. W au­to­no­micz­nej Gren­lan­dii duń­ski za­cho­wał po­cząt­ko­wo wię­cej funk­cji ofi­cjal­nych niż na au­to­no­micz­nych Wy­spach Owczych. Ale i to się zmie­ni­ło: w 2009 ro­ku je­dy­nym ofi­cjal­nym ję­zy­kiem urzę­do­wym ogło­szo­no ka­la­al­li­sut. Tym po­su­nię­ciem Gren­lan­dia za­pew­ni­ła so­bie wy­jąt­ko­wą po­zy­cję - je­dy­ne­go kra­ju w obu Ame­ry­kach (tak, tak, Gren­lan­dia sta­no­wi część Ame­ry­ki Pół­noc­nej), od Ka­na­dy aż po Chi­le, w któ­rym ję­zyk rdzen­nej lud­no­ści nie od­gry­wa dru­go­rzęd­nej ro­li wo­bec swo­je­go ko­lo­nial­ne­go pa­na.

Bied­ni Duń­czy­cy... Od­rzu­ce­ni przez Nor­we­gów, zdra­dze­ni w ko­lo­niach ob­le­wa­nych przez cie­płe wo­dy Mo­rza Ka­ra­ib­skie­go, prze­gra­ni w Szle­zwi­ku, a w koń­cu po­rzu­ce­ni rów­nież przez swo­je ko­lo­nie na zim­nym oce­anie. A jed­nak ma­ją je­den po­wód do ra­do­ści: ich przod­ko­wie by­li wśród ple­mion, któ­re opa­no­wa­ły An­glię w V wie­ku, i tym sa­mym kła­dli pod­wa­li­ny pod an­gielsz­czy­znę - ję­zyk, któ­ry za­wo­jo­wał świat jak ża­den in­ny.

Z duń­skie­go po­cho­dzi na­rwal. Na­to­miast "brzyd­kie ka­cząt­ko" to kal­ka (do­słow­ne tłu­ma­cze­nie) Den grim­me ?lling Han­sa Chri­stia­na An­der­se­na.

Far­mor - bab­ka ze stro­ny oj­ca. Ma­my też do wy­bo­ru po­zo­sta­łych dziad­ków: mor­far, far­far i mor­mor.

39. Nghwm za­czy­na się na C

wa­lij­ski

Co praw­da ist­nie­ją wy­czer­pu­ją­ce słow­ni­ki wa­lij­skie­go, ale nie na wie­le się przy­da­ją oso­bom uczą­cym się te­go ję­zy­ka.

Weź­my na przy­kład cza­sow­nik bod. Jed­na z je­go form to bôm, co w su­mie nie­zbyt dzi­wi. Ale wśród po­zo­sta­łych form jest ba­sai oraz byd­dwch, a da­lej są dy­dyn, dwyt, do­ed­det, fa­sen, fyd­dan, mae, oed­dwn, ro­ed­dech, rwyt, ry­dych, wyt oraz ydw, któ­rych nie zna­leź­li­by­śmy w słow­ni­ku, gdy­by­śmy nie wie­dzie­li, że trze­ba szu­kać pod bod. Ale rzecz ja­sna, gdy już wie­my, że to wa­rian­ty cza­sow­ni­ka bod, nie mu­si­my spraw­dzać ich w słow­ni­ku, praw­da?

Bod to wa­lij­ski od­po­wied­nik cza­sow­ni­ka "być", któ­ry w ję­zy­kach Eu­ro­py od­zna­cza się na­der re­gu­lar­ną nie­re­gu­lar­no­ścią - "je­steś", "są", "był", "bę­dę" też są do sie­bie nie­po­dob­ne. Co wię­cej, część wa­lij­skich form przy­to­czo­nych po­wy­żej nie jest aż tak ka­pry­śna, jak się wy­da­je. Ce­chu­je je pew­na lo­gi­ka, choć nie­uchwyt­na dla po­stron­nych. A to zno­wuż nie jest ewe­ne­men­tem. Czy oso­ba nie­zna­ją­ca pol­skie­go wpa­dła­by na to, że­by wy­ra­zu "szedł" szu­kać pod i?

Żad­ne z po­wyż­szych nie zmie­nia fak­tu, że re­per­tu­ar wa­lij­skich form wy­ra­zo­wych jest zdu­mie­wa­ją­co bo­ga­ty. Za­łóż­my, że prze­czy­ta­li­śmy sło­wo nghy­mo­edd. Próż­no szu­kać go w słow­ni­ku. Na­tu­ral­nie dla­te­go, że to licz­ba mno­ga, a for­my licz­by mno­giej nie ma­ją w nim osob­nych ha­seł. Ostat­nie li­te­ry, -oedd, to czę­sto spo­ty­ka­ny wskaź­nik licz­by mno­giej w wa­lij­skim, ale w tym wy­pad­ku for­mę licz­by mno­giej two­rzy się nie tyl­ko po­przez do­da­nie koń­ców­ki do for­my licz­by po­je­dyn­czej - wy­mia­nie ule­ga też sa­mo­gło­ska. W licz­bie po­je­dyn­czej sa­mo­gło­ską jest nie y, lecz w [sic!], wy­ma­wia­ne jak [u]. Sza­leń­stwo, praw­da? Za­raz... w an­giel­skim też prze­cież ma­my man/men al­bo go­ose/ge­ese.

Do­brze: je­śli ode­tnie­my su­fiks -oedd, a y za­stą­pi­my li­te­rą w, otrzy­ma­my nghwm. Te­go też jed­nak ra­czej nie ma w słow­ni­ku. Cze­mu? Bo nghwm szu­kać trze­ba pod cwm ("do­li­na", a ści­ślej: "kar", "ko­cioł lo­dow­co­wy") - wy­ra­zem, któ­ry z nghy­mo­edd łą­czy, ba­ga­te­la, jed­na li­ter­ka. Nghwm i cwm to róż­ne wer­sje te­go sa­me­go sło­wa, a nghy­mo­edd to licz­ba mno­ga oby­dwu. Cier­pli­wo­ści, za­raz wszyst­ko się wy­ja­śni. Swo­ją dro­gą, wa­lij­ski wca­le nie ma pa­ten­tu na oso­bli­we for­my licz­by mno­giej. Na przy­kład Ro­sja­nie mó­wią uši, a nie uha, jak moż­na by się spo­dzie­wać po je­go licz­bie po­je­dyn­czej uho ("ucho"). Fran­cu­zi, za­miast do­dać s do ?il ("oko"), że­by utwo­rzyć plu­ra­lis, ma­ją yeux, a w an­giel­skim, o czym też war­to pa­mię­tać, "my­szy" to mi­ce, a nie mo­uses. A daw­no, daw­no te­mu licz­ba mno­ga cow ("kro­wa") brzmia­ła ki­ne - nie dzie­li­ły za­tem ani jed­nej wspól­nej li­te­ry.

Spe­cy­ficz­nie wa­lij­skie - czy ra­czej spe­cy­ficz­nie cel­tyc­kie - są na­to­miast zmie­nia­ją­ce się spół­gło­ski na po­cząt­ku wy­ra­zów. Dzie­je się to we­dle usta­lo­ne­go sche­ma­tu: rze­czow­ni­ki i przy­miot­ni­ki, któ­rych po­cząt­ko­we spół­gło­ski ule­ga­ją wy­mia­nie, czy­nią to zgod­nie z re­gu­ła­mi. Te za­czy­na­ją­ce się na li­te­rę c za­cho­wu­ją się jak cwm, te na li­te­rę p ro­bią to sa­mo co pont ("most") i tak da­lej. Ca­ły sys­tem nie jest jed­nak pro­sty. Cwm ma trzy "mu­ta­cje" (fa­cho­we okre­śle­nie): sła­bą for­mę gwm, no­so­wą nghwm i przy­de­cho­wą chwm. Rów­nież pont ma ich trzy: bont, mhont i phont. Nie­któ­re in­ne wy­ra­zy ma­ją tyl­ko dwa wa­rian­ty, jesz­cze in­ne tyl­ko je­den - al­bo żad­ne­go. Wszyst­ko za­le­ży od gło­ski po­cząt­ko­wej.

Moż­na by się spo­dzie­wać - tak przy­naj­mniej by­ło ze mną - że każ­da z róż­nych form bę­dzie ob­słu­gi­wa­ła jed­ną od­ręb­ną funk­cję. Gdy­by tyl­ko by­ło to ta­kie pro­ste. For­my sła­bej na przy­kład uży­wa się w wy­ra­zach ro­dza­ju żeń­skie­go, gdy po­prze­dza je ro­dzaj­nik okre­ślo­ny y (od­po­wied­nik an­giel­skie­go the). Pont jest ro­dza­ju żeń­skie­go, więc "[ten kon­kret­ny] most" to y bont. Ale już cwm od­po­wia­da ro­dzaj mę­ski, więc "[ta kon­kret­na] do­li­na" to bę­dzie y cwm - w for­mie pod­sta­wo­wej, nie mięk­kiej (jak w ty­tu­le wa­lij­skiej ope­ry my­dla­nej emi­to­wa­nej od 1974 ro­ku, Po­bol y Cwm). Je­śli przed rze­czow­ni­kiem stoi li­czeb­nik "je­den", to znów tyl­ko wy­ra­zy ro­dza­ju żeń­skie­go przyj­mu­ją for­mę sła­bą, ale po li­czeb­ni­ku "dwa" czy­nią to za­rów­no te ro­dza­ju mę­skie­go, jak i żeń­skie­go. Po dy ("twój") na­stę­pu­je for­ma mięk­ka, po fy ("mój") for­ma no­so­wa, a po ei przy­de­cho­wa, gdy ei zna­czy "jej", ale sła­ba, gdy słów­ko to zna­czy "je­go". (Spraw­dzi­łem to przed chwi­lą, za­pi­sa­łem so­bie i szcze­rze, już wy­le­cia­ło mi z gło­wy. Zo­sta­ło uczu­cie za­mro­cze­nia). Tak to ar­bi­tral­ne re­gu­ły się na­war­stwia­ją, jed­na na dru­giej. A nie tknę­li­śmy na­wet cza­sow­ni­ków, któ­re ma­ją wła­sne po­rząd­ki w cha­osie, z któ­re­go wy­ła­nia­ją się te wszyst­kie wa­rian­ty bod wspo­mnia­ne na po­cząt­ku te­go roz­dzia­łu.

Dla­cze­go to wszyst­ko mu­si być ta­kie trud­ne? Te in­no­wa­cje ma­ją uła­twić nam po­ro­zu­mie­wa­nie się, w re­zul­ta­cie - i tu pa­ra­doks - da­ją jed­nak kar­ko­łom­ny ze­staw re­guł.

Co po­wiesz na byr­gyrs, ce­ba­bau al­bo pit­sas? W wa­lij­skim nie wszyst­ko jest trud­ne.

In­no­wa­cja pierw­sze­go ty­pu po­ja­wia się, gdy mó­wią­cy zmie­nia­ją nie­któ­re gło­ski w swo­im ję­zy­ku, że­by uła­twić so­bie ich ar­ty­ku­ło­wa­nie. Dzie­je się to nie­ustan­nie i we wszyst­kich ję­zy­kach. W an­giel­skim, na przy­kład, więk­szość imie­sło­wów wy­ma­wia­ło się nie­gdyś z d na koń­cu i z te­go też po­wo­du na­dal za­pi­su­je­my je przez d. We współ­cze­snej wy­mo­wie wie­le z tych d ule­gło ubez­dź­więcz­nie­niu do [t] pod wpły­wem po­prze­dza­ją­cej je gło­ski bez­dź­więcz­nej: fa­ced ry­mu­je się dzi­siaj z wa­ste. I od­wrot­nie, t mo­że w nie­któ­rych po­zy­cjach być wy­ma­wia­ne w spo­sób zbli­żo­ny do [d]. W bry­tyj­skiej an­gielsz­czyź­nie ra­czej się to nie zda­rza, ale w od­mia­nach ame­ry­kań­skiej i au­stra­lij­skiej sta­no­wi nor­mę, przez co dzie­siąt­ki par wy­ra­zów, ta­kich jak me­tal i me­dal, brzmią iden­tycz­nie.

Dru­ga z tych zmian fo­ne­tycz­nych też za­szła w wa­lij­skim na bar­dzo wcze­snym eta­pie je­go roz­wo­ju: sło­wo ca­te­na, za­po­ży­cze­nie z ła­ci­ny, ozna­cza­ją­ce "łań­cuch", prze­obra­zi­ło się w ca­dwyn, z li­te­rą d. Daw­ni Cel­to­wie ro­bi­li to na­wet po­nad gra­ni­ca­mi mię­dzy­wy­ra­zo­wy­mi: w wy­ra­że­niu ta­bar­na te­ka ("uczci­wa go­spo­da") bez­dź­więcz­ne [t] w sło­wie te­ka prze­szło w dźwięcz­ne [d] pod wpły­wem są­sied­nich sa­mo­gło­sek. (Sa­mo­gło­ski to świet­ni udźwięcz­nia­cze spół­gło­sek - co tłu­ma­czy, dla­cze­go me­tal mo­że brzmieć jak me­dal w Sta­nach i Au­stra­lii, a Wa­lij­czy­cy zmie­ni­li t w wy­ra­zie ca­te­na na d). Na­tu­ral­nie nic ta­kie­go nie dzia­ło się, kie­dy wy­raz ta­ki jak te­ka po­ja­wiał się na przy­kład po esko­pos ("bi­skup"), bo po bez­dź­więcz­nym [s] na koń­cu wy­ra­zu rów­nie bez­dź­więcz­ne [t] jest dzie­cin­nie ła­twe do wy­mó­wie­nia: esko­pos te­kos (koń­ców­ka -os w miej­scu -a jest uwa­run­ko­wa­na gra­ma­ty­ką, tro­chę jak w ła­ci­nie). Za­uważ­my jed­nak, że to tyl­ko przy­kład: po­dob­nym zmia­nom ule­gło cał­kiem spo­ro in­nych spół­gło­sek, o czym za­świad­czy­ły nam już cwm i pont.

Te­raz wkra­cza in­no­wa­cja nu­mer dwa, któ­ra sie­je jesz­cze więk­szy za­męt: opusz­cza­nie nie­ak­cen­to­wa­nych koń­có­wek wy­ra­zów. To też nic nie­spo­ty­ka­ne­go - za­rów­no an­giel­ski, jak i fran­cu­ski ro­bi­ły jo­ta w jo­tę to sa­mo. Sło­wo go­od, by wspo­mnieć tyl­ko je­den spo­śród wie­lu ty­się­cy przy­kła­dów, mia­ło z dzie­sięć form, w tym go­de, god­ne i go­dum, za­nim ostru­ga­no je, że tak po­wiem, do ich isto­ty (zgo­dzi­cie się chy­ba, że wy­szło mu to na do­bre). A gdy ła­ci­na prze­kształ­ca­ła się w ję­zyk fran­cu­ski, sta­ry wy­raz bo­nus (też ozna­cza­ją­cy "do­bry") wy­ewo­lu­ował w bon - Fran­cu­zi zresz­tą ogól­nie lu­bi­li uci­nać koń­ców­ki. Nie trze­ba mó­wić, że zmia­ny te da­le­ce upro­ści­ły an­giel­ski i fran­cu­ski, za­tem znacz­nie uła­twia­ły po­ro­zu­mie­nie. Jak w an­giel­skim i fran­cu­skim, tak też w wa­lij­skim: ta­bar­na i te­ka zgu­bi­ły koń­co­we a, by zmie­nić się w ta­farn i teg. Te­raz mo­gli­by­śmy ocze­ki­wać, że sko­ro ta­farn koń­czy się na spół­gło­skę, to "uczci­wa go­spo­da" bę­dzie od tej po­ry po pro­stu ta­farn teg. Ale po wie­kach wy­ma­wia­nia te­ka przez [d], z po­wo­du po­prze­dza­ją­ce­go je [a], Wa­lij­czy­cy przy­wią­za­li się do tej for­my i tak "uczci­wa go­spo­da" zy­ska­ła brzmie­nie ta­farn deg. Jak­by d, przy­nie­sio­ne fa­lą przy­pły­wu, po od­pły­wie osia­dło na pla­ży. W in­nych sy­tu­acjach, tam gdzie rze­czow­nik nie koń­czył się na sa­mo­gło­skę (jak w esko­pos), Wa­lij­czy­cy nie by­li skłon­ni wy­ma­wiać t ja­ko [d]. Te­raz, po ohe­blo­wa­niu wy­ra­zów z koń­có­wek, z esko­pos te­kos zro­bił się es­gob teg: mul­tum zmian, ale sta­re t zo­sta­ło na swo­im miej­scu. Znów to tyl­ko przy­kład - mu­ta­cje lą­do­wa­ły w naj­prze­róż­niej­szych za­kąt­kach pla­ży.

Po­ra na in­no­wa­cję nu­mer trzy, któ­ra do­koń­czy dzie­ła, wpro­wa­dza­jąc w mu­ta­cje więk­szą "lo­gi­kę". I zno­wu: dzie­je się to we wszyst­kich ję­zy­kach na­tu­ral­nych - wy­star­czy spoj­rzeć, jak an­giel­ski po­zbył się pra­wie wszyst­kich "nie­lo­gicz­nych" form licz­by mno­giej (ey­en, na­men, ki­ne), zo­sta­wia­jąc naj­wy­żej garst­kę dzi­wa­de­łek w ro­dza­ju men al­bo she­ep. Zgod­nie ze sta­ry­mi, za­wi­ły­mi za­sa­da­mi wa­lij­skie­go cza­sow­ni­ki po­wo­do­wa­ły mu­ta­cję w jed­nych rze­czow­ni­kach, a w in­nych nie. Obec­nie do­peł­nie­nie bliż­sze w zda­niu na ogół ule­ga mu­ta­cji, a pod­miot nie. Tak jest zde­cy­do­wa­nie ła­twiej, ale ma to też swój mi­nus: te zmia­ny prze­sta­ły słu­żyć uła­twia­niu wy­mo­wy. No i oczy­wi­ście wie­le rze­czow­ni­ków w ogó­le im nie ule­ga, bo to za­le­ży od pierw­szej li­te­ry (pa­mię­tasz?), a czę­sto też od ro­dza­ju gra­ma­tycz­ne­go.

Wiel­ka mi rzecz, po­wiesz. Do­pó­ki lu­dzie nie za­po­mi­na­ją ję­zy­ka w gę­bie, nie mu­szą chy­ba wie­dzieć, dla­cze­go je­go gra­ma­ty­ka jest ta­ka, a nie in­na, ani skąd się wzię­ła? Rze­czy­wi­ście, ale skut­ki ca­łej se­kwen­cji ulep­szeń w wa­lij­skim są ta­kie, że je­go gra­ma­ty­ka zmie­nia ży­cie uczą­cych się go ja­ko dru­gie­go ję­zy­ka w ist­ne pie­kło, a za­sa­dy, któ­ry­mi jest na­szpi­ko­wa­ny, trą­cą ab­sur­dem.

Tu­dzież, sko­ro mo­wa o wa­lij­skim, bhez­sen­sow­nych, phez­sen­sow­nych al­bo mhez­sen­sow­nych. A, i obej­mij­my mo­dli­twą wa­lij­skich lek­sy­ko­gra­fów. Phied­ni be­chow­cy.

Wa­lij­skie ko­rze­nie "pin­gwi­na", jak pier­wot­nie na­zy­wa­no al­ki ol­brzy­mie, są spor­ne. Z pew­no­ścią z wa­lij­skie­go po­cho­dzi cor­gi, a mo­że i fla­ne­la.

Cwtch - scho­wek al­bo szaf­ka pod scho­da­mi. Sło­wo to, co cie­ka­we, zna­czy też "przy­tu­le­nie".