Szuri, Dawid i klątwa rozjebanego gaźnika
W garażu Szuriego pachniało tak, jak powinno pachnieć miejsce, gdzie mężczyźni leczą głowy: smar, stary papier od zamówień, termos z kawą i nuta benzyny. Pod sufitem wisiała kolekcja WSK jak galeria dam w zbroi - każda z osobowością, każda z historią, każda z tupetem.
Szuri - a właściwie Szymon, bo tak było w dowodzie, choć nikt w Wincentowie nie używał dowodów do rozmów - wrócił z roboty w sklepie z częściami, zawinął rękawy (bo to rytuał) i spojrzał na gaźnik, który leżał na blacie jak coś, co przed chwilą wyrwało się z piekła.
Gaźnik nie był "zepsuty". Gaźnik był obrażony. Gaźnik był rozjebany do korzeni.
I tak jak człowiek, który spędził za dużo czasu słuchając radia w złym nastroju, on postanowił zemścić się na całym świecie.
- Dawid, przynieś mi klucz 17 - rzucił Szuri przez ramię, nie odwracając głowy.
Dawid, który akurat przyjechał swoim jeszcze-pół-golfem-nie-do-końca, wszedł z drzwicami od samochodu pod pachą i krzyknął:
- Mówiłem ci, bracie, że 6 biegów to jak mieć więcej liczb w życiu - więcej opcji, więcej problemów.
Słowa Dawida zawisły w powietrzu jak pył metalu. Nie, to nie był czas na filozofię skrzyń biegów. To był czas na rytuał odgaźnikowania.
Zenek, który zawsze pojawiał się dokładnie wtedy, kiedy trzeba było mu podać kawę i pozwolić filozofować o gaźnikach, wpadł z reklamówką pełną śrubek. W jego oczach błysnęło coś, co brzmiało jak: "No dobra, zaczynamy."
- To nie jest zwykła naprawa - powiedział Zenek. - Ten gaźnik ma w sobie stare urazy.
- Ktoś go przed laty źle złożył, a teraz on przejmuje kontrolę - dodał Szuri, jak ktoś, kto zna katalogi demonów technicznych.
Rozpoczęli przygotowania: wyciągnęli stary klucz 17 (legendarny jak opowieści o dziadku, który naprawił traktor jednym palcem), znaleźli "śrubkę, którą kiedyś zgubił pies Jadzi" (nigdy nie wiadomo, czy pies ją pół roku wcześniej połknął czy tylko przetrzymywał) i - najtrudniejsze - "kawałek nerwów Dawida", czyli ten moment, kiedy Dawid po raz ostatni przeklinał silnik, wymieniając olej w nocy przy latarce.
Rytuał odgaźnikowania miał prostą filozofię: jeśli zrobisz wystarczająco dużo głupich rzeczy w odpowiedniej kolejności, gaźnik się zlituje.
Instrukcja Zenka brzmiała: "Prychnij trzy razy, puknij gaźnik gałką od klucza, zaśpiewaj fragment "Sto lat" w dialekcie roboczym, podaj mu smar 'premium' i odpal stare radio". Brzmiała jak żart, ale Zenek nigdy nie żartował o gaźnikach.
Pierwszy krok: rozebranie gaźnika.
Było w tym coś intymnego - Szuri wsadzał palce tam, gdzie nawet kurz był zbyt przyzwyczajony do godności. Każda sprężynka miała imię (przynajmniej tak twierdził Szuri), każda uszczelka swoje humory.
- Chuj, to jest rozjebane - mruknął Dawid, oglądając wnętrze, które wyglądało jak miasto po burzy.
- No nie mordo, to jest artystyczna praca - odparł Szuri. - Zobacz, tu jest karma z lat 90-tych.
Gdy zaczęli czyścić, gaźnik zaczął robić coś, co przypominało jęk. Nie był to dobry znak.
Bąk, który przyszedł znikąd, usiadł na progu jak sędzia sądowy i stwierdził:
- On wam teraz powie, czy macie smutne życie.
Kiedy dotarli do wnętrza, znaleźli mały, przykurzony kawałek papieru - stara paragonowa metka z napisem: "Naprawa wykonana przez Stasia, 1998". I nagle wszystko miało sens. Gaźnik pamiętał Stasia. I Stasia pamiętał gaźnik. I nikt nie chciał kolejnego Stasia w życiu.
Zenek wyciągnął coś z reklamówki - to był stary bronzer od lakieru, który miał "przywracać honor częściom". Pokropili gaźnik symboliczną kropelką - i wtedy, jakby przestraszony, gaźnik wypluł śrubkę w stronę Stojana (Stojan wtedy wpadł z gitarą, bo akurat miał przerwę w robieniu bitu) i śrubka odbiła się od stołu prosto do środka ściany.
- No ładnie - stwierdził Stojan. - Nawet śrubka ma wyraźniejsze wejście na scenę niż ja.
Rytuał podgrzał atmosferę. Dawid zaintonował część pieśni - coś pomiędzy "Sto lat" a refrenem z jakiegoś disco polo, Zenek bębnił na puszce od farby, a Szuri szeptał do gaźnika rzeczy, które można powiedzieć tylko do maszyn o duszy: "Wracaj, ty stara suka. Masz jeszcze kilometry we mnie."
I wtedy nastąpił moment kulminacyjny. Po ostatnim puknięciu klucza 17, gaźnik zrobił coś, co przypominało oddech - pyk, pyk, dość niepewnie. W garażu zapadła cisza zdolna zabić muzykę w telefonie Stojana.
- Czy ja mam to odpalić? - zapytał Dawid, trzęsąc się trochę, bo to było jak nacisnąć "enter" przy podpisaniu ważnej umowy.
Szuri spojrzał na niego z takim wzrokiem, że Dawid poczuł, jakby oddał mu połowę przeszczepionego silnika.
- Odpalać - mruknął.
Dawid pociągnął linkę. Gaźnik odpowiedział najpierw cichym kleksem, potem chóralnym pyknięciem, jakby miał mówić: "Dobra, dobra, skończyliśmy".
Nagle garaż eksplodował dźwiękiem. To nie był zwykły odgłos pracy silnika - to było zwycięstwo. To był hymn. To był toast smarem.
WSK, która stała obok, odkręciła się ze spokojem damy, która właśnie została usprawiedliwiona. Ktoś z zewnątrz krzyknął "JEB!", a Stojan zaczął nagrywać na telefon w tle, bo wiedział, że ma hit.
Kiedy kurz opadł, Zenek wypił resztkę kawy, Dawid uspokoił ręce, a Bąk zniknął z powrotem do stogu, Szuri spojrzał na swój gaźnik z miłością jak do starej przyjaciółki.
- Mówiłem wam - powiedział spokojnie. - Czasem trzeba tylko poukładać stare urazy.
Dawid uśmiechnął się szeroko, wsiadł do golfa, który teraz brzmiał jak orkiestra z nowym dyrygentem, i pomachał:
- No to jedziemy zrobić rajd po wsi. Na celebrację.
A w Wincentowie, gdzie legendy rosną szybciej niż chwasty przy płocie, jeszcze długo opowiadano o tym wieczorze, gdy trzech gości, jeden duch klucza i trochę przypadku sprawiły, że rozjebany gaźnik przypomniał sobie, czym jest życie.
I tak - jak mówi stara wiejska prawda - warto czasem pogrzebać w starych częściach. Bo nie wszystko, co jest rozjebane, chce zostać rozjebane na zawsze.
Koniec? Nie. To tylko początek. Bo gdzieś tam, w ciemnym kącie garażu, mrugała inna WSK, patrząc jak twoje życie kręci się dalej, a chłopaki już planowali kolejną akcję - "Czy da się odpalić silnik tylko przy pomocy piwa i gitary?".
I wszyscy wiedzieli jedno: jeżeli coś ma wrócić do życia, to oni znajdą na to sposób. Nawet jeśli będzie trzeba wykopać jeszcze parę śrubek z brzucha misia sąsiadki.