Rozdział 3
Michał siedział na łóżku i delikatnie muskał struny starej gitary, po którą sięgał, ilekroć nawiedzały go obrazy z przeszłości, z dzieciństwa ponoć usłanego różami. Pech chciał, że jako jedyny dostrzegał też kolce. Nucił cicho ulubioną melodię, z zamkniętymi oczami wsłuchując się w brzmienie własnego głosu, którego szersza publika nigdy miała nie usłyszeć. Przecież brzdąkanie na gitarze i śpiewanie smętnych kawałków to nie jest zajęcie dla chłopaka, nawet jeśli ma on tylko dziesięć lat i marzenie, by zostać znanym na całym świecie muzykiem. Wspomnienia, znowu te cholerne wspomnienia - pomyślał i mocniej zacisnął powieki.
Gitara to pierwsza rzecz, którą kupił za samodzielnie zarobione pieniądze. Nie od razu mógł sobie na nią pozwolić, długo oszczędzał na ten cel. Stanie za barem w podrzędnej osiedlowej knajpie nie obfitowało ani w wysoką stawkę godzinową, ani w zbytki w postaci napiwków. To był czas, kiedy odkładał każdy grosz, a wszystkie wydatki, te minione i planowane, zapisywał w zeszycie, by wiedzieć, czy w danym miesiącu łapać się jeszcze prac dorywczych, czy uda się dotrwać do wypłaty. Starał się brać wszystko, co rynek pracy oferował dla takich jak on - roznosił ulotki, był pomocnikiem na budowie, wypakowywał towar w galeriach handlowych, przygotowywał śmieciowe żarcie na zapleczu restauracji jednej z sieciówek. Czasem na rozmowach kwalifikacyjnych pytano go, jak to możliwe, że chłopak po najlepszym liceum w mieście nie zdał matury, nie poszedł na studia. Odpowiadał krótko, że ma inny plan na życie, a potem po prostu robił swoje.
To właśnie przy okazji jednej z takich dorywczych prac poznał Jarka. Chłopak pochodził, jak sam to określał, z patologii, w ich życiu nie było dnia bez libacji. Wychowywał go ojciec, o matce niewiele wiedział, bo wiecznie pijany ojczulek na samo jej wspomnienie wybuchał gniewem i wrzeszczał, że to "stara rozpustnica i kurwa". Uciekł z domu krótko przed osiemnastką, bo nie chciał się stoczyć, a czuł, że właśnie to by się stało, gdyby dłużej został w domu, który był nim tylko z nazwy.
Michał słuchał go i myślał o tym, że choć pozornie tak wiele ich różni, to jednak są do siebie w pewien sposób podobni - obaj uciekli przed życiem, jakie chciały im zafundować własne rodziny, i pragnęli odciąć się od przeszłości grubą czerwoną kreską.
Szybko złapali wspólny język, choć mówił głównie Jarek, akceptując milczący charakter nowego kumpla, którego szczerze polubił.
To właśnie ta akceptacja, to branie go takiego, jaki był, sprawiły, że gdy Jarosław Olszański zaproponował, by wspólnie coś wynajęli, nie wahał się, choć wiedział, że finansowo będzie trudniej. Do tej pory Michał mieszkał na stancji u starszej kobiety, która podsłuchiwała jego nieliczne rozmowy i - prawdopodobnie - grzebała w rzeczach, gdy nie było go w domu. Najem całego mieszkania jawił się wówczas jako luksus, na jaki nie mógł sobie pozwolić, ale wesoła paplanina Jarka i jego optymistyczne scenariusze dotyczące przyszłości sprawiły, że po raz kolejny postawił wszystko na jedną kartę.
Długo trwało, zanim Michał zdołał się otworzyć przed kumplem, ale kiedy już to nastąpiło, wiedział, że podjął dobrą decyzję, postanawiając mu zaufać. Jarek był jedyną osobą, która znała jego przeszłość i która wiedziała, jak bardzo stara się przed nią uciec. To przy nim rozwiązywał mu się język podczas długich rozmów, które czasem im się zdarzały. Jednak gdy tylko w zasięgu wzroku pojawiał się ktoś obcy, Michał na powrót stawał się skryty i milczący.
Z zamyślenia chłopaka wyrwał cichy śmiech i słowa Jarka:
- Co, znów cię przeszłość dopadła?
- Taa... Dopadła, przeżuła i wypluła - westchnął, pocierając dłonią zmęczone oczy.
- Nie chciałbym przerywać tej sentymentalnej podróży do czasów, gdy mieszkałeś na willowym osiedlu, a kanapki do szkoły robiła ci służąca, ale przypominam, że one minęły, więc o prowiant do roboty musimy zadbać sami. A tak się składa, że chlebak świeci pustkami, jeśli nie liczyć zeschniętej piętki, ale ona zaczyna być już zielona, więc nie polecam. - Skrzywił się. - To co, skoczysz do sklepu?
Michał pokiwał głową, zarzucił na siebie bluzę z kapturem, po czym opuścił mieszkanie. Postanowił pójść do piekarni mieszczącej się przy alei Róż. Gdy zbliżał się do parku Ratuszowego, przypomniała mu się dziwna wymiana zdań ze starcem, który siedział tam samotnie w strugach deszczu. Mimowolnie zerknął w kierunku ławki, przy której doszło do tego osobliwego spotkania. Zatrzymał się gwałtowanie i wstrzymał oddech. Mężczyzna w sfatygowanym garniturze w mało gustownym odcieniu brązu znów tam był. Patrzył na Michała tak, jakby spodziewał się, że przyjdzie. W końcu chłopak ocknął się z odrętwienia i ruszył w jego kierunku. Aby dotrzeć do piekarni, musiał przejść obok. Planował minąć go bez słowa, udając, że w ogóle go nie poznaje, ale gdy znalazł się na tej samej wysokości, zatrzymał się i usiadł obok. Nie miał pojęcia, ile tak siedzieli w milczeniu, ale gdy pierwsze słowa wypłynęły z jego ust, sam był zdziwiony ich treścią.
- Skąd pan wiedział?
- O czym, młodzieńcze? - zapytał starzec.
- Że... że życie boli... - szepnął Michał, starając się ukryć własne zmieszanie. Nie wiedział, czemu w ogóle przysiadł się do mężczyzny i zaczął tę dziwną rozmowę. Czuł jednak, że gdyby tego nie zrobił, myśli znowu zaczęłyby bombardować jego umysł, nie pozwalając zasnąć.
- Masz to wypisane na twarzy - odrzekł staruszek, po czym po chwili zamyślenia dodał powoli, jakby ważąc słowa: - Chociaż nie, masz to na niej wyryte. Widać, że to nie jest świeża sprawa, to siedzi w tobie i dusi od lat.
Michał milczał i zastanawiał się nad tymi zdaniami.
Ten nieznajomy człowiek z pooraną zmarszczkami twarzą miał rację - to, co w nim siedziało, dusiło i nie pozwalało odetchnąć pełną piersią.
- Co teraz? - zapytał chłopak, nie mając pomysłu, co innego mógłby powiedzieć.
- Mów - odparł jego niecodzienny rozmówca.
- O czym? - zdziwił się.
- O tym, co boli.
- Przecież ja nawet pana nie znam! - Zaśmiał się, ale nie było w tym śmiechu ani odrobiny wesołości.
- Właśnie dlatego - odpowiedział staruszek. - Rozmowa oczyszcza, a to, że się nie znamy, pozwoli ci się otworzyć.
Michał nie wiedział, jaką decyzję podjąć - choć pomysł rozmowy z tym dziwnym, zupełnie obcym mężczyzną wydawał mu się irracjonalny, to jednocześnie z niezrozumiałych dla niego powodów kuszący. Nie był typem człowieka, który wywleka swoje sprawy przed byle kim, ale słowa o oczyszczeniu, wypowiedziane tak pewnym tonem, sprawiły, że potrzeba wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, co gromadziło się w nim przez lata, zaczęła narastać.
- Nie wiem, od czego zacząć - przyznał.
- Od początku - zasugerował starzec.
Chłopak w zamyśleniu potarł brodę i narzucił na głowę kaptur, jakby to miało zapewnić mu większą anonimowość.
- Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Nie mam pojęcia, gdzie jest początek. - Odchylił się do tyłu i wpatrzył w niebo.
- Zamknij oczy i opowiedz o tym, co widzisz - poinstruował go nieznajomy.
Posłusznie przymknął powieki i czekał, co się wydarzy. Nie miał pojęcia, ile tak trwał, ale gdy sądził już, że nic z tego, że tym razem wspomnienia się nie pojawią, stanął mu przed oczami znajomy obraz.
- Jesteśmy na lodach, gdzieś na Kazimierzu. Kolejka jest długa... - zaczął opowiadać.
- Co czujesz?
- Jestem szczęśliwy. Jeszcze. Ale zaraz to się zmieni...
- Dlaczego? - dopytywał staruszek.
- Przychodzi nasza kolej. Mówię, że chciałbym czekoladowe, ale ojciec mnie nie słyszy. Zamawia dla każdego waniliowe, bo sam takie lubi. - Michał zmarszczył brwi, jakby ujrzał coś, co mu się nie spodobało. - Zauważyli nas, machają, idą, są już blisko...
- Kto?
- Znajomi ojca. Już wiem, że zaraz się zacznie... - Przełknął głośno ślinę, czując, że w gardle zaczyna rosnąć gula, zupełnie jak wtedy. Dobrze pamiętał to uczucie, towarzyszyło mu często.
- Co się zacznie?
- Stają przy nas. Witamy się. Już nie jestem szczęśliwy... - Chłopak zamilkł na chwilę. - Pada pierwsze pytanie. O szkołę. - Zaśmiał się smutno i otworzył oczy. - Wie pan, co rodzice wtedy robili? Odpowiadali za mnie. A jaki najbardziej przedmiot lubisz? Nawet nie zdążyłem dojść do głosu, a już słyszałem, że jestem dobry ze wszystkiego, ale najbardziej pasuje mi matematyka, że to mój konik. I już wtedy, jako mały dzieciak, wiedziałem, że moje zdanie gówno znaczy...