Rozdział 1.
1
Choć jestem mężczyzną, nazywam się Robinette Broadhead. Mój analityk
(którego nazywam Zygfryd von Psych, choć jako maszyna tak naprawdę nie
ma nazwiska) czerpie z tego dużo elektronicznej radości.
- Czemu przejmujesz się tym, że dla niektórych to kobiece imię, Rob?
- Wcale się nie przejmuję.
- To czemu ciągle do tego wracasz?
Irytuje mnie, gdy wraca do rzeczy, do których sam wracam. Spoglądam na
sufit z podwieszonymi ozdobami i pinatami, a potem wyglądam przez okno.
Właściwie to wcale nie okno, tylko ruchomy holograficzny przybój z Kaena
Point. Oprogramowanie Zygfryda jest dość eklektyczne.
- Nic nie poradzę na to, jak nazwali mnie rodzice - odpowiadam po
chwili. - Próbowałem zapisywać swoje imię R-O-B-I-N-E-T, ale wtedy
wszyscy źle je wymawiali.
- Wiesz, mógłbyś je po prostu zmienić.
- Gdybym to zrobił, po prostu powiedziałbyś mi, że obsesyjnie staram się
chronić swoje wewnętrzne dychotomie - odpowiadam z pełnym przekonaniem.
- Tak naprawdę powiedziałbym ci, że nie powinieneś używać technicznych
terminów psychoanalitycznych - odpowiada Zygfryd, próbując swojego
ciężkiego, mechanicznego humoru. - Byłbym wdzięczny, gdybyś po prostu
powiedział, co czujesz.
- Czuję się szczęśliwy - odpowiadam po raz tysięczny. - Nie mam
problemów. Czemu nie miałbym być szczęśliwy?
Często bawimy się w te gierki i wcale mi się nie podobają. Myślę, że z jego programem jest coś nie tak.
- Ty mi powiedz, Robbie - odzywa się. - Czemu nie czujesz się
szczęśliwy?
Nie odpowiadam.
Nie odpuszcza.
- Myślę, że się martwisz.
- Cholera, Zygfryd - odpowiadam z lekkim niesmakiem. - Zawsze to mówisz.
Niczym się nie martwię.
Próbuje mnie udobruchać.
- Nie ma nic złego w przyznaniu się do swoich uczuć.
Znowu wyglądam przez okno, teraz zły, bo drżę, choć nie wiem dlaczego.
- Jesteś strasznie upierdliwy, Zygfryd, wiesz?
Odpowiada coś na to, ale go nie słucham. Zastanawiam się, czemu marnuję
czas, przychodząc tu. Jeśli kiedykolwiek istniał ktoś, kto miał
wszystkie powody do szczęścia, to właśnie ja. Jestem bogaty. Całkiem
nieźle wyglądam. Nie jestem zbyt stary, a zresztą mam Pełny Pakiet
Medyczny, więc przez następne pięćdziesiąt lat mogę być w dowolnym
wybranym wieku. Mieszkam w Nowym Jorku pod Wielką Kopułą, na co nie stać
nikogo, kto nie ma naprawdę dużych pieniędzy, może poza jakimiś
celebrytami. Mam letnie mieszkanie z widokiem na Tappan Zee i urwiska
Palisades. A dziewczyny lecą na moje trzy bransoletki Wylotów. Na Ziemi
nieczęsto spotyka się poszukiwaczy, nawet w Nowym Jorku. Uwielbiają
słuchać moich opowieści o tym, jak naprawdę jest w Mgławicy Oriona albo
w Małym Obłoku Magellana. (Oczywiście nigdy tam nie byłem. Nie lubię
rozmawiać o jedynym naprawdę ciekawym miejscu, jakie odwiedziłem).
- Ewentualnie... - odzywa się Zygfryd, odczekawszy właściwą liczbę
mikrosekund na reakcję na cokolwiek powiedział poprzednio - skoro jesteś
naprawdę szczęśliwy, to czemu przychodzisz tu po pomoc?
Nie znoszę, gdy wypowiada te same pytania, które sam sobie zadaję. Nie
odpowiadam. Przesuwam się w różne strony, aż znowu znajduję wygodną
pozycję na materacu z plastikowej pianki, bo widzę, że to będzie długa i męcząca sesja. Gdybym wiedział, czemu potrzebuję pomocy, to chyba nie
potrzebowałbym jej?
- Jesteś strasznie upierdliwy, Zygfryd, wiesz?
- Nie współpracujesz dziś zbytnio, Rob. - Głos Zygfryda dobiega z małego
głośnika u góry materaca. Czasami używa bardzo
481
IRRAY(O)=IRRAY(P)
13 320
,C, Myślę, że się martwisz.
13 325
482
XTERNALS ;66AA3 IF ;5B
13 330
GOTO **723
13 335
XTERNALS @ 01R IF @ 7
13 340
GOTO **7Z4
13 345
,S, Cholera, Zygfryd, zawsze
13 350
to mówisz.
13 355
XTERNALS x999997AA! IF c8
13 360
GOTO **7Z4 IF ? GOTO
13 365
**7Z10
13 370
,S, Niczym się nie
13 375
martwię.
13 380
483
IRRAY .CHOLERA. .ZAWSZE.
13 385
.MARTWIĆ/NIE.
13 390
484
,C, Może mi o tym
13 395
opowiesz?
13 400
485
IRRAY (P)=IRRAY (Q) URU-
13 405
CHOM TRYB POCIESZANIA
13 410
,C, Nie ma nic złego
13 415
w przyznaniu się do swoich
13 420
uczuć.
13 425
487
IRRAY (Q)=IRRAY(R) GOTO
13 430
**1 GOTO **2 GOTO
13 435
**3
13 440
489
,S, Jesteś strasznie upierdliwy,
13 445
Zygfryd, wiesz?
13 450
13 455
XTERNALS C1! IF ! GOTO
13 460
**7Z10 IF ** 7Z10! GOTO
13 465
**1 GOTO **2 GOTO **3
13 470
IRRAY .CIERPIENIE.
13 475
realistycznie wyglądającego manekina siedzącego na fotelu, stukającego
ołówkiem i uśmiechającego się do mnie krzywo. Ale powiedziałem mu, że to
wzbudza we mnie nerwowość. - Czemu nie powiesz mi po prostu, o czym
myślisz?
- Nie myślę o niczym konkretnym.
- Pozwól swoim myślom płynąć. Mów, cokolwiek przychodzi ci do głowy,
Rob.
- Pamiętam... - mówię i urywam.
- Co pamiętasz, Rob?
- Gateway?
- To brzmi bardziej jak pytanie niż stwierdzenie.
- Może tak jest. Nic na to nie poradzę. To właśnie pamiętam: Gateway.
Mam mnóstwo powodów, by ją pamiętać. Tam zdobyłem pieniądze, bransolety
i inne rzeczy. Wracam myślami do dnia, w którym opuściłem Gateway. To
było, pomyślmy, dzień 31 orbity 22, co po odliczeniu od dzisiaj oznacza
jakieś szesnaście lat i parę miesięcy od wylotu stamtąd. Pół godziny
wcześniej wyszedłem ze szpitala i nie mogłem się doczekać na odebranie
wypłaty, złapanie statku i ucieczkę.
- Proszę, Robbie, powiedz na głos, o czym teraz myślisz - uprzejmie mówi
Zygfryd.
- Myślę o Shikitei Bakinie - odpowiadam.
- Tak, wspominałeś go. Pamiętam. Co konkretnie?
Nie odpowiadam. Stary, beznogi Shicky Bakin zajmował pokój obok mnie,
ale nie chcę tego omawiać z Zygfrydem. Kręcę się na moim okrągłym
materacu, myśląc o Shickym i próbując płakać.
- Wydajesz się poruszony, Rob.
Na to też nie odpowiadam. Shicky był jedyną osobą, z którą pożegnałem
się na Gateway. Zabawne. Dzieliła nas duża różnica statusu: ja byłem
poszukiwaczem, a Shicky śmieciarzem. Płacili mu dość, by wystarczyło na
podatek na podtrzymanie życia, bo wykonywał różne drobne prace, a nawet
na Gateway potrzeba kogoś, kto sprząta śmieci. Jednak prędzej czy
później zrobi się zbyt stary i chory, by jeszcze do czegoś się przydać.
Wtedy, jeśli będzie miał szczęście, wypchną go w próżnię i zginie. Jeśli
nie będzie go miał, prawdopodobnie wyślą go z powrotem na planetę. Tam
też zginie, i to dość szybko, ale najpierw przez kilka tygodni zazna
życia jako bezradny kaleka.
W każdym razie był moim sąsiadem. Codziennie rano budził się i skrupulatnie odkurzał każdy centymetr sześcienny swojej kabiny. Było tam
bardzo brudno, bo pomimo prób pozbycia się ich, w Gateway przez cały
czas unosiło się mnóstwo śmieci. Kiedy już wszystko idealnie wysprzątał,
nawet wokół korzeni małych krzaczków, które osobiście posadził i ukształtował, brał garść kamyków, kapsli i strzępków papieru -
przeważnie te same śmieci, które właśnie posprzątał - i starannie
rozmieszczał je w miejscu, które przed chwilą oczyścił. Zabawne! Nigdy
nie widziałem różnicy, ale Klara mówiła... Mówiła, że ona tak.
- O czym właśnie teraz pomyślałeś, Rob? - pyta Zygfryd.
Zwijam się w pozycję embrionalną i coś mamroczę.
- Nie zrozumiałem, co powiedziałeś, Robbie.
Nic nie mówię. Zastanawiam się, co się stało z Shickym. Pewnie umarł.
Nagle czuję smutek z powodu jego śmierci tak bardzo daleko od Nagoi i bardzo chciałbym móc się rozpłakać. Ale nie mogę. Wiercę się i przesuwam. Zaczynam się wić, waląc w piankowy materac, aż napinają się
taśmy na rękach. Nic nie pomaga. Ból i wstyd nie chcą wyjść. Czuję spore
samozadowolenie z faktu, że tak bardzo próbuję wydobyć na wierzch swoje
uczucia, choć muszę przyznać, że mi to nie wychodzi, a nudna sesja trwa.
- Bardzo długo nie odpowiadasz, Rob - mówi Zygfryd. - Myślisz, że coś
ukrywasz?
- Co to za pytanie - odpowiadam z oburzeniem. - Gdyby tak było, skąd
miałbym to wiedzieć? - Urywam, żeby zbadać wnętrze swego mózgu, szukając
zakamarków i zamków, które mógłbym otworzyć dla Zygfryda. Żadnych nie
widzę. - Nie sądzę, by tak było - stwierdzam roztropnie. - Nie mam
wrażenia, żebym coś blokował. Wydaje mi się, że raczej mam tak wiele
rzeczy, które chciałbym powiedzieć, że na żadną nie mogę się zdecydować.
- Wybierz dowolną, Rob. Powiedz pierwsze, co przychodzi ci na myśl.
To strasznie głupie. Skąd mam wiedzieć, co jest pierwsze, skoro to
wszystko kotłuje się razem? Mój ojciec? Matka? Sylwia? Klara? Biedny
Shicky próbujący zachować w locie równowagę bez nóg, latając w koło jak
jaskółka uganiająca się za owadami w próbach zbierania wszechobecnych
śmieci z powietrza Gateway?
Sięgam w głąb umysłu do miejsc, o których wiem, że bolą, bo tam bolało
wcześniej. To, jak czułem się w wieku siedmiu lat, gdy paradowałem po
Rock Park przed innymi dziećmi, błagając, by ktoś zwrócił na mnie uwagę?
Jak wtedy, gdy znaleźliśmy się w normalnej przestrzeni i zrozumieliśmy,
że zostaliśmy uwięzieni, z upiorną gwiazdą wyłaniającą się z pustki pod
nami niczym uśmiech kota z Cheshire? Och, mam setkę takich wspomnień i wszystkie bolą. To znaczy mogą. Są bolesne. W indeksie mojej pamięci
wyraźnie opisano je jako BOLESNE. Wiem, gdzie je znaleźć, i wiem, jak to
będzie, gdy pozwolę im wypłynąć na powierzchnię.
Ale nie bolą, jeśli ich nie wypuszczam.
- Czekam, Rob - przypomina Zygfryd.
- Myślę - odpowiadam.
Kiedy tak tam leżę, przychodzi mi do głowy, że spóźnię się na lekcję gry
na gitarze. Co przypomina mi o czymś i spoglądam na palce lewej dłoni,
sprawdzając, czy paznokcie nie urosły za bardzo, i żałuję, że nie mam
twardszych i wyraźniejszych zgrubień na skórze. Nie nauczyłem się grać
za dobrze, ale większość ludzi nie podchodzi do tego bardzo krytycznie,
a sprawia mi to przyjemność. Trzeba tylko ciągle ćwiczyć i pamiętać.
Zobaczmy, myślę. To jak robiło się przejście z D na C7?
- Rob, to nie była bardzo owocna sesja - mówi Zygfryd. - Zostało nam już
tylko dziesięć czy piętnaście minut. Czemu nie powiesz po prostu
pierwszego, co przyjdzie ci do głowy... teraz.
Odrzucam pierwszą rzecz i mówię drugą.
- Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to płacz mojej matki po śmierci
taty.
- Nie wydaje mi się, żeby to naprawdę była pierwsza rzecz, Rob. Spróbuję
zgadnąć. Czy pierwsza myśl dotyczyła Klary?
Czuję ucisk i mrowienie w piersi. Brakuje mi tchu. Nagle pojawia się
przede mną Klara, taka, jak wyglądała szesnaście lat temu, i ani dnia
starsza...
- Prawdę mówiąc, Zygfryd, sądzę, że chciałbym porozmawiać o mojej mamie
- stwierdzam. Pozwalam sobie na uprzejmy, lekceważący śmiech.
Zygfryd nigdy nie wzdycha z rezygnacją, ale potrafi milczeć w sposób,
który brzmi praktycznie tak samo.
- Widzisz, po śmierci taty chciała znowu wyjść za mąż - kontynuuję,
starannie przedstawiając właściwe problemy. - Nie od razu. Nie chcę
powiedzieć, że cieszyła się z jego śmierci ani nic takiego. Nie,
zdecydowanie go kochała. Ale mimo wszystko teraz rozumiem, że była
zdrową młodą kobietą... przynajmniej stosunkowo młodą. Pomyślmy, mogła
mieć jakieś trzydzieści trzy lata. I jestem pewien, że gdyby nie ja,
wyszłaby za mąż. Mam z tego powodu poczucie winy. Nie pozwoliłem na to.
Poszedłem do niej i powiedziałem: "Mamo, nie potrzebujesz innego
mężczyzny. Będę mężczyzną w rodzinie. Zaopiekuję się tobą". Tylko że
oczywiście nie mogłem, bo miałem jakieś pięć lat.
- Myślę, że dziewięć, Robbie.
- Doprawdy? Niech się zastanowię. Rety, Zygfryd, chyba masz rację... -
Próbuję przełknąć wielką gulę, która w jakiś sposób w jednej chwili
pojawiła się w moim gardle.
- Powiedz to, Rob! - mówi z naciskiem Zygfryd. - Co chciałeś powiedzieć?
- Niech cię szlag, Zygfryd!
- No dalej, Rob. Powiedz to.
- Co powiedzieć? Chryste, Zygfryd! Strasznie mnie dręczysz! Te bzdety
żadnemu z nas w niczym nie pomogą!
- Powiedz, co cię dręczy, Rob, proszę.
- Stul swój pieprzony blaszany dziób! - Cały ten starannie przykryty ból
przepycha się na zewnątrz i nie mogę go znieść, nie potrafię sobie z nim
poradzić.
- Sugeruję, Rob, żebyś spróbował...
Rzucam się z rykiem, szarpiąc za taśmy i kopaniem wyrywając kawałki
piankowego materaca.
- Zamknij się! Nie chcę słuchać. Nie potrafię sobie z tym poradzić, nie
rozumiesz? Nie potrafię! Nie radzę sobie, nie radzę!
Zygfryd czeka uprzejmie, aż przestanę łkać, co następuje dość
gwałtownie. A potem odzywam się zmęczonym głosem:
- Cholera, Zygfryd, to wszystko do niczego nas nie prowadzi. Myślę, że
powinniśmy odpuścić. Muszą być inni ludzie, którym twoje usługi są
potrzebne bardziej niż mnie.
- Jeśli o to chodzi, Rob, to całkiem dobrze radzę sobie z zaspokojeniem
wszystkich potrzeb dotyczących mojego czasu.
Osuszam łzy papierowymi ręcznikami, które zostawił przy materacu, i nie
odpowiadam.
- Tak właściwie wciąż dysponuję nadmiarowymi możliwościami - mówi dalej.
- Ale to ty musisz ocenić, czy powinniśmy kontynuować te sesje, czy nie.
- Masz coś do picia w pokoju wypoczynkowym? - pytam go.
- Nic takiego, co byś chciał. Ale na najwyższym piętrze tego budynku
jest bar, podobno bardzo przyjemny.
- Cóż - stwierdzam. - Zastanawiam się po prostu, co ja tu robię.
Piętnaście minut później, po potwierdzeniu spotkania wyznaczonego na
przyszły tydzień, piję herbatę w pokoju wypoczynkowym Zygfryda.
Nasłuchuję, czy jego następny pacjent zaczął już krzyczeć, ale nic do
mnie nie dociera.
Myję więc twarz, poprawiam chustę i przesuwam niesforny kosmyk włosów.
Idę do baru na jednego. Kierownik sali, człowiek, zna mnie i daje mi
miejsce z widokiem na południe, w stronę skraju kopuły od Lower Bay.
Spogląda w stronę siedzącej samotnie wysokiej, miedzianoskórej
dziewczyny z zielonymi oczami, ale kręcę głową. Wypijam swojego drinka,
podziwiam nogi dziewczyny i myślę głównie o tym, gdzie wybrać się na
kolację, potem idę na lekcję gry na gitarze.
Rozdział 2.
2
Przez całe życie, jak daleko sięgam pamięcią, chciałem być
poszukiwaczem. Nie mogłem mieć więcej niż sześć lat, gdy tata z mamą
zabrali mnie na jarmark w Cheyenne. Hot dogi i dmuchana soja, wodorowe
balony z kolorowego papieru, cyrk z psami i końmi, koło fortuny, zabawy,
przejażdżki. Był tam też namiot ciśnieniowy z nieprzejrzystymi ścianami.
Dolar za wstęp. W środku stały gabloty z rzeczami sprowadzonymi z tuneli
Heechee na Wenus. Wachlarze modlitewne i ogniste perły, prawdziwe lustra
z metalu Heechee, które można było kupić za dwadzieścia pięć dolarów
sztuka. Tata mówił, że nie były prawdziwe, ale dla mnie były. Choć nie
mogliśmy sobie pozwolić na taki wydatek. Właściwie, jeśli się nad tym
zastanowić, tak naprawdę nie potrzebowałem lustra. Piegowata twarz,
wystające zęby, włosy zaczesane do tyłu. Właśnie znaleźli Gateway.
Słyszałem, jak tata mówił o tym tego wieczoru w drodze do domu
powietrznym autobusem, gdy myśleli, że śpię, choć na sen nie pozwalał mi
tęskny głód w jego głosie.
Gdyby nie mama i ja, może znalazłby sposób, by tam polecieć. Ale nigdy
nie miał szansy. Rok później już nie żył. Wszystko, co po nim
odziedziczyłem, to jego praca, gdy tylko urosłem na tyle, by ją
wykonywać.
Nie wiem, czy pracowaliście kiedyś w kopalniach żywności, ale pewnie o nich słyszeliście. Trudno tam o dużo radości. Zacząłem na pół etatu i z połową pensji w wieku dwunastu lat. Mając ich szesnaście, osiągnąłem
klasę swojego ojca: wiertacz strzałowy, co oznaczało trudną pracę za
dobrą płacę.
Ale co można zrobić z wypłatą? Nie wystarczy na Pełny Pakiet Medyczny.
Nie wystarczy nawet na wydostanie się z kopalni, tylko na stanie się
kimś w rodzaju lokalnego przykładu sukcesu. Pracuje się sześć godzin,
potem dziesięć przerwy. Osiem godzin snu i od nowa, z ubraniem cały czas
śmierdzącym łupkami. Nie można palić, chyba że w hermetycznych
pomieszczeniach. Na wszystkim osiada mgiełka oleju. Dziewczyny są równie
śmierdzące, śliskie i wykończone jak ty.
Wszyscy robiliśmy więc to samo: pracowaliśmy, konkurowaliśmy o kobiety i graliśmy na loterii. I piliśmy dużo taniego, mocnego alkoholu, którego
nie produkowano piętnaście kilometrów
CHATA HEECHEE
Prosto z Utraconych Tuneli Wenus!
Rzadkie obiekty religijne Bezcenne klejnoty noszone kiedyś przez tajemniczą rasę Niesamowite odkrycia naukowe
GWARANCJA AUTENTYCZNOŚCI KAŻDEGO PRZEDMIOTU!
Specjalna zniżka dla grup naukowych i uczniów
TE FANTASTYCZNE OBIEKTY SĄ STARSZE OD LUDZKOŚCI!
Teraz po raz pierwszy w przystępnych cenach Dorośli 2,50 USD, Dzieci 1,00 USD
Delbert Guyne, doktor nauk przyrodniczych, doktor teologii, właściciel
stąd. Według nalepek czasami był whisky, czasami wódką lub burbonem, ale
zawsze wychodził z tych samych oślizłych kolumn destylacyjnych. Nie
różniłem się od innych... może poza tym jednym razem, gdy wygrałem na
loterii. I to stało się moim sposobem na ucieczkę.
Zanim do tego doszło, po prostu żyłem.
Moja mama też była górniczką. Po śmierci taty w pożarze tunelu wychowała
mnie z pomocą firmowego przedszkola. Radziliśmy sobie całkiem nieźle aż
do mojego epizodu psychotycznego, który przytrafił mi się w wieku
dwudziestu sześciu lat. Miałem problemy z dziewczyną, a potem przez
jakiś czas po prostu nie mogłem rano wstać z łóżka. Odstawili mnie.
Wypadłem z obiegu na prawie rok, a gdy w końcu mnie wypuścili z wariatkowa, moja mama umarła.
Bądźmy szczerzy: to była moja wina. To nie znaczy, że to zaplanowałem,
po prostu żyłaby, gdyby nie musiała się o mnie martwić. Nie mieliśmy
dość pieniędzy, by pokryć wydatki medyczne dla nas dwojga. Ja
potrzebowałem psychoterapii, ona potrzebowała nowego płuca. Nie dostała
go, więc zmarła.
Nienawidziłem życia w tym samym mieszkaniu po jej śmierci, ale miałem do
wyboru: zostać w nim albo przenieść się do hotelu dla kawalerów. Nie
podobała mi się myśl o mieszkaniu tak blisko dużej liczby mężczyzn.
Oczywiście mogłem się ożenić. Nie zrobiłem tego - Sylwia, dziewczyna, z którą miałem problemy, do tej pory dawno już przepadła - ale nie
dlatego, że miałem coś przeciwko idei małżeństwa. Możecie myśleć, że tak
było ze względu na mój psychiatryk oraz biorąc pod uwagę, że mieszkałem
z matką jak długo jeszcze żyła. Ale to nieprawda. Bardzo lubiłem
dziewczyny. Byłbym szczęśliwy, żeniąc się z którąś i wychowując dziecko.
Tylko nie w kopalniach.
Nie chciałem zostawiać swojego syna tak, jak mój ojciec zostawił mnie.
Wiercenie otworów pod ładunki strzałowe to ciężka praca. Teraz używają
palników parowych z cewkami grzewczymi Heechee, a łupki po prostu
uprzejmie się rozchodzą, jakby rzeźbili w blokach z wosku, ale wtedy
wierciliśmy i zakładaliśmy ładunki. Na początku zmiany zjeżdżało się na
dół szybką windą. Szyb był śliski i śmierdzący, jego ściany znajdowały
się raptem dwadzieścia centymetrów od ramienia i przesuwały się obok
człowieka z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Widziałem
górników po paru głębszych, którzy zachwiali się i wyciągnęli rękę, by
się podeprzeć, i w tym momencie ją tracili. Potem wychodziło się z klatki i potykało w schodni przez kilometr albo więcej, aż dotarło się
do przodka. Wierciło się otwory. Nastawiało ładunki. Potem uciekało się
do zaułka na czas wysadzania, z nadzieją, że wszystko zrobiło się dobrze
i cała ta śmierdząca, oleista masa nie spadnie na człowieka. (Po
zasypaniu żywcem przez luźne łupki można przeżyć nawet tydzień. Ludziom
się to zdarzało. Choć jeśli nie uratowano ich do trzeciego dnia, później
zwykle już do niczego się nie nadawali). Jeśli wszystko poszło dobrze,
omijało się ładowaczy idących wzdłuż torów i do następnego przodka.
Mówią, że maski odfiltrowują najgorsze węglowodory i pył skalny, ale nie
usuwają smrodu. I wcale nie jestem pewien, czy filtrują wszystkie
węglowodory. Moja mama nie była jedyną pracującą w kopalni osobą, która
potrzebowała nowego płuca, ani jedyną, której nie było na nie stać.
A potem, gdy kończyła się zmiana, dokąd można iść?
Do baru. Do pokoju z dziewczyną. Do świetlicy grać w karty. Oglądać
telewizję.
Nie wychodzi się wiele na zewnątrz. Nie ma powodu. Jest kilka małych
parków, starannie pielęgnowanych, obsadzanych i przesadzanych. Rock Park
ma nawet żywopłoty i trawnik. Pewnie nigdy nie widzieliście trawnika,
który co tydzień wymaga mycia, szorowania (detergentem!) i suszenia, bo
inaczej by zmarniał. Przez to do parków zabieramy głównie dzieci.
Poza parkami jest już tylko powierzchnia Wyoming, która jak okiem
sięgnąć przypomina powierzchnię Księżyca. Nie ma tam nic zielonego, nic
żywego, żadnych ptaków, wiewiórek ani zwierząt domowych. Kilka leniwych,
zaszlamionych strumyków, które z jakiegoś powodu zawsze robią się
czerwone pod ropą. Podobno i tak mamy szczęście, bo nasza część Wyoming
jest eksploatowana szybami. W Kolorado jest jeszcze gorzej, bo tam kopią
odkrywkowo.
Zawsze trudno mi było w to uwierzyć, ale nigdy tam nie pojechałem, by
sprawdzić.
A poza wszystkim innym są jeszcze wonie, widoki i odgłosy towarzyszące
pracy. Zachody słońca przez mgłę są pomarańczowo-brązowe. Nieustanny
smród. Cały dzień i całą noc ryczą piece ekstrakcyjne, ogrzewając i mieląc margle, by wydobyć z nich kerogen, a do tego grzmot długich pasów
transmisyjnych odprowadzających zużyte łupki, by je gdzieś usypać na
stertę.
Rzecz w tym, że skały trzeba podgrzać, by wydobyć z nich ropę. A kiedy
się je grzeje, rozszerzają się jak prażona kukurydza, więc nie ma gdzie
ich składować. Nie da się ich wcisnąć z powrotem do szybu, z którego się
je wyciągnęło, bo jest ich zbyt wiele. Jeśli wykopiesz górę łupków i wyciśniesz z nich ropę, pozostały zużyty łupek wystarczy na dwie góry. I to właśnie się robi: buduje nowe góry.
Do tego ciepło wydzielane przez ekstraktory ogrzewa szopy z hodowlami,
na ropie płynącej przez szopy rośnie śluz, potem zgarniacze zbierają go,
suszą i prasują, a następnego dnia zjadamy jego część na śniadanie.
Zabawne. W dawnych czasach ropa sama wypływała prosto z ziemi! I jedyne,
co ludzie z nią robili, to wlewali do samochodów i spalali.
Wszystkie programy telewizyjne obejmują umoralniające reklamy
powtarzające, jak ważna jest nasza praca i jak cały świat polega na
produkowanej przez nas żywności. To wszystko prawda, nie muszą nam
ciągle przypominać. Gdybyśmy nie robili tego, co robimy, w Teksasie
panowałby głód, a dzieci w Oregonie wykazywałyby oznaki niedożywienia.
Wszyscy to wiemy. To od nas pochodzi pięć trylionów kalorii diety
mieszkańców całego świata, połowa racji białkowych dla około jednej
piątej populacji. Wszystko to produkowane jest przez drożdże i bakterie
hodowane na ropie z łupków z Wyoming, wraz z częściami Utah i Kolorado.
Świat potrzebuje tej żywności. Jednak jak dotąd kosztowało nas to
większość Wyoming, połowę Appalachów, duży kawał regionu piasków
bitumicznych nad Athabaską... I co zrobimy z tymi wszystkimi ludźmi, gdy
przerobimy na drożdże ostatnią kroplę węglowodorów?
To nie mój problem, ale i tak o tym myślę.
Przestało to być moim problemem, gdy wygrałem loterię, dzień po Bożym
Narodzeniu w roku, gdy skończyłem dwadzieścia sześć lat.
Nagroda wynosiła dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Dość, by żyć jak
król przez rok. Dość, by się ożenić i utrzymać rodzinę, o ile oboje
byśmy pracowali i nie przesadzali z wydatkami.
Albo dość na bilet w jedną stronę na Gateway.
Zaniosłem kupon loterii do biura podróży i zamieniłem go na bilet.
Ucieszyli się z mojej wizyty, bo nie mieli wielu klientów, a już
zwłaszcza na tego typu usługi. Zostało mi z grubsza dziesięć tysięcy
reszty. Nie liczyłem. Postawiłem drinki całej swojej zmianie, do oporu.
Z pięćdziesięcioma osobami ze zmiany oraz wszystkimi kumplami i przypadkowymi gośćmi, którzy wkręcili się na imprezę, trwało to około
doby.
Potem chwiejnie wróciłem przez śnieżną burzę Wyoming do biura podróży. A pięć miesięcy później po spirali podchodziłem do asteroidy, wyglądając
przez iluminatory na zatrzymujący nas brazylijski krążownik, wreszcie w drodze do stania się poszukiwaczem.
Rozdział 3.
3
Zygfryd nigdy nie zamyka tematu. Nigdy nie mówi: "Cóż, Rob, chyba dość
rozmawialiśmy na ten temat". Jednak czasami, gdy bardzo długo leżę na
materacu i nie odpowiadam zbyt wiele, żartując lub nucąc pod nosem, po
pewnym czasie odzywa się mniej więcej tak:
- Chyba moglibyśmy wrócić do czegoś innego, Rob. Jakiś czas temu
powiedziałeś coś, moglibyśmy teraz omówić to dokładniej. Czy pamiętasz
tamten czas, gdy ostatni raz...
- Gdy ostatni raz rozmawiałem z Klarą?
- Tak, Rob.
- Zawsze wiem, co zamierzasz powiedzieć, Zygfryd.
- To nie ma znaczenia, Rob. To jak? Czy chciałbyś porozmawiać o tym, jak
się wtedy czułeś?
- Czemu nie? - Wyczyściłem paznokieć środkowego palca prawej dłoni,
przeciągając nim między przednimi zębami. Przyjrzałem mu się. - Zdaję
sobie sprawę, że to był ważny czas. Może nawet była to najgorsza chwila
mojego życia. Gorsza, niż kiedy rzuciła mnie Sylwia, albo gdy
dowiedziałem się, że zmarła moja mama.
- Czy chcesz powiedzieć, że wolałbyś rozmawiać o którejś z tych spraw,
Rob?
- Ależ skąd. Powiedziałeś, żebyśmy porozmawiali o Klarze, to będziemy o niej rozmawiać.
Poprawiłem się na piankowym materacu, żeby się chwilę zastanowić. Byłem
bardzo zainteresowany transcendentnym zrozumieniem i czasami, gdy
odsuwałem problemy w głąb myśli i w kółko powtarzałem swoją mantrę,
zdarzało się, że wychodziłem z tego z rozwiązaniem problemu - na
przykład: sprzedać udziały w farmie rybnej w Baja i kupić na giełdzie
towarowej wyposażenie hydrauliczne. To był jeden z nich i naprawdę mi
się to opłaciło. Albo zabrać Rachel do Meridy na narty wodne w zatoce
Campeche. Tam wskoczyła mi do łóżka już za pierwszym podejściem, choć
wcześniej bezskutecznie próbowałem wszystkiego innego.
- Nie odpowiadasz, Rob - odezwał się Zygfryd.
- Myślę o tym, co powiedziałeś.
- Proszę, Rob, nie myśl o tym. Po prostu mów. Powiedz, co w tej chwili
czujesz do Klary.
Próbuję szczerze się nad tym zastanowić. Zygfryd nie pozwoli mi na
odjazdy, więc szukam w głowie tłumionych uczuć.
- Cóż, niewiele - stwierdzam. - Przynajmniej na powierzchni.
- Pamiętasz, co wtedy czułeś, Rob?
- Oczywiście, że tak.
- Spróbuj poczuć to, co czułeś wtedy, Rob.
- No dobrze.
Posłusznie odtwarzam w myślach tę sytuację. Oto ja, rozmawiam z Klarą
przez radio. Dane krzyczy coś w lądowniku. Wszyscy jesteśmy cholernie
przerażeni. Pod nami otwiera się błękitna mgła i pierwszy raz widzę
ciemną, szkieletową gwiazdę. Statek trójka... nie, to była Piątka. W każdym razie śmierdzi wymiocinami i potem. Boli mnie całe ciało.
Nie pamiętam tego dokładnie, choć skłamałbym, mówiąc, że pozwalam to
sobie czuć.
Odzywam się napiętym głosem, uśmiechając się.
- Tam jest takie natężenie bólu, poczucia winy i cierpienia, Zygfryd, że
sobie z nim nie poradzę. - Czasami próbuję z nim czegoś takiego, mówiąc
bolesną prawdę tonem, którym można by poprosić kelnera na przyjęciu o przyniesienie kolejnego ponczu z rumem. Robię tak, gdy chcę zbić jego
atak, choć nie sądzę, by to działało. Zygfryd ma w sobie sporo obwodów
Heechee. Jest dużo lepszy od maszyn w Instytucie, gdzie zmagałem się ze
swoim epizodem. Nieustannie monitoruje wszystkie moje parametry
fizyczne: przewodnictwo skóry, puls, aktywność fal beta i tak dalej.
Dostaje odczyty z taśm przytrzymujących mnie na materacu, by wiedzieć,
jak gwałtownie się na nim rzucam. Mierzy natężenie głosu i analizuje
jego widmo w poszukiwaniu nadtonów. Rozumie także znaczenie słów.
Zygfryd jest wyjątkowo inteligentny, biorąc pod uwagę jego głupotę.
Czasami bardzo trudno go oszukać. Docieram do końca sesji całkowicie bez
sił, mając wrażenie, że gdybym został u niego choćby minutę dłużej,
zapadłbym się prosto w ten ból i to by mnie zniszczyło.
Albo wyleczyło. Może to to samo.
322
,S, Nie wiem, czemu do
17 095
ciebie wracam,
17 100
Zygfryd.
17 105
323
IRRAY .CZEMU.
17 110
324
,C, Przypominam ci, Robby,
17 115
że zużyłeś już
17 120
trzy żołądki i, zobaczmy,
17 125
prawie pięć metrów
17 130
jelit.
17 135
325
,C, Wrzody, wątroba.
17 140
328
,C, Wygląda na to,
17 145
że coś cię gryzie,
17 150
Bob.
17 155
Rozdział 4.
4
Przed sobą miałem Gateway, coraz większą i większą w iluminatorach
statku z Ziemi: asteroidę. A może jądro komety. Około dziesięciu
kilometrów długości w dłuższej osi, o gruszkowatym kształcie. Od
zewnątrz wygląda jak bulwiasta przypalona gruda z przebłyskami błękitu,
od środka jest bramą do gwiazd.
Sheri Loffat oparła się o moje ramię, a reszta z grupy przyszłych
poszukiwaczy zebrała się za nami i gapiła.
- Jezu, Rob. Spójrz na te krążowniki!
- Jeśli coś im się nie spodoba, rozwalą nas na kawałki - odezwał się
ktoś z tyłu.
- Nie znajdą tu niczego niewłaściwego - odpowiedziała Sheri, ale ton
głosu zrobił z tego pytanie.
Krążowniki wyglądały naprawdę groźnie, krążąc zazdrośnie wokół asteroidy
i pilnując, by, ktokolwiek się do niej zbliżał, nie wykradł żadnych
sekretów wartych więcej niż wszystkie pieniądze świata.
Trzymaliśmy się uchwytów przy iluminatorach i gapiliśmy na nie. Co było
głupotą, bo mogliśmy zginąć. Ryzyko, że nasz statek dopasowujący orbitę
do Gateway lub brazylijskiego krążownika wykona jakiś gwałtowniejszy
manewr, było bardzo niewielkie, ale wystarczyłaby tylko jedna szybka
korekta kursu, żeby nas rozgnieść. Zawsze istniała też możliwość, że
nasz statek wykonałby częściowy obrót i nagle spojrzelibyśmy w nagie,
pobliskie słońce. Z tej odległości oznaczałoby to permanentną ślepotę.
Ale chcieliśmy widzieć.
Brazylijski krążownik nie zniżył się do namierzenia nas. Widzieliśmy
błyski na jego kadłubie, oznaczające, że laserami wymienia z naszym
statkiem informacje dotyczące manifestu. To było normalne. Powiedziałem,
że krążowniki pilnowały asteroidy przed złodziejami, ale tak naprawdę
bardziej przejmowały się sobą nawzajem niż kimkolwiek innym. Włącznie z nami. Rosjanie podejrzliwie traktowali Chińczyków, Chińczycy Rosjan,
Brazylijczycy z niepokojem patrzyli na Wenusjan. Wszyscy mieli
wątpliwości co do Amerykanów.
Zatem cztery pozostałe jednostki sekretnie pilnowały Brazylijczyków dużo
uważniej niż nas. Jednakże wszyscy wiedzieliśmy, że gdyby nasze
zakodowane certyfikaty nie były zgodne z wzorcami w pięciu konsulatach,
do których zostały przekazane na Ziemi, następnym krokiem nie byłaby
dyskusja, tylko torpeda.
Zabawne. Mogę sobie wyobrazić tę torpedę. Mogę sobie wyobrazić wojownika
o lodowatym spojrzeniu, który by ją wycelował i wystrzelił, oraz jak
nasz statek rozkwitłby pomarańczowym światłem, a wszyscy zmienilibyśmy
się w luźne atomy na orbicie... Tylko że jestem prawie pewien, że
torpedowym na tamtym okręcie był wtedy mat nazwiskiem Francy Hereira.
Później staliśmy się dobrymi kumplami. Trudno byłoby go nazwać zabójcą o lodowym spojrzeniu. Płakałem w jego ramionach w dniu powrotu z ostatniej
podróży, w moim pokoju szpitalnym, gdzie powinien był mnie przeszukiwać
pod kątem kontrabandy. A Francy płakał ze mną.
Krążownik odsunął się, a my wszyscy łagodnie odlecieliśmy od
iluminatora, a potem podciągnęliśmy się z powrotem dzięki uchwytom. Nasz
statek rozpoczął końcowe podejście do Gateway.
- Wygląda jak ciężki przypadek ospy - skomentował ktoś z naszej grupy.
Faktycznie, a niektóre blizny po ospie były otwarte. Były to gniazda
cumowania statków, które wyleciały na misje. Niektóre zostaną otwarte na
zawsze, bo ich statki już nie wrócą, jednak większość otworów była
osłonięta wypukłościami przypominającymi kapelusze grzybów.
Kapelusze były właściwymi statkami i to właśnie na nich skupiała się
Gateway.
Niełatwo było zobaczyć te statki, podobnie jak samą Gateway. Miała
niskie albedo i wcale nie była duża: jak mówiłem, około dziesięciu
kilometrów w dłuższej osi, połowę tego na równiku osi obrotu. Ale można
było ją wykryć. Gdy pierwszy szczur tunelowy ich do niej doprowadził,
astronomowie pytali się wzajemnie, czemu nie zauważono jej stulecie
wcześniej. Gdy już wiedzieli, gdzie patrzeć, znaleźli ją. Czasami robi
się jasna jak siedem magnitudo widziane z Ziemi. Łatwo dostrzec. Można
by pomyśleć, że powinna zostać wykryta przez rutynowy program mapowania
nieba.
Problem w tym, że niewiele takich programów patrzyło w tę stronę, a na
dodatek wygląda na to, że Gateway wcale nie było tam, gdzie szukali.
Astronomia gwiezdna zwykle odwraca się plecami do słońca, Astronomia
solarna zwykle trzyma się płaszczyzny ekliptyki, a Gateway krąży po
orbicie pod kątem prostym do niej, przez co umykała obserwacjom.
Piezotelefon zagdakał i wyemitował komunikat.
- Dokowanie za pięć minut. Wrócić na prycze i zapiąć siatki.
Byliśmy prawie na miejscu.
Sheri Loffat wyciągnęła rękę przez siatkę zabezpieczającą i ujęła moją
dłoń. Ścisnąłem ją. Nie byliśmy nigdy w łóżku, nie spotkaliśmy się,
zanim trafiła na statku na pryczę tuż obok mojej, ale wibracje między
nami były praktycznie seksualne. Jakbyśmy za chwilę mieli zaliczyć coś
największego i najlepszego, co tylko się da, choć nie był to seks, tylko
Gateway.
Gdy ludzie zaczęli badać powierzchnię Wenus, odkryli tunele Heechee.
Ich twórców nie znaleźli: kimkolwiek byli Heechee, kiedykolwiek
odwiedzili Wenus, odeszli dawno temu. Nie zostawili nawet żadnego ciała
w grobie, które można by wykopać i zbadać. Zostały tylko tunele,
jaskinie, trochę żałosnych drobnych artefaktów i technologiczne cuda,
którymi ludzkość zdumiewała się i próbowała je odtworzyć.
A potem ktoś znalazł mapę Heechee przedstawiającą Układ Słoneczny.
Jowisz z jego księżycami, Mars, planety zewnętrzne i Ziemię z Księżycem.
Oraz Wenus, oznaczoną na czarno na lśniącej błękitem powierzchni mapy z metalu Heechee. Oraz Merkury i jeszcze coś, jedyny obiekt oprócz Wenus
oznaczony na czarno: obiekt orbitujący między peryhelium Merkurego i poza orbitą Wenus, ustawiony pod kątem dziewięćdziesięciu stopni
względem płaszczyzny ekliptyki tak, że nigdy nie zbliżał się do żadnej z planet. Obiekt, który nigdy nie został wykryty przez ziemskich
astronomów. Przypuszczalnie asteroida lub kometa - różnica była czysto
semantyczna - która z jakiegoś powodu miała duże znaczenie dla Heechee.
(Transkrypcja pytań i odpowiedzi z wykładu profesora Hegrameta)
Pytanie: Jak wyglądali Heechee?
Profesor Hegramet: Nikt nie wie. Poza dwoma czy trzema mapami nigdy nie znaleźliśmy niczego przypominającego fotografię albo rysunek. Czy książkę.
Pytanie: Czy nie mieli jakiegoś systemu przechowywania wiedzy, jak pismo?
Profesor Hegramet: Oczywiście musieli go mieć. Ale nie wiem, jak wyglądał. Mam podejrzenie... właściwie zgaduję.
Pytanie: Jakie?
Profesor Hegramet: Cóż, proszę pomyśleć o naszych metodach zapisu i jak zostałyby odebrane w czasach przed rozwojem technologii. Gdybym dał, powiedzmy Euklidesowi, książkę, zdołałby zrozumieć, czym jest, nawet gdyby nie rozumiał jej zawartości. Ale gdybym dał mu kasetę magnetofonową? Nie wiedziałby, co z nią zrobić. Podejrzewam, choć nie jestem przekonany, że mamy jakieś "książki" Heechee, tylko ich nie rozpoznajemy. Pręt metalu Heechee. Może te spirale Q na statkach, których funkcji zupełnie nie znamy. To nie jest nowy pomysł. Wszystko to testowano pod kątem kodów magnetycznych, mikrorowków, wzorów chemicznych... niczego nie znaleźliśmy. Ale może nie mamy przyrządów potrzebnych do wykrycia wiadomości.
Pytanie: W Heechee jest coś, czego nie rozumiem. Czemu zostawili te wszystkie tunele i miejsca? Dokąd odeszli?
Profesor Hegramet: Młoda damo, za cholerę nie wiem.
Zapewne sonda teleskopowa prędzej czy później poszłaby za tym tropem,
ale nie było to konieczne. Właśnie wtedy sławny Sylvester Macklen -
który aż do tej chwili nie był nikomu znany i był po prostu jeszcze
jednym tunelowym szczurem na Wenus - znalazł statek Heechee, poleciał na
Gateway i tam zginął. Zdołał jednak dać znać ludziom, gdzie się
znajduje, przez sprytne wysadzenie swojego statku. NASA przekierowała
sondę z chromosfery słońca, a Gateway została znaleziona i otwarta dla
ludzi.
Wewnątrz były gwiazdy.
A mówiąc mniej poetycko i bardziej dosłownie, znajdowało się tam niemal
tysiąc małych pojazdów kosmicznych wyglądających trochę jak grube
grzyby. Miały różne kształty i rozmiary. Najmniejsze były prawie
okrągłe, jak grzyby hodowane w tunelach Wyoming po wykopaniu całego
łupku, te sprzedawane potem w supermarketach. Większe były bardziej
szpiczaste, jak smardze. Wewnątrz kapeluszy znajdowały się kwatery
mieszkalne i źródło zasilania, którego nikt nie rozumiał. W nóżkach
mieściły się statki z silnikami rakietowymi, coś jak stare lądowniki
księżycowe z pierwszych programów kosmicznych.
Nikt jeszcze nie odkrył, jak napędzane są kapelusze ani jak nimi
sterować.
To sprawiało, że czuliśmy się niepewnie: fakt, że będziemy ryzykować,
korzystając z czegoś, czego nikt nie rozumiał. Po uruchomieniu statku
Heechee dosłownie nie miało się nad nim żadnej kontroli. Ich kursy
zaprogramowano w systemie naprowadzania w sposób, którego nikt jeszcze
nie rozgryzł: można było wybrać jakiś kurs, ale po wybraniu taki już
zostawał - wybierając go, człowiek nie wiedział, dokąd trafi. Jak z jajkiem-niespodzianką: nigdy nie wiadomo, co będzie w środku.
A jednak działały. Wciąż działały, choć tkwiły tam prawdopodobnie jakieś
pół miliona lat.
Pierwszy człowiek, który miał dość odwagi, by wejść do jednego z nich i go uruchomić, miał szczęście. Statek opuścił swój krater na powierzchni
asteroidy, zrobił się jasny i rozmyty, a potem zniknął.
Trzy miesiące później wrócił, z wygłodzonym astronautą o szklanym
spojrzeniu, który promieniował szczęściem. Był przy innej gwieździe!
Orbitował wokół wielkiej szarej planety z wirującymi żółtymi chmurami,
zdołał odwrócić ustawienia sterowania - i przez wbudowany system
naprowadzania został sprowadzony do tego samego krateru, z którego
wyleciał.
Wysłali więc kolejny statek, tym razem jeden z dużych w kształcie
smardzów, z czteroosobową załogą oraz mnóstwem jedzenia i sprzętu
badawczego. Nie było ich tylko przez około pięćdziesięciu dni. W tym
czasie nie tylko dotarli do innego układu gwiezdnego, zdołali też użyć
lądownika do zejścia na powierzchnię planety. Nie znaleźli żadnego
życia... ale kiedyś tam było.
Znaleźli pozostałości. Niewiele. Kilka podniszczonych śmieci na skraju
górskiego szczytu, częściowo ominiętego przez katastrofę, która
przydarzyła się planecie. Z radioaktywnego pyłu wydłubali cegłę,
ceramiczny nit, na wpół stopiony przedmiot wyglądający, jakby kiedyś był
chromowanym fletem.
Wtedy zaczęła się gorączka gwiazd... a my byliśmy jej częścią.
Rozdział 5.
5
Zygfryd to dość mądra maszyna, ale czasami nie potrafię zrozumieć, co z nim jest nie tak. Ciągle prosi mnie, żebym opowiadał mu swoje sny, a potem czasem zdarza się, że przychodzę przepełniony jakimś snem, który z pewnością mu się spodoba, takim pięknym w sam raz dla niego, pełnym
symboli penisa, fetyszyzmu i poczucia winy, a on mnie rozczarowuje.
Zaczyna drążyć jakiś pokrętny trop, który nie ma z tym nic wspólnego.
Opowiadam mu wszystko, a on potem siedzi, klika, terkocze i brzęczy
przez chwilę - tak naprawdę tego nie robi, ale wyobrażam to sobie,
czekając - po czym mówi:
- Wróćmy do czegoś innego, Rob. Jestem zainteresowany tym, co mówiłeś o kobiecie, Gelle-Klarze Moynlin.
- Znowu wpuszczasz się w maliny, Zygfryd.
- Nie sądzę, Rob.
- Ale ten sen! Mój Boże, nie widzisz, jaki jest ważny? Co z postacią
matki w nim?
- Może pozwolisz mi wykonywać moją pracę, Rob?
- A mam jakiś wybór? - odpowiadam naburmuszony.
- Zawsze masz wybór, Rob, ale bardzo chciałbym ci zacytować coś, co sam
niedawno powiedziałeś.
Urywa i po chwili słyszę mój własny głos zarejestrowany na którejś z jego taśm. Mówię: "Tam jest takie natężenie bólu, poczucia winy i cierpienia, Zygfryd, że sobie z nim nie poradzę".
Czeka, aż coś powiem, i po chwili to robię.
- To niezłe nagranie - przyznaję. - Ale wolałbym raczej porozmawiać o tym, jak w moim śnie przejawia się moja fiksacja na matce.
- Uważam, że bardziej produktywne będzie zajęcie się tą inną sprawą,
Rob. Bardzo możliwe, że są powiązane.
- Naprawdę? - Zaczynam się rozgrzewać do rozmowy o teoretycznej
możliwości w oderwany i filozoficzny sposób, ale mi nie odpuszcza.
- Ostatnia rozmowa, którą odbyłeś z Klarą, Rob. Powiedz mi, proszę, co w związku z nią czujesz.
- Już mówiłem. - Wcale mi się to nie podoba, to taka straszna strata
czasu, więc dopilnowuję, by znał moje zdanie na podstawie tonu mojego
głosu i napięcia ciała. - To było nawet gorsze niż z moją mamą.
- Wiem, że wolałbyś zmienić temat na twoją mamę, Rob, ale, proszę, nie
rób tego teraz. Opowiedz mi o tamtym czasie z Klarą. Co w tej chwili
czujesz w tej sprawie?
Próbuję szczerze się nad tym zastanowić. W końcu tyle mogę zrobić.
Właściwie nie muszę tego omówić, ale jedyne, co potrafię powiedzieć to:
- Niewiele.
- Czy to wszystko? "Niewiele"? - pyta po krótkiej chwili.
- Zgadza się. Niewiele. Przynajmniej niewiele na powierzchni. Pamiętam,
jak się wtedy czułem. - Bardzo ostrożnie otwieram to wspomnienie.
Opadanie w tę niebieską mgłę. Widok ciemnej, upiornej gwiazdy. Rozmowa z Klarą przez Radio, gdy Dane szepcze mi do ucha... Znowu je zamykam.
- To wszystko bardzo boli, Zygfryd - mówię konwersacyjnym tonem.
Czasami próbuję oszukać go, wypowiadając nacechowane emocjonalnie słowa
tonem, którym można by zamawiać filiżankę kawy, choć nie sądzę, by to
działało. Zygfryd słucha nasilenia i nadtonów, ale monitoruje też oddech
i przerwy, a także znaczenie słów. Jest wyjątkowo inteligentny jak na
swoją głupotę.
Rozdział 6.
6
Pięcioro podoficerów ze stałej obsady z każdego z krążowników obmacało
nas, sprawdziło dokumenty i przekazało urzędnikowi rejestrującemu
Korporacji. Sheri zachichotała, gdy dłoń obmacującego ją Rosjanina
trafiła w czułe miejsce, i odezwała się do mnie:
- Jak myślisz, Rob, co moglibyśmy tu przemycać?
Uciszyłem ją syknięciem. Pracownica Korporacji odebrała karty lądowania
od dowodzącego grupą Chińczyka i zaczęła odczytywać nasze nazwiska. Było
nas ośmioro.
- Witam na pokładzie - powiedziała. - Każde z was otrzyma przydzielonego
opiekuna. Pomogą wam poznać to miejsce, odpowiedzą na pytania i poinformują, gdzie zgłosić się na badanie medyczne i na zajęcia.
Przekażą wam także kopię kontraktu do podpisania. Z waszych depozytów
pieniężnych na statku, którym tu przylecieliście, pobrano tysiąc sto
pięćdziesiąt dolarów: to wasz podatek na podtrzymanie życia za pierwsze
dziesięć dni. Z reszty możecie korzystać po wypisaniu piezo czeku.
Opiekun pokaże wam, jak to zrobić. Linscott!
Czarnoskóry mężczyzna w średnim wieku z Baja Kalifornia uniósł rękę.
- Twoją opiekunką jest Shota Tarasvili. Broadhead!
- To ja.
- Dane Metchnikov - rzuciła urzędniczka Korporacji.
Zacząłem się rozglądać, ale mężczyzna, który musiał być Dane'em
Metchnikovem już ruszył w moją stronę. Bardzo mocno ujął mnie za rękę i zaczął odprowadzać, a dopiero potem się odezwał.
- Cześć.
Próbowałem się opierać.
- Chciałbym się pożegnać z przyja...
- Wszyscy jesteście w tym samym rejonie - rzucił. - Chodź.
I tak w ciągu dwóch godzin od dotarcia na Gateway miałem pokój, opiekuna
i kontrakt. Dokument podpisałem od razu, nawet go nie czytając.
Metchnikov wyglądał na zaskoczonego.
- Nie chcesz wiedzieć, co tam zapisano?
- Nie w tej chwili. W sumie, co mi to da? Gdyby treść mi się nie
spodobała, mógłbym zmienić zdanie, a jakie tak naprawdę mam inne opcje?
Bycie poszukiwaczem jest dość przerażające, bardzo nie podobała mi się
myśl o śmierci. Nienawidzę myśli o umieraniu, kiedykolwiek. O niebyciu
żywym, o zatrzymaniu wszystkiego ze świadomością, że wszyscy inni ludzie
będą dalej żyć, uprawiać seks i cieszyć się bez mojego udziału. Ale nie
nienawidziłem tego aż tak bardzo jak myśli o powrocie do kopalni
żywności.
Metchnikov zawiesił się za kołnierz na haku na ścianie w moim pokoju,
żeby nie przeszkadzać, gdy będę odkładał swoje rzeczy. Był niezbyt
rozmownym, przysadzistym, bladym mężczyzną. Nie wydawał się kimś, kogo
łatwo można było polubić, ale przynajmniej nie śmiał się ze mnie, bo
byłem niezdarnym żółtodziobem. Na Gateway panuje coś bliskiego
nieważkości. Nigdy wcześniej nie zaznałem niskiego ciążenia: nie spotyka
się go w Wyoming, więc ciągle źle oceniałem ruchy.
- Przywykniesz do tego - stwierdził Metchnikov, gdy skomentowałem swoją
niezdarność. - Masz szlugi?
- Obawiam się, że nie.
Westchnął, wyglądając jak Budda zawieszony na ścianie ze złożonymi
nogami. Spojrzał na zegarek.
- Zabiorę cię później na drinka. Taki miejscowy zwyczaj. Tylko że tam
się nic nie dzieje przed dwudziestą drugą. Dopiero wtedy Niebieskie
Piekło się zapełnia, więc przedstawię ci parę osób. Zobaczysz, co tam
znajdziesz. Jesteś hetero czy gejem? Chodzi o coś innego?
UMOWA WSPÓŁPRACY
Ja __________________________, będąc zdrowym na umyśle, niniejszym przenoszę wszelkie prawa do wszelkich odkryć, artefaktów, przedmiotów i rzeczy wartościowych dowolnego typu, które mogę znaleźć podczas lub w wyniku eksploracji z wykorzystaniem jakichkolwiek udostępnionych mi jednostek lub informacji udzielonych przez Kierownictwo Gateway, nieodwołalnie na wspomniane Kierownictwo Gateway.
Kierownictwo Gateway może, według własnego uznania, zdecydować się na sprzedaż, dzierżawę lub inne zbycie wszelkich artefaktów, przedmiotów lub innych rzeczy wartościowych będących wynikiem mojej działalności w ramach niniejszej umowy. Jeśli to uczyni, zobowiązuje się do przekazania mi 50% (pięćdziesięciu procent) wszystkich przychodów wynikających z takiej sprzedaży, dzierżawy lub zbycia, do wysokości kosztów samej wyprawy poszukiwawczej (w tym moich własnych kosztów przyjazdu do Gateway i późniejszych kosztów utrzymania podczas pobytu tam), oraz 10% (dziesięciu procent) wszystkich kolejnych przychodów po spłaceniu wyżej wymienionych kosztów. Przyjmuję takie przekazane wynagrodzenie jako pełną zapłatę za wszelkie zobowiązania Kierownictwa Gateway do mojej osoby, niezależnie od ich rodzaju, i w szczególności zobowiązuję się nie wysuwać żadnych roszczeń o dodatkową zapłatę z jakiegokolwiek powodu w dowolnym momencie.
Nieodwołalnie przyznaję Kierownictwu Gateway pełne prawo i władzę do podejmowania wszelkiego rodzaju decyzji związanych z eksploatacją, sprzedażą lub dzierżawą praw do takich odkryć, w tym prawo, według wyłącznego uznania Kierownictwa Gateway, do połączenia moich odkryć lub innych rzeczy wartościowych, wynikających z tej umowy, z odkryciami innych osób w celu eksploatacji, dzierżawy lub sprzedaży, w którym to przypadku mój udział będzie wynosił taką część zysków, jaką Kierownictwo Gateway uznają za właściwą; i dalej przyznaję Kierownictwu Gateway prawo do powstrzymania się od wykorzystywania wszelkich lub wszystkich takich odkryć lub rzeczy wartościowych w jakikolwiek sposób, według własnego uznania.
Zwalniam Kierownictwo Gateway z wszelkich roszczeń przeze mnie lub w moim imieniu, wynikających z jakiegokolwiek urazu, wypadku lub straty jakiegokolwiek rodzaju dla mnie w związku z moimi działaniami w ramach tej umowy.
W przypadku jakichkolwiek sporów wynikających z niniejszej Umowy o współpracy zgadzam się, że warunki będą interpretowane zgodnie z prawem i precedensami obowiązującymi w samej firmie Gateway i że żadne prawo ani precedensy z innych jurysdykcji nie będą w żadnym stopniu uznawane za istotne.
- Dość hetero.
- Wszystko jedno. W tej sprawie jesteś zdany na siebie. Przedstawię cię
ludziom, których znam, ale potem radź sobie sam. Lepiej od razu się do
tego przyzwyczaj. Masz swoją mapę?
- Mapę?
- Do cholery, człowieku! Jest w pakiecie, który dostałeś.
Zacząłem losowo otwierać szafki, aż znalazłem, gdzie odłożyłem kopertę.
Trzymałem w niej moją kopię umowy, broszurkę pod tytułem "Witamy na
Gateway", przydział pokoju, kwestionariusz zdrowotny, który powinienem
wypełnić przed ósmą rano następnego dnia... oraz złożony arkusz,
wyglądający po rozłożeniu jak schemat okablowania z nazwami.
- To ona. Potrafisz znaleźć, gdzie się znajdujesz? Pamiętaj swój numer
pokoju: poziom Babka, ćwiartka wschodnia, tunel ósmy, pokój pięćdziesiąt
jeden. Zapisz sobie.
- Mam to już zapisane na przydziale pokoju.
- W takim razie go nie zgub. - Dane sięgnął za szyję i zwolnił się z haczyka, pozwalając, by szczątkowe ciążenie zepchnęło go na podłogę. -
To może teraz rozejrzyj się trochę po okolicy. Przyjdę tu po ciebie.
Chcesz teraz jeszcze o coś zapytać?
Zastanawiałem się, podczas gdy on wyglądał na zniecierpli-wionego.
- Cóż... mogę ci zadać osobiste pytanie, Dane? Wylatywałeś już?
- Sześć kursów. No dobra, do zobaczenia o dwudziestej drugiej.
Potem pchnął elastyczne drzwi, wysunął się na gęsto obrośnięty korytarz
i zniknął.
Pozwoliłem sobie opaść - bardzo łagodnie, bardzo powoli - na moje jedyne
prawdziwe krzesło i spróbowałem zmusić się do zrozumienia, że stoję na
progu wszechświata.
Nie wiem, czy potrafię wam opisać to uczucie, jak wszechświat wyglądał
dla mnie z Gateway: jak bycie młodym z Pełnym Pakietem Medycznym. Jak
menu w najlepszej restauracji świata, gdy ktoś inny będzie płacił
rachunek. Jak właśnie spotkana dziewczyna, której się podobasz. Jak
nieotwarty prezent.
To, co jako pierwsze uderza na Gateway, to maleńkie rozmiary tuneli.
Wydają się jeszcze mniejsze przez obłożenie skrzynkowymi doniczkami z roślinnością, zawroty głowy z powodu mikrograwitacji i smród. Gateway
trzeba przyswajać małymi kawałkami. Nie da się zobaczyć naraz całości:
jest jedynie labiryntem skalnych tuneli. Nie jestem nawet pewien, czy
wszystkie zostały już zbadane. Z pewnością są całe kilometry takich, do
których nikt nigdy nie zagląda, a przynajmniej niezbyt często.
Tacy właśnie byli Heechee. Przechwycili asteroidę, obłożyli ją metalową
ścianą, wykopali tunele i napełnili je swoimi rzeczami - choć, gdy tam
dotarliśmy, większość była pusta, jak ze wszystkim, co w całym
wszechświecie kiedyś należało do Heechee. A potem odeszli, mając jakiś
swój powód do odejścia.
Najbliższe, co na Gateway można uznać za centrum, to Rynek Heechee:
wrzecionowata jaskinia blisko geometrycznego centrum asteroidy. Mówią,
że Heechee mieszkali tam, gdy budowali Gateway. My też, a przynajmniej
blisko tego miejsca - wszyscy nowi ludzie z Ziemi. Oraz z innych miejsc:
krótko przed nami przyleciał statek z Wenus. Tam znajdują się mieszkania
firmowe. Później, jeśli wzbogacimy się na wyprawie poszukiwawczej,
będziemy mogli przenieść się bliżej powierzchni, gdzie było trochę
większe ciążenie i panował mniejszy hałas. A przede wszystkim mniej
śmierdziało. Parę tysięcy osób oddychało tym samym powietrzem co ja.
Pili, sikali i wypuszczali gazy, emitując do atmosfery wszystkie swoje
wonie. Większość ludzi nie zostawała tu na długo, ale ich wonie tak.
Nie przejmowałem się smrodem, nie przejmowałem się niczym. Gateway była
moim szczęśliwym kuponem loteryjnym do Pełnego Pakietu Medycznego, domu
z dziewięcioma pokojami, gromadki dzieci i mnóstwa radości. Już raz
wygrałem na loterii, więc dość optymistycznie podchodziłem do możliwości
kolejnej wygranej.
To wszystko było bardzo podniecające, choć równocześnie dość obskurne.
Nie widziałem wielu luksusów. Za 238575 dolarów dostałem transport na
Gateway, jedzenie, mieszkanie i powietrze na dziesięć dni, skrócony kurs
obsługi statku i zaproszenie do zgłoszenia się na następną wylatującą
wyprawę. Na dowolnym statku, który mi się spodoba. Nie każą ludziom
wsiadać na żadną konkretną jednostkę, właściwie w ogóle nie każą im
nigdzie lecieć.
Korporacja nic na tym nie zarabia, wszystkie ceny ustawiono pod kątem
pokrycia kosztów. Co nie oznacza, że ceny są niskie i zdecydowanie nie
znaczy, że dostaje się coś dobrego. Jedzenie było praktycznie takie samo
jak wykopywane przeze mnie i spożywane przez całe życie. Pokój miał
rozmiar dużej szafy, z jednym krzesłem, kilkoma szafkami, rozkładanym
stołem i hamakiem, który można było rozwiesić w kącie, gdy człowiek
chciał się przespać.
Moimi sąsiadami była rodzina z Wenus. Zobaczyłem ich przez niedomknięte
drzwi. Niesamowite! Cała czwórka śpiąca w jednej z tych klitek!
Wyglądało na to, że jeden hamak przypadał na dwie osoby. Po drugiej
stronie był pokój Sheri. Poskrobałem w jej drzwi, ale nie odpowiedziała.
Drzwi nie były zamknięte. Na Gateway nikt ich nie zamyka, a jednym z powodów jest fakt, że nie bardzo jest co kraść. Sheri nie było w pokoju.
Rzeczy, które miała na sobie na statku, porozrzucała po całym pokoju.
Domyśliłem się, że wyszła zwiedzać, i pożałowałem, że nie dotarłem tu
chwilę wcześniej. Chciałbym mieć towarzystwo podczas eksploracji.
Oparłem się o bluszcz wyrastający ze ściany tunelu i wyciągnąłem mapę,
która podsunęła mi kilka pomysłów na miejsca do odwiedzenia. Znajdowały
się na niej miejsca podpisane "Central Park" i "Jezioro Superior". Co to
było? Zaciekawiło mnie też potencjalnie interesujące "Muzeum Gateway"
oraz "Szpital Końcowy", co brzmiało dość ponuro, choć później
dowiedziałem się, że "końcowy" miało oznaczać koniec trasy, po powrocie
z wyprawy. Korporacja musiała wiedzieć, że nazwa brzmi dwuznacznie, ale
nigdy nie wkładała wiele wysiłku w próby pudrowania rzeczywistości dla
poszukiwaczy.
Jednak tak naprawdę chciałem zobaczyć statek.
Gdy tylko ta myśl rozkwitła w mojej głowie, zrozumiałem, że bardzo tego
pragnę. Zacząłem szukać, jak dotrzeć do powierzchni asteroidy, gdzie
oczywiście znajdowały się doki statków. Zaczepiony jedną ręką o poręcz w drugiej trzymałem rozłożoną mapę. Znalezienie mojej lokalizacji nie
zajęło mi dużo czasu. Byłem przy skrzyżowaniu pięciu korytarzy
oznaczonym na mapie "Wschodnia gwiazda, Babka G". Jeden z pięciu tuneli
prowadził do szybu ku powierzchni, ale nie potrafiłem stwierdzić, który
to.
Ruszyłem w głąb przypadkowego, dotarłem do ślepego zaułka i w drodze
powrotnej poskrobałem w drzwi, chcąc zapytać o drogę. Otworzyły się.
- Przepraszam... - powiedziałem... i zamilkłem.
Mężczyzna, który mi otworzył, wydawał się równie wysoki jak ja, ale
wcale taki nie był. Miał oczy na tym samym poziomie, co ja, ale kończył
się w talii. Nie miał nóg.
WITAJ NA GATEWAY!
Gratulacje! Jesteś jedną z bardzo nielicznych osób, które co roku mogą stać się ograniczonymi partnerami Gateway Entrerprises Inc. Twój pierwszy obowiązek to podpisanie załączonej Umowy o współpracy. Nie musisz tego robić od razu. Zachęcamy do uważnego przestudiowania umowy i skorzystania z pomocy prawnej, jeśli jest dostępna. Jednakże do czasu podpisania umowy nie możesz korzystać z kwater Korporacji, spożywać posiłków w korporacyjnej stołówce ani uczestniczyć w kursach instruktażowych Korporacji.
Hotel i restauracja Gateway oferują kwatery i wyżywienie dla osób będących tu gośćmi lub tych, które nie zechcą podpisać Umowy o współpracy.
Powiedział coś, ale go nie zrozumiałem, bo to nie było po angielsku.
Zresztą i tak całą moją uwagę pochłonął jego widok. Był ubrany w zwiewną
jasną tkaninę rozpiętą od nadgarstków do talii i powoli machał
skrzydłami, by utrzymać się w powietrzu. W bardzo niskim ciążeniu
Gateway nie było to trudne, ale na pewno zaskakujące.
- Przepraszam - rzuciłem. - Chciałem tylko zapytać o drogę na poziom
Tanya. - Próbowałem się nie gapić, ale niezbyt mi to wychodziło.
Uśmiechnął się, odsłaniając białe zęby w starej twarzy bez zmarszczek.
Czarne oczy patrzyły spod czuba krótkich, białych włosów. Przepchnął się
obok mnie na korytarz i odpowiedział w doskonałej angielszczyźnie.
- Oczywiście. Na pierwszym skrzyżowaniu proszę skręcić w prawo. Potem do
następnej gwiazdy i drugi korytarz na lewo. Będzie opisany. - Ruchem
głowy wskazał w stronę gwiazdy.
Podziękowałem i zostawiłem go unoszącego się za mną. Miałem ochotę się
obejrzeć, ale wydawało się to nieuprzejme. Dziwne. Nie przyszło mi do
głowy, że na Gateway mogą mieszkać kaleki.
Byłem wtedy aż tak naiwny.
Spotykając go, poznałem Gateway w sposób, w jaki nie dało się jej poznać
na podstawie liczb. Same statystyki są dość jasne i wszyscy je
studiowaliśmy: wszyscy, którzy przylecieli tu, by zostać poszukiwaczami,
i dużo większa liczba tych, którzy tylko o tym marzyli. Około
osiemdziesięciu procent lotów z Gateway wraca z pustymi rękami. Około
piętnastu procent w ogóle nie wraca. Czyli średnio jedna osoba na
dwadzieścia wraca z wyprawy poszukiwawczej z czymś, na czym Gateway -
albo ogólnie, cała ludzkość - może zarobić. Nawet pośród nich większość
może uznać się za szczęśliwców, jeśli dostaną dość, by pokryć koszty
dostania się tutaj.
A jeśli podczas wyprawy ucierpisz... cóż, masz pecha. Szpital Końcowy jest
wyposażony równie dobrze, jak każdy inny, jednak żeby skorzystać z tego
sprzętu, najpierw musisz się do niego dostać. Przelot może trwać całe
miesiące. Jeśli poszukiwaczowi coś przydarzy się na drugim końcu podróży
- a zwykle tak właśnie się dzieje - niewiele można zrobić do czasu, aż
wróci na Gateway. Wtedy może być już za późno, żeby go połatać, a prawdopodobnie także za późno, by utrzymać przy życiu.
UTRZYMANIE FUNKCJONOWANIA GATEWAY
Aby pokryć koszt utrzymania Gateway, wszystkie przebywające tu osoby są zobowiązane do pokrycia przypadających na każdą osobę kosztów powietrza, kontroli temperatury, administracyjnych i innych. W przypadku gości ten koszt jest ujęty w opłacie hote-lowej.
Stawki za osobę są ogólnie dostępne. Podatek można zapłacić z wyprzedzeniem nawet do jednego roku. Brak pokrycia kosztów utrzymania spowoduje niezwłoczne wydalenie z Gateway.
Uwaga: nie można zagwarantować dostępności statku, który przyjmie wydalane osoby.
Tak przy okazji, to podróż powrotna do domu jest bezpłatna. Rakiety
zawsze przylatują z większym ładunkiem, niż wracają. Nazywają to
stratami.
Można wrócić za darmo, ale... Do czego?
Puściłem linę w dół na poziomie Tanya, skręciłem do tunelu i wpadłem na
mężczyznę w czapce i z opaską. Policja korporacyjna. Nie mówił po
angielsku, ale wskazał ręką, a jego rozmiary były wystarczającym
argumentem. Chwyciłem linę ciągnącą w górę, wjechałem poziom wyżej,
przeszedłem do innego szybu i spróbowałem ponownie.
Jedyna różnica była taka, że tym razem strażnik mówił po angielsku.
- Nie możesz tam wejść - powiedział.
- Chcę tylko zobaczyć statki.
- Jasne. Nie wolno. Nie masz niebieskiej plakietki - powiedział,
dotykając swojej. - Mają je tylko specjaliści Korporacji, wylatujące
załogi i obsługa techniczna.
- Jestem z obsługi technicznej.
Wyszczerzył się.
- Jesteś świeżym narybkiem z ziemskiego transportowca, co? Zostaniesz
załogą, gdy zapiszesz się na lot i ani chwili wcześniej. Wracaj na górę.
- Rozumiesz, jak się czuję, prawda? - spróbowałem argumentacji. - Chcę
tylko popatrzeć.
- Nie możesz, aż do ukończenia kursu. Ale zabiorą was tutaj w ramach
szkolenia. Później będziesz ich widział więcej, niżbyś chciał.
Jeszcze chwilę próbowałem dyskutować, ale miał zbyt dużo argumentów po
swojej stronie. Jednak gdy dotarłem do liny w górę, cały tunel jakby się
szarpnął i w moje uszy uderzyła ściana dźwięku. Przez moment myślałem,
że asteroida się rozpada. Obejrzałem się na strażnika, który dość
przyjaźnie wzruszył ramionami.
- Mówiłem tylko, że nie możesz ich zobaczyć - skomentował. - Nie było
mowy o słyszeniu.
Przełknąłem cisnące mi się na usta okrzyki przejęcia i zamiast tego
zadałem pytanie:
- Jak myślisz, dokąd leci?
- Wróć za sześć miesięcy, może wtedy będziemy już wiedzieć.
Cóż, nie było w tym żadnego powodu do szczęścia, ale i tak czułem
upojenie. Po tych wszystkich latach w kopalniach żywności, oto ja, nie
tylko na Gateway, ale dokładnie tam, w chwili gdy jacyś dzielni
poszukiwacze wyruszali w podróż, która zapewni im sławę i niewiarygodne
bogactwo! Pal diabli szanse. To naprawdę było życie w pierwszym szeregu.
Zamyślony przestałem zwracać uwagę na otoczenie i w efekcie zgubiłem
się, wracając. Dotarłem na poziom Babka spóźniony dziesięć minut.
Dane Metchnikov odchodził właśnie od moich drzwi i chyba mnie nie
poznał. Gdybym nie wyciągnął ręki, chybaby mnie minął.
- Och - sapnął. - Spóźniłeś się.
- Poszedłem na poziom Tanya, chciałem obejrzeć statki.
- Och. Nie wolno tam wchodzić, chyba że masz niebieską plakietkę albo
bransoletę.
Cóż, już się tego dowiedziałem, prawda? Ruszyłem za nim, nie marnując
energii na dalsze próby rozmowy.
Metchnikov był dość blady, poza cudownie wyszukanymi zawiniętymi
bokobrodami biegnącymi wzdłuż linii szczęki. Prawdopodobnie były
nawoskowane, dzięki czemu każda fala żyła własnym życiem. Choć
"nawoskowane" nie było właściwym określeniem. Tworzyło je coś oprócz
włosów, ale cokolwiek to było, nie usztywniało ich. Wszystko ruszało się
razem z nim, a gdy mówił lub się uśmiechał, mięśnie powiązane z żuchwą
sprawiały, że broda falowała i płynęła. Kiedy w końcu dotarliśmy do
Niebieskiego Piekła, wreszcie się uśmiechnął. Postawił mi pierwszego
drinka, starannie wyjaśniając, że taki był zwyczaj, ale też zwyczaj
wymagał tylko jednego. To ja postawiłem drugiego. Uśmiech pojawił się,
gdy zapłaciłem za trzeciego.
Przy hałasie panującym w Niebieskim Piekle rozmowa nie była łatwa, ale
powiedziałem mu o starcie, który słyszałem.
- Racja - rzucił, unosząc kieliszek. - Oby im się udał lot. Miał na ręce
sześć świecących błękitem bransoletek z metalu Heechee, niewiele
grubszych od drutu. Zabrzęczały cicho, gdy przełykał połowę drinka.
- Czy to to, co myślę? - zapytałem. - Jedna na każdy lot?
Wypił drugą połowę napoju.
- Zgadza się. A teraz idę tańczyć - powiedział.
Podążyłem za nim wzrokiem, gdy ruszył ku kobiecie w świetlistym różowym
sari. Zdecydowanie nie był gadatliwy.
Z drugiej strony przy tym poziomie hałasu i tak nie dało się rozmawiać.
CZYM JEST GATEWAY?
Gateway to artefakt stworzony przez tak zwanych Heechee. Wydaje się, że został zbudowany na bazie asteroidy lub jądra nietypowej komety. Nie wiemy, kiedy to nastąpiło, ale zdecydowanie przed powstaniem ludzkiej cywilizacji.
Środowisko wewnątrz Gateway przypomina Ziemię, z wyjątkiem bardzo niskiego ciążenia. (Tak naprawdę go nie ma, ale siła odśrodkowa wynikająca z ruchu obrotowego Gateway daje podobny efekt). Przybysze z Ziemi zapewne zauważyli pewne problemy z oddychaniem przez pierwsze kilka dni, co wynika z niskiego ciśnienia atmosferycznego. Jednakże ciśnienie parcjalne tlenu jest takie samo jak na wysokości dwóch tysięcy metrów na Ziemi i w zupełności wystarczające dla osób o normalnym stanie zdrowia.
Nie bardzo też dało się tańczyć. Niebieskie Piekło znajdowało się w środku Gateway, stanowiąc część wrzecionowatej jaskini. Siła odśrodkowa
była tu tak mała, że nie ważyliśmy więcej niż kilogram czy półtora,
zatem gdyby ktokolwiek próbował walca albo polki, pofrunąłby w powietrze. Zamiast tego wykonywano coś w rodzaju tańców bez dotykania,
często spotykanych na szkolnych potańcówkach. Pewnie wymyślono je po to,
by czternastoletni chłopcy nie musieli patrzeć pod zbyt ostrym kątem do
góry na czternastoletnie dziewczyny, z którymi tańczą. Stopy w zasadzie
nie odrywały się od podłoża, ale za to głowa, ręce, barki i biodra
wyginały się we wszystkie strony. Choć osobiście lubię dotyk, to nie
można mieć wszystkiego. W każdym razie lubię taniec.
Po drugiej stronie sali zobaczyłem Sheri ze starszą kobietą, którą
uznałem za jej opiekunkę, i zatańczyłem z nią jeden kawałek.
- Jak ci się na razie podoba?! - wykrzyczałem przez muzykę odtwarzaną z taśmy.
Kiwnęła głową i coś odkrzyknęła, lecz nic z tego nie zrozumiałem.
Tańczyłem z wielką czarną kobietą z dwiema bransoletkami, potem znowu z Sheri, z dziewczyną podsuniętą mi przez Dane'a Metchnikova, chyba
dlatego że chciał się jej pozbyć, potem z wysoką kobietą o wyrazistej
twarzy i najczarniejszych, najgęstszych brwiach, jakie kiedykolwiek
widziałem pod kobiecą fryzurą. (Włosy splotła w dwa warkoczyki wędrujące
za nią przy każdym ruchu). Ona też miała kilka bransolet. Między tańcami
piłem.
W lokalu ustawiono stoły przewidziane dla ośmiu lub dziesięciu osób, ale
nie było tu wiele takich grup. Ludzie siadali, gdzie chcieli, i zajmowali sobie wzajemnie miejsca, nie martwiąc się, czy poprzedni
właściciel wróci. Przez chwilę siedziało ze mną sześcioro marynarzy w mundurach brazylijskiej floty, rozmawiając ze sobą po portugalsku. Na
jakiś czas dołączył do mnie mężczyzna ze złotym kolczykiem, ale jego
słów też nie potrafiłem zrozumieć. (Choć dość dobrze wiedziałem, czego
chciał).
Ten problem utrzymywał się przez cały czas mojego pobytu w Gateway. I wciąż występuje. Gateway wygląda jak konferencja międzynarodowa, gdy
zepsuje się sprzęt do tłumaczenia. Sporo słyszy się czegoś w rodzaju
uniwersalnego języka, sklejonych kawałków z wielu różnych języków w stylu "Ecoutez, gospodin, tu es verreckt". Dwa albo trzy razy tańczyłem
z jedną z Brazylijek, chudą ciemną dziewczyną z orlim nosem i pięknymi
brązowymi oczami, i próbowałem powiedzieć kilka prostych słów. Może mnie
rozumiała. Jeden z mężczyzn, z którymi była, mówił dobrze po angielsku i przedstawił zarówno siebie, jak i pozostałych. Nie zapamiętałem żadnych
nazwisk oprócz jego, Francesco Hereira. Postawił mi drinka i pozwolił mi
postawić kolejkę całej grupie, a potem do mnie dotarło, że już go
widziałem: był członkiem grupy, która przeszukiwała nas po przylocie.
Gdy o tym rozmawialiśmy, pojawił się przy mnie Dane i burknął mi do
ucha:
- Idę zagrać. Do zobaczenia, chyba że naprawdę chcesz iść.
Nie było to najserdeczniejsze zaproszenie, ale hałas w Niebieskim Piekle
zaczynał bardzo mi doskwierać. Ruszyłem za nim i odkryłem pełnowymiarowe
kasyno tuż obok Niebieskiego Piekła, ze stołami do blackjacka, pokera,
powolną ruletę z wielką, ciężką kulą, stoliki do gry w kości, które
odbijały się w nieskończoność, a nawet wydzieloną sekcję do bakarata.
Metchnikov ruszył do stołów blackjacka i zaczął stukać palcami w tył
krzesła gracza, czekając na wolne miejsce. Wtedy też dotarło do niego,
że też tu jestem.
- Och. - Rozejrzał się po sali. - W co lubisz grać?
- Grałem we wszystko - rzuciłem trochę niewyraźnie. Może też trochę się
przechwalając. - Może trochę bakarata.
Najpierw popatrzył na mnie z szacunkiem, potem z rozbawieniem.
- Minimalna stawka to pięćdziesiąt.
Zostało mi na koncie pięć albo sześć tysięcy dolarów. Wzruszyłem
ramionami.
- Pięćdziesiąt tysięcy - sprecyzował.
Zakrztusiłem się.
- W ruletkę możesz zagrać za dziesięć dolarów - powiedział nieobecnym
głosem, przechodząc za plecy gracza, któremu kończył się stosik żetonów.
- Większość pozostałych to minimum sto. Och, i chyba jest tu gdzieś
automat na dziesiątki. - Szybkim ruchem zajął opuszczone krzesło.
Rozejrzałem się po kasynie i zauważyłem, że dziewczyna z czarnymi
brwiami siedzi przy tym samym stole, z uwagą studiując swoje karty. Nie
podniosła wzroku.
Dotarło do mnie, że nie będzie mnie tu stać na zbyt wiele hazardu.
Zrozumiałem, że tak naprawdę wcale mnie nie stać na te wszystkie
kupowane drinki, a potem mój system wewnętrzny zaczął mi uświadamiać, że
wypiłem ich naprawdę wiele. Ostatnie, co pamiętam, to szybki marsz do
mojego pokoju.
SYLVESTER MACKLEN: OJCIEC GATEWAY
Gateway została odkryta przez Sylvestra Macklena, badacza tuneli na Wenus, który w odkrywce znalazł działający statek Heechee. Udało mu się wydobyć go na powierzchnię i przylecieć nim na Gateway, gdzie pozostaje teraz w doku 5-33. Niestety Macklen nie był w stanie wrócić i choć udało mu się zasygnalizować swoją obecność przez wysadzenie zbiornika z paliwem lądownika swojego statku, zmarł, zanim ekipa badawcza dotarła do Gateway.
Macklen był dzielnym i zaradnym człowiekiem, a jego wyjątkowe zasługi dla ludzkości upamiętnia tablica zamieszczona w doku 5-33. W odpowiednich porach przedstawiciele różnych wyznań odprawiają tam nabożeństwa.
Rozdział 7.
7
Leżę na materacu i nie jest mi zbyt wygodnie. To znaczy fizycznie.
Niedawno przeszedłem operację i szwy chyba się jeszcze nie wchłonęły.
- Rozmawialiśmy o twojej pracy, Rob - stwierdza Zygfryd.
To nudne, ale bezpieczne.
- Nienawidziłem swojej pracy - odpowiadam. - Jak można nie nienawidzić
kopalni żywności?
- Ale zatrzymałeś ją, Rob. Nigdy nawet nie próbowałeś iść gdzie indziej.
Mogłeś na przykład przerzucić się na morskie farmy. I porzuciłeś szkołę.
- Twierdzisz, że zakopałem się w rutynie?
- Niczego nie twierdzę, Rob. Pytam, co o tym myślisz.
- Cóż. Chyba w pewnym sensie to zrobiłem. Myślałem o jakiejś zmianie.
Bardzo dużo o tym myślałem.
Przypominam sobie, jak było podczas wczesnych, świetnych dni z Sylwią.
Jak w styczniową noc siedziałem z nią w kokpicie zaparkowanego szybowca
- nie mieliśmy żadnego innego miejsca - i rozmawialiśmy o przyszłości.
Co będziemy robić, kiedy pokonamy los. Moim zdaniem nie ma tam nic dla
Zygfryda. Mówiłem mu o Sylwii, która w końcu wyszła za udziałowca. Ale
zerwaliśmy ze sobą dużo wcześniej. Po chwili odrzucam wspomnienia i próbując jakoś skorzystać z tej sesji, dodaję:
- Przypuszczam, że miałem coś w rodzaju życzenia śmierci.
- Wolałbym, byś nie używał psychiatrycznej terminologii, Rob.
- Ale wiesz, co mam na myśli. Wiedziałem, że czas ucieka. Im dłużej
zostanę w kopalniach, tym trudniej będzie się z nich wydostać. Tylko że
nic innego nie wyglądało lepiej. I miałem rekompensaty. Moją dziewczynę,
Sylwię. Mamę, gdy jeszcze żyła. Przyjaciół. Nawet trochę rozrywek.
Szybowce. Nad wzgórzami świetnie się szybuje, a gdy wzbijesz się
dostatecznie wysoko, Wyoming nie wygląda nawet tak źle i prawie nie czuć
ropy.
- Wspomniałeś swoją dziewczynę, Sylwię. Dobrze się wam układało?
Zawahałem się, pocierając brzuch. Miałem tam teraz prawie pół metra
nowych jelit. Ostatnio stały się strasznie drogie i czasami miało się
wrażenie, że poprzedni właściciel chce je odzyskać. Ciekawe, kim był.
Albo była. Jak zginął. I czy faktycznie? Czy ten człowiek mógł wciąż
żyć, będąc tak biednym, że sprzedawał części siebie tak, jak ładne
dziewczyny sprzedawały ładnie ukształtowane piersi lub uszy?
- Czy łatwo zaprzyjaźniałeś się z dziewczynami, Rob?
- Teraz tak, całkiem nieźle.
- Nie teraz, Rob. Mam wrażenie, że jako dziecko miałeś trudności z zawieraniem przyjaźni.
- Chyba jak każdy?
- Jeśli dobrze rozumiem to pytanie, Robbie, pytasz, czy ktokolwiek
wspomina dzieciństwo jako szczęśliwe i proste doświadczenie. Oczywiście
odpowiedź brzmi "nie". Jednak niektórzy ludzie przenoszą jego skutki na
swoje dorosłe życie bardziej niż inni.
- Właśnie. Wracając teraz myślami do tamtych czasów, dochodzę do
wniosku, że trochę bałem się swojej grupy rówieśniczej... Przepraszam,
Zygfryd! To znaczy innych dzieci. Wszystkie się dobrze znały, cały czas
miały sobie coś do powiedzenia. Tajemnice. Wspólne doświadczenia.
Zainteresowania. Ja byłem samotnikiem.
- Byłeś jedynakiem, Robbie?
- Wiesz, że tak. Właśnie. Może o to chodziło. Moi rodzice pracowali i nie chcieli, żebym bawił się w pobliżu kopalni, bo to było
niebezpieczne. Cóż, faktycznie takie było dla dzieci. Przy tych
maszynach łatwo o wypadki. Albo jeśli dojdzie do osuwiska na hałdach czy
odgazowania. Dużo siedziałem w domu, oglądając telewizję i odtwarzając
kasety. Jedząc. Byłem grubym dzieckiem, Zygfryd. Kochałem przekąski
napakowane skrobią i cukrem, z mnóstwem kalorii. Rodzice rozpuszczali
mnie, kupując więcej jedzenia, niż potrzebowałem.
Wciąż lubię być rozpuszczany. Teraz moja dieta jest dużo wyższej klasy,
nie tak tucząca i z tysiąc razy droższa. Miewam prawdziwy kawior.
Często. Przylatuje do mnie z akwarium w Galveston. Mam prawdziwego
szampana i masło...
- Pamiętam leżenie w łóżku - mówię. - Chyba byłem bardzo mały, miałem
może trzy lata. I miałem mówiącego misia. Brałem go do łóżka i opowiadał
mi historyjki, a ja wsadzałem w niego kredki i próbowałem urwać mu uszy.
Kochałem tę zabawkę, Zygfryd.
Urywam, a Zygfryd natychmiast podejmuje trop.
- Czemu płaczesz, Robbie?
- Nie wiem! - krzyczę z łzami spływającymi mi po policzkach i spoglądam
na zegarek, widząc rozmyte płaczem zielone cyfry. - Och... - mówię bardzo
zwyczajnym tonem i siadam, wciąż ze łzami płynącymi po twarzy, choć z wygaszonym ich źródłem - naprawdę muszę już iść, Zygfryd. Mam randkę. Ma
na imię Tania. Piękna dziewczyna. Orkiestra symfoniczna z Houston.
Uwielbia Mendelssohna i róże, więc chcę sprawdzić, czy uda mi się kupić
trochę tych ciemnoniebieskich hybryd, które będą jej pasować do oczu.
- Rob, zostało nam jeszcze prawie dziesięć minut.
- Nadrobimy to kiedy indziej. - Wiem, że nie może tego robić, więc
szybko dodaję: - Mogę skorzystać z łazienki? Potrzebuję.
507
IRRAY . DOJRZAŁOŚĆ. GOTO
26 830
*M88
26 835
508
,C, Może dojrzałość to pragnienie
26 840
Tego, czego się
26 845
Chce, zamiast tego, co
26 850
każe ci chcieć ktoś
26 855
inny.
26 860
511
XTERNALS @ IF @ GOTO &&
26 865
512
,S, Może, Zygfrydzie, mój stary
26 870
blaszany boże, ale mam wrażenie,
26 875
że dojrzałość umarła.
26 880
- Zamierzasz wydalić z siebie uczucia, Rob?
- Och, nie wymądrzaj się. Wiem, co chcesz powiedzieć. Zdaję sobie
sprawę, że wygląda to jak typowy mechanizm przeniesienia...
- Rob.
- ...no dobrze, no wiesz, wygląda na to, że się wykręcam. Ale naprawdę
muszę iść. No wiesz, do łazienki. A potem do kwiaciarni. Tania jest
bardzo wyjątkowa. To urocza osoba. Nie mówię o seksie, choć on też jest
świetny. Ona potrafi s... ona potrafi...
- Rob? Co próbujesz powiedzieć?
Biorę głęboki wdech i odpowiadam z wysiłkiem:
- Jest świetna w seksie oralnym, Zygfryd.
- Rob?
Rozpoznaję ten ton. Repertuar tonów głosu Zygfryda jest dość
rozbudowany, ale niektóre nauczyłem się już rozpoznawać. Uważa, że
trafił na coś ważnego.
- Co?
- Jakiego określenia używasz, gdy kobieta uprawia z tobą seks oralny?
- Och, Chryste, Zygfryd, cóż to za durna gierka?
- Jak to nazywasz, Rob?
- Ach! Wiesz równie dobrze, jak ja.
- Proszę, powiedz mi jak to nazywasz, Rob.
- Mówią na to na przykład "obciąganie".
- Jak brzmi inne określenie, Rob?
- Jest ich mnóstwo! "Ssie pałę", proszę bardzo. Słyszałem chyba tysiąc
terminów na coś takiego.
- Jakie jeszcze, Rob?
Wzbierały we mnie furia i cierpienie, które nagle wykipiały.
- Nie baw się ze mną w te pieprzone gierki, Zygfryd! - Boli mnie brzuch
i boję się, że zabrudzę sobie spodnie. Jakbym znowu był niemowlęciem. -
Jezu, Zygfryd! Kiedy byłem małym chłopcem, mówiłem do swojego misia.
Teraz mam czterdzieści pięć lat i wciąż rozmawiam z głupią maszyną,
jakby była żywa!
- Ale jest jeszcze inny termin, prawda, Rob?
- Są ich tysiące! Który chcesz usłyszeć?
- Chciałbym poznać wyrażenie, którego zamierzałeś użyć, ale tego nie
zrobiłeś, Rob. Proszę, spróbuj je powiedzieć. Ten termin znaczy dla
ciebie coś szczególnego, przez co nie możesz wypowiedzieć tych słów bez
problemów.
Opadam na materac i tym razem już naprawdę płaczę.
- Proszę, powiedz to, Rob. Jakie to określenie?
- Niech cię diabli, Zygfryd! Schodzi w dół! Właśnie tak. Schodzi w dół,
schodzi w dół, schodzi w dół!
Rozdział 8.
8
- Dzień dobry - powiedział ktoś, odzywając się w samym środku snu o utknięciu w czymś w rodzaju ruchomych piasków pośrodku Mgławicy Oriona.
- Mam dla ciebie herbatę.
Otworzyłem jedno oko i popatrzyłem nad brzegiem hamaka na pobliską parę
czarnych jak węgiel oczu osadzonych w twarzy o piaskowej barwie. Byłem
całkowicie ubrany i miałem kaca. Coś strasznie śmierdziało i po chwili
dotarło do mnie, że to ja.
- Nazywam się Shikitei Bakin - powiedziała osoba z herbatą. - Proszę,
napij się tej herbaty. Pomoże nawodnić tkanki.
Przesunąłem spojrzeniem i zobaczyłem, że kończy się w talii: to był
beznogi mężczyzna z przypiętymi skrzydłami, którego wczoraj spotkałem w tunelu.
- Uch - wydusiłem z siebie, a potem spróbowałem jeszcze raz i udało mi
się odezwać w trochę bardziej artykułowany sposób. - Dzień dobry.
Mgławica Oriona odpływała w sen, podobnie jak poczucie konieczności
przepychania się przez gwałtownie gęstnące chmury gazu. Smród pozostał.
Pokój śmierdział wyjątkowo paskudnie nawet jak na standardy Gateway i dotarło do mnie, że zwymiotowałem na podłogę. Bardzo niewiele dzieliło
mnie od powtórzenia tego. Powoli poruszający powietrze swoimi skrzydłami
Bakin na końcu leniwego wymachu zgrabnie położył zatkaną butelkę na
hamaku obok mnie. Potem podleciał na szczyt moich szafek i usiadł na
nich.
DO KOGO NALEŻY GATEWAY?
Gateway jest czymś wyjątkowym w dziejach ludzkości i szybko zrozumiano, że stanowi zbyt cenny zasób, by przekazać ją jednej grupie osób bądź jednemu rządowi. W wyniku tego powołano Gateway Enterprises, Inc. Gateway Enterprises (zwykle nazywana "Korporacją") to ponadnarodowa korporacja, której głównymi partnerami są rządy Stanów Zjednoczonych Ameryki, Związek Radziecki, Stany Zjednoczone Brazylii, Konfederacja Wenusjańska i Nowy Naród Azji, i której ograniczonymi partnerami są osoby takie jak ty, które podpisały załączoną Umowę o współpracy.
- Wydaje mi się, że dziś rano o ósmej masz badanie medyczne.
- Mam? - Zdołałem odkorkować butelkę i wypić łyk. Herbata była gorąca,
niesłodzona i prawie bez smaku, ale chyba przechyliła skalę w moim
żołądku w stronę niezwracania zawartości ponownie.
- Tak. Tak sądzę. Taki jest zwyczaj. A ponadto twój piezofon dzwonił już
kilka razy.
- Uch? - Wróciłem do niższego poziomu rozwoju.
- Przypuszczam, że twój opiekun dzwonił, żeby o tym przypomnieć. Teraz
jest siódma piętnaście, panie...
- Broadhead - rzuciłem chrapliwie, a potem jeszcze raz, wyraźniej: -
Nazywam się Rob Broadhead.
- Tak. Pozwoliłem sobie dopilnować, żeby się pan obudził. Proszę
korzystać z herbaty, panie Broadhead. I miłego pobytu na Gateway.
Kiwnął głową, pochylił się, poleciał ku podłodze, wykręcił i zniknął.
Czując łupanie w głowie przy każdej zmianie ustawienia, wydostałem się z hamaka, próbując unikać co gorszych plam na podłodze, i jakość udało mi
się doprowadzić się do stanu umiarkowanej czystości. Pomyślałem o goleniu, ale miałem już dwunastodniową brodę i uznałem, że na jakiś czas
ją zostawię. Nie wyglądała już tak bardzo niechlujnie, a chwilowo nie
miałem za dużo siły.
Gdy dotarłem chwiejnie pod gabinet medyczny, okazało się, że spóźniłem
się tylko pięć minut. Pozostali z mojej grupy byli przede mną, więc
musiałem czekać i wejść ostatni. Pobrali ode mnie krew z trzech miejsc -
opuszka palca, żyła na ramieniu i płatek ucha - a ja byłem pewien, że
znajdą w niej mnóstwo alkoholu. Co nie miało znaczenia. Badanie było
czystą formalnością. Jeśli ktoś zdołał przeżyć podróż statkiem
kosmicznym na Gateway, to mógł przeżyć i podróż statkiem Heechee. Chyba
że coś pójdzie nie tak. Jednak w takiej sytuacji i tak pewnie nie
przeżyje, niezależnie od tego, jak bardzo był zdrowy.
Miałem czas na szybki kubek kawy z wózka prowadzonego przez kogoś obok
szybu (działalność prywatna na Gateway? Nie wiedziałem, że coś takiego
istnieje), a potem idealnie na czas trafiłem na pierwszą sesję szkoleń.
Spotkaliśmy się w dużym pomieszczeniu na poziomie Drzewo, długim, wąskim
i niskim. Krzesła ustawiono parami po dwa z boków przejścia, trochę jak
w autobusie przerobionym na klasę. Sheri przyszła spóźniona, choć
wyglądała świeżo i radośnie. Zajęła miejsce obok mnie. Była tam cała
nasza grupa: siódemka z Ziemi, czteroosobowa rodzina z Wenus i jeszcze
parę osób równie zielonych jak ja.
- Wcale nie wyglądasz źle - wyszeptała Sheri, gdy instruktor przekładał
jakieś papiery na biurku.
- Widać kaca?
- Właściwie to nie, ale zakładam, że go miałeś. Słyszałam wczoraj, jak
wracałeś. Właściwie to słyszał cię cały tunel.
Skrzywiłem się. Wciąż czułem swój smród, choć najwyraźniej większość
jego była wewnątrz mnie. Nikt z pozostałych nie próbował się ode mnie
odsuwać, nawet Sheri.
PROCEDURA KORZYSTANIA Z PRYSZNICA
Prysznic automatycznie poda dwa natryski po 45 sekund. Należy się namydlić między natryskami. Masz prawo do jednego prysznica co trzy dni. Można nabyć dodatkowe prysznice w cenie pięciu dolarów za 45 sekund.
Instruktor wstał i przez chwilę przyglądał się nam z namysłem.
- No cóż - stwierdził i z powrotem zajrzał w papiery. Potem pokręcił
głową. - Nie będę sprawdzał obecności - oświadczył. - Prowadzę kurs
obsługi statków Heechee. - Zauważyłem, że nosi wiele bransoletek. Nie
zdołałem ich policzyć, ale było ich przynajmniej sześć. Przez chwilę
myślałem o ciągle spotykanych tu ludziach, którzy wielokrotnie
wylatywali, ale wciąż nie byli bogaci. - To tylko jedno z trzech
szkoleń, jakie przejdziecie. Następne będzie przeżycie w nieznanym
środowisku, a na koniec: jak rozpoznać, co ma wartość. Jednak ten kurs
dotyczy obsługi statków, a naukę zaczniemy od praktyki. Wszyscy za mną.
Wstaliśmy i ruszyliśmy za nim. Poszliśmy w głąb tunelu, potem po linie w dół szybu i obok strażników - może tych samych, którzy wczoraj mnie stąd
przegonili. Tym razem tylko kiwnęli głową instruktorowi i patrzyli, jak
przechodzimy. Dotarliśmy do długiego, szerokiego i niskiego tunelu, w którym z podłogi sterczało kilkanaście brudnych, metalowych cylindrów.
Wyglądały jak osmalone pnie ściętych drzew i dopiero po chwili
zrozumiałem, czym naprawdę są.
Przełknąłem ślinę.
- To statki - wyszeptałem do Sheri głośniej, niż zamierzałem.
Kilka osób obejrzało się na mnie. Zauważyłem, że jedną z nich była
dziewczyna, z którą wczoraj tańczyłem, ta z gęstymi czarnymi brwiami.
Kiwnęła do mnie i uśmiechnęła się. Zauważyłem bransoletki na jej ręce i zaciekawiło mnie, co tu robi... oraz jak jej poszło wczoraj w kasynie.
Instruktor zebrał nas wokół siebie.
- Jak ktoś właśnie zauważył, to statki Heechee. Lądowniki. To ta część,
w której polecicie na planetę, jeśli będziecie mieć dość szczęścia, by
jakąś znaleźć. Nie wyglądają na duże, ale w każdym z tych widocznych tu
kubłów na śmieci zmieści się pięć osób. Nie można powiedzieć, żeby im
było wygodnie, ale się zmieszczą. Oczywiście zasadniczo zawsze
zostawicie jedną osobę w głównym statku, więc w lądowniku znajdą się
najwyżej cztery osoby.
Poprowadził nas obok najbliższego i wszyscy ulegliśmy impulsowi
dotknięcia, podrapania lub poklepania go. Potem rozpoczął wykład.
- Kiedy odkryto Gateway, znajdowały się tu dziewięćset dwadzieścia
cztery takie statki. Na razie około dwustu okazało się niezdolnych do
lotów. W zasadzie nie wiemy dlaczego, po prostu nie działają. Trzysta
cztery wysłano w przynajmniej jeden lot. Trzydzieści trzy z nich są tu
teraz, dostępne do lotów poszukiwawczych. Innych jeszcze nie
wypróbowano.
Wspiął się na masywny cylinder i usiadł na nim, a potem kontynuował.
- Jedna z decyzji, które będziecie musieli podjąć, to czy weźmiecie
jeden z trzydziestu trzech wypróbowanych, czy któryś z tych, które
jeszcze nigdy nie leciały. To znaczy z ludźmi. Będziecie musieli
postawić kasę i wybrać. Tak czy tak, to ryzyko. Duży odsetek statków,
które nie wróciły, był z grupy pierwszych lotów, więc w oczywisty sposób
wiąże się to z pewnym ryzykiem. Co chyba nie powinno dziwić, prawda? W końcu nikt nie robił im żadnych przeglądów Bóg wie jak długo, od kiedy
Heechee je tu zostawili. Z drugiej strony z tymi wypróbowanymi, które
już wróciły bezpiecznie, też wiąże się ryzyko. Nie ma czegoś takiego jak
wieczny ruch. Uważamy, że niektórym z tych, które nie wróciły, po prostu
skończyło się paliwo. Problem w tym, że nie wiemy, czym są napędzane,
jak dużo mają paliwa ani jak stwierdzić, czy statek ma go dość.
Poklepał zajmowany przez siebie cylinder.
- Ten, jak i wszystkie pozostałe, które tu widać, zaprojektowano dla
pięcioosobowej załogi Heechee. Na ile potrafimy stwierdzić. Jednak
wysyłamy je z trójosobową załogą. Wydaje się, że Heechee byli bardziej
niż ludzie tolerancyjni na swoje towarzystwo w zamkniętej przestrzeni.
Są większe i mniejsze statki, ale wskaźniki zaginionych były dla nich
przez kilka ostatnich orbit bardzo złe. To prawdopodobnie tylko
kumulacja pecha, ale... W każdym razie ja osobiście trzymałbym się Trójki.
Wy możecie robić, co chcecie. Dochodzimy teraz do drugiego koniecznego
wyboru, czyli z kim lecieć. Miejcie oczy otwarte. Szukajcie towarzyszy...
Co?
Sheri machała ręką, aż w końcu udało jej się przyciągnąć jego uwagę.
- Powiedział pan "bardzo złe" - odezwała się. - Co to dokładnie znaczy?
- W ciągu ostatniej orbity podatkowej wracało około trzech z dziesięciu
Piątek - cierpliwie wyjaśnił instruktor. - To największe statki. Jednak
w kilku przypadkach po ich otwarciu znaleźliśmy martwe załogi.
- Tak - przyznała Sheri. - To bardzo źle.
- Nie, to wcale nie jest tak źle w porównaniu ze statkami
jednoosobowymi. Dwie orbity temu przez całą orbitę wróciła tylko jedna
Jedynka. To jest źle.
- Z czego to wynika? - zapytał ojciec rodziny tunelowych szczurów.
Nazywali się Forehand.
Instruktor przyglądał mu się przez chwilę.
- Jeśli kiedyś się dowiesz, nie zapomnij poinformować innych -
powiedział. - No dobrze. Jeśli chodzi o dobór załogi, będzie dla was
lepiej, jeśli zdołacie znaleźć kogoś, kto już wylatywał. Może wam się to
uda, może nie. Poszukiwacze, którzy się bogacą, zasadniczo z tym kończą,
a tacy, którym wciąż mało, mogą nie chcieć rozbijać zespołów. A to
znaczy, że większość z was, żółtodziobów, będzie musiała lecieć z innymi
dziewicami. Hm. - Rozejrzał się z namysłem. - Cóż, ruszajmy. Podzielcie
się na trzyosobowe grupy - nie przejmujcie się tym, kogo macie w grupie,
teraz jeszcze nie wybieracie partnerów - i wejdźcie do jednego z otwartych lądowników. Niczego nie dotykajcie. Statki powinny być w trybie nieaktywnym, ale muszę wam zdradzić, że nie zawsze takie
pozostają. Po prostu wejdźcie do środka, zejdźcie na dół do kabiny
sterowania i poczekajcie, aż dołączy do was instruktor.
Wtedy pierwszy raz usłyszałem, że są też inni instruktorzy. Rozejrzałem
się, próbując zgadnąć, kto tu jest nauczycielem, a kto nowicjuszem.
- Jakieś pytania? - rzucił.
- Tak. - Znowu Sheri. - Jak się pan nazywa?
- Znowu zapomniałem się przedstawić? Jestem Jimmy Chou. Miło mi was
poznać. No, chodźmy.
Teraz wiem dużo więcej, niż wtedy tamten instruktor, włącznie z tym, co
stało się z nim pół orbity później - biedny stary Jimmy Chou, wyleciał
przede mną i wrócił martwy, gdy byłem w drugim locie. Oparzenia z rozbłysków, podobno nawet wypaliło mu oczy. Ale wtedy on był starym
wygą, a dla mnie to wszystko było bardzo dziwne i cudowne.
Przecisnęliśmy się więc przez dziwny eliptyczny właz, który umożliwiał
przejście między silnikami i w dół, do kapsuły lądownika, a potem po
drabinie piętro niżej, do zasadniczego pojazdu.
Rozglądaliśmy się wokół, trójka Ali Babów w jaskini skarbów.
Usłyszeliśmy szuranie w górze i z włazu wyłoniła się głowa. Miała
krzaczaste brwi i ładne oczy, a należała do dziewczyny, z którą wczoraj
tańczyłem.
- Dobrze się bawicie? - zapytała. Trzymaliśmy się razem najdalej, jak
się dało, od wszystkiego, co wyglądało na ruchome, i wątpię, żebyśmy
wyglądali swobodnie. - Nic nie szkodzi - stwierdziła. - Po prostu się
rozejrzyjcie. Oswójcie się z tym. Jeszcze się na to wszystko
napatrzycie. Ten pionowy rząd kół ze sterczącymi małymi szprychami? To
selektor celów. To najważniejsza rzecz, której teraz nie wolno wam
dotykać... a może nawet nigdy. Ta złota spirala obok ciebie, blondynko?
Czy ktoś się domyśla, do czego to służy?
Wywołana blondynka, będąca jedną z córek Forehanda, odsunęła się od
obiektu i pokręciła głową. Ja też pokręciłem, ale Sheri zaryzykowała
przypuszczenie.
- Może wieszak na kapelusze?
Instruktorka przyjrzała mu się z namysłem.
- Hmm. Nie, nie wydaje mi się, ale nie tracę nadziei, że ktoś z żółtodziobów będzie znał odpowiedź. Nikt z nas tego nie wie. Czasami
podczas lotu robi się gorąca i nikt nie zna powodu. Ubikacja jest tutaj.
Będziecie z nią mieli mnóstwo frajdy. Ale działa i nauczycie się
obsługi. Możecie rozwiesić hamaki i spać tutaj... a właściwie to
gdziekolwiek zechcecie. Ten kąt i tamto zagłębienie to dość martwa
przestrzeń. Jeśli znajdziecie się w załodze, która będzie chciała
prywatności, możecie je zasłonić. Przynajmniej częściowo.
- Czy nikt z was nie lubi się przedstawiać? - zapytała Sheri.
Instruktorka uśmiechnęła się szeroko.
- Jestem Gelle-Klara Moynlin. Chcecie wiedzieć o mnie więcej? Poleciałam
dwa razy i nie zarobiłam, więc zabijam czas, aż pojawi się właściwy lot.
Pracuję więc jako pomocnicza instruktorka.
- Skąd będziesz wiedzieć, który lot jest właściwy? - zapytała dziewczyna
Forehandów.
- Bystra jesteś. Dobre pytanie. To kolejne z tych pytań, które lubię
słyszeć, bo dowodzi, że myślicie, ale jeśli jest na nie dobra odpowiedź,
to jej nie znam. Zobaczmy. Wiecie już, że ten statek to Trójka. Ma na
koncie sześć lotów, ale można z umiarkowanym
prawdopodobieństwem założyć, że zostało mu dość paliwa na jeszcze parę.
Wolałabym raczej polecieć nim niż Jedynką. To coś dla odważnych
hazardzistów.
- Tak powiedział pan Chou - przyznała dziewczyna Forehandów. - Ale tata
mówi, że przejrzał wszystkie rejestry od pierwszej orbity i jedynki
wcale nie są takie złe.
- Twój tata może wziąć moją - odpowiedziała Gelle-Klara Moynlin. - Tu
nie chodzi tylko o statystyki. Jedynki są samotne. W każdym razie jedna
osoba tak naprawdę nie poradzi sobie ze wszystkim - jeśli będziesz miała
szczęście, potrzebujesz towarzyszy. Kogoś na orbicie: większość z nas
zostawia jedną osobę na
CZYM ZAJMUJE SIĘ KORPORACJA?
Celem Korporacji jest wykorzystanie pojazdów kosmicznych pozostawionych przez Heechee oraz handel, rozwój oraz inne wykorzystanie wszystkich artefaktów, dóbr, surowców lub innych wartościowych rzeczy odkrytych z użyciem tych pojazdów.
Korporacja zachęca do komercyjnego rozwoju technologii Heechee i dzierżawi ją w tym celu na zasadzie tantiem. Jej dochody wykorzystywane są do wypłacania stosownych udziałów ograniczonym partnerom, którzy przyczyniają się do odkrywania nowych wartościowych obiektów; do pokrywania kosztów utrzymania samej Gateway oprócz kwot uzyskiwanych z podatków na utrzymanie; do wypłacania wszystkim zasadniczym partnerom dorocznej kwoty wystarczającej na pokrycie kosztów utrzymania nadzoru w formie krążowników kosmicznych na pobliskich orbitach; do utworzenia i utrzymania odpowiedniej rezerwy na nieprzewidziane sytuacje oraz do wykorzystania pozostałej kwoty dochodów na wspieranie badań i rozwoju pozyskanych cennych obiektów. W ostatnim roku finansowym zakończonym 30 lutego łączne dochody Korporacji przekroczyły 3,7 x 1012 dolarów amerykańskich.
statku, tak jest bezpieczniej. Przynajmniej ktoś może polecieć po pomoc,
jeśli zrobi się nieprzyjemnie. Więc dwie osoby wchodzą do lądownika,
żeby się rozejrzeć. Oczywiście, jeśli znajdziecie coś wartościowego,
musicie się podzielić. Jeśli traficie na coś dużego, będzie mnóstwo do
podziału, a jeśli nie, to wiedzcie, że jedna trzecia niczego wcale nie
jest mniejsza od całości.
- Czy w takim razie nie byłoby jeszcze lepiej w Piątce? - spytałem.
Klara spojrzała na mnie i mrugnęła. Nie sądziłem, że zapamiętała mnie z wczorajszego tańca.
- Może tak, może nie. Problem z piątkami polega na tym, że mają prawie
nieograniczoną akceptację celów.
- Możesz to wyjaśnić? - poprosiła Sheri.
- Piątki zaakceptują mnóstwo celów, których nie przyjmą Trójki ani
Jedynki. Myślę, że to z powodu poziomu zagrożenia w tych celach.
Najgorszy powrót statku, jaki widziałam, to była Piątka. Cała
pobrużdżona, przypalona i powgniatana. Nikt nie wie, jak w ogóle zdołała
wrócić. Nikt nie wie też, gdzie była, ale słyszałam, jak ktoś mówił, że
to mogła być fotosfera gwiazdy. Załoga nie mogła powiedzieć, bo byli
martwi. Oczywiście opancerzona Trójka ma poziom akceptacji celów niemal
równie wysoki jak Piątka, ale w którą stronę się nie obrócisz,
ryzykujesz. No dobrze, to bierzmy się do tego, co? Ty... - wskazała Sheri
- usiądź tutaj.
Dziewczyna Forehandów i ja przepchnęliśmy się między ludźmi i sprzętami
Heechee, żeby zrobić miejsce. Nie było go wiele. Gdyby wynieść wszystko
z Trójki, zyskałoby się pomieszczenie o rozmiarach mniej więcej cztery
na trzy na trzy metry, ale oczywiście, gdyby wszystko wynieść, to
nigdzie by nie poleciała.
Sheri usiadła przed kolumną kół ze szprychami i spróbowała zmieścić
pośladki na siodełku.
- Jakie zadki mieli ci Heechee? - zapytała.
- Jeszcze jedno dobre pytanie, i znowu bez odpowiedzi - zareagowała
instruktorka. - Jeśli się dowiesz, to nam powiedz. Korporacja zawiesza
siatkę na siedzeniu, ale to nie jest oryginalny sprzęt. Dobrze. To, na
co patrzysz, to selektor celów. Połóż dłoń na jednym z kół. Dowolnym. Po
prostu nie dotykaj żadnego innego. A teraz je obróć.
Przyglądała się z uwagą, jak Sheri dotyka dolnego koła, potem naciska je
palcami, a później kładzie na nim całą dłoń, zapiera się o ustawione w kształcie litery V boki siedzenia i pcha. W końcu koło się poruszyło, a światła wzdłuż rzędu kół zaczęły migotać.
- Rety, oni musieli być bardzo silni! - rzuciła Sheri.
Po kolei próbowaliśmy obracać to koło - Klara nie pozwoliła nam tego
dnia dotknąć żadnego innego - a gdy przyszła moja kolej zaskoczyło mnie,
że zmuszenie go do ruchu wymagało całej mojej siły. Nie wyglądało na
przerdzewiałe i odniosłem wrażenie, że po prostu miało być trudne do
obrócenia. A gdy pomyśli się, w jakie kłopoty można się wpakować
nieumyślną zmianą ustawień w połowie lotu, to pewnie naprawdę tak było.
Oczywiście teraz wiem o tym więcej, niż wtedy moja instruktorka. Nie
żebym był taki mądry, po prostu potrzeba było mnóstwo ludzi i cholernie
wiele czasu na odkrycie, co się dzieje podczas ustawiania celu na
sterowniku kursu.
Tak naprawdę jest to ustawiony w pionie rząd generatorów liczb.
Wyświetlane światła wskazują wartości, co nie jest łatwo dostrzec, bo
wcale tak nie wyglądają. Nie są ani pozycyjne, ani dziesiątkowe.
(Najwyraźniej Heechee wyrażali wartości jako sumy liczb pierwszych oraz
ich wykładników, ale to nie na moją głowę). Jedynie piloci kontrolni i programiści kursów pracujący dla Korporacji naprawdę potrafią odczytać
te liczby, ale nie robią tego bezpośrednio, tylko z pomocą komputerowego
tłumacza. Pierwsze pięć liczb wyraża pozycję celu w przestrzeni,
odczytywaną z dołu do góry. (Dane Metchnikov twierdzi, że zasadniczy
porządek to wcale nie z dołu do góry, a od przodu do tyłu, co mówi nam
coś na temat Heechee. Byli zorientowani trójwymiarowo, jak prymitywni
ludzie, a nie dwuwymiarowo jak my). Można by pomyśleć, że trzy wartości
wystarczyłyby do opisania dowolnej pozycji gdziekolwiek we
wszechświecie, prawda? To znaczy, gdyby zrobić trójwymiarowe
odwzorowanie galaktyki, można by wyrazić dowolny punkt w jej obrębie za
pomocą wartości odpowiadających każdemu z trzech wymiarów. Jednak
Heechee używali do tego pięciu. Czy to znaczy, że Heechee żyli w przestrzeni pięciowymiarowej? Metchnikov mówi, że nie...
W każdym razie, kiedy już zaskoczy pierwsze pięć wartości, pozostałe
siedem można obrócić w dość dowolne ustawienia, a i tak poleci się po
ściśnięciu sutka startowego.
Zwykle robi się tak - a przynajmniej tak robią programiści kursu
opłacani przez Korporację, by robić dla innych takie rzeczy - że
STATKI GATEWAY
Pojazdy dostępne na Gateway są zdolne do lotów międzygwiezdnych z prędkościami większymi od prędkości światła. Nie rozumiemy, jak działa napęd (patrz: instrukcja dla pilota). Oprócz tego dostępny jest dość konwencjonalny system napędu rakietowego z użyciem ciekłego wodoru i ciekłego tlenu do kontroli wysokości oraz do napędu lądownika zadokowanego do każdego pojazdu międzygwiezdnego.
Pojazdy podzielono na trzy zasadnicze grupy, oznaczone Klasa 1, Klasa 3 i Klasa 5, zgodnie z liczbą osób, które mogą przewozić. Niektóre pojazdy mają silnie wzmocnioną konstrukcję i oznacza się je jako "opancerzone". Większość opancerzonych jednostek to Piątki. Każdy pojazd jest programowany do automatycznego lotu do pewnej liczby lokalizacji. Powrót jest automatyczny i w praktyce działa dość niezawodnie. Kurs obsługi statku odpowiednio przygotuje cię do wszystkich zadań koniecznych do bezpiecznego pilotowania pojazdu, należy jednak zapoznać się z przepisami dotyczącymi bezpieczeństwa zamieszczonymi w instrukcji dla pilota.
losowo wybiera się cztery liczby. Potem przełącza się piątą do czasu, aż
uzyska się coś w rodzaju ostrzegawczego różowego blasku. Czasami jest
słaby, czasami jasny. Jeśli się wtedy przestanie i naciśnie płaską
owalną część pod sutkiem, pozostałe wartości zaczynają się zmieniać,
tylko parę milimetrów w tę czy tamtą stronę, a różowy blask robi się
jaśniejszy. Gdy nieruchomieją, kolor jest jaskrawo różowy i bardzo
jasny. Metchnikov twierdzi, że to automatyczne urządzenie dostrajające.
Urządzenie dopuszcza ludzki błąd - przepraszam, chciałem powiedzieć błąd
Heechee - więc kiedy znajdzie się blisko rzeczywistego, poprawnego
ustawienia celu, automatycznie wprowadza końcowe korekty. Pewnie ma
rację.
(Oczywiście poznanie każdego etapu tego procesu kosztowało mnóstwo czasu
i pieniędzy, a w niektórych wypadkach także ludzkie życie. Bycie
poszukiwaczem jest niebezpieczne. Ale dla pierwszych kilku wylatujących
bardziej przypominało to samobójstwo).
Czasami można przejść przez całą piątą cyfrę i w ogóle niczego nie
dostać. Wtedy się klnie, a potem resetuje jedną z pozostałej czwórki i zaczyna od nowa. Przełączenie wszystkich zajmuje tylko parę sekund, ale
piloci kontrolni spędzają na ustawieniach setki godzin, nim dostaną
dobry kolor.
Oczywiście zanim wyleciałem, piloci kontrolni i programiści kursów
wypracowali kilkaset możliwych ustawień zarejestrowanych jako oferujące
dobre kolory, ale jeszcze niewykorzystane, oraz wszystkie ustawienia,
które zostały już użyte i nie warto było do nich wracać. Albo takie, z których załogi nie wróciły.
Cóż, wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, a gdy usiadłem w zmodyfikowanym
siedzeniu Heechee wszystko to było bardzo, bardzo nowe. I nie wiem, czy
potrafię przekazać, jak się z tym czułem.
Oto ja, na siedzeniu, które pół miliona lat temu zajmował Heechee.
Obiekt przede mną był selektorem celu. Statek mógł polecieć
dokądkolwiek. Dokądkolwiek! Jeśli wybiorę właściwy cel, mogę znaleźć się
koło Syriusza, Procjona, może nawet w Obłoku Magellana!
Instruktorce znudziło się zwisanie głową w dół i zmieniła pozycję,
wciskając się za moje plecy.
- Twoja kolej, Broadhead - powiedziała, kładąc mi dłoń na ramieniu i chyba opierając piersi o plecy.
Miałem opory przed dotknięciem sprzętu.
OGŁOSZENIA DROBNE
SKĄD WIESZ, że nie jesteś Unitarianinem? Zakładamy Bractwo Gateway. 87-539.
SZUKAMY BILITIS dla Safony i Lesbii, wspólne loty aż do skutku, a potem szczęśliwe życie w Irlandii Północnej. Tylko trwałe trójmałżeństwo. 87-033 lub 87-034.
PRZECHOWAJ SWOJE rzeczy. Oszczędź na czynszu i uniknij przejęcia przez Korporację podczas wylotu. Opłata obejmuje instrukcje usunięcia w razie braku powrotu. 88-125.
- Czy nie ma jakiegoś sposobu na stwierdzenie, dokąd się poleci? -
zapytałem.
- Zapewne jakiś jest - odpowiedziała. - Pod warunkiem, że jesteś Heechee
z przeszkoleniem pilota.
- Nawet czegoś takiego, że jeden kolor oznacza lot gdzieś dalej stąd niż
inny?
- Nikt jeszcze niczego takiego nie rozpracował. Oczywiście ciągle
próbują. Jest zespół, który cały czas analizuje raporty z udanych
wylotów względem ustawień, z którymi wylatywali. Na razie niczego nie
znaleźli. A teraz zajmij się tym, Broadhead. Połóż całą dłoń na
pierwszym kole, na tym, którego używali pozostali. Pchnij je. Będziesz
potrzebował więcej siły, niż ci się wydaje.
Zrobiłem to. Właściwie to prawie bałem się nacisnąć dość mocno, by
urządzenie zadziałało. Nachyliła się i położyła swoją dłoń na mojej, a wtedy zrozumiałem, że odczuwany od jakiegoś czasu miły zapach olejku
piżmowego dochodził od niej. Nie było to też samo piżmo, jej feromony
bardzo gładko dopasowały się do moich receptorów. Co stanowiło przyjemną
odmianę po smrodzie reszty Gateway.
Ale mimo to, choć próbowałem przez pięć minut, zanim mnie przegoniła i kazała spróbować jeszcze raz Sheri, nie udało mi się uzyskać żadnych
kolorów.
Po powrocie do pokoju odkryłem, że ktoś w nim posprzątał. Z wdzięcznością zastanawiałem się, kto mógł to zrobić, ale byłem zbyt
zmęczony, by poświęcić temu dużo czasu. Zanim się do niego
przyzwyczaisz, niskie ciążenie może być wyczerpujące: człowiek ciągle
nadmiernie wykorzystuje wszystkie mięśnie, bo musi się nauczyć całego
systemu ekonomii ruchu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki