Gateway. Brama do Gwiazd / Za błękitnym horyzontem zdarzeń - Frederik Pohl

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (50,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1.

1

Choć jestem męż­czy­zną, nazy­wam się Robi­nette Bro­adhead. Mój ana­li­tyk (któ­rego nazy­wam Zyg­fryd von Psych, choć jako maszyna tak naprawdę nie ma nazwi­ska) czer­pie z tego dużo elek­tro­nicz­nej rado­ści.

- Czemu przej­mu­jesz się tym, że dla nie­któ­rych to kobiece imię, Rob?

- Wcale się nie przej­muję.

- To czemu cią­gle do tego wra­casz?

Iry­tuje mnie, gdy wraca do rze­czy, do któ­rych sam wra­cam. Spo­glą­dam na sufit z pod­wie­szo­nymi ozdo­bami i pina­tami, a potem wyglą­dam przez okno. Wła­ści­wie to wcale nie okno, tylko ruchomy holo­gra­ficzny przy­bój z Kaena Point. Opro­gra­mo­wa­nie Zyg­fryda jest dość eklek­tyczne.

- Nic nie pora­dzę na to, jak nazwali mnie rodzice - odpo­wia­dam po chwili. - Pró­bo­wa­łem zapi­sy­wać swoje imię R-O-B-I-N-E-T, ale wtedy wszy­scy źle je wyma­wiali.

- Wiesz, mógł­byś je po pro­stu zmie­nić.

- Gdy­bym to zro­bił, po pro­stu powie­dział­byś mi, że obse­syj­nie sta­ram się chro­nić swoje wewnętrzne dycho­to­mie - odpo­wia­dam z peł­nym prze­ko­na­niem.

- Tak naprawdę powie­dział­bym ci, że nie powi­nie­neś uży­wać tech­nicz­nych ter­mi­nów psy­cho­ana­li­tycz­nych - odpo­wiada Zyg­fryd, pró­bu­jąc swo­jego cięż­kiego, mecha­nicz­nego humoru. - Był­bym wdzięczny, gdy­byś po pro­stu powie­dział, co czu­jesz.

- Czuję się szczę­śliwy - odpo­wia­dam po raz tysięczny. - Nie mam pro­ble­mów. Czemu nie miał­bym być szczę­śliwy?

Czę­sto bawimy się w te gierki i wcale mi się nie podo­bają. Myślę, że z jego pro­gra­mem jest coś nie tak.

- Ty mi powiedz, Rob­bie - odzywa się. - Czemu nie czu­jesz się szczę­śliwy?

Nie odpo­wia­dam.

Nie odpusz­cza.

- Myślę, że się mar­twisz.

- Cho­lera, Zyg­fryd - odpo­wia­dam z lek­kim nie­sma­kiem. - Zawsze to mówisz. Niczym się nie mar­twię.

Pró­buje mnie udo­bru­chać.

- Nie ma nic złego w przy­zna­niu się do swo­ich uczuć.

Znowu wyglą­dam przez okno, teraz zły, bo drżę, choć nie wiem dla­czego.

- Jesteś strasz­nie upier­dliwy, Zyg­fryd, wiesz?

Odpo­wiada coś na to, ale go nie słu­cham. Zasta­na­wiam się, czemu mar­nuję czas, przy­cho­dząc tu. Jeśli kie­dy­kol­wiek ist­niał ktoś, kto miał wszyst­kie powody do szczę­ścia, to wła­śnie ja. Jestem bogaty. Cał­kiem nie­źle wyglą­dam. Nie jestem zbyt stary, a zresztą mam Pełny Pakiet Medyczny, więc przez następne pięć­dzie­siąt lat mogę być w dowol­nym wybra­nym wieku. Miesz­kam w Nowym Jorku pod Wielką Kopułą, na co nie stać nikogo, kto nie ma naprawdę dużych pie­nię­dzy, może poza jaki­miś cele­bry­tami. Mam let­nie miesz­ka­nie z wido­kiem na Tap­pan Zee i urwi­ska Pali­sa­des. A dziew­czyny lecą na moje trzy bran­so­letki Wylo­tów. Na Ziemi nie­czę­sto spo­tyka się poszu­ki­wa­czy, nawet w Nowym Jorku. Uwiel­biają słu­chać moich opo­wie­ści o tym, jak naprawdę jest w Mgła­wicy Oriona albo w Małym Obłoku Magel­lana. (Oczy­wi­ście ni­gdy tam nie byłem. Nie lubię roz­ma­wiać o jedy­nym naprawdę cie­ka­wym miej­scu, jakie odwie­dzi­łem).

- Ewen­tu­al­nie... - odzywa się Zyg­fryd, odcze­kaw­szy wła­ściwą liczbę mikro­se­kund na reak­cję na cokol­wiek powie­dział poprzed­nio - skoro jesteś naprawdę szczę­śliwy, to czemu przy­cho­dzisz tu po pomoc?

Nie zno­szę, gdy wypo­wiada te same pyta­nia, które sam sobie zadaję. Nie odpo­wia­dam. Prze­su­wam się w różne strony, aż znowu znaj­duję wygodną pozy­cję na mate­racu z pla­sti­ko­wej pianki, bo widzę, że to będzie długa i męcząca sesja. Gdy­bym wie­dział, czemu potrze­buję pomocy, to chyba nie potrze­bo­wał­bym jej?

- Jesteś strasz­nie upier­dliwy, Zyg­fryd, wiesz?

- Nie współ­pra­cu­jesz dziś zbyt­nio, Rob. - Głos Zyg­fryda dobiega z małego gło­śnika u góry mate­raca. Cza­sami używa bar­dzo

481 IRRAY(O)=IRRAY(P) 13 320 ,C, Myślę, że się mar­twisz. 13 325 482 XTER­NALS ;66AA3 IF ;5B 13 330 GOTO **723 13 335 XTER­NALS @ 01R IF @ 7 13 340 GOTO **7Z4 13 345 ,S, Cho­lera, Zyg­fryd, zawsze 13 350 to mówisz. 13 355 XTER­NALS x999997AA! IF c8 13 360 GOTO **7Z4 IF ? GOTO 13 365 **7Z10 13 370 ,S, Niczym się nie 13 375 mar­twię. 13 380 483 IRRAY .CHO­LERA. .ZAWSZE. 13 385 .MAR­TWIĆ/NIE. 13 390 484 ,C, Może mi o tym 13 395 opo­wiesz? 13 400 485 IRRAY (P)=IRRAY (Q) URU- 13 405 CHOM TRYB POCIE­SZA­NIA 13 410 ,C, Nie ma nic złego 13 415 w przy­zna­niu się do swo­ich 13 420 uczuć. 13 425 487 IRRAY (Q)=IRRAY(R) GOTO 13 430 **1 GOTO **2 GOTO 13 435 **3 13 440 489 ,S, Jesteś strasz­nie upier­dliwy, 13 445 Zyg­fryd, wiesz? 13 450 13 455 XTER­NALS C1! IF ! GOTO 13 460 **7Z10 IF ** 7Z10! GOTO 13 465 **1 GOTO **2 GOTO **3 13 470 IRRAY .CIER­PIE­NIE. 13 475

reali­stycz­nie wyglą­da­ją­cego mane­kina sie­dzą­cego na fotelu, stu­ka­ją­cego ołów­kiem i uśmie­cha­ją­cego się do mnie krzywo. Ale powie­dzia­łem mu, że to wzbu­dza we mnie ner­wo­wość. - Czemu nie powiesz mi po pro­stu, o czym myślisz?

- Nie myślę o niczym kon­kret­nym.

- Pozwól swoim myślom pły­nąć. Mów, cokol­wiek przy­cho­dzi ci do głowy, Rob.

- Pamię­tam... - mówię i ury­wam.

- Co pamię­tasz, Rob?

- Gate­way?

- To brzmi bar­dziej jak pyta­nie niż stwier­dze­nie.

- Może tak jest. Nic na to nie pora­dzę. To wła­śnie pamię­tam: Gate­way.

Mam mnó­stwo powo­dów, by ją pamię­tać. Tam zdo­by­łem pie­nią­dze, bran­so­lety i inne rze­czy. Wra­cam myślami do dnia, w któ­rym opu­ści­łem Gate­way. To było, pomyślmy, dzień 31 orbity 22, co po odli­cze­niu od dzi­siaj ozna­cza jakieś szes­na­ście lat i parę mie­sięcy od wylotu stam­tąd. Pół godziny wcze­śniej wysze­dłem ze szpi­tala i nie mogłem się docze­kać na ode­bra­nie wypłaty, zła­pa­nie statku i ucieczkę.

- Pro­szę, Rob­bie, powiedz na głos, o czym teraz myślisz - uprzej­mie mówi Zyg­fryd.

- Myślę o Shi­ki­tei Baki­nie - odpo­wia­dam.

- Tak, wspo­mi­na­łeś go. Pamię­tam. Co kon­kret­nie?

Nie odpo­wia­dam. Stary, bez­nogi Shicky Bakin zaj­mo­wał pokój obok mnie, ale nie chcę tego oma­wiać z Zyg­fry­dem. Kręcę się na moim okrą­głym mate­racu, myśląc o Shic­kym i pró­bu­jąc pła­kać.

- Wyda­jesz się poru­szony, Rob.

Na to też nie odpo­wia­dam. Shicky był jedyną osobą, z którą poże­gna­łem się na Gate­way. Zabawne. Dzie­liła nas duża róż­nica sta­tusu: ja byłem poszu­ki­wa­czem, a Shicky śmie­cia­rzem. Pła­cili mu dość, by wystar­czyło na poda­tek na pod­trzy­ma­nie życia, bo wyko­ny­wał różne drobne prace, a nawet na Gate­way potrzeba kogoś, kto sprząta śmieci. Jed­nak prę­dzej czy póź­niej zrobi się zbyt stary i chory, by jesz­cze do cze­goś się przy­dać. Wtedy, jeśli będzie miał szczę­ście, wypchną go w próż­nię i zgi­nie. Jeśli nie będzie go miał, praw­do­po­dob­nie wyślą go z powro­tem na pla­netę. Tam też zgi­nie, i to dość szybko, ale naj­pierw przez kilka tygo­dni zazna życia jako bez­radny kaleka.

W każ­dym razie był moim sąsia­dem. Codzien­nie rano budził się i skru­pu­lat­nie odku­rzał każdy cen­ty­metr sze­ścienny swo­jej kabiny. Było tam bar­dzo brudno, bo pomimo prób pozby­cia się ich, w Gate­way przez cały czas uno­siło się mnó­stwo śmieci. Kiedy już wszystko ide­al­nie wysprzą­tał, nawet wokół korzeni małych krzacz­ków, które oso­bi­ście posa­dził i ukształ­to­wał, brał garść kamy­ków, kap­sli i strzęp­ków papieru - prze­waż­nie te same śmieci, które wła­śnie posprzą­tał - i sta­ran­nie roz­miesz­czał je w miej­scu, które przed chwilą oczy­ścił. Zabawne! Ni­gdy nie widzia­łem róż­nicy, ale Klara mówiła... Mówiła, że ona tak.

- O czym wła­śnie teraz pomy­śla­łeś, Rob? - pyta Zyg­fryd.

Zwi­jam się w pozy­cję embrio­nalną i coś mam­ro­czę.

- Nie zro­zu­mia­łem, co powie­dzia­łeś, Rob­bie.

Nic nie mówię. Zasta­na­wiam się, co się stało z Shic­kym. Pew­nie umarł. Nagle czuję smu­tek z powodu jego śmierci tak bar­dzo daleko od Nagoi i bar­dzo chciał­bym móc się roz­pła­kać. Ale nie mogę. Wiercę się i prze­su­wam. Zaczy­nam się wić, waląc w pian­kowy mate­rac, aż napi­nają się taśmy na rękach. Nic nie pomaga. Ból i wstyd nie chcą wyjść. Czuję spore samo­za­do­wo­le­nie z faktu, że tak bar­dzo pró­buję wydo­być na wierzch swoje uczu­cia, choć muszę przy­znać, że mi to nie wycho­dzi, a nudna sesja trwa.

- Bar­dzo długo nie odpo­wia­dasz, Rob - mówi Zyg­fryd. - Myślisz, że coś ukry­wasz?

- Co to za pyta­nie - odpo­wia­dam z obu­rze­niem. - Gdyby tak było, skąd miał­bym to wie­dzieć? - Ury­wam, żeby zba­dać wnę­trze swego mózgu, szu­ka­jąc zaka­mar­ków i zam­ków, które mógł­bym otwo­rzyć dla Zyg­fryda. Żad­nych nie widzę. - Nie sądzę, by tak było - stwier­dzam roz­trop­nie. - Nie mam wra­że­nia, żebym coś blo­ko­wał. Wydaje mi się, że raczej mam tak wiele rze­czy, które chciał­bym powie­dzieć, że na żadną nie mogę się zde­cy­do­wać.

- Wybierz dowolną, Rob. Powiedz pierw­sze, co przy­cho­dzi ci na myśl.

To strasz­nie głu­pie. Skąd mam wie­dzieć, co jest pierw­sze, skoro to wszystko kotłuje się razem? Mój ojciec? Matka? Syl­wia? Klara? Biedny Shicky pró­bu­jący zacho­wać w locie rów­no­wagę bez nóg, lata­jąc w koło jak jaskółka uga­nia­jąca się za owa­dami w pró­bach zbie­ra­nia wszech­obec­nych śmieci z powie­trza Gate­way?

Się­gam w głąb umy­słu do miejsc, o któ­rych wiem, że bolą, bo tam bolało wcze­śniej. To, jak czu­łem się w wieku sied­miu lat, gdy para­do­wa­łem po Rock Park przed innymi dziećmi, bła­ga­jąc, by ktoś zwró­cił na mnie uwagę? Jak wtedy, gdy zna­leź­li­śmy się w nor­mal­nej prze­strzeni i zro­zu­mie­li­śmy, że zosta­li­śmy uwię­zieni, z upiorną gwiazdą wyła­nia­jącą się z pustki pod nami niczym uśmiech kota z Che­shire? Och, mam setkę takich wspo­mnień i wszyst­kie bolą. To zna­czy mogą. Są bole­sne. W indek­sie mojej pamięci wyraź­nie opi­sano je jako BOLE­SNE. Wiem, gdzie je zna­leźć, i wiem, jak to będzie, gdy pozwolę im wypły­nąć na powierzch­nię.

Ale nie bolą, jeśli ich nie wypusz­czam.

- Cze­kam, Rob - przy­po­mina Zyg­fryd.

- Myślę - odpo­wia­dam.

Kiedy tak tam leżę, przy­cho­dzi mi do głowy, że spóź­nię się na lek­cję gry na gita­rze. Co przy­po­mina mi o czymś i spo­glą­dam na palce lewej dłoni, spraw­dza­jąc, czy paznok­cie nie uro­sły za bar­dzo, i żałuję, że nie mam tward­szych i wyraź­niej­szych zgru­bień na skó­rze. Nie nauczy­łem się grać za dobrze, ale więk­szość ludzi nie pod­cho­dzi do tego bar­dzo kry­tycz­nie, a spra­wia mi to przy­jem­ność. Trzeba tylko cią­gle ćwi­czyć i pamię­tać. Zobaczmy, myślę. To jak robiło się przej­ście z D na C7?

- Rob, to nie była bar­dzo owocna sesja - mówi Zyg­fryd. - Zostało nam już tylko dzie­sięć czy pięt­na­ście minut. Czemu nie powiesz po pro­stu pierw­szego, co przyj­dzie ci do głowy... teraz.

Odrzu­cam pierw­szą rzecz i mówię drugą.

- Pierw­sze, co przy­cho­dzi mi do głowy, to płacz mojej matki po śmierci taty.

- Nie wydaje mi się, żeby to naprawdę była pierw­sza rzecz, Rob. Spró­buję zgad­nąć. Czy pierw­sza myśl doty­czyła Klary?

Czuję ucisk i mro­wie­nie w piersi. Bra­kuje mi tchu. Nagle poja­wia się przede mną Klara, taka, jak wyglą­dała szes­na­ście lat temu, i ani dnia star­sza...

- Prawdę mówiąc, Zyg­fryd, sądzę, że chciał­bym poroz­ma­wiać o mojej mamie - stwier­dzam. Pozwa­lam sobie na uprzejmy, lek­ce­wa­żący śmiech.

Zyg­fryd ni­gdy nie wzdy­cha z rezy­gna­cją, ale potrafi mil­czeć w spo­sób, który brzmi prak­tycz­nie tak samo.

- Widzisz, po śmierci taty chciała znowu wyjść za mąż - kon­ty­nu­uję, sta­ran­nie przed­sta­wia­jąc wła­ściwe pro­blemy. - Nie od razu. Nie chcę powie­dzieć, że cie­szyła się z jego śmierci ani nic takiego. Nie, zde­cy­do­wa­nie go kochała. Ale mimo wszystko teraz rozu­miem, że była zdrową młodą kobietą... przy­naj­mniej sto­sun­kowo młodą. Pomyślmy, mogła mieć jakieś trzy­dzie­ści trzy lata. I jestem pewien, że gdyby nie ja, wyszłaby za mąż. Mam z tego powodu poczu­cie winy. Nie pozwo­li­łem na to. Posze­dłem do niej i powie­dzia­łem: "Mamo, nie potrze­bu­jesz innego męż­czy­zny. Będę męż­czy­zną w rodzi­nie. Zaopie­kuję się tobą". Tylko że oczy­wi­ście nie mogłem, bo mia­łem jakieś pięć lat.

- Myślę, że dzie­więć, Rob­bie.

- Doprawdy? Niech się zasta­no­wię. Rety, Zyg­fryd, chyba masz rację... - Pró­buję prze­łknąć wielką gulę, która w jakiś spo­sób w jed­nej chwili poja­wiła się w moim gar­dle.

- Powiedz to, Rob! - mówi z naci­skiem Zyg­fryd. - Co chcia­łeś powie­dzieć?

- Niech cię szlag, Zyg­fryd!

- No dalej, Rob. Powiedz to.

- Co powie­dzieć? Chry­ste, Zyg­fryd! Strasz­nie mnie drę­czysz! Te bzdety żad­nemu z nas w niczym nie pomogą!

- Powiedz, co cię drę­czy, Rob, pro­szę.

- Stul swój pie­przony bla­szany dziób! - Cały ten sta­ran­nie przy­kryty ból prze­py­cha się na zewnątrz i nie mogę go znieść, nie potra­fię sobie z nim pora­dzić.

- Suge­ruję, Rob, żebyś spró­bo­wał...

Rzu­cam się z rykiem, szar­piąc za taśmy i kopa­niem wyry­wa­jąc kawałki pian­ko­wego mate­raca.

- Zamknij się! Nie chcę słu­chać. Nie potra­fię sobie z tym pora­dzić, nie rozu­miesz? Nie potra­fię! Nie radzę sobie, nie radzę!

Zyg­fryd czeka uprzej­mie, aż prze­stanę łkać, co nastę­puje dość gwał­tow­nie. A potem odzy­wam się zmę­czo­nym gło­sem:

- Cho­lera, Zyg­fryd, to wszystko do niczego nas nie pro­wa­dzi. Myślę, że powin­ni­śmy odpu­ścić. Muszą być inni ludzie, któ­rym twoje usługi są potrzebne bar­dziej niż mnie.

- Jeśli o to cho­dzi, Rob, to cał­kiem dobrze radzę sobie z zaspo­ko­je­niem wszyst­kich potrzeb doty­czą­cych mojego czasu.

Osu­szam łzy papie­ro­wymi ręcz­ni­kami, które zosta­wił przy mate­racu, i nie odpo­wia­dam.

- Tak wła­ści­wie wciąż dys­po­nuję nad­mia­ro­wymi moż­li­wo­ściami - mówi dalej. - Ale to ty musisz oce­nić, czy powin­ni­śmy kon­ty­nu­ować te sesje, czy nie.

- Masz coś do picia w pokoju wypo­czyn­ko­wym? - pytam go.

- Nic takiego, co byś chciał. Ale na naj­wyż­szym pię­trze tego budynku jest bar, podobno bar­dzo przy­jemny.

- Cóż - stwier­dzam. - Zasta­na­wiam się po pro­stu, co ja tu robię.

Pięt­na­ście minut póź­niej, po potwier­dze­niu spo­tka­nia wyzna­czo­nego na przy­szły tydzień, piję her­batę w pokoju wypo­czyn­ko­wym Zyg­fryda. Nasłu­chuję, czy jego następny pacjent zaczął już krzy­czeć, ale nic do mnie nie dociera.

Myję więc twarz, popra­wiam chu­stę i prze­su­wam nie­sforny kosmyk wło­sów. Idę do baru na jed­nego. Kie­row­nik sali, czło­wiek, zna mnie i daje mi miej­sce z wido­kiem na połu­dnie, w stronę skraju kopuły od Lower Bay. Spo­gląda w stronę sie­dzą­cej samot­nie wyso­kiej, mie­dzia­no­skó­rej dziew­czyny z zie­lo­nymi oczami, ale kręcę głową. Wypi­jam swo­jego drinka, podzi­wiam nogi dziew­czyny i myślę głów­nie o tym, gdzie wybrać się na kola­cję, potem idę na lek­cję gry na gita­rze.

Rozdział 2.

2

Przez całe życie, jak daleko się­gam pamię­cią, chcia­łem być poszu­ki­wa­czem. Nie mogłem mieć wię­cej niż sześć lat, gdy tata z mamą zabrali mnie na jar­mark w Chey­enne. Hot dogi i dmu­chana soja, wodo­rowe balony z kolo­ro­wego papieru, cyrk z psami i końmi, koło for­tuny, zabawy, prze­jażdżki. Był tam też namiot ciśnie­niowy z nie­przej­rzy­stymi ścia­nami. Dolar za wstęp. W środku stały gabloty z rze­czami spro­wa­dzo­nymi z tuneli Heechee na Wenus. Wachla­rze modli­tewne i ogni­ste perły, praw­dziwe lustra z metalu Heechee, które można było kupić za dwa­dzie­ścia pięć dola­rów sztuka. Tata mówił, że nie były praw­dziwe, ale dla mnie były. Choć nie mogli­śmy sobie pozwo­lić na taki wyda­tek. Wła­ści­wie, jeśli się nad tym zasta­no­wić, tak naprawdę nie potrze­bo­wa­łem lustra. Pie­go­wata twarz, wysta­jące zęby, włosy zacze­sane do tyłu. Wła­śnie zna­leźli Gate­way. Sły­sza­łem, jak tata mówił o tym tego wie­czoru w dro­dze do domu powietrz­nym auto­bu­sem, gdy myśleli, że śpię, choć na sen nie pozwa­lał mi tęskny głód w jego gło­sie.

Gdyby nie mama i ja, może zna­la­złby spo­sób, by tam pole­cieć. Ale ni­gdy nie miał szansy. Rok póź­niej już nie żył. Wszystko, co po nim odzie­dzi­czy­łem, to jego praca, gdy tylko uro­słem na tyle, by ją wyko­ny­wać.

Nie wiem, czy pra­co­wa­li­ście kie­dyś w kopal­niach żyw­no­ści, ale pew­nie o nich sły­sze­li­ście. Trudno tam o dużo rado­ści. Zaczą­łem na pół etatu i z połową pen­sji w wieku dwu­na­stu lat. Mając ich szes­na­ście, osią­gną­łem klasę swo­jego ojca: wier­tacz strza­łowy, co ozna­czało trudną pracę za dobrą płacę.

Ale co można zro­bić z wypłatą? Nie wystar­czy na Pełny Pakiet Medyczny. Nie wystar­czy nawet na wydo­sta­nie się z kopalni, tylko na sta­nie się kimś w rodzaju lokal­nego przy­kładu suk­cesu. Pra­cuje się sześć godzin, potem dzie­sięć prze­rwy. Osiem godzin snu i od nowa, z ubra­niem cały czas śmier­dzą­cym łup­kami. Nie można palić, chyba że w her­me­tycz­nych pomiesz­cze­niach. Na wszyst­kim osiada mgiełka oleju. Dziew­czyny są rów­nie śmier­dzące, śli­skie i wykoń­czone jak ty.

Wszy­scy robi­li­śmy więc to samo: pra­co­wa­li­śmy, kon­ku­ro­wa­li­śmy o kobiety i gra­li­śmy na lote­rii. I pili­śmy dużo taniego, moc­nego alko­holu, któ­rego nie pro­du­ko­wano pięt­na­ście kilo­me­trów

CHATA HEECHEE

Pro­sto z Utra­co­nych Tuneli Wenus!

Rzad­kie obiekty reli­gijne Bez­cenne klej­noty noszone kie­dyś przez tajem­ni­czą rasę Nie­sa­mo­wite odkry­cia naukowe

GWA­RAN­CJA AUTEN­TYCZ­NO­ŚCI KAŻ­DEGO PRZED­MIOTU!

Spe­cjalna zniżka dla grup nauko­wych i uczniów

TE FAN­TA­STYCZNE OBIEKTY SĄ STAR­SZE OD LUDZ­KO­ŚCI!

Teraz po raz pierw­szy w przy­stęp­nych cenach Doro­śli 2,50 USD, Dzieci 1,00 USD

Del­bert Guyne, dok­tor nauk przy­rod­ni­czych, dok­tor teo­lo­gii, wła­ści­ciel

stąd. Według nale­pek cza­sami był whi­sky, cza­sami wódką lub bur­bo­nem, ale zawsze wycho­dził z tych samych ośli­złych kolumn desty­la­cyj­nych. Nie róż­ni­łem się od innych... może poza tym jed­nym razem, gdy wygra­łem na lote­rii. I to stało się moim spo­so­bem na ucieczkę.

Zanim do tego doszło, po pro­stu żyłem.

Moja mama też była gór­niczką. Po śmierci taty w poża­rze tunelu wycho­wała mnie z pomocą fir­mo­wego przed­szkola. Radzi­li­śmy sobie cał­kiem nie­źle aż do mojego epi­zodu psy­cho­tycz­nego, który przy­tra­fił mi się w wieku dwu­dzie­stu sze­ściu lat. Mia­łem pro­blemy z dziew­czyną, a potem przez jakiś czas po pro­stu nie mogłem rano wstać z łóżka. Odsta­wili mnie. Wypa­dłem z obiegu na pra­wie rok, a gdy w końcu mnie wypu­ścili z wariat­kowa, moja mama umarła.

Bądźmy szcze­rzy: to była moja wina. To nie zna­czy, że to zapla­no­wa­łem, po pro­stu żyłaby, gdyby nie musiała się o mnie mar­twić. Nie mie­li­śmy dość pie­nię­dzy, by pokryć wydatki medyczne dla nas dwojga. Ja potrze­bo­wa­łem psy­cho­te­ra­pii, ona potrze­bo­wała nowego płuca. Nie dostała go, więc zmarła.

Nie­na­wi­dzi­łem życia w tym samym miesz­ka­niu po jej śmierci, ale mia­łem do wyboru: zostać w nim albo prze­nieść się do hotelu dla kawa­le­rów. Nie podo­bała mi się myśl o miesz­ka­niu tak bli­sko dużej liczby męż­czyzn. Oczy­wi­ście mogłem się oże­nić. Nie zro­bi­łem tego - Syl­wia, dziew­czyna, z którą mia­łem pro­blemy, do tej pory dawno już prze­pa­dła - ale nie dla­tego, że mia­łem coś prze­ciwko idei mał­żeń­stwa. Może­cie myśleć, że tak było ze względu na mój psy­chia­tryk oraz bio­rąc pod uwagę, że miesz­ka­łem z matką jak długo jesz­cze żyła. Ale to nie­prawda. Bar­dzo lubi­łem dziew­czyny. Był­bym szczę­śliwy, żeniąc się z któ­rąś i wycho­wu­jąc dziecko.

Tylko nie w kopal­niach.

Nie chcia­łem zosta­wiać swo­jego syna tak, jak mój ojciec zosta­wił mnie.

Wier­ce­nie otwo­rów pod ładunki strza­łowe to ciężka praca. Teraz uży­wają pal­ni­ków paro­wych z cew­kami grzew­czymi Heechee, a łupki po pro­stu uprzej­mie się roz­cho­dzą, jakby rzeź­bili w blo­kach z wosku, ale wtedy wier­ci­li­śmy i zakła­da­li­śmy ładunki. Na początku zmiany zjeż­dżało się na dół szybką windą. Szyb był śli­ski i śmier­dzący, jego ściany znaj­do­wały się rap­tem dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów od ramie­nia i prze­su­wały się obok czło­wieka z pręd­ko­ścią sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę. Widzia­łem gór­ni­ków po paru głęb­szych, któ­rzy zachwiali się i wycią­gnęli rękę, by się pode­przeć, i w tym momen­cie ją tra­cili. Potem wycho­dziło się z klatki i poty­kało w schodni przez kilo­metr albo wię­cej, aż dotarło się do przodka. Wier­ciło się otwory. Nasta­wiało ładunki. Potem ucie­kało się do zaułka na czas wysa­dza­nia, z nadzieją, że wszystko zro­biło się dobrze i cała ta śmier­dząca, ole­ista masa nie spad­nie na czło­wieka. (Po zasy­pa­niu żyw­cem przez luźne łupki można prze­żyć nawet tydzień. Ludziom się to zda­rzało. Choć jeśli nie ura­to­wano ich do trze­ciego dnia, póź­niej zwy­kle już do niczego się nie nada­wali). Jeśli wszystko poszło dobrze, omi­jało się łado­wa­czy idą­cych wzdłuż torów i do następ­nego przodka.

Mówią, że maski odfil­tro­wują naj­gor­sze węglo­wo­dory i pył skalny, ale nie usu­wają smrodu. I wcale nie jestem pewien, czy fil­trują wszyst­kie węglo­wo­dory. Moja mama nie była jedyną pra­cu­jącą w kopalni osobą, która potrze­bo­wała nowego płuca, ani jedyną, któ­rej nie było na nie stać.

A potem, gdy koń­czyła się zmiana, dokąd można iść?

Do baru. Do pokoju z dziew­czyną. Do świe­tlicy grać w karty. Oglą­dać tele­wi­zję.

Nie wycho­dzi się wiele na zewnątrz. Nie ma powodu. Jest kilka małych par­ków, sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­nych, obsa­dza­nych i prze­sa­dza­nych. Rock Park ma nawet żywo­płoty i traw­nik. Pew­nie ni­gdy nie widzie­li­ście traw­nika, który co tydzień wymaga mycia, szo­ro­wa­nia (deter­gen­tem!) i susze­nia, bo ina­czej by zmar­niał. Przez to do par­ków zabie­ramy głów­nie dzieci.

Poza par­kami jest już tylko powierzch­nia Wyoming, która jak okiem się­gnąć przy­po­mina powierzch­nię Księ­życa. Nie ma tam nic zie­lo­nego, nic żywego, żad­nych pta­ków, wie­wió­rek ani zwie­rząt domo­wych. Kilka leni­wych, zaszla­mio­nych stru­my­ków, które z jakie­goś powodu zawsze robią się czer­wone pod ropą. Podobno i tak mamy szczę­ście, bo nasza część Wyoming jest eks­plo­ato­wana szy­bami. W Kolo­rado jest jesz­cze gorzej, bo tam kopią odkryw­kowo.

Zawsze trudno mi było w to uwie­rzyć, ale ni­gdy tam nie poje­cha­łem, by spraw­dzić.

A poza wszyst­kim innym są jesz­cze wonie, widoki i odgłosy towa­rzy­szące pracy. Zachody słońca przez mgłę są poma­rań­czowo-brą­zowe. Nie­ustanny smród. Cały dzień i całą noc ryczą piece eks­trak­cyjne, ogrze­wa­jąc i mie­ląc mar­gle, by wydo­być z nich kero­gen, a do tego grzmot dłu­gich pasów trans­mi­syj­nych odpro­wa­dza­ją­cych zużyte łupki, by je gdzieś usy­pać na stertę.

Rzecz w tym, że skały trzeba pod­grzać, by wydo­być z nich ropę. A kiedy się je grzeje, roz­sze­rzają się jak pra­żona kuku­ry­dza, więc nie ma gdzie ich skła­do­wać. Nie da się ich wci­snąć z powro­tem do szybu, z któ­rego się je wycią­gnęło, bo jest ich zbyt wiele. Jeśli wyko­piesz górę łup­ków i wyci­śniesz z nich ropę, pozo­stały zużyty łupek wystar­czy na dwie góry. I to wła­śnie się robi: buduje nowe góry.

Do tego cie­pło wydzie­lane przez eks­trak­tory ogrzewa szopy z hodow­lami, na ropie pły­ną­cej przez szopy rośnie śluz, potem zgar­nia­cze zbie­rają go, suszą i pra­sują, a następ­nego dnia zja­damy jego część na śnia­da­nie.

Zabawne. W daw­nych cza­sach ropa sama wypły­wała pro­sto z ziemi! I jedyne, co ludzie z nią robili, to wle­wali do samo­cho­dów i spa­lali.

Wszyst­kie pro­gramy tele­wi­zyjne obej­mują umo­ral­nia­jące reklamy powta­rza­jące, jak ważna jest nasza praca i jak cały świat polega na pro­du­ko­wa­nej przez nas żyw­no­ści. To wszystko prawda, nie muszą nam cią­gle przy­po­mi­nać. Gdy­by­śmy nie robili tego, co robimy, w Tek­sa­sie pano­wałby głód, a dzieci w Ore­go­nie wyka­zy­wa­łyby oznaki nie­do­ży­wie­nia. Wszy­scy to wiemy. To od nas pocho­dzi pięć try­lio­nów kalo­rii diety miesz­kań­ców całego świata, połowa racji biał­ko­wych dla około jed­nej pią­tej popu­la­cji. Wszystko to pro­du­ko­wane jest przez droż­dże i bak­te­rie hodo­wane na ropie z łup­ków z Wyoming, wraz z czę­ściami Utah i Kolo­rado. Świat potrze­buje tej żyw­no­ści. Jed­nak jak dotąd kosz­to­wało nas to więk­szość Wyoming, połowę Appa­la­chów, duży kawał regionu pia­sków bitu­micz­nych nad Atha­ba­ską... I co zro­bimy z tymi wszyst­kimi ludźmi, gdy prze­ro­bimy na droż­dże ostat­nią kro­plę węglo­wo­do­rów?

To nie mój pro­blem, ale i tak o tym myślę.

Prze­stało to być moim pro­ble­mem, gdy wygra­łem lote­rię, dzień po Bożym Naro­dze­niu w roku, gdy skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia sześć lat.

Nagroda wyno­siła dwie­ście pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów. Dość, by żyć jak król przez rok. Dość, by się oże­nić i utrzy­mać rodzinę, o ile oboje byśmy pra­co­wali i nie prze­sa­dzali z wydat­kami.

Albo dość na bilet w jedną stronę na Gate­way.

Zanio­słem kupon lote­rii do biura podróży i zamie­ni­łem go na bilet. Ucie­szyli się z mojej wizyty, bo nie mieli wielu klien­tów, a już zwłasz­cza na tego typu usługi. Zostało mi z grub­sza dzie­sięć tysięcy reszty. Nie liczy­łem. Posta­wi­łem drinki całej swo­jej zmia­nie, do oporu. Z pięć­dzie­się­cioma oso­bami ze zmiany oraz wszyst­kimi kum­plami i przy­pad­ko­wymi gośćmi, któ­rzy wkrę­cili się na imprezę, trwało to około doby.

Potem chwiej­nie wró­ci­łem przez śnieżną burzę Wyoming do biura podróży. A pięć mie­sięcy póź­niej po spi­rali pod­cho­dzi­łem do aste­ro­idy, wyglą­da­jąc przez ilu­mi­na­tory na zatrzy­mu­jący nas bra­zy­lij­ski krą­żow­nik, wresz­cie w dro­dze do sta­nia się poszu­ki­wa­czem.

Rozdział 3.

3

Zyg­fryd ni­gdy nie zamyka tematu. Ni­gdy nie mówi: "Cóż, Rob, chyba dość roz­ma­wia­li­śmy na ten temat". Jed­nak cza­sami, gdy bar­dzo długo leżę na mate­racu i nie odpo­wia­dam zbyt wiele, żar­tu­jąc lub nucąc pod nosem, po pew­nym cza­sie odzywa się mniej wię­cej tak:

- Chyba mogli­by­śmy wró­cić do cze­goś innego, Rob. Jakiś czas temu powie­dzia­łeś coś, mogli­by­śmy teraz omó­wić to dokład­niej. Czy pamię­tasz tam­ten czas, gdy ostatni raz...

- Gdy ostatni raz roz­ma­wia­łem z Klarą?

- Tak, Rob.

- Zawsze wiem, co zamie­rzasz powie­dzieć, Zyg­fryd.

- To nie ma zna­cze­nia, Rob. To jak? Czy chciał­byś poroz­ma­wiać o tym, jak się wtedy czu­łeś?

- Czemu nie? - Wyczy­ści­łem pazno­kieć środ­ko­wego palca pra­wej dłoni, prze­cią­ga­jąc nim mię­dzy przed­nimi zębami. Przyj­rza­łem mu się. - Zdaję sobie sprawę, że to był ważny czas. Może nawet była to naj­gor­sza chwila mojego życia. Gor­sza, niż kiedy rzu­ciła mnie Syl­wia, albo gdy dowie­dzia­łem się, że zmarła moja mama.

- Czy chcesz powie­dzieć, że wolał­byś roz­ma­wiać o któ­rejś z tych spraw, Rob?

- Ależ skąd. Powie­dzia­łeś, żeby­śmy poroz­ma­wiali o Kla­rze, to będziemy o niej roz­ma­wiać.

Popra­wi­łem się na pian­ko­wym mate­racu, żeby się chwilę zasta­no­wić. Byłem bar­dzo zain­te­re­so­wany trans­cen­dent­nym zro­zu­mie­niem i cza­sami, gdy odsu­wa­łem pro­blemy w głąb myśli i w kółko powta­rza­łem swoją man­trę, zda­rzało się, że wycho­dzi­łem z tego z roz­wią­za­niem pro­blemu - na przy­kład: sprze­dać udziały w far­mie ryb­nej w Baja i kupić na gieł­dzie towa­ro­wej wypo­sa­że­nie hydrau­liczne. To był jeden z nich i naprawdę mi się to opła­ciło. Albo zabrać Rachel do Meridy na narty wodne w zatoce Cam­pe­che. Tam wsko­czyła mi do łóżka już za pierw­szym podej­ściem, choć wcze­śniej bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łem wszyst­kiego innego.

- Nie odpo­wia­dasz, Rob - ode­zwał się Zyg­fryd.

- Myślę o tym, co powie­dzia­łeś.

- Pro­szę, Rob, nie myśl o tym. Po pro­stu mów. Powiedz, co w tej chwili czu­jesz do Klary.

Pró­buję szcze­rze się nad tym zasta­no­wić. Zyg­fryd nie pozwoli mi na odjazdy, więc szu­kam w gło­wie tłu­mio­nych uczuć.

- Cóż, nie­wiele - stwier­dzam. - Przy­naj­mniej na powierzchni.

- Pamię­tasz, co wtedy czu­łeś, Rob?

- Oczy­wi­ście, że tak.

- Spró­buj poczuć to, co czu­łeś wtedy, Rob.

- No dobrze.

Posłusz­nie odtwa­rzam w myślach tę sytu­ację. Oto ja, roz­ma­wiam z Klarą przez radio. Dane krzy­czy coś w lądow­niku. Wszy­scy jeste­śmy cho­ler­nie prze­ra­żeni. Pod nami otwiera się błę­kitna mgła i pierw­szy raz widzę ciemną, szkie­le­tową gwiazdę. Sta­tek trójka... nie, to była Piątka. W każ­dym razie śmier­dzi wymio­ci­nami i potem. Boli mnie całe ciało.

Nie pamię­tam tego dokład­nie, choć skła­mał­bym, mówiąc, że pozwa­lam to sobie czuć.

Odzy­wam się napię­tym gło­sem, uśmie­cha­jąc się.

- Tam jest takie natę­że­nie bólu, poczu­cia winy i cier­pie­nia, Zyg­fryd, że sobie z nim nie pora­dzę. - Cza­sami pró­buję z nim cze­goś takiego, mówiąc bole­sną prawdę tonem, któ­rym można by popro­sić kel­nera na przy­ję­ciu o przy­nie­sie­nie kolej­nego pon­czu z rumem. Robię tak, gdy chcę zbić jego atak, choć nie sądzę, by to dzia­łało. Zyg­fryd ma w sobie sporo obwo­dów Heechee. Jest dużo lep­szy od maszyn w Insty­tu­cie, gdzie zma­ga­łem się ze swoim epi­zo­dem. Nie­ustan­nie moni­to­ruje wszyst­kie moje para­me­try fizyczne: prze­wod­nic­two skóry, puls, aktyw­ność fal beta i tak dalej. Dostaje odczyty z taśm przy­trzy­mu­ją­cych mnie na mate­racu, by wie­dzieć, jak gwał­tow­nie się na nim rzu­cam. Mie­rzy natę­że­nie głosu i ana­li­zuje jego widmo w poszu­ki­wa­niu nad­to­nów. Rozu­mie także zna­cze­nie słów. Zyg­fryd jest wyjąt­kowo inte­li­gentny, bio­rąc pod uwagę jego głu­potę.

Cza­sami bar­dzo trudno go oszu­kać. Docie­ram do końca sesji cał­ko­wi­cie bez sił, mając wra­że­nie, że gdy­bym został u niego choćby minutę dłu­żej, zapadł­bym się pro­sto w ten ból i to by mnie znisz­czyło.

Albo wyle­czyło. Może to to samo.

322 ,S, Nie wiem, czemu do 17 095 cie­bie wra­cam, 17 100 Zyg­fryd. 17 105 323 IRRAY .CZEMU. 17 110 324 ,C, Przy­po­mi­nam ci, Robby, 17 115 że zuży­łeś już 17 120 trzy żołądki i, zobaczmy, 17 125 pra­wie pięć metrów 17 130 jelit. 17 135 325 ,C, Wrzody, wątroba. 17 140 328 ,C, Wygląda na to, 17 145 że coś cię gry­zie, 17 150 Bob. 17 155

Rozdział 4.

4

Przed sobą mia­łem Gate­way, coraz więk­szą i więk­szą w ilu­mi­na­to­rach statku z Ziemi: aste­ro­idę. A może jądro komety. Około dzie­się­ciu kilo­me­trów dłu­go­ści w dłuż­szej osi, o grusz­ko­wa­tym kształ­cie. Od zewnątrz wygląda jak bul­wia­sta przy­pa­lona gruda z prze­bły­skami błę­kitu, od środka jest bramą do gwiazd.

Sheri Lof­fat oparła się o moje ramię, a reszta z grupy przy­szłych poszu­ki­wa­czy zebrała się za nami i gapiła.

- Jezu, Rob. Spójrz na te krą­żow­niki!

- Jeśli coś im się nie spodoba, roz­walą nas na kawałki - ode­zwał się ktoś z tyłu.

- Nie znajdą tu niczego nie­wła­ści­wego - odpo­wie­działa Sheri, ale ton głosu zro­bił z tego pyta­nie.

Krą­żow­niki wyglą­dały naprawdę groź­nie, krą­żąc zazdro­śnie wokół aste­ro­idy i pil­nu­jąc, by, kto­kol­wiek się do niej zbli­żał, nie wykradł żad­nych sekre­tów war­tych wię­cej niż wszyst­kie pie­nią­dze świata.

Trzy­ma­li­śmy się uchwy­tów przy ilu­mi­na­to­rach i gapi­li­śmy na nie. Co było głu­potą, bo mogli­śmy zgi­nąć. Ryzyko, że nasz sta­tek dopa­so­wu­jący orbitę do Gate­way lub bra­zy­lij­skiego krą­żow­nika wykona jakiś gwał­tow­niej­szy manewr, było bar­dzo nie­wiel­kie, ale wystar­czy­łaby tylko jedna szybka korekta kursu, żeby nas roz­gnieść. Zawsze ist­niała też moż­li­wość, że nasz sta­tek wyko­nałby czę­ściowy obrót i nagle spoj­rze­li­by­śmy w nagie, pobli­skie słońce. Z tej odle­gło­ści ozna­cza­łoby to per­ma­nentną śle­potę. Ale chcie­li­śmy widzieć.

Bra­zy­lij­ski krą­żow­nik nie zni­żył się do namie­rze­nia nas. Widzie­li­śmy bły­ski na jego kadłu­bie, ozna­cza­jące, że lase­rami wymie­nia z naszym stat­kiem infor­ma­cje doty­czące mani­fe­stu. To było nor­malne. Powie­dzia­łem, że krą­żow­niki pil­no­wały aste­ro­idy przed zło­dzie­jami, ale tak naprawdę bar­dziej przej­mo­wały się sobą nawza­jem niż kim­kol­wiek innym. Włącz­nie z nami. Rosja­nie podejrz­li­wie trak­to­wali Chiń­czy­ków, Chiń­czycy Rosjan, Bra­zy­lij­czycy z nie­po­ko­jem patrzyli na Wenu­sjan. Wszy­scy mieli wąt­pli­wo­ści co do Ame­ry­ka­nów.

Zatem cztery pozo­stałe jed­nostki sekret­nie pil­no­wały Bra­zy­lij­czy­ków dużo uważ­niej niż nas. Jed­nakże wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że gdyby nasze zako­do­wane cer­ty­fi­katy nie były zgodne z wzor­cami w pię­ciu kon­su­la­tach, do któ­rych zostały prze­ka­zane na Ziemi, następ­nym kro­kiem nie byłaby dys­ku­sja, tylko tor­peda.

Zabawne. Mogę sobie wyobra­zić tę tor­pedę. Mogę sobie wyobra­zić wojow­nika o lodo­wa­tym spoj­rze­niu, który by ją wyce­lo­wał i wystrze­lił, oraz jak nasz sta­tek roz­kwi­tłby poma­rań­czo­wym świa­tłem, a wszy­scy zmie­ni­li­by­śmy się w luźne atomy na orbi­cie... Tylko że jestem pra­wie pewien, że tor­pe­do­wym na tam­tym okrę­cie był wtedy mat nazwi­skiem Francy Here­ira. Póź­niej sta­li­śmy się dobrymi kum­plami. Trudno byłoby go nazwać zabójcą o lodo­wym spoj­rze­niu. Pła­ka­łem w jego ramio­nach w dniu powrotu z ostat­niej podróży, w moim pokoju szpi­tal­nym, gdzie powi­nien był mnie prze­szu­ki­wać pod kątem kon­tra­bandy. A Francy pła­kał ze mną.

Krą­żow­nik odsu­nął się, a my wszy­scy łagod­nie odle­cie­li­śmy od ilu­mi­na­tora, a potem pod­cią­gnę­li­śmy się z powro­tem dzięki uchwy­tom. Nasz sta­tek roz­po­czął koń­cowe podej­ście do Gate­way.

- Wygląda jak ciężki przy­pa­dek ospy - sko­men­to­wał ktoś z naszej grupy.

Fak­tycz­nie, a nie­które bli­zny po ospie były otwarte. Były to gniazda cumo­wa­nia stat­ków, które wyle­ciały na misje. Nie­które zostaną otwarte na zawsze, bo ich statki już nie wrócą, jed­nak więk­szość otwo­rów była osło­nięta wypu­kło­ściami przy­po­mi­na­ją­cymi kape­lu­sze grzy­bów.

Kape­lu­sze były wła­ści­wymi stat­kami i to wła­śnie na nich sku­piała się Gate­way.

Nie­ła­two było zoba­czyć te statki, podob­nie jak samą Gate­way. Miała niskie albedo i wcale nie była duża: jak mówi­łem, około dzie­się­ciu kilo­me­trów w dłuż­szej osi, połowę tego na rów­niku osi obrotu. Ale można było ją wykryć. Gdy pierw­szy szczur tune­lowy ich do niej dopro­wa­dził, astro­no­mo­wie pytali się wza­jem­nie, czemu nie zauwa­żono jej stu­le­cie wcze­śniej. Gdy już wie­dzieli, gdzie patrzeć, zna­leźli ją. Cza­sami robi się jasna jak sie­dem magni­tudo widziane z Ziemi. Łatwo dostrzec. Można by pomy­śleć, że powinna zostać wykryta przez ruty­nowy pro­gram mapo­wa­nia nieba.

Pro­blem w tym, że nie­wiele takich pro­gra­mów patrzyło w tę stronę, a na doda­tek wygląda na to, że Gate­way wcale nie było tam, gdzie szu­kali.

Astro­no­mia gwiezdna zwy­kle odwraca się ple­cami do słońca, Astro­no­mia solarna zwy­kle trzyma się płasz­czy­zny eklip­tyki, a Gate­way krąży po orbi­cie pod kątem pro­stym do niej, przez co umy­kała obser­wa­cjom.

Pie­zo­te­le­fon zagda­kał i wyemi­to­wał komu­ni­kat.

- Doko­wa­nie za pięć minut. Wró­cić na pry­cze i zapiąć siatki.

Byli­śmy pra­wie na miej­scu.

Sheri Lof­fat wycią­gnęła rękę przez siatkę zabez­pie­cza­jącą i ujęła moją dłoń. Ści­sną­łem ją. Nie byli­śmy ni­gdy w łóżku, nie spo­tka­li­śmy się, zanim tra­fiła na statku na pry­czę tuż obok mojej, ale wibra­cje mię­dzy nami były prak­tycz­nie sek­su­alne. Jak­by­śmy za chwilę mieli zali­czyć coś naj­więk­szego i naj­lep­szego, co tylko się da, choć nie był to seks, tylko Gate­way.

Gdy ludzie zaczęli badać powierzch­nię Wenus, odkryli tunele Heechee.

Ich twór­ców nie zna­leźli: kim­kol­wiek byli Heechee, kie­dy­kol­wiek odwie­dzili Wenus, ode­szli dawno temu. Nie zosta­wili nawet żad­nego ciała w gro­bie, które można by wyko­pać i zba­dać. Zostały tylko tunele, jaski­nie, tro­chę żało­snych drob­nych arte­fak­tów i tech­no­lo­giczne cuda, któ­rymi ludz­kość zdu­mie­wała się i pró­bo­wała je odtwo­rzyć.

A potem ktoś zna­lazł mapę Heechee przed­sta­wia­jącą Układ Sło­neczny. Jowisz z jego księ­ży­cami, Mars, pla­nety zewnętrzne i Zie­mię z Księ­ży­cem. Oraz Wenus, ozna­czoną na czarno na lśnią­cej błę­ki­tem powierzchni mapy z metalu Heechee. Oraz Mer­kury i jesz­cze coś, jedyny obiekt oprócz Wenus ozna­czony na czarno: obiekt orbi­tu­jący mię­dzy pery­he­lium Mer­ku­rego i poza orbitą Wenus, usta­wiony pod kątem dzie­więć­dzie­się­ciu stopni wzglę­dem płasz­czy­zny eklip­tyki tak, że ni­gdy nie zbli­żał się do żad­nej z pla­net. Obiekt, który ni­gdy nie został wykryty przez ziem­skich astro­no­mów. Przy­pusz­czal­nie aste­ro­ida lub kometa - róż­nica była czy­sto seman­tyczna - która z jakie­goś powodu miała duże zna­cze­nie dla Heechee.

(Trans­kryp­cja pytań i odpo­wie­dzi z wykładu pro­fe­sora Hegra­meta)

Pyta­nie: Jak wyglą­dali Heechee?

Pro­fe­sor Hegra­met: Nikt nie wie. Poza dwoma czy trzema mapami ni­gdy nie zna­leź­li­śmy niczego przy­po­mi­na­ją­cego foto­gra­fię albo rysu­nek. Czy książkę.

Pyta­nie: Czy nie mieli jakie­goś sys­temu prze­cho­wy­wa­nia wie­dzy, jak pismo?

Pro­fe­sor Hegra­met: Oczy­wi­ście musieli go mieć. Ale nie wiem, jak wyglą­dał. Mam podej­rze­nie... wła­ści­wie zga­duję.

Pyta­nie: Jakie?

Pro­fe­sor Hegra­met: Cóż, pro­szę pomy­śleć o naszych meto­dach zapisu i jak zosta­łyby ode­brane w cza­sach przed roz­wo­jem tech­no­lo­gii. Gdy­bym dał, powiedzmy Eukli­de­sowi, książkę, zdo­łałby zro­zu­mieć, czym jest, nawet gdyby nie rozu­miał jej zawar­to­ści. Ale gdy­bym dał mu kasetę magne­to­fo­nową? Nie wie­działby, co z nią zro­bić. Podej­rze­wam, choć nie jestem prze­ko­nany, że mamy jakieś "książki" Heechee, tylko ich nie roz­po­zna­jemy. Pręt metalu Heechee. Może te spi­rale Q na stat­kach, któ­rych funk­cji zupeł­nie nie znamy. To nie jest nowy pomysł. Wszystko to testo­wano pod kątem kodów magne­tycz­nych, mikro­row­ków, wzo­rów che­micz­nych... niczego nie zna­leź­li­śmy. Ale może nie mamy przy­rzą­dów potrzeb­nych do wykry­cia wia­do­mo­ści.

Pyta­nie: W Heechee jest coś, czego nie rozu­miem. Czemu zosta­wili te wszyst­kie tunele i miej­sca? Dokąd ode­szli?

Pro­fe­sor Hegra­met: Młoda damo, za cho­lerę nie wiem.

Zapewne sonda tele­sko­powa prę­dzej czy póź­niej poszłaby za tym tro­pem, ale nie było to konieczne. Wła­śnie wtedy sławny Sylve­ster Mac­klen - który aż do tej chwili nie był nikomu znany i był po pro­stu jesz­cze jed­nym tune­lo­wym szczu­rem na Wenus - zna­lazł sta­tek Heechee, pole­ciał na Gate­way i tam zgi­nął. Zdo­łał jed­nak dać znać ludziom, gdzie się znaj­duje, przez sprytne wysa­dze­nie swo­jego statku. NASA prze­kie­ro­wała sondę z chro­mos­fery słońca, a Gate­way została zna­le­ziona i otwarta dla ludzi.

Wewnątrz były gwiazdy.

A mówiąc mniej poetycko i bar­dziej dosłow­nie, znaj­do­wało się tam nie­mal tysiąc małych pojaz­dów kosmicz­nych wyglą­da­ją­cych tro­chę jak grube grzyby. Miały różne kształty i roz­miary. Naj­mniej­sze były pra­wie okrą­głe, jak grzyby hodo­wane w tune­lach Wyoming po wyko­pa­niu całego łupku, te sprze­da­wane potem w super­mar­ke­tach. Więk­sze były bar­dziej szpi­cza­ste, jak smar­dze. Wewnątrz kape­lu­szy znaj­do­wały się kwa­tery miesz­kalne i źró­dło zasi­la­nia, któ­rego nikt nie rozu­miał. W nóż­kach mie­ściły się statki z sil­ni­kami rakie­to­wymi, coś jak stare lądow­niki księ­ży­cowe z pierw­szych pro­gra­mów kosmicz­nych.

Nikt jesz­cze nie odkrył, jak napę­dzane są kape­lu­sze ani jak nimi ste­ro­wać.

To spra­wiało, że czu­li­śmy się nie­pew­nie: fakt, że będziemy ryzy­ko­wać, korzy­sta­jąc z cze­goś, czego nikt nie rozu­miał. Po uru­cho­mie­niu statku Heechee dosłow­nie nie miało się nad nim żad­nej kon­troli. Ich kursy zapro­gra­mo­wano w sys­te­mie napro­wa­dza­nia w spo­sób, któ­rego nikt jesz­cze nie roz­gryzł: można było wybrać jakiś kurs, ale po wybra­niu taki już zosta­wał - wybie­ra­jąc go, czło­wiek nie wie­dział, dokąd trafi. Jak z jaj­kiem-nie­spo­dzianką: ni­gdy nie wia­domo, co będzie w środku.

A jed­nak dzia­łały. Wciąż dzia­łały, choć tkwiły tam praw­do­po­dob­nie jakieś pół miliona lat.

Pierw­szy czło­wiek, który miał dość odwagi, by wejść do jed­nego z nich i go uru­cho­mić, miał szczę­ście. Sta­tek opu­ścił swój kra­ter na powierzchni aste­ro­idy, zro­bił się jasny i roz­myty, a potem znik­nął.

Trzy mie­siące póź­niej wró­cił, z wygło­dzo­nym astro­nautą o szkla­nym spoj­rze­niu, który pro­mie­nio­wał szczę­ściem. Był przy innej gwieź­dzie! Orbi­to­wał wokół wiel­kiej sza­rej pla­nety z wiru­ją­cymi żół­tymi chmu­rami, zdo­łał odwró­cić usta­wie­nia ste­ro­wa­nia - i przez wbu­do­wany sys­tem napro­wa­dza­nia został spro­wa­dzony do tego samego kra­teru, z któ­rego wyle­ciał.

Wysłali więc kolejny sta­tek, tym razem jeden z dużych w kształ­cie smar­dzów, z czte­ro­oso­bową załogą oraz mnó­stwem jedze­nia i sprzętu badaw­czego. Nie było ich tylko przez około pięć­dzie­się­ciu dni. W tym cza­sie nie tylko dotarli do innego układu gwiezd­nego, zdo­łali też użyć lądow­nika do zej­ścia na powierzch­nię pla­nety. Nie zna­leźli żad­nego życia... ale kie­dyś tam było.

Zna­leźli pozo­sta­ło­ści. Nie­wiele. Kilka pod­nisz­czo­nych śmieci na skraju gór­skiego szczytu, czę­ściowo omi­nię­tego przez kata­strofę, która przy­da­rzyła się pla­ne­cie. Z radio­ak­tyw­nego pyłu wydłu­bali cegłę, cera­miczny nit, na wpół sto­piony przed­miot wyglą­da­jący, jakby kie­dyś był chro­mo­wa­nym fle­tem.

Wtedy zaczęła się gorączka gwiazd... a my byli­śmy jej czę­ścią.

Rozdział 5.

5

Zyg­fryd to dość mądra maszyna, ale cza­sami nie potra­fię zro­zu­mieć, co z nim jest nie tak. Cią­gle prosi mnie, żebym opo­wia­dał mu swoje sny, a potem cza­sem zda­rza się, że przy­cho­dzę prze­peł­niony jakimś snem, który z pew­no­ścią mu się spodoba, takim pięk­nym w sam raz dla niego, peł­nym sym­boli penisa, fety­szy­zmu i poczu­cia winy, a on mnie roz­cza­ro­wuje. Zaczyna drą­żyć jakiś pokrętny trop, który nie ma z tym nic wspól­nego. Opo­wia­dam mu wszystko, a on potem sie­dzi, klika, ter­ko­cze i brzę­czy przez chwilę - tak naprawdę tego nie robi, ale wyobra­żam to sobie, cze­ka­jąc - po czym mówi:

- Wróćmy do cze­goś innego, Rob. Jestem zain­te­re­so­wany tym, co mówi­łeś o kobie­cie, Gelle-Kla­rze Moyn­lin.

- Znowu wpusz­czasz się w maliny, Zyg­fryd.

- Nie sądzę, Rob.

- Ale ten sen! Mój Boże, nie widzisz, jaki jest ważny? Co z posta­cią matki w nim?

- Może pozwo­lisz mi wyko­ny­wać moją pracę, Rob?

- A mam jakiś wybór? - odpo­wia­dam nabur­mu­szony.

- Zawsze masz wybór, Rob, ale bar­dzo chciał­bym ci zacy­to­wać coś, co sam nie­dawno powie­dzia­łeś.

Urywa i po chwili sły­szę mój wła­sny głos zare­je­stro­wany na któ­rejś z jego taśm. Mówię: "Tam jest takie natę­że­nie bólu, poczu­cia winy i cier­pie­nia, Zyg­fryd, że sobie z nim nie pora­dzę".

Czeka, aż coś powiem, i po chwili to robię.

- To nie­złe nagra­nie - przy­znaję. - Ale wolał­bym raczej poroz­ma­wiać o tym, jak w moim śnie prze­ja­wia się moja fik­sa­cja na matce.

- Uwa­żam, że bar­dziej pro­duk­tywne będzie zaję­cie się tą inną sprawą, Rob. Bar­dzo moż­liwe, że są powią­zane.

- Naprawdę? - Zaczy­nam się roz­grze­wać do roz­mowy o teo­re­tycz­nej moż­li­wo­ści w ode­rwany i filo­zo­ficzny spo­sób, ale mi nie odpusz­cza.

- Ostat­nia roz­mowa, którą odby­łeś z Klarą, Rob. Powiedz mi, pro­szę, co w związku z nią czu­jesz.

- Już mówi­łem. - Wcale mi się to nie podoba, to taka straszna strata czasu, więc dopil­no­wuję, by znał moje zda­nie na pod­sta­wie tonu mojego głosu i napię­cia ciała. - To było nawet gor­sze niż z moją mamą.

- Wiem, że wolał­byś zmie­nić temat na twoją mamę, Rob, ale, pro­szę, nie rób tego teraz. Opo­wiedz mi o tam­tym cza­sie z Klarą. Co w tej chwili czu­jesz w tej spra­wie?

Pró­buję szcze­rze się nad tym zasta­no­wić. W końcu tyle mogę zro­bić. Wła­ści­wie nie muszę tego omó­wić, ale jedyne, co potra­fię powie­dzieć to:

- Nie­wiele.

- Czy to wszystko? "Nie­wiele"? - pyta po krót­kiej chwili.

- Zga­dza się. Nie­wiele. Przy­naj­mniej nie­wiele na powierzchni. Pamię­tam, jak się wtedy czu­łem. - Bar­dzo ostroż­nie otwie­ram to wspo­mnie­nie. Opa­da­nie w tę nie­bie­ską mgłę. Widok ciem­nej, upior­nej gwiazdy. Roz­mowa z Klarą przez Radio, gdy Dane szep­cze mi do ucha... Znowu je zamy­kam.

- To wszystko bar­dzo boli, Zyg­fryd - mówię kon­wer­sa­cyj­nym tonem.

Cza­sami pró­buję oszu­kać go, wypo­wia­da­jąc nace­cho­wane emo­cjo­nal­nie słowa tonem, któ­rym można by zama­wiać fili­żankę kawy, choć nie sądzę, by to dzia­łało. Zyg­fryd słu­cha nasi­le­nia i nad­to­nów, ale moni­to­ruje też oddech i prze­rwy, a także zna­cze­nie słów. Jest wyjąt­kowo inte­li­gentny jak na swoją głu­potę.

Rozdział 6.

6

Pię­cioro pod­ofi­ce­rów ze sta­łej obsady z każ­dego z krą­żow­ni­ków obma­cało nas, spraw­dziło doku­menty i prze­ka­zało urzęd­ni­kowi reje­stru­ją­cemu Kor­po­ra­cji. Sheri zachi­cho­tała, gdy dłoń obma­cu­ją­cego ją Rosja­nina tra­fiła w czułe miej­sce, i ode­zwała się do mnie:

- Jak myślisz, Rob, co mogli­by­śmy tu prze­my­cać?

Uci­szy­łem ją syk­nię­ciem. Pra­cow­nica Kor­po­ra­cji ode­brała karty lądo­wa­nia od dowo­dzą­cego grupą Chiń­czyka i zaczęła odczy­ty­wać nasze nazwi­ska. Było nas ośmioro.

- Witam na pokła­dzie - powie­działa. - Każde z was otrzyma przy­dzie­lo­nego opie­kuna. Pomogą wam poznać to miej­sce, odpo­wie­dzą na pyta­nia i poin­for­mują, gdzie zgło­sić się na bada­nie medyczne i na zaję­cia. Prze­każą wam także kopię kon­traktu do pod­pi­sa­nia. Z waszych depo­zy­tów pie­nięż­nych na statku, któ­rym tu przy­le­cie­li­ście, pobrano tysiąc sto pięć­dzie­siąt dola­rów: to wasz poda­tek na pod­trzy­ma­nie życia za pierw­sze dzie­sięć dni. Z reszty może­cie korzy­stać po wypi­sa­niu piezo czeku. Opie­kun pokaże wam, jak to zro­bić. Lin­scott!

Czar­no­skóry męż­czy­zna w śred­nim wieku z Baja Kali­for­nia uniósł rękę.

- Twoją opie­kunką jest Shota Tara­svili. Bro­adhead!

- To ja.

- Dane Metch­ni­kov - rzu­ciła urzęd­niczka Kor­po­ra­cji.

Zaczą­łem się roz­glą­dać, ale męż­czy­zna, który musiał być Dane'em Metch­ni­ko­vem już ruszył w moją stronę. Bar­dzo mocno ujął mnie za rękę i zaczął odpro­wa­dzać, a dopiero potem się ode­zwał.

- Cześć.

Pró­bo­wa­łem się opie­rać.

- Chciał­bym się poże­gnać z przyja...

- Wszy­scy jeste­ście w tym samym rejo­nie - rzu­cił. - Chodź.

I tak w ciągu dwóch godzin od dotar­cia na Gate­way mia­łem pokój, opie­kuna i kon­trakt. Doku­ment pod­pi­sa­łem od razu, nawet go nie czy­ta­jąc. Metch­ni­kov wyglą­dał na zasko­czo­nego.

- Nie chcesz wie­dzieć, co tam zapi­sano?

- Nie w tej chwili. W sumie, co mi to da? Gdyby treść mi się nie spodo­bała, mógł­bym zmie­nić zda­nie, a jakie tak naprawdę mam inne opcje?

Bycie poszu­ki­wa­czem jest dość prze­ra­ża­jące, bar­dzo nie podo­bała mi się myśl o śmierci. Nie­na­wi­dzę myśli o umie­ra­niu, kie­dy­kol­wiek. O nie­by­ciu żywym, o zatrzy­ma­niu wszyst­kiego ze świa­do­mo­ścią, że wszy­scy inni ludzie będą dalej żyć, upra­wiać seks i cie­szyć się bez mojego udziału. Ale nie nie­na­wi­dzi­łem tego aż tak bar­dzo jak myśli o powro­cie do kopalni żyw­no­ści.

Metch­ni­kov zawie­sił się za koł­nierz na haku na ścia­nie w moim pokoju, żeby nie prze­szka­dzać, gdy będę odkła­dał swoje rze­czy. Był nie­zbyt roz­mow­nym, przy­sa­dzi­stym, bla­dym męż­czy­zną. Nie wyda­wał się kimś, kogo łatwo można było polu­bić, ale przy­naj­mniej nie śmiał się ze mnie, bo byłem nie­zdar­nym żół­to­dzio­bem. Na Gate­way panuje coś bli­skiego nie­waż­ko­ści. Ni­gdy wcze­śniej nie zazna­łem niskiego cią­że­nia: nie spo­tyka się go w Wyoming, więc cią­gle źle oce­nia­łem ruchy.

- Przy­wyk­niesz do tego - stwier­dził Metch­ni­kov, gdy sko­men­to­wa­łem swoją nie­zdar­ność. - Masz szlugi?

- Oba­wiam się, że nie.

Wes­tchnął, wyglą­da­jąc jak Budda zawie­szony na ścia­nie ze zło­żo­nymi nogami. Spoj­rzał na zega­rek.

- Zabiorę cię póź­niej na drinka. Taki miej­scowy zwy­czaj. Tylko że tam się nic nie dzieje przed dwu­dzie­stą drugą. Dopiero wtedy Nie­bie­skie Pie­kło się zapeł­nia, więc przed­sta­wię ci parę osób. Zoba­czysz, co tam znaj­dziesz. Jesteś hetero czy gejem? Cho­dzi o coś innego?

UMOWA WSPÓŁ­PRACY

Ja __________________________, będąc zdro­wym na umy­śle, niniej­szym prze­no­szę wszel­kie prawa do wszel­kich odkryć, arte­fak­tów, przed­mio­tów i rze­czy war­to­ścio­wych dowol­nego typu, które mogę zna­leźć pod­czas lub w wyniku eks­plo­ra­cji z wyko­rzy­sta­niem jakich­kol­wiek udo­stęp­nio­nych mi jed­no­stek lub infor­ma­cji udzie­lo­nych przez Kie­row­nic­two Gate­way, nie­odwo­łal­nie na wspo­mniane Kie­row­nic­two Gate­way.

Kie­row­nic­two Gate­way może, według wła­snego uzna­nia, zde­cy­do­wać się na sprze­daż, dzier­żawę lub inne zby­cie wszel­kich arte­fak­tów, przed­mio­tów lub innych rze­czy war­to­ścio­wych będą­cych wyni­kiem mojej dzia­łal­no­ści w ramach niniej­szej umowy. Jeśli to uczyni, zobo­wią­zuje się do prze­ka­za­nia mi 50% (pięć­dzie­się­ciu pro­cent) wszyst­kich przy­cho­dów wyni­ka­ją­cych z takiej sprze­daży, dzier­żawy lub zby­cia, do wyso­ko­ści kosz­tów samej wyprawy poszu­ki­waw­czej (w tym moich wła­snych kosz­tów przy­jazdu do Gate­way i póź­niej­szych kosz­tów utrzy­ma­nia pod­czas pobytu tam), oraz 10% (dzie­się­ciu pro­cent) wszyst­kich kolej­nych przy­cho­dów po spła­ce­niu wyżej wymie­nio­nych kosz­tów. Przyj­muję takie prze­ka­zane wyna­gro­dze­nie jako pełną zapłatę za wszel­kie zobo­wią­za­nia Kie­row­nic­twa Gate­way do mojej osoby, nie­za­leż­nie od ich rodzaju, i w szcze­gól­no­ści zobo­wią­zuję się nie wysu­wać żad­nych rosz­czeń o dodat­kową zapłatę z jakie­go­kol­wiek powodu w dowol­nym momen­cie.

Nie­odwo­łal­nie przy­znaję Kie­row­nic­twu Gate­way pełne prawo i wła­dzę do podej­mo­wa­nia wszel­kiego rodzaju decy­zji zwią­za­nych z eks­plo­ata­cją, sprze­dażą lub dzier­żawą praw do takich odkryć, w tym prawo, według wyłącz­nego uzna­nia Kie­row­nic­twa Gate­way, do połą­cze­nia moich odkryć lub innych rze­czy war­to­ścio­wych, wyni­ka­ją­cych z tej umowy, z odkry­ciami innych osób w celu eks­plo­ata­cji, dzier­żawy lub sprze­daży, w któ­rym to przy­padku mój udział będzie wyno­sił taką część zysków, jaką Kie­row­nic­two Gate­way uznają za wła­ściwą; i dalej przy­znaję Kie­row­nic­twu Gate­way prawo do powstrzy­ma­nia się od wyko­rzy­sty­wa­nia wszel­kich lub wszyst­kich takich odkryć lub rze­czy war­to­ścio­wych w jaki­kol­wiek spo­sób, według wła­snego uzna­nia.

Zwal­niam Kie­row­nic­two Gate­way z wszel­kich rosz­czeń przeze mnie lub w moim imie­niu, wyni­ka­ją­cych z jakie­go­kol­wiek urazu, wypadku lub straty jakie­go­kol­wiek rodzaju dla mnie w związku z moimi dzia­ła­niami w ramach tej umowy.

W przy­padku jakich­kol­wiek spo­rów wyni­ka­ją­cych z niniej­szej Umowy o współ­pracy zga­dzam się, że warunki będą inter­pre­to­wane zgod­nie z pra­wem i pre­ce­den­sami obo­wią­zu­ją­cymi w samej fir­mie Gate­way i że żadne prawo ani pre­ce­densy z innych jurys­dyk­cji nie będą w żad­nym stop­niu uzna­wane za istotne.

- Dość hetero.

- Wszystko jedno. W tej spra­wie jesteś zdany na sie­bie. Przed­sta­wię cię ludziom, któ­rych znam, ale potem radź sobie sam. Lepiej od razu się do tego przy­zwy­czaj. Masz swoją mapę?

- Mapę?

- Do cho­lery, czło­wieku! Jest w pakie­cie, który dosta­łeś.

Zaczą­łem losowo otwie­rać szafki, aż zna­la­złem, gdzie odło­ży­łem kopertę. Trzy­ma­łem w niej moją kopię umowy, bro­szurkę pod tytu­łem "Witamy na Gate­way", przy­dział pokoju, kwe­stio­na­riusz zdro­wotny, który powi­nie­nem wypeł­nić przed ósmą rano następ­nego dnia... oraz zło­żony arkusz, wyglą­da­jący po roz­ło­że­niu jak sche­mat oka­blo­wa­nia z nazwami.

- To ona. Potra­fisz zna­leźć, gdzie się znaj­du­jesz? Pamię­taj swój numer pokoju: poziom Babka, ćwiartka wschod­nia, tunel ósmy, pokój pięć­dzie­siąt jeden. Zapisz sobie.

- Mam to już zapi­sane na przy­dziale pokoju.

- W takim razie go nie zgub. - Dane się­gnął za szyję i zwol­nił się z haczyka, pozwa­la­jąc, by szcząt­kowe cią­że­nie zepchnęło go na pod­łogę. - To może teraz rozej­rzyj się tro­chę po oko­licy. Przyjdę tu po cie­bie. Chcesz teraz jesz­cze o coś zapy­tać?

Zasta­na­wia­łem się, pod­czas gdy on wyglą­dał na znie­cier­pli-wio­nego.

- Cóż... mogę ci zadać oso­bi­ste pyta­nie, Dane? Wyla­ty­wa­łeś już?

- Sześć kur­sów. No dobra, do zoba­cze­nia o dwu­dzie­stej dru­giej.

Potem pchnął ela­styczne drzwi, wysu­nął się na gęsto obro­śnięty kory­tarz i znik­nął.

Pozwo­li­łem sobie opaść - bar­dzo łagod­nie, bar­dzo powoli - na moje jedyne praw­dziwe krze­sło i spró­bo­wa­łem zmu­sić się do zro­zu­mie­nia, że stoję na progu wszech­świata.

Nie wiem, czy potra­fię wam opi­sać to uczu­cie, jak wszech­świat wyglą­dał dla mnie z Gate­way: jak bycie mło­dym z Peł­nym Pakie­tem Medycz­nym. Jak menu w naj­lep­szej restau­ra­cji świata, gdy ktoś inny będzie pła­cił rachu­nek. Jak wła­śnie spo­tkana dziew­czyna, któ­rej się podo­basz. Jak nie­otwarty pre­zent.

To, co jako pierw­sze ude­rza na Gate­way, to maleń­kie roz­miary tuneli. Wydają się jesz­cze mniej­sze przez obło­że­nie skrzyn­ko­wymi donicz­kami z roślin­no­ścią, zawroty głowy z powodu mikro­gra­wi­ta­cji i smród. Gate­way trzeba przy­swa­jać małymi kawał­kami. Nie da się zoba­czyć naraz cało­ści: jest jedy­nie labi­ryn­tem skal­nych tuneli. Nie jestem nawet pewien, czy wszyst­kie zostały już zba­dane. Z pew­no­ścią są całe kilo­me­try takich, do któ­rych nikt ni­gdy nie zagląda, a przy­naj­mniej nie­zbyt czę­sto.

Tacy wła­śnie byli Heechee. Prze­chwy­cili aste­ro­idę, obło­żyli ją meta­lową ścianą, wyko­pali tunele i napeł­nili je swo­imi rze­czami - choć, gdy tam dotar­li­śmy, więk­szość była pusta, jak ze wszyst­kim, co w całym wszech­świe­cie kie­dyś nale­żało do Heechee. A potem ode­szli, mając jakiś swój powód do odej­ścia.

Naj­bliż­sze, co na Gate­way można uznać za cen­trum, to Rynek Heechee: wrze­cio­no­wata jaski­nia bli­sko geo­me­trycz­nego cen­trum aste­ro­idy. Mówią, że Heechee miesz­kali tam, gdy budo­wali Gate­way. My też, a przy­naj­mniej bli­sko tego miej­sca - wszy­scy nowi ludzie z Ziemi. Oraz z innych miejsc: krótko przed nami przy­le­ciał sta­tek z Wenus. Tam znaj­dują się miesz­ka­nia fir­mowe. Póź­niej, jeśli wzbo­ga­cimy się na wypra­wie poszu­ki­waw­czej, będziemy mogli prze­nieść się bli­żej powierzchni, gdzie było tro­chę więk­sze cią­że­nie i pano­wał mniej­szy hałas. A przede wszyst­kim mniej śmier­działo. Parę tysięcy osób oddy­chało tym samym powie­trzem co ja. Pili, sikali i wypusz­czali gazy, emi­tu­jąc do atmos­fery wszyst­kie swoje wonie. Więk­szość ludzi nie zosta­wała tu na długo, ale ich wonie tak.

Nie przej­mo­wa­łem się smro­dem, nie przej­mo­wa­łem się niczym. Gate­way była moim szczę­śli­wym kupo­nem lote­ryj­nym do Peł­nego Pakietu Medycz­nego, domu z dzie­wię­cioma poko­jami, gro­madki dzieci i mnó­stwa rado­ści. Już raz wygra­łem na lote­rii, więc dość opty­mi­stycz­nie pod­cho­dzi­łem do moż­li­wo­ści kolej­nej wygra­nej.

To wszystko było bar­dzo pod­nie­ca­jące, choć rów­no­cze­śnie dość obskurne. Nie widzia­łem wielu luk­su­sów. Za 238575 dola­rów dosta­łem trans­port na Gate­way, jedze­nie, miesz­ka­nie i powie­trze na dzie­sięć dni, skró­cony kurs obsługi statku i zapro­sze­nie do zgło­sze­nia się na następną wyla­tu­jącą wyprawę. Na dowol­nym statku, który mi się spodoba. Nie każą ludziom wsia­dać na żadną kon­kretną jed­nostkę, wła­ści­wie w ogóle nie każą im ni­gdzie lecieć.

Kor­po­ra­cja nic na tym nie zara­bia, wszyst­kie ceny usta­wiono pod kątem pokry­cia kosz­tów. Co nie ozna­cza, że ceny są niskie i zde­cy­do­wa­nie nie zna­czy, że dostaje się coś dobrego. Jedze­nie było prak­tycz­nie takie samo jak wyko­py­wane przeze mnie i spo­ży­wane przez całe życie. Pokój miał roz­miar dużej szafy, z jed­nym krze­słem, kil­koma szaf­kami, roz­kła­da­nym sto­łem i hama­kiem, który można było roz­wie­sić w kącie, gdy czło­wiek chciał się prze­spać.

Moimi sąsia­dami była rodzina z Wenus. Zoba­czy­łem ich przez nie­do­mknięte drzwi. Nie­sa­mo­wite! Cała czwórka śpiąca w jed­nej z tych kli­tek! Wyglą­dało na to, że jeden hamak przy­pa­dał na dwie osoby. Po dru­giej stro­nie był pokój Sheri. Poskro­ba­łem w jej drzwi, ale nie odpo­wie­działa. Drzwi nie były zamknięte. Na Gate­way nikt ich nie zamyka, a jed­nym z powo­dów jest fakt, że nie bar­dzo jest co kraść. Sheri nie było w pokoju. Rze­czy, które miała na sobie na statku, poroz­rzu­cała po całym pokoju.

Domy­śli­łem się, że wyszła zwie­dzać, i poża­ło­wa­łem, że nie dotar­łem tu chwilę wcze­śniej. Chciał­bym mieć towa­rzy­stwo pod­czas eks­plo­ra­cji. Opar­łem się o bluszcz wyra­sta­jący ze ściany tunelu i wycią­gną­łem mapę, która pod­su­nęła mi kilka pomy­słów na miej­sca do odwie­dze­nia. Znaj­do­wały się na niej miej­sca pod­pi­sane "Cen­tral Park" i "Jezioro Supe­rior". Co to było? Zacie­ka­wiło mnie też poten­cjal­nie inte­re­su­jące "Muzeum Gate­way" oraz "Szpi­tal Koń­cowy", co brzmiało dość ponuro, choć póź­niej dowie­dzia­łem się, że "koń­cowy" miało ozna­czać koniec trasy, po powro­cie z wyprawy. Kor­po­ra­cja musiała wie­dzieć, że nazwa brzmi dwu­znacz­nie, ale ni­gdy nie wkła­dała wiele wysiłku w próby pudro­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści dla poszu­ki­wa­czy.

Jed­nak tak naprawdę chcia­łem zoba­czyć sta­tek.

Gdy tylko ta myśl roz­kwi­tła w mojej gło­wie, zro­zu­mia­łem, że bar­dzo tego pra­gnę. Zaczą­łem szu­kać, jak dotrzeć do powierzchni aste­ro­idy, gdzie oczy­wi­ście znaj­do­wały się doki stat­ków. Zacze­piony jedną ręką o poręcz w dru­giej trzy­ma­łem roz­ło­żoną mapę. Zna­le­zie­nie mojej loka­li­za­cji nie zajęło mi dużo czasu. Byłem przy skrzy­żo­wa­niu pię­ciu kory­ta­rzy ozna­czo­nym na mapie "Wschod­nia gwiazda, Babka G". Jeden z pię­ciu tuneli pro­wa­dził do szybu ku powierzchni, ale nie potra­fi­łem stwier­dzić, który to.

Ruszy­łem w głąb przy­pad­ko­wego, dotar­łem do śle­pego zaułka i w dro­dze powrot­nej poskro­ba­łem w drzwi, chcąc zapy­tać o drogę. Otwo­rzyły się.

- Prze­pra­szam... - powie­dzia­łem... i zamil­kłem.

Męż­czy­zna, który mi otwo­rzył, wyda­wał się rów­nie wysoki jak ja, ale wcale taki nie był. Miał oczy na tym samym pozio­mie, co ja, ale koń­czył się w talii. Nie miał nóg.

WITAJ NA GATE­WAY!

Gra­tu­la­cje! Jesteś jedną z bar­dzo nie­licz­nych osób, które co roku mogą stać się ogra­ni­czo­nymi part­ne­rami Gate­way Entrer­pri­ses Inc. Twój pierw­szy obo­wią­zek to pod­pi­sa­nie załą­czo­nej Umowy o współ­pracy. Nie musisz tego robić od razu. Zachę­camy do uważ­nego prze­stu­dio­wa­nia umowy i sko­rzy­sta­nia z pomocy praw­nej, jeśli jest dostępna. Jed­nakże do czasu pod­pi­sa­nia umowy nie możesz korzy­stać z kwa­ter Kor­po­ra­cji, spo­ży­wać posił­ków w kor­po­ra­cyj­nej sto­łówce ani uczest­ni­czyć w kur­sach instruk­ta­żo­wych Kor­po­ra­cji.

Hotel i restau­ra­cja Gate­way ofe­rują kwa­tery i wyży­wie­nie dla osób będą­cych tu gośćmi lub tych, które nie zechcą pod­pi­sać Umowy o współ­pracy.

Powie­dział coś, ale go nie zro­zu­mia­łem, bo to nie było po angiel­sku. Zresztą i tak całą moją uwagę pochło­nął jego widok. Był ubrany w zwiewną jasną tka­ninę roz­piętą od nad­garst­ków do talii i powoli machał skrzy­dłami, by utrzy­mać się w powie­trzu. W bar­dzo niskim cią­że­niu Gate­way nie było to trudne, ale na pewno zaska­ku­jące.

- Prze­pra­szam - rzu­ci­łem. - Chcia­łem tylko zapy­tać o drogę na poziom Tanya. - Pró­bo­wa­łem się nie gapić, ale nie­zbyt mi to wycho­dziło.

Uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc białe zęby w sta­rej twa­rzy bez zmarsz­czek. Czarne oczy patrzyły spod czuba krót­kich, bia­łych wło­sów. Prze­pchnął się obok mnie na kory­tarz i odpo­wie­dział w dosko­na­łej angielsz­czyź­nie.

- Oczy­wi­ście. Na pierw­szym skrzy­żo­wa­niu pro­szę skrę­cić w prawo. Potem do następ­nej gwiazdy i drugi kory­tarz na lewo. Będzie opi­sany. - Ruchem głowy wska­zał w stronę gwiazdy.

Podzię­ko­wa­łem i zosta­wi­łem go uno­szą­cego się za mną. Mia­łem ochotę się obej­rzeć, ale wyda­wało się to nie­uprzejme. Dziwne. Nie przy­szło mi do głowy, że na Gate­way mogą miesz­kać kaleki.

Byłem wtedy aż tak naiwny.

Spo­ty­ka­jąc go, pozna­łem Gate­way w spo­sób, w jaki nie dało się jej poznać na pod­sta­wie liczb. Same sta­ty­styki są dość jasne i wszy­scy je stu­dio­wa­li­śmy: wszy­scy, któ­rzy przy­le­cieli tu, by zostać poszu­ki­wa­czami, i dużo więk­sza liczba tych, któ­rzy tylko o tym marzyli. Około osiem­dzie­się­ciu pro­cent lotów z Gate­way wraca z pustymi rękami. Około pięt­na­stu pro­cent w ogóle nie wraca. Czyli śred­nio jedna osoba na dwa­dzie­ścia wraca z wyprawy poszu­ki­waw­czej z czymś, na czym Gate­way - albo ogól­nie, cała ludz­kość - może zaro­bić. Nawet pośród nich więk­szość może uznać się za szczę­śliw­ców, jeśli dostaną dość, by pokryć koszty dosta­nia się tutaj.

A jeśli pod­czas wyprawy ucier­pisz... cóż, masz pecha. Szpi­tal Koń­cowy jest wypo­sa­żony rów­nie dobrze, jak każdy inny, jed­nak żeby sko­rzy­stać z tego sprzętu, naj­pierw musisz się do niego dostać. Prze­lot może trwać całe mie­siące. Jeśli poszu­ki­wa­czowi coś przy­da­rzy się na dru­gim końcu podróży - a zwy­kle tak wła­śnie się dzieje - nie­wiele można zro­bić do czasu, aż wróci na Gate­way. Wtedy może być już za późno, żeby go poła­tać, a praw­do­po­dob­nie także za późno, by utrzy­mać przy życiu.

UTRZY­MA­NIE FUNK­CJO­NO­WA­NIA GATE­WAY

Aby pokryć koszt utrzy­ma­nia Gate­way, wszyst­kie prze­by­wa­jące tu osoby są zobo­wią­zane do pokry­cia przy­pa­da­ją­cych na każdą osobę kosz­tów powie­trza, kon­troli tem­pe­ra­tury, admi­ni­stra­cyj­nych i innych. W przy­padku gości ten koszt jest ujęty w opła­cie hote-lowej.

Stawki za osobę są ogól­nie dostępne. Poda­tek można zapła­cić z wyprze­dze­niem nawet do jed­nego roku. Brak pokry­cia kosz­tów utrzy­ma­nia spo­wo­duje nie­zwłoczne wyda­le­nie z Gate­way.

Uwaga: nie można zagwa­ran­to­wać dostęp­no­ści statku, który przyj­mie wyda­lane osoby.

Tak przy oka­zji, to podróż powrotna do domu jest bez­płatna. Rakiety zawsze przy­la­tują z więk­szym ładun­kiem, niż wra­cają. Nazy­wają to stra­tami.

Można wró­cić za darmo, ale... Do czego?

Puści­łem linę w dół na pozio­mie Tanya, skrę­ci­łem do tunelu i wpa­dłem na męż­czy­znę w czapce i z opa­ską. Poli­cja kor­po­ra­cyjna. Nie mówił po angiel­sku, ale wska­zał ręką, a jego roz­miary były wystar­cza­ją­cym argu­men­tem. Chwy­ci­łem linę cią­gnącą w górę, wje­cha­łem poziom wyżej, prze­sze­dłem do innego szybu i spró­bo­wa­łem ponow­nie.

Jedyna róż­nica była taka, że tym razem straż­nik mówił po angiel­sku.

- Nie możesz tam wejść - powie­dział.

- Chcę tylko zoba­czyć statki.

- Jasne. Nie wolno. Nie masz nie­bie­skiej pla­kietki - powie­dział, doty­ka­jąc swo­jej. - Mają je tylko spe­cja­li­ści Kor­po­ra­cji, wyla­tu­jące załogi i obsługa tech­niczna.

- Jestem z obsługi tech­nicz­nej.

Wyszcze­rzył się.

- Jesteś świe­żym naryb­kiem z ziem­skiego trans­por­towca, co? Zosta­niesz załogą, gdy zapi­szesz się na lot i ani chwili wcze­śniej. Wra­caj na górę.

- Rozu­miesz, jak się czuję, prawda? - spró­bo­wa­łem argu­men­ta­cji. - Chcę tylko popa­trzeć.

- Nie możesz, aż do ukoń­cze­nia kursu. Ale zabiorą was tutaj w ramach szko­le­nia. Póź­niej będziesz ich widział wię­cej, niż­byś chciał.

Jesz­cze chwilę pró­bo­wa­łem dys­ku­to­wać, ale miał zbyt dużo argu­men­tów po swo­jej stro­nie. Jed­nak gdy dotar­łem do liny w górę, cały tunel jakby się szarp­nął i w moje uszy ude­rzyła ściana dźwięku. Przez moment myśla­łem, że aste­ro­ida się roz­pada. Obej­rza­łem się na straż­nika, który dość przy­jaź­nie wzru­szył ramio­nami.

- Mówi­łem tylko, że nie możesz ich zoba­czyć - sko­men­to­wał. - Nie było mowy o sły­sze­niu.

Prze­łkną­łem cisnące mi się na usta okrzyki prze­ję­cia i zamiast tego zada­łem pyta­nie:

- Jak myślisz, dokąd leci?

- Wróć za sześć mie­sięcy, może wtedy będziemy już wie­dzieć.

Cóż, nie było w tym żad­nego powodu do szczę­ścia, ale i tak czu­łem upo­je­nie. Po tych wszyst­kich latach w kopal­niach żyw­no­ści, oto ja, nie tylko na Gate­way, ale dokład­nie tam, w chwili gdy jacyś dzielni poszu­ki­wa­cze wyru­szali w podróż, która zapewni im sławę i nie­wia­ry­godne bogac­two! Pal dia­bli szanse. To naprawdę było życie w pierw­szym sze­regu.

Zamy­ślony prze­sta­łem zwra­cać uwagę na oto­cze­nie i w efek­cie zgu­bi­łem się, wra­ca­jąc. Dotar­łem na poziom Babka spóź­niony dzie­sięć minut.

Dane Metch­ni­kov odcho­dził wła­śnie od moich drzwi i chyba mnie nie poznał. Gdy­bym nie wycią­gnął ręki, chy­baby mnie minął.

- Och - sap­nął. - Spóź­ni­łeś się.

- Posze­dłem na poziom Tanya, chcia­łem obej­rzeć statki.

- Och. Nie wolno tam wcho­dzić, chyba że masz nie­bie­ską pla­kietkę albo bran­so­letę.

Cóż, już się tego dowie­dzia­łem, prawda? Ruszy­łem za nim, nie mar­nu­jąc ener­gii na dal­sze próby roz­mowy.

Metch­ni­kov był dość blady, poza cudow­nie wyszu­ka­nymi zawi­nię­tymi boko­bro­dami bie­gną­cymi wzdłuż linii szczęki. Praw­do­po­dob­nie były nawo­sko­wane, dzięki czemu każda fala żyła wła­snym życiem. Choć "nawo­sko­wane" nie było wła­ści­wym okre­śle­niem. Two­rzyło je coś oprócz wło­sów, ale cokol­wiek to było, nie usztyw­niało ich. Wszystko ruszało się razem z nim, a gdy mówił lub się uśmie­chał, mię­śnie powią­zane z żuchwą spra­wiały, że broda falo­wała i pły­nęła. Kiedy w końcu dotar­li­śmy do Nie­bie­skiego Pie­kła, wresz­cie się uśmiech­nął. Posta­wił mi pierw­szego drinka, sta­ran­nie wyja­śnia­jąc, że taki był zwy­czaj, ale też zwy­czaj wyma­gał tylko jed­nego. To ja posta­wi­łem dru­giego. Uśmiech poja­wił się, gdy zapła­ci­łem za trze­ciego.

Przy hała­sie panu­ją­cym w Nie­bie­skim Pie­kle roz­mowa nie była łatwa, ale powie­dzia­łem mu o star­cie, który sły­sza­łem.

- Racja - rzu­cił, uno­sząc kie­li­szek. - Oby im się udał lot. Miał na ręce sześć świe­cą­cych błę­ki­tem bran­so­le­tek z metalu Heechee, nie­wiele grub­szych od drutu. Zabrzę­czały cicho, gdy prze­ły­kał połowę drinka.

- Czy to to, co myślę? - zapy­ta­łem. - Jedna na każdy lot?

Wypił drugą połowę napoju.

- Zga­dza się. A teraz idę tań­czyć - powie­dział.

Podą­ży­łem za nim wzro­kiem, gdy ruszył ku kobie­cie w świe­tli­stym różo­wym sari. Zde­cy­do­wa­nie nie był gada­tliwy.

Z dru­giej strony przy tym pozio­mie hałasu i tak nie dało się roz­ma­wiać.

CZYM JEST GATE­WAY?

Gate­way to arte­fakt stwo­rzony przez tak zwa­nych Heechee. Wydaje się, że został zbu­do­wany na bazie aste­ro­idy lub jądra nie­ty­po­wej komety. Nie wiemy, kiedy to nastą­piło, ale zde­cy­do­wa­nie przed powsta­niem ludz­kiej cywi­li­za­cji.

Śro­do­wi­sko wewnątrz Gate­way przy­po­mina Zie­mię, z wyjąt­kiem bar­dzo niskiego cią­że­nia. (Tak naprawdę go nie ma, ale siła odśrod­kowa wyni­ka­jąca z ruchu obro­to­wego Gate­way daje podobny efekt). Przy­by­sze z Ziemi zapewne zauwa­żyli pewne pro­blemy z oddy­cha­niem przez pierw­sze kilka dni, co wynika z niskiego ciśnie­nia atmos­fe­rycz­nego. Jed­nakże ciśnie­nie par­cjalne tlenu jest takie samo jak na wyso­ko­ści dwóch tysięcy metrów na Ziemi i w zupeł­no­ści wystar­cza­jące dla osób o nor­mal­nym sta­nie zdro­wia.

Nie bar­dzo też dało się tań­czyć. Nie­bie­skie Pie­kło znaj­do­wało się w środku Gate­way, sta­no­wiąc część wrze­cio­no­wa­tej jaskini. Siła odśrod­kowa była tu tak mała, że nie waży­li­śmy wię­cej niż kilo­gram czy pół­tora, zatem gdyby kto­kol­wiek pró­bo­wał walca albo polki, pofru­nąłby w powie­trze. Zamiast tego wyko­ny­wano coś w rodzaju tań­ców bez doty­ka­nia, czę­sto spo­ty­ka­nych na szkol­nych potań­cówkach. Pew­nie wymy­ślono je po to, by czter­na­sto­letni chłopcy nie musieli patrzeć pod zbyt ostrym kątem do góry na czter­na­sto­letnie dziew­czyny, z któ­rymi tań­czą. Stopy w zasa­dzie nie odry­wały się od pod­łoża, ale za to głowa, ręce, barki i bio­dra wygi­nały się we wszyst­kie strony. Choć oso­bi­ście lubię dotyk, to nie można mieć wszyst­kiego. W każ­dym razie lubię taniec.

Po dru­giej stro­nie sali zoba­czy­łem Sheri ze star­szą kobietą, którą uzna­łem za jej opie­kunkę, i zatań­czy­łem z nią jeden kawa­łek.

- Jak ci się na razie podoba?! - wykrzy­cza­łem przez muzykę odtwa­rzaną z taśmy.

Kiw­nęła głową i coś odkrzyk­nęła, lecz nic z tego nie zro­zu­mia­łem. Tań­czy­łem z wielką czarną kobietą z dwiema bran­so­let­kami, potem znowu z Sheri, z dziew­czyną pod­su­niętą mi przez Dane'a Metch­ni­kova, chyba dla­tego że chciał się jej pozbyć, potem z wysoką kobietą o wyra­zi­stej twa­rzy i naj­czar­niej­szych, naj­gęst­szych brwiach, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łem pod kobiecą fry­zurą. (Włosy splo­tła w dwa war­ko­czyki wędru­jące za nią przy każ­dym ruchu). Ona też miała kilka bran­so­let. Mię­dzy tań­cami piłem.

W lokalu usta­wiono stoły prze­wi­dziane dla ośmiu lub dzie­się­ciu osób, ale nie było tu wiele takich grup. Ludzie sia­dali, gdzie chcieli, i zaj­mo­wali sobie wza­jem­nie miej­sca, nie mar­twiąc się, czy poprzedni wła­ści­ciel wróci. Przez chwilę sie­działo ze mną sze­ścioro mary­na­rzy w mun­du­rach bra­zy­lij­skiej floty, roz­ma­wia­jąc ze sobą po por­tu­gal­sku. Na jakiś czas dołą­czył do mnie męż­czy­zna ze zło­tym kol­czy­kiem, ale jego słów też nie potra­fi­łem zro­zu­mieć. (Choć dość dobrze wie­dzia­łem, czego chciał).

Ten pro­blem utrzy­my­wał się przez cały czas mojego pobytu w Gate­way. I wciąż wystę­puje. Gate­way wygląda jak kon­fe­ren­cja mię­dzy­na­ro­dowa, gdy zepsuje się sprzęt do tłu­ma­cze­nia. Sporo sły­szy się cze­goś w rodzaju uni­wer­sal­nego języka, skle­jo­nych kawał­ków z wielu róż­nych języ­ków w stylu "Eco­utez, gospo­din, tu es ver­reckt". Dwa albo trzy razy tań­czy­łem z jedną z Bra­zy­li­jek, chudą ciemną dziew­czyną z orlim nosem i pięk­nymi brą­zo­wymi oczami, i pró­bo­wa­łem powie­dzieć kilka pro­stych słów. Może mnie rozu­miała. Jeden z męż­czyzn, z któ­rymi była, mówił dobrze po angiel­sku i przed­sta­wił zarówno sie­bie, jak i pozo­sta­łych. Nie zapa­mię­ta­łem żad­nych nazwisk oprócz jego, Fran­ce­sco Here­ira. Posta­wił mi drinka i pozwo­lił mi posta­wić kolejkę całej gru­pie, a potem do mnie dotarło, że już go widzia­łem: był człon­kiem grupy, która prze­szu­ki­wała nas po przy­lo­cie.

Gdy o tym roz­ma­wia­li­śmy, poja­wił się przy mnie Dane i burk­nął mi do ucha:

- Idę zagrać. Do zoba­cze­nia, chyba że naprawdę chcesz iść.

Nie było to naj­ser­decz­niej­sze zapro­sze­nie, ale hałas w Nie­bie­skim Pie­kle zaczy­nał bar­dzo mi doskwie­rać. Ruszy­łem za nim i odkry­łem peł­no­wy­mia­rowe kasyno tuż obok Nie­bie­skiego Pie­kła, ze sto­łami do blac­kjacka, pokera, powolną ruletę z wielką, ciężką kulą, sto­liki do gry w kości, które odbi­jały się w nie­skoń­czo­ność, a nawet wydzie­loną sek­cję do baka­rata. Metch­ni­kov ruszył do sto­łów blac­kjacka i zaczął stu­kać pal­cami w tył krze­sła gra­cza, cze­ka­jąc na wolne miej­sce. Wtedy też dotarło do niego, że też tu jestem.

- Och. - Rozej­rzał się po sali. - W co lubisz grać?

- Gra­łem we wszystko - rzu­ci­łem tro­chę nie­wy­raź­nie. Może też tro­chę się prze­chwa­la­jąc. - Może tro­chę baka­rata.

Naj­pierw popa­trzył na mnie z sza­cun­kiem, potem z roz­ba­wie­niem.

- Mini­malna stawka to pięć­dzie­siąt.

Zostało mi na kon­cie pięć albo sześć tysięcy dola­rów. Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Pięć­dzie­siąt tysięcy - spre­cy­zo­wał.

Zakrztu­si­łem się.

- W ruletkę możesz zagrać za dzie­sięć dola­rów - powie­dział nie­obec­nym gło­sem, prze­cho­dząc za plecy gra­cza, któ­remu koń­czył się sto­sik żeto­nów. - Więk­szość pozo­sta­łych to mini­mum sto. Och, i chyba jest tu gdzieś auto­mat na dzie­siątki. - Szyb­kim ruchem zajął opusz­czone krze­sło.

Rozej­rza­łem się po kasy­nie i zauwa­ży­łem, że dziew­czyna z czar­nymi brwiami sie­dzi przy tym samym stole, z uwagą stu­diu­jąc swoje karty. Nie pod­nio­sła wzroku.

Dotarło do mnie, że nie będzie mnie tu stać na zbyt wiele hazardu. Zro­zu­mia­łem, że tak naprawdę wcale mnie nie stać na te wszyst­kie kupo­wane drinki, a potem mój sys­tem wewnętrzny zaczął mi uświa­da­miać, że wypi­łem ich naprawdę wiele. Ostat­nie, co pamię­tam, to szybki marsz do mojego pokoju.

SYLVE­STER MAC­KLEN: OJCIEC GATE­WAY

Gate­way została odkryta przez Sylve­stra Mac­klena, bada­cza tuneli na Wenus, który w odkrywce zna­lazł dzia­ła­jący sta­tek Heechee. Udało mu się wydo­być go na powierzch­nię i przy­le­cieć nim na Gate­way, gdzie pozo­staje teraz w doku 5-33. Nie­stety Mac­klen nie był w sta­nie wró­cić i choć udało mu się zasy­gna­li­zo­wać swoją obec­ność przez wysa­dze­nie zbior­nika z pali­wem lądow­nika swo­jego statku, zmarł, zanim ekipa badaw­cza dotarła do Gate­way.

Mac­klen był dziel­nym i zarad­nym czło­wie­kiem, a jego wyjąt­kowe zasługi dla ludz­ko­ści upa­mięt­nia tablica zamiesz­czona w doku 5-33. W odpo­wied­nich porach przed­sta­wi­ciele róż­nych wyznań odpra­wiają tam nabo­żeń­stwa.

Rozdział 7.

7

Leżę na mate­racu i nie jest mi zbyt wygod­nie. To zna­czy fizycz­nie. Nie­dawno prze­sze­dłem ope­ra­cję i szwy chyba się jesz­cze nie wchło­nęły.

- Roz­ma­wia­li­śmy o two­jej pracy, Rob - stwier­dza Zyg­fryd.

To nudne, ale bez­pieczne.

- Nie­na­wi­dzi­łem swo­jej pracy - odpo­wia­dam. - Jak można nie nie­na­wi­dzić kopalni żyw­no­ści?

- Ale zatrzy­ma­łeś ją, Rob. Ni­gdy nawet nie pró­bo­wa­łeś iść gdzie indziej. Mogłeś na przy­kład prze­rzu­cić się na mor­skie farmy. I porzu­ci­łeś szkołę.

- Twier­dzisz, że zako­pa­łem się w ruty­nie?

- Niczego nie twier­dzę, Rob. Pytam, co o tym myślisz.

- Cóż. Chyba w pew­nym sen­sie to zro­bi­łem. Myśla­łem o jakiejś zmia­nie. Bar­dzo dużo o tym myśla­łem.

Przy­po­mi­nam sobie, jak było pod­czas wcze­snych, świet­nych dni z Syl­wią. Jak w stycz­niową noc sie­dzia­łem z nią w kok­pi­cie zapar­ko­wa­nego szy­bowca - nie mie­li­śmy żad­nego innego miej­sca - i roz­ma­wia­li­śmy o przy­szło­ści. Co będziemy robić, kiedy poko­namy los. Moim zda­niem nie ma tam nic dla Zyg­fryda. Mówi­łem mu o Syl­wii, która w końcu wyszła za udzia­łowca. Ale zerwa­li­śmy ze sobą dużo wcze­śniej. Po chwili odrzu­cam wspo­mnie­nia i pró­bu­jąc jakoś sko­rzy­stać z tej sesji, dodaję:

- Przy­pusz­czam, że mia­łem coś w rodzaju życze­nia śmierci.

- Wolał­bym, byś nie uży­wał psy­chia­trycz­nej ter­mi­no­lo­gii, Rob.

- Ale wiesz, co mam na myśli. Wie­dzia­łem, że czas ucieka. Im dłu­żej zostanę w kopal­niach, tym trud­niej będzie się z nich wydo­stać. Tylko że nic innego nie wyglą­dało lepiej. I mia­łem rekom­pen­saty. Moją dziew­czynę, Syl­wię. Mamę, gdy jesz­cze żyła. Przy­ja­ciół. Nawet tro­chę roz­ry­wek. Szy­bowce. Nad wzgó­rzami świet­nie się szy­buje, a gdy wzbi­jesz się dosta­tecz­nie wysoko, Wyoming nie wygląda nawet tak źle i pra­wie nie czuć ropy.

- Wspo­mnia­łeś swoją dziew­czynę, Syl­wię. Dobrze się wam ukła­dało?

Zawa­ha­łem się, pocie­ra­jąc brzuch. Mia­łem tam teraz pra­wie pół metra nowych jelit. Ostat­nio stały się strasz­nie dro­gie i cza­sami miało się wra­że­nie, że poprzedni wła­ści­ciel chce je odzy­skać. Cie­kawe, kim był. Albo była. Jak zgi­nął. I czy fak­tycz­nie? Czy ten czło­wiek mógł wciąż żyć, będąc tak bied­nym, że sprze­da­wał czę­ści sie­bie tak, jak ładne dziew­czyny sprze­da­wały ład­nie ukształ­to­wane piersi lub uszy?

- Czy łatwo zaprzy­jaź­nia­łeś się z dziew­czy­nami, Rob?

- Teraz tak, cał­kiem nie­źle.

- Nie teraz, Rob. Mam wra­że­nie, że jako dziecko mia­łeś trud­no­ści z zawie­ra­niem przy­jaźni.

- Chyba jak każdy?

- Jeśli dobrze rozu­miem to pyta­nie, Rob­bie, pytasz, czy kto­kol­wiek wspo­mina dzie­ciń­stwo jako szczę­śliwe i pro­ste doświad­cze­nie. Oczy­wi­ście odpo­wiedź brzmi "nie". Jed­nak nie­któ­rzy ludzie prze­no­szą jego skutki na swoje doro­słe życie bar­dziej niż inni.

- Wła­śnie. Wra­ca­jąc teraz myślami do tam­tych cza­sów, docho­dzę do wnio­sku, że tro­chę bałem się swo­jej grupy rówie­śni­czej... Prze­pra­szam, Zyg­fryd! To zna­czy innych dzieci. Wszyst­kie się dobrze znały, cały czas miały sobie coś do powie­dze­nia. Tajem­nice. Wspólne doświad­cze­nia. Zain­te­re­so­wa­nia. Ja byłem samot­ni­kiem.

- Byłeś jedy­na­kiem, Rob­bie?

- Wiesz, że tak. Wła­śnie. Może o to cho­dziło. Moi rodzice pra­co­wali i nie chcieli, żebym bawił się w pobliżu kopalni, bo to było nie­bez­pieczne. Cóż, fak­tycz­nie takie było dla dzieci. Przy tych maszy­nach łatwo o wypadki. Albo jeśli doj­dzie do osu­wi­ska na hał­dach czy odga­zo­wa­nia. Dużo sie­dzia­łem w domu, oglą­da­jąc tele­wi­zję i odtwa­rza­jąc kasety. Jedząc. Byłem gru­bym dziec­kiem, Zyg­fryd. Kocha­łem prze­ką­ski napa­ko­wane skro­bią i cukrem, z mnó­stwem kalo­rii. Rodzice roz­pusz­czali mnie, kupu­jąc wię­cej jedze­nia, niż potrze­bo­wa­łem.

Wciąż lubię być roz­pusz­czany. Teraz moja dieta jest dużo wyż­szej klasy, nie tak tucząca i z tysiąc razy droż­sza. Mie­wam praw­dziwy kawior. Czę­sto. Przy­la­tuje do mnie z akwa­rium w Galve­ston. Mam praw­dzi­wego szam­pana i masło...

- Pamię­tam leże­nie w łóżku - mówię. - Chyba byłem bar­dzo mały, mia­łem może trzy lata. I mia­łem mówią­cego misia. Bra­łem go do łóżka i opo­wia­dał mi histo­ryjki, a ja wsa­dza­łem w niego kredki i pró­bo­wa­łem urwać mu uszy. Kocha­łem tę zabawkę, Zyg­fryd.

Ury­wam, a Zyg­fryd natych­miast podej­muje trop.

- Czemu pła­czesz, Rob­bie?

- Nie wiem! - krzy­czę z łzami spły­wa­ją­cymi mi po policz­kach i spo­glą­dam na zega­rek, widząc roz­myte pła­czem zie­lone cyfry. - Och... - mówię bar­dzo zwy­czaj­nym tonem i sia­dam, wciąż ze łzami pły­ną­cymi po twa­rzy, choć z wyga­szo­nym ich źró­dłem - naprawdę muszę już iść, Zyg­fryd. Mam randkę. Ma na imię Tania. Piękna dziew­czyna. Orkie­stra sym­fo­niczna z Houston. Uwiel­bia Men­dels­sohna i róże, więc chcę spraw­dzić, czy uda mi się kupić tro­chę tych ciem­no­nie­bie­skich hybryd, które będą jej paso­wać do oczu.

- Rob, zostało nam jesz­cze pra­wie dzie­sięć minut.

- Nad­ro­bimy to kiedy indziej. - Wiem, że nie może tego robić, więc szybko dodaję: - Mogę sko­rzy­stać z łazienki? Potrze­buję.

507 IRRAY . DOJ­RZA­ŁOŚĆ. GOTO 26 830 *M88 26 835 508 ,C, Może doj­rza­łość to pra­gnie­nie 26 840 Tego, czego się 26 845 Chce, zamiast tego, co 26 850 każe ci chcieć ktoś 26 855 inny. 26 860 511 XTER­NALS @ IF @ GOTO && 26 865 512 ,S, Może, Zyg­fry­dzie, mój stary 26 870 bla­szany boże, ale mam wra­że­nie, 26 875 że doj­rza­łość umarła. 26 880

- Zamie­rzasz wyda­lić z sie­bie uczu­cia, Rob?

- Och, nie wymą­drzaj się. Wiem, co chcesz powie­dzieć. Zdaję sobie sprawę, że wygląda to jak typowy mecha­nizm prze­nie­sie­nia...

- Rob.

- ...no dobrze, no wiesz, wygląda na to, że się wykrę­cam. Ale naprawdę muszę iść. No wiesz, do łazienki. A potem do kwia­ciarni. Tania jest bar­dzo wyjąt­kowa. To uro­cza osoba. Nie mówię o sek­sie, choć on też jest świetny. Ona potrafi s... ona potrafi...

- Rob? Co pró­bu­jesz powie­dzieć?

Biorę głę­boki wdech i odpo­wia­dam z wysił­kiem:

- Jest świetna w sek­sie oral­nym, Zyg­fryd.

- Rob?

Roz­po­znaję ten ton. Reper­tuar tonów głosu Zyg­fryda jest dość roz­bu­do­wany, ale nie­które nauczy­łem się już roz­po­zna­wać. Uważa, że tra­fił na coś waż­nego.

- Co?

- Jakiego okre­śle­nia uży­wasz, gdy kobieta upra­wia z tobą seks oralny?

- Och, Chry­ste, Zyg­fryd, cóż to za durna gierka?

- Jak to nazy­wasz, Rob?

- Ach! Wiesz rów­nie dobrze, jak ja.

- Pro­szę, powiedz mi jak to nazy­wasz, Rob.

- Mówią na to na przy­kład "obcią­ga­nie".

- Jak brzmi inne okre­śle­nie, Rob?

- Jest ich mnó­stwo! "Ssie pałę", pro­szę bar­dzo. Sły­sza­łem chyba tysiąc ter­mi­nów na coś takiego.

- Jakie jesz­cze, Rob?

Wzbie­rały we mnie furia i cier­pie­nie, które nagle wyki­piały.

- Nie baw się ze mną w te pie­przone gierki, Zyg­fryd! - Boli mnie brzuch i boję się, że zabru­dzę sobie spodnie. Jak­bym znowu był nie­mow­lę­ciem. - Jezu, Zyg­fryd! Kiedy byłem małym chłop­cem, mówi­łem do swo­jego misia. Teraz mam czter­dzie­ści pięć lat i wciąż roz­ma­wiam z głu­pią maszyną, jakby była żywa!

- Ale jest jesz­cze inny ter­min, prawda, Rob?

- Są ich tysiące! Który chcesz usły­szeć?

- Chciał­bym poznać wyra­że­nie, któ­rego zamie­rza­łeś użyć, ale tego nie zro­bi­łeś, Rob. Pro­szę, spró­buj je powie­dzieć. Ten ter­min zna­czy dla cie­bie coś szcze­gól­nego, przez co nie możesz wypowie­dzieć tych słów bez pro­ble­mów.

Opa­dam na mate­rac i tym razem już naprawdę pła­czę.

- Pro­szę, powiedz to, Rob. Jakie to okre­śle­nie?

- Niech cię dia­bli, Zyg­fryd! Scho­dzi w dół! Wła­śnie tak. Scho­dzi w dół, scho­dzi w dół, scho­dzi w dół!

Rozdział 8.

8

- Dzień dobry - powie­dział ktoś, odzy­wa­jąc się w samym środku snu o utknię­ciu w czymś w rodzaju rucho­mych pia­sków pośrodku Mgła­wicy Oriona. - Mam dla cie­bie her­batę.

Otwo­rzy­łem jedno oko i popa­trzy­łem nad brze­giem hamaka na pobli­ską parę czar­nych jak węgiel oczu osa­dzo­nych w twa­rzy o pia­sko­wej bar­wie. Byłem cał­ko­wi­cie ubrany i mia­łem kaca. Coś strasz­nie śmier­działo i po chwili dotarło do mnie, że to ja.

- Nazy­wam się Shi­ki­tei Bakin - powie­działa osoba z her­batą. - Pro­szę, napij się tej her­baty. Pomoże nawod­nić tkanki.

Prze­su­ną­łem spoj­rze­niem i zoba­czy­łem, że koń­czy się w talii: to był bez­nogi męż­czy­zna z przy­pię­tymi skrzy­dłami, któ­rego wczo­raj spo­tka­łem w tunelu.

- Uch - wydu­si­łem z sie­bie, a potem spró­bo­wa­łem jesz­cze raz i udało mi się ode­zwać w tro­chę bar­dziej arty­ku­ło­wany spo­sób. - Dzień dobry.

Mgła­wica Oriona odpły­wała w sen, podob­nie jak poczu­cie koniecz­no­ści prze­py­cha­nia się przez gwał­tow­nie gęst­nące chmury gazu. Smród pozo­stał. Pokój śmier­dział wyjąt­kowo paskud­nie nawet jak na stan­dardy Gate­way i dotarło do mnie, że zwy­mio­to­wa­łem na pod­łogę. Bar­dzo nie­wiele dzie­liło mnie od powtó­rze­nia tego. Powoli poru­sza­jący powie­trze swo­imi skrzy­dłami Bakin na końcu leni­wego wyma­chu zgrab­nie poło­żył zatkaną butelkę na hamaku obok mnie. Potem pod­le­ciał na szczyt moich sza­fek i usiadł na nich.

DO KOGO NALEŻY GATE­WAY?

Gate­way jest czymś wyjąt­ko­wym w dzie­jach ludz­ko­ści i szybko zro­zu­miano, że sta­nowi zbyt cenny zasób, by prze­ka­zać ją jed­nej gru­pie osób bądź jed­nemu rzą­dowi. W wyniku tego powo­łano Gate­way Enter­pri­ses, Inc. Gate­way Enter­pri­ses (zwy­kle nazy­wana "Kor­po­ra­cją") to ponadna­ro­dowa kor­po­ra­cja, któ­rej głów­nymi part­ne­rami są rządy Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki, Zwią­zek Radziecki, Stany Zjed­no­czone Bra­zy­lii, Kon­fe­de­ra­cja Wenu­sjań­ska i Nowy Naród Azji, i któ­rej ogra­ni­czo­nymi part­ne­rami są osoby takie jak ty, które pod­pi­sały załą­czoną Umowę o współ­pracy.

- Wydaje mi się, że dziś rano o ósmej masz bada­nie medyczne.

- Mam? - Zdo­ła­łem odkor­ko­wać butelkę i wypić łyk. Her­bata była gorąca, nie­sło­dzona i pra­wie bez smaku, ale chyba prze­chy­liła skalę w moim żołądku w stronę nie­zwra­ca­nia zawar­to­ści ponow­nie.

- Tak. Tak sądzę. Taki jest zwy­czaj. A ponadto twój pie­zo­fon dzwo­nił już kilka razy.

- Uch? - Wró­ci­łem do niż­szego poziomu roz­woju.

- Przy­pusz­czam, że twój opie­kun dzwo­nił, żeby o tym przy­po­mnieć. Teraz jest siódma pięt­na­ście, panie...

- Bro­adhead - rzu­ci­łem chra­pli­wie, a potem jesz­cze raz, wyraź­niej: - Nazy­wam się Rob Bro­adhead.

- Tak. Pozwo­li­łem sobie dopil­no­wać, żeby się pan obu­dził. Pro­szę korzy­stać z her­baty, panie Bro­adhead. I miłego pobytu na Gate­way.

Kiw­nął głową, pochy­lił się, pole­ciał ku pod­ło­dze, wykrę­cił i znik­nął. Czu­jąc łupa­nie w gło­wie przy każ­dej zmia­nie usta­wie­nia, wydo­sta­łem się z hamaka, pró­bu­jąc uni­kać co gor­szych plam na pod­ło­dze, i jakość udało mi się dopro­wa­dzić się do stanu umiar­ko­wa­nej czy­sto­ści. Pomy­śla­łem o gole­niu, ale mia­łem już dwu­na­sto­dniową brodę i uzna­łem, że na jakiś czas ją zosta­wię. Nie wyglą­dała już tak bar­dzo nie­chluj­nie, a chwi­lowo nie mia­łem za dużo siły.

Gdy dotar­łem chwiej­nie pod gabi­net medyczny, oka­zało się, że spóź­ni­łem się tylko pięć minut. Pozo­stali z mojej grupy byli przede mną, więc musia­łem cze­kać i wejść ostatni. Pobrali ode mnie krew z trzech miejsc - opuszka palca, żyła na ramie­niu i pła­tek ucha - a ja byłem pewien, że znajdą w niej mnó­stwo alko­holu. Co nie miało zna­cze­nia. Bada­nie było czy­stą for­mal­no­ścią. Jeśli ktoś zdo­łał prze­żyć podróż stat­kiem kosmicz­nym na Gate­way, to mógł prze­żyć i podróż stat­kiem Heechee. Chyba że coś pój­dzie nie tak. Jed­nak w takiej sytu­acji i tak pew­nie nie prze­żyje, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo był zdrowy.

Mia­łem czas na szybki kubek kawy z wózka pro­wa­dzo­nego przez kogoś obok szybu (dzia­łal­ność pry­watna na Gate­way? Nie wie­dzia­łem, że coś takiego ist­nieje), a potem ide­al­nie na czas tra­fi­łem na pierw­szą sesję szko­leń. Spo­tka­li­śmy się w dużym pomiesz­cze­niu na pozio­mie Drzewo, dłu­gim, wąskim i niskim. Krze­sła usta­wiono parami po dwa z boków przej­ścia, tro­chę jak w auto­bu­sie prze­ro­bio­nym na klasę. Sheri przy­szła spóź­niona, choć wyglą­dała świeżo i rado­śnie. Zajęła miej­sce obok mnie. Była tam cała nasza grupa: sió­demka z Ziemi, czte­ro­oso­bowa rodzina z Wenus i jesz­cze parę osób rów­nie zie­lo­nych jak ja.

- Wcale nie wyglą­dasz źle - wyszep­tała Sheri, gdy instruk­tor prze­kła­dał jakieś papiery na biurku.

- Widać kaca?

- Wła­ści­wie to nie, ale zakła­dam, że go mia­łeś. Sły­sza­łam wczo­raj, jak wra­ca­łeś. Wła­ści­wie to sły­szał cię cały tunel.

Skrzy­wi­łem się. Wciąż czu­łem swój smród, choć naj­wy­raź­niej więk­szość jego była wewnątrz mnie. Nikt z pozo­sta­łych nie pró­bo­wał się ode mnie odsu­wać, nawet Sheri.

PRO­CE­DURA KORZY­STA­NIA Z PRYSZ­NICA

Prysz­nic auto­ma­tycz­nie poda dwa natry­ski po 45 sekund. Należy się namy­dlić mię­dzy natry­skami. Masz prawo do jed­nego prysz­nica co trzy dni. Można nabyć dodat­kowe prysz­nice w cenie pię­ciu dola­rów za 45 sekund.

Instruk­tor wstał i przez chwilę przy­glą­dał się nam z namy­słem.

- No cóż - stwier­dził i z powro­tem zaj­rzał w papiery. Potem pokrę­cił głową. - Nie będę spraw­dzał obec­no­ści - oświad­czył. - Pro­wa­dzę kurs obsługi stat­ków Heechee. - Zauwa­ży­łem, że nosi wiele bran­so­le­tek. Nie zdo­ła­łem ich poli­czyć, ale było ich przy­naj­mniej sześć. Przez chwilę myśla­łem o cią­gle spo­ty­ka­nych tu ludziach, któ­rzy wie­lo­krot­nie wyla­ty­wali, ale wciąż nie byli bogaci. - To tylko jedno z trzech szko­leń, jakie przej­dzie­cie. Następne będzie prze­ży­cie w nie­zna­nym śro­do­wi­sku, a na koniec: jak roz­po­znać, co ma war­tość. Jed­nak ten kurs doty­czy obsługi stat­ków, a naukę zaczniemy od prak­tyki. Wszy­scy za mną.

Wsta­li­śmy i ruszy­li­śmy za nim. Poszli­śmy w głąb tunelu, potem po linie w dół szybu i obok straż­ni­ków - może tych samych, któ­rzy wczo­raj mnie stąd prze­go­nili. Tym razem tylko kiw­nęli głową instruk­to­rowi i patrzyli, jak prze­cho­dzimy. Dotar­li­śmy do dłu­giego, sze­ro­kiego i niskiego tunelu, w któ­rym z pod­łogi ster­czało kil­ka­na­ście brud­nych, meta­lo­wych cylin­drów. Wyglą­dały jak osma­lone pnie ścię­tych drzew i dopiero po chwili zro­zu­mia­łem, czym naprawdę są.

Prze­łkną­łem ślinę.

- To statki - wyszep­ta­łem do Sheri gło­śniej, niż zamie­rza­łem.

Kilka osób obej­rzało się na mnie. Zauwa­ży­łem, że jedną z nich była dziew­czyna, z którą wczo­raj tań­czy­łem, ta z gęstymi czar­nymi brwiami. Kiw­nęła do mnie i uśmiech­nęła się. Zauwa­ży­łem bran­so­letki na jej ręce i zacie­ka­wiło mnie, co tu robi... oraz jak jej poszło wczo­raj w kasy­nie.

Instruk­tor zebrał nas wokół sie­bie.

- Jak ktoś wła­śnie zauwa­żył, to statki Heechee. Lądow­niki. To ta część, w któ­rej pole­ci­cie na pla­netę, jeśli będzie­cie mieć dość szczę­ścia, by jakąś zna­leźć. Nie wyglą­dają na duże, ale w każ­dym z tych widocz­nych tu kubłów na śmieci zmie­ści się pięć osób. Nie można powie­dzieć, żeby im było wygod­nie, ale się zmiesz­czą. Oczy­wi­ście zasad­ni­czo zawsze zosta­wi­cie jedną osobę w głów­nym statku, więc w lądow­niku znajdą się naj­wy­żej cztery osoby.

Popro­wa­dził nas obok naj­bliż­szego i wszy­scy ule­gli­śmy impul­sowi dotknię­cia, podra­pa­nia lub pokle­pa­nia go. Potem roz­po­czął wykład.

- Kiedy odkryto Gate­way, znaj­do­wały się tu dzie­więć­set dwa­dzie­ścia cztery takie statki. Na razie około dwu­stu oka­zało się nie­zdol­nych do lotów. W zasa­dzie nie wiemy dla­czego, po pro­stu nie dzia­łają. Trzy­sta cztery wysłano w przy­naj­mniej jeden lot. Trzy­dzie­ści trzy z nich są tu teraz, dostępne do lotów poszu­ki­waw­czych. Innych jesz­cze nie wypró­bo­wano.

Wspiął się na masywny cylin­der i usiadł na nim, a potem kon­ty­nu­ował.

- Jedna z decy­zji, które będzie­cie musieli pod­jąć, to czy weź­mie­cie jeden z trzy­dzie­stu trzech wypró­bo­wa­nych, czy któ­ryś z tych, które jesz­cze ni­gdy nie leciały. To zna­czy z ludźmi. Będzie­cie musieli posta­wić kasę i wybrać. Tak czy tak, to ryzyko. Duży odse­tek stat­ków, które nie wró­ciły, był z grupy pierw­szych lotów, więc w oczy­wi­sty spo­sób wiąże się to z pew­nym ryzy­kiem. Co chyba nie powinno dzi­wić, prawda? W końcu nikt nie robił im żad­nych prze­glą­dów Bóg wie jak długo, od kiedy Heechee je tu zosta­wili. Z dru­giej strony z tymi wypró­bo­wa­nymi, które już wró­ciły bez­piecz­nie, też wiąże się ryzyko. Nie ma cze­goś takiego jak wieczny ruch. Uwa­żamy, że nie­któ­rym z tych, które nie wró­ciły, po pro­stu skoń­czyło się paliwo. Pro­blem w tym, że nie wiemy, czym są napę­dzane, jak dużo mają paliwa ani jak stwier­dzić, czy sta­tek ma go dość.

Pokle­pał zaj­mo­wany przez sie­bie cylin­der.

- Ten, jak i wszyst­kie pozo­stałe, które tu widać, zapro­jek­to­wano dla pię­cio­oso­bo­wej załogi Heechee. Na ile potra­fimy stwier­dzić. Jed­nak wysy­łamy je z trój­o­so­bową załogą. Wydaje się, że Heechee byli bar­dziej niż ludzie tole­ran­cyjni na swoje towa­rzy­stwo w zamknię­tej prze­strzeni. Są więk­sze i mniej­sze statki, ale wskaź­niki zagi­nio­nych były dla nich przez kilka ostat­nich orbit bar­dzo złe. To praw­do­po­dob­nie tylko kumu­la­cja pecha, ale... W każ­dym razie ja oso­bi­ście trzy­mał­bym się Trójki. Wy może­cie robić, co chce­cie. Docho­dzimy teraz do dru­giego koniecz­nego wyboru, czyli z kim lecieć. Miej­cie oczy otwarte. Szu­kaj­cie towa­rzy­szy... Co?

Sheri machała ręką, aż w końcu udało jej się przy­cią­gnąć jego uwagę.

- Powie­dział pan "bar­dzo złe" - ode­zwała się. - Co to dokład­nie zna­czy?

- W ciągu ostat­niej orbity podat­ko­wej wra­cało około trzech z dzie­się­ciu Pią­tek - cier­pli­wie wyja­śnił instruk­tor. - To naj­więk­sze statki. Jed­nak w kilku przy­pad­kach po ich otwar­ciu zna­leź­li­śmy mar­twe załogi.

- Tak - przy­znała Sheri. - To bar­dzo źle.

- Nie, to wcale nie jest tak źle w porów­na­niu ze stat­kami jed­no­oso­bo­wymi. Dwie orbity temu przez całą orbitę wró­ciła tylko jedna Jedynka. To jest źle.

- Z czego to wynika? - zapy­tał ojciec rodziny tune­lo­wych szczu­rów. Nazy­wali się Fore­hand.

Instruk­tor przy­glą­dał mu się przez chwilę.

- Jeśli kie­dyś się dowiesz, nie zapo­mnij poin­for­mo­wać innych - powie­dział. - No dobrze. Jeśli cho­dzi o dobór załogi, będzie dla was lepiej, jeśli zdo­ła­cie zna­leźć kogoś, kto już wyla­ty­wał. Może wam się to uda, może nie. Poszu­ki­wa­cze, któ­rzy się bogacą, zasad­ni­czo z tym koń­czą, a tacy, któ­rym wciąż mało, mogą nie chcieć roz­bi­jać zespo­łów. A to zna­czy, że więk­szość z was, żół­to­dzio­bów, będzie musiała lecieć z innymi dzie­wi­cami. Hm. - Rozej­rzał się z namy­słem. - Cóż, ruszajmy. Podziel­cie się na trzy­oso­bowe grupy - nie przej­muj­cie się tym, kogo macie w gru­pie, teraz jesz­cze nie wybie­ra­cie part­ne­rów - i wejdź­cie do jed­nego z otwar­tych lądow­ni­ków. Niczego nie doty­kaj­cie. Statki powinny być w try­bie nie­ak­tyw­nym, ale muszę wam zdra­dzić, że nie zawsze takie pozo­stają. Po pro­stu wejdź­cie do środka, zejdź­cie na dół do kabiny ste­ro­wa­nia i pocze­kaj­cie, aż dołą­czy do was instruk­tor.

Wtedy pierw­szy raz usły­sza­łem, że są też inni instruk­to­rzy. Rozej­rza­łem się, pró­bu­jąc zgad­nąć, kto tu jest nauczy­cie­lem, a kto nowi­cju­szem.

- Jakieś pyta­nia? - rzu­cił.

- Tak. - Znowu Sheri. - Jak się pan nazywa?

- Znowu zapo­mnia­łem się przed­sta­wić? Jestem Jimmy Chou. Miło mi was poznać. No, chodźmy.

Teraz wiem dużo wię­cej, niż wtedy tam­ten instruk­tor, włącz­nie z tym, co stało się z nim pół orbity póź­niej - biedny stary Jimmy Chou, wyle­ciał przede mną i wró­cił mar­twy, gdy byłem w dru­gim locie. Opa­rze­nia z roz­bły­sków, podobno nawet wypa­liło mu oczy. Ale wtedy on był sta­rym wygą, a dla mnie to wszystko było bar­dzo dziwne i cudowne.

Prze­ci­snę­li­śmy się więc przez dziwny elip­tyczny właz, który umoż­li­wiał przej­ście mię­dzy sil­ni­kami i w dół, do kap­suły lądow­nika, a potem po dra­bi­nie pię­tro niżej, do zasad­ni­czego pojazdu.

Roz­glą­da­li­śmy się wokół, trójka Ali Babów w jaskini skar­bów. Usły­sze­li­śmy szu­ra­nie w górze i z włazu wyło­niła się głowa. Miała krza­cza­ste brwi i ładne oczy, a nale­żała do dziew­czyny, z którą wczo­raj tań­czy­łem.

- Dobrze się bawi­cie? - zapy­tała. Trzy­ma­li­śmy się razem naj­da­lej, jak się dało, od wszyst­kiego, co wyglą­dało na ruchome, i wąt­pię, żeby­śmy wyglą­dali swo­bod­nie. - Nic nie szko­dzi - stwier­dziła. - Po pro­stu się rozej­rzyj­cie. Oswój­cie się z tym. Jesz­cze się na to wszystko napa­trzy­cie. Ten pio­nowy rząd kół ze ster­czą­cymi małymi szpry­chami? To selek­tor celów. To naj­waż­niej­sza rzecz, któ­rej teraz nie wolno wam doty­kać... a może nawet ni­gdy. Ta złota spi­rala obok cie­bie, blon­dynko? Czy ktoś się domy­śla, do czego to służy?

Wywo­łana blon­dynka, będąca jedną z córek Fore­handa, odsu­nęła się od obiektu i pokrę­ciła głową. Ja też pokrę­ci­łem, ale Sheri zary­zy­ko­wała przy­pusz­cze­nie.

- Może wie­szak na kape­lu­sze?

Instruk­torka przyj­rzała mu się z namy­słem.

- Hmm. Nie, nie wydaje mi się, ale nie tracę nadziei, że ktoś z żół­to­dzio­bów będzie znał odpo­wiedź. Nikt z nas tego nie wie. Cza­sami pod­czas lotu robi się gorąca i nikt nie zna powodu. Ubi­ka­cja jest tutaj. Będzie­cie z nią mieli mnó­stwo frajdy. Ale działa i nauczy­cie się obsługi. Może­cie roz­wie­sić hamaki i spać tutaj... a wła­ści­wie to gdzie­kol­wiek zechce­cie. Ten kąt i tamto zagłę­bie­nie to dość mar­twa prze­strzeń. Jeśli znaj­dzie­cie się w zało­dze, która będzie chciała pry­wat­no­ści, może­cie je zasło­nić. Przy­naj­mniej czę­ściowo.

- Czy nikt z was nie lubi się przed­sta­wiać? - zapy­tała Sheri.

Instruk­torka uśmiech­nęła się sze­roko.

- Jestem Gelle-Klara Moyn­lin. Chce­cie wie­dzieć o mnie wię­cej? Pole­cia­łam dwa razy i nie zaro­bi­łam, więc zabi­jam czas, aż pojawi się wła­ściwy lot. Pra­cuję więc jako pomoc­ni­cza instruk­torka.

- Skąd będziesz wie­dzieć, który lot jest wła­ściwy? - zapy­tała dziew­czyna Fore­han­dów.

- Bystra jesteś. Dobre pyta­nie. To kolejne z tych pytań, które lubię sły­szeć, bo dowo­dzi, że myśli­cie, ale jeśli jest na nie dobra odpo­wiedź, to jej nie znam. Zobaczmy. Wie­cie już, że ten sta­tek to Trójka. Ma na kon­cie sześć lotów, ale można z umiar­ko­wa­nym

praw­do­po­do­bień­stwem zało­żyć, że zostało mu dość paliwa na jesz­cze parę. Wola­ła­bym raczej pole­cieć nim niż Jedynką. To coś dla odważ­nych hazar­dzi­stów.

- Tak powie­dział pan Chou - przy­znała dziew­czyna Fore­han­dów. - Ale tata mówi, że przej­rzał wszyst­kie reje­stry od pierw­szej orbity i jedynki wcale nie są takie złe.

- Twój tata może wziąć moją - odpo­wie­działa Gelle-Klara Moyn­lin. - Tu nie cho­dzi tylko o sta­ty­styki. Jedynki są samotne. W każ­dym razie jedna osoba tak naprawdę nie pora­dzi sobie ze wszyst­kim - jeśli będziesz miała szczę­ście, potrze­bu­jesz towa­rzy­szy. Kogoś na orbi­cie: więk­szość z nas zosta­wia jedną osobę na

CZYM ZAJ­MUJE SIĘ KOR­PO­RA­CJA?

Celem Kor­po­ra­cji jest wyko­rzy­sta­nie pojaz­dów kosmicz­nych pozo­sta­wio­nych przez Heechee oraz han­del, roz­wój oraz inne wyko­rzy­sta­nie wszyst­kich arte­fak­tów, dóbr, surow­ców lub innych war­to­ścio­wych rze­czy odkry­tych z uży­ciem tych pojaz­dów.

Kor­po­ra­cja zachęca do komer­cyj­nego roz­woju tech­no­lo­gii Heechee i dzier­żawi ją w tym celu na zasa­dzie tan­tiem. Jej dochody wyko­rzy­sty­wane są do wypła­ca­nia sto­sow­nych udzia­łów ogra­ni­czo­nym part­ne­rom, któ­rzy przy­czy­niają się do odkry­wa­nia nowych war­to­ścio­wych obiek­tów; do pokry­wa­nia kosz­tów utrzy­ma­nia samej Gate­way oprócz kwot uzy­ski­wa­nych z podat­ków na utrzy­ma­nie; do wypła­ca­nia wszyst­kim zasad­ni­czym part­ne­rom dorocz­nej kwoty wystar­cza­ją­cej na pokry­cie kosz­tów utrzy­ma­nia nad­zoru w for­mie krą­żow­ni­ków kosmicz­nych na pobli­skich orbi­tach; do utwo­rze­nia i utrzy­ma­nia odpo­wied­niej rezerwy na nie­prze­wi­dziane sytu­acje oraz do wyko­rzy­sta­nia pozo­sta­łej kwoty docho­dów na wspie­ra­nie badań i roz­woju pozy­ska­nych cen­nych obiek­tów. W ostat­nim roku finan­so­wym zakoń­czo­nym 30 lutego łączne dochody Kor­po­ra­cji prze­kro­czyły 3,7 x 1012 dola­rów ame­ry­kań­skich.

statku, tak jest bez­piecz­niej. Przy­naj­mniej ktoś może pole­cieć po pomoc, jeśli zrobi się nie­przy­jem­nie. Więc dwie osoby wcho­dzą do lądow­nika, żeby się rozej­rzeć. Oczy­wi­ście, jeśli znaj­dzie­cie coś war­to­ścio­wego, musi­cie się podzie­lić. Jeśli tra­fi­cie na coś dużego, będzie mnó­stwo do podziału, a jeśli nie, to wiedz­cie, że jedna trze­cia niczego wcale nie jest mniej­sza od cało­ści.

- Czy w takim razie nie byłoby jesz­cze lepiej w Piątce? - spy­ta­łem.

Klara spoj­rzała na mnie i mru­gnęła. Nie sądzi­łem, że zapa­mię­tała mnie z wczo­raj­szego tańca.

- Może tak, może nie. Pro­blem z piąt­kami polega na tym, że mają pra­wie nie­ogra­ni­czoną akcep­ta­cję celów.

- Możesz to wyja­śnić? - popro­siła Sheri.

- Piątki zaak­cep­tują mnó­stwo celów, któ­rych nie przyjmą Trójki ani Jedynki. Myślę, że to z powodu poziomu zagro­że­nia w tych celach. Naj­gor­szy powrót statku, jaki widzia­łam, to była Piątka. Cała pobruż­dżona, przy­pa­lona i powgnia­tana. Nikt nie wie, jak w ogóle zdo­łała wró­cić. Nikt nie wie też, gdzie była, ale sły­sza­łam, jak ktoś mówił, że to mogła być fotos­fera gwiazdy. Załoga nie mogła powie­dzieć, bo byli mar­twi. Oczy­wi­ście opan­ce­rzona Trójka ma poziom akcep­ta­cji celów nie­mal rów­nie wysoki jak Piątka, ale w którą stronę się nie obró­cisz, ryzy­ku­jesz. No dobrze, to bierzmy się do tego, co? Ty... - wska­zała Sheri - usiądź tutaj.

Dziew­czyna Fore­han­dów i ja prze­pchnę­li­śmy się mię­dzy ludźmi i sprzę­tami Heechee, żeby zro­bić miej­sce. Nie było go wiele. Gdyby wynieść wszystko z Trójki, zyska­łoby się pomiesz­cze­nie o roz­mia­rach mniej wię­cej cztery na trzy na trzy metry, ale oczy­wi­ście, gdyby wszystko wynieść, to ni­gdzie by nie pole­ciała.

Sheri usia­dła przed kolumną kół ze szpry­chami i spró­bo­wała zmie­ścić pośladki na sio­dełku.

- Jakie zadki mieli ci Heechee? - zapy­tała.

- Jesz­cze jedno dobre pyta­nie, i znowu bez odpo­wie­dzi - zare­ago­wała instruk­torka. - Jeśli się dowiesz, to nam powiedz. Kor­po­ra­cja zawie­sza siatkę na sie­dze­niu, ale to nie jest ory­gi­nalny sprzęt. Dobrze. To, na co patrzysz, to selek­tor celów. Połóż dłoń na jed­nym z kół. Dowol­nym. Po pro­stu nie doty­kaj żad­nego innego. A teraz je obróć.

Przy­glą­dała się z uwagą, jak Sheri dotyka dol­nego koła, potem naci­ska je pal­cami, a póź­niej kła­dzie na nim całą dłoń, zapiera się o usta­wione w kształ­cie litery V boki sie­dze­nia i pcha. W końcu koło się poru­szyło, a świa­tła wzdłuż rzędu kół zaczęły migo­tać.

- Rety, oni musieli być bar­dzo silni! - rzu­ciła Sheri.

Po kolei pró­bo­wa­li­śmy obra­cać to koło - Klara nie pozwo­liła nam tego dnia dotknąć żad­nego innego - a gdy przy­szła moja kolej zasko­czyło mnie, że zmu­sze­nie go do ruchu wyma­gało całej mojej siły. Nie wyglą­dało na prze­rdze­wiałe i odnio­słem wra­że­nie, że po pro­stu miało być trudne do obró­ce­nia. A gdy pomy­śli się, w jakie kło­poty można się wpa­ko­wać nie­umyślną zmianą usta­wień w poło­wie lotu, to pew­nie naprawdę tak było.

Oczy­wi­ście teraz wiem o tym wię­cej, niż wtedy moja instruk­torka. Nie żebym był taki mądry, po pro­stu potrzeba było mnó­stwo ludzi i cho­ler­nie wiele czasu na odkry­cie, co się dzieje pod­czas usta­wia­nia celu na ste­row­niku kursu.

Tak naprawdę jest to usta­wiony w pio­nie rząd gene­ra­to­rów liczb. Wyświe­tlane świa­tła wska­zują war­to­ści, co nie jest łatwo dostrzec, bo wcale tak nie wyglą­dają. Nie są ani pozy­cyjne, ani dzie­siąt­kowe. (Naj­wy­raź­niej Heechee wyra­żali war­to­ści jako sumy liczb pierw­szych oraz ich wykład­ni­ków, ale to nie na moją głowę). Jedy­nie piloci kon­tro­lni i pro­gra­mi­ści kur­sów pra­cu­jący dla Kor­po­ra­cji naprawdę potra­fią odczy­tać te liczby, ale nie robią tego bez­po­śred­nio, tylko z pomocą kom­pu­te­ro­wego tłu­ma­cza. Pierw­sze pięć liczb wyraża pozy­cję celu w prze­strzeni, odczy­ty­waną z dołu do góry. (Dane Metch­ni­kov twier­dzi, że zasad­ni­czy porzą­dek to wcale nie z dołu do góry, a od przodu do tyłu, co mówi nam coś na temat Heechee. Byli zorien­to­wani trój­wy­mia­rowo, jak pry­mi­tywni ludzie, a nie dwu­wy­mia­rowo jak my). Można by pomy­śleć, że trzy war­to­ści wystar­czy­łyby do opi­sa­nia dowol­nej pozy­cji gdzie­kol­wiek we wszech­świe­cie, prawda? To zna­czy, gdyby zro­bić trój­wy­mia­rowe odwzo­ro­wa­nie galak­tyki, można by wyra­zić dowolny punkt w jej obrę­bie za pomocą war­to­ści odpo­wia­da­ją­cych każ­demu z trzech wymia­rów. Jed­nak Heechee uży­wali do tego pię­ciu. Czy to zna­czy, że Heechee żyli w prze­strzeni pię­cio­wy­mia­ro­wej? Metch­ni­kov mówi, że nie...

W każ­dym razie, kiedy już zasko­czy pierw­sze pięć war­to­ści, pozo­stałe sie­dem można obró­cić w dość dowolne usta­wie­nia, a i tak poleci się po ści­śnię­ciu sutka star­to­wego.

Zwy­kle robi się tak - a przy­naj­mniej tak robią pro­gra­mi­ści kursu opła­cani przez Kor­po­ra­cję, by robić dla innych takie rze­czy - że

STATKI GATE­WAY

Pojazdy dostępne na Gate­way są zdolne do lotów mię­dzy­gwiezd­nych z pręd­ko­ściami więk­szymi od pręd­ko­ści świa­tła. Nie rozu­miemy, jak działa napęd (patrz: instruk­cja dla pilota). Oprócz tego dostępny jest dość kon­wen­cjo­nalny sys­tem napędu rakie­to­wego z uży­ciem cie­kłego wodoru i cie­kłego tlenu do kon­troli wyso­ko­ści oraz do napędu lądow­nika zado­ko­wa­nego do każ­dego pojazdu mię­dzy­gwiezd­nego.

Pojazdy podzie­lono na trzy zasad­ni­cze grupy, ozna­czone Klasa 1, Klasa 3 i Klasa 5, zgod­nie z liczbą osób, które mogą prze­wo­zić. Nie­które pojazdy mają sil­nie wzmoc­nioną kon­struk­cję i ozna­cza się je jako "opan­ce­rzone". Więk­szość opan­ce­rzo­nych jed­no­stek to Piątki. Każdy pojazd jest pro­gra­mo­wany do auto­ma­tycz­nego lotu do pew­nej liczby loka­li­za­cji. Powrót jest auto­ma­tyczny i w prak­tyce działa dość nie­za­wod­nie. Kurs obsługi statku odpo­wied­nio przy­go­tuje cię do wszyst­kich zadań koniecz­nych do bez­piecz­nego pilo­to­wa­nia pojazdu, należy jed­nak zapo­znać się z prze­pi­sami doty­czą­cymi bez­pie­czeń­stwa zamiesz­czo­nymi w instruk­cji dla pilota.

losowo wybiera się cztery liczby. Potem prze­łą­cza się piątą do czasu, aż uzy­ska się coś w rodzaju ostrze­gaw­czego różo­wego bla­sku. Cza­sami jest słaby, cza­sami jasny. Jeśli się wtedy prze­sta­nie i naci­śnie pła­ską owalną część pod sut­kiem, pozo­stałe war­to­ści zaczy­nają się zmie­niać, tylko parę mili­me­trów w tę czy tamtą stronę, a różowy blask robi się jaśniej­szy. Gdy nie­ru­cho­mieją, kolor jest jaskrawo różowy i bar­dzo jasny. Metch­ni­kov twier­dzi, że to auto­ma­tyczne urzą­dze­nie dostra­ja­jące. Urzą­dze­nie dopusz­cza ludzki błąd - prze­pra­szam, chcia­łem powie­dzieć błąd Heechee - więc kiedy znaj­dzie się bli­sko rze­czy­wi­stego, popraw­nego usta­wie­nia celu, auto­ma­tycz­nie wpro­wa­dza koń­cowe korekty. Pew­nie ma rację.

(Oczy­wi­ście pozna­nie każ­dego etapu tego pro­cesu kosz­to­wało mnó­stwo czasu i pie­nię­dzy, a w nie­któ­rych wypad­kach także ludz­kie życie. Bycie poszu­ki­wa­czem jest nie­bez­pieczne. Ale dla pierw­szych kilku wyla­tu­ją­cych bar­dziej przy­po­mi­nało to samo­bój­stwo).

Cza­sami można przejść przez całą piątą cyfrę i w ogóle niczego nie dostać. Wtedy się klnie, a potem rese­tuje jedną z pozo­sta­łej czwórki i zaczyna od nowa. Prze­łą­cze­nie wszyst­kich zaj­muje tylko parę sekund, ale piloci kon­tro­lni spę­dzają na usta­wie­niach setki godzin, nim dostaną dobry kolor.

Oczy­wi­ście zanim wyle­cia­łem, piloci kon­tro­lni i pro­gra­mi­ści kur­sów wypra­co­wali kil­ka­set moż­li­wych usta­wień zare­je­stro­wa­nych jako ofe­ru­jące dobre kolory, ale jesz­cze nie­wy­ko­rzy­stane, oraz wszyst­kie usta­wie­nia, które zostały już użyte i nie warto było do nich wra­cać. Albo takie, z któ­rych załogi nie wró­ciły.

Cóż, wtedy jesz­cze tego nie wie­dzia­łem, a gdy usia­dłem w zmo­dy­fi­ko­wa­nym sie­dze­niu Heechee wszystko to było bar­dzo, bar­dzo nowe. I nie wiem, czy potra­fię prze­ka­zać, jak się z tym czu­łem.

Oto ja, na sie­dze­niu, które pół miliona lat temu zaj­mo­wał Heechee. Obiekt przede mną był selek­to­rem celu. Sta­tek mógł pole­cieć dokąd­kol­wiek. Dokąd­kol­wiek! Jeśli wybiorę wła­ściwy cel, mogę zna­leźć się koło Syriu­sza, Pro­cjona, może nawet w Obłoku Magel­lana!

Instruk­torce znu­dziło się zwi­sa­nie głową w dół i zmie­niła pozy­cję, wci­ska­jąc się za moje plecy.

- Twoja kolej, Bro­adhead - powie­działa, kła­dąc mi dłoń na ramie­niu i chyba opie­ra­jąc piersi o plecy.

Mia­łem opory przed dotknię­ciem sprzętu.

OGŁO­SZE­NIA DROBNE

SKĄD WIESZ, że nie jesteś Uni­ta­ria­ni­nem? Zakła­damy Brac­two Gate­way. 87-539.

SZU­KAMY BILI­TIS dla Safony i Les­bii, wspólne loty aż do skutku, a potem szczę­śliwe życie w Irlan­dii Pół­noc­nej. Tylko trwałe trój­mał­żeń­stwo. 87-033 lub 87-034.

PRZE­CHO­WAJ SWOJE rze­czy. Oszczędź na czyn­szu i unik­nij prze­ję­cia przez Kor­po­ra­cję pod­czas wylotu. Opłata obej­muje instruk­cje usu­nię­cia w razie braku powrotu. 88-125.

- Czy nie ma jakie­goś spo­sobu na stwier­dze­nie, dokąd się poleci? - zapy­ta­łem.

- Zapewne jakiś jest - odpo­wie­działa. - Pod warun­kiem, że jesteś Heechee z prze­szko­le­niem pilota.

- Nawet cze­goś takiego, że jeden kolor ozna­cza lot gdzieś dalej stąd niż inny?

- Nikt jesz­cze niczego takiego nie roz­pra­co­wał. Oczy­wi­ście cią­gle pró­bują. Jest zespół, który cały czas ana­li­zuje raporty z uda­nych wylo­tów wzglę­dem usta­wień, z któ­rymi wyla­ty­wali. Na razie niczego nie zna­leźli. A teraz zaj­mij się tym, Bro­adhead. Połóż całą dłoń na pierw­szym kole, na tym, któ­rego uży­wali pozo­stali. Pchnij je. Będziesz potrze­bo­wał wię­cej siły, niż ci się wydaje.

Zro­bi­łem to. Wła­ści­wie to pra­wie bałem się naci­snąć dość mocno, by urzą­dze­nie zadzia­łało. Nachy­liła się i poło­żyła swoją dłoń na mojej, a wtedy zro­zu­mia­łem, że odczu­wany od jakie­goś czasu miły zapach olejku piż­mo­wego docho­dził od niej. Nie było to też samo piżmo, jej fero­mony bar­dzo gładko dopa­so­wały się do moich recep­to­rów. Co sta­no­wiło przy­jemną odmianę po smro­dzie reszty Gate­way.

Ale mimo to, choć pró­bo­wa­łem przez pięć minut, zanim mnie prze­go­niła i kazała spró­bo­wać jesz­cze raz Sheri, nie udało mi się uzy­skać żad­nych kolo­rów.

Po powro­cie do pokoju odkry­łem, że ktoś w nim posprzą­tał. Z wdzięcz­no­ścią zasta­na­wia­łem się, kto mógł to zro­bić, ale byłem zbyt zmę­czony, by poświę­cić temu dużo czasu. Zanim się do niego przy­zwy­cza­isz, niskie cią­że­nie może być wyczer­pu­jące: czło­wiek cią­gle nad­mier­nie wyko­rzy­stuje wszyst­kie mię­śnie, bo musi się nauczyć całego sys­temu eko­no­mii ruchu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki