Gdański smak whiskey - Bartłomiej Ludwisiak

Reflow text when sidebars are open.
Bruno siedział w barze, oparty o jeszcze mokrą, zawieszoną na fotelu wełnianą marynarkę. Zamknął oczy i wolno przechylając trzymaną w dłoni szklaneczkę whiskey, pociągnął pewnie spory łyk zimnego, bursztynowego napoju. Zastygł przez moment w bezruchu, pozostawiając na chwilę nos przy krawędzi szklanki, tak by intensywniej poczuć delikatny, waniliowo-drzewny aromat.
Ten zapach przywoływał setki lepszych i gorszych wspomnień, twarze dawnych przyjaciół i związanych z nimi przygód, wśród nich również tych, które przeżył w trakcie swojej dwudziestoletniej pracy w policji.
W lewej, pokrytej tatuażami ręce obracał zwinnie, niczym zawodowy hazardzista żeton, trzymaną w palcach wizytówkę. W ciepłych barwach nastrojowego światła połyskiwały wybite na niej złote litery - Sonia Roleski - z widocznym po drugiej stronie numerem telefonu. Spojrzał na zegarek wiszący na ścianie obok okratowanej metalowej szafki z butelkami drogiej whiskey - wskazywał trzydzieści pięć minut po północy.
Pociągnął kolejny łyczek i przeczesując palcami ciemny dwutygodniowy zarost, starał się dokładniej przypomnieć sobie sekwencję zdarzeń z ostatnich kilkunastu godzin.
Około dwudziestej pierwszej trzydzieści zawiózł na lotnisko w Gdańsku pana Nortona. To było jego pierwsze stałe piątkowe zlecenie. Od kilku bowiem dni, wraz ze swoim wspólnikiem Tomkiem Borucem, prowadzili niewielką firmę zajmującą się przewozem osób luksusowymi autami.
Minął dopiero tydzień, odkąd zamieszkał w grodzie Neptuna po tym, jak w bardzo krótkim czasie podjął decyzję o przeprowadzce z Katowic. Wracając z lotniska, skierował się w stronę Galerii Bałtyckiej.
Był bardzo ciemny, deszczowy wieczór. Błyskawice rozświetlały co jakiś czas okolicę, a woda uderzająca o przednią szybę Land Rovera pomimo szybkiego ruchu wycieraczek prawie całkowicie ograniczała widoczność.
Przejazd drogą w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym przypominał mu spływ kajakowy na Dunajcu w porze roztopów. Z tą niewielką różnicą, że zamiast nawoływań flisaków z samochodowego radia dobiegał ledwie słyszalny głos Erica Claptona, zagłuszany nieustannym bębnieniem kropel w szklany panoramiczny dach.
Był już mniej więcej w połowie zjazdu. Kręta asfaltowa nitka biegła stromo w dół pośrodku lasu. Za dnia te gęsto zadrzewione pagórki, poprzecinane licznymi wąwozami, wyglądały naprawdę urzekająco, dając mieszkańcom Pomorza namiastkę górskiego klimatu. Teraz jednak ta zazwyczaj pełna aut droga była zupełnie pusta, a ciemność, jaka na skutek awarii oświetlenia panowała wokół, z całą pewnością nie pozwalała na podziwianie przyrody.
Nagle odruchowo wcisnął pedał hamulca i tak szybko, jak pozwalała mu na to śliska nawierzchnia, odbił kierownicą w lewą stronę. Samochód zatrzymał się gwałtownie.
- Ja pierdolę, co to było?! - krzyknął na myśl o wielkiej górze mięsa pokrytej ciemną sierścią, leżącej zapewne pośrodku pasa, którym jechał.
Odwrócił głowę w prawo i wyjrzał przez szybę po stronie pasażera. Uniósł się lekko, próbując dostrzec, co takiego udało mu się ominąć.
Całkowita ciemność uniemożliwiła mu jednak zobaczenie czegokolwiek do chwili, gdy bardzo jasny burzowy rozbłysk oświetlił okolicę. Niespodziewanie, tuż przed sobą, zauważył stojącą nieruchomo w strugach deszczu postać kobiety.
Znów zapadł mrok, a on miał przed oczami jej przerażoną twarz, skrytą za długimi włosami i wykrzywioną jakby w grymasie płaczu. Poczuł lekki dreszcz przeszywający go od stóp do głów.
To uczucie przypomniało mu pewną sytuację sprzed niespełna roku, kiedy to dyżurny komisariatu w Katowicach wysłał go wraz z partnerem do opuszczonej starej kamienicy pod miastem. Dochodziła druga w nocy. Według anonimowego zgłoszenia w budynku miała przebywać osoba odpowiadająca rysopisowi poszukiwanego już od dłuższego czasu psychopatycznego mordercy, który zbiegł z oddziału detencyjnego.
Jego pierwszą ofiarę znaleziono trzy lata wcześniej. Od tamtej pory co kilka miesięcy przypominał o sobie, posyłając na tamten świat kolejnych przypadkowych ludzi.
Spryt i niesamowita łatwość, z jaką wymykał się policyjnym blokadom, oraz umiejętność przewidywania zamiarów śledczych zdecydowanie wyróżniały go spośród podobnych zwyrodnialców. W połączeniu z techniczną kreatywnością stosowanych przez niego pułapek, w jakich znajdowano jego ofiary, cechy te jednoznacznie wskazywały na człowieka bezwzględnego, o ponadprzeciętnej inteligencji.
Nic więc dziwnego, że jego wcześniejsze, zupełnie przypadkowe zatrzymanie bardzo ucieszyło wszystkich, którzy widzieli ofiary mordercy i wiedzieli, do czego był zdolny. Doszło do niego późnym wieczorem, w okolicach warszawskiego cmentarza, kiedy wtargnął na jezdnię i został potrącony przez samochód.
Policję na miejsce wypadku wezwał pracownik miejskiego monitoringu, który zaobserwował całą sytuację i widział, jak potrącony próbuje uciec. Pomimo złamanych dwóch żeber i prawej ręki zdążył jeszcze poturbować trzech dorosłych mężczyzn usiłujących go zatrzymać.
Nikt wtedy nie przypuszczał, że satysfakcja z jego ujęcia potrwa tak krótko. W trakcie przeprowadzonych obserwacji stwierdzono u niego chorobę psychiczną i za zgodą sądu zastosowano środek zapobiegawczy w postaci umieszczenia go w szpitalu psychiatrycznym.
Dość szybko jednak okazało się, że na miejscu nie zapewniono mu najwyraźniej wystarczających wygód, ponieważ już po niespełna miesiącu, raniąc ciężko sanitariusza, niezadowolony opuścił ośrodek i ślad po nim zaginął.
Radiowóz Brunona mijał właśnie niewielki kamienny mostek, podczas gdy jego partner notował podawany przez dyżurnego adres kolejnej interwencji. Zgodnie z poleceniem mieli udać się tam pilnie zaraz po sprawdzeniu obecnego zgłoszenia.
Tamta noc była mroźna i wyjątkowo cicha . Samochód z trudem pokonywał ostatni stromy odcinek oblodzonej, wąskiej drogi, od lat nieużywanej i powoli zarastającej roślinnością. Po przybyciu na miejsce zgłoszenia i przeszukaniu dolnych pomieszczeń kamienicy pozostało im jedynie ostatnie piętro na poddaszu. Zobaczyli tam ciemny, wąski korytarz, długi na jakieś pięćdziesiąt metrów i ciągnący się pomiędzy rzędami pustych, zdewastowanych pokoi bez drzwi.
W mroźnym, przesiąkniętym zapachem fekaliów powietrzu jego partner oświetlał drogę latarką, podczas gdy on przesuwał się powoli do przodu z bronią gotową do użycia, starając się omijać leżące pod nogami kawałki cegieł i sterty pustych butelek.
Po kilku minutach dotarli do starych drewnianych drzwi bez klamki, pokrytych wieloma warstwami farby odpadającej już płatami. Bruno oparł o nie stopę i nie przekraczając progu, pchnął je butem. Otworzyły się z głośnym zgrzytem i lekko uderzyły o ścianę.
Za drzwiami znajdowało się pomieszczenie podobne do tego, w którym stali, z tą niewielką różnicą, że wąski korytarz zaczynał się dopiero w odległości około dziesięciu metrów za progiem. Przed sobą ujrzeli natomiast coś na kształt wysokiego na sześć metrów strychu, ze spadzistym po obu stronach dachem. Pod nim biegły grube drewniane belki z niezliczoną ilością sznurków, na których wisiały szmaty i komplety zszarzałej od kurzu pościeli. Niedaleko drzwi na betonowej podłodze piętrzyły się sterty desek i starych ubrań, a wszystko przykryte było grubą warstwą porozrzucanej słomy.
W pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Weszli ostrożnie do środka.
- Mówiłem ci, że tylko przewieje nam dupy - warknął ściszonym głosem Magnus. - To już czwarte anonimowe zgłoszenie w tym roku. Ktoś najwyraźniej robi sobie z nas jaja.
- Być może - odpowiedział szeptem Bruno, wpatrując się w snop światła latarki, który napotkawszy białe kafle pokrywające ścianę w końcu korytarza, odbił się od nich jasnym refleksem. - Nie zapominaj jednak, że na miejscu znaleziono ciała dwóch osób i ktoś wyjątkowo starannie zadbał o to, by nie pożegnały się z tym światem zbyt łatwo.
- Przypadek - rzucił Magnus lekceważąco, trochę głośniej. Najwyraźniej nie widział w tym nic podejrzanego. - Za to powinieneś...
- Pssst... - syknął Bruno, zatrzymując się. Usłyszał przed sobą hałas przypominający dźwięk szklanej butelki toczącej się po betonowej podłodze.
Stali przez moment w bezruchu.
- Słyszałeś to? - zapytał.
- Dobrze się czujesz? Bo coś mi się wydaje, że jesteś chyba trochę przewrażliwiony - powiedział jego partner, wyprostowując się i chowając rękę do kieszeni spodni. - Skup się lepiej na tym, do jakiej knajpki uderzymy dzisiaj wieczorem. Zapomniałeś? Strzeliło mi osiemnaście lat pracy. Ja zapraszam.
Bruno uniósł dłoń do góry, dając znak, by kumpel na chwilę zamilkł. Przez kilkanaście sekund pomieszczenie wypełniła całkowita cisza. Już miał zrobić kolejny krok do przodu, gdy nagle spojrzał w głąb korytarza. W wąskim świetle latarki ujrzał mężczyznę przebiegającego pomiędzy sąsiadującymi ze sobą pomieszczeniami. W dłoni trzymał przedmiot, który przypominał długi myśliwski nóż.
- Wzywaj wsparcie - powiedział spokojnie Bruno z bronią pewnie wycelowaną w miejsce, w którym zniknęła postać. Za plecami nie usłyszał jednak żadnej reakcji. Zaniepokojony spojrzał w kierunku Magnusa. W tej samej chwili do jego uszu dobiegł odgłos szarpnięcia i cichy, głuchy jęk. Odwrócił się gwałtownie i zauważył, jak na wysokości dwóch metrów od podłogi, szarpiąc się z metalową linką obwiązaną wokół szyi, wisi jego partner.
To był właśnie taki moment. Widząc w ciemności sylwetkę ubranej na biało osoby, ponownie pomyślał, że spośród setek możliwości po raz kolejny znalazł się w złym miejscu o niewłaściwym czasie.
Kobieta najwyraźniej bardzo szybko podeszła do auta, bo już po chwili usłyszał mocne szarpnięcie za klamkę przednich drzwi od strony pasażera. Były zablokowane.
Dla pewności Bruno opuścił szybę jedynie do połowy i zanim zdążył się odezwać, nieznajoma łamiącym się głosem zapytała:
- Pomoże mi pan? Nazywam się Sonia Roleski. Tam jest nasze auto.
Kolejny błysk rozjaśnił drogę i dopiero teraz, kilkadziesiąt metrów dalej, w bocznej uliczce prowadzącej do lasu, Bruno dostrzegł dużą limuzynę.
- Proszę, niech pani wejdzie - powiedział, odblokowując drzwi.
Kobieta usiadła na kanapie z tyłu. Była całkowicie przemoczona i zziębnięta.
- Bardzo panu dziękuję - powiedziała drżącym głosem, obejmując się ramionami. W jednej dłoni ściskała przepleciony między palcami srebrny łańcuszek. Zwisała z niego drobna, połyskująca ozdoba, której przyglądała się z uczuciem.
- Co się stało? - zapytał.
- Uderzyliśmy w to biedne zwierzę, które panu udało się ominąć. Mąż wpadł w poślizg i najechał na jakąś przeszkodę. Chyba uszkodził koło.
- Żadne z państwa nie zostało ranne?
- Nie. Na szczęście nie - odparła, ocierając z twarzy wodę ściekającą z włosów.
Bruno podjechał bliżej unieruchomionego pojazdu, następnie wysiadł i postawił kołnierz marynarki, po czym ruszył w stronę kierowcy. Teraz dopiero zauważył, że ten masywny krążownik, którego nie udało mu się rozpoznać z daleka, to Rolls-Royce Phantom. Lewa przednia opona była uszkodzona i auto stało na gołej feldze. W środku, na miejscu kierowcy siedział mężczyzna grubo po sześćdziesiątce.
Na widok Brunona sięgnął do lampki przy lusterku i zapalił światło w kabinie, po czym wskazał na telefon komórkowy, dając do zrozumienia, że właśnie prowadzi rozmowę. Trwała może pół minuty. Wymiana zdań była dość burzliwa, bo wyraźnie zdenerwowany już jegomość kilkukrotnie uderzył pięścią w kierownicę. Bruno bez trudu zauważył moment, w którym dyskusja bez wątpienia dobiegła końca, ponieważ to właśnie wtedy szpakowaty mężczyzna cisnął telefon na fotel pasażera i zaklął głośno. Następnie odwrócił się w stronę Bruna, uchylił szybę i wymusił lekki uśmiech.
- Bardzo pana przepraszamy za kłopot, ale czy byłby pan tak uprzejmy i zawiózł moją żonę do domu? Jest przemoczona, a do tego jako miłośniczka zwierząt przeżyła, nazwijmy to, mały szok z powodu tego dwustukilowego paskudztwa - powiedział, wskazując kciukiem w stronę leżącego nieopodal truchła.
Bruno raczej nie wyczuł skruchy w jego głosie.
Mężczyzna szybkim ruchem dłoni sięgnął po paczkę Marlboro i wyciągnął ustami wysuniętego z niej papierosa. Następnie rozejrzał się nerwowo za zapalniczką, a nie znalazłszy jej, odwrócił głowę w stronę Brunona i z papierosem w ustach dodał:
- Mieszkamy całkiem niedaleko, w Sopocie. Jedzie pan może w tym kierunku?
Bruno odwrócił się i spojrzał na swoją pasażerkę. Wycierała włosy w koc leżący na tylnym siedzeniu i najwyraźniej zdążyła się już zadomowić.
- Okej. Nie ma sprawy - odparł, choć nie było to zupełnie po drodze, którą zamierzał jechać. To dziwne - pomyślał, chwytając rękoma za kołnierz marynarki i otrzepując go z wody. Dlaczego ta kobieta stała na deszczu, podczas gdy jej mąż czekał w luksusowych, ciepłych wnętrzach tego motoryzacyjnego cudeńka?
Widać było, że starszy pan raczej nie spodziewał się innej odpowiedzi. Zaczął szukać przycisku zamykającego szybę, dając tym samym jasno do zrozumienia, że poświęcił na rozmowę wystarczająco dużo czasu. Wobec tego Bruno wrócił do swojego samochodu.
- Już lepiej? - zapytał, siadając za kierownicą, ale nie odwracając głowy.
- Zdecydowanie tak - odparła kobieta znacznie spokojniejszym głosem. - Jeszcze raz bardzo panu dziękuję - dodała, delikatnie się uśmiechając. - Poprzedni kierowca, zamiast się zatrzymać, dodał jedynie gazu. W sumie nie dziwię mu się, jest tak ciemno... Mógł się czegoś obawiać.
Bruno spojrzał za siebie.
- To jak? Możemy jechać? Odwiozę panią do domu.
- Jeśli tylko Oskar pozwoli mi zabrać się z panem - powiedziała z nadzieją, zerkając na samochód męża.
- Nawet sam o to poprosił - odrzekł Bruno, przyglądając się uważniej pasażerce.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, to to, że przypomina Sofię Loren, a właściwie jej młodszą siostrę. Była to kobieta około pięćdziesiątki, o włoskiej urodzie, słodkim uśmiechu i pięknej, lekko puszystej figurze. Miała na sobie elegancką garsonkę, mokrą i przylegającą do ciała, a na ramiona narzucone jasne, krótkie futerko. Na długiej, smukłej szyi wisiała, połyskując dyskretnie, wysadzana drobnymi kamieniami kolia warta zapewne tyle, ile wynosiły kilkuletnie dochody Brunona.
Na pewno nie wracali z pobliskiej Ikei - pomyślał i wrzuciwszy bieg, ruszył w dół drogi.
Kobieta jakby czytała w jego myślach, bo chwilę później, spoglądając na pierścionek na serdecznym palcu lewej dłoni, powiedziała:
- Planowaliśmy przylecieć dopiero jutro. Zapowiadali gwałtowne burze, ale Oskar dostał jakiś ważny telefon. Od kilku dni miał okropny humor. Ten wyjazd to była katastrofa.
Bruno zwolnił dość mocno, omijając głęboką kałużę, w której utknął jakiś pojazd.
- Zaczęło się jeszcze na lotnisku w Gdańsku, na chwilę przed wylotem. Mój mąż z całą pewnością nie należy do spokojnych osób, ale wtedy przeszedł samego siebie. W terminalu krzyczał do telefonu, rozmawiając z jednym ze swoich pracowników. Mówił, że "należy z tą gnidą poważnie porozmawiać", a jak wróci, sprawa ma być zamknięta. Prowadzi tak wiele interesów z różnymi ludźmi. Kiedy chodzi o duże pieniądze, nie wszyscy grają fair. Bardzo mu zależało na jakichś dokumentach, a wczoraj wieczorem dostał dwie wiadomości - jedną dobrą, drugą złą. Nie wiem, o co dokładnie w nich chodziło - skwitowała, odpinając drobne klamerki pasków znajdujących się przy butach na obcasie, i zaczęła masować zziębnięte stopy. - Przepraszam za moje dość dziwne zachowanie, ale wracając z lotniska, strasznie się pokłóciliśmy i Oskar kazał mi wyjść z samochodu... Drań! Bezduszny drań! - Mówiąc to, zakryła twarz dłońmi.
Bruno chciał ją pocieszyć, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy.
- To przykre - podsumował krótko.
Był trochę zaskoczony jej otwartością i tym, jak swobodnie opowiadała mu o swoich przeżyciach. Pomyślał, że w gruncie rzeczy chyba nie wszyscy bogaci są doszczętnie zepsutymi snobami.
Po minięciu niewielkiego ronda przy Ergo Arenie spojrzał we wsteczne lusterko na panią Sonię. Ona w tej samej chwili uniosła lekko głowę i widząc jego wzrok, miło się uśmiechnęła.
- Gdzie mam skręcić? - zapytał, mijając starą karczmę przy wjeździe do Sopotu.
- To już niedaleko - odparła, poprawiając mokre jeszcze włosy. - Proszę skręcić w prawo, a później już pana pokieruję.
Po dziesięciu minutach samochód zatrzymał się przed wielką, kutą bramą osadzoną na solidnych metalowych zawiasach, przytwierdzonych do grubego kamiennego muru. Czekali jakieś pół minuty, aż podszedł do nich lekko utykający pracownik ochrony. Spod jego długiej, sięgającej kolan, czarnej przeciwdeszczowej kurtki wystawała niebieska koszula z granatowym krawatem. Na tyle głowy miał ciemną czapkę w stylu amerykańskiego policjanta przekręconą daszkiem do góry.
Bruno otworzył okno.
- Słucham - powiedział szorstko ochroniarz, nie ukrywając poirytowania tym, że musiał opuścić ciepłe i suche pomieszczenie portierni.
- Robert, to ja - powiedziała pani Sonia, wciskając głowę pomiędzy zagłówki przednich siedzeń. - Otwórz, proszę.
- Przepraszam panią, nie zauważyłem - odparł już wyraźnie milszym tonem, poprawiając czapkę, i ruszył pośpiesznie w kierunku przycisku otwierającego bramę.
Samochód potoczył się wolno szeroką, wysypaną białym żwirem drogą, która po około dwustu metrach zaprowadziła ich pod biały jednopiętrowy pałacyk. Z jego okien sączyło się ciepłe, miodowe światło.
- Proszę wejść. Trochę się pan wysuszy. Nalegam - powiedziała pani Sonia. - Jest pan zupełnie przemoczony - dodała, dotykając dłonią rękawa jego marynarki.
- To bardzo miłe z pani strony - odparł Bruno. Wiedział, że sytuacja nakazywała jej taką uprzejmość, ale zdawał sobie również sprawę z tego, że kobieta po ostatnich przeżyciach chciałaby zapewne odpocząć. Poza tym za chwilę pewnie wróci jej mąż, a wizja ciepłej herbatki w towarzystwie "bezdusznego drania", jak raczyła go przedstawić, nie wydawała mu się dobrym pomysłem na miłe spędzenie wieczoru. - Niestety, z przykrością muszę odmówić. Mam jeszcze sprawę na mieście - skłamał.
- W takim razie nie wiem, jak mogłabym się panu odwdzięczyć - powiedziała lekko zawiedziona. - Proszę mi wybaczyć, ale siedząc w pańskim aucie, trochę się rozejrzałam i dostrzegłam firmowe wizytówki: "W&B - Luksusowy przewóz osób". Jeśli nie miałby pan nic przeciwko, mogłabym kiedyś skorzystać z...
Bruno uśmiechnął się zachęcająco.
- Przynajmniej dwa razy w miesiącu wylatuję na pokazy mody. Jest to po części związane z moim hobby. Projektowanie ubrań to moja pasja - powiedziała i podała mu swoją wizytówkę.
- Będzie mi bardzo miło, jeśli skorzysta pani z oferty naszej firmy - odparł.
- Zatem do zobaczenia i jeszcze raz dziękuję - dodała, spoglądając na niego dużymi, ciemnymi oczami, po czym wysiadła.
Powoli przestawało padać. Początkowo Bruno zamierzał zajrzeć jeszcze do biura znajdującego się w Gdańsku przy ulicy Ogarnej, gdzie mieściła się ich firma. Chciał odstawić tam kartonowe pudło z akcesoriami biurowymi, które przekazał mu wspólnik. Dzisiaj rano zauważył je w bagażniku. Tomek wspominał, że podrzuci mu je do auta, i najwidoczniej zrobił to wczorajszego wieczora. Z uwagi jednak na to, że powrót z lotniska zajął mu zbyt wiele czasu, postanowił zając się tym następnego dnia.
Zaparkował niedaleko miejsca, w którym spełnił jedno ze swoich długoletnich marzeń - kupił mieszkanie typu loft. Znajdowało się w zabudowaniach starej, nieczynnej fabryki, co samo w sobie nadawało mu wyjątkowy klimat. Wymagało co prawda gruntownego remontu, ale ekipa zajęła się tym już ponad trzy tygodnie temu. Do czasu jego przyjazdu prace nadzorował Tomek i szły one dość sprawnie. Sześć dni temu zakończono renowację starej cegły i założono podwieszane sufity, a do dzisiaj udało się ukończyć pomieszczenie, które było dla niego najważniejsze - łazienkę, bo to tam właśnie sypiał na materacu od kilku dni.
Z tego miejsca miał zaledwie kilkadziesiąt metrów do swojego biura, poza tym lokalizacja mieszkania była idealna z jeszcze jednego powodu. Niewątpliwą zaletę stanowiła bliskość Starego Miasta i licznych uroczych, klimatycznych pubów. Takie miłe sąsiedztwo zobowiązywało wręcz do odwiedzin, a zaniechanie ich po całym dniu pracy świadczyło, delikatnie mówiąc, o braku kultury i rażąco naruszało zasady właściwego zachowania w określonych miejscach i sytuacjach. I chociaż zdawał sobie sprawę, że było to całkowicie błędne rozumowanie definicji savoir-vivre'u, to potrzeba napicia się dobrej whiskey w pełni, jego zdaniem, tę nadinterpretację usprawiedliwiała.
Z myślą o kulturze właśnie Bruno, pokonując trzy niewielkie schodki w dół, wszedł do pubu, w którym niezależnie od pory dnia czas płynął zawsze tym samym spokojnym rytmem. Usiadł przy niewielkim stoliku, zapadając się w dużym, wygodnym fotelu z ciemnobrązowej, postarzanej skóry. W powietrzu unosił się zapach whiskey, a w tle sączyła melodia chillout. To zawsze działało na niego uspokajająco, wprawiało w dobry nastrój i dodawało energii na kolejny dzień.
Tego wieczoru jednak wyjątkowo nie potrafił się odprężyć. Powodem tego było wspomnienie z ostatniej rozmowy, jaką przeprowadził ze swoim przyjacielem Tomkiem. Trwała ona krótką chwilę, lecz w jej trakcie z łatwością spostrzegł, że ten na co dzień bardzo spokojny i opanowany człowiek był czymś wyraźnie zdenerwowany. Znali się już od czasów szkoły podstawowej i nawet pomimo wyjazdu Tomka do Gdańska, gdzie ponad pięć lat temu podjął on pracę jako prywatny detektyw, nadal stale utrzymywali ze sobą kontakt. To on namówił Brunona na przyjazd do Trójmiasta i osiedlenie się w Gdańsku. Bruno sprzedał swój nowo wybudowany dom w Katowicach, pozostawiając tam najbliższą rodzinę i przyjaciół. Wczorajsza wieczorna rozmowa, a raczej cztery krótkie zdania, które usłyszał po odebraniu od niego telefonu, były wyraźnie niepokojące. Tomek sprawiał wrażenie zdenerwowanego, a jego głośny i szybki oddech pozwalał przypuszczać, że prawdopodobnie przed kimś uciekał.
- Ta sprawa Laury... Wiesz! Szukają mnie! Muszę wyjechać! - wysapał.
To dziwne. Tomek nigdy nie wspominał mu o dziewczynie imieniem Laura. Być może sytuacja, w której się znalazł, spowodowała, że miał jedynie chwilę, by przekazać mu coś istotnego. Dzwonił około dwudziestej pierwszej i później miał już wyłączoną komórkę.
Nie dawało to Brunonowi spokoju, dlatego dzisiaj z rana postanowił odwiedzić mieszkanie wspólnika. Znajdowało się ono w luksusowej dzielnicy Jelitkowa, na niewielkim strzeżonym osiedlu położonym wśród zieleni, pomiędzy dużymi iglastymi drzewami. Zaledwie sto metrów od morza. Do dwupokojowego apartamentu na ostatnim piętrze budynku przynależał również duży taras wycelowany wprost na piaszczystą plażę.
Na miejscu nikogo jednak nie zastał. Zadzwonił więc do Oli, żony Tomka.
Była to atrakcyjna, wysoka i bardzo miła blondynka. Pracowała jako adwokat. Młodsza od Tomka o ponad dekadę, o czym ten regularnie przypominał Brunonowi przy każdej nadarzającej się okazji. A skoro on sam wyglądał na znacznie młodszego, niż był w rzeczywistości, Bruno często żartował, pytając, czy przypadkiem nie oszukał Oli, podając swój zaniżony wiek, a jeśli tak, to kiedy zamierza to sprostować. Poznali się na kursie żeglarskim w Mikołajkach, gdy Tomek, chcąc się zapewne popisać, przepłynął zbyt blisko niej, taranując żaglówką jej rower wodny. Byli ze sobą od trzech lat.
Ola powiedziała, że od wielu dni planowali tygodniowy wypad do rodziny, a termin ustalili na najbliższą sobotę. W czwartek około dwudziestej Tomasz wrócił do domu wyraźnie podenerwowany i bez żadnych wyjaśnień zaczął nerwowo pakować walizkę. Kiedy zapytała go, z czego wynika ten pośpiech, powiedział jedynie, że zaszły pewne nieprzewidziane okoliczności i wyjadą jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem. Dodał, że musi zajrzeć na chwilę do biura, po czym wyszedł, zabierając ze sobą walizkę. Poprosił jedynie, aby była gotowa, gdy wróci za około godzinę. Czekała na niego do pierwszej w nocy, ale już nie pokazał się w domu.
Zdarzało mu się znikać na całe noce, co miało związek z jego pracą. Prosił wtedy, by do niego nie dzwoniła, ponieważ prowadził wtedy jakieś obserwacje. Tym razem jednak Ola miała wyraźne przeczucie, że sytuacja jest zupełnie inna. Nigdy dotąd nie widziała męża tak wyraźnie czymś przejętego. Bardzo ją to zaniepokoiło, dlatego już po dwóch godzinach próbowała się do niego dodzwonić. Niestety bez skutku.
W przedpokoju zostały tylko jego brudne buty, w których kilka godzin wcześniej wrócił do domu. Podeszwy były oblepione szarozielonym błotem, jakby gliną, a kiedy Ola je myła, z rowka bieżnika wyciągnęła łuskę. Dzisiaj wczesnym rankiem pojechała do swojej mamy i od tamtej pory czekała z nadzieją na choćby najmniejszą wiadomość od niego.
Bruno dobrze znał przyjaciela i wiedział, że bez wyraźnego powodu nie pozwoliłby najbliższym martwić się o niego. Dopił do końca whiskey i zostawił banknot pod pustą szklanką. Zdał sobie sprawę z tego, że jeżeli w najbliższych godzinach nie dostanie żadnego znaku od Tomka, będzie to niestety świadczyć jedynie o tym, że przyjaciel wpakował się w poważne kłopoty.
Wychodząc z pubu, minął grupkę młodych, roześmianych ludzi, którzy przy wtórze głośnego stukotu butelek zmierzali na jakąś domówkę. Przeszedł na drugą stronę ulicy i skierował kroki w stronę swojego mieszkania.
Dzisiaj późnym wieczorem fachowcy dokończyli montaż drzwi wejściowych i położyli przed nimi płytki ceramiczne. Nie chcąc naruszyć świeżej jeszcze zaprawy, postanowił wejść do środka przez garaż. Minął przykryte plandeką auto i poklepał je dobrotliwie po masce. Następnie przekroczył próg i bezpośrednim przejściem dostał się do holu.
Poczuł lekką wilgoć i zapach świeżej farby malarskiej. Próbował po omacku znaleźć włącznik światła, ale po tym, jak dotknął wystających ze ściany kabli, zrezygnował. Rano widział cały tor przeszkód, który należało pokonać na trasie ciągnącej się od łazienki do głównego wyjścia. Polegając zatem na własnej pamięci, ruszył pewnie do przodu.
Po mniej więcej minucie z niemałym trudem dotarł na miejsce, potykając się po drodze o pozostawione przez fachowców narzędzia i niemal przewracając stojące przed drzwiami łazienki duże wiadro, wypełnione jakąś cieczą. Tutaj dopiero udało mu się znaleźć włącznik oświetlenia. Z oczami zmrużonymi od nagłego uderzenia światła podszedł do materaca, który idealnie mieścił się w kabinie prysznicowej. Zrzucił na niego ubranie i pochylając się nad umywalką, ochlapał twarz letnią wodą. Po chwili strzepał z poduszki nalot po świeżo szlifowanej gładzi gipsowej i nie gasząc światła, przykrył się kocem.
- Ja pierdolę i kilo cukru poszło w cho-le-rę! - krzyknął jakiś głos.
- Doliczy mu się do rachunku i będzie facio uważał - dodał drugi.
Najwyraźniej wrócili panowie fachowcy - pomyślał Bruno, otwierając oczy. Jak to szło? Spojrzał w górę, próbując przypomnieć sobie slogan reklamowy firmy remontowej, z którą podpisał umowę: "BĘDZIECIE PAŃSTWO ZADOWOLENI. SZACUNEK DO KLIENTA TO NASZA DEWIZA OD POKOLEŃ". Zaśmiał się pod nosem z nadzieją, że przynajmniej pierwsza część tego hasła będzie się pokrywała z prawdą. Przesunął materac wraz z kocem i poduszką pod drzwi i spojrzał na stojący przy umywalce budzik. Dochodziła siódma.
Wcześnie zaczęli. To dobrze - pomyślał, wyobrażając sobie końcowy efekt ich prac. Był szczerze przekonany, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z założonym projektem, powinien on bez wątpienia zachwycić niejednego sceptyka takich architektonicznych rozwiązań.
Wziął szybki prysznic i po niespełna trzydziestu minutach był już w drodze do biura. Jasne słońce, czyste, błękitne niebo i delikatny, rześki wiatr, który przeganiał kolorowe liście po ulicy, czyli to wszystko, co wielu ludziom kojarzyło się z minioną już piękną, złotą jesienią, Brunonowi przypomniało jedynie o tym, że musi mądrze zakupić odpowiednią liczbę kaloryferów do swojego loftu. Niewiele rzeczy można z całą pewnością przewidzieć, ale to, że zima, jak co roku, wciśnie się przed oczekiwaną już przez niego wiosnę, było niestety pewne.
Idąc chodnikiem wśród młodzieży spieszącej się na zajęcia, zajrzał do pobliskiej francuskiej piekarni, gdzie kupił dwie gotowe bagietki z szynką szwarcwaldzką, serem i dużą ilością rukoli.
Biuro mieściło się na pierwszym piętrze odrestaurowanej kamieniczki. Prowadziły do niego drzwi z grubego mlecznego szkła. Przekraczając próg, poczuł delikatną woń damskich perfum, a chwilę później w jego stronę odwróciła się ładna, uśmiechnięta buzia.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.