Gdański smak whiskey - Bartłomiej Ludwisiak

-
Proszę czekać

Dzień pierw­szy

(piątek)

Bru­no sie­dział w ba­rze, opar­ty o jesz­cze mo­krą, za­wie­szo­ną na fo­te­lu weł­nia­ną ma­ry­nar­kę. Za­mknął oczy i wol­no prze­chy­la­jąc trzy­ma­ną w dło­ni szkla­necz­kę whi­skey, po­cią­gnął pew­nie spo­ry łyk zim­ne­go, bursz­ty­no­we­go na­po­ju. Za­stygł przez mo­ment w bez­ru­chu, po­zo­sta­wia­jąc na chwi­lę nos przy kra­wę­dzi szklan­ki, tak by in­ten­syw­niej po­czuć de­li­kat­ny, wa­ni­lio­wo-drzew­ny aro­mat.

Ten za­pach przy­wo­ły­wał set­ki lep­szych i gor­szych wspo­mnień, twa­rze daw­nych przy­ja­ciół i zwią­za­nych z nimi przy­gód, wśród nich rów­nież tych, któ­re prze­żył w trak­cie swo­jej dwu­dzie­sto­let­niej pra­cy w po­li­cji.

W le­wej, po­kry­tej ta­tu­aża­mi ręce ob­ra­cał zwin­nie, ni­czym za­wo­do­wy ha­zar­dzi­sta że­ton, trzy­ma­ną w pal­cach wi­zy­tów­kę. W cie­płych bar­wach na­stro­jo­we­go świa­tła po­ły­ski­wa­ły wy­bi­te na niej zło­te li­te­ry - So­nia Ro­le­ski - z wi­docz­nym po dru­giej stro­nie nu­me­rem te­le­fo­nu. Spoj­rzał na ze­ga­rek wi­szą­cy na ścia­nie obok okra­to­wa­nej me­ta­lo­wej szaf­ki z bu­tel­ka­mi dro­giej whi­skey - wska­zy­wał trzy­dzie­ści pięć mi­nut po pół­no­cy.

Po­cią­gnął ko­lej­ny ły­czek i prze­cze­su­jąc pal­ca­mi ciem­ny dwu­ty­go­dnio­wy za­rost, sta­rał się do­kład­niej przy­po­mnieć so­bie se­kwen­cję zda­rzeń z ostat­nich kil­ku­na­stu go­dzin.

Oko­ło dwu­dzie­stej pierw­szej trzy­dzie­ści za­wiózł na lot­ni­sko w Gdań­sku pana Nor­to­na. To było jego pierw­sze sta­łe piąt­ko­we zle­ce­nie. Od kil­ku bo­wiem dni, wraz ze swo­im wspól­ni­kiem Tom­kiem Bo­ru­cem, pro­wa­dzi­li nie­wiel­ką fir­mę zaj­mu­ją­cą się prze­wo­zem osób luk­su­so­wy­mi au­ta­mi.

Mi­nął do­pie­ro ty­dzień, od­kąd za­miesz­kał w gro­dzie Nep­tu­na po tym, jak w bar­dzo krót­kim cza­sie pod­jął de­cy­zję o prze­pro­wadz­ce z Ka­to­wic. Wra­ca­jąc z lot­ni­ska, skie­ro­wał się w stro­nę Ga­le­rii Bał­tyc­kiej.

Był bar­dzo ciem­ny, desz­czo­wy wie­czór. Bły­ska­wi­ce roz­świe­tla­ły co ja­kiś czas oko­li­cę, a woda ude­rza­ją­ca o przed­nią szy­bę Land Ro­ve­ra po­mi­mo szyb­kie­go ru­chu wy­cie­ra­czek pra­wie cał­ko­wi­cie ogra­ni­cza­ła wi­docz­ność.

Prze­jazd dro­gą w Trój­miej­skim Par­ku Kra­jo­bra­zo­wym przy­po­mi­nał mu spływ ka­ja­ko­wy na Du­naj­cu w po­rze roz­to­pów. Z tą nie­wiel­ką róż­ni­cą, że za­miast na­wo­ły­wań fli­sa­ków z sa­mo­cho­do­we­go ra­dia do­bie­gał le­d­wie sły­szal­ny głos Eri­ca Clap­to­na, za­głu­sza­ny nie­ustan­nym bęb­nie­niem kro­pel w szkla­ny pa­no­ra­micz­ny dach.

Był już mniej wię­cej w po­ło­wie zjaz­du. Krę­ta as­fal­to­wa nit­ka bie­gła stro­mo w dół po­środ­ku lasu. Za dnia te gę­sto za­drze­wio­ne pa­gór­ki, po­prze­ci­na­ne licz­ny­mi wą­wo­za­mi, wy­glą­da­ły na­praw­dę urze­ka­ją­co, da­jąc miesz­kań­com Po­mo­rza na­miast­kę gór­skie­go kli­ma­tu. Te­raz jed­nak ta za­zwy­czaj peł­na aut dro­ga była zu­peł­nie pu­sta, a ciem­ność, jaka na sku­tek awa­rii oświe­tle­nia pa­no­wa­ła wo­kół, z całą pew­no­ścią nie po­zwa­la­ła na po­dzi­wia­nie przy­ro­dy.

Na­gle od­ru­cho­wo wci­snął pe­dał ha­mul­ca i tak szyb­ko, jak po­zwa­la­ła mu na to śli­ska na­wierzch­nia, od­bił kie­row­ni­cą w lewą stro­nę. Sa­mo­chód za­trzy­mał się gwał­tow­nie.

- Ja pier­do­lę, co to było?! - krzyk­nął na myśl o wiel­kiej gó­rze mię­sa po­kry­tej ciem­ną sier­ścią, le­żą­cej za­pew­ne po­środ­ku pasa, któ­rym je­chał.

Od­wró­cił gło­wę w pra­wo i wyj­rzał przez szy­bę po stro­nie pa­sa­że­ra. Uniósł się lek­ko, pró­bu­jąc do­strzec, co ta­kie­go uda­ło mu się omi­nąć.

Cał­ko­wi­ta ciem­ność unie­moż­li­wi­ła mu jed­nak zo­ba­cze­nie cze­go­kol­wiek do chwi­li, gdy bar­dzo ja­sny bu­rzo­wy roz­błysk oświe­tlił oko­li­cę. Nie­spo­dzie­wa­nie, tuż przed sobą, za­uwa­żył sto­ją­cą nie­ru­cho­mo w stru­gach desz­czu po­stać ko­bie­ty.

Znów za­padł mrok, a on miał przed ocza­mi jej prze­ra­żo­ną twarz, skry­tą za dłu­gi­mi wło­sa­mi i wy­krzy­wio­ną jak­by w gry­ma­sie pła­czu. Po­czuł lek­ki dreszcz prze­szy­wa­ją­cy go od stóp do głów.

To uczu­cie przy­po­mnia­ło mu pew­ną sy­tu­ację sprzed nie­speł­na roku, kie­dy to dy­żur­ny ko­mi­sa­ria­tu w Ka­to­wi­cach wy­słał go wraz z part­ne­rem do opusz­czo­nej sta­rej ka­mie­ni­cy pod mia­stem. Do­cho­dzi­ła dru­ga w nocy. We­dług ano­ni­mo­we­go zgło­sze­nia w bu­dyn­ku mia­ła prze­by­wać oso­ba od­po­wia­da­ją­ca ry­so­pi­so­wi po­szu­ki­wa­ne­go już od dłuż­sze­go cza­su psy­cho­pa­tycz­ne­go mor­der­cy, któ­ry zbiegł z od­dzia­łu de­ten­cyj­ne­go.

Jego pierw­szą ofia­rę zna­le­zio­no trzy lata wcze­śniej. Od tam­tej pory co kil­ka mie­się­cy przy­po­mi­nał o so­bie, po­sy­ła­jąc na tam­ten świat ko­lej­nych przy­pad­ko­wych lu­dzi.

Spryt i nie­sa­mo­wi­ta ła­twość, z jaką wy­my­kał się po­li­cyj­nym blo­ka­dom, oraz umie­jęt­ność prze­wi­dy­wa­nia za­mia­rów śled­czych zde­cy­do­wa­nie wy­róż­nia­ły go spo­śród po­dob­nych zwy­rod­nial­ców. W po­łą­cze­niu z tech­nicz­ną kre­atyw­no­ścią sto­so­wa­nych przez nie­go pu­ła­pek, w ja­kich znaj­do­wa­no jego ofia­ry, ce­chy te jed­no­znacz­nie wska­zy­wa­ły na czło­wie­ka bez­względ­ne­go, o po­nad­prze­cięt­nej in­te­li­gen­cji.

Nic więc dziw­ne­go, że jego wcze­śniej­sze, zu­peł­nie przy­pad­ko­we za­trzy­ma­nie bar­dzo ucie­szy­ło wszyst­kich, któ­rzy wi­dzie­li ofia­ry mor­der­cy i wie­dzie­li, do cze­go był zdol­ny. Do­szło do nie­go póź­nym wie­czo­rem, w oko­li­cach war­szaw­skie­go cmen­ta­rza, kie­dy wtar­gnął na jezd­nię i zo­stał po­trą­co­ny przez sa­mo­chód.

Po­li­cję na miej­sce wy­pad­ku we­zwał pra­cow­nik miej­skie­go mo­ni­to­rin­gu, któ­ry za­ob­ser­wo­wał całą sy­tu­ację i wi­dział, jak po­trą­co­ny pró­bu­je uciec. Po­mi­mo zła­ma­nych dwóch że­ber i pra­wej ręki zdą­żył jesz­cze po­tur­bo­wać trzech do­ro­słych męż­czyzn usi­łu­ją­cych go za­trzy­mać.

Nikt wte­dy nie przy­pusz­czał, że sa­tys­fak­cja z jego uję­cia po­trwa tak krót­ko. W trak­cie prze­pro­wa­dzo­nych ob­ser­wa­cji stwier­dzo­no u nie­go cho­ro­bę psy­chicz­ną i za zgo­dą sądu za­sto­so­wa­no śro­dek za­po­bie­gaw­czy w po­sta­ci umiesz­cze­nia go w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym.

Dość szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że na miej­scu nie za­pew­nio­no mu naj­wy­raź­niej wy­star­cza­ją­cych wy­gód, po­nie­waż już po nie­speł­na mie­sią­cu, ra­niąc cięż­ko sa­ni­ta­riu­sza, nie­za­do­wo­lo­ny opu­ścił ośro­dek i ślad po nim za­gi­nął.

Ra­dio­wóz Bru­no­na mi­jał wła­śnie nie­wiel­ki ka­mien­ny mo­stek, pod­czas gdy jego part­ner no­to­wał po­da­wa­ny przez dy­żur­ne­go ad­res ko­lej­nej in­ter­wen­cji. Zgod­nie z po­le­ce­niem mie­li udać się tam pil­nie za­raz po spraw­dze­niu obec­ne­go zgło­sze­nia.

Tam­ta noc była mroź­na i wy­jąt­ko­wo ci­cha . Sa­mo­chód z tru­dem po­ko­ny­wał ostat­ni stro­my od­ci­nek ob­lo­dzo­nej, wą­skiej dro­gi, od lat nie­uży­wa­nej i po­wo­li za­ra­sta­ją­cej ro­ślin­no­ścią. Po przy­by­ciu na miej­sce zgło­sze­nia i prze­szu­ka­niu dol­nych po­miesz­czeń ka­mie­ni­cy po­zo­sta­ło im je­dy­nie ostat­nie pię­tro na pod­da­szu. Zo­ba­czy­li tam ciem­ny, wą­ski ko­ry­tarz, dłu­gi na ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów i cią­gną­cy się po­mię­dzy rzę­da­mi pu­stych, zde­wa­sto­wa­nych po­koi bez drzwi.

W mroź­nym, prze­siąk­nię­tym za­pa­chem fe­ka­liów po­wie­trzu jego part­ner oświe­tlał dro­gę la­tar­ką, pod­czas gdy on prze­su­wał się po­wo­li do przo­du z bro­nią go­to­wą do uży­cia, sta­ra­jąc się omi­jać le­żą­ce pod no­ga­mi ka­wał­ki ce­gieł i ster­ty pu­stych bu­te­lek.

Po kil­ku mi­nu­tach do­tar­li do sta­rych drew­nia­nych drzwi bez klam­ki, po­kry­tych wie­lo­ma war­stwa­mi far­by od­pa­da­ją­cej już pła­ta­mi. Bru­no oparł o nie sto­pę i nie prze­kra­cza­jąc pro­gu, pchnął je bu­tem. Otwo­rzy­ły się z gło­śnym zgrzy­tem i lek­ko ude­rzy­ły o ścia­nę.

Za drzwia­mi znaj­do­wa­ło się po­miesz­cze­nie po­dob­ne do tego, w któ­rym sta­li, z tą nie­wiel­ką róż­ni­cą, że wą­ski ko­ry­tarz za­czy­nał się do­pie­ro w od­le­gło­ści oko­ło dzie­się­ciu me­trów za pro­giem. Przed sobą uj­rze­li na­to­miast coś na kształt wy­so­kie­go na sześć me­trów stry­chu, ze spa­dzi­stym po obu stro­nach da­chem. Pod nim bie­gły gru­be drew­nia­ne bel­ki z nie­zli­czo­ną ilo­ścią sznur­ków, na któ­rych wi­sia­ły szma­ty i kom­ple­ty zsza­rza­łej od ku­rzu po­ście­li. Nie­da­le­ko drzwi na be­to­no­wej pod­ło­dze pię­trzy­ły się ster­ty de­sek i sta­rych ubrań, a wszyst­ko przy­kry­te było gru­bą war­stwą po­roz­rzu­ca­nej sło­my.

W po­miesz­cze­niu pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza. We­szli ostroż­nie do środ­ka.

- Mó­wi­łem ci, że tyl­ko prze­wie­je nam dupy - wark­nął ści­szo­nym gło­sem Ma­gnus. - To już czwar­te ano­ni­mo­we zgło­sze­nie w tym roku. Ktoś naj­wy­raź­niej robi so­bie z nas jaja.

- Być może - od­po­wie­dział szep­tem Bru­no, wpa­tru­jąc się w snop świa­tła la­tar­ki, któ­ry na­po­tkaw­szy bia­łe ka­fle po­kry­wa­ją­ce ścia­nę w koń­cu ko­ry­ta­rza, od­bił się od nich ja­snym re­flek­sem. - Nie za­po­mi­naj jed­nak, że na miej­scu zna­le­zio­no cia­ła dwóch osób i ktoś wy­jąt­ko­wo sta­ran­nie za­dbał o to, by nie po­że­gna­ły się z tym świa­tem zbyt ła­two.

- Przy­pa­dek - rzu­cił Ma­gnus lek­ce­wa­żą­co, tro­chę gło­śniej. Naj­wy­raź­niej nie wi­dział w tym nic po­dej­rza­ne­go. - Za to po­wi­nie­neś...

- Pssst... - syk­nął Bru­no, za­trzy­mu­jąc się. Usły­szał przed sobą ha­łas przy­po­mi­na­ją­cy dźwięk szkla­nej bu­tel­ki to­czą­cej się po be­to­no­wej pod­ło­dze.

Sta­li przez mo­ment w bez­ru­chu.

- Sły­sza­łeś to? - za­py­tał.

- Do­brze się czu­jesz? Bo coś mi się wy­da­je, że je­steś chy­ba tro­chę prze­wraż­li­wio­ny - po­wie­dział jego part­ner, wy­pro­sto­wu­jąc się i cho­wa­jąc rękę do kie­sze­ni spodni. - Skup się le­piej na tym, do ja­kiej knajp­ki ude­rzy­my dzi­siaj wie­czo­rem. Za­po­mnia­łeś? Strze­li­ło mi osiem­na­ście lat pra­cy. Ja za­pra­szam.

Bru­no uniósł dłoń do góry, da­jąc znak, by kum­pel na chwi­lę za­milkł. Przez kil­ka­na­ście se­kund po­miesz­cze­nie wy­peł­ni­ła cał­ko­wi­ta ci­sza. Już miał zro­bić ko­lej­ny krok do przo­du, gdy na­gle spoj­rzał w głąb ko­ry­ta­rza. W wą­skim świe­tle la­tar­ki uj­rzał męż­czy­znę prze­bie­ga­ją­ce­go po­mię­dzy są­sia­du­ją­cy­mi ze sobą po­miesz­cze­nia­mi. W dło­ni trzy­mał przed­miot, któ­ry przy­po­mi­nał dłu­gi my­śliw­ski nóż.

- Wzy­waj wspar­cie - po­wie­dział spo­koj­nie Bru­no z bro­nią pew­nie wy­ce­lo­wa­ną w miej­sce, w któ­rym znik­nę­ła po­stać. Za ple­ca­mi nie usły­szał jed­nak żad­nej re­ak­cji. Za­nie­po­ko­jo­ny spoj­rzał w kie­run­ku Ma­gnu­sa. W tej sa­mej chwi­li do jego uszu do­biegł od­głos szarp­nię­cia i ci­chy, głu­chy jęk. Od­wró­cił się gwał­tow­nie i za­uwa­żył, jak na wy­so­ko­ści dwóch me­trów od pod­ło­gi, szar­piąc się z me­ta­lo­wą lin­ką ob­wią­za­ną wo­kół szyi, wisi jego part­ner.

To był wła­śnie taki mo­ment. Wi­dząc w ciem­no­ści syl­wet­kę ubra­nej na bia­ło oso­by, po­now­nie po­my­ślał, że spo­śród se­tek moż­li­wo­ści po raz ko­lej­ny zna­lazł się w złym miej­scu o nie­wła­ści­wym cza­sie.

Ko­bie­ta naj­wy­raź­niej bar­dzo szyb­ko po­de­szła do auta, bo już po chwi­li usły­szał moc­ne szarp­nię­cie za klam­kę przed­nich drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra. Były za­blo­ko­wa­ne.

Dla pew­no­ści Bru­no opu­ścił szy­bę je­dy­nie do po­ło­wy i za­nim zdą­żył się ode­zwać, nie­zna­jo­ma ła­mią­cym się gło­sem za­py­ta­ła:

- Po­mo­że mi pan? Na­zy­wam się So­nia Ro­le­ski. Tam jest na­sze auto.

Ko­lej­ny błysk roz­ja­śnił dro­gę i do­pie­ro te­raz, kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej, w bocz­nej ulicz­ce pro­wa­dzą­cej do lasu, Bru­no do­strzegł dużą li­mu­zy­nę.

- Pro­szę, niech pani wej­dzie - po­wie­dział, od­blo­ko­wu­jąc drzwi.

Ko­bie­ta usia­dła na ka­na­pie z tyłu. Była cał­ko­wi­cie prze­mo­czo­na i zzięb­nię­ta.

- Bar­dzo panu dzię­ku­ję - po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem, obej­mu­jąc się ra­mio­na­mi. W jed­nej dło­ni ści­ska­ła prze­ple­cio­ny mię­dzy pal­ca­mi srebr­ny łań­cu­szek. Zwi­sa­ła z nie­go drob­na, po­ły­sku­ją­ca ozdo­ba, któ­rej przy­glą­da­ła się z uczu­ciem.

- Co się sta­ło? - za­py­tał.

- Ude­rzy­li­śmy w to bied­ne zwie­rzę, któ­re panu uda­ło się omi­nąć. Mąż wpadł w po­ślizg i na­je­chał na ja­kąś prze­szko­dę. Chy­ba uszko­dził koło.

- Żad­ne z pań­stwa nie zo­sta­ło ran­ne?

- Nie. Na szczę­ście nie - od­par­ła, ocie­ra­jąc z twa­rzy wodę ście­ka­ją­cą z wło­sów.

Bru­no pod­je­chał bli­żej unie­ru­cho­mio­ne­go po­jaz­du, na­stęp­nie wy­siadł i po­sta­wił koł­nierz ma­ry­nar­ki, po czym ru­szył w stro­nę kie­row­cy. Te­raz do­pie­ro za­uwa­żył, że ten ma­syw­ny krą­żow­nik, któ­re­go nie uda­ło mu się roz­po­znać z da­le­ka, to Rolls-Roy­ce Phan­tom. Lewa przed­nia opo­na była uszko­dzo­na i auto sta­ło na go­łej fel­dze. W środ­ku, na miej­scu kie­row­cy sie­dział męż­czy­zna gru­bo po sześć­dzie­siąt­ce.

Na wi­dok Bru­no­na się­gnął do lamp­ki przy lu­ster­ku i za­pa­lił świa­tło w ka­bi­nie, po czym wska­zał na te­le­fon ko­mór­ko­wy, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że wła­śnie pro­wa­dzi roz­mo­wę. Trwa­ła może pół mi­nu­ty. Wy­mia­na zdań była dość burz­li­wa, bo wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny już je­go­mość kil­ku­krot­nie ude­rzył pię­ścią w kie­row­ni­cę. Bru­no bez tru­du za­uwa­żył mo­ment, w któ­rym dys­ku­sja bez wąt­pie­nia do­bie­gła koń­ca, po­nie­waż to wła­śnie wte­dy szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna ci­snął te­le­fon na fo­tel pa­sa­że­ra i za­klął gło­śno. Na­stęp­nie od­wró­cił się w stro­nę Bru­na, uchy­lił szy­bę i wy­mu­sił lek­ki uśmiech.

- Bar­dzo pana prze­pra­sza­my za kło­pot, ale czy był­by pan tak uprzej­my i za­wiózł moją żonę do domu? Jest prze­mo­czo­na, a do tego jako mi­ło­śnicz­ka zwie­rząt prze­ży­ła, na­zwij­my to, mały szok z po­wo­du tego dwu­stu­ki­lo­we­go pa­skudz­twa - po­wie­dział, wska­zu­jąc kciu­kiem w stro­nę le­żą­ce­go nie­opo­dal tru­chła.

Bru­no ra­czej nie wy­czuł skru­chy w jego gło­sie.

Męż­czy­zna szyb­kim ru­chem dło­ni się­gnął po pacz­kę Marl­bo­ro i wy­cią­gnął usta­mi wy­su­nię­te­go z niej pa­pie­ro­sa. Na­stęp­nie ro­zej­rzał się ner­wo­wo za za­pal­nicz­ką, a nie zna­la­zł­szy jej, od­wró­cił gło­wę w stro­nę Bru­no­na i z pa­pie­ro­sem w ustach do­dał:

- Miesz­ka­my cał­kiem nie­da­le­ko, w So­po­cie. Je­dzie pan może w tym kie­run­ku?

Bru­no od­wró­cił się i spoj­rzał na swo­ją pa­sa­żer­kę. Wy­cie­ra­ła wło­sy w koc le­żą­cy na tyl­nym sie­dze­niu i naj­wy­raź­niej zdą­ży­ła się już za­do­mo­wić.

- Okej. Nie ma spra­wy - od­parł, choć nie było to zu­peł­nie po dro­dze, któ­rą za­mie­rzał je­chać. To dziw­ne - po­my­ślał, chwy­ta­jąc rę­ko­ma za koł­nierz ma­ry­nar­ki i otrze­pu­jąc go z wody. Dla­cze­go ta ko­bie­ta sta­ła na desz­czu, pod­czas gdy jej mąż cze­kał w luk­su­so­wych, cie­płych wnę­trzach tego mo­to­ry­za­cyj­ne­go cu­deń­ka?

Wi­dać było, że star­szy pan ra­czej nie spo­dzie­wał się in­nej od­po­wie­dzi. Za­czął szu­kać przy­ci­sku za­my­ka­ją­ce­go szy­bę, da­jąc tym sa­mym ja­sno do zro­zu­mie­nia, że po­świę­cił na roz­mo­wę wy­star­cza­ją­co dużo cza­su. Wo­bec tego Bru­no wró­cił do swo­je­go sa­mo­cho­du.

- Już le­piej? - za­py­tał, sia­da­jąc za kie­row­ni­cą, ale nie od­wra­ca­jąc gło­wy.

- Zde­cy­do­wa­nie tak - od­par­ła ko­bie­ta znacz­nie spo­koj­niej­szym gło­sem. - Jesz­cze raz bar­dzo panu dzię­ku­ję - do­da­ła, de­li­kat­nie się uśmie­cha­jąc. - Po­przed­ni kie­row­ca, za­miast się za­trzy­mać, do­dał je­dy­nie gazu. W su­mie nie dzi­wię mu się, jest tak ciem­no... Mógł się cze­goś oba­wiać.

Bru­no spoj­rzał za sie­bie.

- To jak? Mo­że­my je­chać? Od­wio­zę pa­nią do domu.

- Je­śli tyl­ko Oskar po­zwo­li mi za­brać się z pa­nem - po­wie­dzia­ła z na­dzie­ją, zer­ka­jąc na sa­mo­chód męża.

- Na­wet sam o to po­pro­sił - od­rzekł Bru­no, przy­glą­da­jąc się uważ­niej pa­sa­żer­ce.

Pierw­sza myśl, jaka przy­szła mu do gło­wy, to to, że przy­po­mi­na So­fię Lo­ren, a wła­ści­wie jej młod­szą sio­strę. Była to ko­bie­ta oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, o wło­skiej uro­dzie, słod­kim uśmie­chu i pięk­nej, lek­ko pu­szy­stej fi­gu­rze. Mia­ła na so­bie ele­ganc­ką gar­son­kę, mo­krą i przy­le­ga­ją­cą do cia­ła, a na ra­mio­na na­rzu­co­ne ja­sne, krót­kie fu­ter­ko. Na dłu­giej, smu­kłej szyi wi­sia­ła, po­ły­sku­jąc dys­kret­nie, wy­sa­dza­na drob­ny­mi ka­mie­nia­mi ko­lia war­ta za­pew­ne tyle, ile wy­no­si­ły kil­ku­let­nie do­cho­dy Bru­no­na.

Na pew­no nie wra­ca­li z po­bli­skiej Ikei - po­my­ślał i wrzu­ciw­szy bieg, ru­szył w dół dro­gi.

Ko­bie­ta jak­by czy­ta­ła w jego my­ślach, bo chwi­lę póź­niej, spo­glą­da­jąc na pier­ścio­nek na ser­decz­nym pal­cu le­wej dło­ni, po­wie­dzia­ła:

- Pla­no­wa­li­śmy przy­le­cieć do­pie­ro ju­tro. Za­po­wia­da­li gwał­tow­ne bu­rze, ale Oskar do­stał ja­kiś waż­ny te­le­fon. Od kil­ku dni miał okrop­ny hu­mor. Ten wy­jazd to była ka­ta­stro­fa.

Bru­no zwol­nił dość moc­no, omi­ja­jąc głę­bo­ką ka­łu­żę, w któ­rej utknął ja­kiś po­jazd.

- Za­czę­ło się jesz­cze na lot­ni­sku w Gdań­sku, na chwi­lę przed wy­lo­tem. Mój mąż z całą pew­no­ścią nie na­le­ży do spo­koj­nych osób, ale wte­dy prze­szedł sa­me­go sie­bie. W ter­mi­na­lu krzy­czał do te­le­fo­nu, roz­ma­wia­jąc z jed­nym ze swo­ich pra­cow­ni­ków. Mó­wił, że "na­le­ży z tą gni­dą po­waż­nie po­roz­ma­wiać", a jak wró­ci, spra­wa ma być za­mknię­ta. Pro­wa­dzi tak wie­le in­te­re­sów z róż­ny­mi ludź­mi. Kie­dy cho­dzi o duże pie­nią­dze, nie wszy­scy gra­ją fair. Bar­dzo mu za­le­ża­ło na ja­kichś do­ku­men­tach, a wczo­raj wie­czo­rem do­stał dwie wia­do­mo­ści - jed­ną do­brą, dru­gą złą. Nie wiem, o co do­kład­nie w nich cho­dzi­ło - skwi­to­wa­ła, od­pi­na­jąc drob­ne kla­mer­ki pa­sków znaj­du­ją­cych się przy bu­tach na ob­ca­sie, i za­czę­ła ma­so­wać zzięb­nię­te sto­py. - Prze­pra­szam za moje dość dziw­ne za­cho­wa­nie, ale wra­ca­jąc z lot­ni­ska, strasz­nie się po­kłó­ci­li­śmy i Oskar ka­zał mi wyjść z sa­mo­cho­du... Drań! Bez­dusz­ny drań! - Mó­wiąc to, za­kry­ła twarz dłoń­mi.

Bru­no chciał ją po­cie­szyć, ale nic sen­sow­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy.

- To przy­kre - pod­su­mo­wał krót­ko.

Był tro­chę za­sko­czo­ny jej otwar­to­ścią i tym, jak swo­bod­nie opo­wia­da­ła mu o swo­ich prze­ży­ciach. Po­my­ślał, że w grun­cie rze­czy chy­ba nie wszy­scy bo­ga­ci są do­szczęt­nie ze­psu­ty­mi sno­ba­mi.

Po mi­nię­ciu nie­wiel­kie­go ron­da przy Ergo Are­nie spoj­rzał we wstecz­ne lu­ster­ko na pa­nią So­nię. Ona w tej sa­mej chwi­li unio­sła lek­ko gło­wę i wi­dząc jego wzrok, miło się uśmiech­nę­ła.

- Gdzie mam skrę­cić? - za­py­tał, mi­ja­jąc sta­rą karcz­mę przy wjeź­dzie do So­po­tu.

- To już nie­da­le­ko - od­par­ła, po­pra­wia­jąc mo­kre jesz­cze wło­sy. - Pro­szę skrę­cić w pra­wo, a póź­niej już pana po­kie­ru­ję.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach sa­mo­chód za­trzy­mał się przed wiel­ką, kutą bra­mą osa­dzo­ną na so­lid­nych me­ta­lo­wych za­wia­sach, przy­twier­dzo­nych do gru­be­go ka­mien­ne­go muru. Cze­ka­li ja­kieś pół mi­nu­ty, aż pod­szedł do nich lek­ko uty­ka­ją­cy pra­cow­nik ochro­ny. Spod jego dłu­giej, się­ga­ją­cej ko­lan, czar­nej prze­ciw­desz­czo­wej kurt­ki wy­sta­wa­ła nie­bie­ska ko­szu­la z gra­na­to­wym kra­wa­tem. Na tyle gło­wy miał ciem­ną czap­kę w sty­lu ame­ry­kań­skie­go po­li­cjan­ta prze­krę­co­ną dasz­kiem do góry.

Bru­no otwo­rzył okno.

- Słu­cham - po­wie­dział szorst­ko ochro­niarz, nie ukry­wa­jąc po­iry­to­wa­nia tym, że mu­siał opu­ścić cie­płe i su­che po­miesz­cze­nie por­tier­ni.

- Ro­bert, to ja - po­wie­dzia­ła pani So­nia, wci­ska­jąc gło­wę po­mię­dzy za­głów­ki przed­nich sie­dzeń. - Otwórz, pro­szę.

- Prze­pra­szam pa­nią, nie za­uwa­ży­łem - od­parł już wy­raź­nie mil­szym to­nem, po­pra­wia­jąc czap­kę, i ru­szył po­śpiesz­nie w kie­run­ku przy­ci­sku otwie­ra­ją­ce­go bra­mę.

Sa­mo­chód po­to­czył się wol­no sze­ro­ką, wy­sy­pa­ną bia­łym żwi­rem dro­gą, któ­ra po oko­ło dwu­stu me­trach za­pro­wa­dzi­ła ich pod bia­ły jed­no­pię­tro­wy pa­ła­cyk. Z jego okien są­czy­ło się cie­płe, mio­do­we świa­tło.

- Pro­szę wejść. Tro­chę się pan wy­su­szy. Na­le­gam - po­wie­dzia­ła pani So­nia. - Jest pan zu­peł­nie prze­mo­czo­ny - do­da­ła, do­ty­ka­jąc dło­nią rę­ka­wa jego ma­ry­nar­ki.

- To bar­dzo miłe z pani stro­ny - od­parł Bru­no. Wie­dział, że sy­tu­acja na­ka­zy­wa­ła jej taką uprzej­mość, ale zda­wał so­bie rów­nież spra­wę z tego, że ko­bie­ta po ostat­nich prze­ży­ciach chcia­ła­by za­pew­ne od­po­cząć. Poza tym za chwi­lę pew­nie wró­ci jej mąż, a wi­zja cie­płej her­bat­ki w to­wa­rzy­stwie "bez­dusz­ne­go dra­nia", jak ra­czy­ła go przed­sta­wić, nie wy­da­wa­ła mu się do­brym po­my­słem na miłe spę­dze­nie wie­czo­ru. - Nie­ste­ty, z przy­kro­ścią mu­szę od­mó­wić. Mam jesz­cze spra­wę na mie­ście - skła­mał.

- W ta­kim ra­zie nie wiem, jak mo­gła­bym się panu od­wdzię­czyć - po­wie­dzia­ła lek­ko za­wie­dzio­na. - Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale sie­dząc w pań­skim au­cie, tro­chę się ro­zej­rza­łam i do­strze­głam fir­mo­we wi­zy­tów­ki: "W&B - Luk­su­so­wy prze­wóz osób". Je­śli nie miał­by pan nic prze­ciw­ko, mo­gła­bym kie­dyś sko­rzy­stać z...

Bru­no uśmiech­nął się za­chę­ca­ją­co.

- Przy­naj­mniej dwa razy w mie­sią­cu wy­la­tu­ję na po­ka­zy mody. Jest to po czę­ści zwią­za­ne z moim hob­by. Pro­jek­to­wa­nie ubrań to moja pa­sja - po­wie­dzia­ła i po­da­ła mu swo­ją wi­zy­tów­kę.

- Bę­dzie mi bar­dzo miło, je­śli sko­rzy­sta pani z ofer­ty na­szej fir­my - od­parł.

- Za­tem do zo­ba­cze­nia i jesz­cze raz dzię­ku­ję - do­da­ła, spo­glą­da­jąc na nie­go du­ży­mi, ciem­ny­mi ocza­mi, po czym wy­sia­dła.

Po­wo­li prze­sta­wa­ło pa­dać. Po­cząt­ko­wo Bru­no za­mie­rzał zaj­rzeć jesz­cze do biu­ra znaj­du­ją­ce­go się w Gdań­sku przy uli­cy Ogar­nej, gdzie mie­ści­ła się ich fir­ma. Chciał od­sta­wić tam kar­to­no­we pu­dło z ak­ce­so­ria­mi biu­ro­wy­mi, któ­re prze­ka­zał mu wspól­nik. Dzi­siaj rano za­uwa­żył je w ba­gaż­ni­ku. To­mek wspo­mi­nał, że pod­rzu­ci mu je do auta, i naj­wi­docz­niej zro­bił to wczo­raj­sze­go wie­czo­ra. Z uwa­gi jed­nak na to, że po­wrót z lot­ni­ska za­jął mu zbyt wie­le cza­su, po­sta­no­wił za­jąc się tym na­stęp­ne­go dnia.

Za­par­ko­wał nie­da­le­ko miej­sca, w któ­rym speł­nił jed­no ze swo­ich dłu­go­let­nich ma­rzeń - ku­pił miesz­ka­nie typu loft. Znaj­do­wa­ło się w za­bu­do­wa­niach sta­rej, nie­czyn­nej fa­bry­ki, co samo w so­bie nada­wa­ło mu wy­jąt­ko­wy kli­mat. Wy­ma­ga­ło co praw­da grun­tow­ne­go re­mon­tu, ale eki­pa za­ję­ła się tym już po­nad trzy ty­go­dnie temu. Do cza­su jego przy­jaz­du pra­ce nad­zo­ro­wał To­mek i szły one dość spraw­nie. Sześć dni temu za­koń­czo­no re­no­wa­cję sta­rej ce­gły i za­ło­żo­no pod­wie­sza­ne su­fi­ty, a do dzi­siaj uda­ło się ukoń­czyć po­miesz­cze­nie, któ­re było dla nie­go naj­waż­niej­sze - ła­zien­kę, bo to tam wła­śnie sy­piał na ma­te­ra­cu od kil­ku dni.

Z tego miej­sca miał za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt me­trów do swo­je­go biu­ra, poza tym lo­ka­li­za­cja miesz­ka­nia była ide­al­na z jesz­cze jed­ne­go po­wo­du. Nie­wąt­pli­wą za­le­tę sta­no­wi­ła bli­skość Sta­re­go Mia­sta i licz­nych uro­czych, kli­ma­tycz­nych pu­bów. Ta­kie miłe są­siedz­two zo­bo­wią­zy­wa­ło wręcz do od­wie­dzin, a za­nie­cha­nie ich po ca­łym dniu pra­cy świad­czy­ło, de­li­kat­nie mó­wiąc, o bra­ku kul­tu­ry i ra­żą­co na­ru­sza­ło za­sa­dy wła­ści­we­go za­cho­wa­nia w okre­ślo­nych miej­scach i sy­tu­acjach. I cho­ciaż zda­wał so­bie spra­wę, że było to cał­ko­wi­cie błęd­ne ro­zu­mo­wa­nie de­fi­ni­cji sa­vo­ir-vi­vre'u, to po­trze­ba na­pi­cia się do­brej whi­skey w peł­ni, jego zda­niem, tę nad­in­ter­pre­ta­cję uspra­wie­dli­wia­ła.

Z my­ślą o kul­tu­rze wła­śnie Bru­no, po­ko­nu­jąc trzy nie­wiel­kie schod­ki w dół, wszedł do pubu, w któ­rym nie­za­leż­nie od pory dnia czas pły­nął za­wsze tym sa­mym spo­koj­nym ryt­mem. Usiadł przy nie­wiel­kim sto­li­ku, za­pa­da­jąc się w du­żym, wy­god­nym fo­te­lu z ciem­no­brą­zo­wej, po­sta­rza­nej skó­ry. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach whi­skey, a w tle są­czy­ła me­lo­dia chil­lo­ut. To za­wsze dzia­ła­ło na nie­go uspo­ka­ja­ją­co, wpra­wia­ło w do­bry na­strój i do­da­wa­ło ener­gii na ko­lej­ny dzień.

Tego wie­czo­ru jed­nak wy­jąt­ko­wo nie po­tra­fił się od­prę­żyć. Po­wo­dem tego było wspo­mnie­nie z ostat­niej roz­mo­wy, jaką prze­pro­wa­dził ze swo­im przy­ja­cie­lem Tom­kiem. Trwa­ła ona krót­ką chwi­lę, lecz w jej trak­cie z ła­two­ścią spo­strzegł, że ten na co dzień bar­dzo spo­koj­ny i opa­no­wa­ny czło­wiek był czymś wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny. Zna­li się już od cza­sów szko­ły pod­sta­wo­wej i na­wet po­mi­mo wy­jaz­du Tom­ka do Gdań­ska, gdzie po­nad pięć lat temu pod­jął on pra­cę jako pry­wat­ny de­tek­tyw, na­dal sta­le utrzy­my­wa­li ze sobą kon­takt. To on na­mó­wił Bru­no­na na przy­jazd do Trój­mia­sta i osie­dle­nie się w Gdań­sku. Bru­no sprze­dał swój nowo wy­bu­do­wa­ny dom w Ka­to­wi­cach, po­zo­sta­wia­jąc tam naj­bliż­szą ro­dzi­nę i przy­ja­ciół. Wczo­raj­sza wie­czor­na roz­mo­wa, a ra­czej czte­ry krót­kie zda­nia, któ­re usły­szał po ode­bra­niu od nie­go te­le­fo­nu, były wy­raź­nie nie­po­ko­ją­ce. To­mek spra­wiał wra­że­nie zde­ner­wo­wa­ne­go, a jego gło­śny i szyb­ki od­dech po­zwa­lał przy­pusz­czać, że praw­do­po­dob­nie przed kimś ucie­kał.

- Ta spra­wa Lau­ry... Wiesz! Szu­ka­ją mnie! Mu­szę wy­je­chać! - wy­sa­pał.

To dziw­ne. To­mek ni­g­dy nie wspo­mi­nał mu o dziew­czy­nie imie­niem Lau­ra. Być może sy­tu­acja, w któ­rej się zna­lazł, spo­wo­do­wa­ła, że miał je­dy­nie chwi­lę, by prze­ka­zać mu coś istot­ne­go. Dzwo­nił oko­ło dwu­dzie­stej pierw­szej i póź­niej miał już wy­łą­czo­ną ko­mór­kę.

Nie da­wa­ło to Bru­no­no­wi spo­ko­ju, dla­te­go dzi­siaj z rana po­sta­no­wił od­wie­dzić miesz­ka­nie wspól­ni­ka. Znaj­do­wa­ło się ono w luk­su­so­wej dziel­ni­cy Je­lit­ko­wa, na nie­wiel­kim strze­żo­nym osie­dlu po­ło­żo­nym wśród zie­le­ni, po­mię­dzy du­ży­mi igla­sty­mi drze­wa­mi. Za­le­d­wie sto me­trów od mo­rza. Do dwu­po­ko­jo­we­go apar­ta­men­tu na ostat­nim pię­trze bu­dyn­ku przy­na­le­żał rów­nież duży ta­ras wy­ce­lo­wa­ny wprost na piasz­czy­stą pla­żę.

Na miej­scu ni­ko­go jed­nak nie za­stał. Za­dzwo­nił więc do Oli, żony Tom­ka.

Była to atrak­cyj­na, wy­so­ka i bar­dzo miła blon­dyn­ka. Pra­co­wa­ła jako ad­wo­kat. Młod­sza od Tom­ka o po­nad de­ka­dę, o czym ten re­gu­lar­nie przy­po­mi­nał Bru­no­no­wi przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. A sko­ro on sam wy­glą­dał na znacz­nie młod­sze­go, niż był w rze­czy­wi­sto­ści, Bru­no czę­sto żar­to­wał, py­ta­jąc, czy przy­pad­kiem nie oszu­kał Oli, po­da­jąc swój za­ni­żo­ny wiek, a je­śli tak, to kie­dy za­mie­rza to spro­sto­wać. Po­zna­li się na kur­sie że­glar­skim w Mi­ko­łaj­kach, gdy To­mek, chcąc się za­pew­ne po­pi­sać, prze­pły­nął zbyt bli­sko niej, ta­ra­nu­jąc ża­glów­ką jej ro­wer wod­ny. Byli ze sobą od trzech lat.

Ola po­wie­dzia­ła, że od wie­lu dni pla­no­wa­li ty­go­dnio­wy wy­pad do ro­dzi­ny, a ter­min usta­li­li na naj­bliż­szą so­bo­tę. W czwar­tek oko­ło dwu­dzie­stej To­masz wró­cił do domu wy­raź­nie po­de­ner­wo­wa­ny i bez żad­nych wy­ja­śnień za­czął ner­wo­wo pa­ko­wać wa­liz­kę. Kie­dy za­py­ta­ła go, z cze­go wy­ni­ka ten po­śpiech, po­wie­dział je­dy­nie, że za­szły pew­ne nie­prze­wi­dzia­ne oko­licz­no­ści i wy­ja­dą jesz­cze tego sa­me­go dnia, póź­nym wie­czo­rem. Do­dał, że musi zaj­rzeć na chwi­lę do biu­ra, po czym wy­szedł, za­bie­ra­jąc ze sobą wa­liz­kę. Po­pro­sił je­dy­nie, aby była go­to­wa, gdy wró­ci za oko­ło go­dzi­nę. Cze­ka­ła na nie­go do pierw­szej w nocy, ale już nie po­ka­zał się w domu.

Zda­rza­ło mu się zni­kać na całe noce, co mia­ło zwią­zek z jego pra­cą. Pro­sił wte­dy, by do nie­go nie dzwo­ni­ła, po­nie­waż pro­wa­dził wte­dy ja­kieś ob­ser­wa­cje. Tym ra­zem jed­nak Ola mia­ła wy­raź­ne prze­czu­cie, że sy­tu­acja jest zu­peł­nie inna. Ni­g­dy do­tąd nie wi­dzia­ła męża tak wy­raź­nie czymś prze­ję­te­go. Bar­dzo ją to za­nie­po­ko­iło, dla­te­go już po dwóch go­dzi­nach pró­bo­wa­ła się do nie­go do­dzwo­nić. Nie­ste­ty bez skut­ku.

W przed­po­ko­ju zo­sta­ły tyl­ko jego brud­ne buty, w któ­rych kil­ka go­dzin wcze­śniej wró­cił do domu. Po­de­szwy były ob­le­pio­ne sza­ro­zie­lo­nym bło­tem, jak­by gli­ną, a kie­dy Ola je myła, z row­ka bież­ni­ka wy­cią­gnę­ła łu­skę. Dzi­siaj wcze­snym ran­kiem po­je­cha­ła do swo­jej mamy i od tam­tej pory cze­ka­ła z na­dzie­ją na choć­by naj­mniej­szą wia­do­mość od nie­go.

Bru­no do­brze znał przy­ja­cie­la i wie­dział, że bez wy­raź­ne­go po­wo­du nie po­zwo­lił­by naj­bliż­szym mar­twić się o nie­go. Do­pił do koń­ca whi­skey i zo­sta­wił bank­not pod pu­stą szklan­ką. Zdał so­bie spra­wę z tego, że je­że­li w naj­bliż­szych go­dzi­nach nie do­sta­nie żad­ne­go zna­ku od Tom­ka, bę­dzie to nie­ste­ty świad­czyć je­dy­nie o tym, że przy­ja­ciel wpa­ko­wał się w po­waż­ne kło­po­ty.

Wy­cho­dząc z pubu, mi­nął grup­kę mło­dych, ro­ze­śmia­nych lu­dzi, któ­rzy przy wtó­rze gło­śne­go stu­ko­tu bu­te­lek zmie­rza­li na ja­kąś do­mów­kę. Prze­szedł na dru­gą stro­nę uli­cy i skie­ro­wał kro­ki w stro­nę swo­je­go miesz­ka­nia.

Dzi­siaj póź­nym wie­czo­rem fa­chow­cy do­koń­czy­li mon­taż drzwi wej­ścio­wych i po­ło­ży­li przed nimi płyt­ki ce­ra­micz­ne. Nie chcąc na­ru­szyć świe­żej jesz­cze za­pra­wy, po­sta­no­wił wejść do środ­ka przez ga­raż. Mi­nął przy­kry­te plan­de­ką auto i po­kle­pał je do­bro­tli­wie po ma­sce. Na­stęp­nie prze­kro­czył próg i bez­po­śred­nim przej­ściem do­stał się do holu.

Po­czuł lek­ką wil­goć i za­pach świe­żej far­by ma­lar­skiej. Pró­bo­wał po omac­ku zna­leźć włącz­nik świa­tła, ale po tym, jak do­tknął wy­sta­ją­cych ze ścia­ny ka­bli, zre­zy­gno­wał. Rano wi­dział cały tor prze­szkód, któ­ry na­le­ża­ło po­ko­nać na tra­sie cią­gną­cej się od ła­zien­ki do głów­ne­go wyj­ścia. Po­le­ga­jąc za­tem na wła­snej pa­mię­ci, ru­szył pew­nie do przo­du.

Po mniej wię­cej mi­nu­cie z nie­ma­łym tru­dem do­tarł na miej­sce, po­ty­ka­jąc się po dro­dze o po­zo­sta­wio­ne przez fa­chow­ców na­rzę­dzia i nie­mal prze­wra­ca­jąc sto­ją­ce przed drzwia­mi ła­zien­ki duże wia­dro, wy­peł­nio­ne ja­kąś cie­czą. Tu­taj do­pie­ro uda­ło mu się zna­leźć włącz­nik oświe­tle­nia. Z ocza­mi zmru­żo­ny­mi od na­głe­go ude­rze­nia świa­tła pod­szedł do ma­te­ra­ca, któ­ry ide­al­nie mie­ścił się w ka­bi­nie prysz­ni­co­wej. Zrzu­cił na nie­go ubra­nie i po­chy­la­jąc się nad umy­wal­ką, ochla­pał twarz let­nią wodą. Po chwi­li strze­pał z po­dusz­ki na­lot po świe­żo szli­fo­wa­nej gła­dzi gip­so­wej i nie ga­sząc świa­tła, przy­krył się ko­cem.

Dzień dru­gi

(sobota)

- Ja pier­do­lę i kilo cu­kru po­szło w cho-le-rę! - krzyk­nął ja­kiś głos.

- Do­li­czy mu się do ra­chun­ku i bę­dzie fa­cio uwa­żał - do­dał dru­gi.

Naj­wy­raź­niej wró­ci­li pa­no­wie fa­chow­cy - po­my­ślał Bru­no, otwie­ra­jąc oczy. Jak to szło? Spoj­rzał w górę, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie slo­gan re­kla­mo­wy fir­my re­mon­to­wej, z któ­rą pod­pi­sał umo­wę: "BĘ­DZIE­CIE PAŃ­STWO ZA­DO­WO­LE­NI. SZA­CU­NEK DO KLIEN­TA TO NA­SZA DE­WI­ZA OD PO­KO­LEŃ". Za­śmiał się pod no­sem z na­dzie­ją, że przy­naj­mniej pierw­sza część tego ha­sła bę­dzie się po­kry­wa­ła z praw­dą. Prze­su­nął ma­te­rac wraz z ko­cem i po­dusz­ką pod drzwi i spoj­rzał na sto­ją­cy przy umy­wal­ce bu­dzik. Do­cho­dzi­ła siód­ma.

Wcze­śnie za­czę­li. To do­brze - po­my­ślał, wy­obra­ża­jąc so­bie koń­co­wy efekt ich prac. Był szcze­rze prze­ko­na­ny, że je­śli wszyst­ko pój­dzie zgod­nie z za­ło­żo­nym pro­jek­tem, po­wi­nien on bez wąt­pie­nia za­chwy­cić nie­jed­ne­go scep­ty­ka ta­kich ar­chi­tek­to­nicz­nych roz­wią­zań.

Wziął szyb­ki prysz­nic i po nie­speł­na trzy­dzie­stu mi­nu­tach był już w dro­dze do biu­ra. Ja­sne słoń­ce, czy­ste, błę­kit­ne nie­bo i de­li­kat­ny, rześ­ki wiatr, któ­ry prze­ga­niał ko­lo­ro­we li­ście po uli­cy, czy­li to wszyst­ko, co wie­lu lu­dziom ko­ja­rzy­ło się z mi­nio­ną już pięk­ną, zło­tą je­sie­nią, Bru­no­no­wi przy­po­mnia­ło je­dy­nie o tym, że musi mą­drze za­ku­pić od­po­wied­nią licz­bę ka­lo­ry­fe­rów do swo­je­go lo­ftu. Nie­wie­le rze­czy moż­na z całą pew­no­ścią prze­wi­dzieć, ale to, że zima, jak co roku, wci­śnie się przed ocze­ki­wa­ną już przez nie­go wio­snę, było nie­ste­ty pew­ne.

Idąc chod­ni­kiem wśród mło­dzie­ży spie­szą­cej się na za­ję­cia, zaj­rzał do po­bli­skiej fran­cu­skiej pie­kar­ni, gdzie ku­pił dwie go­to­we ba­giet­ki z szyn­ką szwar­cwaldz­ką, se­rem i dużą ilo­ścią ru­ko­li.

Biu­ro mie­ści­ło się na pierw­szym pię­trze od­re­stau­ro­wa­nej ka­mie­nicz­ki. Pro­wa­dzi­ły do nie­go drzwi z gru­be­go mlecz­ne­go szkła. Prze­kra­cza­jąc próg, po­czuł de­li­kat­ną woń dam­skich per­fum, a chwi­lę póź­niej w jego stro­nę od­wró­ci­ła się ład­na, uśmiech­nię­ta bu­zia.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.