1
Poranek
Moim ulubionym śniadaniem był croissant z sosem truskawkowym oraz duża
kawa z mlekiem i słodkim syropem. Jadłam to samo trzeci dzień z rzędu.
Zaczęły nachodzić mnie wyrzuty sumienia, bo stołowanie się w kawiarniach
kosztowało zbyt dużo, bym mogła sobie na to pozwalać przy moim stylu
życia. Wtedy jednak takie jedzenie zdawało mi się szczytem rozkoszy, a sam lokal - najbardziej komfortowym schronieniem w okolicy. Podobał mi
się jego wystrój: jak w stereotypowym amerykańskim retro bistro.
Zdążyłam upatrzeć tam sobie ulubiony stolik z kanapą, obok okna, skąd
mogłam oglądać poranną gonitwę do zakładów pracy, szkół czy w inne
miejsca tortur. Przyjemnie było patrzeć na budzące się miasto, a jednocześnie nie musieć się z nim budzić. Żyłam jak duch, niewiele
bardziej zauważalna od pary, która ulatywała znad mojej kawy.
- Mogę się dosiąść?
Nic nie powiedziałam, byłam zbyt nieobecna na szybką reakcję. Zerknęłam
na człowieka, który do mnie podszedł, rozejrzałam się szybko wokół.
- Są inne wolne miejsca.
Bardzo dużo wolnych miejsc. Za to też lubiłam tę kawiarnię. O poranku
było tam prawie pusto. Poza tym jeszcze nie puszczali muzyki, mogłam
słyszeć szum ekspresu do kawy i każde szczęknięcie filiżanki o spodek.
- Wiem, ale czy nie jest miło czasem posiedzieć obok kogoś?
Mężczyzna usadził się naprzeciwko mnie, wyraźnie z siebie zadowolony.
Prawie na niego nie patrzyłam, więc zupełnie nie pamiętam, jak wyglądał.
Raczej nijako. Oszacowałam, że jest koło czterdziestki, niewiele starszy
ode mnie. Miał brązową marynarkę, tego akurat jestem pewna. Wyglądał mi
na pracownika biurowego niższego szczebla, jak większość przemykających
jedna za drugą osób za oknem.
- Może.
Oparł ramiona o stolik i pewnie zastanawiał się, co powiedzieć. Ja
skupiłam się na piciu swojej kawy i patrzeniu na zewnątrz jak wcześniej.
Długo się nie odzywał. W końcu postanowił podjąć rozmowę jeszcze raz.
Przedstawił się - imienia też już nie pamiętam, właściwie od razu je
zapomniałam - wspomniał, że lubi tu przychodzić po poranną kawę i że
ostatnio mnie tu widuje. "Może też mnie już kojarzysz..." Nie, prawie
wcale nie zwracałam uwagi na ludzi. Lubiłam co najwyżej patrzeć na ich
ubrania, na to, jak się poruszali i jak wykonywali poszczególne
czynności, lubiłam w ten sposób rozszyfrowywać ich status społeczny i charakter, ale twarze nieszczególnie mnie obchodziły.
- Wszystko w porządku?
To pytanie wykoleiło moje rozmyślania, które toczyłam równolegle do
słuchania monologu kolesia. Aż tak po mnie widać? Nie widać, wiedziałam,
że nie widać. On po prostu chciał być miły. Zwyczajny miły facet, może
nawet dałoby się z nim o czymś porozmawiać. Nie miałam jednak ochoty z nim gadać.
Przyszło mi na myśl, że chyba wiem, dlaczego żadne istoty pozaziemskie,
byty z zaświatów czy inne takie, jeśli istnieją, nie odzywają się do
ludzi. Mają za dużo do powiedzenia, zbyt to skomplikowane, zbyt
wszystko... Co miałyby nam powiedzieć o kolorach spoza naszego spektrum
widzialnego?
- Czemu pytasz?
- Wydajesz się bardzo smutna.
Nie, zdecydowanie nie byłam smutna. To był jeden z lepszych etapów w moim życiu, co nie oznaczało jednak, że byłam szczęśliwa. Jak miałam
zwięźle to wyjaśnić? I po co miałam cokolwiek mówić?
- Takie życie. Chyba każdy jest trochę smutny.
- Racja... Każdemu się zdarza - odparł. Rozminął się z tym, co próbowałam
powiedzieć, ale to nic. - Zawsze jednak przychodzą lepsze momenty.
Trzeba na nie poczekać...
Gładko przeszedł w jakąś gadkę-szmatkę. Nie chciało mi się w niej
uczestniczyć, ale jeszcze bardziej nie chciało mi się jej przerywać.
Mógł sobie siedzieć i do mnie gadać, a ja raz na jakiś czas mogłam
powiedzieć kilka słów, chciałam tylko zostać na mojej ulubionej kanapie.
Dawno nie prowadziłam żadnej rozmowy. Przyznałam przed sobą, że to
całkiem odświeżające choćby posłuchać drugiego człowieka, nawet jeśli
mówi o pralni garniturów czy innych trywialnych sprawach.
- Za niedługo będę musiał się zbierać, ale mam jeszcze trochę czasu.
Pracuję niedaleko. - Skinął dłonią gdzieś za siebie. - A ty? Też przed
pracą?
Patrzyłam w swój kubek, już prawie pusty, niestety. Krótkie są
przyjemności.
- Nie, ja nie pracuję.
- O... A jak spędzasz dni w takim razie?
- Szlajam się tu i tam.
- Fajnie. Też bym tak chciał... nie pracować i siedzieć w domu.
Zaśmiał się. Taktownie nie zapytał, skąd biorę pieniądze. Mogłam kiwnąć
głową i może nawet się uśmiechnąć, ale postanowiłam się z nim trochę
podrażnić. Wiedziałam, że to bez sensu. Po prostu nudziło mi się w tamtym momencie.
- Siedzę na dworze. Nie mam domu - odparłam, jakbym mówiła o czymś
całkiem normalnym, zresztą dla mnie to było prawie normalne. Pan
naprzeciwko zdecydowanie uważał inaczej.
- Jesteś bezdomna? Nigdy bym nie powiedział...
Wzruszyłam ramieniem. Miło, że to potwierdził. Starałam się wyglądać
schludnie.
- Nie mam domu, więc zdaje się, że to czyni mnie bezdomną. Aczkolwiek...
ponoć dom jest tam, gdzie serce twoje, czy coś takiego.
- Potrzebujesz pomocy? Co się stało? Przepraszam, nie wiem, czy
powinienem pytać...
- Jest okej, niczego mi nie potrzeba. Po prostu dopiero co wyszłam z więzienia. Muszę coś sobie wynająć, ale mi się nie chce. Wiesz, po kilku
latach na uwięzi nic nie cieszy bardziej niż spanie w objęciach trawy -
odpowiedziałam, po raz pierwszy patrząc mu przez cały czas prosto w oczy, dla dodatkowego efektu. Nie wiem jakiego efektu, jakiegoś.
Minka mu zrzedła. To mało oryginalne określenie, ale zaiste zrzedła mu
mina, tak było. Zachciało mi się śmiać. Zabawne było pogrywanie sobie z nim, bycie uosobieniem dziwactwa w czyimś zwyczajnym życiu. Czułam
głupiutką satysfakcję dziecka, które powie coś, co zdaje mu się
wyjątkowo dorosłe.
- Przykro o tym wszystkim słyszeć. Musiało być ci ciężko - wyrecytował
uprzejmie.
Patrzył na mnie, ja patrzyłam na niego. Widziałam, że stracił
zainteresowanie rozmową. Głupio podrywać kobietę po odsiadce, bo jak coś
takiego później przedstawić rodzinie? Kiepska sprawa.
- Nie zapytasz?
Zrozumiał. Przez chwilę rozważał moje wyzwanie.
- A mogę?
- Proszę.
Nastąpiła taka naprawdę mała, lecz znacząca chwilka ciszy.
- Za co siedziałaś?
- Za morderstwo.
Ostatni łyk kawy był bardzo słodki. Dużo waniliowego syropu.
Mój rozmówca się poddał. Coś tam jeszcze powiedział - chyba tyle, że mu
przykro i że lepiej sobie pójdzie - po czym wstał i faktycznie sobie
poszedł. Zamówił kawę na wynos przy barze, a potem opuścił lokal z papierowym kubeczkiem w ręku, omijając mnie wzrokiem.
- Pięknie poradziła sobie pani z tym natrętem. - Krzątająca się gdzieś
za mną kelnerka podeszła do mojego stolika i zaczęła zbierać brudne
naczynia na tacę. Uśmiechnęłam się do niej ze szczerą serdecznością.
Młoda, urocza blondynka mimo niewinnego wyglądu pewnie lubiła czarny
humor, stąd nie pomyślała, że mówiłam prawdę - a mówiłam.
2
Przetrwanie
Nie potrafię prowadzić dwóch żywotów równolegle. Poświęcam się czemuś w całości albo wcale, a to oznacza wybory. Kiedyś rzuciłam studia na rzecz
pracy, po opuszczeniu zaś więzienia decydowałam między powrotem do
społeczeństwa a powrotem do siebie samej. Wybrałam to drugie, czyli
samotne spacery nieuczęszczanymi ścieżkami w oczekiwaniu na olśnienie,
co ze sobą zrobić. Celem każdego mojego dnia było jedynie przetrwanie.
Podobało mi się to. Chciałam być jak dzikie zwierzę (gdyby zwierzęta
posiadały karty płatnicze), istota nieskrępowana umowami ani
obowiązkami, ze wszystkimi trudnościami oraz zaletami takiego stanu
rzeczy. To nie łączyło się z żadnym etatem. Zresztą po wyjściu na
wolność moje doświadczenia na rynku pracy były dość żałosne.
Z początku zamierzałam znaleźć jakieś niewymagające zajęcie. Przywykłam
do myślenia, że pracę przecież trzeba mieć. Gdy na drzwiach sklepu
mięsnego zobaczyłam kartkę z napisem "POSZUKUJEMY EKSPEDIENTKI", weszłam
do środka właściwie bez zastanowienia. Lubię mięsko, to chyba wystarczy?
Rozmowa z kierowniczką szła nieźle, póki nie przyznałam się do odsiadki.
Nawet nie musiałam opowiadać, co narobiłam, to już był koniec.
Domyślałam się tego, choć tamta kobieta obiecała, że jeszcze do mnie
zadzwoni. Nie zadzwoniła. Tak oto nauczyłam się, że w moim wypadku
nadmierna szczerość nie jest wskazana.
Niedługo potem postanowiłam spróbować swoich sił w pewnym antykwariacie.
Mieścił się on w dużym lokalu na parterze kamienicy w centrum miasta.
Wewnątrz od progu pachniało starym, pożółkłym papierem. Wszystkie ściany
były zastawione regałami pełnymi książek, sprzedawano tam również płyty
winylowe i przeróżne antyki. Właścicielem sklepu był starszy pan,
uosobienie tego miejsca: druciane okulary, niemodna koszula, siwe włosy,
cichy głos i kurtuazyjne słowa. Moje słowa były zaś fałszywe, ale
wiarygodne. "Przez ostatnie lata nie pracowałam, opiekowałam się
śmiertelnie chorym ojcem..." Nagadałam takich głupot, że facet aż się
wzruszył. Zaproponował mi próbny tydzień.
Lubiłam tę robotę. Porządkowałam książki, pomagałam klientom znajdywać
interesujące ich tytuły, pakowałam zamówienia internetowe. W wolnych
chwilach siedziałam za biurkiem i czytałam jakieś durne publikacje o niewyjaśnionych zjawiskach. Gdybym mogła, zamieszkałabym tam.
Niefortunnie się złożyło, że w ciągu tego pierwszego tygodnia ktoś mnie
rozpoznał.
Odkładałam na miejsce książki po gówniarach, które zrobiły bałagan w dziale z romansami. Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że jakiś facet
spogląda na mnie z daleka, ale nie przeszkadzałam sobie. Pewnie się
nudził, gdy jego kumpel oglądał drogie lampy witrażowe, a wokół akurat
nie było innych ładnych pań... Próbowałam zachować pogodny nastrój, jednak
złe przeczucia przyszły i powoli nabierały na sile. Postanowiłam, że na
wszelki wypadek schowam się na zapleczu, ale było już za późno.
- Ty, no serio! To ta suka!
Wszyscy w sklepie słyszeli jego krzyk. Z przerażeniem niewiniątka
spojrzałam prosto na dwóch mężczyzn.
- Kurwa, rzeczywiście!
Nie kojarzyłam żadnego z nich. Pospolite twarze. Niezbyt przyjazne. W sumie trochę takie zakazane mordy... Faktycznie mogli pochodzić z mojego
środowiska. Cholerka.
- Słucham? Panowie...?!
- Ty szmato!
- Proszę się uspokoić! To pomyłka!
- Pomyłka! Przecież poznaję! Dziwka-morderczyni!
Zaczęli iść w moją stronę. Oczyma wyobraźni widziałam najgorszy łomot w moim życiu.
Zerwałam się w stronę korytarza na zaplecze. Po drodze capnęłam ciężką
książkę, Poradnik mechanika warsztatowca czy coś takiego, i posłałam
ją w stronę tamtych typów niczym frisbee. Niestety oberwała tylko
kryształowa karafka.
Patrząc z perspektywy czasu, trochę szkoda, że ta sytuacja nie wydarzyła
się w sklepie mięsnym. Może łatwiej byłoby mi trafić do celu kawałem
surowego schabu.
W korytarzu prawie stratowałam właściciela antykwariatu, który szedł
sprawdzić, co się dzieje. Dopadłam drzwi łazienki. Zamknięte! Zaczęłam
szarpać za klamkę i wrzeszczeć, żeby mi otworzyć. Tam było moje jedyne
wyjście na zewnątrz.
- Nie zesraj się tam!
Syn właściciela. Czasem przychodził pomagać, na przykład kiedy potrzeba
było silnej osoby do dźwigania stert książek.
Otworzył drzwi, zapinając pasek do spodni. Wpadłam do łazienki i popędziłam prosto do okna. Było wystarczająco duże, żebym mogła przez
nie wyjść, choć niezupełnie wiedziałam, dokąd trafię, bo widok
zasłaniała niebieska roleta.
Nie dałam rady choćby sięgnąć klamki. Synek, młody i całkiem postawny,
szarpnął mnie za fraki i zaczął się wydzierać, że jestem nienormalna, że
trzeba poczekać, gdy kibel jest zajęty. Nawet nie zauważyłam, kiedy w kadrze pojawiło się tamtych dwóch zakapiorów. Z korytarza starszy pan
krzyczał coś o napadzie.
Moja osoba straciła na znaczeniu. Teraz tylko czterech typów wydzierało
się na siebie nawzajem. Syn właściciela nie interesował się tym,
dlaczego obcy i agresywni mężczyźni wtargnęli na zaplecze, chciał się
ich tylko pozbyć. Groził im policją, wpierdolem oraz wpierdolem od
swoich kolegów, a gdy to nie wystarczyło, chwycił z podłogi metalową
rurę od odkurzacza.
Skończyło się na paru groźbach karalnych pod moim adresem.
- Szkoda, że tak wyszło... ale niestety musimy zakończyć naszą współpracę
- powiedział mi chwilę później właściciel antykwariatu. Mimo zaistniałej
sytuacji nadal był wobec mnie bardzo uprzejmy.
- Rozumiem - odparłam. Chętnie próbowałabym go przekonać, że przecież ja
nie zrobiłam nic złego, tylko tamci postrzeleni goście się na mnie
uwzięli, ale i tak byłam spalona w tym miejscu. - Mam nadzieję, że
chociaż zapłaci mi pan za przepracowane dni... - zasugerowałam grzecznie.
Starszy pan próbował coś odpowiedzieć, ale syn zabrał głos za niego.
- Jeszcze czego!
Pieniądze mi się należały. Może i stłukłam karafkę, ale przekonałam
właściciela, że to nie ja, więc powinien mi zapłacić. Pewnie by
zapłacił, gdyby nie ten jego syn. Nie miałam sił na wykłócanie się z nim. Rozejrzałam się wokół, zastanawiając się, co dalej.
- A może mogłabym wziąć sobie tego walkmana z wystawy? Tak w ramach
wypłaty?
- Bierz i spierdalaj!
Tak więc wzięłam walkmana i oddaliłam się w stronę wyjścia, by nigdy
więcej tam nie wrócić.
Wieczorem przefarbowałam się w miejskiej toalecie na rudo, bo ruda
jeszcze nie byłam. Wiedziałam, że powinnam w ogóle wyjechać z miasta,
ale nie chciałam tego robić. Nie mogłam się przemóc, by o tym myśleć. To
nie był odpowiedni moment.
Zamiast rozglądać się za kolejną robotą poszłam na bazar i wypatrzyłam
tam sobie kilka kaset magnetofonowych. Porwałam się też na rower. Był
lekko odrapany i zabrudzony, ale poza tym prawie jak nowy. "Nie znajdzie
pani lepszej oferty", mówił mi handlarz. "Kradziony?", zapytałam. Coś
tak mi podpowiadało. Sprzedawca musiał przez chwilę się zastanowić,
zanim zaprzeczył. W każdym razie rower faktycznie był tani, więc został
mój.
Jak na razie praca nie była mi potrzebna. Znaczną większość moich
pieniędzy wydałam na prawnika, który pomógł mi wyjść na wolność, ale coś
jeszcze zostało. Wystarczająco, aby wyżyć całkiem długo, jeśli nadal
będę nocować w opuszczonych budynkach.
Odtąd zamiast chodzić dzikimi ścieżkami, jeździłam po nich rowerem.
Czasem zatrzymywałam się, aby wyjąć kasetę z walkmana i zmienić stronę A na stronę B. Muzyka przynosiła wspomnienia.
3
Monika
- Pobiłam mojego szefa i zdemolowałam mu biuro.
- Tyle?
- To mało?
- Według mojej skali... Opowiesz coś więcej? Dlaczego to zrobiłaś?
- Bo to był sukinsyn. Gnoił wszystkich pracowników, ale płacił nieźle,
więc ludzie mu na to pozwalali. Ja też, do pewnego czasu. Razem z moim
chłopakiem wpadliśmy nocą do firmy i zrobiliśmy sobie rage room.
Mieliśmy siekierę i shurikeny... Mówię poważnie, nie śmiej się.
Rozwalaliśmy wszystko, komputery, monitory, meble... drukarki... co się
dało! Niestety on tam się pojawił, szef, dostał cynk od kogoś, mniejsza
o to. Czułam się wtedy tak wszechmogąca, że rzuciłam się na niego i złamałam mu nos. Nie byliśmy do końca trzeźwi, to muszę dodać. Ale czy
żałowałabym, gdybym nie trafiła do pierdla? Nie. Tylko nie mów nikomu,
bo staram się okazywać skruchę.
Twarz mnie bolała od uśmiechania się. Bawił mnie przedstawiony przez
Monikę obrazek, w ogóle sama jej obecność wprawiała mnie w wesoły
nastrój. Była pierwszą sensowną osobą, jaką spotkałam w więzieniu.
Dotychczas otaczały mnie tylko agresywne sucze bądź ciche pokutujące
duszyczki. Byłam tak spragniona rozmowy z kimś, z kim mogłabym się
porozumieć, że zdarzało mi się prowadzić myślowe monologi przed
wyimaginowanymi słuchaczami.
- Ja bym ci dała raczej pokojowego Nobla niż wyrok.
- Ja sobie też.
Była starsza ode mnie o rok, niezamężna i bezdzietna jak ja, regularnie
zmieniała miejsce zamieszkania, pracę oraz partnera. Miałyśmy o czym
rozmawiać. Wymieniałyśmy się ze sobą naszymi filozofiami życiowymi,
fantazjowałyśmy o ucieczce z więzienia w leśną dzicz albo gdzieś nad
morze. Słuchałyśmy razem muzyki przez jedne słuchawki - Madonna, Kate
Bush, Scorpions, Depeche Mode, przeróżne rzeczy były na jej kasetach z okresu nastoletniego, które przywiózł jej do więzienia brat. Mieszkanie
z nią było jak niekończące się piżama party. Czasami zapominałam, że
odbywam karę.
Jednak kara to kara. Po paru miesiącach Monika została przeniesiona do
innej celi, widywałyśmy się tylko w stołówce i na spacerkach. Wyszła na
wolność długo przede mną. Obiecywała, że będzie mnie odwiedzać, ale
nigdy nie przyszła.
Byłam na nią zła. Gdybym umiała rzucać klątwy, rzuciłabym na nią klątwę.
Ale być może mój gniew namierzał ją w świecie wolnych ludzi i wyrządzał
jej codzienne nieprzyjemności.
Już mi przeszło. Podczas jałowych lat w więzieniu miałam dość czasu, aby
przetrawić każdą emocję i dojść do wniosku, że jest mi zbyteczna. To
żałosne katować się bez końca goryczą, walić głową o ścianę celi; na
dobre rzeczy nie ma zaś wiele miejsca na kilku metrach kwadratowych,
więc można darować sobie tęsknotę i zrywy serca ku nieosiągalnemu. Nie
miałam żalu do Moniki. Szczególnie też mi jej nie brakowało. Mimo to
była moim jedynym dobrym wspomnieniem z ostatnich lat i dlatego nie
chciałam o niej zapomnieć.
Zdziwiło mnie, jak zaniedbany jest dom jej rodziców. Przypuszczałam, że
są dość zamożni, tymczasem okna były brudne, tynk leciał z elewacji.
Nikt nie dbał o ogród, ale to akurat uważałam za piękne. Kwiaty, chwasty
i wysoka trawa, nieocenzurowana natura.
- Słucham? - Głos starej kobiety przemówił do mnie z domofonu. Miałam
przygotowaną wypowiedź, ale na chwilę mnie zatkało. Zaczynałam myśleć,
że nikt tutaj nie mieszka.
- Dzień dobry. Jestem dawną znajomą Moniki...
- Monika nie mieszka tu od wielu lat.
- Tak, wiem. Chcę odnowić z nią kontakt, a ten adres to jedyne, co mam.
Czy mogę prosić o jakieś namiary na nią?
- Proszę pani, proszę mnie posłuchać - powiedziała podniesionym tonem,
jakbym wcale jej nie słuchała - nie mam kontaktu z moją córką od kilku
lat i nie chcę mieć. Do widzenia.
Odłożyła słuchawkę.
Wyglądało na to, że rodzice Moniki faktycznie obrazili się na nią na
amen. Ponoć zawsze byli wobec niej krytyczni, a po wyroku grozili jej
wydziedziczeniem. Chyba nigdy nie odwiedzili jej w więzieniu. Pokazać
się w takim miejscu to byłby wstyd dla matki lekarki i ojca kogoś tam.
Zdążyłam zapomnieć, co robił jej ojciec, ale też musiał być "kimś
ważnym".
Ponownie zadzwoniłam do drzwi.
- Tak?
- Błagam panią, to ważne. Mam do niej nieaktualny numer, a muszę się z nią skontaktować. Pani córka jest w niebezpieczeństwie!
- W jakim niebezpieczeństwie?
Jakim? Dobre pytanie.
- Ktoś chce ją zabić - improwizowałam. - Pracuję w policji, więc o tym
wiem. Muszę ją znaleźć, zanim on to zrobi!
- Niby kto chce ją zabić?
- No... bandyta. Zresztą nie mogę udzielać takich informacji.
- Proszę pani, proszę nie robić sobie ze mnie żartów!
- Ale ja mówię prawdę!
- Srawdę! A nawet gdyby, to nie wiem nic na temat mojej córki! Żegnam!
Koniec rozmowy. Znów wyciągnęłam dłoń do domofonu, ale... nie nacisnęłam
przycisku. Stara miała zbyt bystry umysł, żeby nabrać się na moją głupią
gadkę. Mogłabym wymyślić dla niej jakąś lepszą historię, gdyby nie moje
upodobanie do spontanicznych działań.
Postanowiłam, że spróbuję jeszcze z ojcem Moniki. Może okaże się
bardziej ludzki, może będzie coś wiedział. Przyjadę pod ich dom innego
dnia i będę liczyć na to, że słuchawkę domofonu podniesie mężczyzna.
Wsiadłam na rower i pojechałam prosto do opuszczonej hurtowni
spożywczej, w której zwykle sypiałam. Do wieczora było jeszcze daleko,
ale miałam ochotę już teraz wpełznąć do mojej ulubionej piwnicy niczym
wampir, który w swojej krypcie nie istnieje dla świata. Ciemność stwarza
najlepsze warunki do myślenia.
Tylko adres jej domu rodzinnego... Nie wiedziałam, gdzie dokładnie
kiedykolwiek pracowała. Nigdy nie dodzwoniłam się pod numer telefonu,
który mi podała. Nie znalazłam w internecie żadnej kobiety, która
mogłaby być nią. Co dalej? Przekupić kogoś z policji, by mi pomógł, może
popytać o nią sąsiadów jej rodziców albo pójść do wróżki... Z braku
lepszego kierunku, w którym mogłabym podążać, szukałam drogi do Moniki.