Gdzie są twoje skrzydła - Czyż Lidia

Kup ebooka

44.91 zł
37.28 zł (44,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zmęczonemu daje siłę, a bezsilnemu moc w obfitości.

Iz 40,29

Wstęp | Inspirować znaczy dodawać skrzydeł

Na początku mojej drogi pisarskiej uczestniczyłam w warsztatach kreatywnego pisania, podczas których usłyszałam, że warto rozpoczynać artykuły od przykładu wziętego z życia. Wzięłam sobie tę radę do serca.

W ciągu przeszło dwudziestu pięciu lat napisałam ponad sto bardzo osobistych felietonów. Czytelnicy od lat przekonują mnie, że te historie rzeczywiście mają wielką moc, podnoszą na duchu i motywują. Wiele razy byłam zachęcana, by wydać je w formie książkowej. Dlatego wybrałam część z nich i przeredagowałam (ogromny w tym udział redaktorki!), dodałam też kilka nowych tekstów.

Oto oddaję do Waszych rąk książkę, która - mam wielką nadzieję - doda Wam skrzydeł, tak jak mi dodawały dwie szczególne osoby.

Pierwszą była redaktorka naczelna kwartalnika Nasze Inspiracje Alina Wieja. To ona odkryła we mnie dar, rozbudziła pasję pisania i przez ponad dwie dekady zachęcała do publikowania felietonów.

Kolejną osobą była redaktorka naczelna kwartalnika Warto, Bożena Giemza, która nie tylko publikowała moje teksty, ale i w jednym z nich dostrzegła potencjał. Dzięki temu debiutowałam jako autorka powieści Mocniejsza niż śmierć.

Ala i Bożenka uświadomiły mi, że każda książka to dzieło zbiorowe - pisarza, redaktora, korektora, grafika. Potwierdza to także to wydanie, za które wyrażam ogromną wdzięczność:

Dominice Czyż-Kufel, redaktorce książki. Kolejny raz mogłyśmy współpracować i znów zadziwiłaś mnie swoim wyczuciem tekstu!;

Korektorkom: Iwonie Hardej i Sarze Pieszce - za wspaniałe oko, które nie przepuści żadnego błędu;

Całemu zespołowi redakcyjnemu Wydawnictwa Szaron: dyrektorowi Grzegorzowi Przeliorzowi, kreatywnej graficzce Sandrze Holonie-Biegun oraz pozostałym pracownikom za wielką przychylność;

Dominice Cieślar za wielką pomoc w wyborze artykułów. To przywilej mieć takie "szkolne dziecko";

Esterze Wiei-Herron za wyrażenie zgody na publikację artykułów, które ukazały się w kwartalniku Nasze Inspiracje, a także Annie Cieślar i Katarzynie Pali - za owocną współpracę przy pozyskiwaniu materiałów;

Ks. Tymoteuszowi Bujokowi za odszukanie i życzliwe przekazanie artykułów z czasopisma Warto;

Beta-czytelnikowi Klausowi Minkusowi za przeczytanie tekstów przed publikacją i tropienie literówek.

Dziękuję również Wam, drodzy Czytelnicy, którzy moje książki czytacie, polecacie, podarowujecie, a także zapraszacie mnie na spotkania autorskie.

Ale przede wszystkim wdzięczność wyrażam niezwykłemu Bogu, który obdarza talentami, dodaje nam skrzydeł i pozwala szybować coraz wyżej. Soli Deo Gloria!

I. Wzloty | Nawet niezdarne próby czegoś nas uczą i upadki

Błogosławiony człowiek, który znalazł mądrość; mąż, który nabrał rozumu.

Prz 3,13

Prawdziwy problem?

To były ostatnie dni naszego urlopu w Alzacji. Wypoczęliśmy, zwiedziliśmy piękne okolice, poznaliśmy nowych ludzi. Słoneczna pogoda, smakowite potrawy - innymi słowy pełnia szczęścia.

Na zakończenie pobytu, dwa dni przed powrotem, syn naszych gospodarzy zaprosił nas do siebie na kolację. Podziwialiśmy śliczny domek, w który wraz z żoną przeobrazili starą, rozpadającą się chałupę. W trakcie rozmowy okazało się, że gospodyni jest fryzjerką, a ponieważ rzecz działa się we Francji: francuską fryzjerką. Brzmi nieźle, prawda? Co więcej, zaproponowała, że może - i to gratis! - obciąć mi włosy i ułożyć fryzurę. Takiej okazji nie przepuściłaby chyba żadna kobieta. Oczywiście, że się zgodziłam!

Już cieszyłam się na końcowy efekt, tym bardziej że tydzień później mieliśmy być na weselu kuzynki, a za dwa tygodnie wracałam do pracy, bo rozpoczynał się nowy rok szkolny.

Usiadłam na krześle w kuchni chwilowo zamienionej w zakład fryzjerski. Bardzo lubię to uczucie, gdy ktoś zajmuje się moimi włosami. Oddałam swoją głowę w ręce coiffeur français, niecierpliwie oczekując spektakularnego efektu. Nie zaniepokoiło mnie nawet to, że co chwilę któryś z członków licznej rodziny wchodził do "zakładu" i zdziwiony pytał:

- Chciałaś tak krótko?

Nie chciałam zbyt krótkiej fryzury i już na początku wyraź-nie to zaznaczyłam. Uznałam więc, że te komentarze wynikają z faktu, iż moje włosy były wcześniej dość długie i teraz zmiana po prostu wszystkich zaskakuje.

I faktycznie zaskakiwała... Gdy spojrzałam na siebie w lustrze, oniemiałam. Włosy (a raczej to, co z nich zostało) miały długość zaledwie kilku milimetrów, a grzywka prawie nie istniała. Obcięcie było profesjonalne i (być może) modne we Francji, efekt pracy - zaiste spektakularny, ale ja wyglądałam... strasznie.

Co kilka minut chodziłam do łazienki i przyglądałam się swojemu odbiciu.

- To jestem ja...? Naprawdę?!

Niestety za każdym razem przekonywałam się, że to nie było tylko pierwsze wrażenie. Prawda była bezlitosna: włosy miałam ścięte prawie na jeża. Czułam się fatalnie.

Oczywiście grzecznie podziękowałam za obcięcie, a podczas proszonej kolacji robiłam dobrą minę do złej gry. Mąż próbował mnie pocieszać, mówiąc, że nie wyglądam "aż tak źle". "Aż tak źle"? Wyglądałam tragicznie!

W nocy nie mogłam zasnąć. Wciąż myślałam o tym, co zostało na mojej głowie. Rozpłakałam się, bo w tej sytuacji nic nie dało się zrobić: ani wydłużyć, ani przykryć.

"Jak pokażę się po powrocie w niedzielę w kościele? Może w ogóle nie pójdę... albo założę kapelusz? Nie, to byłoby jeszcze bardziej komiczne - niewielki kościół i ja w kapeluszu. A ślub kuzynki? Nie mówiąc już o powrocie do szkoły... Co powiedzą dzieci na mój widok? Może kupić perukę?"

Byłam ogromnie rozżalona.

Kolejny dzień nie przyniósł żadnej poprawy. Włosy nie odrosły i ilekroć spojrzałam w lustro, miałam łzy w oczach. Byłam zła: na siebie, że się na to zgodziłam; na męża, bo przecież mógł stanąć obok i zaprotestować; na fryzjerkę; i na wszystkich, którzy twierdzili, że "całkiem dobrze wyglądam" (a przecież mam lusterko i widzę!); na cały świat... Moje rozdrażnienie, zamiast mijać, tylko się pogłębiało.

W drodze powrotnej zerkałam na swoje odbicie w bocznym lusterku samochodu i czułam coraz większe rozgoryczenie. Byłam wściekła i nieuprzejmie odpowiadałam na pytania męża i dzieci. Aż w pewnym momencie mnie olśniło: przecież zachowując się w taki sposób, psuję wszystkim radość z urlopu! Tak mocno skoncentrowałam się na sobie, że nie zauważałam, jak bardzo ranię najbliższych. Dla nich najważniejsze nie było to, jak wyglądam, lecz to, w jaki sposób się do nich odnoszę. Z rzeczy de facto mało istotnej zrobiłam dramat.

Przypomniały mi się słowa apostoła Piotra: Ozdobą waszą niech nie będzie to, co zewnętrzne: trefienie włosów, złote klejnoty lub strojne szaty, lecz ukryty, wewnętrzny człowiek z niezniszczalnym klejnotem łagodnego i cichego ducha, który jedynie ma wartość przed Bogiem (1 P 3,3-4).

Moje włosy z pewnością nie były wówczas moją ozdobą (wręcz przeciwnie!), ale zaczęłam rozumieć, co apostoł naprawdę chciał przekazać. Z pewnością nie chodziło mu o to, by kobiety w ogóle nie dbały o wygląd, były niechlujne czy ubierały się byle jak, lecz by zewnętrzność nie stała się dla nich najważniejszą sprawą i podstawą poczucia własnej wartości.

Ja co prawda nie miałam już czego "trefić" na głowie, ale właśnie to - paradoksalnie - stało się moim problemem. (A gdzie był mój "łagodny i cichy duch"?) Powiedziałam więc o tym Bogu, wyznałam Mu to, co było niewłaściwe, po czym uśmiechnęłam się do męża i dzieci.

Przyczyna mojego zmartwienia nie zniknęła, ale zmieniło się moje nastawienie. W niedzielę poszłam do kościoła - oczywiście bez peruki i kapelusza - i uśmiechałam się, mimo że wiele osób zastanawiało się, czy to naprawdę ja. Na weselu kuzynki z lekką ironią "polecałam" francuskich fryzjerów, a gdy sąsiedzi zdziwieni pytali, kto mył nam okna (nie poznali mnie, mimo że gdy przechodzili obok naszego domu, to się im kłaniałam), śmiałam się razem z nimi.

I choć przez kilka kolejnych tygodni robiłam różne rzeczy, by te szczątki moich włosów wyglądały choć trochę lepiej, wiedziałam już, co naprawdę stanowi wartość dla innych. Moja postawa.

Można powiedzieć, że mój problem był błahy i przemijający, bo włosy - na szczęście - odrastają (choć na normalny wygląd musiałam czekać jeszcze kilka miesięcy). Jakże często jednak pozwalamy, by błahostki urastały w naszych oczach do rangi prawdziwych tragedii.

Ta sytuacja stała się dla mnie cenną życiową lekcją. Przypomniała mi, że źródło problemu tkwi nie tyle w samym zdarzeniu, co w sposobie, w jaki postanawiam je postrzegać.

Moje pieniądze?

Wydarzenia, o których chcę napisać, miały miejsce wiele lat temu. Ich szczegóły nieco zatarły się w mojej pamięci, lecz lekcję życiową, jaką z nich wyniosłam, zapamiętałam na zawsze.

W czasach studenckich mój mąż poznał na konferencji kilka osób z Danii. W kolejnych latach wielokrotnie gościły one w naszym domu, aż w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku zostaliśmy przez nich zaproszeni z całą rodziną do złożenia rewizyty - czyli do spędzenia wakacji w Danii. W tym czasie wyjazd za granicę był nie lada gratką, więc nasza radość była ogromna.

Zaproszenie szybko nabrało realnych kształtów i wkrótce znaleźliśmy się w kraju Małej Syrenki i klocków Lego. Pierwsze dni spędziliśmy na niewielkiej wyspie, w uroczym domku letnim, należącym do naszych przyjaciół, położonym zaledwie kilkaset metrów od plaży. Kąpaliśmy się w Bałtyku, budowaliśmy z dziećmi babki z piasku, spacerowaliśmy po nadbrzeżnych lasach. Sielanka jak w piosence Czerwonych Gitar: morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew...

Po kilku dniach takiego relaksu czekały na nas atrakcje Kopenhagi, w której mieszkali nasi gospodarze. (Nie przypuszczaliśmy wtedy, jak bardzo słowo "atrakcje" nabierze dla nas nowego znaczenia). W planie znalazły się między innymi rejs statkiem po kanałach stolicy, wizyta w Tivoli - najsłynniejszym w Europie parku rozrywki, zwiedzanie zabytków miasta oraz wyprawa do zoo. Zaplanowaliśmy także zakupy, tym bardziej że na wyspie żyliśmy bardzo oszczędnie z powodu wysokich cen, a dzieciom obiecaliśmy Lego i Duplo - zabawki, które wówczas nie były jeszcze w Polsce łatwo dostępne.

Wszystko szło zgodnie z planem aż do pobytu w zoo, gdzie zostaliśmy okradzeni. Złodzieje zabrali saszetkę męża, w której znajdowały się wszystkie nasze pieniądze, dokumenty samochodu, prawo jazdy i bilety na prom. Zostaliśmy kilkaset kilometrów od domu bez grosza przy duszy i możliwości powrotu.

Długo nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało. Stan, w jakim się znaleźliśmy, najlepiej chyba oddaje słowo szok. Policja, której zgłosiliśmy kradzież, nie dawała nam żadnej nadziei na odzyskanie zrabowanych rzeczy. Pocieszano nas, że powinniśmy się cieszyć, iż nie skradziono nam samochodu. Zapewne było w tym sporo racji, lecz w tamtej chwili byliśmy zbyt rozgoryczeni, by to docenić.

Przepłakałam wiele godzin. Mąż kolejne trzy dni spędził w polskiej ambasadzie, próbując zdobyć potwierdzenie własności samochodu i prawa jazdy. Formalności były uciążliwe i długotrwałe. Marzyłam tylko o tym, by być już w domu, aby te wakacje wreszcie się skończyły i bym mogła zapomnieć o całym koszmarze. Nie miałam ochoty na spotkania ani nawet jedzenie. Kopenhaga przestała mnie cieszyć.

Modliłam się i prosiłam Boga o cud. Żebyśmy w jakiś sposób mogli kupić bilety na prom i wrócić do domu. Wtedy jeden z naszych przyjaciół wręczył nam kopertę z pewną sumą oraz karteczkę z wersetem.

Słowa z Pierwszego Listu do Koryntian 12,26: I jeśli jeden członek cierpi, cierpią z nim wszystkie członki; a jeśli doznaje czci jeden członek, radują się z nim wszystkie członki okazały się dla nas ogromnym wsparciem. Były zapewnieniem, że nie jesteśmy sami, a przyjaciele rozumieją, w jak trudnej sytuacji się znaleźliśmy i przeżywają ją razem z nami.

Okazali się też niezwykle hojni - dostaliśmy od nich dokładnie tyle, ile nam ukradziono. Dzięki temu mogliśmy pokryć koszty powrotu, a nawet spełnić dziecięce marzenia o zabawkach.

Otwierając kopertę, czułam, jakby właśnie wróciły do nas nasze pieniądze. "Nasze"? W tym momencie dotarła do mnie pewna ważna myśl: Przecież pieniądze, które mieliśmy, zostały nam podarowane przez Boga. Były jak prezent z nieba. A my potraktowaliśmy je jak naszą własność - "przecież sami je zarobiliśmy". Lecz jak łatwo je straciliśmy! I nic nie mogliśmy zrobić, byliśmy zupełnie bezradni.

Bóg pokazał nam, że pieniądze - czy te zarobione, czy otrzymane - są darem. Jego darem. W tym momencie mogłam się tylko modlić i wyznać Bogu, że zrozumiałam, iż na tej ziemi nic nie jest moje. Wszystko, co posiadam, jest Jego własnością. A ja mogę być Mu wdzięczna, że mam pracę, dzięki której zarabiam na utrzymanie, lub gdy dostanę jakiś prezent. Choć w sercu nadal odczuwałam smutek, byłam wdzięczna Bogu za Jego działanie.

Wakacje sprzed wielu lat... Dzisiaj pozostały po nich wspomnienia, garstka muszelek z duńskiej plaży i bolesna, lecz potrzebna lekcja życiowa, której nigdy nie zapomnę.

Wazonik

Studia podyplomowe? To niewykonalne! Już teraz ledwie ze wszystkim nadążam, więc w jaki sposób miałabym znaleźć jeszcze czas na naukę? Ucierpią dzieci, rodzina, dom...

Jednak zasady reformy edukacji były nieubłagane - jednym z warunków awansu zawodowego było ukończenie studiów podyplomowych. Zmuszona tymi wymogami, zachęcana przez koleżankę po fachu i dopingowana przez męża, podjęłam decyzję i złożyłam papiery. Oczywiście zaraz po wyjściu z sekretariatu uczelni żałowałam i miałam nadzieję, że nie zbierze się wymagana liczba chętnych.

Grupa jednak szybko się skompletowała, więc w sobotni lutowy poranek musiałam pojechać na pierwsze wykłady. Wieczorem, po powrocie, padłam na tapczan, przekonana, że więcej tam nie wrócę. I właśnie wtedy nieoczekiwanie zadzwoniła koleżanka ze studiów magisterskich. Okazało się, że niedawno sama ukończyła studia podyplomowe.

- Czułam się podobnie. Nie poddawaj się, dasz radę! -zachęcała.

Zatem następnego dnia już o ósmej rano podskakiwałam podczas zajęć z rytmiki w wielkiej, lodowato zimnej sali. Cóż, nie było to wymarzone rozpoczęcie dnia.

Studia - jak to studia - składały się z zajęć interesujących i nużących. Ale po przyswojeniu dawki drętwej teorii przyszedł czas na zajęcia artystyczne - i to było to! Kiedy w planie pojawiły się sztuki użytkowe i ceramika, wstawanie na zajęcia przestało być problemem.

Już na pierwszych zajęciach z ceramiki w czterdziestoosobowej, całkowicie damskiej grupie panował entuzjazm. Każda z nas otrzymała bryłkę gliny, z której miałyśmy ulepić dowolny przedmiot. Glina była miękka, aksamitna, poddająca się modelowaniu i pozwalająca tworzyć przeróżne przedmioty: maleńkie kwiatki, wielkie donice i ozdobne świeczniki. Ja uformowałam nieduży, okrągły wazon z fantazyjnymi zdobieniami u góry. (Czy był ładny? Być może, ale przede wszystkim był niepowtarzalny). Następnie pozostawiłyśmy nasze wyroby na parapecie, by wyschły, a potem zostały wypalone w piecu ceramicznym.

Po raz pierwszy czas do następnego zjazdu się nam dłużył. Ale gdy zobaczyłyśmy efekt naszych starań, nie kryłyśmy rozczarowania. Nasze prace podczas wypalania bardzo się skurczyły.

Podczas kolejnych zajęć miałyśmy szkliwić nasze dzieła. Szkliwo okazało się (tu kolejne rozżalenie) suchym proszkiem w dziwnych kolorach. Trudno nam było uwierzyć, że szary pyłek w piecu przemieni się w (przykładowo) gładką różową, błyszczącą powierzchnię. Jednak następnego dnia naszym oczom ukazały się cudeńka. Nasze dzieła zmieniły się całkowicie!

Z podziwem patrzyłam na prace koleżanek - ale musiałam nieskromnie przyznać, że mój wazonik w różowo-popielatym kolorze też wyglądał całkiem nieźle. Ostrożnie wiozłam go do domu, a następnie z dumą prezentowałam najbliższym, którym również się podobał.

Choć mam w domu wiele innych pięknych naczyń, postawiłam wazonik na stole. I w tym momencie uświadomiłam sobie, że przecież Bóg stworzył człowieka również... z gliny!

"Skoro my miałyśmy tak ogromną satysfakcję, tworząc wazonik czy miseczkę, jak wielką radość musiał odczuwać Bóg, lepiąc człowieka?! - pomyślałam. - A jeśli ja obawiałam się, że mój wazonik, na który z taką radością zerkałam, może się stłuc, co musiał przechodzić Stwórca, widząc potłuczone ludzkie życie? Jak wielki smutek musiał go napełniać, gdy Jego niezwykłe Dzieło zostało zniszczone przez grzech pierwszych ludzi?!"

Bóg jest cudownym Mistrzem. Potrafi z okaleczonych części stworzyć coś nowego, niezwykłego. Tajemnicą jest "klej do skorup" - krew Bożego Syna, Jezusa Chrystusa.

On uznał, że człowiek jest wart tej ceny.

Chyba nigdy nie pojmę dlaczego.

No to spróbuj polecieć!

Niedawno w telewizji przypomniano fragmenty występu kabaretu TEY sprzed kilku czy kilkudziesięciu lat (jak ten czas leci...). Jeden skecz szczególnie mi się podobał.

Oto aniołek handluje z diabełkiem... Wersji transakcji jest kilka. Może nie zacytuję dokładnie, ale brzmiało to mniej więcej tak:

- Aureolka za dwa różki!

- Aureolka i skrzydełko za różki i ogonek.

- Dwa skrzydełka za jeden rożek i ogonek.

- Rożek za aureolkę.

Przez chwilę trwa wzajemne przekomarzanie się. W końcu aniołek przystaje na transakcję:

- Jedno skrzydełko za dwa różki.

Jest bardzo szczęśliwy. "Jaki ten diabełek głupi, dał dwa za jeden!" - cieszy się.

Diabełek jednak nie wygląda na zmartwionego. Odchodzi kilka kroków od uszczęśliwionego aniołka i z diabolicznym (a jakże!) uśmiechem mówi:

- A teraz spróbuj polecieć!

Kabaret? Niestety nie tylko. W tej krótkiej zabawnej scence zawarta jest bowiem głęboka prawda o naszym życiu duchowym.

Jeśli wierzymy w życie duchowe, wierzymy również w istnienie aniołów, które strzegą nas z rozkazu Boga, a także w istnienie szatana i złych sił. To nie postaci z kabaretu, to moce, które walczą o nas i w nas.

Ileż razy mamy ochotę też tak troszkę "pohandlować". Żeby tylko ochotę... Ile razy naprawdę "handlujemy"!

Z pozoru wygląda to niewinnie.

Cóż się stanie, jeśli na imprezie wypiję troszkę za dużo? Och, dobra, w niedzielę "za karę" wrzucę więcej na tacę. Trochę flirtu z żonatym kolegą (zamężną koleżanką) - przecież to tylko dobra zabawa. Mały przekręt w pracy - no przecież wszyscy tak robią, to nic wielkiego. Kłamstwo? Nie, to tylko takie małe kłamstewko - najwyżej się wyspowiadam. Plotki o koleżankach - ale że niby ja? Ja tylko chcę ostrzec przed nią innych.

Drobne kompromisy, niewinne ustępstwa i niewielkie oszustwa. Małe, maleńkie "grzeszki". Przecież to nic wielkiego i poważnego. Inni postępują o wiele gorzej - tłumaczymy się sami przed sobą, przed innymi, a w końcu przed Bogiem.

Kabaretowy aniołek też się cieszył, że okpił diabełka. Przecież zdobył od niego aż dwa różki, pozbywając się tylko jednego skrzydełka. Taki był mądry! Tylko jedno skrzydełko! Ale "sukces"...

Podobni jesteśmy nieraz do tego aniołka. Dumni z siebie, że wcale nie postępujemy najgorzej. Robimy tylko maleńkie ustępstwa wobec diabła, podczas gdy inni postępują bardzo źle, podle i okrutnie.

My czasem (ale tylko czasem) idziemy na niezbyt właściwe ustępstwo. "Trudno, oddamy to jedno skrzydełko... Ale zostało nam jeszcze drugie!"

Tylko spróbujmy polecieć z jednym skrzydłem!

Skąd wiesz, że to (nie)szczęście?

Był sobie pewien ubogi chiński rolnik, który razem z synem uprawiał ziemię. Pewnego dnia ich stary, jedyny koń uciekł w step. Sąsiedzi, gdy się o tym dowiedzieli, rzekli: "Cóż za nieszczęście!". Na to rolnik odpowiedział: "Skąd wiecie, że to nieszczęście?".

Żaden lekarz nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. W przeddzień planowej operacji mój mąż nagle stracił przytomność, co uniemożliwiło jej przeprowadzenie. Cierpiał, czekając na ustabilizowanie stanu zdrowia (by w późniejszym czasie mógł się poddać zabiegowi). Jednocześnie był ogromnie słaby i senny. Nawet krótkotrwały wysiłek umysłowy bardzo go męczył.

- To konsekwencja opuchnięcia mózgu, które występuje po dłuższej utracie przytomności - poinformował mnie lekarz.

Bardzo się martwiłam: nie dość, że od kilku miesięcy mąż był skrajnie przemęczony i wykazywał wszelkie objawy wypalenia zawodowego, nie dość, że dokuczała mu przepuklina, to teraz - znów! - pojawiły się kolejne problemy zdrowotne. Takie nieszczęście...

Następnego ranka stary koń wrócił, a wraz z nim przyszło do żłobu dwanaście dzikich koni. Stary rolnik szybko zamknął ogrodzenie - miał teraz trzynaście koni. Sąsiedzi, widząc, co się stało, rzekli: "Cóż za szczęście cię spotkało!". Na to rolnik odpowiedział: "Skąd wiecie, że to szczęście?".

Skąd tyle trudności, skoro tak wiele osób modliło się o Leszka?! Mieliśmy nadzieję, że po szybkiej operacji czeka go spokojna i sprawna rekonwalescencja, tymczasem termin zabiegu został przesunięty. Niełatwo nam było zaakceptować tę sytuację.

Mąż był zły sam na siebie, ponieważ po utracie przytomności nie potrafił sobie niczego przypomnieć i napisać nawet kilku zdań. Jednocześnie miał poczucie winy, że ktoś musi zastępować go w pracy. Mnie zaś chciało się płakać, gdy widziałam jego zmęczone, jakby nieobecne oczy. Zdawałam sobie sprawę, że on cały czas czuje się osłabiony, ale nie chciałam mu pokazać, jak bardzo się martwię.

Gdy następnego ranka syn rolnika próbował ujeździć jednego dzikiego konia, spadł i złamał sobie nogę. Na to sąsiedzi odpowiedzieli lamentem: "Jak ty, taki stary, podołasz sam pracy na roli?! Cóż za nieszczęście!". Na to rolnik odpowiedział: "Skąd wiecie, że to nieszczęście?".

Miesiąc później mąż został wreszcie zoperowany. Wszystko się udało.

- Za dwa, trzy tygodnie będzie pan normalnie funkcjonował - zapewniał lekarz, wypisując go do domu.

Niestety, kilka dni później pojawiła się wysoka gorączka i ból. Ich przyczyną okazał się stan zapalny, wynikający z zakażenia bardzo rzadko występującą bakterią szpitalną. Przez długie tygodnie rana nie chciała się goić. Mąż, otępiony przez środki przeciwzapalne i przeciwbólowe, praktycznie cały czas spał. Nie był w stanie siedzieć ani dłużej rozmawiać, błyskawicznie się męczył.

Zaprzyjaźniona pielęgniarka codziennie przychodziła, by dezynfekować ranę i wesprzeć mojego męża dobrym słowem. Mnóstwo osób z Kościoła włączyło się w całodobowe warty modlitewne w jego intencji (utworzono specjalne listy, na które można było się wpisać).

Dwa dni później przybył do wioski namiestnik cesarza i zabrał wszystkich młodych mężczyzn na wojnę, z której nigdy nie wrócili... Syn rolnika, niezdolny do walki, pozostał w domu.

Aż wreszcie, po upływie ponad miesiąca, Leszek jakby obudził się z długiego snu. Wstał z łóżka odmieniony, z jasnym, zrelaksowanym umysłem. Po niemal roku wypalenie psychiczne wreszcie odeszło w zapomnienie.

Jakże często w naszym życiu dzieją się rzeczy, których nie rozumiemy. Choroby, problemy w pracy, trudności w relacjach z ludźmi... Ileż razy wtedy wątpimy, płaczemy i nie widzimy sensu w tym, czego doświadczamy. "Cóż za nieszczęście!" - wołamy. Bóg wydaje się bardzo daleko. Zanosimy modlitwy, prosimy o wyjaśnienie, a napotykamy ciszę.

Możemy być jednak pewni, że Bóg nigdy - nawet w takich chwilach - o nas nie zapomina. On ma konkretny plan dla naszego życia. My tego planu nie znamy i dopiero po wielu dniach, miesiącach, a nawet latach dowiadujemy się, dlaczego coś się wydarzyło i jaki Bóg miał w tym cel. A gdy pojmiemy, że Najwyższy uchronił nas od nieszczęścia, nasza złość zamienia się we wdzięczność.

Ktoś spóźnił się na autobus, który - jak się okazało - miał wypadek. Ktoś stracił pracę, co spowodowało, że przeszedł ciężki kryzys, jednak potem założył własną firmę i osiągnął sukces. Komuś odwołano lot samolotem, przez co spędził czas z przyjaciółką, która odeszła pół roku później.

Bóg już wcześniej o tym wszystkim wiedział.

Czasem jakieś przeżycie jest dla nas tak bardzo bolesne, że z rozpaczą pytamy Boga: "Jaki możesz mieć w tym cel?". A jednak nawet najtrudniejsze, najczarniejsze sytuacje w naszym życiu nie zdarzają się bez powodu. Bo Ten, który ożywia umarłych, uzdrawia chorych, decyduje, kto zwycięża. Ten, dla którego nie istnieje słowo "niemożliwe", wie o wiele lepiej, co jest dla nas szczęściem, a co nieszczęściem.

On potrafi obrócić zło w dobro. I tak też uczynił w życiu mojego męża.

Jezus, żyjąc na ziemi, często odwiedzał w Betanii swoich przyjaciół - rodzeństwo Marię, Martę i Łazarza. Gdy jednak Łazarz poważnie zachorował, Jezus nie przyszedł natychmiast, by go uzdrowić. Jakże wielki był żal sióstr, gdy On wreszcie się zjawił. Marta z wyrzutem zawołała: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł (J 11,21b UBG).

Jednak zwłoka Jezusa miała swój cel - Mesjasz chciał pokazać, że nie tylko leczy żywych, ale i wskrzesza umarłych. (A równocześnie zanim przywrócił swojego przyjaciela do życia, gorzko płakał i odczuwał prawdziwy ludzki ból po jego stracie).

Bądź wola Twoja - modlimy się prawie codziennie. Ale jak trudno nam zaakceptować, gdy wola Boża - tak inna od naszych planów - naprawdę dzieje się w naszym życiu! Jakże chcielibyśmy wtedy, by było... po naszemu.

- Panie, uzdrów go! Ulecz ją! - błagamy.

- Skąd wiecie, że to jest szczęście? - pyta.

- Panie, nie pozwól, by do tego doszło! - łkamy.

- Skąd wiecie, że to jest nieszczęście? - Stawia nas do pionu.

Choć często nie czujemy, że coś jest dla nas dobre, możemy być pewni, że nawet w najtrudniejszych chwilach Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra (Rz 8,28a BT).

Gwarancja satysfakcji

Niedawno przyjaciele kupili kuchenkę mikrofalową. Podczas wizyty chciałam podgrzać już wystygłą kawę.

- Który mam nacisnąć? - zapytałam, wpatrując się w rzędy przycisków.

- Ten na dole, po lewej - instruowała mnie gospodyni. - Tu wydłużasz czas grzania, a tu go skracasz. Ten wyżej służy do grillowania. Więcej nie wiem, bo instrukcję miał przeczytać Marek, ale na razie nie ma czasu.

Instrukcja obsługi. Kto ją lubi czytać? Z obserwacji wynika, że - poza miłośnikami technicznych łamigłówek - większość z nas tego nie znosi.

Instrukcje są długie, nudne, napisane niezrozumiałym językiem. Jedne zalecenia wydają się banalne, innych nie sposób pojąć. To prawda, ale... Gdy coś się zepsuje i wezwiemy "złotą rączkę" albo oddamy sprzęt do serwisu, fachowiec z pewnością zapyta, czy korzystaliśmy z urządzenia zgodnie z instrukcją. Co wtedy powiemy? Że przeczytaliśmy tylko pierwszą stronę? Że nie zrozumieliśmy opisu montażu węża i uruchomiliśmy wszystko "na logikę"? Albo że instrukcja wylądowała w szufladzie, obok innych nieprzeczytanych broszurek?

Ja właśnie w ten sposób skróciłam żywot elektrycznej szczoteczki do zębów. Wystarczyło niewłaściwie odgiąć jedną blaszkę. Na szczęście nie był to drogi zakup, ale żal pozostał. (A przecież może tak się stać także z cenniejszymi przedmiotami!)

Choć instrukcje bywają nużące, ich przeczytanie pozwala zapobiec awariom i poznać wszystkie funkcje urządzenia. Pisze je przecież ten, kto zna je najlepiej - konstruktor.

Czy z naszym życiem nie postępujemy podobnie? Czy nie korzystamy z "urządzenia" bez zapoznania się z zaleceniami?

Kto najlepiej zna "zasady działania" człowieka? Wielki Konstruktor - Stwórca, który stworzył kobietę i mężczyznę według swojego zamysłu. To on dołączył do życia swoiste wskazówki obsługi.

Początkowo przekazywał je ustnie. Gdy człowiek się do nich stosował, życie funkcjonowało właściwie. Gdy je ignorował (na przykład w raju), pojawiały się zakłócenia, tragedie.

Z czasem te Boże zasady zostały spisane i zebrane w księdze zwanej Biblią. Sięgając po nią, możemy westchnąć podobnie jak przy instrukcji AGD: że jest obszerna, trudna, skomplikowana.

I rzeczywiście - nie wszystko od razu jest zrozumiałe, ale tylko dzięki poznawaniu Biblii wiemy, jak żyć zgodnie z zamierzeniem Stwórcy. Warto czytać ją fragmentami, prosić o pomoc innych, słuchać wykładów, tak jak wtedy, gdy dokształcamy się zawodowo.

Jeszcze na początku lat 90. wiele osób bało się komputerów, a dziś niemal każdy potrafi obsługiwać podstawowe programy. A gdyby w podobnym tempie rozpowszechniło się stosowanie zasad biblijnych? (Cóż nam po nich, jeśli pozostają tylko w teorii...).

Na końcu instrukcji obsługi pojawia się zapewnienie: "Przestrzeganie zaleceń gwarantuje satysfakcję użytkownika".

Podobne zapewnienie załączył Stwórca: Rozmyślaj o niej (tej księdze) we dnie i w nocy, aby czynić wszystko, co w niej jest napisane, bo wtedy poszczęści się twojej drodze i wtedy będzie ci się powodziło (Joz 1,8).

Zasady biblijne nie straciły na aktualności, choć minęły wieki od ich zapisania. Warto je stosować, by nie musieć bezradnie patrzeć, jak w naszym życiu dochodzi do kolejnego zwarcia.

Wyścig z czasem

Ostatnie kliknięcie - i poszło! Zdążyłam. Dosłownie i w przenośni za pięć dwunasta, bo zegar wskazywał 23.55.

Nie lubię, nie znoszę robienia czegokolwiek na ostatnią chwilę, ale ostatnio miałam tyle zajęć, że nie nadążałam ze wszystkim.

Półżywa dowlekłam się do tapczanu w pokoju, bo na wejście na piętro chwilowo nie miałam siły. Od wielogodzinnego siedzenia bolały mnie plecy, głowa pękała od intensywnego myślenia nad tematem. A w międzyczasie odebrałam kilkanaście telefonów, kilka razy musiałam otwierać drzwi i załatwiać służbowe sprawy. Do tego nastawiłam pranie, ugotowałam zupę na następny dzień, zjadłam z rodziną kolację i rozwiesiłam pranie.

Psychiczne i fizyczne napięcie sprawiło, że czułam, jakby moje baterie całkowicie się rozładowały. Dętka. Dziurawa dętka bez powietrza... Znacie to uczucie? Przypuszczam, że aż za dobrze.

Życie coraz większej liczby osób przypomina tytuł filmu Biegnij, Lola, biegnij. Niemal wszyscy biegniemy. Szybko, coraz szybciej. Tempo życia jest tak zawrotne, że mamy wrażenie, jakbyśmy nie nadążali za własnym życiorysem.

Wyścig zaczyna się bardzo wcześnie. Dzieci stymuluje się niemal od urodzenia (a nawet jeszcze w życiu płodowym). Oczywiście rozwój dziecka jest ważny: książki, gry, basen, muzyka, języki obce - ale czy naprawdę musimy dać się wciągnąć w modę biegania z niemowlakiem z jednych zajęć na drugie, z poczuciem winy, że inni robią więcej? Oczekuje się, że sześciolatek będzie czytał, a dwudziestopięciolatek będzie miał ukończone dwa kierunki studiów, doświadczenie zawodowe, kilka języków i zabezpieczoną przyszłość emerytalną.

W pracy panuje mordercze współzawodnictwo. Urlop bywa luksusem, a bezpłatne nadgodziny czy weekendowe dyżury - normą. Nic więc dziwnego, że próbujemy oszczędzać czas wszędzie, gdzie się da, i robimy kilka rzeczy jednocześnie - lewą ręką jedno, prawą drugie. Produkty trzy w jednym, dania "w pięć minut". Życie instant.

Zaglądam do skrzynki mailowej: wiadomości przeczytanych ponad tysiąc, wysłanych jeszcze więcej. A przecież niedawno robiłam porządki!

Jak dawaliśmy sobie radę, gdy poczt elektronicznych nie było?

Naukowcy obliczyli, że w XVII wieku do człowieka w ciągu całego życia docierało tyle informacji, ile dziś zawiera jedno wydanie gazety. Nic dziwnego, że nasze mózgi nie nadążają i zaczynają pracować w trybie awaryjnym.

Pamiętam dzieciństwo u dziadków, gdy zegar kuchenny powoli odmierzał minuty, a dzień kończył się cicho, szczególnie leniwy o szarej godzinie.

Dziś ledwie zauważamy zmierzch, zmiany pór roku, kolejne święta. Biegniemy coraz szybciej. Dni znikają niepostrzeżenie.

Jednak wszystko ma swoją cenę. Choruje ciało, cierpi zdrowie psychiczne. Najpierw pojawiają się bóle głowy, kręgosłupa, problemy ze snem. Potem - wypalenie, wyczerpanie, choroby psychosomatyczne. Staramy się podreperować witaminami, preparatami "max" i "forte", środkami nasennymi wieczorem i pobudzającymi rano. Jak wielofunkcyjne roboty.

A może czas powiedzieć: Dość? Może nie musimy spełniać wszystkich oczekiwań cudzych i własnych? Świat się nie zawali, jeśli czasem odpuścimy i czegoś nie zrobimy. To trudne i rodzi poczucie winy, ale bywa konieczne, by nie zgubić samego siebie.

Zaiste, uciszyłem i uspokoiłem mą duszę - mówi psalmista.

Spokój duszy nie jest luksusem ani mrzonką. Nie da się go kupić ani wypracować nadgodzinami. Jest wynikiem zatrzymania się, uporządkowania priorytetów i bliskości Boga.

Może więc zamiast: Biegnij, Lola, biegnij czas powiedzieć: Zwolnij, Lola, zwolnij!

Czy krytyka musi boleć?

Kto z nas nie pamięta stresującego momentu rozdawania ocenionych kartkówek z matematyki? Pała, pała, pała, potem kilka trójek, nieliczne czwórki i jedna piątka. Jeszcze większe napięcie towarzyszyło otrzymaniu poprawionych sprawdzianów, nie wspominając o wynikach matury. Sytuację pogarszał fakt, że negatywnym ocenom nierzadko towarzyszył komentarz nauczyciela:

- Stać cię na więcej.

- Nie popisałeś się.

A czasem bardziej dosadne:

- Dno, totalne dno.

Właściwie już od dzieciństwa mamy do czynienia z takimi sytuacjami. Smutną specyfiką polskiej kultury jest fakt, że ocenianie bardzo często utożsamiane jest z napominaniem. W takim systemie, w takim podejściu dorastamy.

Wystarczy przyjrzeć się rozmowom na placu zabaw. Rodzice częściej upominają dzieci niż je chwalą:

- Ale z ciebie niezdara! Czy ty się nigdy tego nie nauczysz?

Gdy dzieci są starsze, słyszą:

- Na ciebie to nie można liczyć!

- Taki stary, a taki głupi.

Szkoła - jako nauczycielka muszę to przyznać - nastawiona jest na ciągłą gradację, a to pociąga za sobą krytykę. Jedynie w edukacji wczesnoszkolnej spotyka się jeszcze różnego rodzaju "zachętki": "Brawo", "Jestem z ciebie dumny", "Udało ci się". Gdy praca nie spełnia oczekiwań nauczyciela, pojawia się naklejka: "Musisz jeszcze popracować". W starszych klasach pochwały niemal nie istnieją. Podobnie na studiach, gdzie szczególnie oczekiwalibyśmy słów, które mobilizują i ukierunkowują rozwój.

Pozytywne wzmocnienia są tak rzadkie, że przez lata przechowujemy w pamięci - jak skarb - każde dobre słowo rodzica, nauczyciela czy wykładowcy.

Również praca zawodowa rzadko obfituje w pochwały. Docenić młodego pracownika? Przecież "nic jeszcze nie umie", "woda sodowa mu uderzy do głowy". Łatwiej zganić.

Taki przekaz pokoleniowo-kulturowy trwa w najlepsze, a raczej - najgorsze, bo gdy ktoś ocenia nas negatywnie, naturalną reakcją jest obrona. "Objeżdżani" przez rodziców, nauczycieli i przełożonych, sami stajemy się negatywnie nastawieni wobec innych: współmałżonków, współpracowników, klientów. Krytyka przenika niemal wszystkie relacje - często jest publiczna i bez refleksji.

Niedawno rozmawiałam z człowiekiem, który od roku jest prezesem dużej organizacji. Z bólem przyznał, że w jego firmie poszczególne działy rzadko potrafią powiedzieć coś pozytywnego o sobie nawzajem. Każdy jest przekonany o swojej racji i nieomylności. To już nie jest krytyka, lecz krytykanctwo wszystkiego i wszystkich.

Nic więc dziwnego, że samo słowo "ocena" wywołuje w nas niepokój.

Wpływ takiego podejścia widać nawet w tłumaczeniach Biblii. W Liście do Kolosan czytamy: we wszelkiej mądrości nauczajcie i napominajcie jedni drugich (3,16b). Tymczasem w angielskich przekładach w tym miejscu pojawia się słowo "zachęcajcie". To kolosalna różnica!

Nie chodzi jedynie o różnicę językową, lecz także o inne podejście do drugiego człowieka. Jeden z biblistów wyjaśnił, że drugiego człowieka trzeba najpierw nauczyć, potem zachęcić, a dopiero gdy świadomie postępuje niewłaściwie - napomnieć. Jeśli natomiast został zraniony i zniechęcony - pocieszyć i umocnić.

Ocena nie musi oznaczać niszczenia. Może być wartościowaniem i pomocą w rozwoju. Nie trzeba "walić młotkiem po głowie", lecz w umiejętny sposób wskazywać, co warto poprawić.

Jakże to odmienne od naszej mentalności.

Konstruktywna krytyka polega na tym, że jednocześnie wskazuje problem i proponuje drogę wyjścia. Jej zasady dotyczą nas wszystkich, bo każdy z nas - w pracy, w rodzinie, w różnych relacjach - bywa zarówno "podwładnym", jak i "przełożonym".

W Księdze Przysłów czytamy: Łagodna odpowiedź uśmierza gniew, lecz przykre słowo wywołuje złość (15,1). Warto pamiętać, że celem wyrażania opinii powinno być wsparcie i rozwój, wywołanie pozytywnej zmiany, a nie dowar-tościowanie siebie czyimś kosztem, upokorzenie go i znie-chęcenie.

Niedawno usłyszałam zdanie: "Jeśli krytykujesz, rób to tak elegancko, jakbyś podawał płaszcz, a nie rzucał mokrą ścierką". Dlatego zamiast wytykać błędy, jak najczęściej zachęcajmy, doceniajmy i inspirujmy. Nie walmy ścierką, podawajmy elegancko płaszcz. To naprawdę o wiele skuteczniejsze!

Czy słońce, czy deszcz...

Gdy wyjeżdżaliśmy z kraju, był pierwszy dzień kalendarzowej wiosny. W naszej miejscowości narciarze jeszcze śmigali na trasach, a za domem leżała kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Co powinniśmy na siebie włożyć, jeśli czekała nas kilkugodzinna podróż zimną nocą, ale w miejscu, do którego się wybieraliśmy, średnia temperatura - według internetowych danych - wynosiła 25-34 °C?

Jedyną metodą było ubranie się "na cebulkę". Założyliśmy po kilka koszulek, na to polary i cienkie kurtki (które i na Bliskim Wschodzie powinny się przydać podczas chłodniejszych wieczorów), jednak w oczekiwaniu na autobus kostnieliśmy z zimna.

- Czemu nie wzięłam cieplejszych ubrań? Czapki, rękawiczek... - Zaczęłam żałować już po kilku minutach.

Podobne uwagi zgłaszało głośno kilka innych kobiet.

Mężowie rozpraszali nasze obawy:

- Zobaczycie, za parę godzin będziemy narzekać, że wzięliśmy za dużo ciepłych rzeczy.

Izrael przywitał nas ulewnym deszczem, a nawet... gradem! Zjawisko nieczęste w tym kraju, szczególnie pod koniec marca.

Od razu przypomniała mi się prośba usłyszana dwa tygodnie wcześniej:

- Módlcie się o deszcz dla Izraela, bo od długiego czasu panuje tam susza.

Potraktowaliśmy to więc jako wysłuchanie modlitw i błogosławieństwo dla Ziemi Obiecanej - tym bardziej że po chwili naszym oczom ukazała się piękna tęcza, przywodząca na myśl przymierze Boga z Noem, zawarte po potopie.

Niewiele tego dnia zwiedziliśmy, ponieważ już po pierwszym przystanku wróciliśmy do autobusu całkowicie przemoczeni, łącznie z butami.

Marzyliśmy tylko o tym, by następnego dnia było cieplej. Lecz cieplej wcale nie było... Przenikliwe zimno sprawiało, że niektóre osoby pod nosem mruczały:

- Kto podawał tę przewidywaną pogodę?

Niektórzy mężowie zaczęli obawiać się o stan swoich kont bankowych, jeśli ich żony zaczną rozglądać się za sklepami z ciepłą odzieżą.

Konta jednak pozostały bezpieczne, bo kolejnego dnia obudziło nas jasne słońce na bezchmurnym niebie nad Nazaretem, a temperatura osiągnęła cudowny poziom 24 °C. W następnych dniach prognozy również się potwierdziły, a temperatury okazały się nawet wyższe od przewidywanych.

Były dni, kiedy żar wprost lał się z nieba, a my szukaliśmy odrobiny cienia, o który wcale nie było łatwo. Zwiedzając ruiny Bet Szeanu, nie mieliśmy się gdzie schronić przed spiekotą. Wtedy docierał do nas sens jednego z Psalmów: Pan stróżem twoim, Pan cieniem twoim po prawicy twojej. Słońce nie będzie cię razić za dnia (Ps 121,5-6a) czy wypowiedzi proroka Izajasza: Tyś ochłodą przed skwarem (Iz 25,4 BT).

Prawdę mówiąc, wcześniej słowa te słabo do mnie przemawiały. "Bóg - ochłodą?" Ja, wiecznie marznąca, potrzebowałam raczej obrazu Boga, który rozgrzewa, otula słonecznym ciepłem. A jednak w Izraelu szukałam właśnie ochłody. Tam doświadczaliśmy istoty tekstów przyrównujących Boga do cienia chroniącego przed żarem i upałem.

Prawdziwe tropiki czekały nas jednak dopiero na pustyni, którą pokonywaliśmy kilka dni później. Tam temperatura wzrosła do 40 °C. Górzyste, rozległe przestrzenie, przez które jechaliśmy kilka godzin, sprzyjały refleksji.

Na pustyni Paran, którą Mojżesz określił jako wielką i straszną (Pwt 1,19a), dotarło do nas, jak trudna musiała być czterdziestoletnia wędrówka narodu wybranego w upale dochodzącym do 50 °C w dzień i dokuczliwym chłodzie nocy. Jednak nie byli sami. Był z nimi Bóg, który obiecał poprowadzić ich - i dotrzymał danego słowa. Ochraniał swój lud w ciągu dnia chmurą, która nie tylko wskazywała im drogę, ale także osłaniała ich przed palącymi promieniami słońca, a w nocy - słupem ognia, który ich ogrzewał. Bez Jego zabezpieczenia nie mogliby przetrwać.

I Pan będzie ciebie stale prowadził i nasyci twoją duszę nawet na pustkowiach (58,11a) - napisał później prorok Izajasz.

Ileż razy czuję wyczerpanie i palący ból, nie widzę perspektyw i mam wrażenie, jakbym sama tułała się po pustkowiu... Bóg jednak obiecuje, że zawsze będzie przy mnie, dając mi siłę i spokój nawet w najgorszych momentach.

On jest wszechmogący i wszechpotężny. Jest Tym, który był, jest i będzie. Dokonywał i nadal dokonuje cudów. Nasyca moją duszę nawet na pustyni. Tam też osłoni mnie przed żarem w dzień i ogrzeje w zimną noc. Jestem pewna, że w cieniu Jego rąk mogę skryć się zawsze i wszędzie.

Właściwa ziemia

Usłyszałam niedawno radiową zapowiedź wydania książki historycznej omawiającej problematykę powodzi, które występowały na przestrzeni wieków w dolinie Odry. Temat bez wątpienia fascynujący, ale - bądźmy szczerzy - tylko dla garstki pasjonatów. Zaintrygowało mnie jednak główne przesłanie tego dzieła.

Okazuje się, że powodzie nawiedzały te tereny wielokrotnie i regularnie (co kilkadziesiąt lat) praktycznie "od zawsze" - a na pewno od czasów, gdy zaczęto ten fakt odnotowywać. Były w tym miejscu zjawiskiem naturalnym, normalnym, natomiast katastrofalnym stały się, ponieważ zaczęli się tam osiedlać ludzie. Ci, którym wydawało się, że pokonają siłę żywiołu.

Czy powinno nas dziwić, że to żywioł pokonał ich...?

Jedna z najgorszych tragedii na Dolnym Śląsku rozegrała się w roku 1997. Ból, strach, dramaty tysięcy ludzi. Wszystko to spowodowane, jak się okazało, nie tylko rekordowymi opadami, ale i ludzką nieodpowiedzialnością i brakiem wyobraźni. Te z pozoru urocze okolice w rzeczywistości nie nadawały się do zasiedlenia. Prawa natury okazały się nieubłagane.

Podobne sytuacje można obserwować w górach. Zdarza się, że ktoś "z miasta" zostaje zauroczony pięknym zboczem z zapierającym dech w piersiach widokiem. Nie zastanawia się, dlaczego do tej pory nikt (a na pewno żaden góral) w tym miejscu nie zamieszkał i dopiero po wybudowaniu domu poznaje odpowiedź. Urokliwa polana w sezonie halnych staje się główną trakcją zawieruchy, która potrafi wyrywać drzewa z korzeniami i zrywać dachy.

Podobna zasada działa w życiu duchowym. Bóg w Piśmie Świętym dał nam jasne wskazówki, co jest dobre, a co złe. Co powinniśmy robić, a czego unikać. A my? Ileż razy podejmujemy złe decyzje, a potem dziwimy się, że przeżywamy - może nawet kolejną - "powódź stulecia".

Zalewani problemami - jak wodami powodziowymi - czujemy się pokonani i zniechęceni. Jednak przecież to my podejmujemy błędne decyzje o "osiedleniu się na niewłaściwej ziemi".

Księga Przypowieści Salomona ostrzega nas, że sami musimy spożywać owoc swojego postępowania i sycić się swoimi radami (Prz 1,31). Może właśnie dlatego jesteśmy zestresowani, rozgoryczeni, zgorzkniali, pozbawieni radości?

Zastanawiam się: czy to okoliczności zmuszają nas do takiego biegu życia czy też sami narzucamy sobie zbyt szybkie tempo?

Znam to - zaledwie trzy tygodnie temu wróciłam z urlopu, a już czuję się zmęczona i spięta. Biegnę, nie mogąc zrobić nawet tego, co pilne, nie mówiąc o tym, co ważne.

Większość ludzi wokół mnie dotyka ta sama przypadłość. Kolega, który prowadzi warsztat samochodowy, opowiadał mi o tym, jak któregoś wieczoru modlił się ze swoimi dziećmi. Zmęczony zamknął oczy i rozpoczął modlitwę słowami:

- Serwis silników, słucham...

Jak wysiąść z pociągu, który pędzi z tak oszałamiającą szybkością?

Moje dorosłe już dzieci wielokrotnie powtarzają, że sama narzucam sobie takie tempo, w konsekwencji czego jestem przemęczona. Zaprzeczam, argumentuję, że... Ale może rzeczywiście często "osiedlam się na niewłaściwej ziemi" i nie powinnam się dziwić, gdy "zalewają mnie wody"?

Mam bardziej słuchać Bożych wskazówek. Wyciszyć się. Zatrzymać.

Bóg w Księdze Izajasza obiecał, że nas ochroni. Nawet gdy będziemy przechodzić przez wody, On będzie z nami. Gdy pójdziemy przez rzeki, nie zaleją nas i nie zniszczą (por. Iz 43,2). Niemniej musimy nauczyć się stale pytać Boga, jaka "ziemia" jest tą najwłaściwszą właśnie dla nas.

Paw czy wróbel...?

Są piękne. Urzekają cudownie zharmonizowanymi kolorami: fioletowym, granatowym, niebieskim, zielonym w odcieniu turkusu i tym połyskującym niczym stare złoto. Są dowodem na fenomenalny artyzm Boga. Rozłożone pawie pióra zachwycają zarówno dzieci, jak i dorosłych.

Podczas wycieczki szkolnej z pierwszoklasistami odwiedziliśmy park, którego atrakcją była hodowla pawi. Uczniów trudno było stamtąd wyciągnąć - bez przerwy biegali, by zobaczyć, który z ptaków rozłoży ogon we wspaniały wachlarz.

Okazuje się, że te przepiękne pióra są dla pawia tylko "dekoracją". Nie spełniają żadnych innych funkcji, jakie pióro ptaka spełniać powinno. Nie służą do latania, nie są wodoodporne. Stanowią jedynie ozdobę, wabik, ale nie wzór aerodynamiki jak inne, o wiele mniej efektowne.

Trudno nas, ludzi, porównywać do ptaków, ale czy czasami nasze reakcje nie przypominają zachowania tych pięknych pawi? Czy nie próbujemy pysznić się swoimi "piórami"? Wykorzystywać swoich atutów, by robić wrażenie na otoczeniu? Lubimy zachwycać, przyciągać spojrzenia, skupiać na sobie uwagę. Czy to źle?

Każdy człowiek powinien znać swoje mocne strony. Świadomość własnej wartości decyduje o jakości naszego życia. Brak poczucia, że jesteśmy ważni, że każdy z nas coś znaczy, jest przyczyną różnego rodzaju problemów psychologicznych: trudności w związkach i relacjach z ludźmi, lęku, agresji (nawet autoagresji); prowadzi do zależności od innych ludzi, zaburzeń odżywiania, uzależnień, niezadowolenia z życia.

Wszyscy chcemy być zauważeni. Jedną z podstawowych potrzeb psychicznych człowieka jest potrzeba szacunku i uznania. Łączy się to z zaufaniem do samego siebie, uznaniem własnych wartości i kompetencji.

Każdy z nas w jakimś stopniu przejawia tendencję do zwracania na siebie uwagi, potrzebuje docenienia i podziwu innych. Liczy się skala tych predyspozycji. Czy jesteśmy gotowi zrobić wszystko, by inni nas zauważali? Czy dopniemy swego wszelkimi sposobami - nawet niezgodnymi z normami moralnymi?

Nadmierne poczucie własnej wartości jest cechą równie negatywną jak jego brak. Istnieje nawet jednostka zaburzeń osobowości - narcyzm. Polega na chorobliwym skupianiu na sobie uwagi innych ludzi, aby być przez nich podziwianym. Narcyzm charakteryzuje przesadna, zawyżona ocena własnej wartości i znaczenia, bardzo silna potrzeba uznania. Taki człowiek wykorzystuje innych, nie zważając na ich potrzeby i odczucia; ma skłonność do manipulacji ludźmi oraz trudności w utrzymaniu relacji. Jak w piosence zespołu Łzy Narcyz: Jestem piękny i uroczy - popatrzcie w moje oczy. Jestem przecież najpiękniejszy, a na pewno najskromniejszy. (Okazuje się, że osoba narcystyczna rzadko dostrzega swoje przechwałki, "puszenie się", brak umiaru czy niewłaściwe motywy. Może być nawet szczerze przekonana o swojej skromności).

Odpowiedzmy sobie uczciwie na pytanie: Jaką mamy samoocenę? Właściwą, zbyt niską, a może zbyt wysoką? Czy nie chcemy za wszelką cenę olśnić innych: pięknem zewnętrznym, intelektem, urządzeniem mieszkania, pozycją zawodową, dorobkiem naukowym, kontem w banku, nowym samochodem, telefonem, elektronicznymi gadżetami itd.? Czy nie sprawdzamy, jakie zrobimy wrażenie na innych? A może odwrotnie: skupiamy na sobie uwagę innych swoim nadmiernym ascetyzmem, pobożną miną? "Stroszymy pióra" i patrzymy: Dostrzegają mnie czy nie? Widzą, jaki jestem piękny, dobrze sytuowany, mądry, błyskotliwy, przystojny, pobożny, skromny, zdolny (wybierz/dopisz właściwe).

Apostoł Paweł pisze: Powiadam bowiem każdemu spośród was, mocą danej mi łaski, by nie rozumiał o sobie więcej, niż należy rozumieć, lecz by rozumiał z umiarem stosownie do wiary, jakiej Bóg każdemu udzielił (Rz 12,3).

Na tym właśnie polega równowaga między właściwym poczuciem swojej wartości a pokorą. Umiar to inaczej balans, równowaga, której brakuje pyszniącym się swymi "piórkami", cokolwiek by nimi nie było. Zanim więc znowu zaczniemy wyliczać swoje atuty, udowadniając, jacy jesteśmy, pomyślmy, czy to nie są tylko "pawie pióra" - piękne, ale czy także użyteczne?

Znajdźmy chwilę na refleksję, wyciszenie. Zastanówmy się i przyznajmy uczciwie, jakie są nasze słabe i mocne strony. Jeśli nie jesteśmy w stanie ocenić tego sami, zapytajmy życzliwe, mądre osoby, które nas znają. Nie zawyżajmy, ale też nie zaniżajmy swojej wartości. Nie silmy się na efekt, na wrażenie, nie udawajmy kogoś innego. Myślmy o sobie z umiarem. Bóg każdego z nas obdarzył darami i wyjątkowymi zdolnościami. Może nie zawsze są one spektakularne, ale zawsze takie, jakich potrzebujemy, by spełniać Boże dzieło.

Może czujesz, że nie jesteś "pawiem", ale szarym "wró-belkiem".

Nie martw się. W przeciwieństwie do pawia, wróbel potrafi latać.

Gdy Bóg każe milczeć

Wysiadałam z autobusu zmęczona całodzienną podróżą znad morza z trzydziestoma pięcioma dzieciakami. Jeśli ktoś zazdrości nauczycielom możliwości wyjazdu na zieloną szkołę, powinien przeżyć to chociaż raz. Cóż, jak głosi pewna reklama, niektóre przeżycia są naprawdę bezcenne.

W czasie jazdy niepodobna było zmrużyć oka, więc gdy autobus stanął wreszcie pod szkołą, marzyłam tylko, by jak najszybciej znaleźć się we własnym łóżku. Tym bardziej że rano musiałam wstać wcześnie i pójść do... szkoły.

Gdy uczniowie opuścili pojazd, ostatkiem sił zbierałam ostatnie zapomniane przez nich rzeczy: plecaki, kurtki i wszelakiej maści pamiątki "znad morza" - maczugi, pistolety, kusze... Na szczęście mąż już na mnie czekał.

Kiedy dotarliśmy do domu, od razu włączył komputer i powiedział:

- A teraz porządnie usiądź...

Jego ton nie zwiastował nic dobrego.

- Co się stało?

- Przeczytaj tego maila.

Choć od tamtego dnia minęło już wiele lat, pamiętam, że z każdym przeczytanym zdaniem serce biło mi coraz mocniej.

- To przecież nie tak... Ujęłam to inaczej. Czy można to było w ten sposób zinterpretować...? - Czytając list któryś raz z rzędu, zdumiewałam się coraz bardziej.

Bo oto pewna Ważna Osoba po przeczytaniu jednego z moich tekstów napisała kilkustronicowy list. Krytyka - choć ogromnie bolesna i wynikająca z niezrozumienia treści opowiadania - była jej prawem, ale ten list nie był interpretacją literackiego tekstu. Był jak walenie obuchem. Przedstawiał mnie jako "osobę pozbawioną jakichkolwiek uczuć i wrażliwości", a każde zdanie było jak uderzenie w policzek.

Najdziwniejszy jednak był fakt, że ten list dostało ponad sto (!) osób, ale nie... ja, choć w miarę dobrze się z jego autorem znaliśmy.

- Dlaczego on nie napisał bezpośrednio do mnie?! - pytałam przez łzy.

Bardzo ceniłam tę Ważną Osobę - inteligentną, kulturalną. Miała w sobie to coś, czym przypominała przedwojennych dżentelmenów. Ale to zachowanie nie było taktowne. Zostałam w nieelegancki sposób obrzucona stekiem oszczerstw, obelg i inwektyw - ten styl nie licował z urzędem WO.

Nikt nigdy mnie tak nie poniżył. Przez łzy napisałam maila, w którym przedstawiłam swoje intencje, całkowicie odmienne od tego, o co zostałam posądzona. Miałam nadzieję, że teraz wyjaśniłam sprawę..

Ależ byłam naiwna! Ważna Osoba odpowiedziała, ale jej list jeszcze bardziej mnie dyskredytował. W dodatku Bliska Osoba WO napisała drugi list. I rozesłała go do tego samego grona osób. Tym razem zostałam przedstawiona jako "ktoś całkowicie pozbawiony talentu". Tego człowieka również dobrze znałam - wielokrotnie bywał w naszym domu. Nigdy bym się nie spodziewała po nim takiego zachowania.

Czułam się jak trędowata. Bez przerwy kołatało mi w głowie: Jesteś bez uczuć i talentu; bezduszna grafomanka. I coraz bardziej w to wierzyłam, a zarazem chciałam temu zaprzeczyć.

Postanowiłam, że napiszę obszerne pismo, w którym wszystko wyjaśnię, i roześlę je do wszystkich adresatów tamtych listów.

- Oczywiście możesz, a nawet powinnaś to zrobić - zachęcało mnie kilka osób. - Możesz nawet złożyć do sądu wniosek o zniesławienie, bez wątpienia wygrasz.

Rozpoczęłam więc pisanie. Mój ból chciałam zawrzeć w ciętej ripoście. Napisałam dwie czy trzy strony, gdy jasno odczułam, że przemawia przeze mnie pragnienie odwetu... A nie tędy droga. Nie mogę oddawać obelgą za obelgę.

- Nie rozsyłaj tego listu. - Słyszałam ciche polecenie w mojej duszy. Wiedziałam, Kto je szepcze.

Dwa miesiące wcześniej uczestniczyłam w konferencji, na której otrzymałam plakietkę z biblijnym wersetem: Pan za was walczyć będzie, wy zaś milczcie! (Wj 14,14).

Zrozumiałam, że Bóg podarował mi tę niezwykłą obietnicę dokładnie na ten czas. "Mój ból mam wylać przed Nim, a nie w słowach repliki".

- Nie napiszę żadnego listu i niczego nie roześlę - powiedziałam. - Chcę przebaczyć, choć to nie jest łatwe.

Ta decyzja okazała się najlepszym lekarstwem na moje zranienie. Akt przebaczenia przyniósł mi uwolnienie z bólu, zgorzknienia, goryczy i złości. Nie kierowały mną już uczucia, choć wspomnienie tamtych zdarzeń było bolesne.

Wkrótce zaczęły dziać się niezwykłe rzeczy. Bóg walczył za mnie, tak jak obiecał. Ja chciałam się tylko bronić, wyjaśnić sprawę - Bóg jednak zadziałał radykalnie. Z coraz większym zdumieniem patrzyłam na przebieg wypadków.

- Boże, jesteś niesamowity! - powtarzałam wielokrotnie, zawstydzona swoim małym poznaniem.

To była nauka pokory i przebaczenia. W teorii "w tym temacie" byłam w miarę dobra - praktyka okazała się o wiele trudniejsza.

Sfatygowany, zniszczony werset biblijny nadal wisi w naszej kuchni, a ja przeszłam ogromnie bolesną, ale niezwykłą lekcję, podczas której Bóg nauczył mnie, że jeśli oddam Mu dowodzenie moim życiem, On zadziała w sposób, którego nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić.

Choć diabłów pełen byłby świat

- Ależ ty urosłeś!

Ile razy wydawaliśmy takie czy podobne okrzyki, spotykając dłuższy czas niewidziane pociechy krewnych czy przyjaciół. Nasze zdumienie zazwyczaj jest autentyczne, bo dzieci naprawdę rosną skokowo. Wydaje się, że spodnie, które tydzień temu były dobre, dziś sięgają do kostek, a sweterek jakby od wczoraj skurczył się o kilka centymetrów.

Dzieci rosną przede wszystkim w czasie snu, co powoduje, że wiele z nich budzi się z płaczem z powodu bólu kości. Dlaczego o tym piszę? Bo mam poczucie, że moje życie duchowe też jakby rozwijało się skokowo. I muszę przyznać - choć nie bez oporów - że w największym stopniu kształtowały mnie te najtrudniejsze, najboleśniejsze przeżycia, które "sprawiły ból nawet moim kościom".

Nieobce jest mi całe spektrum uczuć: szok, bezradność, szloch i rozpacz, gniew, zakłopotanie, obawy i lęk. Każde z trudnych doświadczeń, choć w danym momencie były one dramatyczne i ogromnie bolesne, czegoś mnie nauczyło. Wyszłam z nich - a przynajmniej takie odnoszę wrażenie - mądrzejsza, dojrzalsza, inna. Jednak w momencie, gdy musiałam przechodzić przez "ciemną dolinę", było mi ciężko i wcale tego nie chciałam. Pragnęłam tylko jednego: by to się wreszcie skończyło!

Niemniej tak blisko Boga, jak w tamtych chwilach, nie byłam nigdy. Właśnie wtedy moje modlitwy były najżarliwsze, najgorętsze. W okresach - nierzadko ciągnących się miesiącami - gdy mogłam tylko trzymać się Bożych obietnic zawartych w Piśmie Świętym, bo po ludzku nie widziałam żadnych szans na poprawę sytuacji.

Czasem przez cały dzień w swoim półprzytomnym i skołowanym umyśle powtarzałam dwa, trzy wersety biblijne - i byłam pewna, że przypomina mi je Duch Święty, bo sama nie byłam w stanie. Czytanie Słowa było dla mnie jak spotkanie terapeutyczne, czekałam na to z utęsknieniem. Pragnęłam tylko położyć się do łóżka i czytać Biblię - to przynosiło mi ukojenie.

Niektórymi z tych przeżyć podzieliłam się z ludźmi, inne były zbyt bolesne, by komukolwiek o nich opowiadać. Jednym z nich była tragiczna śmierć bliskiej mi młodej kobiety. Po tym zdarzeniu moce ciemności nie dawały za wygraną, obciążały również mnie. Nie mogłam jeść ani spać, moje myśli obsesyjnie krążyły wokół tematu śmierci. Zaczął mnie ogarniać tak wielki strach przed ciemnością, że w nocy siedziałam przy zapalonym świetle, marząc o choć chwili drzemki. Jeśli udało mi się zasnąć, budziłam się wkrótce zlana potem. Powodowało to ogromne zmęczenie, a miałam dwoje małych dzieci, którymi musiałam się opiekować. Nie potrafiłam się na niczym skupić, bo mój umysł stale był atakowany przez przerażające obrazy. Próbowałam walczyć z nimi, powtarzając wersety biblijne i śpiewając piosenki, ale tekst urywał mi się już po kilku słowach i nie potrafiłam go sobie przypomnieć.

Jedyną pieśnią, którą wtedy mogłam w miarę składnie zaśpiewać, był hymn Warownym grodem. Nuciłam go niemal bez przerwy. "Choć diabłów pełen byłby świat, co połknąć nas by chcieli, my nie boimy się ich zdrad, będziemy triumf mieli..." - te frazy nigdy nie miały dla mnie tak głębokiego sensu i mocy. I choć "stary, chytry wróg czyhał, by mnie zmóc", ja wyznawałam, że "nie boję się jego zdrad", mimo że serce drżało we mnie jak w ptaku schwytanym w sidła. Gdy byłam sama, raz po raz coraz głośniej nuciłam tę pieśń, wpatrując się w smutny krajobraz za oknem.

Wiedziałam, że własnymi siłami "nie zdołam zmóc złego", którego ataki sprawiają, że wpadam w coraz większą czarną dziurę. W końcu zaczęłam szukać pomocy.

Trafiłam do mądrego, wierzącego lekarza, który bardzo szybko postawił diagnozę. Otrzymałam jedną receptę na leki antydepresyjne oraz drugą z zapisanym wersetem z Listu do Filipian 4,6-8: Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, strzec będzie serc waszych i myśli waszych w Chrystusie Jezusie. Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały.

- Nie troszcz się, ale całkowicie powierz swoje troski Bogu w modlitwie, a wypełni cię Jego pokój. Od ciebie zależy, o czym myślisz. Myśl tylko o tym, co jest prawdziwe, dobre i pozytywne. Na tym się koncentruj! Nie poddawaj się złym myślom, nie pozwól im płynąć, nie wierz w kłamstwa, które podsuwa ci szatan - mówił.

Na koniec zalecił, zwracając się do mnie i mojego męża:

- A teraz idźcie na kawę i dobre ciasto! - Jakby wyczuł, że od kilku dni prawie nic nie jadłam.

Potraktowałam wskazówki tego wersetu równie poważnie jak zalecenie przyjmowania tabletek. Wielokrotnie musiałam wręcz zmuszać swój umysł do tego, żeby nie skupiał się na tym, co złe, ale na tym, co pozytywne. To spowodowało przełom - zaczął się powolny proces zdrowienia. I choć depresyjne nastroje męczyły mnie jeszcze przez kilka miesięcy, stopniowo wracałam do równowagi.

Powierz swoje problemy Bogu. Choć jest to trudne, po ludzku prawie niewykonalne, nie koncentruj się na negatywnych myślach, które ci podsuwa szatan, myśl tylko o tym, co dobre i miłe - radzę innym i sobie. Wtedy nasz umysł stopniowo wypełnia prawdziwy Boży pokój, tak potężny, że "przewyższa wszelki rozum".

Modlitwy wysłuchane inaczej

Gdy ten artykuł ukaże się drukiem, będę już - mam nadzieję - w trakcie skutecznej rehabilitacji po zabiegu operacyjnym. Dziś, kiedy siadam do napisania artykułu, pozostał do operacji zaledwie tydzień.

Muszę się spieszyć, bo nie wiem, na ile moja ręka po zabiegu będzie sprawna i czy dam radę wystukać cokolwiek na klawiaturze (mam nadzieję, że tak!). Artroskopia stawu ramiennego i przestrzeni okołostawowej - nazwa operacji jest tak skomplikowana, że z trudem ją zapamiętuję. Opis tego, co chirurg będzie robił podczas zabiegu, zajmuje całą stronę specjalistycznej terminologii medycznej, którą dla laików można streścić następująco: za pomocą specjalistycznego sprzętu naprawione zostaną wewnątrzstawowe uszkodzenia.

- Co ty zrobiłaś? - pytają ci, którzy dowiadują się o czekającym mnie zabiegu.

- Ano... poślizgnęłam się na błotnistej drodze i niefortunnie podparłam, uszkadzając prawdopodobnie mięsień barku, a potem tą ręką chwyciłam biegnące po szkolnym korytarzu dziecko.

Zwyczajne, proste zdarzenia. Nic szczególnego - żaden skok na bungee, spektakularny wypadek czy ignorowanie niebezpieczeństwa. Codzienne sytuacje, ale ich konsekwencje bolesne i kosztowne. Szlachetne zdrowie,/ Nikt się nie dowie,/ Jako smakujesz (a współcześnie: Ile kosztujesz),/ Aż się zepsujesz - pisał poeta.

"Dlaczego tak się stało? Dlaczego do tego dopuściłeś?" - pytam i... uświadamiam sobie, że to niewłaściwe pytania do Pana Boga. Bo czy mam prawo w tej sytuacji żądać od Boga, bym była zdrowa i szczęśliwa, a moje życie usłane różami? Czy chciałabym, aby takie było? Oczywiście, ale takie zdarzenia na nowo uświadamiają mi, że wszystko, co mam, jest Bożym darem. Darem - czyli nie zapłatą ani moją zasługą. Rodzina, przyjaciele, zdrowie, praca, zasoby materialne... Sprawy wielkie i małe drobiazgi.

Dopóki to wszystko mam, dopóki całe moje życie funkcjonuje niezawodnie jak trybiki w szwajcarskim zegarku, wydaje mi się to naturalne. Nieraz uważam wręcz, że zasłużyłam na to jakimiś dobrymi uczynkami, a może wręcz zdobyłam to własnym wysiłkiem i ciężką pracą. Przyjmuję te rzeczy za taką oczywistość, że rzadko jestem za nie Bogu wdzięczna. Zbyt rzadko...

Niedawno bardzo poruszyła mnie pewna maksyma: A gdybyś rano obudził się tylko z tym, za co wczoraj podziękowałeś Bogu?. Tylko z tym? To miałabym... bardzo niewiele! Uświadamiam sobie, za ile rzeczy zapominam podziękować, ilu nie dostrzegam. Czy doceniam niesamowitą wartość relacji rodzinnych i przyjacielskich? Czy dziękowałam wczoraj za mojego troskliwego męża, kochające dzieci, stałą pracę, dobrą szefową, smaczne jedzenie na stole, wygodne mieszkanie, zdrowie?

Jakże często dopiero w momentach, w których coś tracę, dostrzegam niezwykłą wartość posiadanego dobra. Tak jak nie uświadamiałam sobie wielkiego znaczenia mojego ramienia i tego, jak mnóstwo funkcji spełnia. Dopiero teraz jestem w stanie docenić ten skomplikowany mechanizm. Teraz, gdy prawie każda czynność sprawia mi ból i trudność, a niektóre z pozoru banalne i automatyczne czynności - takie jak ubranie się, sprzątanie, krojenie czy prasowanie, a nawet przełożenie ręki w łóżku - są prawie niewykonalne. Chcę ukroić kromkę chleba - cierpię. Chcę obrócić się na drugi bok - czuję przeszywający ból. Mnóstwo z pozoru błahych czynności, które aktualnie... przerastają mnie. Dotychczas nie dostrzegałam ich znaczenia, dziś uważam je za cenne - i mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę je mieć ponownie.

Ileż w naszym ciele jest takich mięśni, ścięgien, stawów, więzadeł, kości, których istnienia nawet sobie nie uświadamiamy? Dopiero gdy doznajemy urazu, odkrywamy, jak skomplikowanym i precyzyjnym jesteśmy tworem. I wtedy, pełni podziwu dla Architekta tego dzieła, możemy powtórzyć za psalmistą: Wysławiam cię za to, że cudownie mnie stworzyłeś. Cudowne są dzieła twoje i duszę moją znasz dokładnie. Żadna kość moja nie była ukryta przed tobą, choć powstałem w ukryciu, utkany w głębiach ziemi (Ps 139,14-15).

Bóg zna doskonale każdą komórkę naszego ciała, nic nie jest dla Niego zagadką. I choć jestem pełna obaw przed operacją, wiem, że Boże oczy widziały czyny moje, w księdze Jego zapisane były wszystkie dni przyszłe, gdy jeszcze żadnego z nich nie było (Ps 139,16).

Modlitwy o cudowne uzdrowienie, które umożliwiłoby uniknięcie operacji, zanoszone przeze mnie i wiele bliskich mi osób, nie zostały spełnione. Niemniej wierzę, że Bóg ma dla mnie odpowiedź i zaingeruje w inny sposób, poprzez ręce lekarzy.

Czytając opis przebiegu operacji, jestem przepełniona coraz większym uznaniem dla umiejętności chirurgów. Jakąż mądrością obdarzył ich Bóg, że potrafią dokonywać tak niezwykłych rzeczy! Są w stanie przyszywać maleńkie, mikroskopijne wręcz nerwy, naczynia czy ścięgna.

Nie wiem, "dlaczego dzieją się takie rzeczy", ale jestem pewna, że Bóg mnie nie opuści! Będzie z personelem medycznym i ze mną na sali operacyjnej. I mogę wyznać słowami psalmu: Jak niezgłębione są dla mnie myśli twe, Boże, jak wielka jest ich liczba! (Ps 139,17). Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek, wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich. [...] Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu i kładziesz na mnie rękę swoją. Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza, zbyt wzniosła, bym ją pojął (Ps 139,3.5-6).

Dziesięciu i dwóch

Biblijna historia o dwunastu zwiadowcach wysłanych do Ziemi Obiecanej fascynowała mnie od dziecka. Przeglądając ilustrowaną Biblię, zachwycałam się rysunkiem dwóch wysłańców niosących na ramionach gruby drąg, z którego zwisała gigantyczna kiść winogron. Nie umniejszał tego nawet fakt, że rysunek był niewielki i czarno-biały. Rosnące w ogródku mojego dziadka winogrona na tle tamtych wydawały się mikroskopijne, opowieść ta nabierała więc dla mnie szczególnego znaczenia.

Niestety Izraelitów nie przekonały entuzjastyczne zapewnienia Jozuego i Kaleba o ziemi "mlekiem i miodem płynącej", którą przygotował im Bóg. Ludzie obawiali się olbrzymów mieszkających w tamtych stronach. Pozostałych dziesięciu zwiadowców straszyło nimi: Wydawaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach (Lb 13,33b). Konsekwencje braku wiary były dotkliwe: czterdziestoletnia tułaczka po pustyni bez możliwości wejścia do obiecanej ziemi. Upragniony cel, który był tak bliski, osiągnęli spośród wszystkich dorosłych Izraelitów tylko ci dwaj, którzy uwierzyli w Boże przyrzeczenie.

O tym, że podobne historie mogą przydarzyć się nam współcześnie, mogłam się przekonać, pisząc jedną z książek. Doświadczyłam, że stające na naszej drodze "olbrzymy" mogą przybierać bardzo różną postać i tak nas przestraszyć, że zaczynamy wątpić w Boże zapewnienia.

Po półtora roku intensywnej pracy kończyłam pisanie powieści opartej, tak jak w przypadku wcześniejszych, na prawdziwej historii. Tekst przeszedł dwie pracochłonne korekty redaktorskie i wymagał już tylko drobnych poprawek. Projekt okładki - w przygotowaniu, modele do zdjęć umówieni i oczekujący na wiosenny plener. Nawet zagraniczne wydawnictwo zadeklarowało już, że w następnym roku wyda tę książkę w obcym języku.

Przed przystąpieniem do pisania zawsze modlę się o to, by wybrać właściwą historię. Następnie kontaktuję się z poszczególnymi osobami, by uzyskać zgodę na opublikowanie ich przeżyć jako inspiracji do fabuły.

Tak było i tym razem. Kobieta, która miała posłużyć za pierwowzór głównej bohaterki nowej powieści, z ochotą się zgodziła, świadoma, że jej życie, wzruszające i wstrząsające zarazem, jest świadectwem tego, że Bóg dokonuje cudów i może podnieść człowieka z najgłębszego bagna życia i postawić na mocnej skale.

Ostatnim etapem tworzenia miała być rozmowa z dwoma osobami powiązanymi z tą historią. Nie musiałam jej przeprowadzać, ponieważ podczas pisania polegałam na ich wypowiedziach, które są publiczne i ogólnodostępne w Internecie, ale pragnęłam uzyskać ich akceptację. Nie chciałam jednak robić tego mailowo, spotkałam się z nimi osobiście. Niestety usłyszałam zdecydowany sprzeciw - i to nie tylko wobec wykorzystania ich wątku w powieści, ale i tego, by książka w ogóle się ukazała.

Wyszłam z tego spotkania całkowicie rozbita, wręcz załamana. "Boże, co ja mam robić? Zostawić tę sprawę czy kontynuować?" - zastanawiałam się. Problemu nie stanowiła praca (moja i wielu innych osób) włożona w tę książkę, ale to, czy publikując ją, postąpię zgodnie z Bożą wolą. Mogłam się tylko modlić o jasny znak od Boga i odzyskanie pewności, jaką miałam przed rozpoczęciem pisania. O to, by chwała Pana ukazała (mi) się tak jasno jak Izraelitom w Namiocie Zgromadzenia.

Nie potrafiłam myśleć o niczym innym niż ten projekt. (Dziś wiem, że - jak Kaleb i Jozue - napotkałam wtedy olbrzymy, które mnie przeraziły). Często dyskutowałam z moim mężem, który był świadkiem tamtej rozmowy, pisałam maile do zaufanych osób, ale przede wszystkim wiele się modliłam. W ciągu zaledwie trzech dni - tak jak zwiadowcy wysłani do Ziemi Obiecanej - zobaczyłam pierwsze "zachwycające owoce". Otrzymałam zapewnienie, które Jozue i Kaleb wypowiadali wobec ludu: Nie lękajcie się ludu tej ziemi [...]. Pan jest z nami. Nie bójcie się ich! (Lb 14,9). "Główna bohaterka" ujęła to w mailu następująco: "Jesteś prawdziwym wojownikiem, nie poddawaj się teraz!".

Nigdy nie myślałam o sobie w kategorii wojownika. To osoby, o których piszę, uważam za niezwykle dzielne - mają odwagę podzielić się świadectwem swojego życia. Mnie często ogarniają wątpliwości, wolę odpuścić niż walczyć, bojąc się przegranej i tego, że nie mam racji. Czasem, jak pokolenie Izraelitów, wolę "wrócić do Egiptu". Lecz słysząc tak wiele Bożych obietnic, poczułam się jak Jozue i Kaleb, ale czterdzieści lat później - gdy z nowym pokoleniem, które już nie pamiętało egipskiej niewoli, zdobywali Ziemię Przymierza.

Musiałam wprawdzie poświęcić wiele godzin na przeredagowanie tekstu, ale dziś, gdy patrzę z perspektywy czasu, wiem, że dzięki tym zmianom bardziej uwidoczniona została chwała Niebiańskiego Ojca, a nie osób związanych z opisaną historią. Przekonałam się też kolejny raz, że nie muszę bać się olbrzymów pojawiających się na mojej drodze. Stale uczę się być tak odważna i dzielna jak Jozue. Choć nie brakowało mu odwagi, jego też Bóg wielokrotnie musiał motywować: Bądź mocny i mężny! Nie bój się i nie lękaj się, bo Pan, Bóg twój, będzie z tobą (Joz 1,9).

Wolność oczywista?

Powiedzenie, że do dobrego człowiek łatwo się przyzwyczaja, zna chyba każdy z nas. Nawet najpiękniejsze przedmioty i najlepsze warunki z czasem powszednieją. Cudowny widok z balkonu, wyczekany samochód czy upragnione mieszkanie szybko przestają zachwycać. Sukienka kupiona rok temu czy buty sprzed dwóch sezonów nie budzą już emocji, a podwyżka, z której jeszcze niedawno się cieszyliśmy, dziś okazuje się niewystarczająca.

Podobnie dzieje się z wartościami naprawdę fundamentalnymi. Jedną z nich jest wolność. A może należałoby napisać: Wolność - przez wielkie "W"? Mam bowiem na myśli wolność naszego kraju, a szerzej - wolność państw dawnego bloku wschodniego. (I nie chodzi tu, jak tłumaczy to młodzieży mój kolega, o blok na osiedlu).

Spokojnie, wbrew pozorom nie zamierzam pisać o polityce, choć temat siłą rzeczy się z nią splata. Warto jednak przypomnieć, że tzw. blok wschodni - zwany też socjalistycznym, komunistycznym lub "demoludami" - obejmował kraje Europy Środkowej i Wschodniej pozostające w latach 1947-1991, czyli w okresie zimnej wojny, pod dominacją Związku Radzieckiego. Należała do nich również Polska.

System ten zaczął się rozpadać w 1989 roku. Impulsem stały się pierwsze częściowo demokratyczne wybory w Polsce, które uruchomiły efekt domina: upadek Muru Berlińskiego i kolejnych reżimów w innych krajach. Zmiany te przyniosły nie tylko wolność polityczną, ale także religijną.

Moi rówieśnicy doskonale pamiętają czasy komunizmu: puste półki sklepowe, chroniczne braki towarów, paczki z żywnością i ubraniami od chrześcijan z Niemiec i Holandii. Bez tej pomocy wielu ludziom trudno byłoby przetrwać.

Do dziś wspominam starszą Holenderkę, którą nazywaliśmy "babcią Anie". Pewnego dnia zdjęła z nóg swoje obuwie... i mi je podarowała. To były jedyne półbuty, jakie wtedy miałam.

Te reminiscencje odżyły we mnie, gdy zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, przez trzy lata pracowałam nad powieścią Nic do oclenia, osadzoną w realiach komunizmu. Traktuje ona o przemycaniu tysięcy, a nawet milionów egzemplarzy Pisma Świętego z Europy Zachodniej do Polski i Czechosłowacji, a następnie do Związku Radzieckiego, gdzie druk Biblii był zakazany lub skrajnie ograniczony. Na kilkusetosobowy zbór przypadała często jedna Biblia, czasem nie miał jej nawet pastor. Pismo było traktowane jak skarb - za jeden egzemplarz płacono równowartość krowy. Za przewożenie, kolportowanie lub posiadanie kilku egzemplarzy groziło więzienie i wieloletnie łagry (niektórzy nigdy z nich nie wrócili). Mimo to tysiące ludzi miały odwagę przemycać Biblie za żelazną kurtynę - o tym, kim byli i jak działali, jest moja powieść.

"Mam ciarki na plecach, gdy myślę o tym, co ci ludzie przeżywali i jaką cenę płacili za wiarę" - napisała mi jedna z czytelniczek.

Dziś w naszym kraju panuje wolność - także religijna. Możemy bez przeszkód uczestniczyć w nabożeństwach, kupować literaturę chrześcijańską, organizować koncerty i festiwale dla dziesiątek tysięcy ludzi. Nawet dla tych, którzy pamiętają poprzedni ustrój, stało się to czymś oczywistym.

Jak pisałam na początku, do dobrych rzeczy szybko się przyzwyczajamy. Do spotkań bez kontroli służb, do wydawania książek bez cenzury, do kolejnych przekładów Biblii dostępnych jednym kliknięciem...

Te ogromne zmiany stały się tak naturalne, że zapominamy za nie dziękować. Dopiero dramatyczne nagłówki - o atakach na chrześcijan w Korei Północnej, Burkina Faso czy Chinach - uświadamiają nam, jak uprzywilejowanym miejscem jest Europa. Informacje organizacji Open Doors poruszają i niepokoją, choć często wydaje się, że dotyczą "dalekiego świata".

Czy w świetle tych faktów okazujemy Bogu wdzięczność za sytuację w naszym kraju? Przyznaję, robię to zbyt rzadko. Praca nad powieścią i rozmowy z ludźmi, którzy ryzykowali wszystko, by przemycać Biblię, na nowo otworzyły mi oczy i przypomniały, że dar wolności nie jest nam dany raz na zawsze.

Ziarnko do ziarnka...

Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka - głosi ludowe przysłowie. Przypomniało mi się ono w ostatnim czasie, gdy moi rodzice musieli wyprowadzić się z mieszkania, które zajmowali przez ponad czterdzieści lat, a w którym wcześniej mieszkali moi dziadkowie.

Mieszkanie było niezwykle przestronne, z ogromnym strychem i piwnicą. Wiem, że mieszkańcy maleńkich klitek w blokach, z minipiwniczką, westchną w tym momencie: "Takim to dobrze...". Ale duże mieszkanie także ma swoje minusy, sprzyja bowiem myśleniu: "To się jeszcze przyda", co w praktyce oznacza: "Wynieś stare graty na strych".

Ziarnko do ziarnka, talerz do talerza, pudło do pudła, szafka do szafki... Kto kiedykolwiek się przeprowadzał, wie, co to oznacza. Ileż rupieci gromadzimy w ciągu kilku dziesięcioleci, bo "wszystko może się przydać". Pudła starych słoików bez zakrętek - "bo będzie się robiło przetwory na zimę". Kartony pełne starych butów - "bo można je użyć do pracy w ogrodzie". Stosy kolorowych gazet - "były takie interesujące, a do tego są w nich przepisy kulinarne". Przewodniki i foldery z podróży sprzed trzydziestu lat - "bo kiedyś znajdziemy czas, by powspominać" (tylko kiedy?). Worek kokardek z kwiatów i starych sznurków - "a nuż trzeba będzie coś przewiązać?". Stos talerzy - resztki z sześciu różnych serwisów - i filiżanki bez ucha, wciśnięte w róg spiżarni...

Co z nimi zrobić? Wyrzucić trochę szkoda, bo to nasz prezent ślubny. Ustawiamy więc na środku kuchni pudło na rzeczy "niepewne". Niedługo lądują w nim stare miseczki, wazoniki, podstawki niewiadomego przeznaczenia - jedna rzecz z kompletu, coś w kwiatki, coś w paski. Nie da się zabrać wszystkiego, bo nie zmieści się w nowym mieszkaniu, a podarować komuś niezręcznie - nie wiadomo, czy nie poczuje się urażony. W tym momencie dochodzę do wniosku, że amerykański zwyczaj wyprzedaży garażowych jest wspaniałym pomysłem. Może ktoś chciałby półmisek za złotówkę, skoro mam ich dziesięć. Albo niemiecki zwyczaj tłuczenia starej porcelany, gdy ktoś wychodzi za mąż. Oni nie mają potem takich dylematów!

Niedługo "niepewnych" pudeł jest już kilka. Są w nich obrazy, które tkwiły za meblami, bo zabrakło ścian, sztućce, serwetki, obrusy, ręczniki. Wkrótce dołączają do nich kosze pełne książek. Stare listy, laurki, dywany, firany, gumki, nitki, doniczki, sitka i to "coś" - zagadkowy przedmiot o niejasnym przeznaczeniu. Krztusząc się kurzem, ostrożnie schodzę po próchniejących schodach, znosząc pudełko starych podręczników z czasów liceum, które przezornie zostawiłam dla siostry - tyle że w międzyczasie zmienił się program nauczania.

Cały czas mam dylemat, czy powinnam wszystko wyrzucić. Romantyczna część duszy błagalnie woła: "Nie!", ale za chwilę do głosu dochodzi realistyczna część, która energicznie krzyczy: "Do kubła na śmieci albo na makulaturę!".

To, co spakowaliśmy, przewozimy do nowego mieszkania, ale jest ono o wiele mniejsze i nie ma tam strychu, więc przestrzeń szybko się zapełnia.

A co mamy zrobić z resztą?

Ziarnko do ziarnka... - mruczę, znosząc ze strychu trzecią starą lampę. "Po co w ogóle ktoś ją tam wnosił? Trzeba było od razu wyrzucić!" Stare lalki z ułamaną ręką, wózek sprzed niemal czterdziestu lat - wydawało się, że jeszcze komuś posłuży, a był po prostu zbyt wielki i staromodny. Składane łóżko, podarty plecak i dziurawy materac dmuchany, który nigdy nie doczekał się reperacji. Choć nikt nie używał tych rzeczy od lat, szkoda było pozbyć się takich "skarbów".

"Po co nam tyle rzeczy w życiu?" - myślę.

Ciężko pracujemy, by kupić - często niepotrzebne - przedmioty, bo reklamy, telezakupy i rady koleżanek upewniają nas, że "musimy to mieć". Na stres - sweterek (wyjątkowa okazja!). Na chandrę - krem (super promocja!). By oszczędzić czas - mikser kuchenny (tani, choć niesprawdzonej firmy). Po chwili przedmioty zaczynają nas osaczać i wkrótce to my im służymy: odkurzamy, upychamy, sprzątamy, przestawiamy... Bez końca.

Postanawiam, że nie dopuszczę do tego w swoim domu. Gdy stwierdzę, że czegoś nie potrzebuję, rozdam to, póki jest w dobrym stanie i może sprawić komuś radość. Szczególnie ubrania, które mają skłonność do "rozmnażania się". Zarządzam kontrolę zawartości szaf - najlepiej co roku. Jeśli przez kilkanaście ostatnich miesięcy nie założyłam jakiegoś ciuszka, przekażę go dalej. Przed zakupem najpierw dobrze przemyślę, czy nowa torebka jest mi niezbędna. "Czy naprawdę potrzebuję tylu kurtek i szalików? A dzieci - tylu zabawek?"

Zbieractwo mam chyba w genach po wszystkich kobietach w rodzinie z obu stron - tyle że one żyły w ciężkich wojennych i powojennych czasach, gdy wszystkiego brakowało. Ja już nie muszę tak oszczędzać.

Stwórca powiedział, że to człowiek ma panować nad ziemią, nie odwrotnie. Moją "ziemią" jest moje mieszkanie - i to ja mam panować nad nim, a nie ono ani żadne przedmioty nade mną.

Ziarnko do ziarnka... Muszę dopilnować, by moja miarka zawsze była właściwie napełniona.

Informacje o książce

Autor: Lidia CzyżRedakcja: Dominika Czyż-KufelKorekta: Iwona Hardej, Sara PieszkaSkład i przygotowanie e-booka: Marta LegierskaProjekt graficzny okładki: Sandra Holona-Biegun

Zdjęcie na okładce: Jasmin Chew (Unsplash)

Druk i oprawa: Drukarnia Abedik

Copyright ? Lidia Czyż, 2026Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiekinny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty biblijne pochodząz Biblii warszawskiej (Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu,Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 1975).

Artykuły zamieszczone w książce zostały oparte na wybranych tekstach ogłaszanych w kwartalnikach "Nasze Inspiracje" (w latach 2000-2020) oraz "Warto" (w latach 2005-2015). Część felietonów ukazuje się drukiem po raz pierwszy.

Wydawca: SzaronKsięgarnia | Wydawnictwo | Hurtowniaul. 3 Maja 49a, 43-450 Ustrońtel. 503 792 [email protected] [email protected]

Wydanie I, Ustroń 2026ISBN 9788382473032