10 MIESIĘCY WCZEŚNIEJ
Blady świt wstał nad polami, które w nocy przykryła kolejna warstwa śniegu. Tu i ówdzie pomrukiwały krowy, a w sąsiednim domostwie histerycznie zapiał kogut. Wieś budziła się po długiej zimowej nocy.
- Napij się - odezwał się stary człowiek. - Ciepłe mleko, no, pij.
Anna nic nie mogła poradzić na to, że aż nią wstrząsało z obrzydzenia. Nie znosiła mleka, a już takie świeże, spienione, prosto od krowy, wydawało jej się wyjątkowo wstrętne. Śmierdziało oborą. A jednak piła. Duszkiem, żeby mieć to już za sobą. I przede wszystkim - nie rozczarować starego człowieka.
Jak to się stało, że trafiła do jego domu na skraju wsi Merke? Dość długo nie mogła sobie przypomnieć. Przez kilka dni leżała w malignie, nieświadoma tego, że ktoś ją troskliwie pielęgnuje, obmywa jej zakrwawione ciało i cierpliwie poi, kropla po kropli, zwilżając szmatką spieczone usta.
A potem odzyskała przytomność. Z dusznych, męczących snów, w których nie działo się nic konkretnego, a jedynym, co Anna z nich pamiętała, było dojmujące poczucie krzywdy i zagrożenia - nagle przeniosła się do jawy, do tu i teraz.
Tu i teraz było dobre, ciepłe, bezpieczne. Stary człowiek nie pytał, kim jest i skąd przybyła. Ona także nie zadawała żadnych pytań. Przez pierwsze dni po odzyskaniu przytomności usiłowała sobie jedynie przypomnieć, jakim cudem znalazła się w tym pachnącym starością domu.
Niektóre rzeczy pamiętała bardzo dokładnie. Na przykład to, jak od wielu miesięcy Helmut Stieman, ten obrzydliwy faszysta paradujący w brunatnym mundurze, szantażował ją, że jeśli nie będzie spełniała jego seksualnych zachcianek, doniesie na jej ojca, który był przeciwnikiem Hitlera i deklarował, że nie jest Niemcem, lecz Serbołużyczaninem. To, jak po każdym ataku epilepsji Stieman straszył, że takich jak ona naziści sterylizują, aby nie mogli się rozmnażać - dokładnie tak to określił. Że wytną coś w jej brzuchu lub zaszyją krocze.
To, jak ją gwałcił, gryzł i szczypał, i jak podniecało go, kiedy płakała z bólu. Jak z dumą opowiadał, że okradł Jacoba Dulke, i zasugerował, że go zabił (nie powiedział tego wprost, ale ona się domyśliła). To, jak doniósł na jedynego chłopca, który kiedykolwiek okazał Annie sympatię - Petera Kesslera.
Tak, wszystkie te rzeczy były nadal boleśnie żywe i wyraźne w jej pamięci. Nieco gorzej radziła sobie ze wspomnieniami z owej grudniowej nocy, kiedy w wynajętym mieszkaniu upiła swego prześladowcę i podcięła mu gardło. Na początku krew chlusnęła i potem przez kilka minut wypływała pulsującym strumykiem, kiedy Helmut usiłował walczyć, nie uświadamiając sobie, że ręce ma przywiązane do ramy łóżka. Wierzgał bezradnie nogami i dławił się posoką, narobił hałasu, ale na szczęście dość szybko przestał się poruszać.
Wówczas Anna ubrała się - do tej pory wszystko robiła nago - i podwinęła rękawy sukienki. Uklękła na podłodze, odmówiła modlitwę, po czym ujęła nóż do ćwiartowania świni, ten sam, którym wcześniej zaszlachtowała Stiemana, i usiłowała podciąć sobie żyły. Zdawała sobie sprawę, że nie zdoła uniknąć odpowiedzialności. Wszyscy wiedzieli, że spotykała się z Helmutem, więc zapewne dla policji jej udział w zbrodni będzie czymś oczywistym. Poza tym właścicielka mieszkania była okropnie wścibską, typową małomiasteczkową plotkarą; widywała ich razem i często podglądała przez judasza, gdy wchodzili po schodach. Zapewne poprzedniego wieczoru było tak samo.
Anna nie zamierzała dać się zamknąć w więzieniu. Zwłaszcza że nie czuła się winna. Przeciwnie - początkowo nawet rozpierała ją duma z powodu tego, czego dokonała. Usunęła ze świata najgorszego człowieka, jakiego znała. Zupełnie jakby wyrwała z korzeniami chwast, który odbierał pożywienie i słońce dobrym, pożytecznym roślinom. Tak to postrzegała. Wiedziała jednak, że żaden sąd jej nie uniewinni. Nikt nie uwierzy, że Stieman ją gwałcił, a nawet gdyby zdołała to udowodnić, to przecież była Wendyjką, on zaś - Niemcem czystej krwi, z chorą dumą noszącym swój obrzydliwy mundur w kolorze sraczki. Według nazistów Słowianie po to właśnie istnieli, by być podnóżkami dla rasy panów, zaś w opinii Hitlera sens istnienia kobiety stanowiły służba mężczyznom i rodzenie dzieci. Żaden sędzia nie uzna, że dziewczyna działała w obronie własnej albo że miała prawo sama wymierzyć sprawiedliwość swemu oprawcy.
Dlatego - przemyślawszy rzecz całą na chłodno, bez emocji - postanowiła popełnić samobójstwo. Wydawało się to łatwe. Gdy człowiek nie ma odwrotu, po prostu podejmuje decyzję. Jedno cięcie i po sprawie, czyż nie? A jednak Anna nie mogła. Przykładała nóż do nadgarstków i cięła, lecz powstały jedynie powierzchowne rany. Nie potrafiła mocniej przycisnąć ostrza. Krwi było dużo, coraz więcej, wciąż jednak nie tyle, by od tego umrzeć. Krzepła niemal natychmiast. Powinnam ciąć głębiej, myślała dziewczyna z rozpaczą, ale z jakiegoś powodu nie była w stanie. Jej ciało broniło się przed realizacją owego pomysłu, a ból poranionych tkanek sprawiał, że znajdowała się na skraju wytrzymałości. W końcu przyłożyła czubek noża do brzucha i usiłowała nabić się na niego, lecz i tego nie potrafiła przeprowadzić - zniszczyła tylko sukienkę i kilkakrotnie nakłuła skórę, jednak ostrze nie wniknęło głębiej.
W tym właśnie punkcie jej pamięć zaczynała szwankować - do owego momentu pamiętała wszystko, zaś z reszty nocy - jedynie strzępy, oderwane od siebie obrazy, jakby to była fotografia, którą ktoś podarł na drobniutkie kawałki, a potem nie mógł poskładać jej w całość. No więc przypominała sobie, że włożyła buty i wybiegła w noc, w ciemność, na chłód i wiatr, bez płaszcza, w podziurawionej, zaplamionej krwią sukience. Miasteczko Sommerfeld pogrążone było we śnie - nikt jej nie widział. Minęła Büttelturm oraz park zamkowy i skierowała się od razu w stronę Lubst, chcąc po prostu rzucić się do rzeki, by dokończyć to, co tak nieudolnie zaczęła. Teraz następował taki fragment, którego nie pamiętała wcale - zapewne rzeczywiście znalazła się w lodowatej wodzie, może nawet straciła przytomność, lecz nie utonęła, zapewne dlatego, że rzeka była w tych okolicach za płytka. Co się działo dalej? - Anna nie miała pojęcia. Czy dostała ataku epilepsji? Zemdlała, a nurt zniósł ją gdzieś do brzegu? Kiedy odzyskała świadomość, leżała naga pod grubą pierzyną, a wokół unosił się kojący zapach ziół i drewna. Dorzucane do pieca polana trzaskały przyjaźnie, niemal wesoło.
Stary człowiek nie dociekał, skąd rany na jej rękach i brzuchu. Poplamioną krwią sukienkę spalił, a gdy dziewczyna się ocknęła, w zamian dał jej inną - nieco już niemodną, lecz wciąż w dobrym stanie, tyle że za dużą.
- Należała do córki - powiedział tylko. - Ma na imię Marta.
Upłynęło jeszcze kilka tygodni, minęło Boże Narodzenie, przez starego człowieka obchodzone bardzo skromnie. Dni stawały się coraz dłuższe, choć zima wciąż trwała; Anna widziała przez okno, że z dachu zwisają sople ostre niczym sztylety. Nie leżała już w łóżku, przeciwnie - odczuwała trudną do zwalczenia pokusę, by się krzątać po domu. W słoneczne dni, kiedy z sopli kapała woda, dziewczyna uchylała okno i wdychała dochodzący spod śniegu zapach rozmarzającej ziemi. Właściwie mogłaby się czuć zupełnie dobrze: było jej ciepło, a milczenie starego człowieka odczuwała jako kojące. Istniały jednak dwie rzeczy, które odbierały jej spokój.
Pierwszą z nich był lęk przed policją, która zapewne robiła wszystko, by ją znaleźć. Anna nie znała się zupełnie na metodach śledczych, lecz wyobrażała sobie psa tropiącego, który podąża jej śladem, dochodzi do miejsca, w którym rzuciła się bądź wpadła do rzeki... I co dalej? Tu jej wyobraźnia szwankowała; a może zresztą nie była to kwestia wyobraźni, lecz braku wiedzy. Czy zapach krwi, z pewnością bardzo wyraźny na sprzętach i ubraniach, utrzymał się także w wodzie - w dodatku wartko płynącej? Czy pies (o ile w ogóle go użyto) doprowadził inspektora policji kryminalnej do miejsca, gdzie stary człowiek wyciągnął Annę na brzeg? Co, jeśli trafią także do wsi Merke? Wizja policjanta walącego w drzwi i wywlekającego ją na śnieg, prześladowała ją we śnie i na jawie.
Drugim powodem zmartwienia Anny byli ojciec i matka. Nawet nie w tym rzecz, co czuli, co pomyśleli, dowiedziawszy się, że ich córka popełniła zbrodnię. Nie, to wydawało się w tej sytuacji mniej ważne. Najistotniejsza sprawa - czy byli bezpieczni. Dziewczyna usiłowała sobie wyobrazić, jak potoczyły się wydarzenia po owej makabrycznej nocy. Czy Helmuta znaleziono już nazajutrz, czy dopiero po kilku dniach? A jeśli po kilku, to czy w międzyczasie rodzice zaczęli jej szukać? Czy zgłosili zaginięcie na policji? Anna miała nadzieję, że tak, bo gdyby tego nie zrobili, stawiałoby ich to w złym świetle. Policja zaczęłaby podejrzewać, że zwlekali celowo, aby umożliwić jej ucieczkę. Ojca i tak od dawna obserwowano, jego panslawistyczne poglądy były ogólnie znane, podobnie jak działalność w serbołużyckim towarzystwie "Domowina", więc już wcześniej wisiała nad nim groźba aresztowania. Czy zatem Anna mogła żywić nadzieję, że konsekwencje jej czynu rykoszetem nie uderzą w niego?
Długo myślała, co mogłaby zrobić, by go chronić, aż wreszcie znalazła rozwiązanie - a stało się to dzięki wizycie córki starego człowieka, owej Marty, której ubrania teraz nosiła. Kobieta przyjechała znienacka, bez zapowiedzi, i od progu zaczęła przepraszać ojca, że dopiero teraz. Anna w popłochu weszła do szafy i skuliła się za płaszczami oraz sukienkami pachnącymi naftaliną. Nie była pewna, czy stary człowiek chciałby, aby jego córka dowiedziała się o tym, że zaopiekował się niedoszłą samobójczynią.
Zapewne nie chciał, bo nie wprowadził Marty do pokoju, ugościł ją w kuchni. Anna, z uchem przyklejonym do tylnej ścianki szafy, słyszała wyraźnie brzęk szklanek i spodeczków, syk pary wydobywającej się z czajnika i utyskiwanie Marty na to, że ojciec jest uparty, bo nie pozwala się zabrać do Sorau, gdzie przecież miałby opiekę i mógłby bawić się z wnukami.
- Wiesz, że lubię być sam - mruknął tylko, a Anna wyobraziła sobie dobrotliwy uśmiech na jego twarzy.
- Ale zimą ciężko samemu. Drewna musisz narąbać, w piecu napalić...
- Całe życie to robiłem.
- Tato... - Kobiecy głos umilkł na dłuższą chwilę, a potem jakby niepewnie dokończył: - Ja się martwię, że znowu ci przyjdzie do głowy skończyć ze sobą... Że w tych zimowych ciemnościach opadną cię dawne złe myśli.
- Nic mnie nie opadnie - uciął sucho gospodarz. - A jeśli się o mnie martwisz, to po prostu pisz. Wiesz przecież, jak lubię listy.
W ten oto sposób Anna dowiedziała się, że stary człowiek też kiedyś usiłował pożegnać się z tym światem, tak jak ona odejść na własnych warunkach. Nie zapytała kiedy, z jakiej przyczyny i jakim sposobem, lecz teraz stało się dla niej jasne, dlaczego z taką cierpliwością zaopiekował się nią i pielęgnował jej rany na nadgarstkach. Przeszliśmy podobną ścieżkę od ciemności do światła, myślała. Może i jest ode mnie starszy o kilkadziesiąt lat, lecz najwyraźniej są takie sprawy, które łączą pokolenia. Wszyscy jesteśmy w gruncie rzeczy podobni, tak samo się rodzimy, boimy się, cierpimy... I pragniemy tego samego: bezpieczeństwa, spokoju i dobra. A gdy tego zabraknie, postanawiamy uciec.
Marta pożegnała się wkrótce potem i - zapewniwszy ojca, że gdyby czuł się samotny, w każdej chwili może się do niej przeprowadzić - wyszła, zabierając trochę jajek i dwie gomółki twarogu dla dzieci. Z podsłuchanej rozmowy Anna wywnioskowała, że dobrze jej się powodzi, mieszka w Sorau, a jej mąż Günther jest urzędnikiem. Lecz wizyta tej kobiety stała się ważna z innego powodu. Słowa starego człowieka - "po prostu pisz" - podsunęły jej pewien pomysł.