Gehenna czyli dzieje nieszczęliwej miłości - Helena Mniszkówna

Kup ebooka

19.99 zł
15.99 zł (4,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3. Czarci mostek

I znowu minął rok.

Siedzą we czworo na polance małej, wśród boru, pod "czarcim mostkiem". - Taką nosi nazwę uroczysko leśne, odległe od Wilczar, przecięte przez środek małą grobelką "z piekła rodem", z mostkiem "gdzie straszy", jak niesie legenda. Siedzą przy ognisku. Stary borowy Grzegorz dokłada chrustu, płomień bucha w górę falistym słupem, krwawozłotym, przyjaźnie zbratanym z dymem czarnosiwym. Sypią się gęsto iskry ostre, ogniste, ogień pryska, roznosi specyficzny zapach dymu i płonących gałęzi. Raźny jakiś nerw budzi się w gromadce, trzask wesoły biegnie po polanie, wołając - ogień! ogień! Ale ogień ujęty w ramy okopanej ziemi jest bezpieczny i piękny. Faluje coraz wyżej, dym puszcza nad sobą, ciska się, złości, rozjaskrawia lub płonie purpurą, ma ochotę pobujać wśród sosen. Och! lizałby im korę, gryzł trzewia, przemieniałby zielone igły w brązowe sople, kurczyłby soczyste liście brzóz, szumiałby, huczał jak żywioł prawdziwy i rozpanoszony. Och! trzaskałyby szyszki, umykałby zwierz leśny, a ogień parłby naprzód, w górę, wszerz i w płonący uścisk chwytał bór wielmożny, taki dumny, groźny, zda się niezwalczony. Puśćcie mię jeno i nie brońcie! Skruszę tę potęgę, zegnę ją w pokłonie dla siebie, że legnie u mych stóp ognistych sczerniały bór, popiołem okryty, nędzny jak żebrak, nie!... spalony, straszny jak trup. Pozwólcie mi jeno... Jam jest mocarz nad mocarze.

Ale stary Grześko czuwa, on zna temperament cichego ogienka, co umiejscowiony, wzięty w karby, już teraz wygląda jak zaborca krwiożerczy, łaknący pogorzeliska.

- Nie, kraśny kogutku, nie zapiejesz ty na cały bór, nie bój się - mówi z flegmą, ogarniając łopatą ziemię dokoła stosu.

Andzia, Lorcia i Staś Smoczyńscy, skupieni ciasno przy sobie, zajadają ze smakiem zabrane z domu prowianty: chleb razowy, kiełbasę, ser z kminkiem, wszystko proste i skromne, jak wypada koczownikom leśnym.

Jaś chrupie w zębach główkę białej cebuli i śmieje się z dziewcząt, które go za to krytykują.

Tylko Grześko podziela zdanie panicza.

- Cebula daje moc i chytrość, a krew to po cebuli tak kipi, jak w garnku. Niech panienki spróbują.

Lecz panienki się krzywią.

- Grześku, czy dziś zobaczymy łosie? - pyta Andzia.

- Jak wyjdą na żer, to zobaczymy, a jak nie, to ich człowiek nie najdzie; tak się w wiszarach a sołotwinach bagnistych zaszywają; chyba by czart ich nalazł.

- Niech no Grześko nie mówi tego słowa w tym miejscu - szepcze Tarłówna.

Ale Lorka jest odważniejsza.

- Ja się tam nie boję, owszem, ciekawam diabła, może on tu gdzieś siedzi za krzakiem?

- Za krzakiem nie - odrzekł Grześko - bo blisko ognia to on nie siada, ma dosyć w piekle, na co jeszcze się na świecie prażyć. Ale pod mostkiem to on jest, ja go nieraz widział, ja na niego mam zaklęcie, niech się panienki nie boją.

- To Grześko czarownik?

- Czarownik, nie czarownik, choć ludzie mnie takim zrobili, ale często tędy łażę przy obchodzie służbowym, to i czasem strach. Stary borowy, Kuźnik nauczył mnie tego zaklęcia, to już teraz ja spokojny. Tylko jak mijam mostek, to idę tyłem, patrzę mocno na most i gadam zaklęcie, już wtedy nie ruszy.

- Jakież to zaklęcie, powiedzcie?

Grześko bronił się.

- Umyślnie tego nie można mówić, bo straci siłę.

Obiecał, że po podwieczorku pójdą przez mostek i wtedy usłyszą.

Zgodzili się chętnie. Jaś nalegał, aby Grześ opowiedział im, jaki jest początek legendy o mostku. Zaprosili starego na podwieczorek, dając mu wielką porcję jedzenia. Sami zaś zabrali się do poziomek, uzbieranych po drodze. Pełen koszyczek jagód świeżych, połyskujących wewnętrznym sokiem, wzbudził apetyt. Czerpali zeń garściami, sypiąc do ust i miażdżąc jagody z rozkoszą, wreszcie dno zabłysło w koszyczku. Leśnik ocierał już wąsy brzegiem kapoty, dziękując panience, bojarzynce, jak nazywał Handzię.

- Teraz Grześ niech opowiada.

Usiadł w kucki, rękami objął kolana, wpatrzył się w ogień buzujący i zaczął mówić głosem niezwykłym, trochę przez nos.

- Dawno to było, bardzo dawno, jeszcze ten kraj był pod polską koroną. Rządził wtedy najmiłościwiej król, wojownik wielki, co Turków tęgo łupił, a nazywał się Jan Sobieski. Toż to wtedy żył w tych stronach bogaty bardzo pan, zamek miał harny i sług pokornych cały czambuł, rabami ich nazywali. Miał ziemi huk i stepów, gdzie tabuny koni się pasły i bory okrutne i jeziora rybne. Niczego mu nie brakło, ale Bóg jest sprawiedliwy; jak da dużo na wierzch, to mało pod spód, żeby się człek do nieba nie przyzwyczaił za życia, bo potem smakować nie będzie.

...Tak też i ten pan miał wszelakiego dobra w bród, a szczęścia nie było. Do czego się dotknął, to zaraz sczezło, tak po prostu, jakby topniało w ręku. Taj hodi! bida w duszy da bida. Żonkę pojął jak obraz, miłował, hołubił, w gronostaje, sobole a aksamity stroił, świata za nią nie widział, toż mu i umarła po urodzeniu dzieciątka... i już mu stopniała w ręku, spłynęła do ziemi.

...Synka małego chował jak skarb, patrzył na niego ze strachem w oczach a modlitwą na ustach, a w sercu to mu wyło do Boga o miłosierdzie nad tym synaczkiem, ile że i paniątko to było cudne, jako właśnie mak na stepie, co go słonko majowe urodzi. Ale cóż, ojciec musiał często synka i dwór opuszczać, bo szedł na potrzeby różne, na ratunek kraju, był wielkim władyką, to miał i obowiązki, a synek tymczasem na opiece sług zostawał. Stary bał się jakiegoś nieszczęścia, truchlał o dziecko miłowane, aż i ze strachu głupstwo zrobił. Wiadomo, zły duch, co nad tą rodziną wisiał, urządził sztukę. Pan, żeby to niby opiekę dać dziecku, pojął drugą małżonkę.

Nagły dreszcz przeszedł ciało Andzi. Podniosła oczy na Grześka i spytała głucho:

- Jak to, dał mu macochę?

A tak, pannuńciu, myślał, że zrobi dobrze; pohane takie dobro! na pohybel jemu poszło od tej pory. Nowa żona była to niewiasta chciwa, da żądna panowania. Ścierpieć nie mogła tego, że wszelkie dobro pana miało pójść w spadku dla syna, jej się samej chciało być wielką bojarzyną i wszystko sobie zachować. Przymilała się do męża a łasiła, jak kocica, co ma pazury schowane. Hołubiła małego Sebastianka, bo tak on się nazywał, żeby niby przypodobać się panu, a w duszy miała podłe myśli da złe zamiary. Chciała nieraz coś zadać małemu, żeby sczezł, ale bała się sądu pana, a i pan też, jakby przez serce ostrzegany, nianię starą a wierną przy synku trzymał, która go jak własnego oka strzegła. Tak biegły lata za latami. Sebastian rósł i z każdym rokiem piękniał. Macochę tylko nie bardzo honorował, jako że detyna przeczucie miewa czasem. Pacholęciem będąc konia dzielnie dosiadał, łuk tęgo naciągać umiał, z rusznicy to tak walił, jak rycerz najlepszy.

...Nie było dla niego konia, nie było trudu, ani strachu żadnego, rósł rycerz boży, dzielny a śmiały i gorący, jak ogień. Piękny taki, że ludzie się za nim oglądali, bo jak się wystroił w te wszystkie pańskie barwy a kierezyje, w pasy słuckie...

...Jak nadział zbroję rycerską z mieczem w ręku, to jak święty Jerzy, albo Michał Archanioł wyglądał. Cieszył się nim ojciec, cieszyli wszyscy i lubili bardzo, bo dobry był, a przymilny i dla panów, i dla sług. Nic jemu nie mogła zrobić macocha; raby dworskie rychło dorozumieli się, że pani panicza nie lubi, że tylko nie śmie, ale nosi w sobie gadzinę na niego i dobrze go pilnowali. Tak szły lata i oto Sebastian wyrósł na rycerza, miał już 20 lat. Ojciec woził go na pańskie dwory i na królewski dwór, nigdzie nie oddawał, bo mu syna żal było w świat puszczać; miał w dworzyszczu swoim mnicha mądrego, jezuitę, ten go uczył nauk różnych i miał takich rycerzy, co go z wojenną sztuką obznajmiali. Ale ot stała się obraza boska; macocha zakochała się w pasierbie swoim. Grzeszne myśli opadły niewiastę, pożyła już a jeszcze nie stara, poczuła żądzę do młodego rycerza, chciała go dla siebie zniewolić...

- Co on mówi? Nie bardzo rozumiem - szepnęła Tarłówna.

- Ja rozumiem doskonale - odrzekła Lorcia, zerknąwszy figlarnie na towarzyszkę.

Jaś zrobił komiczną minę.

- No i co, i co dalej? - podchwycił.

- A cóż, nieszczęście! Jak raz taki wąż kusiciel zagnieździ się w duszy a kusi ciało, to źre dotąd, aż doźre się do zbrodni. Macocha zaczęła judzić młodego; bezwstydna była jucha, gładka jeszcze; młody bojarzyn niewiast dużo w domu nie widywał, a już czuł Bożą wolę. Tatko strzegł, jak świętego, nie widząc, że już chłopak się do niewiast rwie. Macocha podsuwała się i kusiła, umiała widno zdrowo takie sztuczki, bo ot i zbałamuciła chłopca. Zły duch zrobił swoje. Pokochali się z sobą, macocha z pasierbem. Starego pana męczyła zmora jednej nocy, poszedł do syna, żeby się rozweselić. Nie ma go w izbie. Zestrachał się okrutnie i pędem do żony, żeby się może czegoś dowiedzieć, albo razem szukać. Bóg to wie, co jego tam niosło, może już taki los przeciwny? Wpada tedy do żony, a tu zbrodnia piekielna. To, co zobaczył, nie będę już gadać, bo...

- Mówcie, mówcie, mój Grześku kochany - zawołała Lorka.

Andzia i Jaś milczeli.

Stary borowy popatrzał na twarz Smoczyńskiej, rozpłomienioną ciekawością, z namiętnymi iskrami w oczach i pokręcił głową.

- Ale panienka to tyż... Pażyrna do tego. Boże chorony.

Lorka zakwitła pąsem, Grześko zaś mówi dalej:

- Zobaczył zgorszenie i obrazę boską, taj hodi! Wstyd straszny. Wściekła się w nim dusza, zamarło serce. Niedługo dumając, chlasnął mosiężnym świecznikiem, co go chwycił ze stoła, w żonę, ale ona, niegodna, odskoczyła i świecznik wyciął w samą skroń Sebastiana, ubijając go na miejscu.

- Jezus, Maria! Zabił syna - krzyknęła Andzia.

- Tak, zabił miłowanego syna - powtórzył stary jak echo, patrząc ponuro w gasnący ogień. - Może tak źle wymierzył, albo i sam nie wiedział, co robił. Tymczasem syna zabił, a macocha uciekła. Wył nieszczęsny bojar przy martwym ciele synaczka, tłukł łbem o ziemię, całował trupa syna, lecz go już nie ocucił. Wtedy to serce jego zagorzało zemstą nad żoną. Zabić ją za to, do lochu wtrącić za hańbę, za zbrodnię, za skuszenie dziecka i mord nad nim. Cały dwór postawił na nogi, da poszukiwania jej zarządził. Aż tu mówią mu, że tylko co bojarzynia z jednym wiernym kozakiem konno pognała w stronę borów. Tedy pogoń za nią, sam władyka, jak upiór straszny, leciał na czele zbrojnych rabów, z mieczem nad głową, z gęby mu pianę toczyło, ryczał jak tur, "krwi, krwi, zemsty". I walili przez pola i bory, przez łąki i gościńce, jak tabun koni piekielnych, na których wilkołaki gnają do mogił z powrotem, po nocnej hulance. Dojrzeli niewiastę i kozaka umykających co koń wyskoczy. Wpadli w ten oto bór, tylko że większy on wtedy był i straszniejszy. Koło tego mostka, jużci nie tego samego, ale tu na grobli, już, już ich doganiali, już szablę męża czuła na karku niewierna i zbrodnicza żona, już mieli ich złapać, aż ona raptem krzyknęła na cały bór... "Czarcie ratuj! Bo ginę!" Widno pohane usta nie ośmieliły się nawet boga wzywać do takiej roboty. A czart usłyszał, skoczył pomiędzy nich i nastawił rogi. Od razu konie tamtych powpadały po brzuchy w błoto, zaczęły się topić, co widząc pan, zeskoczył z kulbaki, ale wraz zapadł po szyję. Ujrzawszy śmierć straszną w błocie, hańbiącą i ratunku znikąd, bo czart się tylko śmiał, sam własną ręką wystrzałem z bandoletu roztrzaskał sobie głowę. Raby jego wyratowali się niektórzy, ale macocha uciekła. Sługi powróciwszy do dworca z ciałem swego pana, zrobili piękny pogrzeb dla ojca i syna i opowiadali wszystkim, co jak się stało. I ot się skończyło: ziemię nieboszczyka zabrała rodzina, a diabeł raz wezwany, ciągle już opiekę miał nad macochą, aż zbrzydziwszy to sobie, pokusami i nasłanymi wyrzutami sumienia zawlókł ją tu w te błoto i wziął na rogi. Znaleźli ją ludzie z przebitymi wnętrznościami, które śmierdziały siarką, a czarne były jak smoła. Od tej pory, co rok, o północy, w rocznicę jej śmierci, pokazuje się tu czart, biorący na rogi niewiastę, i pan, co się strzela w błocie.

Grześko umilkł.

Westchnienie ciężkie wzdęło mu piersi, opancerzone blachą z koroną i herbem Kościeszów, tu gdzie dawniej były insygnia Hołowczyńskich, dziadów Andzi.

Milczenie trwało długo, pierwszy odezwał się Jaś.

- Straszna jest ta historia, ale chciałbym zobaczyć diabła z tą macochą. Którego to dnia pokazuje się?

Leśnik wzruszył ramionami.

- Tego to już nie wiem. Gadają, że to było w jesieni, koło Różańcowej, to znowu, że w Wielkim Poście, ale ja tam tego nie widział, tylko samego czarta zeszłem nieraz, jak w błocie się iskał... i to zaraz zaklęciem go odegnałem.

Jaś i Lora zerwali się z miejsca, proponując wycieczkę na żerowiska łosi. Zaczęli zbierać do koszyczka resztę prowiantów i tłumić ogień już dogasający, coraz niższy i bledszy. Siwobłękitne, wątłe płomyki wsiąkały wolno w krwisty żar, którym barwiły się węgle. Coraz to jakiś języczek łypnął do góry, broniąc się od mlecznego popiołu. Wystrzelił i zgasł, w drugim miejscu puścił iskierek kupkę, ozłocił się, chwilową nadzieją błysnął, lecz bez podniety, znowu malał i kładł się pokornie w purpurową, rozżarzoną masę.

Zniecierpliwiony Jaś jął go zwalczać ziemią, tłoczyć, że dymiło jeszcze konające ognisko, wnet i ostatnie ślady jego pokryła gruba warstwa tłustej, czarnej ziemi.

Grześko nie ruszał się. Siedział ciągle w kucki i patrzył w przestrzeń leśną, z widoczną zadumą na starczej twarzy. Jakieś myśli dawne, przypomnienia mroczne przesuwały się w źrenicach szarozielonych, drżały na zwiędłych powiekach, spływały na bruzdy, idące od oczu, gęstą siecią rozłażące się po twarzy, czole, aż do włosów białych, do zażółconych tytoniem kępin starych wąsów i ust zapadłych, bezzębnych. Rumieniec, nie wiadomo, czy z bliskości ognia, czy z wewnętrznej podniety, okraszał tę twarz starczą na korpusie tęgiego człowieka, bo ramiona miał szerokie, pierś wydatną i mocną, całą postać bez wiekowych przygarbień i wahań. Ciało zahartowane; silny dąb z głową skłopotaną i przeżytą, niby koroną, co stoi mocarnie na swym pniu, lecz liście kurczą mu się, żółkną i opadają.

Tylko jedna Andzia zauważyła kontemplację Grześka, cicho podsunęła się do niego.

- O czym tak dumacie? - a po chwili znowu, jakby tknięta przeczuciem - może o mamie? Czy wy kochaliście mamusię moją?...

Stary zadrżał. Spojrzał na Andzię z widocznym zdumnieniem.

- Boże chorony! bojarzynka umie czytać, co dusza w człowieku gada? A o kim że ja bym myślał, jak tę historię mówił? Toż o pani naszej, bojarzynie naszej kochanej, sczezła ona ze świata, jak ten ostatni płomyczek, ziemią zawalony, co ot przed nami zgasł, taj spłynął do ziemi. Ja jej kiedyś bieduleńce tę samą historię o czarcim mostku opowiadał, da na tej samej polance.

Andzia przysunęła się bliżej.

- Mojej mamusi opowiadaliście to samo? I co ona, co, słuchała?

- Oj, słuchała dusza złota, a wy pannuńciu taka ot, jeszcze była maciupcia, osiem roczków wam liczyli, jak janiołeczek biegała po łące, da zbierała rydzyki, bo tu ich mnóstwo. To była jesienna pora. Bojarzyna słuchała i łzy jej z oczu kap, kap... ona ich w chusteczkę i znowu cichutko, "mówcie Grześku, mówcie". Na was patrzała i żałośliwie kiwała główką. Główka też to była, Boże chorony, jaka piękna!

- Mówią, że ja jestem do mamy podobna - nieśmiało rzekła dziewczynka.

- Podobna, niepodobna, ale zawsze już nie to samo; kudyy! niby oczki, to i nieboszczka miała czarne, włosy za to, gdzie jaśniejsze, niby ciemne, a tak jakby złotem przysypane, czasem miedź, czasem dukat. Oblicze, Boże ty mój, jak u janiołków na obrazie. Wy, bojarzynko, macie włoski czarne, jak smoła i też wam nic nie brakuje, o waa! Tylko że już nie to samo, trochę się wam po ojcu dostało, i te włosy, i to oblicze, jasne, jak zorza, co smagłą łuną prześwituje, ale, że usta, to też matczyne, takie same kraśne jagody i ona miała, tylko potem zbladły, bo krew z nich wyssa... wyssali. Boże chorony!

Tarłówna doskonale podchwyciła zająknięcie się Grześka, ujęła go mocno za ramię.

- Kto wyssał jej krew? Kto?

Stary patrzył na nią z przestrachem, gorący rumieniec okrył zwiędłe rysy.

- A któż? choroba widno.

- Wy kłamiecie, Grześku, nie mówicie mi prawdy!

- Bo już i czas na łosie, pannuńciu. Słonko zachodzi. Ot, jak tamta panienka, da panicz do mostka się skradają. Bez zaklęcia niedobrze! - zawołał głośno i wstał z ziemi młodzieńczym niemal ruchem.

Handzia zrozumiała, że już dziś się niczego więcej nie dowie. Zmarszczyła gęste, czarne brwi, i nachmurzona trochę, poszła naprzód. Grzegorz postępował za nią, mrucząc pod nosem:

- Za co ja cię mam truć cheruwymku bożyj; jeszcze i ty się nażyjesz, da bidy najesz... bo to świat taki zawsze, jak kiedy słonko świeci? Oj czasem smutny, da czarny da... czaarnyy...!

Andzia myślała o matce. Pamięta, że za jej życia była zawsze szczęśliwa. Przyjeżdżały często z Turzerogów na leśniczówkę. Chodząc po lasach i łąkach, dziewczynka słuchała tęsknych śpiewów matki, słuchała bajek fantastycznych, opowiadanych barwnie, z zapałem młodzieńczej wiary w świat mitów, który bywał podkładem tych historii. Tu, wśród głuchej natury lasów olbrzymich, wśród bujnego kwiecia i szumu traw, znękana dusza młodej kobiety szukała ukojenia, odnajdywała spokój zatracony na wieki.

Stanęli przed mostkiem, gdzie Jaś zaklinał się Lorci, że tylko co widział rogi diabelskie zza belki i że słyszał kłapnięcie kłami.

Lorcia śmiała się, ale stary zrobił minę zafrasowaną. Oczy jego utkwione były w czeluść czarną pod mostkiem, gdzie bagienko lśniło złowrogo, ponurą taflą o miedziano-żelaznym refleksie. Jaś przerażony i drżący, stał z tak widoczną chęcią ucieczki, że aż to Andzię zastanowiło.

- Cóż ty się naprawdę diabła boisz i wierzysz w niego?

- Jak byś sama zobaczyła, to byś umarła. Przysięgam, żem go widział, ot tu...

- Cicho! Sza! - zamamrotał Grześko. - Ten mostek dziś niepewny. Czuję, że jest źle. Za głośnom krzyknął słowa niewiasty z tej historii. Boże chorony! Niech panienki i panicz ułapią się mnie za kapotę, da idą wolno za mną, przy końcu trza się w ten mig obrócić tyłem do grobli, a twarzą na mostek. Tak już i trzeba, nic nie poradzi - dodał, widząc lekki opór Andzi.

Sytuacja zaczęła pomimo wszystko stawać się szczególną. Mimowolny dreszcz jakiś przenikał nerwy, bo jednak obecni odczuwali wyraźny niepokój i tę pewność, nie wiedzieć skąd rodzącą się, że pod mostkiem coś jest.

Czy to była sugestia po słowach Jasia i Grześka, czy też zwykła intuicja, częsta u ludzi nerwowych lub podnieconych, dość, że lęk dziwny przenikał i zupełna świadomość, że w tej bagnistej czeluści coś się ukrywa. Stary borowy zdradzał przestrach zupełnie jawny.

Dziewczęta, jak spłoszone, chwyciły starego pod ręce. Jaś przyczepił się tuż za Andzią do jego ramienia. Grzegorz patrzył bystro na bale mostkowe, gdy wstem Tarłówna szepnęła mu w samo ucho.

- Wracajmy, idźmy inną drogą.

- Teraz nie można - odszepnął z oburzeniem - teraz zarechotałby śmiechem, taj szedł za nami, bo nas by zwojował. Teraz nie można.

Energicznie wstąpił na mostek, ciągnąc za sobą wystraszoną młodzież. Patrzył na bale i mamrotał zaklęcie po małorusku:

"Ty mene rohom - wże to rohu.

Ty kopytom - po kopyti,

ślipiami ne zwojujesz - zubom ne zakłujesz,

chwostom ne zrejmanterujesz.

Na pohybel tobi - ja idu.

Da krestik na tebe kładu.

Czorty i Dit'ka w debru hup!... hup!..."

W tej chwili doszli do przeciwległego brzegu mostka i stary zrobił gwałtowny obrót naprzód. Jaś potknął się tak silnie, że omal nie upadł, lecz wtem krzyk okropny wybuchnął ze wszystkich piersi, przerażenie obezwładniło ich na miejscu.

Spod mostka nagle z łomotem, świstem i charkotaniem piekielnym wypadł jakiś potwór kosmaty, czarny, huczący, mignął w oczach wystraszonych w najwyższym stopniu ludzi i ciężką masą swego cielska potoczył się po bagienku, jak zjawa okrutna w głąb boru. Znikł w kępach rokiciny i dzikiego głogu.

- A słowo stało się ciałem!... W imię Ojca i Syna; na kolana detyny - wrzeszczał stary.

Jak ojciec broniący swych dzieci, ogarniał młodych ramionami, tuląc je do siebie.

Długi moment przeszedł, zanim ochłonęli, stojąc w na wpół klęczącej pozie, słysząc wzajemnie bicie serc.

Pierwszy przemówił Jaś:

- A co? Czy kłamałem?

Grześko podniósł się, wyprostował, podejrzliwie patrzył dokoła, blady, z dygoczącymi ustami i zastygłym przerażeniem w oczach.

- Niedola nasza, że on nam się pokazał, to zawżdy niedobrze, to tak jak puszczyk, co na człowieka huka, dobrze nie wróży; mnie staremu już nic, ale wam młodziankom... całkiem kiepsko.

- Nic nam się złego nie stało, a co widziałam, to widziałam - rzekła Lorcia rezolutnie.

- Mnie się zdaje, Grześku, że to był dzik; przyczajony siedział i myśmy go spłoszyli - rzekła Tarłówna. - To był dzik-pojedynek.

Na twarzach Jasia i Lorci błysnął cień zawodu, niechętnie spojrzeli na Andzię. Ale stary obruszył się gniewnie.

- At, będzie tu jeszcze pannuńcia wydziwiać!... Dzik?... Ot tobie masz! Nie znam ja, co dzik, a co... tfu! nie trza wymawiać, bo i tak my dziś o nim za dużo gadali, jeszcze wróci, a bo co...

- A jednak to na pewno dzik - upierała się Handzia.

- Mało widno bojarzynce było strachu, kiedy tak gada. A jak dzik, to co?... On się czasem niesamowity i w dzika zamienić potrafi, o waa! albo i w inną jaką bestię, ale kto on, to ja go poznam. Boże chorony!

- Cóż, pójdziemy na łosie?... Teraz właśnie wyjdą na żer, bo już słońce zachodzi - mówiła Andzia.

Grześko zaprzeczył.

- Jak panienki i panicz chcą, to jutro świtaniem pojedziem. Teraz już późno. Nim zajdziem na bagna, to i noc nastanie. Trza iść na dróżkę-pokrestkę, już tam musi nadjechał "szaraban" z Wilczar. Do domu czas...

Grzegorz po zajściu na mostku stracił zupełnie humor.

Poszli żwawo.

Czekały już na nich konie z leśniczówki.

Siedli i pojechali.

Szaro już było zupełnie, gdy mijając nasyp kolejowy, ujrzeli sągi drzewa i wielką brzozę rosochatą o płaczących gałęziach.

Andzia zawołała.

- Pamiętasz Jasiu, jak przed dwoma laty leżałam tu pod pociągiem, a ty, ukryty za tą brzozą, bałeś się o mnie okropnie? Taki byłeś blady i wystraszony. Mnie się zdaje, że to sen. Pamiętam dobrze ten strach, huk, łomot... Jasiu, co tak myślisz?

- Wiesz, Andziu, że ja już pewno w życiu nigdy takiej strasznej chwili, jak wtedy, nie będę miał. Cóż się ze mną działo, kiedyś ty leżała pod wagonami! Dusza mi zamarła zupełnie. Zdawało mi się, że umieram. Już teraz nie lubię tego miejsca, przeraża mnie ta brzoza płacząca nad grobem, i pomyśleć, że jednak to mógł być twój grób, Handziu.

Spojrzał na nią ze zgrozą w oczach i dokończył szeptem:

- Ale wówczas byłby już i... moim.

- Głupstwa pleciesz, Jaśku - zawołała oburzona.

Po chwili westchnęła.

- Ach, tak bym pojechała w świat po tych szynach, tak mnnie świat zaciekawia, dalekie kraje, morza, góry. Czemu nie jestem ptakiem? Fruwałabym swobodnie, szeroko, pod chmury, w błękit, żeby mi było jasno i przestrzennie. Ale do Wilczar wracałabym zawsze na odpoczynek, do naszych borów. A ty, Jasiu?

- Może i ja bym chciał, ale ja mam tylko chęci, ty zaś masz skrzydła... Moje lotki podcięte.

- Jak to, Jasiu?

- Jesteś bogata, więc wszystko możesz. Jesteś bardzo bogatą dziedziczką. Przecież prócz Toporzysk i Drakowa, twoje są także Wilczary. Świat stoi otworem, a gdy się zmęczysz, wrócisz, jak sama mówisz, do swych borów.

Tarłówna zamyśliła się i sposępniała. Po chwili rzekła cicho:

- A jednak i moje lotki nie na wiele się przydają. Pragnęłam jechać, kształcić się, do Krakowa, chodzić na kursy przyrodnicze, tak mnie to nęci, porywa... I cóż się stało?... Musiałam zostać.

- Bo jesteś safanduła - zawołała Lora. - Ja bym tam sobie nie dała po nosie grać nikomu, szczególnie gdybym była bogata. Ho! ho! ja i bez pieniędzy zrobię w życiu, co zechcę, nikt mi w niczym nie przeszkodzi.

- Gdybyś była, Lorko, na moim miejscu, inaczej byś mówiła.

- Ani trochę! Nikt nie uwierzy, żeby twoja matka zażądała od ojczyma takiej nad tobą kurateli, a już jego osobiste elegie nie wzruszyłyby mnie. On swoje przeżył, tobie się teraz należy zakosztować świata. Ja już zaczynam tęsknić za czymś innym, niż nudny nasz Smoczew, wasze Turzerogi, Wilczary i wszystko, co tu jest. Jak mnie tylko bardzo uniesie, to nic i nikt mnie nie zatrzyma. Fiu!... polecę!...

- Z pieca na łeb! - mruknął Jaś.

- Zobaczysz! Andzia powodowała się sercem, wzruszyły ją żałosne pienia pana Kościeszy i dlatego osiadła na mieliźnie. Ja jestem inna!

- Musiałam ulec ojczymkowi, czułam, że kocha mnie i smutno byłoby mu beze mnie. W nagrodę za ustępstwo pojechaliśmy do majątków po tatusiu. Cudnie tam jest, takie wielkie bory cieniste, jak puszcze, w nich przedziwne krzewy kolczaste, żółto kwitnące, azalie się nazywają; duże, pojedyncze i po kilka na gałęzi, kielichy pomarańczowe, lepkie u nasady i z białym piórkiem w środku. Wszystkie lasy podszyte są gęsto azalią, zapach silny, piękny, aż odurzający. Szkoda, że tu u nas ich nie ma. A skały nad rzeką Słuczą? Potężne, jak domy, mchem porosłe, wdzierałam się na nie z pomocą pana Hadziewicza, administratora.

- Czy pamiętasz, Andziu, jak pływaliśmy łodzią po Słuczy, łapali ryby z rybakami i jeździli na tratwach z drzewem - zawołał Jaś.

- Albo, jak byliśmy na chłopskim weselu i pan Hadziewicz uratował nas od chłopa, pijaka, który chciał z nami tańczyć - rzekła Lora.

- A potem z mołodyciami tańczyliśmy trepaka i "oj czoboty... czoboty!"...

- Ojczymek się wterdy strasznie gniewał, ale państwo Hadziewiczowie wstawiali się za nami. Z całej duszy lubię i szanuję Hadziewiczów. Oni jeszcze moją mamę znali, gdy była Tarłową.

- Tylko twój ojczym nie bardzo ich uznaje.

- Owszem, uznaje, ale nie wiem dlaczego ... nie lubi.

- Wspólny brak adoracji - dodała Lora.

Wtem zaszemrał głos Grześka.

- Znam ja pana Hadziewicza, czyste złoto, nikt tak dobra sierocego nie pilnuje, a nie strzeże, jak on. Za swoim tak by nie baczył, jak za dziedzictwem bojarzynki. A że pana Kościeszy nie lubi... mała bieda, a czy jego kto lubi?... Nikt, taj hodi! Pohana taka dola...

Andzia smutnie zwiesiła głowę.

2. Handzia

I znowu był jasny poranek czerwcowy.

Do gabinetu pana Teodora Kościeszy w Turzerogach wsunęła się cicho wiotka postać jego pasierbicy. Stanęła na progu, zasłonięta ciężką kotarą adamaszkową i spojrzawszy na ojczyma, zlękła się trochę. Siedział w wysokim fotelu przy biurku, pisząc coś szybko. Wyraz jego rysów był twardy, niemal złowrogi, brwi zmarszczone. Andzia nie lubiła u niego takiej twarzy, przestraszyła ją dziwnie, nasuwając wspomnienie mętne, zapamiętane z dzieciństwa. Żyła jeszcze wówczas jej matka. Andzia niechcący stała się świadkiem jakiejś przykrej sceny między matką i ojczymem. Co mówili, nie rozumiała, majaczy się jej tylko jak przez sen, że matka o coś prosiła, czy się za kimś wstawiała; pamięta, że w pewnej chwili zalana łzami i bardzo blada pocałowała męża w rękę i rzekła: "Błagam cię Teodorze, zaklinam, nie rób tego, do nóg ci się rzucę" i Andzia drżąca ze strachu, za jakąś szafą, ujrzała śliczną postać matki, chylącą się kornie przed ojczymem. Wówczas on szarpnął ją z gniewem, wyprostował i trzymając za ramiona, jak się Andzi zdawało, nazbyt silnie, wołał głosem ochrypłym z takim samym twardym wyrazem twarzy i złowrogim zmarszczeniem brwi: "Musisz mnie słuchać, bo ja tak każę, rozumiesz!" Ośmioletnia wtedy Andzia zlękła się o matkę, wybiegłszy zza szafy, skoczyła do jej kolan, słyszała jeszcze jakieś straszne przekleństwa ojczyma, ale matka, płacząc, odeszła z nią, uciekała prawie pędem, zasłaniając dziecku uszy. Dziewczynka potem bała się ojczyma przez długi czas. I teraz ta jego groźna mina, taka sama jak we wspomnieniu tamtej chwili, onieśmieliła Tarłównę.

Bo wszak i ona szła z prośbą.

Kościesza podniósł głowę, Andzia wysunęła się zza kotary. Ujrzawszy ją, odłożył pióro i uśmiechnął się łaskawie. Wyciągnął do niej rękę, mówiąc:

- Handziuś przyszła do mnie?... Jakże się cieszę. Chodź, dziecino.

Otoczył ją wpół ramionami i ucałował w czoło.

- Cóż takie tęskne oczki Aneczko, tak się mi bacznie przypatrujesz?... Powiedz, co myślisz pod tym ślicznym czołkiem, jakie tam myślątka fruwają. Co?

Andzia rzuciła mu się na szyję. Rumieniec jasny, dziewiczy zapłonął na policzkach, oczy błyszczały.

- Ojczymku ja dziś skończyłam siedemnaście lat - szepnęła cichutko.

Odsunął ją lekko i z uśmiechem popatrzał na nią.

- Ogromnie stara jesteś dziecino, prawda? Oj, ty wiosno moja! Wiem, wiem, że to dziś urodziny twoje. Chciałem ci sam powinszować, ale cieszę się tym bardziej, żeś do mnie przyszła, właśnie dziś, to dowód, że mnie kochasz. Moja pieszczocho!...

Posadził ją nagle na swych kolanach.

- Ojczymku tak nie, ja już jestem za duża - broniła się niechętnie, z dziwnie przykrym uczuciem.

- Siedź, maleńka moja - zatrzymał ją mocno i zaczął całować.

Odchyliła głowę zasłaniając twarz od pieszczot i znowu szepnęła już śmielej, ujęta jego serdecznością.

- Mam prośbę do ojczymka.

- Mów Handziuś mój, mów wszystko, czego tylko pragniesz. Więc o cóż to chodzi?

- Ojczymku, ja chcę się uczyć.

- Uczyć?... A wszakże od dziecka nic innego nie robisz. Masz pannę Ewelinkę, bardzo zdolną nauczycielkę, kilka przedmiotów wykłada ci korepetytor Januszka, zdajesz co roku egzaminy w Warszawie, zatem uczysz się zupełnie prawidłowo, według kursów pensjonarskich. Kujesz po całych dniach.

- Tak, ale już w ten sposób przeszłam siedem klas. Teraz mam inne pragnienia.

- Jakież to na przykład?

Andzia odczuła w tych słowach pewien chłód. Przytuliła się do ojczyma pieszczotliwie.

- Chciałam prosić ojczymka, aby mi pozwolił pojechać do Krakowa na kursy przyrodnicze. Ogromnie tej nauki ciekawam i tak bym się serdecznie uczyła. Niech mi ojczymek pozwoli, mój złoty, dobry...

Kościesza sposępniał i zamknął oczy, zsunął brwi aż na powieki.

Andzia ujrzawszy go takim, zerwała się z jego kolan.

- Ej, ojczymek robi straszną minę...

Zmitygował się od razu, wziął ją za ręce i posadził obok na krześle. Uśmiech obłudny wystąpił na jego wargach.

- Zmartwiłaś mnie Aneczko bardzo poważnie, nigdy nie myślałem, że ci jest źle w domu... i ze mną...

- Ależ...

- Bo gdyby ci było dobrze, to byś nie miała takich myśli. Zasmuca mię to, Andziu. Kocham cię z całej duszy, pragnąłbym ci nieba przychylić, a ty mi się tak odpłacasz?

Dziewczyna stropiła się.

- Ojczymek nie chce mnie zrozumieć, przecież jest mi w domu dobrze i miło, i oceniam to, ale chcę się uczyć. Czy to grzech? Myślałam, że ojczymek, jako dobry ojciec, nie będzie mi tego bronił, myślałam, że mi dopomoże w urzeczywistnieniu mych zamiarów, tak na to liczyłam.

W głosie jej zabrzmiała skarga. Kościesza patrzył na nią spod zmrużonych powiek.

- Kto cię zbuntował Andziu? Korepetytor, czy ciotka Smoczyńska? Za blisko jest ten ich Smoczew, za często tam chodzisz; Jaś i Lorka przewracają ci w głowie.

Wyprostowała się dumnie.

- Nikt mi tego nie doradzał, to jest mój własny projekt i marzenie. Wiem, że się młode panny kształcą w różnych kierunkach, co jest rzeczą naturalną i piękną. Ja chcę także kształcić się jeszcze, jestem młoda, zdrowa, łaknąca nauki...

- Jesteś jeszcze dzieckiem, moja Andziu, i sumienia bym nie miał wysyłać w świat taką bohaterkę, pionierkę nauki w krótkiej sukience i z buzią dziecka. Czy ty Aneczko myślisz, że świat jest wszędzie taki sam gościnny, jak w Turzerogach i Wilczarach, że ludzie są dobrzy, serdeczni?

- Co mnie ludzie obchodzą, ja chcę się tylko uczyć.

- Ale przecież w kloszu się nie zamkniesz ze swymi studiami, musisz obcować choćby tylko ze środowiskiem miejscowej studenterii, a to już wystarczy, to już jest wielkie niebezpieczeństwo dla takiej, jak ty dziewczynki.

- Jak to, od kolegów miałabym się czegoś złego obawiać!?

- A widzisz, już im wierzysz nadzwyczajnie, nawet wcale nie znając i nie przypuszczasz, że tam czyhaliby na ciebie, jedni na twą urodę, inni na majątek, jaki posiadasz. Ach, Andziu, wierz mi, bo tylko pragnę twego dobra, ty nie znasz świata i nie przypuszczasz, jak podli są ludzie. Ufać im nie można nigdy, nigdy moja dziecino.

Przygarnął ją znowu do siebie.

- Ty jesteś taka ładna, taka ufająca i słodka, tyle masz w sobie rozkosznej naiwności, tyle czaru, mieliby to źli ludzie zbrukać, zniweczyć tę twoją świeżość dziwiczą, zatruć ci serce; takie czyste, jasne, twe myśli obciążyć fałszem, obłudą życiową, tak cię od razu brutalnie wtłoczyć we własny nihilizm...

Andzia z podziwem patrzyła na ojczyma. Ogarniał ją przestrach.

- Dlaczego ojczymku tak ostro sądzisz ludzi? Czyż wszyscy są tacy źli? O ile ja słyszałam i czytałam o sferach uczących się, są to właśnie idealiści, przesiąkli miłością dla kraju i ludu, są to hołdownicy idei braterstwa i wspólnej pożytecznej pracy. Zatem nie mogą posiadać w sobie takich brzydkich wad, o jakich mówisz ojczymku. O, jestem pewna, że oni wszyscy przyjęliby mnie do swego grona serdecznie, z otwartymi rękami, w niejednym by dopomogli, byliby przyjaciółmi. Za cóż mieliby się nade mną znęcać?

- Znęcaliby się moralnie, bo chcieliby cię wykorzystać.

- Jakim sposobem?

- Ach, sposobów im by nie zabrakło, a materiałem do tego byłaby twoja niewinność, uroda i bogactwo.

- Ale cóż by im z tego przyszło?

Zaśmiał się cynicznie.

- Dziecko jesteś! Toż to są trzy czynniki najbardziej pożądane u kobiety, mężczyźni ubiegają się o taki klejnot cenny, aż go zanurzą w kałuży swych żądz i zohydzą jego blask. Tyś takim klejnotem Andziu. Poza tym posiadasz jeszcze jeden szczegół, nader ważny, jakby wodę na młyn. Nie znasz świata i ufasz mu, zdaje ci się, że to coś szlachetnego, to zaś jest cuchnący śmietnik.

- Ojczymku nie przerażaj mnie. Ja właśnie ten świat pragnę poznać, zetknąć się z nim.

- Połamiesz skrzydła, dziecko, ugrzęźniesz w zwątpieniu i goryczy.

Tarłówna wzdrygnęła się. Rzekła błagalnie:

- Ojczymku, nie przepowiadaj mi tak smutno. To straszne. Ale tak nie jest, nie. Świat nie może być taki wstrętny, bo nie byłoby wcale szczęśliwych ludzi i nie byłoby ideałów. Sam pomyśl, ojczymku, ideały zrodzone na śmietniku?... Nie, tak być nie może! Z brudnego świata nie wyłaniałyby się ideały, a wszak ludzie nie są pozbawieni tego daru, mieliśmy w historii, mamy dziś wielkich potentatów ducha, których echo płynie i tworzy nowe dusze. Gdzież tu może być mowa o truciźnie wśród umysłów przesiąkniętych słowem Mickiewiczowskim, duchem Słowackiego, Skargi, będących pod urokiem idei Wyspiańskiego... wszak to potęga, ojczymku!

- To literatura, Aneczko.

- Jak to?

- Puste słowa, frazesy, faramuszki...

Patrzyła na niego z przerażeniem, on mówił, mając oczy lekko zmrużone:

- Idealiści, twórcy, wielcy urabiacze dusz, geniusze, ogromnie dużo zbudowali! Cukrowe fortece, które zburzyć może pierwszy lepszy prąd nihilistyczny i nawet się po nim nie obliże, ani zębów sobie nie połamie. Czy te idee to doktryna świata? Czy to jest most żelazny, po którym się przeprowadzi i zepchnie w otchłań wszystkie brudy, nędze, podłości ludzkie?

Andzia wpadła w zapał.

- Nie, ojczymku, po tym moście właśnie przeprowadzi się wszystkie ohydy za nowym idealnym hasłem, ich się nie zepchnie, ale się ich nawróci.

- Czy to ty, Andziu, chcesz być ową gwiazdą, prowadzącą takie zastępy ku glorii wymarzonej? Tam, w Krakowie?...

- Jestem tylko słabiutką dziewczyną, poszłabym wraz z innymi za gwiazdą wielkich duchów.

- Byliby i tacy, którzy szliby za tobą chętnie i po idealnej dróżce twej nieświadomości, zaprowadziliby cię w przepaść. Ale ja na to nie pozwolę...

- Ojczymku? - jęknęła.

- Nie, dziecko, takiego kwiatu jabłoni, jak ty, nie rzucę na pastwę.

Zapłonęła obrazą.

- Ojczymek nie zna tych sfer, wśród których pragnę się uczyć, jak można ich tak obrażać?!

- Znam w ogóle ludzi i nie dzielę ich na sfery, na żadne kategorie.

- A wszak i my ludzie... i ty ojczymku, czyżbyś ty był w tej masie? Bo jeśli ktoś wyjątków nie uznaje...

Rozgniewany ukłuł ją spojrzeniem, jak ostrzem sztyletu.

- Zapędzasz się, Andziu. Ludzie poważni jak ja, mają swoje zasady, lecz tych młodzi ludzie nie chcą słuchać.

- Naprzód ojczymek nie jest stary (na twarzy Kościeszy błysnęła radość), a po wtóre, jakież to zasady?

Pan Teodor, nagle rozpromieniony, chwycił Andzię wpół i przytulił silnie do siebie. Wargi mu drżały.

- Ot! Takie - zawołał gorąco - że jak się ma w domu anielską istotkę, to się jej w świat nie oddaje. Moja ty Aneczko jedyna! - Przylgnął nagle do jej ust, przypiąwszy się do nich nienaturalnie mocnym pocałunkiem. Oczy mu płonęły.

Handzia zatrzęsła się. Uczucie niesmaku owładnęło nią tak gwałtownie, że odepchnęła silnie Kościeszę i dłońmi zasłoniła twarz. Stała przed nim posąwa, dysząca gniewem. On zmieszał się, przymrużył oczy i rzekł dość sucho, panując nad sobą:

- Więc chcesz rodzinny dom rzucić?

Dziewczyna uspokoiła się. Była jakby zawstydzona.

- Przecież to nie na stałe. Skończę kursy i wrócę, pomyślimy wówczas razem z ojczymkiem o jakiejś pracy społecznej, o jakimś czynie pożytecznym. Czyż tak siedzieć w Turzerogach bezmyślnie jak pod kloszem, nie znać nic poza tym. Ojczymku...

- Więc ty sądzisz, że cię na to skazuję? Dlaczegóż bezczynnie?... Ucz się w domu, ile chcesz, kupię ci całą bibliotekę dzieł rozmaitych, a i nasza obfita, możesz czerpać, ile zapragniesz. Jeśli panna Ewelina nie wystarcza, odprawię ją i zgodzę inną.

- Ach, jakże można tak mówić? - zawołała czerwona z oburzenia. - Panna Ewelina taka zacna, taka wykształcona, już tyle lat jest u nas, starannie mnie wychowywała i ojczymek się o niej odzywa, jak o... pannie służącej.

- No, no, dobrze już. Chcę ci tylko dogodzić we wszystkim, byleś nie wyjeżdżała, nie osierociła mnie i domu naszego. Wierz Aneczko, że zapłakałbym się za tobą, tyś pociecha mego życia, osłoda i jasny promień. Jakże by tu było bez ciebie, sama pomyśl?

Spojrzała na niego niepewnie i jakby badawczo.

- Ech! doskonale! Pisywałabym często do was, przyjeżdżałabym na wakacje. A ojczymek miałby przecie Januszka; rodzony, własny syn to więcej znaczy niż ja.

Żachnął się.

- Nie mów tak, Handziu, bo mnie to boli. Janusz to dzieciak i w żadnym razie zastąpić mi ciebie nie potrafi. Zresztą jest... innego - dokończył cicho. - Dziecino moja, wyrzecz się tych niewczesnych projektów, a uszczęśliwisz mnie. Dobrze, Anuś?

Dziewczynie łzy spłynęły z oczu, twarz pobladła z przykrości.

- Ty płaczesz, Aneczko?

- Nigdy, nigdy nie myślałam, że mi ojczymek odmówi, tak sobie marzyłam, tak tęskniłam do tych projektów... tak...

Rozpłakała się na dobre.

Kościesza spoglądał na nią ponuro, skurcze drgały mu na skroniach, twarz jego miała wyraz zacięty; oczy stały się metalowe, aż białe i straszliwie nieugięte... Po długiej minucie, gdy Andzia się trochę uciszyła - przemówił:

- Więc ty wolisz dopiąć swych zamiarów, niż być dla... kogoś całą pociechą i... koniecznością życia? Czyżbyś była taką egoistką?

Andzia ocierała łzy, rzekła urywanym przez płacz głosem:

- Ten ktoś... wiadomy... a przecie... nie jest ojczymek ani stary... ani chory... ani niedołężny, żebym się dla niego potrzebowała... poświęcać.

- Ale uczucie nic ci nie mówi? - spytał głucho.

- Uczucie?... No cóż uczucie? Wszak i rodzoną matkę opuszcza się dla nauki. Od dziecka małego oddają dziewczynki na pensję, jak Lorka Smoczyńska na przykład, jak Jaś, jej brat, uczą się ciągle poza domem, i dobrze, i nie mają ojca, tylko chorą matkę, a jednak... Ja zaś dotychczas domu nie opuszczałam, poza tym, że raz na rok, jeżdżę z ojczymkiem i panną Eweliną na egzaminy.

- Z Lory i Jasia przykładu nie bierz, oni muszą się uczyć, oni są biedni...

- Co też ojczymek mówi? Więc jak się jest bogatym, to można być głupim? Ja jeszcze chcę się dokształcić, dla mnie to za mało, za ciasno tu, za... ciemno i głucho - wybuchnęła.

Kościesza wstał, był zirytowany.

- A! Jeśli ci jest głucho... moja panno... w rodzinnym domu, to trudno! w każdym razie nie pojedziesz jeszcze teraz w świat. Chciałem cię zbadać, ile masz dla mnie serca, widzę, że nie masz go wcale.

- Ojczymku! - skoczyła do niego.

- Poczekaj! Nie chcesz zrozumieć moich dla ciebie uczuć, być dla mnie osłodą, co jest zadaniem kobiety od najmłodszych lat. Zatem powiem ci teraz wyrok, już nie mój. Oto matka twoja umierając, powierzyła mi ciebie i zastrzegła, abym cię do... pełnoletności z domu i spod opieki swej nigdzie nie wypuszczał. Jesteś do matki podobna, a... i... tamtej... nie brakowało temperamentu - dokończył ponurym szeptem.

Andzia milczała w osłupieniu.

- Z takim zaś usposobieniem i z twoją powierzchownością ruszać w świat, to lepiej od razu zanurzyć się w głębie. Twoja matka doskonale to rozumiała.

- Czy... temperament, to coś złego - wyszeptała zgnębiona.

- Nic złego, ale nie dla świata, i nie w siedemnastym roku życia. Gdy będziesz pełnoletnia, wówczas zobaczymy, lecz do tej pory...

- Tak jeszcze długo czekać? Ojej!...

- Cztery lata to niewiele, a przez ten czas... przez ten czas... może...

Nie dokończył, tylko oczy mu błysnęły pożądliwie, twarz się rozjaśniła. Zagarnął ją ramieniem i patrzył przenikliwie w jej zapłakane źrenice. Oczy jego nakazywały, niewoliły.

- Wola mamy i moja... prośba musi być spełniona - rzekł stanowczo. - Teraz żądaj, czego chcesz w Turzerogach. Chciałyście kiedyś z panną Eweliną założyć tu szkółkę i ochronkę, otóż zrobię to dla ciebie, moja mała filozofko, założę te instytucje, będą się bachory chamskie uczyły, skoro tak chcesz i będzie owa społeczna robota, o której marzysz. A teraz chodź.

Spłakaną zaprowadził do kasy ogniotrwałej, otworzył ją i wyjął spore, podłużne pudełko z czerwonego safianu. Gdy nacisnął sprężynkę, Andzia ujrzała na białym aksamicie cudny sznurek dużych pereł, zapiętych staroświecką klamerką, wysadzaną krwawymi rubinami. Perły lśniły mlecznym, lekko złotawym połyskiem, czasem lśnienie to różem subtelnym tchnęło lub przepyszną, bladą karnacją perłowca.

Andzia patrzała zdumiona. Pierwszy raz widziany klejnot zachwycił ją.

Kościesza powoli zdjął perły z aksamitu i zapiął je na szyi Andzi.

- To dla ciebie kupiłem, Aneczko. Miałem ci je dać na imieniny w lipcu, ale wolę dziś na urodziny. Jak ci jest ładnie Handziu w tej ozdobie. Chociaż ty cacek nie potrzebujesz, aby być urocza. Nie dziękuj, maleńka, nie dziękuj; największym dla mnie podziękowaniem jest to, że nie opuścisz mnie.

Tarłówna bystro spojrzała na niego.

- Przecież ja, ojczymku... nie za te... perły, jeśli tak... to...

Sięgnęła do szyi, lecz on ją wstrzymał.

- Ach, Aneczko, co robisz! Nie za perły, nie, ale... - tu znowu popatrzał nakazująco prosto w oczy - wola twej matki musi być spełniona.

Andzia wychodziła z gabinetu z ciężką głową, jakby odurzoną czadem. W ręku niosła pudełko safianowe prawie bezwiednie. Dziwnie przykre uczucie nurtowało ją i tłoczyło w sercu.

...Czyżby mama?... Dlaczego tak zastrzegła... dlaczego?

Gdy Tarłówna opowiedziała wszystko pannie Ewelinie, płacząc ponownie, nauczycielka smutnie potrząsała głową.

Szepnęła cichutko poprzednią myśl Andzi.

- Czyżby... twoja matka?... Bardzo wątpię...

Na szlachetnej, poważnej twarzy nauczycielki odbiła się nieufność. Ale milczała, tylko ujrzawszy perły, obejrzała je starannie i rzekła:

- Te same są, perły i rubiny, łzy i... krew. Te perły były własnością twej mamy.

- Tak? Pani je już widziała? Pani je zna?...

- Opowiadała mi o nich ciotka Smoczyńska.

Tego samego dnia Kościesza oznajmił Andzi, że wyjadą wszyscy na parę letnich wakacyjnych miesięcy do Toporzysk i Drakowa, spadkowych majątków Tarłówny po jej ojcu, odległych o kilkadziesiąt mil, których dotąd Andzia nie znała.

Na jej usilne prośby, ojczym, pomimo niechęci, zaprosił na tę wycieczkę ciotkę Smoczyńską z dziećmi.

- Zrobię dla niej dużo, ale jej w świat nie puszczę - myślał Kościesza.

4. Szatry - Szałasy

Rozpoczynał się pierwszy brzask, gdy stary Grześko prowadził swą młodą kompanię przez gęsty bór, na żerowisko łosi.

Prowadził nowymi zaułkami, jakby korytarzami leśnymi, gdzie trzeba się schylać nisko pod rzęsistą zwałą mokrych od rosy gałęzi i brnąc prawie po kolana w futrze gęstych traw zwalonych na się lub nakudłanych.

Tu i ówdzie przecinał im drogę strumyczek leśny, czarny, prześwitujący rudą, otoczony dokoła tłustą mazią lepkiej ziemi.

Bór szumiał, witał świt na niebie, ledwo tu dostrzegalny spoza tęgich koron sosen, jodeł i dębów. Las był zwarty i podszyty obficie, w tej zaś minucie tak gwarny i hałaśliwy, że zdawał się być miastem natury. Krzyczały zbudzone ptaki, wielka harmonia różnych tonów, gwizdań, hukań, świstów, kipiała namiętnością, czyniąc wrzawę jedyną w swym rodzaju i piękną.

Słychać było głosy czworonogów; przecinał powietrze nagły ryk jelenia, jakby poziewanie po nocnym śnie, czasem odezwało się charakterystyczne rechotanie dzików, macior i kwik warchlaków przebiegających w pobliżu, raz beknął zając, zwykle mało objawiający się głosem, lecz widocznie o świcie najswobodniejszy.

Aż oto krótkie szczeknięcie, dziwne jakieś i niezwykłe. Młodzi spojrzeli na Grześka z pytaniem w oczach. On położył palec na ustach i szepnął tajemniczo:

- To lis. - Po czym zaczyna im objaśniać.

- To jest szczeknięcie starego samca, który polowanie swe ranne odbywa. Młode lisy, liszka teraz wyprowadza z jam do zbóż, uczy łowów i jak jamy kopać trzeba. Ej! żeby my tak wzięli z sobą jamniki, to by lisiąt nabrał, ile chce. Ale teraz już, jako że koniec czerwca, to i na młode wilki czas, już odessane, warto by wybierać z gniazda i brać na łańcuch do stajni w Wilczarach, a na to, żeby konie myśliwskie z wilkiem oswajać. Żeby to pokazać panienkom borsuka, żbika, kunę, albo, ot co - rarytnego wielce rysia, ale on, jucha rzadko się trafia i, Boże chorony! czasem niebezpieczny, z drzewa ci szuśnie na kark człowiekowi albo bydlęciu. Lepiej by zobaczyć moręgowate warchlęta albo cielątko cętkowane od łani, bo to jest przymilne, albo wydrę koło jeziora "Temnyj Hrad". Tam stanowisko poobsiewał ja popiołem, a i łapek drucianych z rybką ponastawiał, to tyż dobrze, samotrzaskiem się zamykają i młoda wydra, biedneńka, jest!

- Pójdziemy tam z wami, Grześku, dobrze? - zaszczebiotała Handzia.

- Oj! Kiedyż to daleko i do jeziora droga kiepska, błoto bo Temnyj Hrad to było stare zamczysko, rozwaliło się, taj około gruzem obrosło. A jezioro też straszne, czarne, zimne, naokoło bagniste. Ej, tam to strach prowadzić takie delikatne panienki.

- My jesteśmy mężczyźni Grześku, my pójdziemy - woła Jaś, lecz stary kładzie mu dłoń na ustach.

- Cicho! Stać ani drgnąć, idzie łoś.

Przystanęli, skupieni ciasno, jak wmurowani w ziemię, zasłaniały ich olbrzymie pnie jodeł rudozłotych, gubiąc w sobie ciemne ich postacie. Łoś szedł istotnie jeszcze niewidzialny, poprzedzał go chrupot gałęzi oraz ciężkie, miarowe stąpania wielkich racic, przy tym stęk głuchy. Słychać było wyraźny świst powietrza wciąganego przez chrapy szerokie.

Wreszcie ukazał się oczom patrzących zwierz ogromny, brunatnosiwy, nieproporcjonalnie wysoki na przodzie, z garbem na karku, zaś na tyle opadnięty, niby spiłowany, z krótkim omykowym ogonkiem.

Nogi wysokie stawiał zginając je nieco w kolanach, głowę brzydką, nadmiernie wydłużoną, także z garbem nad czołem i obwisłymi ochłapami chrapów pochylał nisko, ciężarną wielkimi rogami, które jak misy szerokie rozgałęziały się w grubsze i cieńsze konary. Oczki stosunkowo małe, siwe, apatyczne były, za mgłą, pełne flegmy i sybarytycznego lenistwa; postępując wolno, kiwał obwisłą głową z apatią limfatyka, idącego do pełnego stołu.

- To stary szuflak - szepnął Grześko - główny prowodyr stada na rykowiskach, ale teraz on chodzi sam, ile że klępy z cielętami trzymają się osobno w gąszczach zwartych. Czuj duch teraz, bo się spłoszy, bo idzie taki pewny, jak sam bojar. O waa! żeby teraz fuzją wziąć na cyngiel, da na komorę...

Tym razem Andzia zakryła usta ręką staremu. Łoś mijał ich właśnie, przypominając ciężkimi ruchami cielska niezgrabnego chłopa, który wraca od pracy znojnej.

Stanął na jeden moment może instynktem tknięty, podniósł chrapy i zawachlował nimi podejrzliwie. Widzowie zatrzymali oddech w piersiach, ani drgnęli. Szuflak uspokojony, powędrował dalej i zaraz spadzisty zad jego zniknął w gąszczu.

- Duża sztuka! Da już na mięso niezdatna, same to już łyko, abo skóra juchtowa. Tera idźmy za nim w trop, taj dojdziemy na brzeg moczarów, gdzie są stogi, tam ich będzie więcej - mówił Grześko.

Szepcąc i stąpając bez hałasu, doszli na skraj boru i stanęli zdumieni.

Tarłówna wydała cicho okrzyk zachwytu. Przed nimi leżał rozległy szmat moczarów, właściwie jakby nawodnionej łąki, bo wszędzie małe jeziorka połyskiwały, stawki przetykane gęsto bujnymi kępami twardych trzcin, traw, gdzieniegdzie krzakiem rokiciny lub wierzby karłowatej. Cała przestrzeń otwarta i widna, poznaczona była dużymi stogami siana, umieszczonymi na wbitych w mokradło, wysokich na parę stóp słupkach i pomostkach.

Wielkie te kopice, stożkowatego kształtu, jedne większe, drugie mniejsze, widocznie już nadjedzone, otaczało kilka sztuk łosi. Zwierzęta, tonąc po pęciny w wodzie, łapały wargami za siano, wyciągając spore wiechcie, jedząc, mamlały głośno, patrząc bezmyślnie przed siebie. Inne dopiero nadchodziły: ciężkie, chciwe żeru a szkaradne niezgrabną budową, tylko rogami jak mosiężnymi tarczami imponujące.

Chlupotanie i skrzypot siana rozlegał się w ciszy świtu, z boru zaś grzmiała orkiestra ptasia, już zupełnie rozbudzona. Powietrze jeszcze mętnoliliowe, lekko różem zabarwione; liliowe gazy zdawały się zwisać nad moczarem, przepajając go sobą, że wyglądał cały niby liliowością przesiąknięty.

Kępy traw ciemniejsze, miały w sobie skupioną barwę fioletu, zbiornikami koloru rozpłyniętego dokoła były stogi siana i wał lasu, zamykający horyzont. Zwierzęta skoncentrowały w swych ciałach najmocniejszy odcień fioletu i jakby ciemnej zieleni, prawie czarnej. Widok stał się niezwykły, piękny w kolorycie, rozlewny jakiś, a przez swą pastelową liliowość mistyczny. Wszystko w fiolecie zanurzone, fioletem pochłonięte, fioletem tchnące.

Nagle zerwały się dzikie kaczki; z jednej z kęp jak rakieta trysnęły w górę ciężkimi kulami ciał; i one zachowały barwę królującą tu władczo. Uniosły wysoko gęgający klucz, przecięły fiolet powietrzny i zapadły na mokradle pod lasem.

Andzia stała oczarowana, pożerając oczami śliczny obraz natury. Nastrojowość świtu na wszystkich zrobiła wrażenie. Przebudził ich cichy głos Grześka:

- Niech pannuńcia patrzy, ot tam, za tym skrzywionym stogiem, hen, hen, pod lasem czaple stoją, nie wiedzieć czego tu zalazły, ryby tu większej nie ma, tylko piskorze błotne da kiełbie. Ale ot słonko tam już wyjrzało przez jakąś szparę w lesie i prosto na ptaki padło. Dlatego to one mają pióra na piersiach złote, czuby czerwone jak krew, a dzioby niebieskie czy tam jakieś. Ot cudo! Te moczary nazywają się "Krasna duszohuba", ile, że tu kiedyś przepastne błota były i pewno niejeden, co tu wlazł, duszę i ciało zaprzepaścił. Boże chrony! A krasna to dlatego, że tu tak pięknie jest, czy o zachodzie słońca czy o wschodzie, jednaka tu krasa, i na wiosnę, i na jesieni. Zimą, Bożeż zmiłuj się, jeszcze dziwniej, woda tu nie marznie, ino tak błyszczy, jak lustro czarne, czasem szafirowe, albo takie ot, jak teraz liliowusieńkie, a dopiero na tym śniegiem zawalone kępy da stogi, da biały naokół bór. Oj, już wtedy tylko patrzeć.

- Czyż te stogi zeszłoroczne? - spytał Jaś.

- Gdzieżby, paniczku, oho! Do tej pory by nie dotrzymały, toż to już lipiec prawie, nowe to sianko zebrane, a potem potrawy przyjdą. Tu łąki bohate i po trzy razy się kosi, a jakie siano? Tłuste, grube da miękkie...

- Patrzcie! Patrzcie! Co się to z moczarem robi - zawołała Andzia.

Szerokie aaa! wybiegło ze wszystkich ust, Grześko rzekł z uśmiechem na rozjaśnionej twarzy:

- Ot co? Woda się krasą oblewa przed swym kochankiem słońcem, jak dziewczyna do lubego. Wiadomo, woda bałamutka.

- Nic cudowniejszego nie widziałam w życiu! - unosi się Tarłówna.

Istotnie metamorfoza moczaru mogła czarować. Słońce purpurą swą wychyliło się zza boru i w tej samej chwili zwiało fiolet z wód i kęp, maczając je w różu tak świetnym, że cała przestrzeń stanęła od razu jak w rumieńcu. Liliowe szaty, jakkolwiek prześliczne, zdarte, bo oto weselne, gotowe stroje przybrały na się moczary i zatonęły z rozkoszą w tej królewskiej, prześwietnej purpurze. Bogate woale karmazynu omotały stogi, puszyły się na kępach, wnikały w głąb wody, wypędzając z najciemniejszych zakątków pozostałe fiolety. I teraz już róż złocił się coraz więcej, ozdabiał klejnotami, że perły mleczne i brylanty osiadły gęsto na źdźbłach trawiastych kęp, złote kolce kłuły wodę i wskroś moczaru płynął złotopurpurowy pył.

Łosie stały się koloru starego złota, jak posągi odlane z gruba, wykute ciężkim młotem. Już najedzone, zawracały leniwie, lecz rześkość poranka, widok słońca podziałał na nie; jeden, widocznie młodszy, bryknął figlarnie, komiczny w ruchu niezdarnego łobuza. Spuścił głowę, rogami majtnął po wodzie, aż nabrał na rosochy kłakcie wyrwanej trawy, potem fiknął tylnymi nogami i rzucając ogromnym łbem to tu, to tam, pokłusował ostro wprost na czaple. Drugi stary rogacz zadarł chrapy w górę i zaryczał donośnie, gardłowo, niby hymn pokorny do Stwórcy za słońce i dobre śniadanie.

Lecz te delikatne odgłosy potwornych zwierząt nie zostały podjęte przez innych tubylców moczaru. Pierwsze czaple wzbiły się w górę, umykając przed rozbrykanym młodzieńcem łosiego rodu; rozkrzyczały się kuliki wodne i czajki, gdzieś z oddali zakruczały niewidzialne żurawie i bąk huknął jak spod ziemi. Lecz szczególnie dziwny popłoch powstał wśród kaczek; kaczory darły się jak opętane, nie bez powodu, bo nagle z przeciwległego krańca mokradła buchnął strzał w tę wrzawę.

Cichy, liliowy spokój świtu zmącony został tragicznie. Dzień powstający rozpoczynał już walkę.

Huk strzału zelektryzował Grześka, rzucił się on naprzód jakby sam był raniony i rozglądając się bacznie, węsząc dym, mówił, raczej mamrotał gniewnie.

- Aaaa! Ot co! Trochę ja się dziwił, czego kaczory tak hałaszą, da z oczeretów fyrkają w górę, a to ot, Boże chorony, ktoś się na nich zasadził, wystrzelać biednieńkie chce. Pewnie ten pohany mużyk ze smolarni, co rusznicę ma, da szkody po boru czyni, albo może telegrafista z Wilczar. Ja mu dam kaczory! Pobaczysz ich, wołokito. Trostia na tebe złodijako...

Stary ze złością zaczynał wpadać w dobitne wyrażenia miejscowego narzecza.

Poprosił młode towarzystwo, aby na niego zaczekało, sam zaś podążył krokiem szybkim wprawnego łowcy, idąc brzegiem lasu i tym sposobem okrążając moczary.

Andzia usiadła na zwalonym pniu sosny, obok niej Jaś, tylko Lorcia niezmiernie zaciekawiona, kto strzelał, kręciła się jak fryga.

- Jestem wściekle głodna - rzekła Handzia.

- Głodnaś? A to ja mam coś w sakwie - zawołał Jaś z dumą i jął otwierać torbę myśliwską z sarniej skóry.

- Patrzcie, już ani jednego łosia nie ma na polanie. No, ale widoki mieliśmy nadzwyczajne, muszę tu przyjść jeszcze raz.

- Tymczasem, Handziu, zjedz, co nam los nadarzył, bo na obiad do Wilczar powrócimy późno, zgłodniejesz.

Podał jej na papierze szynkę i chleb.

- Jak to zjesz, dam smakołyk, tylko nie grymaś, zjedz wszystko.

- Wilka bym zjadła, gdyby nie było nic innego. Lorka, chodź na śniadanie.

- Daj jej spokój, ona się już za kawalerem ogląda, bo przeczuwa, że to nie mużyk strzelał.

- A jeśli telegrafista, to co?

- No dla niej dosyć, ona nie jest wybredna. Mówię ci, Andziu, ona nie ma smaku, aby chłopiec - reszta furda!

- Nie obgaduj siostry.

- Oho widzisz! Widzisz! Jak pędzi Lora? Ani chybi, tylko pewno Grześko prowadzi kłusownika telegrafistę.

Smoczyńska istotnie nadbiegła, wołając głośno:

- Idzie z Grzesiem jakiś piękny młodzieniec z psem i ze strzelbą, Grześko wcale się na niego nie gniewa, strzelby mu nawet nie odebrał, ot już idą tam, na lewo.

- Lorka, skocz do wody, to ochłoniesz, boś się już zapaliła.

- To chyba naprawdę nie telegrafista - rzekła Andzia, przypatrując się uważnie.

Jaś był tego samego zdania.

Grześko zbliżał się w towarzystwie młodego pana w sportowym ubraniu, lecz w postołach z łyka, jakie noszą chłopi. Wysoko łykiem omotane nogi, jak zresztą i całe prawie ubranie myśliwego, zamazane były błotem i schlapane wodą. Z tej zabłoconej, a jednak eleganckiej figury, zbrojnej w piękną strzelbę na ramieniu, wykwitała głowa młoda, energiczna, przystojnego szatyna, przykryta kapeluszem z piórkiem.

Szedł raźno uśmiechnięty i rozmawiał swobodnie z Grześkiem, który z uszanowaniem odnosił się do niego. Obok biegł śliczny wyżeł czystej rasy. Zbliżyli się. Andzia podniosła się z pnia, Jaś stał trochę zdziwiony. Grześko przemówił pierwszy:

- Ot pannuńciu sztuka! Ja myślał, że to jaki pohany mużyk, albo telegrafist, a to, Boże chorony, sam jasny pan z Prokopyszcz. Ot mnie i bida.

- Dowiedziałem się już od Grzegorza o szczęśliwym spotkaniu z właścicielką tego lasu i podążyłem powitać ją - odezwał się pełnym barytonem niespodziewany przybysz. - Jestem Andrzej Olelkowicz z Prokopyszcz, z upoważnienia pana Kościeszy poluję tu na podloty - dodał z figlarnym uśmiechem, przypatrując się krótkim sukienkom panienek. - Ponieważ to nie jest rewir Grześka, więc mnie tu spotyka pierwszy raz i chciał zaaresztować.

- Gdzież tam, Boże chorony! Jaż od razu poznał, że to kniaź.

Młodzież przywitała się uprzejmie.

Olelkowicz rzekł do Andzi:

- Bywałem w Turzerogach dosyć często, jeszcze za życia dziada pani, marszałka Hołowczyńskiego, z którym przyjaźnił się mój ojciec. Panią pamiętam doskonale, taką malutką, zaledwie trzyletnią dziecinę, ja zaś jako pierwszoklasista, nosiłem już mundur uczniowski.

- W takim razie moja mama była jeszcze wdową?

- Tak, potem gdy pani Tarłowa wyszła za pana Kościeszę, bywaliśmy już rzadziej... aż... zerwały się stosunki zupełnie.

Dopowiedział prawie szeptem, lecz Andzia usłyszała i zrozumiała.

Kościesza nie był lubiany w okolicy.

Tarłówna zaprosiła gości na śniadanie. Czeluście torby Jasia otworzyły się na nowo, ale młody pan zawołał:

- Ach! Wybornie! Urządzimy wspólną ucztę, bo i ja mam tu coś w swej myśliwskiej śpiżarni i, o ile nie zamokło...

Okazało się, że właśnie nie, zaczął tedy wyjmować na pień różne przysmaki, chleb, masło, półgęski, kurczęta z rożna, znalazła się butelka starego miodu i owoce w cukrze. Te ostatnie rozśmieszyły Andzię.

- Ależ z pana smakosz! Nie chciałoby mi się tyle tego nosić.

- Eee! proszę pani, co to znaczy? Dziś wybrałem się na kaczki tylko do południa, więc dlatego tak mało, jak idę na cały dzień, dźwigam więcej i... głodny wracam.

Roześmiali się. Bujna, młodzieńcza wesołość opanowała wszystkich, wypili miodu i zaczęli zajadać ze smakiem śniadanie, gawędząc na wyścigi. Grześkowi dostała się podwójna doza napiwku i wszystkiego w hojnych porcjach, aż stary bronił się od takiej szczodrości.

Olelkowicz spytał:

- Ja polowałem, ale co państwo robili na Krasnej Duszohubie?

- Obserwowaliśmy łosie.

- Brawo! Czyli od pierwszego brzasku siedzicie tu? Ja tak samo, trzebaż trafu żeśmy się nie widzieli. Ale co Duszohuba? Prawdziwie nazwana krasną. Cóż za bogate barwy fioletów, a potem róż.

- Zauważył pan to? Prawda?! - zawołała ciekawie Tarłówna z odcieniem radości w głosie.

Olelkowicz klasnął w dłonie i od razu prędkim ruchem podparł się rękami pod boki.

- Ależ pani mnie naprawdę ma za żarłoka tylko i myśliwego. Pomyłujte pannuńciu! Ja się gniewam. Siedzę wprawdzie po uszy w bagnie, ale oczy mam na wierzchu i duszę poetycką także. Zresztą widok tej Duszohuby o świcie i przy wschodzie słońca każdego poruszy.

Zaczęli sobie opowiadać różne wrażenia z wycieczek leśnych. Olelkowicz mówił dużo o swych trofeach myśliwskich i zapraszał młode towarzystwo do odwiedzenia własnych lasów, sąsiadujących z Wilczarskimi. Podczas rozmowy najwięcej śmiała się i trzepotała Lorcia Smoczyńska, rówieśnica Tarłówny, bardzo ładna. Zupełnie odrębny typ niż tamta. Andzia smukła, wysoka, ale raczej drobna w budowie z czarnymi, lśniącymi włosami i oczami tegoż koloru, mieniącymi się w złote refleksy, o fiołkowych połyskach białek; oczami czasem smutnymi, czasem pełnymi bujnego życia, które były zawsze lekko łzawe, błyszczące, głębokie jak toń jeziora. Rysy Handzi nie klasyczne, lecz regularne, miały w sobie wdzięk i charakter wyjątkowy; cera aksamitna, świeża z nikłym odbłyskiem smagławym, przypominającym jakiś wytworny i soczysty owoc, usta w miarę pełne, wykrojone, miały silną barwę, skupiając na sobie główny czar tej dziewczyny. Lecz może najbardziej charakterystyczne były brwi gęste, czarne zaczynające się nisko od nosa i w oryginalnym załomie wznoszone przy końcach w górę; długie, aż nadto obfite rzęsy zdawały się ciążyć powiekom, które jakby dlatego często opadały, tłumiąc lśnienie oczu i dziwnie zdrabniając twarz. Była to uroda nie tyle piękna, ile niezwykła i wymagająca znawcy.

Lorcia, przeciwnie, - od razu każdemu rzucała się w oczy; była wysoka, zgrabna, klasyczna, z włosami rudawymi o nadzwyczaj jasnych tonach i oczami koloru pysznego błękitu, twarz jednolicie biała, matowa bez cienia rumieńca, wypukłe krwawe usta i nos garbaty wykwintnego kształtu. Zawsze roześmiana, wrzaskliwa, przypominała nakręconego i huczącego bąka lub ptaka wiercącego się jak na sprężynie. Nie potrafiła usiedzieć ani jednej chwili spokojnie, tym właśnie zwróciła na siebie uwagę Olelkowicza. Badał ją jakiś czas, wreszcie rzekł śmiało:

- Ale z panią to bym nie poszedł na polowanie, całą zwierzynę z lasu mogłaby pani wystraszyć. Dziwię się, że łosie spokojnie spożywały siano, skoro pani była w pobliżu.

- Ale ja myślę, że panu przy mnie zwierzyna nie byłaby w głowie - rzekła rezolutnie.

- Oo! NIe wiadomo, dla mnie polowanie to grunt. Mógłbym panią związać ostatecznie.

- Uprzejmy kawaler, a gdybym krzyczała?

- A knebelek od czego?

- Chyba całus! - palnęła Lora.

Andzia poczerwieniała, Jaś wzruszył ramionami, Olelkowicz zaś tak się zdziwił, że nie zdołał odpowiedzieć ani słowa. Tylko oczy błysnęły mu łobuzersko w stronę Lorci. Dziewczyna parsknęła śmiechem swobodnym i rzekła:

- Zdaje się, że pan nie byłby od tego, tylko tak udaje skromnisia.

- Andziu, czegoś taka czerwona?

- Jasiu, co się na mnie tak gapisz? Ha, ha, ha!

Tarłówna nic już nie mówiąc, wysunęła się naprzód, za nią podążył Smoczyński. Lorka z Olelkowiczem zostali poza nimi. Śmiechy i żarty młodej pary rozlegały się echem po lesie.

Do Andzi i Smoczyńskiego przysunął się Grześko. Starą głowę na korpusie wojskowego wtulił w ramiona i szepnął do Jasia cichutko:

- Paniczek - Boże chorony, musi swojej siostrzyczki dobrze pilnować, bo ta pannuńcia to za ochotna dla chłopców.

Młodzieniec nic nie odrzekł, udał że nie dosłyszał. Zmiarkował to stary i zagadał inaczej:

- Ot, już widzieli państwo Krasną Duszohubę, da Czartowyj mostek, ale jeszcze nie widzieli Temnego Hradu. Tam to dziwy, da dziwy! Ho! to jest daleko, blisko granicy lasów prokopyszczskich, pojedziemy i tam, bojarzynko, prawda?

- Co to za dym na prawo? - spytała Handzia.

Stary skoczył naprzód i jak ogar węszył, śledził, wreszcie rzekł:

- To Cygany. Wid'my zaraz rozłożą się po boru, da po wsiach jak te pluskwy, niczym nie wykurzysz, zaraz i złodziejstwa się zaczną. Palą chrustem i widać bogate szatry, bo smakowite zapachy " niucha się". Oo! czuć słoninę, da jakieś delikatniejsze przyprawy.

- Chodźmy tam! - zawołała Handzia.

Jaś przywołał Lorcię i Olelkowicza, oni również wyrazili chęć odwiedzenia obozu. Poszli wszyscy razem.

- Andzię Cyganie wezmą za swoją rodaczkę - rzekła Lora. - Jeszcze się do nas przyczepią, że ukradliśmy cię.

- Ej, niepodobna bojarzynka na Cyganichę. Boże chorony! Tylko co oczki kare, ale to także wid'my mają inne. Chyba już korolewna cygańska...

- Pasjami lubię taką właśnie cygańską urodę - rzekł Olelkowicz z zapałem, patrząc na Tarłównę - lecz od razu spostrzegł się i zmieszał niesłychanie. Łuna czerwona opłynęła mu wyraziste rysy i czoło młodzieńcze.

Lora zła na niego za ten zachwyt i ciągłe spoglądanie na Andzię wypaliła bez namysłu:

- Także szczególny gust! Gdyby pan był albinosem nie dziwiłabym się, ale tak!?

- Więc jako szatyn mam lubić albinoski, według pani teorii... Ślicznie dziękuję!

- Nie, białowłose dla brunetów, dla szatynów istnieje kolor pośredni, złoto, rudy, ognisty...

- Odważna panna! - pomyślał Andrzej, patrząc na warkocze Lory.

Oto i szatry. Cały obóz. Na małej łysince wśród gęstych zarośli leśnych szarzało kilkanaście dużych namiotów płóciennych z czarnymi czeluściami otworów wejściowych. W głębi, za szatrami stały wozy ładowne, pomiędzy drzewami, w zaroślach widać było konie tęgie i trochę dzikie, popętane, z rozwianymi grzywami i ogonami do ziemi.

Na środku obozowiska palił się duży stos ognia, nad nim wisiał kocioł czarny na żelaznych umocowany drążkach. Obok stało kilka Cyganek; jedna wielką warząchwią mieszała w kotle, dwie skubały kury, jedna na kawałku deski słoninę krajała w długie paski. Drób porżnięty i pierze leżało obok skubiącej Cyganki. Mnóstwo czarnych kobiet, półnagich Cyganiąt, o głowach kudłatych, jak ogromne rzeszota kręciło się wokoło ognia. Przy wejściach do szatr siedziały i stały grupy Cyganów w rozmaitych strojach, czasem w malowniczych lub w łachmanach. Obraz okraszony słońcem, na tle ciemnego boru, na jasnozielonej murawie wyglądał przepysznie.

Gdy wycieczkowicze zbliżyli się, zaatakowały ich najpierw psy, czarne, zwinne i niesłychanie złe, szczerzące białe kły; z gardzieli ich wychodziło chrypliwe szczekanie i wark krótki, lecz wściekły.

- Zabrać psy! - huknął Grześko na cały bór, trzymając za obrożę wyżła Olelkowicza. Widocznie głos jego groźny i pewny siebie zrobił wrażenie, bo oto z bandy wypadło kilku wyrostków, ciemnych, jak z miedzi wykutych, z wielkim pośpiechem uciszali brytany. Cyganki, przysłoniwszy oczy rękami, jęły patrzeć badawczo w stronę przybywających; z gromadki siedzącej przy najbliższym namiocie powstał wysoki Cygan, z czarną brodą, przeciągnął się, podniósł w górę rozluźnione paski spodni i także patrzył pilnie, lecz z flegmą na obce osoby wkraczające do obozu.

Grześko niespodziewanie przemówił do niego po cygańsku, co kudłacza wprawiło na razie w zdumienie, ale po chwili zmarszczył się groźnie i już podejrzliwie patrzył na gości. Stary leśnik łatwo mu się wylegitymował, wmieszał się do rozmowy i Olelkowicz, po czym nastąpiła najlepsza zgoda. Cyganie od razu weszli we właściwą rolę: dzieci otoczyły przybyszów, żebrząc o jałmużnę, Cyganki oglądały ciekawie panienki, także prosząc i mamląc niezrozumiałe wyrazy.

Stara Cyganicha, Onuta, którą Grześko poznał od razu jako dawną znajomą, przyniosła stołki, prosząc gości, żeby usiedli i ogrzali się przy ogniu, bo ranek chłodny. Cyganów przybywało, z każdej szatry ukazywała się jakaś nowa postać. Obóz był duży i bogaty. Podeszło parę dziewczyn w chustach kolorowych, pasiastych, zawieszonych jak chlamidy. Twarze czerstwe, hoże, gorącą swą cerą i oczami przepastnie czarnymi przykuwały do siebie wzrok Olelkowicza. Młody pan był jak w ukropie, Cyganki nęciły go nieprzeparcie, ale wstydził się trochę Andzi, bał się żartów Lory, lecz i ona również zajęła się pięknym Cyganem bardzo gorliwie. Śmiała zawsze i wyzywająca, używała sielanki z zupełną swobodą.

Uwagę Tarłówny zwróciła jedna szatra ozdobniejsza niż inne, pokryta płótnem w kolorowe pasy. W głębi jej, blisko wejścia, na wysokim posłaniu, z oparciem z barwnych kilimów, wpół leżała kobieta młoda i nadzwyczaj piękna. Spowita była we wzorzystą tkaninę, miękko otulającą wspaniałe jej kształty, włosy w dwóch grubych warkoczach splecionych przy skroni przeplatały złote cekiny i paciorki, wierzch głowy do połowy czoła nikł w zawoju gorąco żółtej materii jedwabnej, zakończonej złotymi, obfitymi frędzlami, które spadały na czoło i aż na duże łuki czarnych brwi. Oczy o hebanowych źrenicach patrzyły groźnie, z królewskim majestatem. Cała pierś mieniła się od świecideł, cekinów, złotych łańcuchów i różnych paciorków. Ramiona strojne w bransolety położyła pod głowę i z obojętnością, z dumą nawet, spoglądała na ognisko i zebranych przy nim obcych przybyszów.

- Kto to jest? - spytała Andzia Cyganki Onuty, najrozmowniejszej z bandy.

Stara zrobiła uroczystą minę, zaczęła mówić cicho, łamaną gwarą:

- To jest panuńku, nasza korolowa, Zoira. Ona sobie spoczywa, bo strudzona podróżą i ona jest po dziecku. Ja przyjmowała małą córyńkę królewską; już się za węgierską stroną umnożyła.

- To wy idziecie z Węgier?

- Z Węgier, pannuńku złocista, od Dunaju. Hej tam zielone doliny, a od Tatrów węgierskich idziemy. Lato się powłóczy człek, by znowu zimę pod Tatrami szukać. My liczną gromadą jedziemy, nasz król Donru się nazywa, chrobry jest, dbały o swoją bandę a srogi. Ot, on idzie z boru, patrzcie, patrzcie, panuńku.

Śpiewny, przewlekły głos Cyganki i jej słowa niezbyt zrozumiałe w wymowie, dziwne czyniły wrażenie na wyobraźni Tarłówny. Trochę ją ten obóz przestraszał, ale i podniecał, i nęcił. Spojrzała we wskazanym kierunku.

Szedł król obozu.

Wysoki, jak dąb rozrośnięty, potężny w barach i udach, Donru miał na sobie bogaty strój węgiersko-cygański. Spodnie obcisłe z żółtej skóry, wyszywane po góralsku czerwoną i granatową nicią, buty wysokie, z mosiężnymi klamrami na środkowych wycięciach, prawie na kolanach; koszula czerwona wyglądała spod bogatego serdaka na czarnych baranach, doszczętnie zaszytego złotem i blaszkami w kształcie dukatów. Włosy miał czarne, twarde jak z grzywy końskiej i tłuste, posplatane w drobne warkoczyki. Czapka ogromna, dziwaczna jakaś, naszyta złotymi sznurami, miała kitę ze złocistych trzęsień, łańcuch gruby wisiał mu na piersiach aż do pasa szerokiego, pełnego kieszonek, klamr, rzemyków i złotych guzów. Brody nie nosił, tylko olbrzymie wąsiska, rozczochrane, stanowiące rażącą sprzeczność z wymuskanymi warkoczykami włosów. W ręce niósł ogromny kij z łańcuszkiem, ostro okuty.

Olelkowicz szepnął do Andzi:

- Znam tego Cygana. Był razem ze swą bandą w moich lasach, ale wówczas mniejszym zdawał się władcą - dodał z uśmiechem.

Przemówił do króla, przypominając mu się. Donru grzecznie, ale z powagą podniósł lekko czapkę i bez ceremonii podał Olelkowiczowi wielką swą czerwoną dłoń. Młody pan stropił się, lecz ręki nie cofnął. Cygan zauważył wahanie, zaśmiał się szeroko.

- Kiedy znajomy, to znajomy, nie trza się wstydzić cagańskiej ręki. Inna ona, niż wasza, kneziu, ale ludzka, a ja tu król. Poszli chłopcy won! - krzyknął na małych lazaroni obozowych, którzy żebrząc, jednocześnie wyprawiali przeróżne skoki i figle.

Zaczął wołać na nich po cygańsku tak, jakby wyszczekiwał ostre twarde wyrazy.

- Trzeba to na powrozie trzymać, bo jak nie, to brykają - rzekł do Andrzeja tonem poufnego zwierzenia. - A co państwo robią tak rano w borze - spytał jeszcze.

Otrzymawszy odpowiedź, uśmiechnął się pobłażliwie.

- Tak to człowieka zawsze do boru a do pola ciągnie. Pałace nie wystarczą, trza powietrza, jaka by klatka nie była, a dlatego klatka dusi, nudzi, aż człeka na świat szeroki wygna. I ot nadybali państwo Cyganów i pewno się nastrachały panienki, bo to nas dla niewiadomej przyczyny ludzie boją się. Ale nie trza; złego nikomu nie robimy - zapewnił poważnie.

- U was ładny obóz, dużo koni dobrych, ładne dziewczęta, chwackie chłopcy - chwalił Olelkowicz.

- Ot to już w nagrodę za dobre słowo trza państwu zagrać. Hej muzykanty! - huknął donośnie.

Projekt został przyjęty ochoczo, dla wirtuozów bandy był rozkazem. Od razu kilku młodych Cyganów skoczyło do szatr i wnet przynieśli różne instrumenty, a więc: skrzypce, basetlę, bębenki zdobne w dzwonki i brzękadła, jakieś blachy jasne, którymi stukali jedne o drugie w takt melodii. Była i duda góralska i kobza, i jakieś flety dziwaczne, cała oryginalna orkiestra.

Muzykanci skupili się opodal i zgodnie na klaśnięcie Donru zaczęli grzmieć węgierskiego marsza Rakoczego. Grali dobrze a dziko, czarne kudły trzęsły się nad instrumentami, oczy pałały zapałem. Donru wsparł się pod boki i jął przytupywać stopą prawej nogi, czasem klasnął rękami i podrzucał głową z widocznym ukontentowaniem. Cyganki starsze, zgromione wzrokiem króla, zabrały się żywo do roboty przy kotle, tylko Onuta siadła w kucki obok Andzi i kiwając się to w lewo, to w prawo, mruczała coś niewyraźnie.

Olelkowicz nie wytrzymał, porozumiał się wzrokiem z Lorką i spytał króla:

- To już chyba potańcujemy?

- Można - odrzekł Donru z powagą i dał nowy rozkaz muzyce.

Zabrzmiała jakaś skoczna polka, czy czardasz, coś pośredniego, co jednak dało się ująć w takt.

Olelkowicz z Lorką puścił się w taniec na gładkiej murawie, za ich przykładem poszli Cyganie. Kilka par hucznie i ostro tupało, wiło się w słońcu. Pokrzykiwania i hołubce dodawały ochoty. Zachęcona Andzia poszła w tan z Jasiem, wnet wyrwał mu ją Olelkowicz, Lorka zaś ze zwykłą swoją odwagą wzięła do tańca Cygana Dżinga, który jej się od razu tak spodobał. Sprawiło to wyborny efekt, Donru rozpromienił się, nawet Zoria wyszła z szatry i stojąc opodal patrzyła na tańczących z łaskawym uśmiechem. Olelkowicz i Jaś nie tracili czasu, obtańcowywali młode Cyganki z takim zapałem, że i one wpadły w ekstazę; Andrzej głównie zyskał sobie uznanie, król tytułował go stale "kniaziem", wymawiając "kneź". Nagle Donru wziął go pod rękę, podprowadził do swej żony i wspaniałomyślnie pozwolił z nią zatańczyć.

Młodzieniec wykonał ukłon tak wykwintny, jakby naprawdę przed monarchinią na dworskim balu i ruszył w tan.

Zoria tańczyła z początku powściągliwie, jak przystało królowej, ale zapał Olelkowicza podziałał na nią. Oczy jej zagrały, wydała głośny trochę dziki okrzyk i już zaczęła taniec z pasją, z szałem, falowała figurą, drobiąc nogami i od czasu do czasu z lekka pokrzykując. Król jednak wkrótce przerwał jej zabawę i skinieniem ręki oznajmił, że dosyć.

Donru zaznajomił Zorię z panienkami, po czym oznajmił towarzystwu, że musi ich ugościć w swym obozie, że zatem poczekają tu na ucztę wspólną, a tymczasem niech się bawią, jak kto chce. Młodzież wpadła w doskonały humor, młode Cyganki popisywały się śpiewami, kładły panom karty, chłopcy pokazywali różne sztuki łamane i nawet magiczne.

W ogólnej harmonii tylko stary Grześko czuwał, nie ufając nawet królowi, bał się, żeby dobra komitywa nie skończyła się jakąś niespodzianką, okradzeniem na przykład. Ciągle ostrzegał paniczów i szeptał do Andzi.

- A pannuńcia myśli, że te kury, te kaczki, a słonina to własne, albo kupione? Ukradły juchy, taj już, tylko nie tu blisko, bo tam gdzie stoją, to nigdy nie kradną, mądre ścierwa! A taż królowa to tyż w kradzionych szatach paraduje, bojarzynka nie wierzy? Boże chorony! A cóż to oni chramy mają, albo grody jakowe? Ot szatry, da i szatry z kradzieży to wszarstwo żyje. Tfu! Nawet niepięknie, że się pannuńcie z nimi tak bratają; niech już tamta panienka, ona akurat do tego, ale bojarzynce nie dam z Cyganem tańcować, wara mu wołokicie.

Uczta była gotowa.

- A gdzie jest Makruna? - spytał Donru, rozglądając się po bandzie.

- Makruna, to sławna worożycha, najstarsza Cyganka w obozie - objaśniła Andzi Zoria.

Pobiegli po nią z rozkazu króla. Ukazała się wkrótce, przyprowadzona przez dwie młódki. Worożycha szła wolno, wielka i ciężka, trochę zgarbiona. Miała na sobie obfite zwoje kolorowych łachmanów, głowę omotaną w chusty, sznury korali i bursztynów na piersiach, pierścienie na palcach. Twarz stara, żółta, prawie czarna, pomarszczona okropnie niby kora wiekowej sosny. Oczy jak żużle iskrzące, straszne, czarne otchłanie, bezzębne zaciśnięte usta miały surowy wyraz. W twarzy jej była mądrość i groza tak wybitnie odmalowana, że uderzyła wszystkich.

- Okropna jest ta wróżka - szepnęła Tarłówna.

Makruna kiwnęła głową gościom i usiadła na podścielonej płachcie koło ognia.

Była zamyślona i smutna. Donru i Zoria usadowili młode towarzystwo na honorowych miejscach obok Makruny, stare i młode Cyganki usługiwały zręcznie, podając jedzenie na talerzach tylko dla gości: Cyganie wszyscy jedli z kotła lub mis po kilku z jednej. Kobiety czekały, aż zjedzą mężczyźni, tylko Zoria wyłączona z tej rutyny jadła z osobnej porcelanowej misy.

- Jak żyję, nie kosztowałem takiego bulionu - wychwalał Olelkowicz. - Przyślę wam tu mojego kucharza na naukę.

- Jasny pan niech tego nie robi, bo się jeszcze kucharz kraść nauczy od nich - mruknął Grześ.

Andzia zaniepokojona spojrzała groźnie na starego, ale Donru zaśmiał się, pokazał w uśmiechu, białe, wielkie zęby i rzekł z najzupełniejszą swobodą:

- Niech się pan "pobereźnik" (leśnik) nie stracha, my jemu zwierza nie strzelamy, pokąd tu stoimy, jak odjedziem dalej, to nasze prawo wtedy tutaj jechać za mięsem.

- A co! - nie mówił ja pannuńci? Już u nich taka moda.

- Ejże! - to ja może własne kury i indyki zjadam w tym bulionie? Hę - zawołał Andrzej.

- Co panuńku zjadasz, to twoje, aby smakowało - rzekła nagle Cyganka-worożycha.

Donru zmarszczył się, lecz nic nie odpowiedział, nie przestał jednakże być gościnny, bo wkrótce znalazł dzbanek wina węgierskiego i słoninę z papryką, typowo węgierski przysmak.

Donru często spoglądał na Tarłównę długo i uważnie, aż ją ta niema obserwacja zaczęła drażnić. Cygan sam się wytłumaczył:

- Panuńka podobna jest na naszą Cygankę, w nasze szaty przywdziać, z nami za hej węgierską granicę iść, to by i mało kto poznał, że nie nasza. Teraz to pańskie dziecko jest. Liczko by w boru poczerniało, bo za białe, oczki by inne zara były jak u dzikiej kozy górskiej, ot jak u Zorii. U nas to życie, orły na górach, my na dolinach, ale my z nimi bracia, oni i my swobodę miłujem.

Zamyślił się, potem rzekł jeszcze:

- Oho! Przed panuńką świat cały, po co szatra, choć może w szatrze i spokój byłby większy, wiatr halny w górach nie tak czasem dokuczy, jak te wiatry, co na świecie ludzi rwą, zatłukują.

- Źle czasem na świecie panienko, że i Cyganom lepiej.

- Skądże wy o tym wiecie, skoro jesteście zawsze daleko od świata? - spytała Handzia.

- Skąd wiem? Daleko od świata? Ej, ale nie na gwiezdach jasnych, a na szarej ziemi żyję, to i wiem dużo. Co na świecie bożym niedoli. Hej i nie zliczysz! U nas lepiej, każdy od maleńkości wie, że nic go dobrego nie spotka, a zginie zawsze, jak nie z bidy, to w bitce jakiejś; taki los Cygana. Dlatego u nas i wesoło panuńku, my Boże ptaki i za to my Bogu wdzięczne, skrzydła mamy, a lot szeroki. Chce się borów, to tam lecim, chce się gór, to do Tatrów, albo na Karpaty, a jak znudzą wirchy o hej! na doliny spadamy jak orły, do strumieni, ruczajów górskich. A też tu bory wilczarskie złe? A prokopyszczskie puszcze, a debry (wąwozy), a jary, stepy? Hej! Hej! I oko nie dopatrzy i dusza nie doleci do końca. To życie!

Andzia zasłuchała się; opowiadanie Cygana budziło w jej duszy tęsknotę za życiem nieznanym, za jego urokami. Wrażliwa jej natura chłonęła przedstawiane przez Cygana krajobrazy. Nie zauważyła, że stara worożycha Makruna patrzy na nią długo, pilnie i coś mruczy do siebie, obudził ją wrzaskliwy głos Lory.

- Anko, Jasiu, panie "kneziu" - przedrzeźniała króla - niech nam worożycha powróży. Zgoda?

- Ja naprzód tej panuńce będę wróżyła - zamamrotała stara skwapliwie - biorąc rękę Tarłówny dość obcesowo.

- Nie! nie! ja nie chcę! - krzyknęła Andzia z przestrachem, cofając rękę.

Olelkowicz uśmiechnął się.

- Pani się boi? Czego?

- Handziu daj jej rękę, wielkie rzeczy! I nam będzie wróżyła - zapewnił Jaś.

Tarłówna podała dłoń starej z lekkim drżeniem wewnętrznym. Wszyscy skupili się ciasno, ogień trzaskał, sypiąc iskrami. Zaległa cisza i dziwna powaga. Worożycha miała w obozie opinię wielkiej znawczyni swej sztuki, miano ją niemal za jasnowidzącą. Król i królowa zatrzymali oddech w piersiach, twarze były ciekawe, przejęte chwilą, trochę zalęknione. Worożycha nie zawsze chętnie dawała się uprosić do wróżby, więc jej uwaga skierowana tak wyraźnie na "ciemną panienkę", zainteresowała obecnych Cyganów.

Stara długo i dokładnie badała dłoń dziewczyny, kręciła głową, cmokała ustami; zaczęła mówić gardłowo łamanym językiem:

- Dziwy, dziwy, rączka mała a duża księga... Znaki... znaki... trudne są tu te znaki - a ważne. Mościa damulka śmiała jest w sobie, a strachliwa, zdaje się; śmiała, bo młoda, urodna, bogata, idzie w świat niby złoty dla niej, ale chmury suną czarne... od nich płynie strach... O... o... i nieszczęście o... o...

Andzia szarpnęła się, Cyganka ją przytrzymała.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

1. Na szynach

Szeroka łąka i poręba wśród gęstych lasów wołyńskich nurzała się w czerwieni zachodzącego słońca. Okrywała ją bujna, wszechpotężna fala roślin, traw i cudownego kwiecia. Pomiędzy pniami ściętych drzew, poziomki rumieniły się gęsto; duże ich jagody przejrzały, zwisły ciężkie z wątłych szypułek, sokiem, zda się, kapiąc na trawy. Przyroda burzyła się tu namiętną mocą tworzenia. Jej oddech gorący odczuwa się wszędzie: w prądach powietrza, które rozszerza ciała roślin, nadając im kształty niesłychane i wschodnie przepyszne barwy, w ziemi czarnej i lśniącej, która okrywa się miliardami tworzyw roślinnych, pięknych jak z bajki, karmiąc je piersiami nabranymi żyzną słodyczą i wonią. Ziemia tu kwitnie, pachnie, poczynając w swym łonie coraz nowe twory. Czuć niemal bulgotanie soków w jej żyłach, szmer jej krwi wartkiej, wyrzucającej na powierzchnię ciała - cuda za cudami.

Jest połowa czerwca. Kwitnienie przechodzi w egzaltację kwitnienia, w szał rozrostu, w potęgę czynu.

Kwiaty, zioła, trawy, jagody, chwasty, wszystko pędzi do góry z zapałem i fantazją, plącząc się chaotycznie, tworząc nieprzebity zwał kolorowy, a tak świeży i nieruszony w swych urokach, jakby bór dziewiczy. W niektórych miejscach człowiek może się skryć zupełnie, a bieg zająca oznaczają tylko drżące czuby roślin. Kolczaste osty, bodziaki wołyńskie wystrzeliły ponad ten ocean kwiecia, niby latarnie morskie lub bocianie gniazda okrętów wśród wodnych roztoczy.

Nad tym bogactwem ziemi świeciła krwawa ściana zachodu oślepiająco jaskrawa, w górę zaś nieba pocięta na lite pasy kradzione z tęczy. Przeważa seledyn i róż; ciemny fiolet pojedynczych pasm okala się złotą taśmą, dymek brunatny obłoków pełznie, zmienia cienie i niknie zagłuszony świetlistością. Wzdłuż całej łąki i poręby bieleje suchą, piaszczystą linią prosta droga traktu kolejowego. Błyszczące, ciemne linie szyn w zorzy zachodu wypukłe są, jak węże wyprostowane i pełznące obok siebie w dal. Po obu stronach traktu czerniały sągi drzewa, równo poukładane i przypominające szeregi niskich lepianek.

Na jednym z sągów pod rosochatą płaczącą brzozą, której dwie potężne odnogi wyrastały jakby z jednego pnia, siedziała Handzia Tarłówna z ogromnym pękiem kwiatów na kolanach. Włosy jej zdobił wieniec z gorąco purpurowych maków, czarne warkocze lśniące jedwabiście opadały na ramiona. Dziewczynka była zdyszana ze zmęczenia, ale pomimo to, odpoczywając na drzewie, śpiewała półgłosem.

W końcu zaczęła wołać.

- Jasiu! Jasiu! Hop! Hoop!

Trawy opodal rozchyliły się gwałtownie, wypadł z nich szczupły siedemnastoletni chłopak w bluzie szkolnej, od Handzi starszy o rok. Krzyczy jak opętany:

- Nazbierałem całą czapkę poziomek! Mówię ci Andziu, pyszne! Chcesz?

- Daj i chodź prędko, będziemy czekali na pociąg.

- Ii! Nie warto, teraz pojedzie towarowy.

- Właśnie na ten czekam. Wiesz dlaczego?

Chłopak zdumiony szeroko otworzył oczy.

- Cóż ty naprawdę? Zwariowałaś!

- Wcale nie zwariowałam, a jak ty mogłeś?

No, ja! Ja jestem mężczyzną, nie babą.

- Ty mogłeś to zrobić to i ja zrobię, chociaż jestem dziewczyną.

- Handziu! Bo powiem pannie Ewelinie.

- Mów.

- Jak mamę kocham, to powiem twemu ojczulkowi.

- Ależ mów. Biegnij co tchu z tą wiadomością, ja tymczasem będę pod pociągiem.

Czarne, wielkie, wilgotne oczy Andzi rozżarzyły się figlarnym ognikiem.

- To dopiero będzie frajda. Hu-ha!

Jaś zbladł z przerażenia.

- Handziuniu! Moja miła, moja dobra, nie rób ty tego, ja się boję. Broń Boże stanie się co tobie, to i ja zginę. Twej krzywdy, zwłaszcza wywołanej przeze mnie, nie ścierpiałbym nigdy! Zabiłbym się od razu.

- Nic mi nie będzie. Właśnie pokażę, że umiem być odważna jak prawdziwa Tarłówna. Zresztą pragnę zbadać, jakie to robi wrażenie.

- To nie wrażenie, to tylko strach - upewniał Jaś głosem zbolałym. - Tobie coś powiedzieć, to zawsze taki koniec. Andziu, nie rób tego...

Dziewczynka nie uważa na uwagi towarzysza.

- Słuchaj, ale ja wolałabym położyć się pod pociąg pasażerski, cóż tam towarowy.

- Jeszcze jej się czego zachciewa! Pod pasażerskim to nawet ja nie leżałem, tam lokomotywa jest zawsze nowej konstrukcji - może zaczepić, w towarowym maszyna toczy się wyżej nad ziemią. Ty, Handziu, masz wyraźnego fijołka.

- Dobrze, dobrze! Czy masz swój szynel, muszę się nim przykryć.

- Jest tu! Ale... Aniu, moja złocista, ja ciebie tak proszę, tak bardzo proszę, błagam cię!...

Jaś składa ręce rozpaczliwie; ona tymczasem zaczyna nasłuchiwać.

- Słyszysz? - pyta szeptem.

- To grzmot huczy.

- A jakże! Słuchaj dobrze, to dudnienie pociągu... idzie już.

Oboje umilkli, wytężając słuch. Na twarzy dziewczynki wytrysnęły silne kolory, źrenice jej się rozszerzają, lekki dreszcz przebiega ciało.

- Idzie na pewno.

Chłopak załamał ręce.

- Anulka, ja nie chcę, żebyś ty... Boże, mój Boże, co ja narobiłem!

- Cicho bądź! O popatrz, widzisz... dym.

Zęby jej lekko szczękają.

- Handziu, jak ci serce bije - szepce gimnazjalista, sam przerażony do najwyższego stopnia.

- Słyszysz?

- Słyszę, bije jak młotem.

- To z wrażenia.

- Prędzej ze strachu.

- Nie!

Oboje zdyszani i bladzi patrzą uparcie na czarny kłąb dymu, który wśród ostatnich już ognisk zachodu wygląda niby potworny gad, rozkręcający swe macki.

Zmrok osiadł na torach, zmrok gęsty, leniwy, przesiąknięty lekką różowością. Szyny traciły nieskazitelne linie, zasnuwają się mrokiem. Niebo poczerniało, został już jedyny wypukły wał purpury okopconej zmrokiem, oddzielający horyzont. Aż oto z tych ostatnich płomieni oderwały się dwa ognie okrągłe, czerwone i pędzą naprzód nieco nad ziemią w równej od siebie odległości. Poprzedza je głuchy turkot rozpędzonych kół i znamienny grzechot toczącej się masy. Nad nimi bucha czarnym kominem dym, przetkany iskrami złota.

- Widzisz latarnie - zbliża się już - szepce Andzia drżącymi wargami.

Jaś milczy, oddycha szybko i wczepia się konwulsyjnie palcami w ramiona towarzyszki. Ona zaś walczy z sobą. Zmaga się w niej stanowcze postanowienie z nagle obudzonym strachem.

Dwie latarnie parowozu coraz bliższe i bliższe, niosą do niej okropny lęk. Jakiś kosmaty potwór chwyta ją za piersi.

- Nie, nie pójdę - słyszy wyraźny szept w struchlałej duszy.

- Więc się boisz? Jesteś tchórzem! - drwi znowu inny głos.

- Nie! nie! - zawołała głośno i nagle szarpnęła się. Jaś pociągnął jej ramiona z okrzykiem:

- Nie pójdziesz! Zaraz przeleci. O! Jak gna. Nie pójdziesz za nic! Nie puszczę!

Tarłówna wydarła się gwałtownie z rąk chłopca, chwyciła palto i zeskoczywszy na ziemię w kilku susach znalazła się na szynach. Za sobą słyszy przeraźliwy wrzask Jasia, nie jest w stanie opanować rozdygotane szczęki. Orientuje się momentalnie co do tożsamości toru, prędko owinęła szynelem całą swą postać razem z głową i rzucając spojrzenie przed siebie, padła piersiami na nasyp, wyciągając się pionowo jak długa w środku szyn. Żwir zachrzęścił i rozsunął się nieco pod jej łokciami, mocniej naciska go ciałem z raptownym pragnieniem zapadnięcia się pod ziemię. Ale piersi jej i nogi natrafiły na twarde drzewo podkładów. Gwizd lokomotywy przeszył powietrze, brzmi jakoś łagodnie, chociaż donośnie, smutek i tęsknota, czy nawet skarga, płynie w tym przeciągłym tonie świstu.

- Może to moja śmierć toczy się tam - myśli dziewczyna chłodem w mózgu.

Wpiła się ciałem w podkłady, przeraża ją szybki, jednostajny turkot coraz bliższy, bliższy. Ziemia drży, wydając z siebie jęk ponury, głuchy; zwiększa się on i rośnie, huczy w głębi ziemi, jakby wszystkie groby przemówiły. Przytłumiony ten zew zlewa się z dzwonieniem szyn cichym, drażniącym. W żyłach Andzi krew skrzepła, żelazne sztaby dźwięcząc skracały się coraz bardziej, idąc posłusznie pod ciężar pędzącej machiny. Szum się wzmógł, stukot kół i suchy klekot buforów spłynął w jeden potężny, mocarny odgłos. Drobna postać skulona w sobie, ale płasko przylepiona jakby do ziemi, leży cichutko. Ciało jej bez ustanku przebiegają dreszcze, lecz jednocześnie ogarnia ją bezwładność. Twarz ma w żwirze, w głowie przykrytej paltem panuje zamęt myśli nagłych i niknących, jak błysk piorunu.

- ...Lokomotywa zabije mnie, szyny brzęczą jak nożyce na stole, w który pięścią się wali... Boże, jak ten nasyp drży!... Co ja zrobiłam głupia wariatka!... Zobaczy mnie maszynista i dopiero będzie awantura. Jezus, Maria! Zerwę się i ucieknę - jeszcze czas. Ale nie!... Wytrwam, przecież i Jasia nie zabiło, więc czemu...

Nagle uczuła chęć zobaczenia pociągu jeszcze raz. Huk spotężniał - czarna masa potwora z krwawymi ślepiami jest tuż, tuż, blask czerwony lunął na tor i oświetlił szarą, drobną postać dziewczyny.

Podniosła głowę, spojrzała.

Szalony rzut przerażenia porwał ją za włosy; odruchowo niby wiórek podrzucony wichrem, uniosła się w górę i znów opadła, lgnąc do ziemi całą swą siłą. Trwało to sekundę. Wola zwyciężyła strach, który już by ją zabił, bo na ucieczkę było za późno.

Hałas, wściekły szum, zawrotny pęd. Lokomotywa wtacza się nad nią, bierze ją pod dach swego olbrzymiego ciężaru, wali nad nią żelazne cielsko, z hukiem i z sykiem pary.

Dziewczynka ogłuszona, zdrętwiała, straciła na chwilę pamięć i czucie. Siła bezwładności trzymała ją sztywno przy ziemi. W skroniach odczuwa wrażenie strasznego ciężaru, miażdży ją okrutny hałas i gorącość, w jej uszach biją dzwony, warczą bębny. Długi, zda się nieskończony, aż bolesny ciężar, piekielny upał, łomot, syk i ta tłocznia głucha, przeogromna, niwecząca myśl...

Już!... Już lżej, co to jest?...

Tłok zelżał, przewiał wiaterek i zmienia się od razu w prąd ostry, kolący swym pędem... Głośny, rytmiczny trajkot.

Trata-ta. Trata-tata.

Instynkt zatrzymuje Andzię na miejscu.

- Aha, to wagony się toczą - błysnęła ocucona myśl.

Trata-ta. Trata-ta - brzmi bez przerwy w jeden akord zlane, brzęk łańcuchów i stuk buforów.

- Jestem uratowana! Żyję! - woła Tarłówna.

Żwir trzaska jej w zębach i kłuje w podniebienie. Teraz unosi głowę - lekko, ostrożnie - spojrzała do góry. Czarny sufit wagonowych spodów przerywa się raz po raz, prędko jak oddech. Zamajaczy szare niebo spod łańcuchów, żelazo zadźwięczy i znowu ciemność, znowu turkot, łoskot, wrzawa. Po bokach kręcą się koła grube i mocne.

Andzia brodę wsparła na dłoniach, patrząc już śmiało na biegnące nad nią wagony. Chce je liczyć, ale jest ciemno, więc liczy tylko przedziały krótkie i nagłe, idące w rytmie urywanej gamy, jakby wozy coraz bardziej unosiły się w górę i znowu spadały.

Bawiło to Handzię, jest z siebie zadowolona, dumna, że strach zwalczyła. Nie rozumie, dlaczego jest cała mokra. Poruszyła ciałem i doszła do wniosku, że jest tak spocona jakby wyszła z łaźni. Twarz miała zlaną potem, kolana jej drżały. Nagle znowu twarz przylepiła do żwiru; ostrzegł ją dźwięk metaliczny tuż nad ziemią idący, podobny odgłosem do pocierania kosy o kosę. Brutalne szarpnięcie za szynel i uderzenie w plecy; dwa opuszczone łańcuchy przewlokły się ze skowytem ogniw żelaznych. I znowu trata-ta hałaśliwie, jednostajnie.

Przerażenie ogarnęło dziewczynkę.

Gdyby mnie te łańcuchy pociągnęły za sobą? Wtedy to już śmierć.

Ale oto zdaje się Andzi, że coś z niej ściągnięto. Huk wagonów nad jej głową przycichł. Trzask, turkot ostatni przeleciał nad jej ciałem aż do nóg i trajkocze dalej, zmieniając ton na wyższy i niższy. Prąd powietrza świsnął zamaszyście, nad Andzią zaś wieje już wiatr swobodny, szeroki i otrzeźwia ją zupełnie.

Pociąg przeleciał.

Mała ryzykantka zerwała się na nogi, obróciła i patrzy w stronę znikającego potwora. Żelazne wozy roznoszą hałas tępy, dudnią, szumią to głośniej, to ciszej i biegną-uciekają w ciemną przestrzeń.

Dziewczynka oddycha z głębi piersi, owładnęły ją uczucia nieokreślone, pomieszane z sobą. Naraz poczuła żal za minioną chwilą, dziką wesołość z wyzwolenia, lecz i obawę, że Jaś zawiadomił ojczyma o jej wybryku. Ale chłopak już przyskoczył do niej, porwał jej ręce i odciągnął z nasypu daleko, aż pod sągi drzewa.

- A widzisz! Widzisz! - rzekła Andzia.

Jaś rzucił się jej na szyję. Woła uradowanym głosem, przepojonym szczęściem:

- Andziuś złocista! Żyjesz! Jesteś cała. Myślałem, że umrę ze strachu. Wiesz, że to był okrutnie długi i naładowany pociąg?

- Jasiu, nie powiesz o tym w domu, co? Daj słowo honoru.

- Daję - rzekł chłopak z powagą. - Ale, cóż ty, byłaś pod lokomotywą, a boisz się...

- Bo lokomotywa mogłaby mnie jedynie zabić; ja boję się wymówek i gniewów.

- Przecież rózgą nie dostaniesz?

Oboje parsknęli śmiechem.

- Wyobraź sobie pannę Ewelinę w tej roli egzekutora - mówiła Tarłówna - chyba za każdym uderzeniem płakałaby i całowała po rękach, przepraszając.

Młoda para oddaliła się od toru kolejowego, idąc w głąb łąki. Kierowali się do leśniczówki wilczarskiej, migającej równym szeregiem świateł, jak gdyby zawieszonych w powietrzu.

- Leśniczówka rzęsiście oświetlona; może ktoś przyjechał? A jutro rano obława na wilki, pojedziemy znów razem, co?...

- Chciałabym!

- No, to pojedziesz! Jak zechcesz, to i do Turzerog jeszcze nie tak prędko powrócimy. Przyjemniej tu w Wilczarach. Pan Kościesza zrobi wszystko dla ciebie. On by cię gwiazdami karmił jak kaszą. Mnie się zdaje, że on cię więcej kocha niż swego Januszka.

- Tak, dobry jest mój ojczym, ale zawsze Januszek to przecie rodzony syn - odrzekła dziewczynka.

Szli dalej, milcząc. Poprzedzał ich miękki szelest rozsuwanych traw; dokoła rechotały żaby jednolitą, zgodną melodią wiosny. Czasem głośniejszy skrzek wystrzelił ponad monotonię żabiego śpiewu, czasem tempo wznosiło się raptownie w sile nuty crescenda, to znów opadało do piana i pianissima, aż budzone energicznie pojedynczymi głosami żab dyrygujących, na nowo rozbrzmiewało echem donośnym, przy swej groteskowości, dziwnie słodkie czyniąc wrażenie.

- Żaby śpiewają godzinki, a przewodzi im jeden bratczyk; słyszałam takie śpiewy w wiejskim kościółku na Podlasiu u cioci Hołowczyńskiej - rzekła Andzia.

Po długiej chwili Jaś zapytał ciekawie:

- Nie boli cię głowa po pociągu? Mów prawdę!...

- Trochę, ale głównie szumi w niej nieznośnie. To jednak wielki strach i niepokój tak leżeć na szynach; nawet wszystkie kości mnie bolą.

- Ojej, żebyś ty, Handziu, wiedziała, jaką ja mękę przeszedłem pod tą brzozą płaczącą. Myślałem, że jeśli ci się coś złego stanie, ja od razu buchnąłbym pod pociąg. Chociaż nie zachoruj, bo ja po takiej sztuce kiedyś przez parę dni ciągle miałem wrażenie, że lokomotywa ze mnie nie złazi. Po nocach dusiła mnie bestia. I z tobą tak będzie.

- Cicho! Ktoś idzie.

Z powodu ciemności natknęli się na jakąś ogromną postać, czarną i sapiącą.

- Kto to?

- O waa! Boże chorony! Niech się pannuńcia nie stracha - zamruczał głos gruby, życzliwy.

- Ach! To Grześko!

- A ja szedł szukać pannuńcię i paniczka, pan kazał, że długo nie przychodzą, mówi. Państwo już wieczerzają i gość nadjechał.

- Kto taki? - spytali jednocześnie.

- Mówią - naczelnik przystanku.

- Masz tobie! Tego tylko brakowało.

Jaś przysunął się do Andzi.

- Moja złota, ale nie powiesz o tym, prawda? Może ten naczelnik widział nas i dlatego przyjechał, żeby oskarżyć? Nie powiesz?...

- Ja nie powiem, ale jeśli jesteśmy zdradzeni, to się trzeba przyznać, nie ma rady.

- Ojej! Jestem zgubiony.

- Nie bój się, ja cię obronię. Ależ z ciebie tchórz.

- Dobrze ci mówić, boś nigdy nie zaznała karcącego wzroku i słów twego ojczyma, ale ja to znam. Ja ucieknę! - zawołał z determinacją.

Zaśmiała się. Byli już przy ganku leśniczówki. Ładny, stylowy domek rysował się na tle nocy strzelistymi wieżyczkami. Świetlne pasma od okien ciskały na ziemię jaskrawe słupy w czarności, rozpanoszonej władczo. Smugi te były jakby filary, na których stał pałacyk. Z ganku zbiegły dwa olbrzymie psy legawe, Gama i Akord, z głośnym szczekaniem skoczyły do nadchodzących, lecz zaraz ucięły o pół tonu, łasząc się przyjaźnie. Andzia i Jaś weszli do sieni. Lunął na nich blask rzęsisty, oślepił na chwilę.

- A! Otóż nasi dezerterzy!

Pan Kościesza stał przed młodymi, bacznie się im przypatrując. Zauważył zmieszanie dziewczynki i chłopca, przy tym na ciemnej satynowej sukience Andzi świeże plamy żółtego piasku, głównie na kolanach i piersiach. Włosy miała roztargane, piasek w brwiach, nawet na rzęsach, większe jego grudki osiadły na czole wokół czarnych włosów, pokrytych jakby pudrem. Pan Kościesza sięgnął wzrokiem do stóp pasierbicy i tu zauważył wyraźne ślady łobuzerskiej wycieczki; wysokie żółte buciki zmoczone, na sznurowadłach zaś umazane piaskiem, sukienka, nie sięgająca kostek była mokra na dole i szara od pyłu. Egzamin ten zmieszał jeszcze więcej winowajczynię, wywołując u pana Kościeszy podejrzliwe kręcenie głową. Zbadanie Jasia w ten sam sposób wypadło pomyślniej. Chłopak prócz mokrych butów miał tylko trochę wystraszoną minę. Kościesza przemówił swym niskim, beczkowatym głosem.

- Spacer, widzę, miał... ciekawe epizody, co też to na to powie panna Niemojska, która pupilki szuka już od godziny.

Andzia bąknęła coś o brodzeniu po mokrej łące za poziomkami. Jaś szarżował dzielnie, opowiadając epopeje o jagodach i spotykanej zwierzynie. Ale to wszystko nie przekonywało pana Kościeszy. Nadeszła wreszcie panna Ewelina z nową serią oględzin i uwag. Uczennica jej przechodziła tortury. Jednak tu szło o wiele łatwiej, bo nagle roześmiawszy się, porwała wpół drobną postać swej mentorki i całując, obiecała solenną poprawę. Wyszedł do sieni naczelnik Łechtienko i od razu zabrano młodych na kolację.

Andzia i Jaś na widok naczelnika przystanku zmieszali się znowu i bokiem zerknęli ku sobie. Kościesza to zauważył. Pan Łechtienko, dobroduszny człowiek, z którego twarzy, raczej z masy rudego uwłosienia wyglądały śmiejąco małe oczki, opowiadał z ruska po polsku o obławie na wilki, odbytej w sąsiednich lasach. W toku opowiadania spoglądał często na Tarłównę, jak jej się zdawało badawczo. Wreszcie rzekł:

- A panienka i ten ot kawaler to często po torach spacerują, ja widział nie raz, nie dwa raza, i starszy roboczy widział, i "dorożnyj". Ale to nie "po prikazu..." gotowe nieszczęście. Maszyna nie prosi pardonu, ona się "babuszka" nie usunie grzecznie, trzeba jej zejść z drogi! Ha! aa! - zaśmiał się szeroko.

Andzia milczała, lecz Jaś zawołał rezolutnie.

- Nikt też jej tej babuszce w drogę nie włazi, choćby i po szynach spacerował.

- Ale ona "niegodiajka" czasem może najechać, ja "taki" radzę być ostrożnie, łąka i las do poręby - szerokie, miejsca do "gulania" dosyć.

- Byliśmy właśnie na łące - rzekła Andzia śmiało.

- Nu, a skąd piasek na sukni? Jakby panienka przewróciła kozła na łące, to by się tylko zamaczała, a na drodze błoto by oblazło, a taki ot piaseczek żółcieńki, to ja na końcu świata poznam, on z moich jest relsów, to "kazionny" piasek.

Mówił tak komicznie, że wszyscy, nie wyłączając Kościeszy, wybuchnęli śmiechem.

- To pan dokładnie zna piasek z plantu to dopiero sztuka - rzekł korepetytor dziesięcioletniego synka Kościeszy, Janusza, który się również zaśmiewał, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

Naczelnik śmiał się także.

- A gdzież tu na czarnoziomach taki żółty proszek jest? To "kazionny", jego Bóg wie skąd taszczyli, a teraz panienka wynosi na sukience, pewno kładła się na szynach albo upadła pod maszynę.

Dziewczynka i Jaś drgnęli wyraźnie, ona poczerwieniała. Łechtienko klasnął w dłonie.

- Ot ja i zgadł... panienka niczem rak ugotowany. Nu żart żartem, ale jak maszyna-babuszka kiedy się rozgniewa, to ja nie odpowiadam, to będzie karambul.

- Skąd pan widział? - wyrwało się Handzi, która w tej chwili aż syknęła z bólu, tak ją siedzący obok Jaś przyprowadzał do porządku uszczypnięciem w udo.

- Ot wydało się! Ja widział tylko, jak panienka i kawaler spacerują to pomiędzy sągami, to na sągach, to po relsach, a pociąg czasem tuż, tuż. Dziś "widno" panienka upadła na plancie, nie wiadomo, dla jakiej komedii, ale sukienka całkiem "zamarana" w kazionnym piasku. A może koziołki się fikało, a! a!? Ha! ha! ha.

Ton głosu naczelnika choć swobodny i wesoły był jednakże trochę kpiący, uderzył on niemile tak pana Kościeszę jak i Tarłównę. Niepojęta fałszywa nuta zabolała ją, mimo woli przyszło jej na myśl, że takim głosem, żartobliwym lecz drwiącym, jakim mówił Łechtienko, bada się przestępców, i że to poprzedza aresztowanie lub jakieś ukryte posądzenie. Nie umiała zdać sobie sprawy, co ją boli i co zawstydza, ale oba te uczucia były wyraźne. Widziała na sobie surowy, pytający wzrok ojczyma, świdrujące roześmiane oczki naczelnika, w nodze zaś lewej czuła piekielny ból od ciągłych szczypań Jasia. Nareszcie, gdy chłopak zauważywszy jej wahanie, zadał jej nową, potężną dozę szczypnięcia, niby środek otrzeźwiający, Andzia rażona bólem, nie zważając już na nic, trzepnęła go po ręku z całą pasją, odpychając jednocześnie od siebie. Zrobiło to wrażenie jak najgorsze. Chłopak zachwiał się na krześle i zzieleniał, Łechtienko wybuchnął śmiechem już prawie odrażającym, pan Kościesza zaś i panna Ewelina zawołali jednocześnie.

- Handziu! Co to znaczy?

- Więc niech on mnie nie szczypie, już mam sińce.

- Ha! ha! ha! - zanosił się naczelnik.

- Ańka!

- No cóż? Ja przecież nic złego nie zrobiłam i czego się ten pan śmieje, nie rozumiem, a Jaś szczypał mnie dlatego, żebym się nie... przyznawała... ale to wcale nie grzech...

- Może byśmy dali pokój tej sprawie - przerwał Kościesza mocno podrażniony.

- Ha, ha, ha! Ot rozkosz! - zaśmiał się Łechtienko.

Andzia czuła ciągle dokoła siebie jakiś dwuznaczny, niemiły nastrój, niedopowiedzenie czegoś niejasnego drżało w śmiechu naczelnika i w wykrzyknikach obecnych.

- Nie ma się pan czego tak cieszyć - wybuchnęła wreszcie. - Żadnej zbrodni nie popełniłam, tylko... leżałam umyślnie... pod pociągiem.

- Co? Co?! Andzia, co pleciesz?

Naczelnik wytrzeszczył oczy i usta rozdziawił.

- Tak, położyłam się umyślnie pod pociąg towarowy, żeby wiedzieć, jakie to jest uczucie i dlatego mam ten "kazionny" piasek na sukni. Jaś nic nie winien, on mię powstrzymywał i nie pozwalał na to.

Powiedziawszy to jednym tchem, zerwała się ku wyjściu, cała płonąca.

- Aneczko, czyś ty przytomna, co ty wygadujesz?... Zaczekaj!... - zawołał Kościesza.

- Niech Jaś opowie, jak było, on widział.

Rzekłszy to, wybiegła z pokoju prawie już z płaczem.