ROZDZIAŁ PIERWSZY
To byłam cała ja: rąbnęłam głową w ościeżnicę i byłam tym, jak zawsze,
kompletnie zaskoczona.
- Kunye mala! - zaklęłam. Dziewczyno, teraz to już na pewno się
spóźnisz.
Rzuciłam pospieszne spojrzenie za siebie w głąb biura, żeby się upewnić,
czy nikt nie widział mojego popisu. Gdyby któryś z kolegów Archiwistów
zobaczył, jak zahaczam głową o nanoplastową ramę nad drzwiami, drwiny
ciągnęłyby się za mną na parsek.
Przykucnęłam, żeby pozbierać tuszkarty rozrzucone po całym pokładzie. Na
jednym z elastycznych arkuszy rozkwitła mała, ciemnoczerwona plama.
Zmazałam ją i dotknęłam palcem czoła. Krew. Po prostu świetnie, uznałam.
Nie dość, że jestem spóźniona na oficjalne spotkanie z obywatelem numer
jeden - z samym Primo statku! - to jeszcze mam przyjąć jego zeznanie z kunye krwawiącą raną na czole, jak jakaś nieporadna smarkula?
Skup się, pomyślałam, po czym cofnęłam się do swojego biurka po
plasterek MetaGel. Nakleiłam go sobie na czoło i lekko spóźniona
pognałam na spotkanie. Tak, to oczywiście wina ziemskich Passados. Lata
temu skonstruowali wielopokoleniowy statek kolonialny i cisnęli go w przestrzeń kosmiczną w ramach niebywałego triumfu nauki, a zapomnieli
wziąć pod uwagę prosty fakt, iż dzieci urodzone przy 0,6 g będą z każdym pokoleniem coraz wyższe? Trudno się nie zastanawiać, o czym
jeszcze czcigodni Passados mogli zapomnieć w ostatnich nerwowych
chwilach przed startem.
Lecz oto, osiem generacji później i pięćdziesiąt parę lat świetlnych
dalej, Thetis miała się całkiem nieźle. My zaś musieliśmy trzymać się
nadziei, że wytrzyma jeszcze dwa pokolenia i bez większych problemów
pozwoli nam osiąść na nowej planecie.
- Jesteś spóźniona - skomentował Nyasha Woo, Główny Archiwista i mój
szef, gdy mijałam jego biurko.
- Wiem - odpowiedziałam i przystanęłam, by spojrzeć mu w oczy. -
Dlaczego właśnie ja muszę tam iść?
Nyasha nie podniósł jednak głowy znad tuszkarty, którą właśnie czytał.
- Sandrine, sprawa dotyczy samego Primo - wymamrotał w odpowiedzi. -
Kogóż innego miałbym tam posłać? Któregoś z Młodszych?
- Dobrze wiesz, jaka bywam w towarzystwie polityków. Zapomniałeś już o moich sławetnych numerach z kierownictwem?
W końcu na mnie spojrzał, po czym wzruszył ramionami i szerokim gestem
wskazał na całe biuro Archiwum.
- Teraz sama należysz do kierownictwa. Może już czas zapomnieć o przeszłości. Poza tym jesteś spóźniona.
- Grr... - warknęłam. - Zgaduję, że kiedyś w końcu raczysz mi powiedzieć,
o co chodzi z tym zeznaniem Primo Andersona, które mam przyjąć?
Nyasha uniósł swe małe okularki aż nad czoło, gdzie niemal zniknęły
wśród krótkich, szpakowatych loków.
- Sprawa jest delikatnej natury - odrzekł, spoglądając na mnie
ciemnobrązowymi oczami. - Nie będziesz przyjmować zeznania Andersona.
Zeznanie jest już gotowe, spisane, a ty je tylko odbierzesz i przekażesz
do Archiwum. Czyli do mnie. Dyskretnie.
Nie spodobało mi się to, co usłyszałam.
- Skoro mam robić za dziewczynkę na posyłki, to może jednak trzeba było
zlecić to zadanie Młodszym? Jaki ma sens wysyłanie Star...
- Sandrine - wpadł mi w słowo Nyasha. Prawie nigdy tego nie robił. -
Potrzebny mi tam Starszy Archiwista, któremu mogę zaufać. Sprawa musi
być załatwiona zgodnie z protokołem, regulaminowo, bez żadnych skrótów.
Pomożesz mi, proszę?
- Jak? - Pochyliłam się nad nim, szepcząc teatralnie. - Jakim to kunye
protokołem mam się posłużyć, skoro posyłasz mnie tam praktycznie na
ślepo?
Zawahał się, a w jego oczach dostrzegłam błysk wewnętrznej walki. Nyasha
Woo był dla mnie kimś więcej niż tylko szefem. Byłam ledwie nastolatką,
gdy go poznałam, i od tamtej pory wspierał mnie nawet w najmroczniejszych chwilach mojego życia. Walczył o mnie i wiedziałam, że
ufa mi jak własnej córce. To dlatego jego nagła tajemniczość wydała mi
się tak niecodzienna.
Przez kilka chwil jego twarz pozostała nieruchoma, aż wreszcie podjął
decyzję. Zsunął okulary na czoło. Gdy wstawał, skrzypnęło z cicha jego
biurowe krzesło. Nyasha łagodnie położył mi dłoń na ramieniu i poprowadził w stronę drzwi na korytarz, z dala od ciekawskich uszu,
których nie brakowało w otwartej, przestronnej sali Archiwum.
- Doszło do próby wymuszenia - rzekł wreszcie bez zbędnych ceregieli i wręczył mi plik tuszkart dotyczących sprawy.
Stanęłam jak wryta.
- Do czego?
- Ktoś próbuje szantażować Primo. Teraz już wiesz.
To rzekłszy, odwrócił się i zniknął w sali głównej, zostawiwszy po sobie
jedynie słowa, które zawisły w powietrzu niczym korowód widm.
ROZDZIAŁ DRUGI
Czułam pod czaszką bolesne pulsowanie, gdy oddalałam się od Archiwum w kierunku najbliższego ascendera. Okrężnym ruchem głowy rozciągnęłam
szyję i wciąż wytrącona z równowagi wkroczyłam w otwartą przestrzeń.
Poziom 13 miał podwójną wysokość i zawsze uważałam to za duży plus -
Archiwum mogło przecież zostać upchnięte na którymś z jednocyfrowych
poziomów przemysłowych albo administracyjnych. Ową przestrzeń zajmowały
głównie parki, obiekty sportowe i audytoria. Były tu ławki i drzewa z karbopianki, obwieszone liśćmi, które wyglądały niemal jak prawdziwe.
Nawet powietrze wydawało się tu świeższe, choć wiara w to wymagała
pewnego wysiłku intelektualnego, kadłub statku był bowiem hermetycznie
zamknięty od stu osiemdziesięciu lat.
Wymuszenie? Dziwnie się czułam, mnąc w ustach to słowo niczym kęs
nieświeżego owocu, którego nie sposób przełknąć. Wymuszenie, którego
ofiarą miał być nasz Primo? Był to koncept wręcz nie do pojęcia, tak
niepasujący do pokojowej, gładko współpracującej społeczności Thetis,
że trudno mi było nawet umieścić go w kontekście.
Dobra. Spotkanie. Przemierzyłam boisko ścieżką biegnącą na ukos,
przeciskając się między hałaśliwymi gromadkami nastolatków z Generacji
8, zajętych poranną sesją kundalini, jazdą na wrotkach, baseballem i wszelkimi innymi formami aktywności, typowymi dla dzieciaków w wieku
prekontrybucyjnym. Nie zwalniając kroku, zaczęłam przeglądać tuszkarty
otrzymane od Nyashy, by uchwycić choć zarys sprawy, którą mi powierzono.
W parku było tłoczniej niż zwykle w podobne poranki. Nastał szczyt
sezonu wyborczego na pokładzie Thetis i w grupkach stronników
rywalizujących ugrupowań, gromadzących się po obu stronach ścieżki,
widać było spore podniecenie. Wyboru Primo dokonywało się raz na
dwadzieścia pięć lat, więc poprzedniej elekcji nie mogłam pamiętać -
miałam ledwie trzy lata. Obie grupy były podobnie hałaśliwe: po prawej
miałam zwolenników obecnie urzędującego Primo, Sebastiana Andersona,
wymachujących transparentami z jego hasłem wyborczym: "Stabilność i jedność". Po lewej wyraźnie młodsi stronnicy pani Atheny Saugado, nieco
kontrowersyjnej konkurentki Andersona, wzywali do zmian w dowództwie
Thetis.
Wyraźna różnica w wielkości grup potwierdzała odwieczną skłonność
naszego gatunku: ludzie wcale nie przepadają za zmianami.
Tak czy inaczej, jako Archiwistka, strażniczka Kodeksu Praw
obowiązującego na statku, nie mogłam się parać polityką w żadnej formie.
Przecisnęłam się między pokrzykującymi aktywistami i ruszyłam prosto do
najbliższego przystanku.
Musiałam zaczekać na ascender sunący kontrtraj - czyli w górę, ku
Poziomowi 34, gdzie rezydował Primo. Przyciskając MetaGel do czoła,
myślałam z nadzieją, że przy odrobinie szczęścia ranka zdąży się zagoić,
zanim dotrę na spotkanie.
Oszczędziłabym sobie wtedy zażenowania, a w moim małym świecie oznaczało
to udany dzień.
* * *
- O widzę, że mamy dzień pracy bez kasków? - zagadnął Gajer, leniwym
gestem wskazując opuchliznę na mojej głowie. - Za niskie stropy na
Poziomie Trzynastym?
Kunye plasterek, pomyślałam. Nawet drobne ranki nigdy mi się dobrze
nie goiły, a teraz czułam się tak, jakby z mojego czoła bił snop światła
niczym z mocnej latarki.
Gajer zlustrował mnie od stóp do głów spojrzeniem oczu tak bezbarwnych,
jakby wyciosano je z brudnawego lodu. Jeszcze bardziej nienaturalne było
to, że okalały je wianuszki zupełnie białych rzęs.
- Jesteś z Generacji Siódmej? - spytał.
- Gensiedem, drugi cykl - przytaknęłam. Jestem wysoka, nie STARA,
wapa!
Zdaje się, że jak na takiego mięśniaka był pod sporym wrażeniem.
- Ależ z ciebie okaz! Nigdy nie słyszałem o tak młodych Starszych
Archiwistach.
- Jestem bystra - odpowiedziałam, uśmiechając się fałszywie w nadziei,
że zniechęcę go do dalszych pogaduszek.
Szarooki Gajer uniósł brew.
- I jaka uprzejma.
Rozejrzałam się niecierpliwie.
- Przyszłam po zeznanie Primo Andersona. Skończyliśmy już analizę mojej
osobowości, Gajerze?
Nie byłam pewna, czy nie zabrzmiało to zbyt agresywnie. Czasem tak mam,
gdy jestem superzdenerwowana. Położyłam plik formularzy na niskiej
drewnopodobnej ławie. Uwielbiam nazywać ich Gajerami prosto w oczy,
głównie dlatego że w zasadzie ich nie rozróżniam. Zazwyczaj udaje mi się
wytrącić ich z równowagi, a to dobra okazja, żeby zajrzeć w głąb, za
barierę przesadnie rozdętej pewności siebie.
Nie mogłam pojąć, po co w ogóle ktoś jeszcze potrzebuje osobistej
ochrony w postaci Gajerów na pokładzie Thetis - od czterech pokoleń
nie doszło do żadnego poważnego aktu przemocy czy innego zbrodniczego
naruszenia Kodeksu. Sporadyczne konflikty między poszczególnymi
thetanami rozstrzyga Archiwum, w którym pracuję. Może to kwestia statusu
Primo? Nazbyt wysokiego moim zdaniem.
Gajer patrzył mi w oczy, najwyraźniej usilnie myśląc nad tym, jak
zareagować na moje subtelne wyzwanie. Wreszcie uznał, że nie jestem
godna jego wysiłku. Zerwał kontakt wzrokowy i usiadł na krześle przy
drzwiach, jakby nieco zeszło z niego powietrze.
- Spotkanie się opóźni. Zbliżają się wybory i terminarz Primo stał się
trochę chaotyczny. - Gajer wzruszył ramionami. - Zadziwiające, ale nagle
każdy czegoś od niego chce.
Tyle biegania, żeby zdążyć na czas, a on się spóźni. Pięknie.
Zdaje się, że bardzo łatwo było dostrzec moją frustrację, bo ochroniarz
dodał natychmiast:
- Przykro mi. W żadnym razie nie zamierzaliśmy urazić przedstawicielki
czcigodnego Archiwum.
Zmiana tonu tak mnie zaskoczyła, że z wrażenia uniosłam głowę. Gajer
podszedł do mnie i mocno uścisnął mi dłoń.
- Nie jestem ochroniarzem Primo - stwierdził bez emocji. - Nazywam się
Jericho Pakk. W administracji Andersona odpowiadam za komunikację.
- Zatem nie mięśniak, tylko polityk - wymamrotałam, przyglądając mu się
bacznie. - Ale dziś to jakby to samo, prawda?
Zesztywniał lekko, a potem cofnął rękę i oddalił się w stronę drzwi, nie
odrywając od mojej twarzy nieruchomego spojrzenia. Wyborna
samokontrola, pomyślałam.
- Primo jest już w drodze, panienko z Archiwum - mruknął, po czym
wskazał mi drzwi.
Bardzo dziwnie się czułam, wkraczając do kwatery Primo. Upewniłam się,
czy równo leżą tuszkarty, które położyłam na stole, a potem rozejrzałam
się po kabinie. Mieszkanie Primo Andersona było wybitnie luksusowe. Na
Thetis to raczej rzadkość; generalnie kabiny mieszkalne na statku są
do siebie bardzo podobne - proste, ergonomiczne i naznaczone chaosem
typowym dla ich mieszkańców. Każdy z nas jest wszak uczestnikiem tej
samej misji, więc powinien mieć równy udział w dostępnych zasobach.
No, tego przynajmniej uczą nas w przedszkolu, prawda? Nie ma biednych
ani bogatych, nie trzeba się wspinać po drabinie społecznej, nie ma
powodu do wojen podjazdowych. "Gdzie nie ma współzawodnictwa, nie ma i statusu", jak to mówią.
A gdzie nie ma statusu, nie ma też konfliktu. Filarem stabilności
systemu, który opracowano na potrzeby tej wielopokoleniowej podróży,
jest głęboko zakorzeniona koncepcja Jedności. Nawet Primo statku zawsze
był jedynie sługą tej wielkiej sprawy. Owszem, otrzymywał stanowisko
dzięki wyborom powszechnym, ale jego zadaniem było służyć.
Kabina, w której się znalazłam, była jednak inna... schludna. I przestronna. I jakimś cudem wydawała się staroświecka. Wszyscy
używaliśmy stołów z karbopianki, a ten, przy którym właśnie usiadłam,
ponad wszelką wątpliwość został wykonany z prawdziwego drewna. Jeszcze
bardziej osobliwe były beżowe kanapy ustawione w kwadrat pośrodku
pomieszczenia, bo wszystkie obito najprawdziwszą biologiczną skórą.
Jakim cudem przetrwały w idealnym stanie sto osiemdziesiąt lat, które
minęły od Odlotu? Nie miałam pojęcia; wiedziałam jedynie, że gdy
budowano Thetis, starannie unikano stosowania tak delikatnych i degradowalnych materiałów. Zwłaszcza że bardziej trwałe i znacznie
tańsze syntetyki były powszechnie dostępne. Musiałam jednak przyznać w duchu, że wystrój kabiny Primo wywarł na mnie odpowiednie wrażenie.
Kątem oka uchwyciłam własne odbicie w ozdobnym ściennym lustrze.
Podeszłam bliżej, żeby się upewnić, czy znośnie się prezentuję.
Założyłam za ucho niesforny kosmyk - w tym miesiącu nosiłam proste,
sięgające ramion włosy w odcieniu kosmicznej czerni. Przez ostatni rok
fryzjerskie eksperymenty były moją podstawową rozrywką. Kręcone,
podgolone, asymetryczne - jeśli chodzi o włosy na głowie, przećwiczyłam
bodaj wszystko. Violet, moja najlepsza przyjaciółka oraz terapeutka,
mogłaby zapewne napisać pracę naukową o moich psychologicznych wzlotach
i upadkach, ale cóż - po prostu lubiłam zmiany. Co jeszcze zobaczyłam w lustrze? Mocno zarysowaną linię podbródka, brwi, które w opinii Nyashy
znamionowały "upartość", oraz całkiem ładne zęby. Nie, w żadnym razie
nie byłam piękna, ale mam wrażenie, że od czasu do czasu wszystkie te
szczegóły tworzyły w miarę strawną całość.
Drgnęłam, wyrwana z zamyślenia szelestem kroków w sąsiednim korytarzu.
Drzwi się rozsunęły i w progu stanął Jericho. Wyciągnął ku mnie rękę.
- Primo Anderson, Starsza Archiwistka Sandrine Liet.
Zaczynamy.
- Sandrine! - Anderson wszedł do przestronnej kabiny energicznym, pewnym
krokiem.
Szeroki uśmiech podkreślał wydatność kości policzkowych i mocny zarys
żuchwy. Naturalnie nie po raz pierwszy widziałam Primo, ale jeszcze
nigdy nie spotkałam się z nim twarzą w twarz. Był... imponujący. Widać
było, że to jeden z ludzi dominujących w każdym otoczeniu, w którym się
znajdą. Był po prostu idealny do swej roli, począwszy od szytego na
miarę ultramarynowego garnituru, w którym wyglądał, jakby się w nim
urodził, aż po perfekcyjnie opaloną twarz i dopracowaną - zrelaksowaną i zarazem pełną energii - mowę ciała.
Primo usiadł na kanapie naprzeciwko i nachylił się, wyciągając do mnie
rękę ponad ławą. Nie drgnął przy tym nawet jeden siwy włos w jego
nienagannej, krótko przystrzyżonej fryzurze.
- Ja... - Utknęłam. Zaskoczył mnie. Czy ja się rumienię? - W dokumencie
zeznania będę figurowała jako Arch. Liet - wybąkałam, ściskając jego
ciepłą, silną dłoń.
Anderson znieruchomiał na ułamek sekundy, a potem, choć wydawało się to
anatomicznie niemożliwe, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Tak, tak, naturalnie, protokół. - Uwolnił moją dłoń i rozparł się
wygodnie.
Skóra kanapy skrzypnęła cicho pod jego ciężarem. Jeszcze przez sekundę
lub dwie patrzył mi prosto w oczy i odniosłam przelotne wrażenie, że coś
sobie uświadomił.
- Primo Sebastianie Andersonie - zaczęłam. - Nie chciałabym zabierać
zbyt wiele pańskiego czasu. Przysłano mnie tu, bym dokonała formalnego
odbioru pisemnego zeznania w sprawie wymuszenia, które pan zgłosił...
- Mów mi Sabi - zaproponował w przyjaznym, jakby przepraszającym geście.
- I przykro mi, San, że ściągnąłem cię aż tutaj, bo w sumie sprawa jest
błaha.
Spojrzałam na niego niepewnie.
- Jak to?
Jericho Pakk dołączył do nas na kanapie, kładąc ciężką dłoń na pliku
tuszkart.
- Primo pragnie wycofać skargę i liczy, że zostanie ona usunięta z dokumentów Archiwum - powiedział cicho.
- To był po prostu błąd - dodał z uśmiechem Anderson. - Nie ma powodu,
by Archiwum poświęcało tej sprawie swój cenny czas.
Zapadłam się głębiej w skórzane oparcie kanapy, kreśląc wzrokiem trójkąt
między twarzami dwóch mężczyzn i plikiem tuszkart. Próbowałam w pośpiechu przeanalizować nową sytuację.
- Chwileczkę - odezwałam się wreszcie, unosząc dokumenty. - To przecież
formalna skarga w sprawie wymuszenia, którego ofiarą miał paść Primo
statku. Sam pan ją złożył.
Skrzywili się jak na komendę i spojrzeli po sobie.
- Lepiej używajmy określenia "usiłowanie wywarcia nielegalnego wpływu" -
rzekł Jericho, nie odrywając wzroku od Andersona.
- Zrozumiałam, że celem tego zeznania miało być wyjaśnienie szczegółów
sprawy i wszczęcie dochodzenia - dodałam ostrożnie.
Jericho wyraźnie się spiął, jakby miał się poderwać z wygodnej kanapy.
Anderson położył mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście i znowu się
do mnie uśmiechnął.
- Coś ci pokażę, Sandrine. Coś, co widziało - lub zobaczy - na własne
oczy bardzo niewielu mieszkańców Thetis - powiedział. - A potem
zastanowimy się wspólnie, jak rozwiązać nasz drobny problem. Te?
Nie czekając na moją odpowiedź, Anderson z zaskakującą lekkością
podniósł się z głębokiego siedziska i poprowadził mnie ku ścianie w głębi salonu. Drewniane panele zdobił rząd oprawionych fotografii.
Większość z nich przedstawiała sceny typowe dla osobistości publicznej:
Primo Andersona podczas uroczystości inauguracyjnej, jego mowę powitalną
wygłoszoną w Akademii, portret w okularach ochronnych przy okazji wizyty
w jakiejś fabryce. Krótko mówiąc, kluczowe punkty kariery politycznej.
Na niektórych dostrzegłam też jedynego syna Andersona, Sama. Uśmiech
mają identyczny, pomyślałam. Bez wątpienia ta sama genlinia.
Primo nie skupiał się jednak na zdjęciach. Pochylił się nad szeroką
szufladą, która wysunęła się wprost ze ściany. Gdy do niej zajrzałam, od
razu zauważyłam charakterystyczny blask wyściółki typowej dla sejfów.
Ciekły diament. To musi być coś ważnego.
Anderson ostrożnie wydobył sporą ramkę i obrócił ją w stronę światła.
Przeznaczona na arkusz nieco większy od standardowej tuszkarty, była
pokryta ręcznie zdobioną, brązową skórą przeszytą prawdziwymi nićmi.
Natychmiast rozpoznałam dokument ukryty za grubym duraszkłem i z wrażenia cofnęłam się o mały krok.
- Czy to...
Uśmiechnięty Primo Anderson spojrzał na mnie łagodnie, jakby prezentował
zachwyconemu dziecku magiczną sztuczkę.
- W rzeczy samej. Oryginalny Certyfikat Zaokrętowania na Thetis.
ROZDZIAŁ TRZECI
Naturalnie widywałam już cyfrowe skany Certyfikatu Zaokrętowania -
podczas studiów w Akademii oglądał je każdy thetanin, a ja jako
Archiwistka mogłam je podziwiać w dowolnym momencie, jeśli tylko miałam
ochotę. Teraz jednak doświadczyłam czegoś zupełnie innego. Miałam przed
sobą autentyczny dokument, ręcznie podpisany prawie dwa stulecia
wcześniej; dokument, który posłał cały nasz gatunek w kosmiczną podróż
obliczoną na pokolenia. Tak, to był kawał prawdziwej historii.
Anderson zaś trzymał go w ręku jak niepozorny przedmiot codziennego
użytku. Jakby był jego właścicielem.
- Chcesz go potrzymać, Sandrine? - zapytał, podsuwając mi ramkę z dokumentem.
- Nie, nie, dziękuję, Primo Andersonie, nie mogłabym... - Cofnęłam się
jeszcze o krok, obawiając się, że jakimś cudem zakażę bezcenny przedmiot
własną nieporadnością. Poćwiczmy najpierw bezpieczne korzystanie z drzwi, zanim wyciągniemy ręce po delikatne pamiątki historii. Tak sobie
myślałam, ale wpatrywałam się w Certyfikat Zaokrętowania jak urzeczona.
Materiał, na którym go wydrukowano, wyglądał na organiczny - czy to
naprawdę pergamin? - i wykazywał pierwsze oznaki rozkładu. Zapewne nie
bez powodu spoczywał w bezpiecznym, kontrolowanym środowisku
sejfoszuflady; miał przecież zostać zachowany na wieczność!
Choć miał głównie symboliczne i ceremonialne znaczenie, Certyfikat był
de facto aktem założycielskim nowego etapu w dziejach rodzaju ludzkiego,
definiującym jego nadzieje i wartości oraz główne założenia misji
Thetis. Własnoręcznie podpisało go dwudziestu jeden dyrektorów misji,
finalizując tym samym stuletni projekt. Byli ekspertami z rozmaitych
dziedzin, od genetyki, przez inżynierię, aż po planowanie społeczne.
Spojrzałam na schludne rzędy podpisów u dołu strony, złożonych przez
owych gigantów, którzy poświęcili życie na przygotowanie Thetis do
startu. Ich ofiara była w istocie daremna, wszyscy bowiem pozostali na
Ziemi - żaden z dwudziestu jeden uczonych nie został wybrany do udziału
w misji.
Dlaczego pokazał mi Certyfikat? Dlaczego właśnie teraz?
- Imponujący - bąknęłam wreszcie.
Uśmiech Andersona nieznacznie przygasł. Zaraz potem Primo położył mi
dłoń na ramieniu i łagodnie poprowadził mnie z powrotem ku skórzanej
kanapie.
- Czy mogę powierzyć ci tajemnicę? - spytał, spoglądając na mnie
przenikliwie brązowymi oczami. Nie czekał jednak na odpowiedź. Zdaje
się, że politycy czasem zadają pytania wyłącznie po to, by przykuć uwagę
słuchacza. - Jak sądzisz, dlaczego trzymam Certyfikat Zaokrętowania w prywatnej kwaterze, choć tak naprawdę to Archiwum powinno sprawować nad
nim pieczę?
Czy to jakiś test?
- Nie wiem... może na wszelki wypadek? - zasugerowałam. - Skany spoczywają
w Archiwum, a oryginał tutaj, na wypadek gdyby jedno z tych miejsc miało
ulec zniszczeniu?
Anderson uśmiechnął się kpiąco i spojrzał na Jericha Pakka.
- Typowa odpowiedź Archiwisty. Całkowite skupienie na szczegółach, bez
spojrzenia na pełen obraz sytuacji. - Znowu popatrzył na mnie, tym razem
jakby bardziej wyrozumiale. - Odpowiedzią, Starsza Archiwistko Liet,
jest perspektywa. - Mówiąc to, Anderson zaczął kreślić w powietrzu
kręgi. - Ludzie często mnie pytają: "Sabi, co właściwie jest celem
naszej generacji?". A gdy mówią o celu, tak naprawdę mają na myśli sens
życia. Pozwól, że ci odpowiem, Sandrine. - Uniósł brew, uśmiechając się
przyjaźnie. - Nie jako Primo, ale jako bratnia istota ludzka. Otóż dla
thetan urodzonych w kosmosie, z dala od Starej Ziemi, którzy dokonają
żywota w przestrzeni dziesiątki lat przed dotarciem do którejś z domniemanych planet docelowych, odnalezienie sensu życia wcale nie jest
prostą sprawą.
Wzruszyłam ramionami.
- Może po prostu spędzamy czas w podróży z punktu A do punktu B.
Próbując przy tym niczego nie zepsuć, póki generacja Osadników nie
przejmie sterów i zrealizuje nasze powołanie i tak dalej?
- To dość cyniczny punkt widzenia - wtrącił surowo Primo, zerkając na
Jericha Pakka. - To, że nasza planeta chyliła się ku upadkowi i jako
gatunek potrzebowaliśmy nowego domu, wcale nie oznacza, że nie odgrywamy
kluczowej roli w całym procesie. Gdyby tak było, Passados mogli po
prostu ułożyć załogę Genzero do kriogenicznego snu i wysłać ją w tę
dwustuletnią podróż.
- Z pewnością uprościłoby to sprawę - odrzekłam.
- Ależ właśnie o to chodzi! - Primo Anderson aż klasnął z podniecenia. -
Bardzo, ale to bardzo różnimy się od ludzi, którzy weszli na pokład tego
statku. Zaryzykowałbym nawet tezę, że jesteśmy niemal innym gatunkiem.
Uśmiechnęłam się, wspominając niezliczone nader gorące debaty z Nyashą.
Uwielbiał historię, a Archiwum było praktycznie nieskończoną skarbnicą
tematów. Doprawdy było o czym rozmawiać.
- Wyobraź sobie - ciągnął Anderson - że cała populacja ówczesnych
Ziemian budzi się z dwustuletniego snu, by osiedlić się na nowej
planecie. Nie są przystosowani ani do innego składu atmosfery, ani do
odmiennego ciśnienia. Grawitacja na poziomie 0,6 g jest dla nich
wielkim wyzwaniem. Z trudem tolerują lokalną żywność, wodę,
promieniowanie, praktycznie wszystko. - Primo wstał i zaczął przechadzać
się po salonie, ignorując subtelne sygnały Pakka, że powinien się
streszczać. Wygląda na to, że polityk w roku wyborczym to bestia,
której nie da się poskromić. - Widzisz, sama podróż Thetis jest
częścią procesu przygotowania nas do optymalnego przeprowadzenia fazy
Osadnictwa, te?
- Zatem to jest naszym wielkim celem? - spytałam. - "To my jesteśmy
zmianą"?
Czyż nie tak brzmi hasło wyborcze każdego kunye polityka w dziejach
ludzkości?
Ręka Andersona znieruchomiała w pół gestu, a jego gładkie oblicze
przesłonił na moment cień znużenia.
- Jesteś Starszą Archiwistką - odparował. - Opiekujesz się całym zasobem
wiedzy zgromadzonym na pokładzie Thetis, od danych sprzed Odlotu,
załadowanych jeszcze przez Passados, aż po wszystkie osiągnięcia nauki,
inżynierii i rozwoju społecznego dokonane w podróży. Chyba łatwo
połączyć kropki, przecież to oczywiste! - Anderson odwrócił się ku
Jerichowi. - Prawda?
- A jednak wymaga odrobiny intelektu - zauważył Pakk, zerkając na mnie
jakby triumfalnie. Masz za swoje, mówiło jego spojrzenie.
Sabi zaczął odliczać na palcach, jakby tłumaczył tępemu dziecku
najbardziej elementarną sprawę.
- Generacja Zero - powiedział, prostując palec wskazujący - czyli
Ziemianie wybrani do Zaokrętowania, a także kolejne pokolenia, aż po
Gentrzy, a nawet Gencztery, to Kreatorzy. Pierwsi z nich urodzili się na
Ziemi, reszta miała ziemskich rodziców lub dziadków, zgadza się?
Skinęłam głową w odpowiedzi na to pytanie retoryczne.
- To oznacza, że mieli dawną, ziemską mentalność. Wyznawali dawne
wartości, znali dawną strukturę społeczną, mieli nawet dawne parametry
fizyczne! Byli owocem tysiącleci egzystencji rodzaju ludzkiego na naszej
starej planecie. Zrodził ich system zoptymalizowany pod kątem
przetrwania na Ziemi, ale kompletnie nieprzydatny w życiu w przestrzeni
kosmicznej. Zadanie tych generacji było więc oczywiste: wykreować nowe
społeczeństwo, które rozkwitnie w warunkach panujących na Thetis,
czyli w ograniczonej przestrzeni, przy ograniczonych zasobach, w warunkach ścisłego planowania populacji i w oderwaniu od chaotycznej
natury... cóż, samej Natury. - Anderson wrócił na swoje miejsce, a Jericho
Pakk przysiadł w fotelu po mojej lewej stronie. - To były generacje
gigantów, Arch. Liet! Każdy z nich wiedział, że za życia nie zobaczy
planety, do której zmierza, lecz mimo to był gotów wymyślić na nowo to
wszystko, co dziś jest dla nas ludzkością.
Kątem oka spostrzegłam, że Jericho zmienia pozycję w fotelu. Rozłożył na
stole wachlarz formularzy, lecz Anderson nie zwrócił na to uwagi,
pochłonięty własnym tokiem myślenia.
- A Generacja Ósma, czyli nastolatki biegające dziś po pokładach, oraz
Generacja Dziewiąta, której doczekamy się nareszcie w najbliższym Roku
Narodzin? Otóż oni wszyscy, Sandrine, mają przed sobą zgoła odmienne
zadanie. Będą Budowniczymi. To na ich barkach spocznie najcięższe
brzemię, z jakim kiedykolwiek zmierzy się rodzaj ludzki: przeprowadzenie
fazy Osadnictwa naszego gatunku na obcej planecie! Przygotują wszystko
na nadejście Gendziesięć: pokolenia, które już na miejscu rozpocznie
etap właściwej kolonizacji nowego świata. Teraz z pewnością zaczynasz
dostrzegać, że trwa wielopokoleniowy proces. A w jaki sposób on działa,
Arch. Liet?
Wzruszyłam ramionami.
- W sensie technicznym wdrażany jest plan warunkowania. Thetis
zaprogramowano tak, by podczas podróży warunki panujące na statku powoli
się zmieniały. Ciśnienie powietrza, temperatura, wilgotność, długość pór
roku, siła ciążenia - wszystko to jest stopniowo modyfikowane na
podobieństwo warunków planety docelowej.
Anderson parsknął śmiechem.
- Zgadza się. Jestem pewny, że Ziemianin z Genzero nie mógłby nawet
oddychać powietrzem, które serwuje nam dziś Thetis! - Spoważniał,
jakby nagle uświadomił sobie sens własnych słów. - Ale, jak
powiedziałaś, to tylko technikalia. Znacznie bardziej niepokoją mnie
kwestie społeczne. Jakim ludzkim plemieniem będziemy, gdy nadejdzie czas
Osadnictwa? Te generacje będą musiały być gotowe do adaptacji do
warunków panujących na nowej planecie. Na Terra Firma. To coś zupełnie
innego niż życie na pokładzie Thetis.
- Zatem co to oznacza dla nas, Primo Andersonie? - spytałam cicho.
Mężczyzna złożył dłonie.
- Mój ojciec należał do Gencztery. Zwykł mawiać, że my, dzieciaki z Genpięć, jesteśmy pierwszym prawdziwie nowoczesnym, zrodzonym w przestrzeni kosmicznej pokoleniem. Nazywał nas Homo infinitus.
Dostrzegłam blask w oczach Andersona, gdy mówił o swoim przodku. Czy
jego ojciec nie był szefem Archiwum? Pamiętałam, że kiedyś wpadła mi w ręce lista wszystkich osób, które piastowały to stanowisko.
- Z nastaniem Gensześć, a także twojej Gensiedem, zaistniał pewien
problem. Większość dynamicznych zmian związanych z przystosowaniem do
życia w kosmosie już zaszła. Tempo postępu spadło i pojawiło się pytanie
o cel. Czy jesteśmy Generacją Wyczekiwania? A jeśli jesteśmy jedynie
naczyniami, nośnikami z wolna mutujących genów, pomału przebudowującymi
własne ciała, to jaka jest nasza rola w życiu, nie licząc prokreacji? I czy bezdzietni ludzie nie mają powodu, by istnieć? Czy mamy ich uważać
jedynie za nic niewnoszących konsumentów? Czy miarą wartości ich życia
mają być jedynie funkcje, które pełnią na statku?
Auć. To akurat był celny cios. Po ostatniej kłótni z administracją - i całym zamieszaniu z moim ówczesnym partnerem Kilianem - wypisano mnie z listy na najbliższy Rok Narodzin.
Odebranie mi prawa do prokreacji było nokautującym ciosem poniżej pasa i ostatecznie poróżniło mnie z Kilianem. Miałam wtedy wrażenie, że choć
Nyasha starał się w miarę możliwości wyciszyć sprawę, Anderson musiał o niej usłyszeć, a być może nawet wziął udział w wymierzeniu mi kary.
Teraz jednak nie byłam tego pewna. Dlaczego Primo Thetis miałby się
interesować rodzinnymi planami zwykłej Archiwistki?
- Oszczędzę ci dramatów - ciągnął Anderson, wyciągając rękę, by łagodnie
dotknąć mojej dłoni. - Tak, nasze życie ma sens. Istnieje cel wielkiej
wagi, acz nieoczywisty, ku któremu musimy podążać. Można go wyrazić
dwoma słowami: stabilność oraz jedność.
- Za tym mogę zagłosować - odpowiedziałam, chichocząc. Cała ta przemowa
coraz mocniej zalatuje kampanią wyborczą.
Anderson nawet się nie uśmiechnął.
- Wiem, brzmi to dziwnie, może anachronicznie. Prawda jest jednak taka,
że mamy obowiązek zapewnić naszym dzieciom oraz ich dzieciom optymalny
start do fazy Osadnictwa. I nie możemy lekceważyć tej misji. Gdy
dotrzemy do celu, będziemy mieli za sobą dwa stulecia lotu z jedną
trzecią prędkości światła. W chwili Zaokrętowania trafiło na Thetis
dwadzieścia dwa tysiące ludzi. Dziś jest nas ponad pięćdziesiąt tysięcy,
a w nadchodzącym Roku Narodzin dobijemy do sześćdziesięciu tysięcy. -
Anderson pozwolił sobie na krótką pauzę dla lepszego efektu. - Jest
coraz tłoczniej. Naszym zadaniem, a nawet pozwolę sobie powiedzieć:
naszym oficjalnym celem - spojrzał na mnie w skupieniu - jest dalsze
jednoczenie społeczeństwa i podtrzymanie jego stabilnego bytu, by
kolejne pokolenia były w stanie zbudować nowy dom dla ludzkości.
W tym momencie Jericho Pakk wstał jak na komendę i nachylił się ku nam,
wskazując palcem tuszkarty leżące na stole. Anderson spojrzał na nie z powątpiewaniem i westchnął niechętnie.
- Wiem, że nie ułatwiłem ci roboty, Sandrine - powiedział. - Nie
przyszłaś tu przecież, żeby wysłuchiwać lekcji historii czy
umoralniających pogadanek, ale jest dla mnie ważne, żebyś dobrze
zrozumiała: robię to wszystko, patrząc na sprawy z najważniejszej
perspektywy - perspektywy naszej misji. - To rzekłszy, Anderson jakby
znowu zmienił bieg: usztywnił się i odezwał oficjalnym tonem: - I właśnie ta perspektywa każe mi odłożyć na bok własny dyskomfort i postawić na pierwszym miejscu sprawy mieszkańców Thetis. Ludzie nie
potrzebują kolejnego skandalu, zwłaszcza że w tym miesiącu czekają nas
wybory Primo. Rola prawdziwego przywódcy wymaga niekiedy osobistych
poświęceń.
Jericho Pakk podał mi dokumenty.
- Primo Anderson wycofuje swoją skargę ze skutkiem natychmiastowym. Oto
wypełnione formularze Archiwum z decyzją o zamknięciu śledztwa.
Wystarczy podpisać, Arch. Liet.
Co jest grane?
- Zatem nie było żadnej próby wymuszenia?
Pakk i Anderson spojrzeli po sobie bez słowa, a potem Primo pochylił się
w moją stronę.
- Najlepiej będzie, jeśli uznamy całą tę sprawę za nieporozumienie -
rzekł cicho, świetnie panując nad głosem. - Jericho z własnej inicjatywy
skontaktował się z Głównym Archiwistą Nyashą Woo, by zasięgnąć jego
zdania na temat pewnej wiadomości, którą otrzymaliśmy. Nie uczynił tego
z zamiarem złożenia formalnej skargi. Mniemam, że Nyasha wykazał się
nadgorliwością w interpretacji tego, co zaszło. Tak czy inaczej, nie ma
powodu, by dalej ciągnąć tę niefortunną sprawę. Nikt nie ucierpiał, a my
będziemy mogli skupić się na tym, by jeszcze dziś zrobić coś dobrego dla
mieszkańców Thetis!
Anderson uśmiechnął się triumfalnie i wstał sprężystym ruchem sportowca.
Zapiął marynarkę i wygładził niewidzialną zmarszczkę na gładkich
spodniach z polijedwabiu. Był świeży i pełen wigoru, jakby należał do
Gen8.
- Naprawdę miło było cię poznać, Sandrine - powiedział i uśmiechnął się
pogodnie. - Trzymam cię za słowo, jeśli chodzi o ten głos w wyborach!
Leć i prosperuj - dodał, żegnając mnie tradycyjnym thetańskim
pozdrowieniem.
- Terra firma espera - spróbowałam dodać równie oficjalny akcent,
gramoląc się z głębi miękkiej kanapy. - To dla mnie zaszczyt, że mogłam
pana poznać, Primo Andersonie.
Wyciągnęłam rękę na pożegnanie, lecz on był już w połowie drogi do
wyjścia. Szedł pewnym krokiem, a gdy opuścił prywatny salon, na
korytarzu dołączyło doń natychmiast dwoje urzędników. Przyspieszył, gdy
wcisnęli mu w ręce pliki tuszkart.
Z zamyślenia wyrwało mnie ciche stukanie. Jericho Pakk stał przy stole,
dotykając palcem pustego miejsca u dołu formularza.
- Proszę użyć palczipa, Arch. Liet - polecił sucho.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki