George Sand - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W PARYŻU

 

W mroźną styczniową noc 1831 r., z dyliżansu przy ulicy Racine'a w Paryżu wysiadła młoda kobieta, okutana w ciepłe szale. Szybko wbiegła do jednego z domów i bez wahania przebywszy sześć pięter, zastukała do skromnego kawalerskiego mieszkanka, na którego drzwiach widniała tabliczka "Jules Sandeau". Po chwili drzwi się otwarły a na progu ukazał się nieco zdziwiony, uradowany kochanek. Kobietą była Aurora Dudevant - przyjechała na podbój stolicy.

Wymówić "podbić Paryż" jest łatwo - grubo ciężej to zrobić. Zamieszkała wraz z Sandeau, lecz wnet nasunęło się pytanie dręczące tylu "zdobywców" i tylu początkujących literatów, artystów: z czego żyć? Miała wprawdzie zapewnioną trzytysięczną rentę, ale mąż nigdy nie wypłacił jej więcej niż połowę a czynił to niechętnie, niepunktualnie, przez zemstę. Juljusz Sandeau wprawdzie otrzymywał od rodziny również pieniężne zapomogi, ale więcej niż skromne.

Z tego egzystować było trudno. Należało coś wymyślić. Początkowo Aurora poczyna malować na porcelanie, ozdabia tabakierki, ale ciężka, niewdzięczna i wyczerpująca praca przynosi wzamian mało zarobku. Trzeba szukać innej rady.

- Znasz świetnie La Touche'a, redaktora "Figara" - mówi Aurora do kochanka - czemu nie zwrócisz się do niego o zajęcie?

- Proponował mi pisanie feljetonów - odpowiada Juljusz - ale nie bardzo potrafię się z niemi uporać!

- Ja ci pomogę!

Odtąd Aurora poczyna się uwijać po redakcji "Figara". Dają jej do pisania różne wzmianki, ona smaruje, smaruje... i w końcu okazuje się, że napisała zupełnie nie to, co należy. Ubawiony de La Touche razu pewnego rzecze:

- Robicie mi w kronikarskich notatkach całe romanse! Powinniście tworzyć powieści!

Artystycznej parze więcej nie trzeba. Kupują papier, pióra, fabrykują od rana do nocy, że aż stół trzeszczy. W ciągu sześciu tygodni dzieło gotowe, opowieść sentymentalna ujrzała świat p. t. "Rose et Blanche". Nawet wydawca się znalazł, jakiś poczciwy ryzykant, gotowy za eksperyment zapłacić 400 franków - cały majątek! Zacierają ręce z zadowolenia, wtem nowy kłopot:

- Nie mogę bez skandalu - powiada Aurora - pomieścić moje nazwisko wspólnie z twoim na książce!

- Nie mogę - powiada Sandeau - pod groźbą wydziedziczenia, wogóle przyznać się, że wlazłem w literaturę!

- Ba - śmieje się obecny przy rozmowie de La Touche - przetnijcie Sandeau na pół i zachowajcie kawałek!

Książka ukazała się tedy, jako twór Juljusza Sand.

 

* * *

 

W tym to okresie czasu Aurora Dudevant poza literacką pracą stara się wchłonąć w siebie życie Paryża. Wszędzie chce być, wszystko ją interesuje. Włóczy się z kochankiem po najgorszych dziurach, najbardziej okrzyczanych spelunkach. Oczywiście wzbudza powszechną sensację.

- Więcej cię nie zabieram ze sobą - oświadcza Juljusz - to zbyt ryzykowne!

- Dlaczego?

- Kobieta po szynkowniach razem z pijakami? Chcesz by nas kiedy aresztowano?

- Przebiorę się za chłopca!

- Pomysł przedni...

Nazajutrz zostają nabyte zgrabny surducik i wysokie buty. Odtąd Aurora dla wygody a może przez oszczędność, poczyna stale chadzać ubrana po męsku. Nikogo ta maskarada nie razi, bo młodzieńcy tej epoki wszyscy noszą długie włosy, co im nadaje wygląd zniewieściały i w typie jest ona do nich całkowicie podobna, uchodzi za studenta. Teraz dopiero niema miejsca, gdzieby się nie znalazła. Dnia jednego jest w muzeum, innego w teatrze, to znów na zebraniu politycznem, to w robotniczej traktjerni, lub w złodziejskich kryjówkach. Wchłania życie w siebie, obserwuje, notuje... Stara się również nawiązać stosunki literackie, początkowo niezbyt pomyślnie. Idzie do znanego krytyka pana de Kératry, człowieka starszego. Przyjmuje ją żona, młoda i wytworna dama a ujrzawszy kobietę w męskim ubiorze i wykoszlawionych butach, spogląda na nią z góry. Po chwili wchodzi krytyk.

Aurora się mści:

- Córka szanownego jest zdaje się niezdrowa - mówi - bo sama położyła się na kanapie a mnie nawet nie zaproponowała usiąść...

- To nie moja córka, to żona...

- Bardzo pięknie, lecz nie chcę przeszkadzać... odchodzę...

- Chwilę jeszcze, moje drogie dziecko! Miała pani mnie odwiedzić, abyśmy pomówili o projektach pisarskich. Będę szczery: kobieta nie powinna pisać...

- W takim razie nie mamy o czem mówić... szkoda, że wstałam tak wcześnie...

- Kobieta, zdaniem mojem, winna płodzić nie książki a dzieci...

- To niech pan sam je płodzi! - i pozostawiwszy zdumionego krytyka z rozwartemi ustami, szybko uciekła.

Pędząc wesołe życie z cyganerją artystyczną i bandami studentów, którzy ją nazywali kolegą, utrzymywała się Aurora z artykulików pomieszczanych w "Figaro" oraz w paru innych pismach kobiecych. Jeden z jej artykułów za dość ostre napaści polityczne został nawet skonfiskowany.

- Boże! zawołała, gdyby tak chciano wytoczyć proces i mnie ukarać, cobym zato dała, momentalnie byłabym sławna!

Tak upłynął rok. Aurora nie zarzuciła jednak poważniejszej roboty. Wydawca powieści "Rose et Blanche", zauważywszy, iż rozdziały przez nią pisane, są daleko żywsze i więcej interesujące, niżeli rozdziały ułożone przez Sandeau, zaproponował, aby następny romans napisała sama. Zasiadła tedy do pracy na parę miesięcy i... jako rezultat twórczości powstała "Indjana", której rozgłos miał się roznieść na cały świat. Dzieło to, tym razem, wydaje pod pseudonimem George Sand... i od tej chwili jedynie pod wzmiankowaną nazwą jest powszechnie znana.

Aurora Dupin-Dudevant umarła, narodziła się George Sand. Stało to się 19 maja 1832 r.

 

* * *

 

W najbliższem otoczeniu autorki t.j. w kołach zbliżonych do "Figara" - romans nie wywarł większego wrażenia. Kératry wzruszał nad nim ramionami, może przez pamięć na niedawną wizytę, ale szeroka publiczność przyjęła go z entuzjazmem. Poglądy były nowe, oryginalne.

W rzeczy samej George Sand odzwierciadliła w "Indjanie" swe własne przeżycia: nieszczęśliwe małżeństwo z brutalem, pobyt w Nohant, ucieczkę, współżycie z kochankiem... Wprowadziła i trzecią postać, wiernego przyjaciela. Kto miał nim być Gustaw Planche, czy de La Touche - niewiadomo? Kochanek w niezbyt różowych przedstawiony został barwach, jako człowiek do którego nie można było mieć wielkiego zaufania...

Powieść rozchwytano niemal w ciągu paru dni... Łamano sobie głowę kto ukrywa się pod nazwą George Sand... mężczyzna czy kobieta? Jedynie wtajemniczeni uśmiechali się dyskretnie. Dalej poczęto oburzać się na niemoralność! Kobieta zamężna i ma kochanka! Co za skandal! Mało tego! Kochanek jest niewierny - wyszukuje sobie przyjaciela! Nie, to przechodzi wszelkie pojęcie! Oczywiście głosy katonów wzmagały jedynie powodzenie książki.

To też, gdy po paru miesiącach ukazał się nowy romans "Walentyna" pozycja literacka autorki była utrwaloną. Odtąd jest głośną i zarzucaną ofertami. Gdy znany Franciszek Buloz obejmuje redakcję czasopisma "Revue des Deux Mondes", ofiarowywuje jej stałą współpracę. Ma pobierać rocznie 4000 franków, a wzamian dostarczać co sześć tygodni, trzydzieści dwie stronice druku.

Opuszczono tedy skromne pokoiki na piątem piętrze i przeprowadzono się do obszerniejszego mieszkanka przy Quai Malaquais, tonącego śród zieleni i drzew.

W tem nowem, bardziej wykwintnem i bardziej jej odpowiadającem otoczeniu, pracuje George Sand od rana do wieczora co dnia intensywniej i... co dnia też więcej oddalając się od kochanka - Juljusza Sandeau...

 

* * *

 

Jules Sandeau, niby to z radością, śledził sukcesy uwielbianej, w rzeczywistości jednak dręczyły go dwie rzeczy. Przedewszystkiem na dnie duszy napewno kiełkowało uczucie, czemu ona tak szybko się wybiła, gdy on mentor tego dokazać nie może. Pozatem był zazdrosny, zazdrosny jako mężczyzna o kobietę. Toć wiecznie samodzielna i indywidualna Sand zawierała znajomości na prawo i lewo, przestawała się z nim liczyć.

- Dokąd dziś idziesz? - czasem pytał, gdy widział ją w męskim ubiorze, szykującą się do jakiejś wycieczki.

- Idę gdzie mi się spodoba!

- To nie odpowiedź! Czy wolno towarzyszyć?

- Nie! Pragnę być sama! Nie potom się wydostała z pod tyranji męża, aby popaść pod twoją!

Sandeau kręciły się łzy w oczach i zamilczał, ona wychodziła z mieszkania. Może w gruncie nie robiła nic złego. Lecz pasją jej były samotne wycieczki i poznawanie ludzi wybitnych.

Kiedyś wybrała się do Balzac'a.

Autor "Fizjolologji małżeństwa" i "Straconych złudzeń" przyjął ją bardzo uprzejmie. "Indjanę" czytał, osypał autorkę szeregiem komplementów. Pokazał swoją wspaniałą bibljotekę, począł opowiadać o sobie i swych zamierzeniach. W ciągu rozmowy padło nazwisko Rabailais'go.

- Pani nie zna jego dzieł - zawołał ze zdumieniem - muszę je przynieść!

Istotnie po upływie dni paru, przybył zasapany i wyelegantowany do mieszkanka Sand. "Łapał" - opowiadała później - papiery ze stołu, rzucał na nie okiem, jakby chcąc poinformować się, co one zawierają a później natychmiast poczynał mówić o swoich pracach i o tem co pisze obecnie. Wkońcu wyciągnął osławionego "Pantagruel'a" i na głos począł odczytywać". Jak wiemy, choćby z polskiego przekładu Boy'a, utwór doborem wyrazów się nie odznacza, wszystko raczej nazwane jest po imieniu. Pan Honoré de Balzac nie tylko nie opuszczał szczegółów, lecz jeszcze uzupełniał je swemi soczystemi uwagami, oblizując się przytem lubieżnie.

- Wynoś się pan, przerwała mu w pewnym momencie George Sand, jest pan opasłym świńtuchem!

- Jestem posłuszny rozkazom, odparł śmiejąc się, ale od tej chwili jest pani dla mnie głupią gęsią!

Kłótnia nie była długotrwała, bo w parę dni później obiadowała u pisarza wraz z Sandeau.

Obiad był równie niezwykły jak i Balzac i zasługuje na szczegółowy opis.

Zajmował on mały apartamencik przy ulicy Cassini, wgłębi ogrodu. Był to szereg pokoi, urządzonych z wykwintem i umeblowanych kosztownemi sprzętami XVIII stulecia. Roiło się od starych makat, obrazów, bronzów, porcelany - istne muzeum - i nieraz, pisarz chcąc zadowolnić swą fantazję, wydawał na dzieła sztuki wszystkie swe zarobki lub też zakupywał na kredyt najcenniejsze antyki.

Podawano na srebrnych półmiskach, ale menu zostało zestawione swoiście: sztukamięsa, melon i szampan mrożony...

Gospodarz się nim zachwycał.

- Pijcie, zachęcał, dostałem cały kosz od księcia Metternicha!

Podczas obiadu czynił wcale niedwuznaczne propozycje pani Sand, co pobudzało Sandeau do wściekłości, w pewnym zaś momencie, oświadczył:

- Czekajcie!

Znikł na chwilę w sąsiednim pokoju, poczem ukazał się przybrany w piękny turecki szlafrok i wspaniałe haftowane nocne pantofle. Nowe zakupy, któremi pragnął się pochwalić! W tym stroju upierał się odprowadzić swoich gości, z kandelabrem w ręku, aż na ulicę.

- Wezmą pana za warjata! - tłomaczył Sandeau.

- Balzac'a nikt za warjata nie weźmie, podziwiać go najwyżej mogą! odparł dumnie i powędrował.

Po drodze, machając świecznikiem, wciąż opowiadał. Chwalił się rumakami arabskiemi, które zamierzał nabyć a których nigdy nie nabył, opowiadał o nich jednak, jak gdyby już stały w jego stajni...

Ostatecznie z trudem namówiono go do powrotu...

 

* * *

 

W tym to okresie czasu nawiązała George Sand ściślejsze stosunki nie tylko z Balzac'iem. Oprócz niego zapoznała się i ze słynnym krytykiem Sainte-Beuve'em i z Gustawem Planche. Z tym ostatnim szczególniej łączyła ją wielka zażyłość, stał on się jej nieodłącznym towarzyszem. Gdy zwabiony olbrzymim rozgłosem żony, pan Kazimierz Dudevant, zdecydował się też wybrać do Paryża, wpada ona, jak bomba do mieszkania Planche'a.

- Wstawaj pan!

- Co się stało?

- Kazimierz przyjeżdża! Będzie go pan oprowadzał po Paryżu!

Zgoda z mężem została zawarta, przynajmniej pozornie. Zobowiązał się on absolutnie nie wtrącać do spraw sławnej damy, pod warunkiem, aby ta od czasu do czasu odwiedziła go w Nohant.

Z pozwolenia tego postarała się skorzystać niemal niezwłocznie. Stosunek bowiem z Juljuszem Sandeau psuł się coraz bardziej. Sceny stawały się niemal codzienne, a przyszły autor "Marjanny" i "Mademoiselle de la Segliere" był kulą u nogi... Łączyły ich jeszcze jednak wspólne początki, wspólnie przecierpiana bieda, wspomnienia.

- Czyś już tak szybko zapomniała o naszych przysięgach? - czasem zapytywał - gdyby nie ja, dziś jeszcze tkwiłabyś nieznana, na wsi!

- Wiem, com ci winna! - odpowiadała - lecz jestem wolnym człowiekiem, nikt nie ma prawa do mnie!

- Nawet ja?

- Nawet ty! Krępować się nie pozwolę!

Po jednej ze scen gwałtowniejszych wyjechała do Nohant. Siedziała w majątku dość smutna, przykrzyło jej się po ruchu i zgiełku Paryża, może zatęskniła za kochankiem, dzięki nieoczekiwanym zwrotom swej natury, które tak często zdarzały się w jej późniejszem życiu.

Dość, że powróciła a wtedy nastąpiło naturalne rozwiązanie... romansu.

Powróciła nieoczekiwanie... na początku 1833 r. i równie nieoczekiwanie zastała wielce romantycznego amanta w objęciach zgoła nieromantycznej praczki. Pocieszał się biedak, jak mógł.

Sceny, spazmy, płacze, awantury, ostateczne zerwanie...

Ze zwykłym sobie gestem w sprawach pieniężnych, George Sand, nie tylko pozostawiła kochankowi mieszkanie, przenosząc się o parę domów opodal pod ? 19 Quais Malaquais, lecz i pożyczyła znaczniejszą sumę pieniędzy, by mógł udać się do słonecznej Italji, tam marzyć i zapomnieć o niej.

 

DZIWACZNE MAŁŻEŃSTWO.

 

Był grudzień 1830 r. Śnieg gestem posłaniem rozpościerał się dokoła zamku w Nohant, we Francji, biorąc całą przyrodę w swe posiadanie. Zamek stał posępny i obumarły. Gospodarz - Kazimierz Dudevant wraz ze sforą psów polował od rana, a gdy wyruszał na polowanie w domu zalegała cisza.

Wewnątrz wiała dziwna pustka. Nie brakło tam wprawdzie ani mebli, ani kosztownych sprzętów, znać było nawet, iż właściciele są raczej zamożni - ale śladu ręki kobiecej, śladu zainteresowania gospodarstwem nigdzie byś nie dostrzegł. W powietrzu zawisło jakby tajemnicze hasło - niechaj się dzieje co chce, niechaj się wali, nic nas to nie obchodzi!

W jednym z dalszych pokoi, dużym i widnym, siedzi kobieta, pochylona nad stołem, zarzuconym rękopisami i kajetami. W ręku trzyma pióro i coś nim machinalnie kreśli, lecz zauważyć łatwo, że myśl daleko poza pismo odbiegła.

Trudno nazwać ją piękną, mimo to uroda przykuwa do siebie. Ma lat dwadzieścia sześć, wzrostu zaledwie średniego, brunetka, o cerze nalanej, szerokich i lubieżnych wargach. W wielkich oczach odbijają się szybko zmieniające przeżycia - to gonią niewidzialne krainy, to uśmiechają do fantastycznych przygód. Jest w całej postaci ogrom niewyładowanej energji, przytłumionej, przygaszonej warunkami bytu.

Tok marzeń przerywa pokojowa:

- Co jaśnie pani dziedziczka rozkaże na obiad?

Zadumana nie słyszy, dziewczyna ponawia pytanie.

- Na obiad?

- Tak jest, proszę pani dziedziczki!

- A niech będzie co chce!

Odpowiedź snać nie dziwi pokojowej, kiwa głową.

- Słucham! Więcej nic?

- Owszem... dla pana jaknajwięcej butelek... im prędzej się upije, tem lepiej! przynajmniej pójdzie spać...

Uśmiech porozumiewawczy i rozmowa skończona.

 

* * *

 

Pani dziedziczka, dająca tak oryginalne odpowiedzi jest Aurorą Dudevant. Pochodzenie jej równie dziwaczne, jak i całe życie - a jednym z dalekich przodków, ni mniej ni więcej, tylko niegdyś, nam polakom, najmiłościwiej panujący August II. Przodków... oczywiście z lewej ręki, bo syn króla - Maurycy Saski - wódz równie dzielny, co kochliwy w czasie jakiegoś pochodu nawiązał stosunek z uroczą aktoreczką Marją Rinteau, z którego to stosunku zrodziła się Marja - Aurora Saska - babka naszej kasztelanki - na której cześć ona sama otrzymała poetyczne imię Aurory.

Królewskiemi koligacjami perypetje rodowe jednak się jeszcze nie kończą. Marja Aurora Saska wyszła zamąż za pana Dupin de Francueil, syn zaś ich - Maurycy Dupin, oficer armji Napoleona - ożenił się potajemnie z panną Delaborde, który to związek został przez matkę uznany dopiero, gdy w 1804 r. przyszła na świat córeczka - bohaterka naszego opowiadania.

Przyszła na świat również wielce oryginalnie. Razu pewnego matka tańcząc pięknie menueta, oznajmiła, iż na chwilę musi wyjść do sąsiedniego pokoju. Ponieważ wielce była ożywiona i nie zdradzała najmniejszej emocji, nikt nie zwrócił na to uwagi. Po chwili jednak zawołała do męża:

- Chodź, zobacz jaką mamy dziewczynkę!

Gdy na skutek nieszczęśliwego wypadku z koniem, umarł w parę lat po ślubie Maurycy Dupin, los matki z córeczką nie był do pozazdroszczenia. Zamieszkiwały wspólnie zamek rodowy w Nohant, lecz babka wciąż pomna swych wysokich stosunków, nie przestawała wytykać mezaljansu. W takich warunkach, w ciągłych kolizjach między despotyczną babką a narwaną i gwałtowną matką, wyrastała dziewczynka. Czas jakiś wychowywała się w klasztorze "Pań angielskich" ("Dames anglaises"), ale wkrótce zabrana stamtąd, znów znalazła się w kole nieustannych waśni rodzinnych.

Sprawę niewiele polepszył fakt śmierci babki. Umierając, wyznaczyła ona, na złość synowej, opiekuna dla małoletniej Aurory Dupin, bez zezwolenia którego nie mogła rządzić odziedziczonemi dobrami w Nohant.

Rozgoryczone, opuszczają wieś i jadą do Paryża, ale pożycie z kobietą o starganych tyloletniemi przykrościami nerwach, kobietą na pół obłąkaną, staje się nie do zniesienia. Siedemnastoletnia Aurora marzy o zamążpójściu, marzy nie jak o jednem z najpiękniejszych przeżyć każdej młodej dziewczyny, lecz wprost jak o wyzwoleniu się, wydostaniu z pod jarzma, odetchnięciu swobodniejszem powietrzem.

To też gdy krewni jej, państwo Roettier du Plessis zapraszają na parę tygodni do swego majątku, w pobliżu Melun - przyjmuje zaproszenie z radością. Tam pomiędzy młodzieżą napotyka Kazimierza Dudevant, syna naturalnego barona Dudevant, młodzieńca dwudziestosiedmioletniego. Jest szczupły, dość elegancki, przystojny, ma postawę wojskową.

Skoro w parę dni później odważa się na oświadczyny miłosne - Aurora słucha wyznania przychylnie, w nadziei wyzwolenia i nowych horyzontów w życiu. Gdyby była więcej doświadczoną, może zastanowiłaby ją sama forma wyznania, brzmiąca nieco oryginalnie.

- "Muszę nadmienić - mówił młody Dudevant - że na pierwszy rzut oka uderzyła mnie pani twarz, wyrażająca dobroć i rozsądek. Nie jest pani piękna, ładna nawet... Ale gdyśmy poczęli rozmawiać i żartować z sobą, odniosłem wrażenie, że znamy się oddawna, oddawna jesteśmy starymi przyjaciółmi"...

Pannę Dupin nie obchodziło nic. Byle wyrwać się z domu. Formalności ślubne załatwiono szybko, w kontrakcie małżeńskim zabezpieczono Aurorze rentę 3000 franków rocznie, na jej wydatki osobiste, sama zaś ceremonja zaślubin odbyła się 10 października 1822 r. w Paryżu.

 

* * *

 

Jak cięży te osiem lat małżeńskiego pożycia!

Ani jednej chwili jaśniejszej!

Mąż wnet po ślubie okazał się takim, jakim był w istocie - ograniczonym, gruboskórym brutalem, nie starającym się nawet pozornie okazywać jakiekolwiekbądź względy żonie.

Początkowo pragnęła poświęcić się wychowaniu dzieci; było ich dwoje - Maurycy, urodzony w 1823 r. i córka Solange urodzona 1828 r. Ale pożycie z dniem każdym stawało się coraz cięższe. Pan Dudevant najprzód polował, potem się upijał a wieczorem czynił służebnym takie propozycje, że krzyki dziewczyn rozlegały się po całym zamku i nie było prawie ani jednej, któraby nie była jego kochanką.

Co dalej czynić? Czy można wyżyć w podobnem piekle?

Aurora, poza wychowaniem dzieci, wgłębiała się w literacką pracę. Oddawna miała do niej zamiłowanie. Toć mając dwanaście lat już napisała romans "Coramblé". Wchłaniała w siebie całe bibljoteki, studjowała, notowała, gotowe były dwie dłuższe powieści: "Podróż do Auvergne" i "Chrzestna matka", spłodzone w długie zimowe, samotne wieczory.

Czy jednak haszysze samozabijania się pracą długo trwać mogą? Czy warto zakopywać się tu, na wsi, skoro na szerokim świecie pulsuje i tętni życie w pełni? Ach! znaleźć się w Paryżu! Tam ludzie myślą, tworzą, dążą do czegoś, wychylają do dna czarę przeżyć i wrażeń!

I jak przedtem nurtowała ją jedna myśl - byle wydostać się od matki - obecnie druga nurtować poczyna - za wszelką cenę precz, precz z tego domu...

 

* * *

 

W sąsiednim pokoju rozległy się kroki. Nie odwraca nawet głowy, sądząc, iż nadchodzi mąż. Cóż ciekawego powiedzieć jej może ten nadęty brutal? Woli spozierać na zaśnieżone korony drzew.

- Auroro! - biegnie cichy szept.

Przed nią stoi Julek Sandeau, sąsiad. Młody dwudziestoletni chłopak, zgrabny, o gracji dziewczynki.

- Przyszedłem się pożegnać z tobą! Dziś wieczorem odjeżdżam...

Pani Dudevant drgnęła, ciemny rumieniec zabarwił policzki, lecz stara się opanować.

- Trudno mój Julku! Oddawna byłam przygotowana...

- Najdroższa! Ostatni raz chcę pomówić poważnie!

- Słucham! Lecz cóż to pomoże!

- Nie wolno ci z twojemi zdolnościami, z twoim talentem zagrzebywać się tu na wsi! Po co? Dla kogo? Dla gburowatego hipopotama, który się tylko mianuje twoim mężem? Pamiętasz wszak wieczory, gdyśmy razem marzyli o szczęściu, o sławie... Ty masz talent, ja posiadam umiłowanie sztuki! Wyjeżdżajmy razem do Paryża!

- Niemożliwe! A dzieci?

- Skoro w Paryżu stworzysz sobie niezależne stanowisko - zabierzesz je do siebie!

Aurora milczy.

- Przyjechałem - ciągnie młodzieniec dalej - właściwie na parę tygodni wypoczynku do rodziny - siedzę parę miesięcy... dla ciebie... Obecnie wracać muszę! Zresztą ten pobyt, widząc, jak się tu z tobą obchodzą, zabija mnie! Auroro! błagam po raz ostatni! Uciekajmy!...

Pani Dudevant milczy. Sandeau załamuje ręce.

- Czy nie pamiętasz naszych przysiąg, naszych zaklęć, naszych pocałunków... w jasną księżycową noc w brzozowym gaiku! Czy nie pamiętasz, gdyś mówiła - pójdę za tobą wszędzie!

Drgnęła.

- Cicho, cicho Julku! Wszystko pamiętam i może... może wkrótce więcej się stanie niźli sam przypuszczasz...

- Więc?

- Nic ci teraz nie powiem, prócz... że... mojego chłopaka bardzo ko... - ciąg dalszy utonął w długim pocałunku.

- A teraz idź... już idź... - szeptała - resztę pozostaw mnie! Nie chcę, by mąż mój cię tu zastał!

A gdy młodzieniec oddalał się powoli, rzuciła jakby radośnie:

- Zobaczymy się niedługo! Gdzie? Na szerokim świecie! Na wolności!

 

* * *

 

Pan baron Kazimierz Dudevant zasiadał przy obficie zastawionym stole. Jadalnia była spora, cała przystrojona trofeami myśliwskiemi, na kominku wesoło trzaskał ogień. Po prawej ręce gospodarza miejsce zajmował proboszcz siwy, przygarbiony staruszek, po lewej - wysoki, o czerwonej twarzy sąsiad, zapalony myśliwy i godny kompan do butelki - na wprost zaś pani Aurora. Mimo, iż obiad był suty a toastów i szklanic spełniono nie mało, pewien przymus ciążył nad biesiadnikami a z natury małomówny baron dziś szczególniej milczał zawzięcie.

Nagle odezwał się do żony.

- Może się napijesz za moje zdrowie Auroro?

- Nie... usłyszał dość oschłą odpowiedź.

- Czemu?

- Bo i tak jesteś zdrów... a nie kochamy się znów tak bardzo, żebym miała spełniać każdą twoją zachciankę!

- Ale z kim innym byś się napiła?

- Nie rozumiem?

- Ot... z tym twoim szczeniakiem... smarkatym kochankiem!.

- Kazimierzu! Licz się ze słowami...

- No, moi państwo - wmieszał się proboszcz, podczas gdy sąsiad łykał w zamieszaniu zawzięcie burgunda - dajcie temu spokój, wszak mąż i żona...

- Tak, tak - mówił pozornie jeszcze spokojnie baron - żona. Znamy takie żony!

Wybuch długo hamowanych nerwów wisiał w powietrzu. Aurora zerwała się gwałtownie z miejsca, chcąc odejść.

- Zostaniesz tu! - krzyknął Dudevant, uderzając pięścią w stół - zostaniesz i wysłuchasz, co mam do powiedzenia... przy wszystkich!

Lecz i Aurora straciła już cierpliwość.

- Czego chcesz - zawołała z błyszczącemi oczami - znów mnie obsypywać gradem wymysłów? A może chcesz mnie uderzyć? Tak jak wtedy! Doskonale pamiętam! Bądź spokojny, bić ci się teraz nie pozwolę!

- A ja się zdradzać nie pozwolę!

- Ale wolno ci z pokojówkami wyprawiać niemal w mojej obecności wszystko, co się podoba? Nie! nie! dość tego dość...

- Cóż pani zamierza?

- Uciec stąd, uciec jaknajprędzej...

- O ile ja zechcę!

- Ty mi masz co do rozkazywania? Ja ci mam być żoną! Patrzcie panowie - zawołała do obecnych, wyciągając papier z za gorsu - oto jego testament...

Baron poczerwieniał i zbliżył się do niej.

- Ukradłaś?

- Nie ukradłam a przypadkowo znalazłam między papierami na biurku! Nie podchodź - krzyknęła nań - bo ci go nie dam. Oto co tam pisze! Proszę słuchać!

- To tylko żart!

- Dobry żart! - "A mojej żonie, nic wartej łajdaczce, przekazuję w spadku parę pantofli, aby lepiej biegała po świecie, bo ją do tego bardzo ciągnie. Więcej nie otrzyma nic". - Ja mam z takim człowiekiem żyć pod jednym dachem?

- Milcz!

- Gbur... cham...

- Milcz... źle się to skończyć może!

- No... no... proszę...

Kazimierz Dudevant jednym skokiem był w kącie pokoju i nim obecni zdążyli zorjentować się, porwał za stojącą tam fuzję, biorąc żonę na cel. Padłby zapewne strzał - na szczęście broń nie była nabita. Aurora wybuchnęła spazmatycznym płaczem i szybko wybiegła z jadalnej komnaty.

 

* * *

 

Po scenie opisanej, dalszy wspólny pobyt stawał się niemożliwy. Mąż musiał zgodzić się na separację. Klął, przeklinał, wygrażał, ostatecznie się zgodził. Postanowiono, iż Aurora otrzyma 3000 franków rocznej renty, pół roku przepędzać będzie w Paryżu, zaś drugie pół roku w Nohant - który to warunek z jej strony nigdy nie został dotrzymany. Dzieci, w myśl milczącej umowy, miały pozostać przy ojcu.