Giaur - George Gordon Byron

Kup ebooka

3.84 zł
3.30 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa tłumacza

 

O wpływie Byrona na całą tegoczesną literaturę przekonywają się co dzień czytelnicy, bo widzą na wszystkich utworach późniejszych barwę i piętno tego wielkiego poety. O zaletach i wadach dzieł jego tyle ksiąg napisano, że z nich można by ułożyć małą bibliotekę: nie myślimy poruszać tej pleśni krytyczno panegirycznej, głęboko już zasypanej innymi ważniejszymi polemikami.

 

Ale tłumacz czuł się obowiązanym powiedzieć zdanie swoje o dziełach Autora pod jednym przynajmniej względem, - pod względem moralnego ich charakteru i dążenia. Wiadomo, iż Byrona oskarżano o bezbożność i antysocjalizm; zarzucano mu,że występnych ludzi wybierając na bohatyrów swoich pieśni, robił niejako apoteozę zbrodni; Fryderyk Szlegel nazwał go emisariuszem Szatana, a wszyscy zgodzili się, że był apostołem sceptycyzmu.

 

Wszakże, jeśli sądząc dzieła pod względem sztuki, krytycy zwykli je odnosić do wieku, w którym wzięły początek, porównywać z dziełami spółczesnymi i poźniejszymi, należałoby równą zachować metodę oceniając moralny charakter autorów.

 

Byron był dzieckiem przeszłego wieku; wszedł na świat w epoce moralnej najnieszczęśliwszej dla człowieka, dla poety. Właśnie wtenczas spadała zasłona po pierwszym akcie rewolucji. Straszna walka piśmienna i słowna przecięta została gilotynami i zagłuszona grzmotem wojny europejskiej. Stronnictwa osłabione wzajemnym mordem ustąpiły z placu boju; niedobitków Napoleon rozbroił i wziął na kagańce. Wszystko ucichło. Był to czas dziwnego odrętwienia; o tych wielkich pytaniach które świat zaburzyły, lękano się już mówić, zaprzestano myślić. Dzieła wszystkie ówczesne noszą cechę trwogi umysłowej i moralnego upadku. Są to niby rozmowy winowajców zamkniętych w więzieniu, którzy wstydzą się wspominać przeszłość, bo haniebna, - boją się pomyślić o przyszłości, bo okropna, - i bawią się gawędką o pogodzie i deszczu.

 

Dusza Byrona nie mogła żyć śród takiej literatury, gwałtem wyrywała się za jej sferę. Młody Autor, prześladowany od krytyków, ścigał ich wzajem, a z krytyków sądząc o czytelnikach, zaczął lekceważyć całą publiczność. Po tej kłótni autorskiej z literatami, nastąpił rozbrat moralny z ludźmi, którego szczegóły należą do biografii.

 

Zalśniony gniewem, złorzecząc obłudzie.

Choć znał, zapomniał że są lepsi ludzie.

Korsarz, str. 98.

 

Odtąd zdało się Byronowi, że człowiek z sercem nie może żyć w towarzystwie, że musi uciec od świata lub mścić się nad nim. Odtąd bohatyrów swoich, dzieci duszy swojej, wychowywał na pustyni lub w jaskiniach łotrów.

 

Ale dzieci Byrona nie są to pospolici zbrodniarze, nie zimni egoiści albo szaleni fanatycy zakochani w swojej przewrotności i głupstwie. Poeta zostawia im jedną przynajmniej cnotę, jedno szlachetne uczucie, które ich mimowolnie z rodzajem ludzkim wiąże, które nie pozwala im pogrążyć się w zupełną moralną ciemność, i świecąc na dnie sumienia, tym wyraźniej daje widzieć wszystkie jego szczerby i plamy.

 

Ludzie Byrona mają sumienie. I tu jest główna różnica między naszym autorem i pisarzami przeszłego wieku. Przeszły wiek był solistą, a więc nie znał różnicy złego i dobrego, ćwiczył się tylko w rozumkowaniu, i za cel sobie położył, ze wszystkiego wytłumaczyć się, a raczej wygadać. Typem przeszłego wieku jest Panglos Woltera. Ten Panglos, francuski Hiob, w największym spodleniu moralnym, nie traci dobrego humoru; walając się w śmieciach, i wypluwając zęby, zawsze pyszni się i cieszy się, że był i jest filozofem. Ludzie Byrona gardza taką sofisterią, czują, że są winni, cierpią; duma tylko nie dozwala im błagać przebaczenia, a czytelnik czuje, że do poprawy brak mu tylko czasu, bo wszyscy zbyt rychło giną. Czytelnik pewny jest, że Giaur, ani Korsarz, ani nawet Don-Juan nie skończyliby jak Panglos, albo Foblas.

 

I sceptycyzm Byrona różny jest od tej obojętności na wszystko co jest wysokie i piękne, od tej zwierzęcej nieczułości, którą soliści ochrzcili sceptycyzmem, a która jest tylko dobrowolną głucho-ślepotą. Cała filozofia przeszłego wieku dążyła do tego, ażeby ludzi, już pochlebstwem odwieść, już groźbą i śmiechem odstraszyć od poszukiwania prawd wyższych i zasadniczych, ażeby wmówić, że te prawdy albo są do pojęcia niepodobne, albo niewarte dochodzenia. Byron pierwszy z poetów nie dał się zaspokoić taką solistyczną kondemnatą myślenia i uczucia. Wielka zagadka świata, zagadka przeznaczeń rodu ludzkiego, przyszłego życia, stała mu zawsze przed oczyma. Poruszył on wszystkie zasadnicze pytania moralne i filozoficzne, pasował się ze wszystkimi trudnościami dogmatów i tradycji, klął i dąsał się jak Tytan Prometeusz, którego cień tak często lubił wywoływać. Nie rozwiązał sobie zagadnienia, nie uspokoił duszy; ależ mu brakło równie jak jego bohatyrom - czasu! Może dlatego tylko nie sprawdziła się przepowiednia Walter-Skota.

 

Nie był tedy Byron kontynuatorem przeszłego wieku; owszem powiedzieć można, że ruch umysłowy dążący ku solisterii on jeden na drodze literatury zatrzymał i wstecz zawrócił. Odgłos powszechny nazwał Byrona Napoleonem Poetów, również Napoleona uznano za jedynego poetę Francji. Wiele wieków minie, nim się znajdzie ręka, która by jedno z tych bereł dźwignąć mogła.

 

Uważano, że w dwojakim sposobie sceptycyzm ukazuje się na świecie: raz jako mrok wilgotny i zimny, wróżący noc długą; drugi raz jako te chwilowe ściemnienie porankowe, połączone z powiewem orzeźwiającym, które zapowiada dzień. Byron wyobraża tę drugą epokę sceptyków, niepewnych w swoim dążeniu, ale pełnych ducha i szczerości.

 

Giaur

Umilkły wiatry, ciche lśnią się fale

Przy grobowcowej Temistokla skale,

Która wyniosłem niebo czołem bodzie

I z góry patrząc na morza i smugi

Najpierwsza wita lądujące łodzie.

Kiedyż się zjawi Temistokles drugi?

 

*

 

Wyspy szczęśliwe! w każdej porze roku

Zarówno miłe i sercu i oku,

Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita,

/ Przylądek Kolonna, zwany niegdyś Sunium. [przypis autorski]

Wraz nagły urok źrenice mu chwyta,

I myśl pogrąża w dumy tajemnicze.

Tu szklane morza cichego oblicze

Na falach drobnych jak uśmiechu dołki,

Gór okolicznych odbija wierzchołki

Strzegące brzegów, z którymi łagodnie

Zdają się igrać rajskie wody wschodnie.

Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie,

I złamie szyby na modrej płaszczyźnie,

I kwiecie z brzegu przyniesione miota,

Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota!

Tam na skał wierzchu, u ścieku poników

Błyszczy się róża, sułtanka słowików,

/ O miłostkach róży i słowika, poeci wschodni często wspominają. [przypis autorski.]

Jej brzmią pochwały kochankowie leśni,

Ona rumieńcem dziękuje za pieśni.

Śliczna i skromna, królowa ogrodów,

Nietknięta wichrem, niezwiędła od chłodów

Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa,

Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa.

Balsamy, których niebo jej udziela,

W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela,

Niebo wzajemnie, co dzień jej użycza

Świetnych kolorów swojego oblicza.

Tam, w polu tyle jest kwiecia dla wianków,

Tam, w lasach tyle cienia dla kochanków,

Tam, groty dla nich ciosane umyśnie;

Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie,

I nocą z małej czatuje galery

Na bezpiecznego żeglownika stery.

Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia,

Zabrzmi gitara morskiego przechodnia;

/ Na morzach greckich często w noc pogodną słychać dźwięki gitary. Ulubiony to instrument majtków greckich, przy jego dźwięku śpiewają i tańczą. [przypis autorski.]

Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi

Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi,

Zahacza statek, zdobycze rozdziela;

Wrzask konających miesza pieśń wesela.

(...)

Koniec wersji demonstracyjnej