RÓWNE WOŁYŃSKIE (1917/1918-1935)
B. Terlecki, burmistrz miasta Bereznego
RÓWNE, NAJWIĘKSZY GRÓD WOŁYŃSKI O AMERYKAŃSKIM ROZMACHU
Powstanie miasta Równego nie jest dotychczas ściśle oznaczone. W bezimiennem "latopisie", załączonym do kroniki Nestora, wspomniany jest w liczbie pierwotnych miast Rówieńsk. Wskazywałoby to, że Równe jest jednem z najstarszych miast ówczesnego państwa ruskiego. Historyczne daty, odnoszące się do Równego, zaczynają się dopiero w XV wieku; wspominają one, że Równe należało wówczas do ziemianina Dyczka. Z rąk Dyczka miasto przeszło do książąt nieświeskich, następnie do Holszańskich. Marja z Nieświeskich Holszańska wybudowała w Równem pierwszy zamek, na gruzach którego stanął następnie zamek Lubomirskich. Drogą małżeństw Równe przeszło następnie na własność książąt Ostrogskich, później Łaskich, Łukasza z Górki, wojewody łęczyckiego, wróciło potem znowu do Ostrogskich. Następnie, również drogą małżeństw, właścicielami Równego byli: Tomasz Zamoyski, wojewoda kijowski, Aleksander Koniecpolski, wojewoda sandomierski i spadkobiercy jego Stanisław i Aleksander.
W końcu Równe przeszło drogą spadku do Aleksandra Walewskiego, miecznika Sieradzkiego, który w roku 1725 odstąpił Równe Jerzemu Aleksandrowi Lubomirskiemu. Odtąd Równe pozostało już w rękach Lubomirskich.
Równe, jak cały szereg miast Wołynia, przechodziło nawały tatarskie i wojny kozackie, szwedzkie i inne. Miało swoje chwile rozkwitu, nawet niewykorzystane prawa magdeburskie i przywileje na jarmarki, miało i chwile bardzo ciężkie w czasie najazdów tatarskich i liczne pożary, w czasie których spłonął i stary zamek w 1694 r.
Największy rozwój miasta datuje się od roku 1738, za czasów władania Równem przez księcia Stanisława Lubomirskiego. Odbudowuje on zamek, nadając mu charakter pałacu, który przetrwał do ostatnich lat i spłonął w roku 1926 [1927 - I.K.], urządza miasto, sprowadzając osadników i osadzając ich na popularnem wówczas prawie czynszowem. Od tej pory miasto zaczyna się rozwijać i dochodzi do obecnego stanu. [...]
Po powrocie Wołynia do Rzeczypospolitej władze komunalne przystąpiły do energicznego wyrównania strat i szkód, wyrządzonych przez wojnę światową. Od tej pory przystąpiono do uporządkowania miasta, założono chodniki i wybrukowano znaczną część ulic i założono skwery miejskie.
Na bardzo znaczne trudności napotyka Zarząd miasta przy nowych inwestycjach, z powodu braku gruntów i placów miejskich. Brak ich spowodował niezałożenie dotychczas tak potrzebnego dla ludności parku miejskiego, oraz uniemożliwił budowę gmachów użyteczności publicznej. Brak funduszów nie pozwolił dotychczas miastu wykupić, znajdujących się prawie w śródmieściu, kilkunastu hektarów bagien, które ujemnie wpływają na stan sanitarny miasta i urządzić na ich miejscu ogrodu miejskiego. [...]
Jako największe miasto na Wołyniu, należy Równe do liczby tych 12 miast w Polsce, w których ilość mieszkańców przekracza 50 000. Niezależnie od siły zaludnienia, a dzięki pozycji zajmowanej w świecie handlowym jest Równe - jak wykazaliśmy powyżej - miastem bardzo zamożnem, z wszelkimi widokami na przyszłość. I mimo to wszystko nie zdobyło dotychczas tych najkonieczniejszych urządzeń, jakie są udziałem przeciętnej osady na cywilizowanym zachodzie. Było w tem dużo niezaradności, a może i złej woli poprzednich zarządów miejskich, tak aby ludny ośrodek pozostawić bez nowoczesnego zaopatrzenia w wodę, bez prawidłowej asenizacji, bez szpitali, rzeźni, straży ogniowej, szkół, ratusza itp.
Zwalanie całej winy za to upośledzenie miasta na zaborców jest już dziś - po 10 latach samoistnego bytowania - aż nazbyt widocznem naciąganiem faktów. Tem większe uznanie należy się nowo obranej municypalności, która zerwała z dotychczasowym marazmem i raźnie a skutecznie zabrała się do odrobienia zaległości, odziedziczonych w puściźnie po poprzednikach. Ludność z nieukrywanem zadowoleniem i rosnącem zainteresowaniem przygląda się energicznej działalności obecnego Magistratu i patronującej mu Rady miejskiej.
"Polski Przemysł Budowlany" sierpień 1928, nr 8
Stare grzechy przeciw dobru publicznemu przechodzą do smutnych wspomnień, a braki elementarne zostają stopniowo usuwane. W odróżnieniu od dawnych ojców miasta nowy burmistrz, p. Arciemowicz, jest najgorliwszym rzecznikiem podjętego zadania odnowy, a raczej unowocześnienia Równego. [...][7]
Mieczysław Orłowicz
ILUSTROWANY PRZEWODNIK PO WOŁYNIU
[...] Miasto jest nieładne i niesystematycznie zabudowane. Całe miasto ciągnie się na przestrzeni 3 km wzdłuż szosy Łuck-Korzec, która stanowi główną ulicę miasta. Dawniej nazywała się ona ul. Szosową, a obecnie ul. 3 Maja. Przecina ona całe miasto ze wschodu na zachód. Ulica ta jest bardzo brzydko zabudowana, przeważnie parterowymi bezstylowymi domami. Środek miasta leży na równinie bagnistej nad rzeką Uściem, przedmieścia wschodnie i zachodnie na wzgórzach. Centrum miasta oddzielone jest od przedmieścia zachodniego, na którym stoją duże koszary, torami dworca kolejowego.
Przy ulicy 3 Maja stoi kościół, neogotyk z czerwonej cegły z dwiema wieżami. [...] Dalej na wschód stoi przy ul. 3 Maja sobór prawosławny ozdobiony 6 kopułami, które rzucają się w oczy przy ogólnym widoku miasta. [...]
Z ul. 3 Maja zbaczamy na południe ul. Zamkową do ruin Zamku. Niegdyś w tym miejscu stał pierwotny zamek ks. Ostrogskich [...]. Na wiosnę 1927 roku spalił się zamek, a po pożarze tym pozostały tylko nagie mury bez dachu i sufitów, które się pozapadały. Ruina ta stoi obecnie w pustkowiu, powstałem na miejscu wspaniałego niegdyś, później wyciętego parku. Przed frontem urządzono boisko sportowe Sokoła, obok którego zachowały się resztki wałów zamkowych. Stawy, które otaczały niegdyś zamek dokoła, zamieniły się częściowo w bagna, a częściowo w łąki, co spowodowało, że zamek stracił dawną malowniczość położenia.
Przy końcu ul. 3 Maja, na przedmieściu od strony Korca, stoi dawny pałacyk ks. Fryderyka Lubomirskiego "Na Górce" zbudowany około roku 1840 w stylu empirowym. Obecnie bezstylowo przebudowany mieści sąd okręgowy. W pałacu tym znajdowały się niegdyś zbiory artystyczne, przeniesione później do muzeum Lubomirskich we Lwowie i w Przeworsku. W parku przy tym pałacu pozostała dawna oranżeria ks. Lubomirskich, mieszcząca obecnie bursę. Jest to gmach empirowy z jońską kolumnadą. Z licznych rzeźb, które niegdyś zdobiły park pozostały tylko dwie rokokowe. Dawny park Lubomirskich służy obecnie jako park miejski. [...]
Do najokazalszych gmachów należy w Równem budynek kuratorjum szkolnego wołyńskiego, zbudowany w stylu klasycznym przy jednej z bocznych ulic, niedaleko soboru. [...]
Rosjanie zamienili w końcu XIX wieku Równe na obóz warowny, który we wrześniu 1915 r. stanowił dla nich główny punkt oparcia. Wyszła stąd ich kontrofensywa, która nie tylko wstrzymała pochód wojsk centralnych na wschód, ale zmusiła je do cofnięcia się na linję Łuck-Brody. Pamiątką walk z owych czasów jest cmentarz wojskowy rosyjski, urządzony w sąsiedztwie cmentarza prawosławnego. Pochowano tu zwłoki 1800 żołnierzy. Poza tem na cmentarzu katolickim pochowano 150 polskich żołnierzy, poległych w czasie walk z bolszewikami.
Okoliczne gościńce posiadały piękne aleje topoli nadwiślańskich, zasadzonych w początkach XIX w. z inicjatywy Aleksandra I. Obecnie z powodu starości drzew zostały one już przeważnie wycięte.[8]
Aleksander Piskor
MIASTO 400 PREZESÓW
PRZESZŁOŚĆ I TERAŹNIEJSZOŚĆ
Przez miasto przecieka mała, brudna rzeczka. Nad jej brzegami, ponoć w IX wieku, osiedlili się jacyś ludzie. Nie wiadomo dlaczego. Miejscowość na ogół równinna, obronić ją było trudno, a zdobyć łatwo. Powstała mimo to osada, której właścicielem w XV wieku był miejscowy sobiepan Iwaszko Dyczko. Potrzebował pieniędzy, gdyż w 1461 roku sprzedał Równe za 900 kop szerokich groszy księciu Nieświckiemu [Nieświeskiemu]. Od tego czasu miasto wielokrotnie niszczyli Tatarzy, pożary i morowe zarazy. Wielcy panowie obdarzali nim zwykle swe córki, przed zamążpójściem, przeto zmieniali się często właściciele. Lubomirscy w XVIII wieku zbudowali murowany zamek, który spalił się w 1927 roku. Następnie nadali przywileje Żydom i przez to przekształcili oblicze miasta. Żydzi zaczęli ciągnąć do Równego jak do Ziemi Obiecanej. Rozmnożyli się. Obecnie na 43 000 jest ich przeszło połowa. Trzecią część stanowią Polacy, reszta zaś składa się z innych aryjczyków: Ukraińców, Rosjan, Czechów i odrobiny Niemców.
Po wojnie rokowano miastu wielką przyszłość. Niedaleko znajduje się sowiecka granica, miał się przeto rozwijać handel. Handel rozwijał się, ale w Warszawie i Moskwie. Przez Równe szły tylko transporty kolejowe z towarami. Nikt w mieście nie miał oczywiście z tego nawet grosza. Przemyt znowuż uprawiany był na zbyt małą skalę, aby mógł wpłynąć na ogólny dobrobyt. Mimo to miasto przez kilka lat "prosperity" rosło. Powstawały nowe ulice, nowe budynki, skasowano jeden most, marzono nawet o kanalizacji.
Potem nastąpił kryzys.
Przeważająca część mieszkańców utrzymuje się z handlu. Naokoło kraj rolniczy, zboże tanie, rolnicy nie mają pieniędzy. W sklepach zapanowały pustki. Miasto zubożało. Zarzucono wielkie inwestycje. Zorganizowano tylko doskonałe Targi Wołyńskie, aby robić jakiś ruch. Potem została wybudowana brzydka poczta. I na tem się wszystko skończyło. "Stolica Wołynia" pozostała nadal bardzo dużem - małem miasteczkiem. "Wielka przyszłość" została odłożona na przyszłość.
"ŚLEDZIORYB"
Tak jak w miasteczkach Lewisa Sinclaira, jest tylko jedna wielka ulica. Nazywa się tu 3-go Maja. Przed wojną nazywała się: Szosowa, gdyż jest częścią szosy Łuck-Korzec, w obrębie miasta wybrukowaną "kociemi łbami". Po obydwóch stronach tej przeszło dwukilometrowej magistrali, koncentruje się życie handlowe. Jeden obok drugiego tłoczą się sklepiki, sklepy, magazyny o dużych wystawach i tandetne drewniane budki.
Wzrok przechodnia wabią wymyślne szyldy "Woda sodowa - duży szklanka 2 gr", "Sensacyjny napój orzeźwiający - American - Drix - nowość nieznana w Polsce". Magazyny towarów łokciowych i gotowych ubrań, w których ofiaruje się za towar 10% ceny żądanej, a po godzinnym targu ku zadowoleniu kupca - płaci się 15%. Wszystkie branże. Między innemi "Śledzioryb"[9]. Na jednym szyldzie: rysunek dużego śledzia z otwartą paszczą, gotową do połknięcia kupującego, na drugim: trzy bezmyślne rybki, ułożone w trójkąt. W oknie ulotka: "Nadeszły śledzie o pięknym zapachu".
Wszyscy sprzedają wszystko. [...]
Chłopi kupują tutaj potajemnie sacharynę, gdyż ich nie krzepi cukier. W pokoikach, przylegających do sklepów, można dostać popularną na Wołyniu "sznyrkę" - eter mieszany z alkoholem. Gdzie indziej można dostać złote ruble, zagraniczną walutę i zagraniczny paszport, po cenie niższej niż w starostwie. W zaofiarowaniu brylanty z carskiej korony, które coraz trudniej opylić w Warszawie.
Na ulicach furmanki, dorożki i co parę godzin pojedynczy samochód. Komunikacja autobusowa, po raz pierwszy w dziejach świata, została skasowana z powodu nadmiernej frekwencji. W paru wozach panował stale przeraźliwy ścisk i stale rozgrywały się wielkie awantury o miejsca. Aby zlikwidować coraz bardziej rosnący z tego powodu wśród mieszkańców ferment niezadowolenia, zlikwidowano autobusy. Obecnie ludzie chodzą pieszo lub jeżdżą dorożkami. Są spokojni i więcej się nie denerwują.
W mieście dużo hoteli o szumnych nazwach: Europejski, Bristol, San Remo, Bellevue i inne. Moc "domów noclegowych" i "umeblowanych pokoi". Przyjezdnych mężczyzn w tych pokojach, domach i hotelach, pyta na wstępie właściciel - portjer - jaką dziewczynkę ma sprowadzić na noc. Gdy gość na tę propozycję jest nieczuły i nie chce się zdecydować, portjer podejrzliwie spogląda na niego i próbuje inaczej.
- Może panu zrobić łazienkę? A może z "rybką"?
Gdy ktoś łapie się na tę propozycję, po chwili odwiedza go ciemnowłosa lub platynowa "rybka". Łazienka - to tylko przynęta. W żadnym bowiem hotelu nie ma łazienki.
Kąpiele zresztą są utrudnione z powodu braku wody. W mieście nie ma wodociągów i dostatecznej ilości studzien. Dlatego rano wyjeżdżają na ulicę woziwody, każdy prowadzi za uzdę konia, ciągnącego beczkę umieszczoną na dwóch kołach i głośno zachwala swój towar. Kubeł 2 grosze! Magistrat również robi podobne interesy. Zakłada automaty, z których leje się całe wiadro cennego płynu, po wrzuceniu dwugroszowej monety. Woziwody jednak udzielają kredytu i tem biją chytre, konkurencyjne pomysły ojców miasta. Poza tem stałych odbiorców obdarzają rabatem. A automaty nic. Czekają tylko na forsę. Za darmo nie dadzą nawet ćwierć litra wody. Dla woziwodów nie jest to groźna konkurencja.
PREZESI
Ludzie w Równem, z małymi wyjątkami zajmują się handlem lub są urzędnikami. Z grubsza, poza narodowościami, dzielą się na dwie warstwy: inteligencję i resztę. Wołyńscy chłopi nie wiadomo dlaczego nazywają inteligencję "panami" i zazdroszczą jej rzekomego przepychu życia. "Reszta" jest taka sama jak wszędzie, ciemna masa - wiadomo. Natomiast wśród inteligencji nurtują wielkie ambicje.
Nikt nie chce być szarym człowiekiem. Każdy chce być czemś, pragnie wybić się ponad innych. Przynajmniej mieć tytuł - to już wielka przyjemność. Tym wszystkim, spragnionym wielkości przychodzi z pomocą ustawa, która zezwala 15 obywatelom założyć stowarzyszenie. "Społecznictwo" jest dobrze widziane. Przyjemnie powiedzieć: "Społecznie pracuję, proszę pana". Dlatego w tem małem mieście jest około 400 stowarzyszeń. Po ulicach przechadza się co dnia 400 prezesów, 400 skarbników, 400 sekretarzy zwykłych i generalnych oraz 400 przewodniczących komisyj rewizyjnych, 800 wiceprezesów i 800 członków komisyj rewizyjnych, 1600 członków zarządów i kilku prawdopodobnie zwyczajnych, nieutytułowanych członków stowarzyszeń.
Gdyby można było zebrać wszystkich należących do zarządów i ustawić obok siebie tworzyliby szpaler długości około 3 kilometrów. Zmobilizowani tworzyliby grupę mniej więcej odpowiadającą stanowi dywizji piechoty. Dla przewiezienia zarządów na ewentualny zjazd do Warszawy potrzeba by było 6 dużych pociągów. Podobna statystyka uzmysławia nam ogrom "życia społecznego" w Równem.
DWA KAUKAZY
Jeden Kaukaz - to restauracja na ulicy 3-go Maja. Zbierają się tam miejscowi prezesi, przejezdni urzędnicy, leśni przemysłowcy, podróżujący agenci i niezrujnowani obywatele ziemscy. Podczas "diner" orkiestra gra Wołgę i Weronikę, kelnerzy w smokingach "bezszelestnie" podają zamówione potrawy, a rozpostarci na krzesłach burżuje popijają czystą wyborową, radując się pięknością życia. Są syci i zadowoleni. Omawiają po polsku, rosyjsku i żydowsku swoje interesy, nie myślą o drugim Kaukazie.
Drugi Kaukaz - to nędza. Duże przedmieście zamieszkałe przez miejscowych parjasów wszelkich wyznań i narodowości. Kręte, wąskie i brudne uliczki. Parterowe drewniane domki, na pół zawalone i wtulone w ziemię lepianki, których okna znajdują się na wysokości kolan przechodnia. Tutaj mają swoją siedzibę wszyscy wydziedziczeni. Robotnicy, bezrobotni, przekupnie, drobni złodzieje i "byli ludzie". W jednym pokoju obok siebie nieraz dwie, trzy rodziny. Dorośli i dzieci. Ścisk, brud, zaduch. O higjenę nikt nie dba. Po co komu higjena, gdy brakuje jedzenia?
Dorośli z rana biegną do miasta pracować, handlować lub kraść. Dzieci po drogach zbierają koński nawóz, który wyschnięty będzie się palił w piecu. Tych dzieci jest bardzo dużo. Są wychudzone, obdarte i brudne. Mimo to biegają, bawią się, śmieją się. Swoje krótkie życie spędziły na przedmieściu, nie widziały nic lepszego, nie mają za czem tęsknić. W ten sposób rośnie przyszłe pokolenie Kaukazu - pokolenie nędzarzy.
KWIATY I KLOZETY
Na ulicach duże afisze TUM-u. To nie są inicjały Taniego Uniwersalnego Magazynu, który niegdyś istniał w Warszawie, lecz Towarzystwa Upiększania Miasta. Równe ma stać się miastem pięknem, wiadomo zaś, że najbardziej upiększają kwiaty. Przeto obywatele kupujcie, hodujcie, pielęgnujcie, umieszczajcie w oknach i na balkonach kwiaty! Niech Równe stanie się miastem kwiatów!
Niestety propaganda nie została poparta karami administracyjnemi. Na afiszach brak utartego zwrotu: "Nie stosujący się do powyższego podlega karze aresztu do 6 tygodni lub grzywnie do 1000 zł, lub obydwu karom łącznie". Towarzystwo Upiększania Miasta dlatego nie upiększyło miasta. Pojedyncze kwiaty w oknach były gdzieniegdzie również dawniej. Po akcji TUM-u na paru zaledwie balkonach pojawiły się skrzynki z roślinami. Obywatele widocznie nie przejęli się wezwaniem, psychologicznie tłumaczy się to tem, że czuli lęk przed innowacjami. Na ulicach nie ma przeto kwiatów, które by swoim zapachem zabiły zapachy klozetów, znajdujących się na chodnikach.
Równe Wołyńskie, skwer powstały w latach dwudziestych staraniem Towarzystwa Upiększania Miasta
Przekonać się o tem łatwo. Wystarczy skręcić z ul. 3-go Maja na lewo, gdy idzie się w stronę parku Lubomirskich, aby znaleźć się w egzotycznej dzielnicy. Po obydwóch stronach wąskich uliczek wznoszą się zabudowania o najbardziej fantastycznych kształtach. Murowane domki o jednej ścianie drewnianej, domki drewniane, powyginane w niesamowity sposób, podparte w paru miejscach, z dziurawemi dachami i bez dachów, o mnóstwie przybudówek, ganków i balkoników, pomalowane na biało, czerwono, niebiesko, fioletowo i żółto. W oknach i na balkonach nie kwiaty, lecz wietrzące się poduszki, pierzyny, kołdry i schnąca bielizna. Na ulicach, któremi nie przejeżdżają zwykle żadne pojazdy - bawią się tłumy dzieciaków, w drzwiach mieszkań i na gankach siedzą na krzesłach oparte mamy, które wśród zaduchu, smrodu i krzyku oddają się słodkiemu wypoczynkowi, od czasu do czasu spoglądając na swoje pociechy.
Ulice Joselewicza, Obwodowa, Pereca i inne - widok wszędzie podobny. Nie można tylko iść chodnikami, co parę metrów przegradzają drogę liczne drewniane budki, pomalowane z zewnątrz wapnem na biało. To są tradycyjne, rodzinne klozety, zamknięte przed niepowołanymi na haczyki lub kłódki. Nie są skanalizowane - tak jak i całe miasto. W ciche, bezwietrzne dnie smród niepodzielnie wypełnia całą dzielnicę i wpełza do mieszkań. Ludzie jednak przyzwyczaili się do tego i trudno im sobie wyobrazić, że może być inaczej.
Mieszkają tam wyłącznie Żydzi. Dziwią się, gdy ujrzą w swojej dzielnicy trochę lepiej ubranego aryjczyka. Co on chce na ul. Pereca? Po co przyszedł? Czy to - sekwestrator?
Gdy szedłem tamtędy, zaczepiła mnie kiedyś stara Żydówka. Kogo szukam? Odpowiedziałem, że pana Wasilewicza, pierwsze lepsze nazwisko, które przyszło mi na myśl. Zdziwiła się. Tutaj z pewnością taki nie mieszka. "Tutaj same jewreje, proszę pana". Trzy ulice dalej mieszkał jeden "ruski", ale w zeszłym roku się wyprowadził. "Żona mu umarła i on pojechał do brata na wieś". Teraz nie ma żadnego "ruskiego" ani "polskiego". Chyba gdzieś dalej koło 3-go Maja lub ul. 13-ej Dywizji. Tam trzeba szukać.
- Tutaj same jewreje - kilkakrotnie powtórzyła.
"WIECZORNE SZALEŃSTWA"
Wieczorem wszyscy, bez względu na warstwę społeczną, kogo tylko stać na to, chodzą do kina. Na trzech miejscowych ekranach oglądają barwne, pełne emocji i wrażeń życie, które prowadzą gdzieś daleko inni ludzie. Jedyne wyrwanie się z monotonji codziennej egzystencji! Panie prezesowe, urzędniczki, pensjonarki, ekspedjentki, modystki - wszystkie marzą potem o Gary Cooperze, udają Marlenę lub Gretę, w zależności od ostatniego filmu. Mężczyźni z rozczarowaniem stwierdzają, że ich towarzyszki nie przypominają w niczem Jean Crawford lub Kay Francis. Tem niemniej idą z niemi, czasami, do parku Lubomirskich. W parku jest kawiarnia, w kawiarni - dancing. Kto chce może tańczyć.
Równe Wołyńskie. Sklep spożywczy Icka Rybaka, luty 1934
Miejscowe snoby przesiadują w cukierni naprzeciw prawosławnej cerkwi. Jest to dość nędzny lokalik, w lecie pachnący flitem, który dlaczegoś przez autochtonów uważany jest za elegancki. Przebywać w innej dużej i czystej kawiarni to shoking! "Czy pan wie, tam chodzą kupcy?" Żądni "niezdrowych" dreszczów udają się do "Nowego Świata", jedynego lokalu, w którym odbywają się produkcje artystyczne w wykonaniu "znanych warszawskich artystów", zupełnie nieznanych w stolicy. Cnotliwe matrony gorszą się bezeceństwami, których tam nie ma, i często namawiają mężów do wspólnego spędzenia wieczoru w kabarecie.
Z Kaukazu nikt oczywiście nie chodzi do kina, z ul. Pereca tylko młodzież. Gdy niektórzy bawią się, reszta miasta już śpi. Ludzie muszą się wyspać, gdyż wstają dość wcześnie. Sen jest równocześnie bardzo przyjemną rozrywką. Jedyną dla tych, którzy nie mają pieniędzy.
Na ulicach, w dużych odstępach, świecą latarnie. W dorożkach drzemią miejscowe "jamszczyki". Czasem ktoś przejdzie, wracając z "wieczornego szaleństwa". Gdzieniegdzie wałęsają się prostytutki. Poza tem jest pusto, cicho i spokojnie.[10]
Stefan Bardczak
RÓWNE NOCĄ
Umilkły ulice, jak mechanizm w zepsutym zegarze,
i wnet odetchnęły pełną piersią domy -
słuchacze referatów, które nikogo nie obchodzą,
w tępym uporze zacięły prostokątne twarze,
by nikomu
nie wyszeptać tajemnic, co wewnątrz się rodzą.
Pędem ulicami galopadą - rejteradą
spłoszone latarnie
jedna za drugą uciekają dwurzędem -
noc je z brzaskiem w zapaskę śniadą
jak kurczęta zgarnie - -
droga na wschód prowadzi tamtędy!
Zawróćcie na północ za Wielkim Wozem,
za wami księżyc,
miast wszystkich i miasteczek honorowy obywatel -
właśnie nad Równem, jak nad obozem,
dzwon nieba naprężył
i w pierwszą uderzył, jak na apel.
Uchyliła się jakaś brama lekko, jak powieka we śnie,
spóźnionych gości wypchnęła kawiarnia
i tylko cień, jak pies, za nimi pobiegł -
a już na wschodzie (jak to latem wcześnie)
brzask kurzawę mgieł znad czoła zgarnia
i wstaje leniwo, jak człowiek.[11]
Władysław Milczarek
RÓWNE
Ulica 3-go maja szeroka, prosta, daleka -
śródmieście tętniące gwarem i marszem codziennych kroków.
Tu domy są te same i sterczą niepotrzebne,
po starych pańskich komnatach przeszłość bezdomna się włóczy -
tutaj jest świat legendy i daleki.
Nie płacz nad ruinami, tu duszno jest i ciasno,
chodźmy na Grabnik za miasto - tam jest przestronnie, szeroko...
Tam domy nowe, tam drzewa i oddech pól szeroki.
Urbanizm... jak tu pięknie... Grabnik to nowe miasto.
Park Lubomirskich jest pusty... dzisiaj jest dzień roboczy,
widać jak dymią cegielnie wszystkimi kominami.
Słychać ryk cementowni w pobliskim Zdołbunowie
i widać pociąg z Bolszewji, jak w stronę Równego się toczy.[12]
"Na Szerokim Świecie" 1935, nr 39
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki