Ginter - Amelia Kamecha
32.31 zł
26.82 zł
(32,31 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Mikołaj całą sobotę ciężko pracował w kuźni. Parę dni temu dostał specjalne zamówienie od znajomego. Nie mógł mu odmówić, bo wisiał mu przysługę. Mikołaj był dzisiaj zły na swoją żonę. Tak bardzo go zdenerwowała, że miał chęć stłuc ją na kwaśne jabłko. Nie mógł pojąć jak można być takim brudasem i leniem. Gdy był młodym chłopakiem, nie zwracał na nią uwagi, a nawet starał się jej unikać. Nie lubił jej, sam nie wiedział dlaczego. Przecież nie była brzydka, a wręcz przeciwnie. Pewnego wieczoru, gdy na zabawie w Wężówce zobaczył, jak tańczyła z jakimś typkiem, poczuł się zazdrosny i wtedy zrozumiał, że mu się podobała. Podszedł do niej i poprosił ją do tańca. To chyba wtedy się zakochał i tak to się wszystko zaczęło. Po dwóch miesiącach odbyło się wesele i razem zamieszkali w domku nad lasem w Sołtmanach. On był kowalem, a ona, zamiast zajmować się domem i ogrodem, ciągle przesiadywała u mamusi, która mieszkała w tej samej wiosce. Jej dom znajdował się dwa kilometry od nich, więc miała blisko. Z tego powodu często się kłócili i coraz bardziej się od siebie oddalali. Mikołaj miał już dość takiego życia. Nie tak to sobie wyobrażał. Nie tego pragnął. Myślał, że będzie z Marysią szczęśliwy i że będą mieli dzieci. Kochał ją, ale coraz częściej się zastanawiał, czy się z nią nie rozwieść i nie zacząć wszystkiego od nowa.
Zbliżał się wieczór, a Marysia całą sobotę się wylegiwała - jak nie na tapczaniku w pokoju, to w sadzie na kocu. Gdy Mikołaj upomniał się, że jest głodny, to powiedziała mu, żeby sobie sam coś zrobił, bo ona ma migrenę i źle się czuje. Mikołaj wiedział, że Marysia kłamie, ale nie chciał się z nią kłócić, więc zabrał się za przygotowywanie posiłku. W duchu pomyślał, że zamiast tej biednej Iwony mogła zginąć Marysia, a on znalazłby sobie wtedy inną żonę, która by o niego dbała. Z kredensu wyjął chleb oraz gliniak, w którym znajdowała się solona słonina. Pokroił ją w grubą kostkę, ukroił kromkę chleba i zabrał się za jedzenie. Gdy już się nasycił, popił śmietaną z metalowej kanki, która znajdowała się na stole, po czym wyszedł na podwórze i wszedł do kuźni.
Popatrzył na narzędzia, które wykonał dla znajomego. Był bardzo zadowolony ze swojej pracy, bo wykonał ją naprawdę starannie, a narzędzia wyglądały wręcz idealnie. Nie chciał wracać do domu, więc postanowił, że uda się na spacer do lasu. Bardzo rzadko robił sobie takie wycieczki, ale nie chciał spędzać wieczoru z żoną, więc wymyślił sobie, że poszwenda się po lesie, a późnym wieczorem spotka się ze znajomym i przekaże mu nowo zrobione narzędzia.
Mikołaj szedł przez łąkę sąsiada. Chciał popatrzeć na konie, które się tam pasły. Uwielbiał te zwierzęta, a szczególnie konia o imieniu Max. Często go głaskał, a on wtulał swój łeb pod jego pachę jak dziecko i tak tkwili w tej pozycji przez dłuższy czas. Czasami wydawało mu się, że bardziej kocha tego konia niż Marysię.
Mikołaj nie miał żadnej rodziny oprócz żony, bo matka z ojcem zapili się, gdy był malutki, a wujek, który go wychowywał, już dawno umarł. Gdy podrósł, wujek ciągle kazał mu pomagać w kuźni. Był dla niego bardzo surowy. Mikołaj był dorosły, kiedy wujek zmarł, więc przejął po nim kuźnię.
Konie były na drugim końcu pastwiska. Mikołaj miał nadzieję, że Max do niego przygalopuje, ale ogier był zajęty skubaniem trawy i chyba nie zauważył go z takiej odległości. Mikołaj zatrzymał się na chwilę, popatrzył na zwierzęta i ruszył w dalszą drogę. Gdy był już przy granicy łąki, dostrzegł na drodze sąsiada Krzesława. Postanowił, że go zawoła i przejdzie się z nim kawałek. Chciał spytać o jego samopoczucie i czy może słyszał już o morderstwie Iwony.
- Panie Krzesławie, proszę zaczekać!
Sąsiad się zatrzymał. Nie był pewny, czy ktoś go wołał, czy mu się tylko wydawało. Poznał go od razu i ucieszył się, że to Mikołaj, a nie ktoś inny.
- Dzień dobry - powiedział zasapanym głosem Mikołaj.
- Witam, Mikołaju. Gdzie tak pędzisz?
- Wybieram się do lasu na spacer. A pan?
- Też idę sobie pospacerować, bo cały dzień przesiedziałem w domu. Trzeba trochę pochodzić.
Mikołaj wiedział, że Krzesław nie ma prawdziwego domu, bo to wredne babsko dawno go wygoniło i że mieszka w chlewie. Żal mu go było, ale takie były posrane czasy, że nikt nie mógł mu pomóc. Gdyby to nawet ktoś zgłosił na milicję to oni i tak by uwierzyli Sabince. Pewnie nawymyślałaby głupot jeszcze na Krzesława i mógłby nawet trafić za kratki.
- Słyszał pan o Iwonie Trowskiej? Że została zabita na łące? Była u nas milicja i wypytywała, czy nie widzieliśmy z żoną kogoś podejrzanego w pobliżu.
- A nie, nie. Nic nie słyszałem.
Krzesław ledwo wydobył z siebie te słowa. Poczuł ucisk w gardle. Miał wrażenie, że zaraz się udusi. Nogi zaczęły mu drżeć. Bał się, że się przewróci. Teraz był już pewien, że naprawdę ją zabił.
- Proszę pana, co się stało? Dobrze się pan czuje?
- Tak, tak. Wszystko dobrze. Ale jak to? Iwonka, córka naszej sąsiadki zamordowana? Czy to na pewno o nią chodzi?
- Tak, o nią. U was nie było milicji? Ponoć we wszystkich domach byli.
- Może i byli, ale ja pewnie spałem, a żona nie chciała mnie budzić, bo i po co. Oni wiedzą, że ja i tak prawie nigdzie nie chodzę.
- Szkoda dzieciaka. Ponoć została uduszona i rozebrana do naga.
- Co ty mówisz? Ale po co szwendała się po lasach i zaczepiała ludzi?
- Może i racja. Na pewno nikt z naszych jej nie zabił. Mówiłem też milicji, że to musiał być ktoś przyjezdny i trafiło akurat na nią. Równie dobrze mogła to być jakaś inna dziewczyna, na przykład Stefania sąsiadów albo moja żona.
- Co ty wygadujesz? Twoja żona? Stefania?
- No tak. Wie pan co, ja zaraz będę skręcać. Chyba przejdę tą dróżką przy kukurydzy, będzie szybciej. Może pan się przejdzie ze mną? Będzie mi miło.
- Wiesz, Mikołaju, nie gniewaj się, ale ja przejdę się jeszcze kawałek i będę zawracał do domu. Coś się chmurzy i może lunąć deszcz. Zresztą, w tym wieku to sił już brakuje na takie wycieczki.
- Jak pan uważa.
Mikołaj pożegnał się, następnie wszedł na dróżkę i wolnym krokiem podążył w stronę lasu.
Krzesław stał jeszcze przez chwilę i przyglądał się oddalającej się w stronę lasu postaci młodego człowieka. Cieszył się, że już sobie poszedł. Będzie mógł usiąść na poboczu i odpocząć. Nie czuł się za dobrze po wiadomościach, które przekazał mu Mikołaj. Zaczął się obawiać, że milicja znalazła pierścionek i że trafi za kratki, gdzie spędzi resztę swojego życia. Siedząc wygodnie na miękkiej trawie, sięgnął do kieszeni i wyjął swoją fajkę. Następnie napełnił ją tabaką i przypalił. Gdy zaciągnął się dymem, przypomniała mu się Iwona, jak siedziała tuż obok niego, czekając na swoją kolej, żeby popalić. Zrobiło mu się bardzo słabo i smutno, że ją zabił. Po chwili zaczął płakać, tak bardzo, że nie mógł się opanować. Siedział tam jeszcze dłuższy czas, a gdy się trochę uspokoił, postanowił zmierzyć się z miejscem zbrodni. Wszedł na łąkę i skierował się w stronę miejsca, gdzie zabił Iwonę. Nogi mu drżały, ale podążał dalej. Chciał mieć to już za sobą. Widział z daleka, że milicji już tam nie ma, ale obawiał się, że mogą jeszcze się tam pojawić w celu ponownego przejrzenia terenu. Najbardziej obawiał się jednak kogoś z rodziny. Nie wiedział, czy będzie potrafił spojrzeć im w oczy. Miał nadzieję, że nikt się tam nie pojawi i swobodnie będzie mógł przejrzeć teren. Gdy dotarł na miejsce, był przerażony. Patrząc na to miejsce, wszystko sobie przypomniał. Każde jej słowo, każdy jej ruch, jak umierała, łapiąc się za szyję. Krzesław ponownie się rozpłakał. Rozgarniał swoimi garbatymi palcami trawę, polne kwiaty i piach. Zaglądał nawet pod kamienie. Bardzo długo i dokładnie przeszukiwał skrawek ziemi, ale jego starania były nadaremne, bo nie odnalazł pierścionka.
Mikołaj wszedł do kuchni. Zauważył Marysię siedzącą przy stole. Wiedział, że zaraz będzie wypytywać go o to, gdzie był. Przez te parę lat zdążył ją doskonale poznać.
- Gdzie ty byłeś tak długo? Martwiłam się, że przyjedzie ten twój znajomy po narzędzia i będę musiała z nim siedzieć do twojego powrotu.
- Ale nie przyjechał. Mam zegarek i chyba wiem, na którą się z nim umówiłem.
- Do diabła z tobą. Idę do matki.
Machnęła ręką i wstała od stołu.
- Chyba trochę za późno na wizyty. Lepiej zrób kolację. Zresztą, strach teraz samej chodzić.
- Ja nikogo i niczego się nie boję! A kolację sam sobie zrób! - krzyknęła na całe gardło i wstała z krzesła.
Udała się w kierunku drzwi wyjściowych. Nie miała zamiaru go słuchać i przygotowywać mu kolacji. Postanowiła udać się do matki, czy mu się to podobało, czy nie.
Sobotni wieczór
Justyna Melańska weszła do domu. O tej porze nie kursował już żaden autobus z Giżycka w stronę Sołtman, więc przyjechała taryfą. Usiadłszy na krześle w kuchni, ujrzała w drzwiach pokoju Anię.
- Mamo, co z Zosią? - zapytała matkę drżącym głosem.
- Chodź tu do mnie, kochanie.
Ania zbliżyła się niepewnym krokiem. Bała się słów matki. Myślała o najgorszym.
- Zosia czuje się dobrze, ale nic nie mówi. Lekarz powiedział, że to minie, tylko trzeba czasu.
W oczach Ani pojawiły się łzy. Nie wiedziała, co ma powiedzieć matce.
- Nie płacz, córeczko, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, za jakiś czas Zosia o wszystkim zapomni i odzyska mowę. - Matka przytuliła córkę i też się rozpłakała. - Jutro z rana do niej pojedziemy. A teraz może coś zjemy?
- Dobrze, mamusiu. Nastawię wodę na herbatę.
- Tak, nastaw. Ja zrobię kanapki. Zjemy i pójdziemy obrządzić zwierzęta.
Niewiele ich miały, ale zawsze jakiś dochód z hodowli był. Trzymały jedną krowę, parę świń, trochę kaczek i kury oraz jednego barana i owcę. Po śmierci męża pani Justyna musiała sprzedać część zwierząt a część ziemi oddała w dzierżawę gospodarzowi z Sołtman. Jako samotna matka z małymi dziewczynkami nie potrafiła sobie poradzić w gospodarstwie, a pan Piotrowski, w zamian za bezpłatne korzystanie z jej ziemi, pomagał jej w pracach polowych.
Matka z Anią bardzo szybko uwinęły się z robotą. Postanowiły pójść wcześniej spać, gdyż z samego rana chciały udać się do Zosi.