Prolog
Prolog
O synku mój, w te ponure jakoś tu trafił ciemności,
Któryś jest żywy? Wszak żywym, zaprawdę bardzo jest trudno
Przebrnąć przez one ogromne strumienie i rzeki straszliwe,
Lecz osobliwie przez strugę Okeanosa!5
Homer, Odyseja
18.70° N, 155.17° W OCEAN SPOKOJNY 31 STYCZNIA 2021
Stałam na pokładzie statku, w bieliźnie termicznej i kombinezonie
przeciwogniowym, patrzyłam na bladosrebrzysty wschód słońca i mierzyłam
siłę wiatru. Wiało z prędkością trzydziestu sześciu kilometrów na
godzinę, w porywach do pięćdziesięciu pięciu, przez całą noc z tą samą
mocą zamieniającą ocean w zryty podmuchami, wzburzony,
niezdyscyplinowany przestwór. Jedno, co chciałam wiedzieć, to jak bardzo
niezdyscyplinowany. Wiedziałam już, że problemem są galopujące z dwóch
stron kipiące fale o białych grzywach, wybrzuszone na wysokość ponad
trzech metrów. Przebyły już połowę drogi przez Pacyfik, a że po drodze
nie było ani kawałka lądu, który mógłby je przygasić, nabrały siły.
Oparłam się o reling i wyciągnęłam telefon, by sprawdzić prognozę
pogody. Który to już raz...
Dziś dla mnie każdy kilometr prędkości wiatru i każdy centymetr
wysokości fal miały znaczenie. Jeśli pozwolą na to warunki pogodowe, za
dwie godziny, dokładnie o ósmej, zespół inżynierów, techników i marynarzy podejmie próbę opuszczenia w morze jedenastotonowego pojazdu
podwodnego, a w nim dwójki ludzi - w tym mnie. Jeśli wszystko pójdzie
zgodnie z planem, pokołyszemy się przez chwilę na falach, pilot wpompuje
wodę morską do zbiorników balastowych i zaczniemy swobodnie opadać przez
dwie i pół godziny, dryfując przez kilometry oceanu, by w końcu
wylądować w miejscu, którego nie widziały jeszcze ludzkie oczy. Tak
miało być. Jednak nie wydawało się, żeby ocean miał na to pozwolić.
Pogoda musiałaby się uspokoić. Jeśli to się nie stanie dzisiaj, mogłam
nie dostać drugiej szansy, a na tę czekałam całe życie. W historii
ludzkości tylko kilku śmiałkom udało się zejść tak nisko. Oczywiście
jest długa lista powodów, długi spis trudności i niebezpieczeństw, ale
najbardziej oczywiste jest jedno: tam, na dnie, ciśnienie dochodzi do
pięciuset sześćdziesięciu dwóch kilogramów na centymetr
kwadratowy6. Jeśli chodzi o tlen, komunikację, nawigację,
schronienie - po prostu przeżycie - będziemy mogli polegać tylko na
naszym pojeździe. Był to pierwszy pojazd zdolny do wielokrotnego
schodzenia z pilotem i jednym pasażerem na pełną głębokość oceanu, czyli
ponad jedenaście tysięcy metrów7, tak nowy i innowacyjny, że
jego twórcy wciąż określali go mianem prototypu. Żeby pojąć, jak ogromne
wyzwanie stanęło przed inżynierami tworzącymi pojazd, który poradzi
sobie w takiej głębi, zważcie, że istnieją trzy Mars Rovery (pojazdy
marsjańskie), a ta łódź była tylko jedna, jedyna w swoim rodzaju.
To właśnie niedostępność głębin tak mnie pociągała. Inni ludzie pragnęli
zwiedzić Paryż, Bora-Bora czy Serengeti - ja marzyłam, by zejść w otchłań. Świadomość, że istnieje tam nieznana podwodna kraina,
niedostępna naszym oczom, dopóki nie zdecydujemy się jej odwiedzić -
jednocześnie należąca do naszego świata, ale i nie, niczym zaświaty lub
kraina cieni - budziła we mnie magiczną wręcz mieszankę ciekawości i strachu, jakby ocean rzucał na mnie zaklęcie.
Wydawałoby się, że te współistniejące emocje powinny się niwelować, było
jednak dokładnie na odwrót. Gdy lęk zderzy się z podekscytowaniem,
powstaje coś nowego, wzniosłego, prawie boskiego. "Namiętnością, którą
powodują rzeczy naturalnie wielkie i wzniosłe, gdy przyczyny te działają
najpotężniej, jest zdumienie, ono zaś jest tym stanem duszy, w którym
wszystkie jej poruszenia zostają zawieszone, a do tego dochodzi pewien
stopień zgrozy"8 - pisał osiemnastowieczny filozof Edmund Burke.
Dla niego trwoga jest "przewodnią zasadą wzniosłości". Głębiny oceanu są
przerażające, jednak nawet tego nie odczujesz, za bardzo zajęty
gapieniem się na nie w zachwycie. Jest to więc, jak pisał Burke, rodzaj
rozkosznego przerażenia. Tak sobie to przynajmniej wyobrażałam i bardzo
chciałam sprawdzić, czy mam rację.
Aby opowiedzieć wam, jak to się stało, że wylądowałam na tym statku,
gotowa, by niedługo wejść do pojazdu podwodnego zapuszczającego się w największe głębiny tego świata, muszę zacząć od początku. Moja obsesja
na punkcie oceanu zaczęła się wcześnie. Już w dzieciństwie często
nawiedzał mnie sen, w którym płynęłam niewielką łódką po morzu w świetle
księżyca, a pode mną niepokojąco zataczały kręgi wielkie ryby lub
przemykały obok jak zjawy. Sen nie dawał mi spokoju, ale nigdy nie
uważałam go za senny koszmar. Może i niepokoiło mnie to, co mogłam
znaleźć pod lustrzaną, skrywającą tajemnice powierzchnią, jednocześnie
jednak zdecydowanie pragnęłam to coś poznać.
W latach siedemdziesiątych, gdy Podwodny świat Jacques'a Cousteau
przeżywał apogeum popularności, siadywałam przed telewizorem i zafascynowana patrzyłam, jak Cousteau i jego wesoła banda akwanautów
przemierzają lasy koralowców i groty pełne głodnych rekinów. Podczas
odcinka, w którym "Calypso"9 popłynęła na południowy Pacyfik, a załoga badała zatopione w lagunie wraki statków z drugiej wojny
światowej, nie dałoby się mnie odkleić od ekranu, nawet gdyby nasz dom
stanął w ogniu. Wędrowanie dookoła świata własnym statkiem i nurkowanie
w kolejne tajemnice było dla mnie ucieleśnieniem idealnego sposobu
życia, który wydawał się nie tyle nieosiągalny, ile nierealny. Ta
nierealność jednak, bajeczność przedstawianych treści wcale nie czyniła
tego doświadczenia gorszym - przeciwnie, mogłam włączyć się w wyprawę z bezpiecznego lądu, co było o tyle istotne, że mimo wielkiego pragnienia,
by na własne oczy zobaczyć podwodny świat, nauczyłam się pływać dopiero
w wieku dziesięciu lat i nadal nie szło mi to zbyt dobrze.
Wychowałam się na przedmieściu Toronto, bardzo daleko od oceanu, za to
blisko do setek jezior tarczy kanadyjskiej, wyżłobionych w prekambryjskim granicie przez zachłanne lodowce. Te północne jeziora
sprawiają wrażenie ponurych, a nawet złowieszczych. Ich wody mają
ciemnozielony, prawie czarny kolor, jak skondensowany zielony atrament,
ocienione są skalistymi urwiskami i lasami borealnymi. Nad ich
powierzchnię wystają skaliste wyspy, pełne porostów i sosen, na których
nury śpiewają swoje smutne serenady.
Moja rodzina zwykle spędzała wakacje w miejscu, które nazywało się Port
Severn, dwie godziny na północ od miasta. Położone jest na
południowo-wschodnim brzegu Georgian Bay, zatoki jeziora Huron, drugiego
co do wielkości spośród Wielkich Jezior. W moim dziesięcioletnim umyśle
było to miejsce pełne mrocznych tajemnic. Stawałam na końcu nabrzeża i patrzyłam w dół na nieprzezroczystą wodę, wyobrażając sobie stwory,
które żyją w jej odmętach. Szczupaki o ciałach jak torpedy, oczach jak
koraliki i szczękach najeżonych zębami ostrymi jak igiełki, szczupaki
amerykańskie - wielkie jakby były na sterydach, potrafiące zaatakować
dziecko - i wreszcie jesiotry, z kostnymi tarczkami na grzbiecie,
wyglądające jak skrzyżowanie suma i krokodyla: potrafiły być ogromne jak
kajak.
W niewielkiej odległości od naszej chatki znajdował się stary, porzucony
dom na łodzi. Drewniane drzwi jęczały, gdy wchodziło się do środka z chwiejnego pomostu w kształcie litery U. Wnętrze było ponure, pełne
pajęczyn, śmierdziało stęchlizną. Łódź przechylała się na prawą burtę. W połowie zatopiona, przypominała jaskinię i stała się idealną kryjówką
dla gigantycznych ryb prowadzących samotniczy tryb życia. Wślizgiwałam
się do niej o zmierzchu z latarką i rzucałam do wody kawałki jedzenia,
mając nadzieję, że w ten sposób zwabię ryby na powierzchnię. Przez wiele
dni ignorowały przynętę, jednak pewnego dnia wrzuciłam kawałek hot doga
i nagle prawdziwa bestia, ogromna na ponad metr, wynurzyła się spod
pomostu, uniosła na chwilę głowę, pożarła mięso i znikła. W wątłym
świetle latarki zobaczyłam tylko jej sylwetkę, to jednak wystarczyło. To
było niezwykle ekscytujące doświadczenie, dowód, że podwodny świat jest
pełen podobnych niespodzianek.
Wszystko kręciło się wokół wody, tylko niej. Nic innego nie przyciągało
mnie z tak magnetyczną siłą, nic się z tym nie równało. Nie potrafiłam
opanować tej obsesji, więc zaczęłam rozwijać umiejętności, których
potrzebowałam, by zanurzyć się w tym świecie. Zajęłam się pływaniem
wyczynowym, potem pływaniem na otwartych akwenach, nurkowałam metodą
freedivingu, na wstrzymanym oddechu, i z butlą. Ocean Spokojny stał się
moim ulubionym placem zabaw, w końcu tu było najwięcej wody. Przeniosłam
się na Hawaje, by być bliżej mojej muzy, a ona odwdzięczyła się i pozwoliła mi pływać z jej mieszkańcami: rekinami, wielorybami,
delfinami, żółwiami morskimi, węgorzami, rybami - stworzeniami morskimi,
których nie miałam okazji poznać wcześniej i których obecność dosłownie
mnie hipnotyzowała, robiła większe wrażenie niż wszystkie zwierzęta
lądowe razem wzięte.
Czysta nieziemskość wszystkiego, co działo się pod falami, zakręciła
moim światem. Było to imperium rządzone tylko przez ocean, pozbawione
innych władców terytorium zaczynające się tam, gdzie przestawało
docierać światło słoneczne. Być może na razie nie mogłam tego zobaczyć w całej okazałości, ale gdy już pozwoliło mi ujrzeć skrawek swojej
wielkości, nie potrafiłam wyrzucić go z serca. Wtedy gdy weszłam do tego
dziwnego domu na łodzi, przekroczyłam próg, a teraz chciałam wiedzieć
więcej, widzieć więcej, zanurkować w ciemność.
Uważam, że jeśli człowiek bardzo czegoś pragnie, powinien o to
zawalczyć, ale marzenie, by zanurzyć się głęboko w wody oceanu,
napotykało problemy natury technicznej. Im częściej rozmyślałam o głębi
oceanu, tym bardziej czułam, że to tak, jakby zakochać się w mirażu,
iluzji: na chwilę w głowie pojawia się obraz, a potem znika, jakby
rozpuszczał się w wodzie, nieuchwytny jak ona. "Kto z nas poznał ocean?
Nie ty i nie ja, nie naszymi ziemskimi zmysłami"10 - ubolewała
biolożka morska i pisarka Rachel Carson11.
I mnie nie była obca frustracja. Głębia mnie pociągała, a jednocześnie,
skoro mogłam zejść najniżej na trzydzieści metrów, wymykała mi się z rąk, stawała się abstrakcją, a nie miejscem, do którego można się udać.
W mojej wyobraźni otchłań oceaniczna jaśniała jak odległa galaktyka i można jej było dotknąć mniej więcej tak samo jak rozchodzących się fal
radiowych. Jak wyglądała? Jaką miała naturę? Co bym tam zobaczyła?
Nawet teraz, gdy nazwano ostatni krater na Księżycu, a na iPhonie możesz
obejrzeć interaktywne, trójwymiarowe mapy Marsa, osiemdziesiąt procent
dna morskiego nie zostało opisane podobnie szczegółowo12. A przecież głęboki ocean, zdefiniowany jako wody poniżej dwustu metrów,
zajmuje sześćdziesiąt pięć procent powierzchni Ziemi i aż
dziewięćdziesiąt pięć procent przestrzeni zdatnej do życia13 (sam
Pacyfik potrafiłby "połknąć" każdy kawałek lądu, każdy kontynent, każdą
wyspę, i zostałoby mu miejsce na jeszcze jedną Amerykę
Południową)14. Głębiny oceaniczne nie są po prostu częścią
naszej planety - one są naszą planetą. Zatem warto byłoby poznać je
trochę lepiej.
Nasza wiedza dotycząca oceanów zwykle kończy się na najwyższej ich
strefie, nazywanej strefą epipelagiczną lub strefą światła słonecznego.
Jeśli stykasz się z żyjącymi w morzu morskimi istotami i potrafisz je
nazwać, to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pływają właśnie w tych
płytkich wodach. Jednak epipelagial to zaledwie pięć procent objętości
oceanu. Owszem, potrafi zachwycić, ale to tylko sufit. Prawdziwy ruch
zaczyna się poniżej.
To tutaj, w strefie mezopelagicznej (od 200 do 1000 m) odnajdziesz całą
menażerię bioluminescencyjnych istot, świecących i migoczących w ciemności, a głębiej, w strefie batypelagicznej (od 1000 do 4000 m) i w strefie abysalnej (od 4000 do 6000 m) otoczy cię wieczna noc i jej
cudownie dziwaczni mieszkańcy. Miejsce, gdzie ta strefa styka się z dnem
morskim, nazywa się równiną abysalną. To wypłaszczenie pokryte niby
wełnianym kocem grubą warstwą morskiego osadu, w którym kryje się
mnóstwo cudownych istot o finezyjnej budowie. Choć może się zdawać, że
panują tam spokój i cisza, to dochodzi tu do największych geologicznych
dramatów.
Zdawałoby się, że to jest dno świata, ale tak nie jest, bo pod abysalem
leży hadal, strefa, której nazwa pochodzi od Hadesa, w mitologii
greckiej boga podziemnego świata (i brata Posejdona), ale także nazwy
samej krainy umarłych, którą władał. Wody hadalu rozpoczynają się na
głębokości sześciu tysięcy metrów i sięgają dużo niżej poprzez głębokie
rowy oceaniczne i niecki - większość z nich znajduje się w Oceanie
Spokojnym - przypominające kształtem odwrotność szczytów Himalajów.
Najgłębszy z nich to Rów Mariański - długie na dwa i pół tysiąca
kilometrów, a szerokie na sześćdziesiąt dziewięć rozcięcie dna morskiego
niedaleko Guam. Miejsce zwane Głębią Challengera, o głębokości prawie
jedenastu tysięcy metrów15, uważane jest obecnie za najniższe
miejsce na Ziemi. Dla porównania Mount Everest ma 8849 metrów.
Te głębiny to królestwo cieni. W przeszłości na nieznanych obszarach map
umieszczano ostrzeżenie: "Tu żyją smoki". Co prawda teraz już wiemy, że
nie spotkamy ich w głębinach, ale te miejsca mają podobnie mityczną
aurę. Ujrzenie choć kawałeczka tego świata budzi fascynację, ponieważ
tak niełatwo się przed nami odkrywa. Właściwie nie odkrywa się wcale,
chyba że przy użyciu najnowocześniejszych technologii.
Jedynym sposobem na to, by mimo blokujących nas tysięcy metrów płynnej
ciemności uzyskać jasny obraz ukształtowania podwodnego terenu, jest
użycie dźwięku, który woda roznosi szybciej i dalej niż powietrze. Ta
technologia nazywa się obrazowaniem akustycznym lub sonarowym i polega
na wysyłaniu fal dźwiękowych z dna statku i zmierzeniu czasu potrzebnego
na ich powrót. Przetwarzając otrzymane w ten sposób dane, jesteśmy w stanie zbudować szczegółowy trójwymiarowy model dna morskiego.
Oczywiście nie da się tego zrobić z daleka, urządzenie sonarowe musi być
umieszczone bezpośrednio nad badanym obszarem. Tworzenie precyzyjnych
map batymetrycznych to sprawa ściśle techniczna, w większej części
oceanu nikt tego jeszcze nie zrobił.
Brak atlasu wód oceanicznych może prowadzić do zaskakujących odkryć.
Jedno z nich, w 2017 roku, rozpaliło moją ciekawość. Podejmowałam
wszystkie możliwe wysiłki, aby dowiedzieć się więcej o głębinach oceanu,
śledziłam doniesienia naukowców, czytałam książki, oglądałam filmy
dokumentalne. Każda nowinka przykuwała mnie do biurka, więc wcale nie
zdziwił mnie nagłówek: Poszukiwania zaginionego samolotu MH370
odkrywają nieznany świat głęboko w oceanie16.
Jak miliony innych ludzi z napięciem śledziłam historię boeinga Malaysia
Airlines, z niknącą nadzieją, długą listą pytań i wiarą w to, że w końcu
znajdziemy odpowiedzi. Bo jak mogłoby być inaczej? Nie potrafiłam pojąć,
że samolot z dwustu trzydziestoma dziewięcioma pasażerami na pokładzie
może po prostu się zgubić. Mijały jednak lata i sprawa nie została
rozwiązana. Mieliśmy tylko wyrzucone na plaże wschodniej Afryki
fragmenty skrzydeł MH370 i w pewnym momencie stało się jasne, że Ocean
Indyjski po prostu pochłonął samolot, a oceany nie odpowiadają na
pytania.
Całą sprawę komplikowało to, że - jak sądzono - samolot dotarł do
najbardziej oddalonych na południe wód Oceanu Indyjskiego, gdzie wichury
potrafią burzyć wodę aż na siedem kilometrów w głąb. Nocą ósmego marca
2014 roku, gdy samolot zniknął, nikt zbyt wiele nie wiedział o tych
obszarach - oprócz tego, że są bardzo nieprzyjazne. Jedynymi
podpowiedziami, jak może tam wyglądać dno morza, były modele pozyskane
dzięki altymetrii satelitarnej, która poprzez mierzenie parametrów pola
grawitacyjnego Ziemi na powierzchni morza daje nam również wiedzę o głębokości i ukształtowaniu terenu (ponad dużym wybrzuszeniem dna
powierzchnia morza również będzie wyraźnie wypukła, a nad rowem czy
innym spadkiem terenu delikatnie niższa). Te modele, rozmazane i w niskiej rozdzielczości, przypominały bardziej szacunki niż
fakty17. Aby mieć jakąkolwiek nadzieję na odnalezienie wraku
samolotu, potrzeba było dokładniejszych informacji.
Doprowadziło to do największego, najgłębiej sięgającego,
najtrudniejszego, najdłuższego i najbardziej ambitnego technicznie
przeszukania dna morza, jakie kiedykolwiek przeprowadzono. Przez 1046
dni głębiny morskie przetrząsały roboty i sonary o wysokiej
rozdzielczości, tworząc nowiusieńkie, szczegółowe, trójwymiarowe mapy
głębin na obszarze wielkości Nowej Zelandii18. Odnaleziono
cztery wraki statków i jeden z nich zidentyfikowano jako "The West
Ridge", brytyjski statek węglowy długości siedemdziesięciu metrów,
zaginiony w 1883 roku. Leżał prawie cztery kilometry pod wodą19.
Choć nie udało się odnaleźć samolotu, poszukiwanie było prawdziwą
katabazą - ratunkową misją do krainy umarłych. Zupełnie jak Orfeusz,
poszukiwacze musieli zejść niewyobrażalnie głęboko, aby odnaleźć to,
czego szukali, i przyszło im wrócić na powierzchnię z pustymi rękami.
Katabaza jednak nigdy nie oznacza straconego czasu, gdyż pozwala nam
dotknąć czegoś nadzwyczajnego. Według notki, której nagłówek od razu
zwrócił moją uwagę, ta podróż nie była wyjątkiem.
Mapy odkryły, że dno Oceanu Południowoindyjskiego jest niezwykle piękne,
wręcz widowiskowe. Przypominało symfonię ekstremów, playlistę
największych hitów geologii. To było tak, jakbyśmy odkryli Śródziemie
Tolkiena ponad sześć kilometrów pod wodą. Były tam góry wyższe niż Alpy
Szwajcarskie, doliny, przy których Yosemite zdałaby się maleńka,
rozdziawione jak w ziewnięciu ogromne szczeliny skalne i pionowe klify
opadające w przepaście. Dno poznaczone było bliznami, które pozostawił
superkontynent Gondwana, gdy rozpadł się na części, tworząc Australię,
Indie i Antarktykę.
Sto milionów lat temu, gdy Gondwana jako całość przestała istnieć, dno
morza rozwarło się, jakby ktoś przesunął zamek
błyskawiczny20, otwierając płaszcz Ziemi i pozwalając
palącej wulkanicznej magmie bez przeszkód wypłynąć przez rozpadlinę.
Magma wybrzuszyła się w ogromną masę skały wulkanicznej, która
przeobrażała się potem i zmieniała kształt w czasie: wypiętrzała się i opadała, przekręcała i przerywała, gdy dwie płyty tektoniczne oddalały
się od siebie21. Rozłam przyniósł rozciągający się na tysiąc
dwieście kilometrów obszar po pęknięciu, okolony po obu stronach skarpą
o nierównych brzegach, sięgającą ponad pięć tysięcy metrów w głąb,
mijającą po drodze sześć kanionów i kończącą się jednym z najgłębszych
miejsc w Oceanie Indyjskim - Rowem Diamantiny. Gdybyście przeszli się po
tym rowie, wasze stopy zapadłyby się w grubą warstwę osadu, który zebrał
w sobie miliony lat opadającego wolno z góry morskiego śniegu -
mniejszych i większych kawałków ciał morskich zwierząt, maleńkich
szkielecików i jeszcze mniejszych muszelek, planktonu, bakterii,
organicznych resztek i mułu, a także - od niedawna - mikroplastiku. Nie
każdy fragment dna jest jednak mulisty.
W jednym z przylegających do rowu obszarów geolodzy naliczyli sto
pięćdziesiąt cztery wulkany, z których siedemnaście przekracza wysokość
tysiąca metrów, co kwalifikuje je jako góry podmorskie: w pełni
rozwinięte i osobne. Wiele z nich otoczonych jest fosami wykopanymi
przez zaskakująco silne prądy, które przenoszą również pożywienie. W głębinach poszukiwanie czegoś, co nadaje się do jedzenia, to praca na
pełen etat, dlatego te góry stały się oazami przyciągającymi ruchliwą
plejadę wyjątkowych stworzeń. Są wszędzie: wciśnięte w szczeliny,
wykwitające na skałach, pływające naokoło, zakopane w osadzie. A na
południe od tych szczytów natrafiono na następne imponujące znalezisko:
Geelvinck Fracture Zone, pęknięcie dna o głębokości około dziewięciuset
metrów, które biegnie tak prosto i jest tak długie, że wygląda, jakby
ktoś narysował je za pomocą linijki22.
Czytając o ukształtowanym w tak niezwykły sposób nieziemskim dnie morza,
przypominającym podwodną sieć parków narodowych stworzoną dla gigantów,
i uświadamiając sobie, że aż do teraz nikt o nim nie wiedział, mogłam
zadać tylko kolejne pytanie: "Co jeszcze tam jest?". Co więcej kryją
głębiny - i dlaczego nie rzucamy wszystkiego innego, by się tego
dowiedzieć? Ile możemy znaleźć tam nieodkrytej jeszcze historii, ile
wiedzy, ile cudów geologii? Ile nieopisanych dotychczas gatunków? Jaka
omija nas dzika wrzawa, gdy tu, na górze, zajęci jesteśmy wykupami
kredytowanymi, waśniami politycznymi i apkami do robienia selfie?
A przecież tam, w głębinach, możemy spotkać organizmy, o których do tej
pory nie śniło się naukowcom. Stworzenia, które funkcjonują w wodach
nasączonych minerałami ze skorupy ziemskiej, w tym głównie siarczkami,
mają niezwykłą budowę szkieletów, komunikują się przez skórę. Takie,
które mogą przekręcić się na lewą stronę jak sweter, mają parę ust, trzy
serca, osiem nóg. Albo też ich ciała mogą być stworzone z tysięcy
innych, mniejszych, jak doskonale zorganizowana armia. Przynajmniej
jedno z nich tryska żółtym światłem. Niektóre mają przezroczyste głowy.
A najbardziej delikatne z nich wytrzymują ciśnienie, które zgniotłoby
ciężarówkę!
Najmniejsi rezydenci głębin to najpotężniejsza armia mikrobiologiczna
Ziemi. To mikroby - bakterie, protisty i wirusy - organizmy, które
napędzają laboratorium życia. Zmieniają substancje chemiczne w energię,
przetwarzają węgiel, dostarczają tlenu, przekształcają szczątki w składniki pokarmowe i usuwają toksyny, żeby wymienić choć kilka z ich
wyczynów. Nie byłoby tu nas, gdyby nie one. Ich liczba w oceanie jest
tak astronomiczna, że aby ją oszacować, musimy użyć terminu z kosmologii: kwintylion, czyli 1030.
Gdyby 3,6 kwintyliona mikrobów morskich zebrać i położyć na wadze, ich
masa stanowiłaby dziewięćdziesiąt procent biomasy oceanu23.
Naukowcy nie wiedzą, ile to gatunków - być może miliard. Znaleziono tam
takie, które oderwały się od dna morskiego, gdy wielokomórkowe życie
było zaledwie błyskiem w pradawnym oku Ziemi. Udało im się przetrwać
przez całe wieki w niezwykle ciężkich warunkach. Badając, co dało im
taką odporność, odkryliśmy nowe antybiotyki i leki przeciwwirusowe, nowe
biomateriały, związki chemiczne używane w leczeniu raka i nowe testy
diagnostyczne, włączając ten używany do wykrywania Covid-1924.
Można odnieść wrażenie, że to wszystko nijak się ma do nas, ludzi, że te
dziwne stwory są jak batalion kosmitów, ale to właśnie ich inność
zachwyca i każe nam doceniać świat głębin i zrozumieć go takim, jaki
jest, na jego własnych warunkach. "Aby prawdziwie odczuć wodny świat,
zobaczyć go oczami morskich stworzeń, musimy pozbyć się ludzkiego
postrzegania świata za pomocą takich miar jak długość, szerokość, czas i miejsce"25 - pisała Rachel Carson z właściwą dla siebie poetycką
przenikliwością. Zapewne pomogłoby nam też, gdybyśmy pozbyli się naszych
uprzedzeń, mylnej wiary w to, że wszystko, co ważne, dzieje się na
lądzie, bo tam żyjemy.
W rzeczywistości trwanie naszego gatunku zależy od oceanu. Im niżej
schodzimy w obszarze naszych dociekań, tym częściej musimy zrewidować
nasze przekonania co do tego, jak funkcjonuje Ziemia, jak zachowuje się
klimat, czego możemy nauczyć się z odległej przeszłości o naszym miejscu
w ogólnym systemie życia - a nawet samej jego definicji. Stało się
jasne, że natura to system wzajemnych połączeń, a głębokie morze można
porównać do płyty głównej. Majstrujemy wciąż przy tej maszynerii,
dokonujemy potencjalnie nieodwołalnych zmian, wciąż mając jedynie blade
pojęcie o tym, jak to wszystko działa. Głębiny oceanu są jak bufor dla
nadmiernej ilości dwutlenku węgla (przynajmniej na razie), napędzają
cyrkulację wód (w ten sposób wpływają również na klimat), regulują
geochemię Ziemi (co jest ważne, choć to mało powiedziane) i absorbują
nadmiar gorąca (jak wyżej). To tylko kilka przykładów ich działania.
Tętniący życiem obszar zanurzony w całkowitej ciemności jest podstawą
istnienia naszej planety26.
Świat pod powierzchnią to ekscytująca zagadka, jednak nigdy jej nie
rozwiążemy, bo nasza kultura znacznie bardziej upodobała sobie
przestrzeń kosmiczną. Na każdego dolara, którego National Oceanic and
Atmosferic Administration wydaje na eksplorowanie i badanie oceanów,
przypada sto pięćdziesiąt dolarów dla NASA.
Szafujemy miliardami w nadziei, że uda nam się skolonizować Marsa,
jałową kupę piachu. Przestrzeń oceanu słabo się sprzedaje, ponieważ
ludzkość wykształciła w sobie niefortunny nawyk ignorowania i obawiania
się tego, czego nie może zobaczyć. Układ Słoneczny jest nad naszymi
głowami, widoczny i gołym okiem, i za pomocą teleskopów, natomiast dno
morskie znajduje się poza możliwością bezpośredniego postrzegania. Dla
wielu ludzi jest jak nawiedzona piwnica Ziemi - ponura, okryta całunem
ciemności, wypluwająca z siebie lawę i trujące gazy nora dla
przerażających istot i widm przeszłości - wolą więc zostać na górze.
Koncept zejścia dokądkolwiek zniechęca nas sam w sobie. Można zejść na
psy, zejść na złą drogę albo po prostu zejść - umrzeć. Możemy upaść
moralnie, upaść nisko, upaść na duchu czy upaść na głowę. Zostaliśmy
zaprogramowani tak, by patrzeć w górę, w stronę światła. Tam jest
przecież niebo. "Gdyby się gwiazdy ukazywały jednej nocy na tysiąc lat,
jakżeby ludzie wówczas wielbili je i czcili, i przez wiele pokoleń
przechowywali pamięć o Państwie Boga, które im się ukazało". - Tak
zachwycał się nocnym niebem Ralph Waldo Emerson i dodawał, że "gwiazdy
budzą jakąś cześć, gdyż są nieosiągalne, mimo że zawsze
obecne"27.
I takie same są przecież morskie głębiny, a pomimo to nie darzy się ich
podobnym szacunkiem. Góry, lasy, rzeki, jeziora, drzewa, ptaki, chmury,
gwiazdy: wszystkie były wysławiane w literaturze, poezji, sztuce,
muzyce, sercem i umysłem. Ocean, jeśli w ogóle się w nich pojawia, robi
za kojące lub wzburzone tło, ewentualnie medium pozwalające rozchodzić
się promieniom słońca lub księżycowemu światłu w urzekający sposób. W tych rzadkich przypadkach, gdy naprawdę zauważamy istnienie morskich
głębin, postrzegamy je jedynie jako groźne, opowieść o nich zamieniamy w opowiastkę ku przestrodze. Jednym słowem, uważamy dno oceanu za denne.
Tak jakby było zbyt dalekie, zbyt przerażające i zbyt brzydkie, by je
pokochać.
A co, jeśli jest zupełnie inaczej? Co, jeśli w rzeczywistości im niżej
schodzimy, tym więcej piękna roztacza się przed naszymi oczami? Mnie
samej wydawało się to przekonującą możliwością. I był tylko jeden
sposób, żeby to sprawdzić. Musiałam zdecydować się na własną katabazę -
zejść w głębiny i powrócić z opowieściami, które tam znajdę. Oczywiście
łatwiej to powiedzieć, niż zrobić, ale zdawałam sobie sprawę, że
technologia rozwija się bardzo szybko, poprawiając nasze możliwości
badania głębin, a nawet pozwalając zobaczyć je na własne oczy.
Autonomiczne roboty badające otchłań, wyposażone w sztuczną
inteligencję, załogowe pojazdy zanurzalne niczym pełne werwy maleńkie
statki kosmiczne, obserwatoria dna morskiego podłączone do internetu,
skanery, które potrafią już w wodzie dokonać identyfikacji gatunkowej.
Mamy to wszystko, nareszcie. A przecież za zakrętem czekają następne
nowinki.
Tak jak przy każdej podróży w nieczęsto uczęszczane miejsce, możesz się
sporo nauczyć od tych, którzy byli tam przed tobą. Przecież nie mnie
jedyną pociągał świat głębin. Ogromna grupa badaczy i naukowców
przetarła już przede mną morskie ścieżki. Odszukiwałam ich przez pięć
lat i w końcu te podróże, w których dane mi było im towarzyszyć,
zaprowadziły mnie do tego dnia, gdy wreszcie miałam zejść w głąb, w samo
serce Pacyfiku.
Niektórzy z tych ludzi cieszyli się sławą, innych nie znał nikt, choć
mieli ogromną wiedzę. Wszyscy byli bardzo dzielni. I wiedzieli z pierwszej ręki, że decyzja, by zejść tak głęboko, oznacza walkę z jednym
z najbardziej zakorzenionych, a jednocześnie osłabiających przekonań:
Jeśli odważysz się tam zejść, możesz już nigdy nie wrócić. Tego
styczniowego dnia, w 2021 roku, stojąc na pokładzie statku w podmuchach
wyjącego wściekle wiatru, czułam niepokój, ale nie bałam się, że na
zawsze zostanę pod wodą. Mimo okropnych warunków pogodowych, mimo tego,
że nasza łódź dostała swój przydział problemów technicznych, mimo
świadomości, że zejdziemy niżej, niż kiedykolwiek bym pomyślała -
głęboko wierzyłam w to, że wrócę. Pokładałam wiarę w powodzenie tego
przedsięwzięcia. W tamtym momencie jedyne, czego się obawiałam, to czy w ogóle się ono rozpocznie.
Rozdział 1. Potwory Magnusa
ROZDZIAŁ 1
Potwory Magnusa
Rzeczywiście, powinienem również dodać, że potwory, niektóre od dawna
nam znane, inne wcześniej niespotykane, widywane są u wybrzeży Norwegii,
czego przyczyną jest niezmierzona głębia otaczających ją wód28.
Olaus Magnus
UPPSALA, SZWECJA
Gdybyście szukali słynnych na cały świat potworów z głębin oceanów,
zapewne majestatyczny budynek na szczycie wzgórza w szwedzkiej Uppsali
nie przyszedłby wam od razu do głowy. Jednak to tam je znajdziecie, za
kremową fasadą i wysokimi oknami najstarszej biblioteki Uniwersytetu w Uppsali, instytucji noszącej nazwę Carolina Rediviva. Uniwersytet został
utworzony w 1477 roku. Uppsala, czarujące miasto godzinę drogi na północ
od Sztokholmu, jest jeszcze starsza. W pierwszym tysiącleciu naszej ery
znajdowała się na terytoriach wikingów, była ośrodkiem charakternych
pogańskich ludzi Północy, którzy czcili bogów błyskawic, wiatru i wojny,
jednocześnie znajdując dziwną radość w składaniu ofiar z ludzi, zanim na
tych terenach przyjęto chrześcijaństwo29. Uppsala to
miasto obfitujące w pamiątki historyczne, ale ja pojechałam tam, by
zobaczyć tylko jedną z nich. Carta Marina to szesnastowieczna
ilustrowana mapa przedstawiająca północny Atlantyk, Morze Północne i rejony Morza Norweskiego oraz diabelskie kreatury, które według autora
mapy żyły w tych wodach.
Odkąd ludzie zaczęli wpatrywać się w oceany, drżeli na myśl o ich
cichych mieszkańcach. Słowo "abysal" pochodzi z greki, oznacza przepaść,
bezdenną otchłań. Jakie piekielne istoty wybrałyby takie miejsce do
życia? Trudno było sobie wyobrazić, jak te kreatury miałyby wyglądać,
choć religia i mitologia przynosiły mrożące krew w żyłach opisy i porównania do szatana. Przeto ktoś, kto stworzył mapę portretującą
mieszkańców głębin, miał niewątpliwie szansę przyciągnąć uwagę innych.
Carta Marina została wydrukowana w 1539 roku i już na pierwszy rzut
oka jest niezwykle interesującym dokumentem. Każdy cal jej powierzchni
pokryty jest misternymi rysunkami, punktami orientacyjnymi, kierunkami
geograficznymi, wypisane są na niej ciasno po łacinie nazwy miejsc i notatki. Mapa została napakowana najbardziej aktualną wiedzą swojej
epoki, informacjami dotyczącymi historii naturalnej, geografii, flory i fauny morskiej, warunków pogodowych oceanu, nawigacji, tras statków
morskich i lokalnych zwyczajów. Przedstawiała Skandynawię - w tamtym
czasie odizolowaną część świata - z niespotykaną precyzją30. To
robi wrażenie, ale prawdziwym powodem, dla którego poleciałam do
Szwecji, by obejrzeć Cartę Marinę, było co innego. Można porównać tę
mapę do mającego ponad czterysta osiemdziesiąt lat kadru, portretującego
lęki i przekonania. To nie tylko mapa kartograficzna, lecz mapa
postrzegania świata.
Przed erą nauki, eksploracji głębokiego morza, aparatów fotograficznych
potrafiących robić zdjęcia pod wodą w wysokiej rozdzielczości
przeważająca większość ludzi wierzyła, że tam, w głębokich wodach, żyją
potwory, a Carta Marina czyniła te wierzenia oficjalnie
udokumentowanym faktem. Morskim stworzeniom przypisywano złe zamiary,
mapa sportretowała je z uderzającą dokładnością. Od Grenlandii aż do
Norwegii możemy spostrzec groźne kreatury wywieszające języki, siejące
spustoszenie na statkach, pożerające żeglarzy i w ogóle zachowujące się
bardzo źle, no bo jak mogło być inaczej, skoro wzięły się stamtąd, z piekielnych głębin, dokąd teraz pragną porwać swoje ofiary.
Mapa uważana była za wiarygodne źródło, szczególnie że stworzył ją
człowiek godny zaufania. Katolicki ksiądz31 i historyk Olaus
Magnus urodził się w szwedzkim Linköping w 1490 roku. Wiódł światowe
życie, uczęszczał na uniwersytet w Niemczech i podróżował po całej
Europie. Przez jakiś czas przebywał w Polsce32. Wędrował po
krajach Północy, zbierając opłaty na Kościół33 i chłonąc
informacje z pierwszej ręki: historyjki opowiadane przez wieśniaków,
wnikliwe obserwacje rybaków i żeglarzy oraz lokalne plotki przyprawione
szczyptą średniowiecznej skłonności do przesądów.
Ludzie zawsze obawiali się głębin, jednak w czasach Magnusa wywoływały
one prawdziwą grozę. Na ponurej Północy ocean był często wyraźnie
wściekły, a z brzegu zdawał się niezmierzony i pozbawiony granic. Statki
wypływały w morze i nigdy nie wracały. Żeglarze znikali w jego paszczy,
opadając głęboko pod powierzchnię, do świata, w którym roiło się od
demonów, takich jak Lewiatan czy Kraken34. Oprócz tych
nieszczęsnych dusz, które wyruszyły tam w podróż bez powrotu, nikt nie
widział głębin ani niczego o nich nie wiedział. Dla przeciętnego
śmiertelnika była to tabula rasa naznaczona fatum śmierci. Jednak jak
to możliwe, że już wtedy nikt się nie zastanawiał, co się tam kryje?
Nigdy nie dowiemy się, kiedy i gdzie najwcześniej próbowano zbadać temat
głębin - odgaduję, że gdzieś w starożytnej Oceanii - ale w kulturze
zachodniej za pierwszego biologa morskiego uznaje się greckiego filozofa
Arystotelesa35. W czwartym wieku przed naszą erą
przeprowadzał on sekcję każdego morskiego zwierzęcia, które wpadło mu w ręce, spędzał lata na przyglądaniu się ich zachowaniu w lagunie i przedstawił swoje odkrycia w książce zatytułowanej Historia animalium
(Historia naturalna zwierząt). Arystoteles zauważył między innymi, że
mątwa zmienia kolor, gdy się czegoś przestraszy, a zęby rekinów są
dłuższe u samic niż u samców. Ustalił, w jaki sposób kopulują homary, a także dostrzegł, że wieloryby i delfiny są ssakami. Sklasyfikował je
jako należące do grupy, którą nazwał Cetacea, od greckiego k?t?s -
potwór morski36.
Następny był rzymski historyk Pliniusz Starszy, który w 77 roku naszej
ery opublikował trzydziestosiedmiotomową encyklopedię zawierającą
zapiski, rozważania i zupełnie niedorzeczne przypuszczenia na temat
morskiej fauny. W przeciwieństwie do Arystotelesa, który polegał na
dowodach empirycznych, Pliniusz powtarzał mądrości ludowe, perorował o węgorzach długich na sto metrów, ośmiornicach żywiących się ludźmi i rybach wielkich jak wyspy. Twierdził, że tak naprawdę większość
mieszkańców głębin ma "szkaradną formę". Pisał o podwodnych huraganach,
które wzburzają ocean "od samego dna, a potwory zabierane są z głębin i wynoszone na wierzch na grzywach bałwanów". Arystoteles używał naukowych
metod i jego praca była znacząca, ale to bajeczki Pliniusza zyskały
większą popularność. W czasach średniowiecza zapomniano o anatomicznych
przekrojach Arystotelesa, za to Pliniusz uważany był za
autorytet37.
Tymczasem głębiny nadal pozostawały poza zasięgiem badaczy. Owiane były
nimbem tajemnicy, niczym nadprzyrodzona, niedostępna kraina. Tworząc
Cartę Marinę, Magnus miał zamiar rozświetlić mrok. Zaczął od
konkluzji, którą przyniosły mu jego badania: "Pośrodku szerokiego
przestworu wód oceanu, który pozwala nasionom życia na żywny wzrost,
gdzie wspaniała natura nieprzerwanie rodzi owoce, znaleźć można całe
skupisko potworów"38.
Magnus świetnie wyczuł najlepszy moment na publikację swojego dzieła.
Nastąpiła epoka wielkich odkryć i Europejczyków ciekawiło wszystko, a szczególnie gdy było to niezwykłe, niebezpieczne lub
egzotyczne39. Byli głodni zadziwienia, szczyty popularności
osiągały cuda i osobliwości, ale też to, co wywoływało trwogę. Statki
pływały do odległych brzegów i przywoziły wieści o niezwykłych
obserwacjach. Niewyjaśnione, cudowne, przerażające zjawiska: plotki o lwie z ludzką twarzą, ponoć widzianym w Indiach, niemowlętach, które
urodziły się ze stopami w odwrotną stronę, doniesienia o pigmejach,
wilkołakach i całym wachlarzu istot, które w dziele Cuda opisane,
autorstwa francuskiego mnicha Brata Jordanusa, opisywane były jako
"rozmaite potworności" - wszystko przykuwało uwagę publiki. ("Jeśli w Malabarze widzieliśmy koty ze skrzydłami, czemu nie mielibyśmy ujrzeć
ludzi z psimi głowami na wyspach oceanu?" - pytał nieco asekuracyjnie
tłumacz Jordanusa w przedmowie)40. Granice świata się
poszerzały (również dzięki wynalezieniu druku przez Johannesa
Gutenberga) i okazał się on niezwykle barwny. We Włoszech rozkwitał
renesans, a Leonardo da Vinci naszkicował projekty podwodnej aparatury
do oddychania. Jednak podchodził ostrożnie do ich publikacji: "Wolę nie
czynić tego z powodu nikczemnej natury człowieka, który mógłby użyć tej
aparatury do zniszczenia dna morskiego"41.
Jako kleryk i naukowiec Magnus zebrał wszystko, czego się nauczył, i przefiltrował to przez Biblię, teksty Arystotelesa i Pliniusza oraz
Geografię Klaudiusza Ptolemeusza - pochodzącą z drugiego wieku naszej
ery próbę stworzenia globalnego atlasu zawierającego kalkulacje
szerokości geograficznej (całkiem niezłe) i długości geograficznej
(bardzo dalekie od poprawności, bo dopiero w połowie osiemnastego wieku
udało się wypracować właściwy sposób obliczeń). Przetrawiał też teksty
klasyczne, z ich barwnymi opisami Scylli, Charybdy i Hydry, zanim
zasiadł do pracy nad Cartą Mariną, której stworzenie zajęło mu
dwanaście lat. Chociaż nie mógł tego przewidzieć, jego mapa stała się
kultowa. Jeszcze długo po jego śmierci królowała, funkcjonując jak złota
waluta: najsolidniejszy katalog morskich potworów, odzwierciedlający
nasze najgłębsze lęki w najcudowniej przerażający sposób.
Pewnego bezchmurnego wrześniowego poranka wspięłam się na wzgórze do
biblioteki Carolina Rediviva, żeby obejrzeć jeden z dwóch oryginalnych
egzemplarzy Carty Mariny, które przetrwały (drugi znajduje się w Monachium)42. Po drodze pokręciłam się po wyłożonych kocimi
łbami ulicach, przemykając pomiędzy studentami z plecakami Fjällräven i mijając kamienie runiczne wyższe ode mnie, z wyrytymi na nich
mistycznymi rysunkami i napisami z jedenastego wieku. "Kamień
upamiętniający duszę..." - wyjaśniała tabliczka. Drzewa o srebrzystych
liściach szumiały na wietrze, jakby prosząc o ciszę.
Byłam tak podekscytowana perspektywą ujrzenia mapy na własne oczy, że
przyszłam do biblioteki za wcześnie, dziesięć minut przed otwarciem.
Stanęłam na schodach frontowych i się rozejrzałam. W krajobrazie
rozpościerającego się nisko miasta trudno było nie zauważyć gotyckich
iglic katedry wystrzelających na wysokość prawie stu dwudziestu metrów w niebo. Zwalista budowla z czerwonej cegły odegrała w życiu Magnusa
nieprzyjemną rolę. Była siedzibą arcybiskupa Uppsali. Olaus otrzymał to
stanowisko od papieża Pawła III w 1544 roku43, ale był to jednak
tytuł honorowy, bo Magnus nigdy tej funkcji nie wykonywał. Już wcześniej
od siedmiu lat przebywał we Włoszech. Reformacja przekształciła Szwecję
w kraj protestancki.
Ukończył Cartę Marinę w Wenecji. Była to mapa o ogromnym rozmiarze, o długości stu dwudziestu pięciu i szerokości stu siedemdziesięciu
centymetrów, złożona z dziewięciu oddzielnie drukowanych drzeworytów.
Nikt nie wie, ile było egzemplarzy pierwodruku - prawdopodobnie niezbyt
wiele, skoro po 1574 roku prawie wszystkie zaginęły. Na szczęście
ogromna popularność mapy pociągnęła za sobą druk kopii o mniejszym
rozmiarze i ta wersja pozostała w obiegu. Aż do schyłku dziewiętnastego
wieku nikt nie widział oryginału, pierwszy odnaleziony został w niemieckich zbiorach bibliotecznych w 1886 roku. W 1961 roku odnaleziono
w Szwajcarii drugi oryginał, który został nabyty przez Uniwersytet w Uppsali.
Magnus był również autorem obszernych traktatów w języku włoskim i niemieckim, opisujących Cartę Marinę oraz wygodnej legendy klucza do
dziewięciu paneli mapy - jednak na tym nie poprzestał. Następne
szesnaście lat spędził pracując nad książką, a właściwie księgą tak
wielką, że można było nią blokować drzwi - dziełem o siedmiuset
siedemdziesięciu ośmiu rozdziałach zatytułowanym Historia ludów
Północy. Księga opisywała w szczegółach to wszystko, co zostało
narysowane na mapie, i zawierała bardzo długą i opatrzoną wyczerpującymi
przypisami część poświęconą potworom morskim. Magnus zmarł w Rzymie w 1557 roku, dwa lata po publikacji swojego dzieła, nie był już więc
świadkiem jej ogromnego sukcesu: doczekała się dwudziestu dwóch wydań w sześciu językach. Stała się prawdziwym hitem, renesansowym bestsellerem,
który i dziś jest drukowany.
Drzwi biblioteki stanęły otworem i weszłam do holu. Wewnątrz napotkałam
ciche, ale majestatyczne wnętrze: wysokie sufity i okna, podesty, na
które wchodziło się po spiralnych schodach, listwy wieńczące wykonane w stylu szwedzkiego neoklasycyzmu. Czytelnie były przestronne, oświetlone
ciepłym światłem, ich półki wypełnione księgami w oprawach o subtelnie
przygaszonych kolorach. Tworzyło to wyszukany efekt, zupełnie jakby
stworzony przez dyrektora artystycznego.
Carta Marina jest stale udostępniona zwiedzającym, znajduje się na
wystawie rzadkich manuskryptów w bocznej sali. Światło słoneczne niszczy
dawny papier, więc w pokoju było ciemno jak w jaskini, tylko punktowe
światło padało na cenne obiekty: nuty pisane ręką Mozarta, pierwsze
wydania Matematycznych zasad filozofii naturalnej Newtona i O powstawaniu gatunków Darwina, a także listy Galileusza, w których
bronił swojej teorii plam słonecznych. Zatrzymałam się na chwilę, żeby
przyzwyczaić wzrok. A potem, na tyłach pokoju, ujrzałam potwory Magnusa.
Carta Marina, oprawiona w ramę i zabezpieczona szkłem, zajmuje całą
ścianę. Widziałam wcześniej reprodukcje44, jednak i tak
zaskoczyła mnie jej drobiazgowość. Mapa wydrukowana jest w czarnym tuszu
na grubym, kremowym papierze, bez dodatku koloru, a linie wyrysowane są
tak idealnie, jakby ktoś używał szpilki. Każdy centymetr mapy tętni
życiem, jednak Magnus wyraźnie pragnął podkreślić własną opinię na temat
oceanu. O ile na lądzie wszystko, co się dzieje, jest uporządkowane:
maleńkie figurki uprawiają ziemię, polują, jeżdżą na nartach i grają na
skrzypcach, o tyle ocean zanurzony jest w chaosie, pełen
niebezpieczeństw i tragedii, aż siny od fal i morskich prądów, które
płyną, wirują, kipią. A pośród tego zamętu pojawia się dwadzieścia pięć
potworów.
Na poziomie wzroku, przy Wyspach Owczych, prawie tak duży jak one potwór
- z okrągłym pyskiem, płetwą grzbietową jak sztylet i szponami jak kolce
- marszczy brwi, połykając żagiel. Magnus nazwał go Ziphius i tak
opisywał w swojej książce: "Ma okrutnie brzydką głowę jak sowa, bardzo
głębokie usta niczym przepaść, budzące lęk i natychmiast skłaniające do
ucieczki każdą istotę, która go ujrzy, przerażające oczy, grzbiet, który
zwęża się spiczasto, a raczej unosi w formę miecza, oraz ostry
dziób"45. Obok niego inny potwór, z wystającym, podobnym do
świńskiego ryjem i pyskiem pokrytym wypryskami jak w ostrej odmianie
trądziku, wbija zakrzywiony ząb w bok Ziphiusa. "Te stworzenia często
nawiedzają południowe wybrzeża niczym morscy rabusie lub nieproszeni
goście i robią krzywdę każdemu, kto przetnie ich ścieżki"46 -
ostrzegał Magnus.
U wybrzeży Norwegii posiwiała bestia z garbem na grzbiecie zmaga się z homarem mutantem, a ponad nimi nieszczęsny statek zostaje rozbity w drzazgi przez "Morskiego Orma", jednego z najbardziej odrażających
wodnych zjaw Magnusa. To "wąż o ogromnym cielsku, długim na co najmniej
sześćdziesiąt metrów i grubym na sześć"47 - pisał Magnus, a potem
dodawał, jakby już samo to nie budziło przerażenia: "z jego szyi zwisa
sierść długa na prawie pół metra, ciało pokrywają czarne, ostre łuski, a czerwone oczy płoną jak ogień".
Magnus wciąż podkreślał, że opiera się na opisach świadków, którzy
widzieli potwory na własne oczy, a jedno z jego źródeł, inny arcybiskup,
pozyskał nawet głowę jednego z nich, którą zakonserwował w soli i przesłał papieżowi. "Całą głowę tej kreatury, która wyglądała jak
wykonana z bardzo twardej skóry, pokryta dookoła rogami, a tak ciężka
prawdopodobnie dlatego, że Natura zaprojektowała ją w ten sposób dla
łatwiejszego zanurzania się"48. We wszystkich swoich pismach Magnus
stara się sprawiać wrażenie skrupulatnego, księgi napchane są cytatami,
które mają podtrzymywać jego tezy, więc bardzo możliwe, że głowa jakiejś
wielkiej morskiej bestii faktycznie trafiła do rezydencji papieskiej -
tyle tylko, że Magnus donosił również, że na Islandii w strumieniach
zamiast wody płynie piwo.
Stałam tak blisko mapy, że mój oddech zaparował szybę, zrobiłam więc
krok w tył i spojrzałam na nią z dystansu, ale po chwili na powrót mnie
przyciągnęła. Być może i opisy Magnusa są cudaczne, jednak Carta
Marina to nie komiks. Jej potwory osadzone były w rzeczywistości - a następnie poddane epickiej wersji gry w głuchy telefon, przeobrażając
się w większe, okrutniejsze i bardziej fantastyczne wersje samych
siebie, aż w końcu te przeinaczone, przesadzone historyjki dotarły do
uszu Magnusa, który zamienił je w wersję drukowaną: "Paweł Orozjusz
ogłasza w swojej biografii Kaliguli, że w piątym roku jego panowania z głębin morza wyskoczył potwór długi na ponad sześć
kilometrów..."49.
Wiele potworów Magnusa przypomina wieloryby - aczkolwiek o bardziej
diabolicznym wyglądzie - i z jego tekstów jasno wynika, że znał dobrze
te zwierzęta. Wiedział, że rodzą żywe młode, oddychają powietrzem "przez
rurki" i zawierają olej - "najwięcej jest go w ich głowie". Zdaje się
jednak, że Magnus nie mógł się połapać, które zwierzę jest wielorybem, a które jakimś jednak rodzajem potwora. Wierzył na przykład, że samiec
narwala - nieśmiałego, nurkującego głęboko arktycznego walenia z wystającym spiralnym zębem - to "Ryba Jednorożec, potwór morski z ogromnym rogiem wyrastającym z czoła, którym potrafi przekłuć i zniszczyć nadpływające statki i zabić całą grupę mężczyzn"50.
Podczas swoich podróży Magnus spotykał mieszkających na wybrzeżu
wieśniaków, którzy widywali wyrzucone na brzeg zwłoki wielorybów i innych bywalców głębin morskich. Były w opłakanym stanie; z wzdętymi
brzuchami i pogryzione przez ryby przedstawiały ponury widok. Co miał
taki średniowieczny farmer sobie pomyśleć, gdy napotkał na brzegu zwłoki
kaszalota, który mierzył piętnaście metrów, a jego łeb był jak
wypełniony długimi zębiskami wagon towarowy? Bez żadnego kontekstu,
żadnej wiedzy, widok ten musiał być zaiste przerażający. Magnus cytował
słowa jednego z naocznych świadków, którzy napotkali na brzegu ciało
fiszbinowca (ten "potwór" był długi na dwadzieścia siedem metrów, miał
"trzydzieści gardeł" i "niewiarygodnie wielkie" genitalia): "Do jego
podniebienia przyczepione było coś jakby niezliczone zrogowaciałe
płytki, z jednej strony włochate... i nie miał zębów, co prowadzi do
konkluzji, że nie był wielorybem"51.
Lęk może przybierać najróżniejsze formy, nie ma więc w tym nic dziwnego,
że nasza obawa przed głębinami morza - krainą, którą Carl Jung porównał
do domu wariatów podświadomego umysłu - wytworzyła formy dziwniejsze od
innych. Od początku wyobrażaliśmy sobie najgorsze. Przy braku osobistych
doświadczeń zapełniliśmy głębiny zjawami z najciemniejszych kątów
naszego umysłu. To najstarszy archetyp ludzkiej księgi opowieści:
potwory, dziwacy, inni - istoty, których nie znamy, więc się od nich
odsuwamy. Arystoteles próbował je objaśniać, Pliniusz był zdecydowany je
ubarwiać, geniusz Magnusa tkwił w umieszczeniu ich na papierze.
Bardzo trudno mi było oderwać się od Carty Mariny, choć wgapiałam się
w nią w ciemności już od dwóch godzin. Tym, co najbardziej podobało mi
się w mapie, był entuzjazm jej twórcy. Nawet jeśli Magnus dodał potworom
rogi, kły i gniewne spojrzenia, aby wydawały się bardziej przerażające,
nie dało się ukryć, że te istoty musiały go pociągać. "Tak niezwykłe
cuda zamieszkują przestwór oceanu, że nawet osobie obdarzonej wyjątkowym
talentem trudno byłoby je opisać"52 - zachwycał się, pokazując,
że i na niego działała ta wieczna mieszanka strachu i fascynacji,
zderzenie przyciągania i odpychania. Biolog Edward O. Wilson podsumował
ją w jednym zdaniu: "Nawet najbardziej śmiercionośne i odrażające
stworzenia dodają ludzkiemu umysłowi szczyptę magii"53.
Opuściłam bibliotekę z plikiem pocztówek z motywami z Carty Mariny,
kubkiem z motywem z Carty Mariny i Cartą Mariną wyrytą w pamięci.
Jak bardzo żałowałam, że nie mogę powiedzieć Magnusowi, że teraz, prawie
pięć wieków później, jego wizje są nadal hipnotyzujące. Przez całe
dekady po śmierci Magnusa jego potwory były masowo kopiowane na innych
mapach. Jednak gdy żegluga morska stała się częstsza, a na dalekich
brzegach pojawiły się kolonie, europejskie monarchie zrozumiały, że
ocean jest czymś więcej niż tylko miejscem, w którym roi się od
problemów - jest nieskończonym źródłem pieniędzy. W połowie
siedemnastego wieku portrety okrutnych wielorybopodobnych drapieżników
zagrażających statkom zostały zastąpione przez statki zajmujące się
wielorybnictwem. Kaszaloty nie miały już kłów i gorejących oczu, lecz
harpuny wbite w grzbiet. Potwory odeszły, pozostał po nich tylko wosk do
świec i olej do lamp. Ocean nadal budził szacunek, jednak nasza relacja
z nim się zmieniała.
Aby udać się w podróż w czasie do siedemnastego i osiemnastego wieku i wielkich zmian w rozumieniu świata natury, które się w tym czasie
dokonały, wystarczyło przejść się kilkoma ulicami Uppsali. Z trawnika
przed Carolina Rediviva widziałam Gustavianum, czterystuletnie muzeum,
ekscentryczne sanktuarium oświecenia. Wśród jego zbiorów są pierwsze
wersje narzędzi rewolucji naukowej: mikroskopy i teleskopy, instrumenty
medyczne, pierwszy termometr Andersa Celsjusza. Są barometry
(wynalezione w 1643 roku), sekstanty (1731), chronometry (1735), a w kopule na szczycie budynku mieści się drugi najstarszy na świecie teatr
anatomiczny, w którym, stojąc w ustawionych w sześciu kondygnacjach
galeryjkach, studenci medycyny i postronni obserwatorzy mogli oglądać
sekcje zwłok wykonywane na ciałach straconych przestępców.
Dla dobrze zapowiadających się przyrodników tętniąca życiem
osiemnastowieczna Uppsala była całkiem niezłym miejscem do zamieszkania.
W 1728 uniwersytet zyskał nowy nabytek: Karola Linneusza. Linneusz
znajdował się w trudnej sytuacji materialnej, ale nie tylko to
odróżniało go od innych studentów. Spędzał całe godziny w uniwersyteckim
ogrodzie botanicznym - tuż za rogiem po wyjściu z Gustavianum - i wyróżnił się jako "cudowne dziecko roślin". Już jako młokos nauczył się
ich nazw łacińskich, które w tamtym czasie były karkołomnie długimi i zaskakująco szczegółowymi opisami opartymi na subiektywnym wrażeniu.
Kaktus na przykład to: "wielki melonowy oset o piętnastu kątach i zakrzywionych szerokich cierniach o czerwonej barwie"54 - po
łacinie brzmiało to jeszcze bardziej zawile. Linneusz został profesorem
botaniki i medycyny i zapisał się w historii jako twórca taksonomicznego
systemu klasyfikacji roślin, używanego po dziś dzień - uniwersalnych
zasad pozwalających każdemu i gdziekolwiek ustalić miejsce danego
organizmu na drzewie życia i jego pochodzenie, poprzez rodzaj i gatunek.
Przez lata taksonomia została udoskonalona, rozróżnienia stały się
właściwsze, a sekwencjonowanie genetyczne jeszcze posunęło naprzód całą
zabawę55, jednak to dzięki Linneuszowi znamy teraz orkę jako
Orcinus orca, z rodziny Delphinidae (delfinowatych), podrzędu
Odontoceti (zębowców) w rzędzie Cetacea (walenie), a nie jako
"szarego delfina", jak z upodobaniem nazywał ją Magnus, ani też jako
"ogromną masę mięsa z dzikimi zębami" z opisu Pliniusza.
To wszystko oznaczało ogromny skok naprzód, całkowitą przemianę, która
odsunęła na bok szalone i chaotyczne plotki o morskich potworach,
zastępując je chłodnym, racjonalnym osądem. Choć nauka wciąż była
uwikłana w religię i stały przed nią okrutne bitwy z Kościołem, chociaż
słowo "naukowiec" nawet nie weszło do użycia przed 1834 rokiem, era
"pomagnusowa" była czasem oceniania, debatowania, kwestionowania i rozumowania, rozwijania teorii i ich udowadniania, ekscytującym czasem
dowiadywania się, jak funkcjonuje świat.
Gdy popołudniowe słońce przedarło się przez zasłonę chmur, opuściłam
miejsce nazywane teraz Ogrodem Linneusza - gąszcz roślin z wypisanymi
ręcznie tabliczkami - i udałam się do miasta, żeby odwiedzić pub, gdzie
można poczuć się jak wiking: zjeść mięso pieczonego jelenia gołymi
rękami, popijając miodem z rogu. Gdy minęłam katedrę, zrozumiałam, że
zatoczyłam pełne koło. Kiedy Linneusz zmarł w 1778 roku, tu został
pochowany, a grobowiec wtopiony w podłogę kościoła zaznacza jednocześnie
miejsce, gdzie kariera Magnusa została udaremniona. Ostatni arcybiskup
Uppsali nigdy nie władał tą katedrą, a w końcu to naukowcy wyposażeni w nowoczesne technologie - a nie duchowni ze swoimi modlitewnikami - mieli
odkryć sekrety oceanu. Wydaje się, że Magnus był świadom własnych
ograniczeń: "W morskich głębinach są gatunki ryb, które nigdy lub bardzo
rzadko pokazują się ludzkim oczom"56 - pisał, jakby był tym
rozczarowany.
Następna fala badaczy oceanów nie chciała czekać, aż te zanurzone w głębinach cieniste formy bytu się pokażą, chciała ich szukać i je
znaleźć. Nie wystarczało już wgapianie się w niezwykłe, gigantyczne
stworzenia, którym zdarzyło się dokonać żywota na plaży.
Dziewiętnastowieczni przyrodnicy pragnęli pobrać próbki z ich
naturalnego środowiska, umieścić je pod mikroskopem, zrozumieć historię
ich życia, jak funkcjonują, co jedzą. Pragnęli też przeprowadzać
eksperymenty fizyczne, które odpowiedziałyby na podstawowe, ale wciąż
wprawiające w zakłopotanie pytania: Jak głęboki tak naprawdę jest ocean?
Z czego zrobione jest jego dno i jakie panują tam warunki? Czy krainę, w której jest całkowicie ciemno, można w ogóle zbadać metodami naukowymi?
Kilometry pod wodą? Głębiny były nieznane, ale czy niepoznawalne?
Nie miano żadnych wątpliwości, że badanie głębin będzie dokuczliwie
trudne. Każdemu, kto zechce wściubić nos w podwodny świat, przyjdzie
spędzić całe miesiące, ba, lata nawet, na morzu - żywiąc się sucharami i pijąc sok z limonki, aby uniknąć szkorbutu - wciskać się w ciasne koje
na pokładach statków, które kołyszą się, przewracają, a czasem nawet
toną. Przyjdzie mu znieść zmęczenie i zniechęcenie pobytem na
ograniczonej przestrzeni, choroby tropikalne, kiepską pogodę i wszystko
to, czym los postanowi go poczęstować. Choroby i wypadki musi uznać za
pewnik, a śmierć za prawdopodobną. Podczas wyprawy na pokładzie HMS
"Beagle" Karol Darwin przez pięć lat cierpiał na chorobę morską. "To nie
jest błaha niedogodność, którą da się wyleczyć w tydzień" -
przestrzegał. Darwin nie znosił życia na morzu również z innych powodów.
Narzekał na "brak przestrzeni, miejsca dla siebie, odpoczynku; dręczące
uczucie ciągłego pośpiechu; nieobecność pozostawionych w domu bliskich;
utratę drobnych luksusów, a nawet muzyki...". Ocean, dochodził do
konkluzji, to "pustkowie nudy"57.
Był też problem wyposażenia: po prostu brakowało solidnego i łatwego w użyciu sprzętu. Pomiary głębin wykonywano ze statków regularnie, ale za
pomocą prymitywnych urządzeń i niemiarodajnych metod. Marynarze
opuszczali ciężarek przywiązany do długiej liny, patrzyli, jak zanurza
się w ciemność, i próbowali wyczuć, kiedy uderzy o dno. Potem powoli go
wyciągali, oznaczając odległość za pomocą sążni - jednostki długości
opartej na szerokości rozpostartych ramion dorosłego mężczyzny (około
dwóch metrów). Niektóre urządzenia były zaprojektowane tak, by pobrać
próbki z dna, gdy go dotknęły, jednak jedyną możliwością, by zebrać
większą ilość materiału - i być może nawet złapać jakieś zwierzę - było
grzebanie w dnie metalowym czerpaczem lub trałowanie obciążonym włokiem;
w każdym z tych przypadków urządzenia musiały być opuszczane na linie ze
wciąż zmieniającego położenie statku. Trudno, żeby manewrować tym
ustrojstwem z jakąkolwiek finezją! Często zresztą zawodziły: liny
plątały się albo rwały, a pomiary wymagały wielu godzin monotonnej
pracy, nawet w płytszych wodach. Zejście poniżej sześciuset metrów
byłoby tak katorżniczym przedsięwzięciem, że chyba tylko najwięksi
masochiści chcieliby spróbować. W wydaniu z 1823 roku Encyklopedia
Britannica poddała się: "Przez brak odpowiednich sprzętów morze poniżej
pewnej głębokości pozostaje niezbadane"58.
Jednak historia ludzkiej pomysłowości zawsze żąda następnego rozdziału:
w połowie dziewiętnastego wieku potrzeba, aby dowiedzieć się więcej o dnie morza stała się nagląca, bo takie było pragnienie położenia na nim
kabli telegraficznych. Głębiny stały się znów istotne ekonomicznie - w erze elektryczności przesyłanie wiadomości za pomocą gołębi pocztowych,
a nawet liniowców nie wystarczało. Szybsza komunikacja oznaczałaby
przewagę wojskową, nie mówiąc o tym, że naród, któremu jako pierwszemu
udałoby się położyć kabel telegraficzny na głębokości czterech i pół
tysiąca metrów, naprawdę miałby się czym przechwalać. Poszedł za tym
trwający dekadę eksperyment technologiczny na dnie Oceanu Atlantyckiego,
przy którym współpracowały - i współzawodniczyły - Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, polegający na położeniu kabla o długości prawie
trzech i pół tysiąca kilometrów, łączącego Europę i Amerykę. Gdzie go
umieścić? Jak go zabezpieczyć? Czy jakiś stwór na dnie go nie
przegryzie? I czy nie zmiotą go prądy? Pilnie potrzebna była ekspertyza.
Gdy badania morskich głębin przeistoczyły się z marzeń ściętej głowy w rzeczywistość, typową osobą, której udało się wyrwać na badającą dno
oceanu ekspedycję, był Europejczyk, oczywiście mężczyzna, bo kobiety
nawet nie śmiały próbować, dobrze sytuowany i solidnie wykształcony, z ambicjami akademickimi i znajomościami wśród równie uprzywilejowanych
mężczyzn. Świeżo upieczeni naukowcy morza tworzyli klub dżentelmenów i -
w przeciwieństwie do marynarzy - jego członkowie nie charakteryzowali
się zbyt dużą odpornością na niedogodności. Głębiny były jak nowo
otwarte granice i możliwości - prawdziwa żyła złota. Wszystko było tam
nowe dla nauki, a jedna wyprawa mogła wystarczyć do zrobienia kariery.
Jeden z przyrodników opisywał to takimi słowami: "To jedyny pozostały
nam obszar, gdzie znaleźć można nieskończone pokłady wzbudzających
niezwykłe zainteresowanie nowości, tuż pod ręką, która ma już możliwość,
by je schwycić"59.
W tym czasie wiktoriańska Anglia była wprost urzeczona podwodnymi
odkryciami. Zbieranie muszelek uważano za stylowe hobby. Domowe akwaria,
nazywane "ogrodami oceanicznymi", stały się w wyższych klasach
społecznych symbolem statusu. "Cuda dna oceanu niedostępne być powinny
pospolitym oczom"60. Kręcił nosem autor jednego z poradników dla
początkujących akwarystów. Morska flora i fauna zawsze były ponad tym,
co zwyczajne, nawet jeśli wciśnięto je w szklany pojemnik. Ukwiały
przypominały "rzadkie egzotyczne kwiaty" - poetyzował autor książki,
dodając jednocześnie ostrzeżenie: "To nie kwiaty, lecz zwierzęta, a ich
na pozór delikatne płatki... chwytają nieświadomą niczego ofiarę znęconą
pięknym wyglądem ukwiału, śmiercionośnego niczym krater wulkanu, w który
zostaje wciągnięta zamykającymi się wkrótce nad nią mackami"61.
Ostatni rozdział wzbijał się na szczyty żarliwych wizji nowych form
rozrywki: "Gigantyczne akwarium" mierzące dziesiątki metrów, w którym
rekiny "można będzie obserwować w śmiertelnym pojedynku z nurkami,
uzbrojonymi w sieć i trójząb"62.
W całym tym modnym i intratnym oceanicznym podglądactwie była pewna
ironia. Nauka o morzu wreszcie rozkwitła, a mimo to powróciły morskie
potwory. Nagle widziano je wszędzie - szczególnie w Gloucester w stanie
Massachussets, gdzie ponad sto osób przysięgało, że ujrzało "morskiego
węża" brykającego w porcie. Rybacy i właściciele łodzi widywali go
również na głębszych wodach. Te przypadki były tak częste, że
Towarzystwo Linneusza w Nowej Anglii zainicjowało oficjalne śledztwo,
zbierając zeznania pod przysięgą. Świadkowie zgadzali się co do tego, że
stworzenie było ciemnobrązowe, podobne do węża, długości około
dwudziestu pięciu metrów i grube jak beczka. Pływało falującym ruchem
niczym pełznąca gąsienica i według niektórych (ale nie wszystkich) z czoła wyrastało mu żądło. Przyrodnik o zaiste niezwykłym nazwisku
Constantine Samuel Rafinesque-Schmalz zaproponował nawet nazwę węża
zgodną z klasyfikacją Linneusza: Megophias monstrosus. "Dołożymy
wszelkich starań, by go pojmać, żywego lub martwego" - obiecywał
mieszkaniec okolic. Monstrosusa nigdy jednak nie schwytano.
W sumie niewielka strata, skoro głębiny wypluwały następne potwory
dosłownie wszędzie. Niedaleko Przylądka Dobrej Nadziei brytyjscy
marynarze zaobserwowali stworzenie z głową żyrafy i przerażającymi
zębami, w cieśninie Malakka z kolei przypominającą żabę istotę wielką na
piętnaście metrów, a przy Sycylii bestię o gładkiej skórze i głowie jak
pocisk63. Doniesienia obfitowały też w potwory widziane na wodach
Skandynawii, z czego Magnus na pewno byłby dumny. "W czasie mojej
ostatniej podróży z Londynu widziałem co najmniej trzy węże morskie" -
opowiadał J. Cobbin w czasopiśmie naukowym "Annals and Magazine of
Natural History". Najbardziej imponujący z nich "miał co najmniej tysiąc
jardów [ponad 900 metrów] długości", głowę, która rozszerzała się ku
górze jak u kobry, i świecące oczy. Czytając ten opis, trudno się nie
zastanawiać, czy na statku ktoś nie polał Cobbinowi o jedną szklaneczkę
sherry za dużo. Potwór bowiem "płynął z ogromną szybkością, chłoszcząc
wodę ogonem i wzbijając tak wielką pianę, jakby bałwany rozbijały się o postrzępione skały" - pisał mężczyzna. "Słońce na chwilę go oświetliło i patrząc przez dobrą lornetkę, spostrzegłem, że jego łukowato wygięte
ciało pokryte jest zachodzącymi na siebie, tęczowymi łuskami, które
otwierały się i zamykały"64.
Nawet wybitni naukowcy wierzyli w takie rzeczy. Wynikało to w dużej
mierze z następnej sensacji epoki wiktoriańskiej, jaką było wykopywanie
skamielin pradawnych morskich stworzeń, w tym ichtiozaura i plezjozaura
odnalezionych w nadmorskim miasteczku w Anglii. Jeśli te mające płetwy
smoki grasowały niegdyś w głębinach, kto wie, czy nadal nie można ich
tam spotkać? "Nie ma żadnej przyczyny a priori, o której bym wiedział,
dlaczegóż gady o wężowych ciałach, długości piętnastu metrów i więcej,
nie miałyby bawić w naszych morzach, podobnie jak czyniły te z okresu
kredy, wszak z geologicznego punktu widzenia zdarzyła się ona ledwie
wczoraj" - argumentował brytyjski biolog Thomas Henry Huxley, broniąc
morskich potworów65. Zgadzał się z nim szwajcarski zoolog,
profesor Harvardu Louis Agassiz, mówiąc: "Trudno już więcej wątpić w istnienie jakiegoś wielkiego gada morskiego, pokrewnego ichtiozaurom i plezjozaurom, choć na razie nieznanego przyrodnikom"66.
Brytyjski paleontolog Richard Owen, ten sam, który wymyślił słowo
"dinozaur", głośno protestował przeciwko takim pomysłom. "Jaszczury
morskie z okresu kredy zostały zastąpione w trzeciorzędzie i później
przez ssaki morskie" - odpowiadał gniewnie, wskazując na "kompletną
nieobecność" jakichkolwiek pochodzących z obecnych czasów szczątków
domniemanych potworów. Machał ręką na doniesienia naocznych świadków,
był przekonany, że to publiczna histeria doprowadziła do pomyłki, myląc
potwory z wielorybami, rekinami, węgorzami - a nawet gigantycznymi
fokami. "Znacznie więcej dowodów naocznych na istnienie duchów znaleźć
można, niż tych na istnienie węża morskiego"67. - Oburzał
się.
Jednak pomysłu, że głębiny morskie są schronieniem dla istot
prehistorycznych, nie tak łatwo było się pozbyć. Sam Owen, zbadawszy
łodzikowca, żyjącego w głębokich wodach przodka ośmiornicy i mątwy,
stwierdził, że jest to "może jedyny żyjący pierwowzór grupy
zorganizowanych istot, których skamieniałe szczątki udowadniają ich
istnienie w okresie odległym i innym porządku rzeczy"68. Ze
swoimi zwiniętymi spiralnie w jednej płaszczyźnie muszlami, kubkowatymi
oczami i licznymi ramionami, łodzikowce stały się eksponatem wagi A:
dowodem, że gatunek z ery dinozaurów mógł przetrwać do dziś. Głębiny
morskie zdawały się utraconym światem, wyraźnie niedoświadczonym
zjawiskami wymierania gatunków i nacisków ewolucji, które jak już
udowodniono, wpływały na życie na lądzie; zdawało się całkiem logiczne,
że relikty z przeszłości pokrewne żywym skamielinom mogą się tam czaić.
Po prostu jeszcze ich nie znaleźliśmy.
A jednak w końcu ktoś to zrobił. W 1864 roku w Norwegii przyrodnik
Michael Sars i jego syn Georg Ossian Sars, kopiąc w dnie fiordu na
głębokości sześciuset metrów, wyciągnęli przytwierdzone do podłoża
archaiczne zwierzę zwane liliowcem. Trudno było je nazwać potworem:
przypominało raczej delikatny kwiat ze smukłą łodyżką i pierzastymi
płatkami (w rzeczywistości są jego ramionami). Liliowce, zwane też
liliami morskimi, znajdowano w postaci skamielin w dużej obfitości i były uważane za wymarłe sto milionów lat temu, a okazało się, że ten
pięknie kwitnący okaz potrafił pokonać czas.
Jego wygląd był zdumiewający. A poza wszystkim nie powinien zostać
znaleziony na takiej głębokości. Żadna żywa istota nie powinna być
znaleziona na takiej głębokości. Bo - o ironio losu - właśnie wtedy, gdy
wreszcie zaczęto interesować się światem oceanu, jeden z najbardziej
uznanych światowych przyrodników, profesor Edward Forbes z Uniwersytetu
w Edynburgu orzekł, że na głębokości sześciuset metrów i poniżej głębiny
były "azoiczne", czyli innymi słowy pozbawione życia. Po prostu nic tam
nie było.
Forbes nie był wcale pierwszym, który widział głębiny jako ziemię
jałową. Grecki filozof Platon wydał w ich sprawie nieprzychylny werdykt:
"Wszystko zniszczone jest tam przez słoną wodę, nie ma wegetacji, o której warto by wspomnieć, podobnie jak prawie żadnych przykładów lepiej
uformowanego terenu - tylko jaskinie i piasek, i niezmierzone połacie
błota i mułu... nic, co zasłużyłoby, żeby nazwać pięknym według naszych
standardów"69. Francuski przyrodnik François Péron
przypuszczał, że tam w dole panują tak niskie temperatury, że całe dno
pokryte jest grubą warstwą lodu. Inni wierzyli, że panujące w głębinach
ogromne ciśnienie zbiło dno morskie w przypominający cement blok, a woda, która zebrała się nad nim, jest tak nieruchoma i gęsta, że żaden
przedmiot nie jest aż tak ciężki, by się przez nią przebić i sięgnąć
samego dna. Wszystko, co zostało wrzucone do oceanu, skończy w zawieszeniu na średnich głębokościach. Wraki statków, zwłoki ludzkie,
szczątki morskich potworów (dlatego nie możemy ich znaleźć), kable
telegraficzne... to wszystko dryfuje w głębinach i zostanie tam na
wieczność, jakby zagubione w przestrzeni kosmicznej. Tam, gdzie jest
naprawdę głęboko, opuszczane ciężarki uderzają w fałszywe dno i nie
opadną głębiej.
Oczywiście na wszystkie te słowa nie było żadnych dowodów, ale teoria
azoiczna szybko przybrała znamiona niepodważalnego faktu. Forbes był
przecież błyskotliwy, obdarzony energią, znał, kogo trzeba. Chodził na
spotkania, zasiadał w komitetach, tworzył stowarzyszenia. Miał
pieniądze, lecz nie był uważany za snoba. Lubił sobie pożartować. W wieku dwunastu lat opublikował pierwszą książkę i otworzył muzeum
historii naturalnej - stworzone z własnej kolekcji robaków, skał i skamielin - we własnym domu. Studia uniwersyteckie zaczął od medycyny,
jednak wkrótce zamienił ją na zoologię, geologię i paleontologię. Po
trzydziestce został członkiem Towarzystwa Królewskiego, najbardziej
prestiżowego brytyjskiego zrzeszenia naukowego, prezesem Londyńskiego
Towarzystwa Geologicznego, kierował również katedrą historii naturalnej
na Uniwersytecie Edynburskim. Jeśli chodzi o reputację naukową, nie miał
sobie równych.
Forbes z entuzjazmem podjął się prac badawczych w oceanie, stając się
"ekspertem od grzebania w dnie", ale jego doświadczenie ograniczało się
do wód przybrzeżnych. Gdy w 1841 roku dostał szansę przyłączenia się do
ekspedycji badawczej na Morzu Śródziemnym, rzecz jasna z niej
skorzystał. Był żywo zainteresowany gatunkami żyjącymi na różnych
głębokościach. Według niego było sprawą kluczową, "aby Brytyjczycy,
związani z nauką czy też nie, chwalący się przy każdej okazji swoimi
predyspozycjami do władania morzem, wiedzieli cokolwiek o mieszkańcach
swego słonego cesarstwa"70.
W ciągu osiemnastu miesięcy na morzu Forbes kopał na głębokościach do
czterystu pięćdziesięciu metrów - z bardzo frustrującymi rezultatami. W większości dotarł tylko do błota. Później stało się jasne, że to używana
przez niego draga stanowiła przyczynę marnych efektów. Była zbyt mała,
krawędzie wlotowe miała zbyt wąskie, a sieć za gęstą, co sprawiało, że
zapychała się osadem. Również obszar wybrany do badań był podwodną
pustynią, o czym wtedy nie wiedziano71. Dla Forbesa, który tak
ukochał sobie stosowanie dragi, że nawet napisał o niej piosenkę: "Czas
już nas goni, śpią w głębi trytoni, waleczna draga opada!" - było
prawdziwym ciosem skończyć z tak nędznym łupem.
Cóż, genialny Forbes postanowił dopasować teorię do wyniku. Skoro nie
znalazł w głębinach żywych istot, z pewnością ich tam nie ma.
Sformułował tezę, dzięki której przeszedł do historii badań nad oceanem
- choć nie w sposób, o jaki zapewne mu chodziło. "Gdy schodzimy coraz
głębiej [w ocean]" - tak zaczął słynny wywód - "widzimy coraz większe
zmiany w jego mieszkańcach, jest ich też coraz mniej, co wskazuje
wyraźnie na to, że zbliżamy się do warstw najgłębszych, gdzie życie
wymarło lub też pozostawia nam zaledwie kilka iskierek wskazujących na
ledwo tlącą się jego obecność"72.
O, to była zaiste ciekawa nowina dla Michaela i Georga Sarsów, którzy
znaleźli w Norwegii w tych jałowych głębinach co najmniej dziewiętnaście
gatunków73! Albo dla badacza polarnego sir Johna Rossa, który
wszak już w 1818 roku znalazł w głębinach Morza Baffina robaki74
i widowiskową rozgwiazdę. Oraz jego siostrzeńca sir Jamesa Clarka Rossa,
który udał się w 1839 roku na wyprawę w Antarktykę i tam z głębokości
ośmiuset metrów wyciągnął koralowce, meduzy, robaki i skorupiaki,
podsumowując ten plon słowami, że dno morskie "aż roi się od
zwierząt"75.
Wszystkie te odkrycia zostały teraz zignorowane lub zlekceważone. Nie
pomogło to, że John Ross miał bałagan w papierach, a niektóre próbki
Jamesa Clarka Rossa zostały zjedzone przez kota pokładowego. Wyniki
badań Sarsa nieco trudniej było wytłumaczyć, jednak społeczność naukowa
i tak przyjęła teorię Forbesa z otwartymi ramionami, bo była po ich
myśli. Głębiny okazały się wrogie, nieprzeniknione. Nie było tam
przecież słońca ani tlenu, ani pożywienia, ani środowiska, w którym ze
względu na ogromne ciśnienie w ogóle można by przeżyć. Pisanie o abysalu
jako o martwej strefie było wygodną odpowiedzią na pytanie, które
naukowcom spędzało sen z powiek: "Gdyby było tam życie, w jaki sposób
mogłoby przetrwać bez wszystkich tych rzeczy?".
Forbes zmarł w 1854, jednak jego teoria nie została pochowana razem z nim. Wciąż wisiała w powietrzu, niczym niedający się usunąć zapaszek
stęchlizny, choć na niewygodnych głębokościach znajdowano coraz to nowe
zwierzęta. W 1860 roku statek o nazwie HMS "Bulldog" wypuścił sondę na
głębokość dwóch tysięcy trzystu metrów w Północnym Atlantyku: do liny
przyczepiło się trzynaście wężowideł. Są one krewnymi rozgwiazdy, mają
wydłużone, pająkowate ramiona, które pozwalają im pędzić po dnie i owijać się wokół obiektów. Bardzo często stworzenia wyszarpywane z dna
nie przeżywały podróży ku światłu, co skutkowało niepewnością, czy
przypadkiem nie zmarły na płytszych wodach i po prostu nie opadły niżej.
Te wężowidła były jak najbardziej żywe i przebierały swoimi długimi
ramionkami po pokładzie. Przyrodnik z "Bulldoga", ambitny człowiek o nazwisku George Wallich, był przeszczęśliwy. Pragnął zyskać sławę,
udowadniając, że Forbes się mylił - i uważał, że to mu się udało. "To
sondowanie dna znacząco przewyższyło doniosłością wszystkie inne do tej
pory"76 - składał sam sobie gratulacje.
Wallich opublikował rezultaty badania w 1862 roku i czekał na wyrazy
uznania, zaszczyty, zaproszenie do wygłoszenia mowy w Towarzystwie
Królewskim i przyjęcie do naukowej elity. Tymczasem jego wężowidła
spotkały się ze sceptycznym przyjęciem. Narzekano, że nie zostały
schwytane za pomocą dragi, nie było więc żadnej gwarancji, że naprawdę
pochodziły z głębin. Mogły chwycić się liny właściwie wszędzie. Wallich
przekonywał i wściekał się, i w odpowiedzi na zarzuty pisał długie listy
kwiecistym wiktoriańskim stylem, jednak nikt tego nie kupował. Zresztą
sam podważył niestety swoją wiarygodność, twierdząc, że wierzy w mityczne podwodne królestwo znane jako Zatopiona Kraina Buss77.
Stworzenia głębinowe o znacznie lepszej proweniencji wyłoniły się u wybrzeży Sardynii, gdzie z głębokości dwustu czterdziestu metrów
wyciągnięto uszkodzony kabel telegraficzny. Leżał na dnie od lat.
Pokryty był nie tylko grubą warstwą osadu, ale całą menażerią:
koralowcami, małżami, rozgwiazdami, mięczakami i innymi zwierzętami,
które założyły tam kolonię, jak w rafie koralowej. Takie znalezisko
trudno było już zignorować.
Pozostały jednak wątpliwości, teoria azoiczna całkiem nie umarła. Może
próg jałowości jest niżej? "Jeśli chodzi o punkt, w którym zamiera
zwierzęce życie, gdzieś musi on przecież być" - zgadywał zaskoczony
znaleziskiem jakiś uczony. Inni naukowcy, badając próbki mułu z dna
morskiego pod mikroskopem, zobaczyli poruszającą się błoniastą maź. Była
wszędzie, pełzała po każdej próbce, nikt wcześniej nie widział niczego
podobnego. Nazwali ją Bathybius i zastanawiali się, czy to nie
protoplazma stanowiąca fundament życia - tak jakby podstawowy, pierwotny
szlam. A może była źródłem pożywienia? A może każdą z tych
rzeczy78?
Czy więc głębiny były pozbawione życia, czy też może były życiodajną
zupą? Szkocki przyrodnik Charles Wyville Thomson z uwagą śledził tę
debatę. Thomson był po trzydziestce i miał duże wpływy. Był profesorem
zoologii i botaniki na Queen's University w Belfaście, wkrótce miał
pójść ścieżką Forbesa i objąć stanowisko na Wydziale Historii Naturalnej
w Uniwersytecie w Edynburgu. Pojechał do Oslo, żeby obejrzeć liliowiec
Sarsów oraz gąbkę wyłowioną z głębokości tysiąca metrów u wybrzeży
Japonii, znalezisko tak dziwne, że ludzie podejrzewali, iż zostało
sfabrykowane79. Wyglądała jak mlecznobiały tulipan, od
którego odchodziły długie włókna skręcone w cienki sznureczek. Każdy
biolog morski badający w czasach obecnych tę próbkę rozpoznałby ją jako
hexactinellid - szklaną gąbkę - intrygujące, prymitywne zwierzę,
które może żyć ponad dziesięć tysięcy lat. Dzisiejsi materiałoznawcy
badają szklane gąbki i czerpią z nich inspirację80. Ich
szkielety o charakterze fraktalnym zbudowane są z krzemionki, potrafią
przewodzić światło z większą wydajnością i dłużej niż kabel
światłowodowy81. Jednak wtedy oczywiście nikt nie miał o tym wszystkim pojęcia. W annałach głębokomorskiej nauki był to czas
całkowitej dezorientacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie przypisy oznaczone gwiazdkami pochodzą od tłumaczki, natomiast objaśnienia przypisów numerycznych znajdują się na stronach 383-409. Autorka używa również często dla strefy mezopelagicznej nazwy twilight zone (strefa zmierzchu), a dla strefy batypelagicznej nazwy midnight zone (strefa nocy). [wróć]
Nic dziwnego, że w tej kwestii w tekstach (szczególnie dziennikarskich, tłumaczonych z języka angielskiego) widać całkowitą dowolność nazewnictwa. Jeśli chodzi o terminologię, to na potrzeby tej książki najczęściej będę używała nazwy "pojazd podwodny". [wróć]
W języku polskim stosuje się również nazwę "wszechocean". [wróć]
Autorka używa w całej książce systemu imperialnego miar. Ja zdecydowałam się jednak posłużyć systemem metrycznym, przystępniejszym dla polskiego czytelnika. Dołożyłam wszelkich starań, aby w odpowiedni sposób przeliczyć miary imperialne na metryczne: jeśli popełniłam przy tym jakieś błędy, biorę je na siebie. [wróć]
Homer, Odyseja, przeł. J. Wittlin. [wróć]
Czyli 551 barów. W najgłębszych miejscach oceanu ciśnienie może osiągnąć 1086 barów - tysiąc razy większe niż to na powierzchni. [wróć]
Obecnie przyjmuje się, że Rów Mariański ma głębokość 11 034 metrów poniżej poziomu morza, czyli ponad 11 kilometrów. [wróć]
Edmund Burke, Dociekania filozoficzne o pochodzeniu naszych idei wzniosłości i piękna, przeł. Piotr Graff, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1968, s. 63. [wróć]
"Calypso" został zbudowany w Stanach Zjednoczonych w 1942 roku jako trałowiec. Okręt w 1950 roku trafił do Jacques'a Cousteau i po rozległych modyfikacjach stał się w pełni wyposażonym oceanicznym statkiem badawczym. [wróć]
Jeśli nie podano inaczej, cytaty przełożyła tłumaczka. [wróć]
Rachel Carson, Undersea, w: Lost Woods: The Discovered Writing of Rachel Carson, pod red. Lindy Lear, Beacon Press, Boston 1998, s. 4. [wróć]
Heather A. Stewart, Alan J. Jamieson, The Five Deeps: The Location and Depth of the Deepest Place in Each of the World's Oceans, "Earth-Science Reviews" 197 (2019) 102986. https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S001282521830429X?via%3Dihub [wróć]
Roberto Danovaro, Cinzia Corinaldesi, Antonio Dell'Anno oraz Paul V.R. Snelgrove, The Deep-Sea Under Global Change, "Current Biology" Vol. 27, nr 11 (czerwiec 2017), R461- R465. [wróć]
Ogrom Pacyfiku jest trudny do zwizualizowania, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że jest to również najgłębszy ocean, o maksymalnej głębokości prawie jedenastu kilometrów. Moje przybliżone obliczenia dotyczące tego, ile kontynentów zmieściłoby się w Oceanie Spokojnym, są oparte na tym, że jego obszar wynosi sto sześćdziesiąt pięć milionów dwieście tysięcy kilometrów kwadratowych, podczas gdy obszar kontynentalny Ziemi to niecałe sto czterdzieści osiem milionów kilometrów kwadratowych, a Ameryki Południowej siedemnaście milionów osiemset czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych. Oczywiście gdybyśmy chcieli być bardziej precyzyjni, powinniśmy wziąć pod uwagę kilometry sześcienne. W każdym razie Pacyfik jest DUŻY. [wróć]
10 911 ? 40 m p.p.m. [wróć]
Ean Higgins, Search for MH370 Unveils a Lost World Deep Beneath the Ocean, "The Australian", 21 lipca 2017. [wróć]
Larry Mayer, Martin Jakobsson, Graham Allen, Boris Dorschel, Robin Falconer, Vicki Ferrini, Geoffroy Lamarche, Helen Snaith, Pauline Weatherall, The Nippon Foundation-GEBCO Seabed 2030 Project: The Quest to See the World's Oceans Completely Mapped by 2030, "Geosciences 8", nr 2 (2018): 1-18, https://www.mdpi.com/2076-3263/8/2/63 [wróć]
Graficzną reprezentację ostatnio ujawnionych szczegółów dna Oceanu Indyjskiego można zobaczyć tutaj: The Data Behind the Search for MH370, https://geoscience-au.maps.arcgis.com/apps/Cascade/index.html?appid=038a72439bfa4d28b3dde81cc6ff3214 (dostęp 4.01.2023). [wróć]
Ross Anderson, Maritime Archaeological Analysis of Two Historic Shipwrecks Located During the MH370 Aircraft Search, Raport nr 322, Department of Maritime Archaeology, Western Australian Museum (kwiecień 2018), https://museum.wa.gov.au/maritime-archaeology-db/sites/default/files/no-322-mh370-shipwreck-analysis.pdf. [wróć]
K. Picard, B. Brooke, M.F. Coffin, Geological Insights from Malaysia Airlines Flight MH370 Search, eos.org, https:// eos.org/science-updates/geological-insights-from-malaysia-airlines-flight-mh370-search (dostęp 4 stycznia 2023). [wróć]
Kim Picard, Walter Smith, Maggie Tran, Justy Siwabessy, Paul Kennedy, Increased-Resolution Bathymetry in the Southeast Indian Ocean, hydro-international.com, https://www.hydro-international.com/content/article/increased-resolution-bathymetry-in-the -southeast-indian-ocean (dostęp 4 stycznia 2023). [wróć]
Kim Picard, Brendan P. Brooke, Peter T. Harris, Paulus J.W. Siwabessy, Millard F. Coffin, Maggie Tran, Michele Spinoccia, Jonathan Weales, Miles Macmillan-Lawler, Jonah Sullivan, Malaysia Airlines Flight MH370 Search Data Reveal Geomorphology and Seafloor Processes in the Remote Southeast Indian Ocean, "Marine Geology" 395 (styczeń 2018): 301-19, https://doi.org/10.1016/j.margeo.2017.10.014. [wróć]
Te szacunkowe dane pochodzą z International Census of Marine Microbes (ICoMM), projektu, który był częścią the International Census of Marine Life, globalnej inicjatywy mającej na celu oszacowanie różnorodności i ilości fauny morskiej, spis przeprowadzono między 2000 a 2010 rokiem, http://www.coml.org/international-census-marine-microbes-icomm/ (dostęp 4 stycznia 2023). Także: https://www.calacademy.org/explore-science/microbe-census. [wróć]
Elise Hugus, Finding Answers in the Ocean, whoi.edu.https://www.whoi.edu/oceanus/feature/finding-answers-in-the-ocean/ (dostęp 4 stycznia 2023). [wróć]
Carson, Undersea, s. 4. [wróć]
A.R. Thurber, A.K. Sweetman, B.E. Naraya-naswamy, D.O.B. Jones, J. Ingels and R.L. Hansman, Ecosystem Function and Services Provided by the Deep Sea, "Biogeosciences" 11, nr 14 (lipiec 2014), ss. 3941-3963. [wróć]
Ralph Waldo Emerson, Wybór pism filozoficznych [w przekładzie Zofii Koenig], Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2015, s. 13. [wróć]
Olaus Magnus, A Description of the Northern Peoples, vol. 3, przeł. Peter Fisher i Humphrey Higgens, pod red. Petera Foote, The Hakluyt Society, Londyn 1998, s. 1089. [wróć]
Joshua Mark, Temple at Uppsala, worldhistory.org, https://www.worldhistory.org/Temple_at_Uppsala/ (dostęp 5 stycznia 23). [wróć]
Leena Miekkavaara, Unknown Europe: The Mapping of the Northern Countries by Olaus Magnus in 1539, "Belgeo Revue Belge de Géographie" 3, nr 4 (grudzień 2008), s. 307-324. [wróć]
Zarówno Olaus Magnus, jak i jego brat Johannes zrobili kariery w Kościele rzymskokatolickim: obaj byli katolickimi arcybiskupami Uppsali (choć Olaus tylko tytularnie). [wróć]
W Gdańsku osiadł najpierw jego brat Johannes, a Olaus dołączył do niego, gdy doszło do zerwania Szwecji z Rzymem, i nigdy nie wrócił do ojczyzny. [wróć]
Mowa prawdopodobnie o zleceniu od legata papieskiego: Olaus miał się zająć sprzedażą odpustów, by uzyskane fundusze przeznaczyć na remont bazyliki św. Piotra. [wróć]
Folktales of Norway, pod red. Reidara Christiansena, The University of Chicago Press, Chicago 1964, ss. 30-32. [wróć]
Stanford Encyclopedia of Philosophy, Aristotle's Biology, plato.stanford.edu. https://plato.stanford.edu/entries/aristotle-biology/#Bib (dostęp 5 stycznia 2023). [wróć]
John K. Papadopoulous, Deborah Ruscillo, A Ketos in Early Athens: An Archaeology of Whales and Sea Monsters in the Greek World, "American Journal of Archaeology" 106, nr 2 (kwiecień 2002), ss. 187-227. [wróć]
Charles Singer, A Short History of Biology: A General Introduction to the Study of Living Things, The Clarendon Press, Oxford 1931, s. 26. Singer zauważa: "Wygląda na to, że to Arystoteles jako pierwszy ilustrował swoje rozprawy z dziedziny biologii. W swoich dziełach wielokrotnie odnosi się do rysunków, które niestety nie zachowały się do naszych czasów, jednak ich opisy są często na tyle szczegółowe, że pozwalają nam na ich rekonstrukcję". [wróć]
Magnus, Description of the Northern Peoples, s. 1081. [wróć]
Lindsay J. Starkey, Why Sea Monsters Surround the Northern Lands: Olaus Magnus's Conception of Water, "Preternature" 6, nr 1 (2017), ss. 31-62. [wróć]
Friar Jordanus, Mirabilia Descripta: The Wonders of the East, przeł. Colonel Henry Yule, The Hakluyt Society, Londyn 1863, ss. 1-3. [wróć]
Walter Isaacson, Leonardo, Simon & Schuster, Nowy Jork 2017, rozdział 20, iBooks. [wróć]
Drugi oryginalny egzemplarz Carty Mariny znajduje się w kolekcji map monachijskiej Bayerische Staatsbibliothek. [wróć]
Po śmierci swojego brata Johannesa. [wróć]
Z nieznanych przyczyn większość współczesnych reprodukcji Carty Mariny to wersje kolorowane: w rezultacie utracono wszystkie najważniejsze detale. W oryginale czarno-biała mapa robi ogromne wrażenie, kolorowane wersje są po prostu okropne. [wróć]
Magnus, s. 1096. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Ibidem, s. 1128. [wróć]
Ibidem, s. 1087. [wróć]
Ibidem, s. 1089. [wróć]
Ibidem, s. 1097. [wróć]
Ibidem, ss. 1095-1096. [wróć]
Starkey, ss. 37-38. [wróć]
Edward O. Wilson, Biophilia: The Human Bond with Other Species, Harvard University Press, Cambridge-Londyn 1984, s. 84. [wróć]
Philip Miller, The Gardeners Dictionary Containing the Methods of Cultivating and Improving All Sorts of Trees, Plants, and Flowers, for the Kitchen, Fruit, and Pleasure Gardens, As Also Those Which Are Used in Medicine, John and James Rivington, Londyn 1754, przypis do s. 238. [wróć]
Marta Paterlini, There Shall Be Order: The Legacy of Linnaeus in the Age of Molecular Biology, "Embo Reports" 8, nr 9 (wrzesień 2007), ss. 814-816. [wróć]
Magnus, s.1089. [wróć]
Charles Darwin, The Voyage of the Beagle, P.F. Collier & Son, Nowy Jork, s. 528. [wróć]
Helen Rozwadowski, Fathoming the Ocean: The Discovery and Exploration of the Deep Sea, The Belknap Press of Harvard University Press, Cambridge-Londyn 2005, s. 5. [wróć]
Charles Wyville Thomson, The Depths of the Sea, Macmillan and Company, Londyn 1873, s. 49. [wróć]
H. Noel Humphreys, Ocean Gardens: The History of the Marine Aquarium, Sampson, Low, Son, and Co., Londyn 1856, s. 9. [wróć]
Ibidem, ss. 13-14. [wróć]
Ibidem, s. 111. [wróć]
A.C. Oudemans, The Great Sea-Serpent: An Historical and Critical Treatise, Luzac & Co., Londyn 1892, ss. 271, 347. [wróć]
List J. Cobbina do "Annals and Magazine of Natural History", datowany na 22 stycznia 1872. [wróć]
Thomas Henry Huxley, list do "The Times" (Londyn), styczeń 1893, cytowany w The Huxley File, http://aleph0.clarku.edu/huxley/, http://aleph0.clarku.edu/huxley/UnColl/LonTimes/SeaSerp.html (dostęp 6 stycznia 2023). [wróć]
Louis Agassiz, wykład z 1849 roku, cytowany w: Sherrie Lynne Lyons, Species, Serpents, Spirits, and Skulls, State University of New York Press, Albany 2009, s. 17. [wróć]
Richard Owen, list do "The Times" (Londyn), 11 listopada 1848, cytowany w Oudemans, s. 284. [wróć]
Richard Owen, Memoir on the Pearly Nautilus, Richard Taylor, Londyn 1832, s. 2. [wróć]
Platon, The Collected Dialogues of Plato Including the Letters, pod red: Edith Hamilton i Huntington Cairns, przeł: Lane Cooper i inni, Princeton University Press, Princeton 1961, s. 91. [wróć]
Edward Forbes, The Natural History of the European Seas, pod red. Roberta Godwina-Austena, John Van Voorst, Londyn 1859, s. 3. [wróć]
Thomas R. Anderson, Tony Rice, Deserts on the Sea Floor: Edward Forbes and His Azoic Hypothesis for a Lifeless Deep Ocean, "Endeavour" 30, nr 4 (listopad 2006), ss. 131-137. [wróć]
Forbes, s. 26. [wróć]
Charles Wyville Thomson, The Depths of the Sea, s. 270. [wróć]
W języku angielskim używa się słowa robaki (lub robaki morskie), odnosząc się na przykład do płazińców, nicieni czy pierścienic. [wróć]
James Clark Ross, A Voyage of Discovery and Research in the Southern and Antarctic Regions During the Years 1839-1843, John Murray, Londyn 1847, s. 202. [wróć]
G.C. Wallich, The North-Atlantic Sea-Bed: A Diary of the Voyage on Board H.M.S. Bulldog, in 1860, John Van Voorst, Londyn 1862, s. 68. [wróć]
Ibidem, ss. 63-67. [wróć]
Philip F. Rehbock, Huxley, Haeckel, and the Oceanographers: The Case of Bathybius haeckelii, "Isis" 66, nr 4 (grudzień 1975), ss. 504-533. [wróć]
Charles Wyville Thomson, The Depths of the Sea, 423-24. Wielkie wrażenie, jakie na Thomsonie wywarł widok gąbki szklanej, spotkało się ze sceptycyzmem. "Wszystko, co dziwne i co pochodzi z Japonii, należy traktować jednak z pewną nieufnością. Japończycy są niezwykle pomysłowi, a jednym z ulubionych celów ich błędnie ukierunkowanego przemysłu jest fabrykowanie niemogących istnieć potworów poprzez łączenie ze sobą części zwierząt w przedziwnych kombinacjach". [wróć]
Matheus C. Fernandes, Joanna Aizenberg, James C. Weaver, Katia Bertoldi, Mechanically Robust Lattices Inspired by Deep-Sea Glass Sponges, "Nature Materials" 20 (wrzesień 2020), ss. 237-241. [wróć]
Vikram C. Sundar, Andrew D. Yablon, John L. Grazul, Micha Ilan, Joanna Aizenberg, Fibre-Optical Features of a Glass Sponge, "Nature" 424 (sierpień 2003), ss. 899-900. [wróć]