Głębia w niebie - Vernor Vinge

Reflow text when sidebars are open.
Oczywistym truizmem jest, że świat robi się najprzyjemniejszy w latach Gasnącego Słońca. To prawda, że pogoda nie jest tak intensywna, że wszystko emanuje wrażeniem spowalniania, a większość miejsc doświadcza kilku lat, podczas których lato nie pali, zimy nie są jeszcze przesadnie mroźne. To klasyczna pora romansów. Czas uwodzicielsko skłaniający wyższe stworzenia do relaksu, odkładania. Oraz ostatnia szansa na przygotowanie się do końca świata.
Dobrym zrządzeniem losu Szrekander Podgórny wybrał najpiękniejsze dni Lat Gaśnięcia na swoją pierwszą wyprawę do Dowództwa Lądowego. Szybko zrozumiał, że trafiło mu się podwójne szczęście: krętych nadbrzeżnych dróg nie zaprojektowano z myślą o automobilach, a on sam wcale nie był tak dobrym kierowcą, za jakiego się uważał. Niejednokrotnie wchodził w ostry zakręt z nieprawidłowo przyłożonym pasem napędowym silnika i tylko kierownica oraz hamulce powstrzymywały go przed wyleceniem w mglisty błękit Wielkiego Morza (choć niewątpliwie upadek byłby krótszy, kończąc się w lesie poniżej, to skutek byłby równie śmiertelny).
Uwielbiał to. W ciągu kilku godzin opanował obsługę maszyny i teraz, gdy wychylał się na dwóch kołach, robił to prawie celowo. Jazda była cudowna. Miejscowi nazywali tę drogę Dumą Zgody, a rodzina królewska nigdy nie odważyła się protestować. Był sam środek lata. Las miał pełne trzydzieści lat, w zasadzie będąc tak stary, jak tylko mogły być drzewa, z zielonymi koronami wysoko nad prostymi pniami rosnącymi prawie przy samym brzegu drogi. Do grzędy kierowcy docierała woń kwiatów i leśnej żywicy.
Nie widział wielu innych cywilnych aut. Napotykał mnóstwo wozów ciągniętych przez osprechy, trochę ciężarówek oraz nieprzyjemnie dużą liczbę konwojów wojskowych. Cywile reagowali na niego cudowną mieszanką emocji: irytacją, rozbawieniem, zazdrością. Jeszcze częściej niż w okolicach Princeton widywał dziewki w ciąży i facetów z dziesiątkami dziecięcych bąbli na plecach. Machanie niektórych zdradzało zazdrość o coś więcej niż tylko automobil Szreka. A czasami to ja zazdroszczę im. Przez chwilę bawił się tą myślą, nie próbując jej racjonalizować. Instynkt był czymś bardzo fascynującym, zwłaszcza gdy przyjrzeć mu się od środka.
Mijały mile. Choć jego ciało i zmysły lubowały się jazdą, w głębi umysł Szrekandra nieustannie pracował: uniwersytet, jak przekonać Dowództwo Lądowe do swojego planu oraz niezliczone sposoby, na jakie można by ulepszyć automobil. Późnym popołudniem pierwszego dnia dojechał do małego miasta w lesie. Antyczna tablica głosiła NOCNA GŁĘBIA: Szrekander nie był pewien, czy to nazwa miejsca, czy zwykły opis.
Zatrzymał się przed miejscowym kowalem. Kowal przywitał go takim samym dziwnym uśmieszkiem, jak niektórzy ludzie mijani na drodze.
-?Ładny macie automobil, panie.
Właściwie to był bardzo ładny i drogi automobil, nowiuteńki Relmeitch. Zdecydowanie wykraczał poza możliwości finansowe przeciętnego studenta. Szrekander wygrał go w kasynie dwa dni temu. Miał w tym sporo szczęścia. Jego wygląd był dobrze znany w jaskiniach hazardu w całym Princeton. Gildia właścicieli poinformowała go, że jeśli jeszcze raz przyłapią go na grze w mieście, połamią mu wszystkie ręce. I tak był już gotów opuścić miasto... i naprawdę bardzo chciał poeksperymentować z automobilami.
Kowal obszedł maszynę, udając podziwianie srebrnego obramowania i obrotowych cylindrów.
-?To co, trochę daleko was zaniosło od domu, co? Co zrobicie, jak przestanie działać?
-?Kupię trochę benzyny?
-?Ach, mamy ją. Potrzebna do niektórych sprzętów rolniczych. Ale nie, co będzie, jak się wasza maszyna zepsuje? Wie pan, wszystkie to robią. Są dość delikatne, nie tak jak zwierzęta pociągowe.
Szrekander uśmiechnął się szeroko. Zauważył kadłuby kilku samochodów w lesie za kuźnią. Trafił we właściwe miejsce.
-?To może być problem. Ale widzi pan, mam parę pomysłów. To robota ze skórą i metalem, która może pana zainteresować.
Przedstawił dwa z pomysłów, które przyszły mu do głowy tego popołudnia, rzeczy, których wykonanie powinno być proste. Kowal nie protestował, bardzo chętny do robienia interesów z szaleńcem. Jednak Szrekander musiał zapłacić z góry. Na szczęście waluta Banku Princeton była dla niego akceptowalna.
Później Podgórny przejechał przez małe miasteczko, szukając gospody. Na pierwszy rzut oka było to spokojne miejsce do życia stojące poza upływem czasu. Był tam tradycyjny kościół Mroku, tak skromny i wyblakły, jak powinien o tej porze. Gazety sprzedawane przy poczcie pochodziły sprzed trzech dni. Ich nagłówki były duże i czerwone, krzyczały o wojnie oraz inwazji, ale konwoje Dowództwa Lądowego przetaczające się główną drogą nie wzbudzały większej uwagi.
Okazało się, że Nocna Głębia jest zbyt mała na gospodę. Właściciel poczty dał mu namiary na kilka domów oferujących wynajem pokoi. W miarę jak słońce zaczęło opadać w stronę oceanu, Szrekander jeździł po okolicy, zagubiony zwiedzając okolicę. Las był piękny, ale nie zostawiał wiele miejsca na uprawę. Miejscowi utrzymywali się częściowo z handlu, ale też ciężko pracowali w swoim górskim ogrodzie... i zostały im najwyżej trzy lata dobrych sezonów uprawowych, zanim mrozy zrobią się zabójcze. Lokalne spichlerze wyglądały na pełne, a między wzgórzami nieustannie wędrowały wozy. Gminna głębia znajdowała się gdzieś tam w górę, jakieś piętnaście mil od osady. Nie była duża, ale obsługiwała większość mieszkańców okolicy. Jeśli ci ludzie nie zbiorą teraz dość, z pewnością umrą z głodu w ciągu pierwszych, trudnych lat Wielkiego Mroku. Nawet w rozwiniętej cywilizacji nie można było liczyć na miłosierdzie dla sprawnych osób, które nie odkładały na te lata.
Zachód słońca zastał go na wzniesieniu z widokiem na ocean. Ziemia opadała stromo z trzech stron, od południa w niewielką, zarośniętą drzewami dolinę. Na grzbiecie za dolinką stał dom wyglądający jak jeden z opisanych przez kierownika poczty. Ale Szrekowi wcale się nie śpieszyło, to był najpiękniejszy widok, jaki zobaczył tego dnia. Przyglądał się, jak tartany ciemnieją w ograniczone kolory w miarę zanikania słońca za horyzontem.
Potem zawrócił i ruszył w dół stromej drogi do zarośniętej doliny. Zamknęły się nad nim korony drzew... i zajął się najtrudniejszą jazdą tego dnia, choć poruszał się wolniej, niż ktoś mógłby tu iść. Auto zapadało się i zjeżdżało w głębokie na stopę koleiny. Od ugrzęźnięcia na dobre uchroniły go głównie ciążenie i szczęście. Do czasu dotarcia do strumienia na dole Szrekander poważnie zastanawiał się, czy nie będzie musiał tu zostawić swojej nowej lśniącej maszyny. Rozglądał się. Droga nie była porzucona, koleiny po wózkach były świeże.
Lekka wieczorna bryza przyniosła smród odpadków i gnijących śmieci. Wysypisko? Dziwnie byłoby spotkać coś takiego w głuszy. Przed sobą widział sterty nieokreślonych odpadków, ale był tam też częściowo ukryty za drzewami rozpadający się dom. Miał powykrzywiane ściany, jakby drewno do budowy nie zostało odpowiednio wysuszone. Jego dach się zapadał, a dziury pozatykano wikliną. Trawa między drogą a domem została wyjedzona, co mogło tłumaczyć odpadki: w pobliżu strumienia uwiązano kilka osprechów, trochę w górę strumienia względem domu.
Szrekander stanął. Koleiny drogi znikały w strumieniu dwadzieścia stóp przed autem. Przez chwilę tylko się im przyglądał, przytłoczony. Musieli tu mieszkać rzetelnie zacofani ludzie, całkowicie obcy wszystkiemu, co widział wychowany w mieście Szrekander Podgórny. Zaczął wysiadać z samochodu. Jakie musieli mieć perspektywy! Czego mógł się od nich dowiedzieć? A potem dotarło do niego, że jeśli ich spojrzenie na świat będzie dostatecznie odmienne, ci obcy ludzie mogą nie ucieszyć się z jego obecności.
Zresztą... Szrekander osiadł z powrotem na grzędzie i pewnie chwycił kierownicę, regulację przepustnicy i hamulców. Obserwowały go nie tylko osprechy. Rozejrzał się na wszystkie strony oczami w pełni dostosowanymi już do zmierzchu. Była ich dwójka. Czaili się w cieniach po obu stronach. Nie zwierzęta, nie ludzie. Dzieci? Miały może pięć i dziesięć lat, to mniejsze wciąż z dziecinnymi oczami. Ich spojrzenie było zwierzęce, drapieżne. Podeszły bliżej do auta.
Szrekander zwiększył obroty silnika i ruszył ostro. Tuż przed dotarciem do strumienia zauważył trzecią sylwetkę -?tym razem większą -?ukrywającą się w drzewach nad wodą. Może to i dzieci, ale czekało go poważne starcie z grą w zaczajenie i uderzenie. Szrekander mocno wykręcił kierownicę w prawo, wyskakując z kolein. Znalazł się poza drogą... ale czy na pewno? Przed sobą zobaczył niewyraźne wydrapane rowki: prawdziwy bród!
Wjechał w strumień, rozpryskując wodę wysoko na obie strony. Ten duży w drzewach skoczył. Jedną długą ręką zadrapał bok auta, ale wylądował z boku trasy Szrekandra. A potem Podgórny dotarł do drugiego brzegu i pędził w górę zbocza. Prawdziwa pułapka skończyłaby się tu w ślepym zaułku, ale droga prowadziła dalej, a jego szaleńcza jazda mimo wszystko nie wywróciła pojazdu na bok. Nastąpił jeszcze jeden naprawdę przerażający moment, gdy wyłonił się spomiędzy drzew. Droga zrobiła się bardziej stroma i Relmeitch na chwilę odchylił się do tyłu, obracając się na tylnych kołach. Szrekander rzucił się z grzędy do przodu, a samochód opadł z powrotem i wspiął się na grzbiet wzgórza.
Znalazł się pod domem widzianym z drugiej strony doliny, zaparkował pod gwiazdami i w resztkach światła zmierzchu.
Wyłączył silnik i przez chwilę siedział, łapiąc oddech i słuchając krwi pulsującej w piersi. Panowała cisza. Obejrzał się: nikt go nie ścigał. Zresztą teraz, gdy o tym pomyślał... to było dziwne. Gdy się wcześniej obejrzał, ten duży powoli wychodził ze strumienia, a pozostałe dwa już się odwróciły, jakby straciły zainteresowanie.
Znajdował się przy domu widzianym ze wzgórza. W oknach od przodu pojawiło się światło, a potem otworzyły się drzwi i na ganek wyszła stara kobieta.
-?Kto tu jest? -?zapytała mocnym głosem.
-?Lady Enclearre? -?odezwał się dość piskliwie Szrek. -?Dostałem pani adres od poczmistrza. Powiedział, że ma pani pokój do wynajęcia na noc.
Podeszła od strony kierowcy i obejrzała go z góry na dół.
-?To prawda. Ale jest pan za późno na kolację. Będzie się pan musiał zadowolić zimnymi przekąskami.
-?Ach. Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi.
-?Dobrze. Zapraszam do środka. -?Zaśmiała się i machnęła ręką w stronę doliny, z której udało się Szrekandrowi uciec. -?Przebyłeś długą drogę, synu.
Pomimo zapowiedzi Lady Enclearre dobrze go nakarmiła. Potem usiedli w jej salonie i rozmawiali. Miejsce było czyste, choć zużyte. Nie naprawiono uginającej się podłogi, a miejscami odpadała farba. Dom wyraźnie dobiegał końca swojego czasu. Jednak słaby blask lamp ujawnił regał z książkami stojący między oknami. Mieścił około stu pozycji, głównie podręczników dla dzieci. Stara kobieta (a była naprawdę stara, urodzona dwa pokolenia wcześniej od Szreka) była emerytowaną gminną nauczycielką. Jej mąż nie przetrwał ostatniego Mroku, ale miała dorosłe dzieci -?teraz już dorosłych chłopów żyjących pośród okolicznych wzgórz.
Lady Enclearre w niczym nie przypominała miejskiej nauczycielki.
-?Och, trochę podróżowałam. Kiedy byłam młodsza od pana, żeglowałam po zachodnim morzu.
Żeglarka! Szrekander z nieukrywanym zachwytem słuchał jej opowieści o huraganach, lodowych zawiejach i wybuchach lodowych gór. Niewielu ludzi było dość szalonych, by zostać żeglarzami, nawet w Latach Gaśnięcia. Lady Enclearre miała szczęście, że przeżyła dość długo, by dorobić się dzieci. Może właśnie dlatego w kolejnym pokoleniu osiadła i zajęła się uczeniem, pomagając mężowi wychowywać maluchy. Każdego roku studiowała podręczniki do następnej klasy, pozostając o rok przed dziećmi gminy, aż do ich dorosłości.
W tej Jasności nauczała kolejne pokolenie. Kiedy dorosło, zaczął jej doskwierać własny wiek. Wielu ludzi dożywało trzeciego pokolenia, ale niewielu potrafiło je całe przeżyć. Lady Enclearre była zdecydowanie zbyt słaba, by mogła sama przygotować się na nadchodzący Mrok. Jednak miała swój kościół i pomoc dzieci, więc będzie miała szansę zobaczyć czwarty Czas Jasności. A na razie zajmowała się plotkowaniem i lekturą. Okazywała nawet zainteresowanie wojną, choć tylko jako ciekawy widz.
-?Jak dla mnie to powinniśmy wsadzić Tieferom tunel w zadek. Mam w Forcie dwie prasiostrzenice i jestem z nich bardzo dumna.
Słuchając jej, Szrekander wyglądał przez szerokie, dobrze oszklone okna Lady Enclearre. Tu gwiazdy świeciły tak jasno tysiącem kolorów, że rozjarzały nawet słabo szerokie liście w lesie na wzgórzach. W okna nieustannie uderzały drobne leśne wróżki, a z okolicznych drzew dochodziła ich rytmiczna pieśń.
Niespodziewanie odezwał się bęben. Był głośny, z wibracjami docierającymi przez czubki stóp i pierś w równym stopniu co przez uszy. Doszło kolejne dudnienie, wchodząc w synchronizację z pierwszym i od niego dryfując.
Lady Enclearre zamilkła, wsłuchując się w odgłosy.
-?Obawiam się, że to może trwać godzinami.
-?Sąsiedzi? -?Szrekander machnął na północ, w stronę małej doliny. Ciekawe, że poza wcześniejszym komentarzem o "przybyciu z daleka" nie powiedziała nic na temat tych dziwnych ludzi w dolince.
...I może teraz też tego nie zrobi. Lady Enclearre zaskrzypiała na swojej grzędzie, jej pierwsza dłuższa chwila ciszy, od kiedy tu dotarł.
-?Zna pan bajkę o Leniwych Leśnych Wróżkach? -?zapytała w końcu.
-?Oczywiście.
-?Robiłam z niej ważną część katechizmu, zwłaszcza dla pięcio- i sześciolatków. Potrafią się odnieść do świerszczy, bo wyglądają jak mali ludzie. Obserwowaliśmy, jak rosną im skrzydła, i opowiadałam im o tych, które nie przygotowują się na Mrok, tych, które się bawią, aż robi się za późno. Można z tego zrobić straszną historię. -?Zasyczała gniewnie w swoje jedzeniowe ręce. -?Jesteśmy tu bardzo biedni. Dlatego poszłam na morze i dlatego w końcu wróciłam, żeby spróbować pomóc. Były takie lata, że całą moją zapłatą za uczenie były weksle rolników. Ale chcę, żebyś wiedział, młody człowieku, że jesteśmy dobrymi ludźmi... Tylko że czasami zdarza się, że jakieś chłopy i baby wybierają życie szkodników. Bardzo niewielu i przeważnie głębiej między wzgórzami.
Szrekander opisał pułapkę na dnie dolinki.
Lady Enclearre pokiwała głową.
-?Domyśliłam się, że było to coś takiego. Przyjechał pan tu, jakby się za panem paliło. Miał pan szczęście, że wydostał się z tego z autem, ale nie groziło panu wielkie niebezpieczeństwo. To gdyby pan się przy nich nie ruszał, mogliby pana skopać na śmierć, ale w zasadzie są zbyt leniwi, żeby stanowić poważne zagrożenie.
Oj. Prawdziwi dewianci. Szrekander próbował ukryć odczuwane zainteresowanie.
-?A ten hałas to...?
Enclearre machnęła lekceważąco.
-?Może muzyka. Myślę, że jakiś czas temu zdobyli zapas mocniejszych dopalaczy. Ale to tylko objaw... nawet jeśli czasami nie daje mi spać w nocy. Nie. Wie pan, co naprawdę czyni z nich szkodniki? Nie planują na Mrok... i skazują własne dzieci. Ta para w dolince to ludzie ze wzgórz, którzy nie mieli cierpliwości do uprawy roli. Czasami coś robili, chodząc od gospodarstwa do gospodarstwa i pracując tylko, gdy nie mogli niczego ukraść. W środkowych latach słońca życie jest łatwe. A przez cały ten czas się puszczali, robiąc ciągły strumień maluchów... Jest pan młody, panie Podgórny, może trochę chroniony. Nie wiem, czy zdaje sobie pan sprawę, jak trudno jest zapłodnić kobietę przed Latami Gaśnięcia. Wychodzi z tego jeden albo dwa małe bąble... a każda przyzwoita kobieta je zerwie. Tylko że szkodniki w dolinie rżną się ze sobą przez cały czas. Facet zawsze nosi na plecach jeden czy dwa bąble. Bogu dzięki, prawie zawsze umierają. Ale raz na jakiś czas dorastają do etapu niemowląt. Niewiele dożywa do dzieciństwa, ale wtedy przez lata są traktowane jak zwierzęta. Większość jest kompletnymi idiotami.
Szrekander przypomniał sobie drapieżne spojrzenia. Te maluchy były tak bardzo różne od tego, co pamiętał z dzieciństwa.
-?Ale z pewnością jakieś uciekają? Któreś dożywają dorosłości?
-?Niektóre tak. Wtedy robią się niebezpieczne, bo pojmują, co je ominęło. Czasami robi się tu nieprzyjemnie. Kiedyś hodowałam minitaranty; wie pan, do towarzystwa i zarobienia paru groszy, ale wszystkie zostały skradzione albo znajdowałam na schodach ich wyssane do sucha korpusy. -?Przez jakiś czas milczała, wspominając je. -?Idiotom wpadają w oczy błyskotki. Przez jakiś czas był tu gang, który wymyślił, jak włamać się do mojego domu. Kradli głównie cukierki. A potem jednego dnia ukradli wszystkie obrazy, nawet te z książek. Potem już solidnie zamykałam drzwi. W jakiś sposób włamali się ponownie... i zabrali resztę moich książek! Wciąż wtedy jeszcze uczyłam i bardzo ich potrzebowałam. Gminna konstabl zgarnęła ich za to, ale oczywiście nie znalazła żadnych książek. Musiałam kupić nowe podręczniki nauczycielskie na dwa ostatnie lata szkoły. -?Machnęła w stronę górnych rzędów regału, na zużyte kopie kilkunastu książek. Te na dolnych półkach też wyglądały na podręczniki aż do pierwszych klas, ale były nowe i nietknięte. Dziwne.
Podwójne bębnienie zgubiło synchronizację, a potem powoli wygasło w ciszę.
-?Tak więc, panie Podgórny, niektóre z urodzonych poza fazą maluchów dożywają dorosłości. I prawie mogą uchodzić za chłopów z bieżącego pokolenia. W pewien sposób stają się szkodnikami następnego pokolenia. Za parę lat sytuacja zrobi się nieprzyjemna. Tak jak leniwe leśne wróżki, ci ludzie zaczną odczuwać zimno. Bardzo niewielu trafi do gminnej głębi. Reszta pozostanie wśród wzgórz. Wszędzie tu są jaskinie, niewiele lepsze od głębi zwierząt. Tam właśnie nasi najbiedniejsi farmerzy spędzają Mrok. Tam właśnie pozafazowe szkodniki robią się śmiertelnie niebezpieczne.
Staruszka zauważyła jego spojrzenie. Uśmiechnęła się drapieżnie.
-?Wątpię, żebym zobaczyła kolejny Blask słońca, ale to nie szkodzi. Moje dzieci przejmą tę ziemię. Jest tu ładny widok, może zbudują gospodę. Ale jeśli przeżyję Mrok, postawię tu małą budkę i wystawię wielki znak prowadzący do najstarszej baby żyjącej w gminie... I będę patrzeć z góry na dolinę. Mam nadzieję, że wymyje ją do czysta. Jeśli szkodniki wrócą, to pewnie dlatego, że wymordują rodzinę jakiegoś biednego rolnika i przejmą jego głębię.
Później Lady Enclearre skierowała rozmowę na inne tematy, pytając o życie w Princeton i dzieciństwo Szreka. Powiedziała, że teraz, gdy zdradziła mroczne sekrety gminy, powinien jej wyjawić, co robił, jadąc automobilem do Dowództwa Lądowego.
-?Cóż, myślałem o zgłoszeniu się. -?Tak naprawdę Szrekander zamierzał przekonać Dowództwo do przyjęcia jego planów, nie odwrotnie. Takie podejście do życia doprowadzało profesorów na uniwersytecie do szaleństwa.
-?Hmm, hmm. Daleka droga do przebycia, skoro mógł się pan zgłosić na służbę w samym Princeton. Zauważyłam, że bagaż z tyłu pańskiego auta jest niemal tak wielki jak rolniczy wózek. -?Z ciekawością zamachała jedzeniowymi rękami.
Szrekander tylko się uśmiechnął.
-?Przyjaciele ostrzegli mnie, żebym zabrał dużo części zamiennych, jeśli chcę zwiedzać Dumę Zgody automobilem.
-?No tak, nie wątpię. -?Wstała z pewnym wysiłkiem, podpierając się zarówno środkowymi rękami, jak i stopami. -?Cóż, ta staruszka potrzebuje trochę snu, nawet w tak miły letni wieczór w tak dobrym towarzystwie. Śniadanie będzie w okolicach wschodu.
Zaprowadziła go do pokoju, upierając się przy wejściu na schody, by pokazać mu, jak otworzyć okna i rozłożyć grzędę do spania. Pokój był niewielki, z tapetą odpadającą ze starości. Kiedyś musiał być przeznaczony dla dzieci.
-?Wygódka jest na zewnątrz, za domem. Nie mamy tu miejskich luksusów, panie Podgórny.
-?Poradzę sobie, droga pani.
-?No to dobrej nocy.
Zaczęła już schodzić na dół, gdy przyszło mu do głowy jeszcze jedno pytanie. Zawsze było jeszcze jedno pytanie. Wysunął głowę zza drzwi sypialni.
-?Ma pani teraz tyle książek, Lady Enclearre. Czy gmina kupiła pani w końcu pozostałe?
Zatrzymała się w ostrożnym schodzeniu po schodach i roześmiała cicho.
-?Tak, po latach. I to też niezła opowieść. To nowy ksiądz w naszej parafii, nawet jeśli drogi chłop nie chce się do tego przyznać. Musiał wydać na to własne pieniądze. Ale któregoś dnia pojawiła się pod moimi drzwiami przesyłka, prosto od wydawców w Princeton, z nowymi kopiami podręczników nauczycielskich dla każdej klasy. -?Machnęła ręką. - Głuptas. Ale wszystkie te książki trafią ze mną do głębi. Dopilnuję, by trafiły do tego, kto będzie uczył następne pokolenie gminnych dzieci. - I ruszyła dalej w dół schodów.
Szrekander usadowił się na grzędzie do spania, poprawiając się, aż jej nierówna wyściółka wygodnie się ułożyła. Był bardzo zmęczony, ale sen nie chciał przyjść. Okna małego pokoju wychodziły na dolinę. Światło gwiazd odbijało kolor spalonego drewna od wąskiej strużki dymu. Dym emitował swoje własne ciemonczerwone światło, ale nie niósł ze sobą iskier żywego ognia. Pewnie nawet dewianci sypiają.
Od drzew wokół dochodziły dźwięki leśnych wróżek, drobnych stworzeń parzących się i zbierających żywność. Szrekander pożałował, że nie ma czasu na trochę entomologii. Brzęczenie stworzeń narastało i cichło. Kiedy był mały, słyszał historię o leniwych leśnych wróżkach, ale pamiętał też głupie wierszyki, które układali do wróżkowej muzyki. "Tu ciekawie, tam ciekawie, świat poznajmy przy zabawie". Zabawna pioseneczka jakby ukrywała się za rytmicznym dźwiękiem.
Słowa i niekończąca się melodia w końcu ukołysały go do snu.
Szrekander dotarł do Dowództwa Lądowego po dwóch kolejnych dniach. Mogłoby to potrwać dłużej, gdyby nie to, że przeprojektowany przez niego pas transmisyjny auta pozwolił mu na bezpieczniejsze pokonywanie zakrętów. Mogłoby to też zająć mniej czasu, gdyby nie trzy awarie, których doznał po drodze, włącznie z pęknięciem cylindra. Kiedy mówił Lady Enclearre, że jego bagaż mieści części zamienne, raczej starał się uniknąć odpowiedzi, niż ją okłamywać. Naprawdę miał ich tam trochę: rzeczy, których nie zdołałby stworzyć samodzielnie w jakiejś wiejskiej kuźni.
Było późne popołudnie, gdy pokonał ostatni zakręt i pierwszy raz zobaczył długą dolinę mieszczącą Dowództwo Lądowe. Rozciągało się na wiele mil, wgryzając się prosto w góry, ze ścianami doliny tak wysokimi, że części jej dna już kryły się w zmierzchu. Odległy koniec zrobił się błękitnawy z oddalenia, a ze szczytów powyżej majestatycznie i wolno spływały Królewskie Wodospady. Turyści nie mieli szans zbliżyć się do nich bardziej. Prawa do tej ziemi i leżącej pod górą głębi miała rodzina królewska, należały do niej od czasów, gdy było to jeszcze księstwo z ambicjami, czterdzieści Mroków temu.
Szrekander zjadł dobry posiłek w ostatniej małej gospodzie, zatankował auto i skierował się ku terenom królewskim. List od kuzyna pozwolił mu pokonać zewnętrzne punkty kontrolne. Otwarto przed nim szlabany, a znudzeni żołnierze w burej zieleni pozwolili mu przejechać. Były tam koszary, place defiladowe oraz -?ukryte za potężnymi nasypami -?magazyny amunicji. Jednak Dowództwo Lądowe nigdy nie było zwykłą instalacją wojskową. Podczas wczesnych dni Zgody były to głównie królewskie place zabaw, ale później, pokolenie za pokoleniem, administracja rządowa robiła się coraz bardziej stateczna, racjonalna i pozbawiona romantyzmu. Dowództwo Lądowe dorosło do swej nazwy i stało się siedzibą głównego sztabu Zgody. A później przerodziło się w coś jeszcze większego: ośrodek najbardziej zaawansowanych badań wojskowych Zgody.
I to właśnie najbardziej interesowało Szrekandra Podgórnego. Nie zwalniał, żeby się gapić: żandarmeria wojskowa bardzo stanowczo nakazała mu udać się wprost do oficjalnego celu. Z drugiej strony nikt nie zabraniał mu rozglądać się na wszystkie strony, obracając się przy tym lekko na grzędzie. Jedynym, co pozwalało na identyfikację budynków, były dyskretnie rozmieszczone plakietki z numerami, choć przeznaczenie niektórych było dość oczywiste. Telegrafia bezprzewodowa: długie baraki pełne najdziwniejszych masztów radiowych. Heh, jeśli wszystko zorganizowano, jak należy, budynek obok powinien mieścić akademię szyfrantów. Z drugiej strony drogi rozciągało się pole asfaltu gładszego od jakiejkolwiek drogi. Nie było niczym dziwnym, że na jego dalszym końcu stały dwa jednoskrzydłowe samoloty. Szrekander dużo by oddał, by zobaczyć, co kryło się za nimi, pod brezentami. Jeszcze dalej z trawnika przed budynkiem wystawał stromo pysk wielkiej maszyny tunelującej. Niemożliwy kąt urządzenia wywoływał wrażenie szybkości i przemocy, do jakiej miałby być zdolny ten najwolniejszy środek lokomocji.
Zbliżał się do końca doliny. Górowały nad nim Królewskie Wodospady, rozciągając w powietrzu tęczę tysiąca barw. Minął coś, co zapewne było biblioteką, objechał krąg parkingowy w królewskich kolorach i standardową rzeźbę Sięgania po Zgodę. Kamienne budynki wokół kręgu tworzyły szczególną część mistyki Dowództwa Lądowego. Dzięki złożeniu szczęścia i osłony potrafiły przetrwać każde Nowe Słońce z niewielkimi uszkodzeniami, nie płonęła nawet ich zawartość.
Treść tablicy głosiła BUDYNEK 5007. Biuro Badań Materiałów, według wskazówek wręczonych mu przez wartownika. Dobrym znakiem było to, że znajdowało się w samym środku wszystkiego. Zaparkował między dwoma innymi automobilami, które stały już na poboczu ulicy. Lepiej się nie wyróżniać.
Wchodząc po schodach, zauważył, że słońce zachodzi niemal dokładnie tam, skąd przyjechał. Było już poniżej najwyższych grani. Stojąca na samym środku kręgu drogowego rzeźba Sięgania po Zgodę rzucała na trawnik długie cienie. Z jakiegoś powodu podejrzewał, że zwykła baza wojskowa nie wyglądała aż tak pięknie.
Sierżant trzymał list Szrekandra z wyraźnym niesmakiem.
-?To kim jest ten kapitan Podgórny...
-?Och, nie jesteśmy spokrewnieni, sierżancie. On...
-?...i czemu jego życzenia miałyby coś dla nas znaczyć?
-?Ach, jeśli przeczyta pan dalej, dowie się pan, że jest adiutantem pułkownika Castlewortha, Grzęda Królewska QM.
Sierżant wymamrotał coś brzmiącego jak "durna ochrona na bramie". Z rezygnacją przysiadł swoje całkiem spore ciało.
-?No dobrze, panie Podgórny, na czym polega pański proponowany wkład w działania wojenne?
Coś w nim wyglądało nie tak. W końcu Szrekander zauważył, że sierżant ma usztywnienia medyczne na wszystkich lewych nogach. Rozmawiał z prawdziwym weteranem wojennym.
Nie będzie mu łatwo sprzedać swoje pomysły. Zdawał sobie sprawę, że nawet wobec przychylnych słuchaczy nie sprawiał wielkiego wrażenia: był młody, zbyt chudy, by wyglądać przystojnie, rodzaj niezdarnego mądrali. Miał nadzieję, że będzie mógł porozmawiać z oficerem inżynierii.
-?No cóż, sierżancie, przez ostatnie trzy pokolenia wy, wojskowi, próbowaliście zdobyć przewagę, działając dłużej w Mroku. Z początku było to tylko kilkaset dni, dość długo, by podłożyć niespodziewane miny lub wzmocnić fortyfikacje. Potem rok albo dwa, co wystarczyło na wyprowadzenie dużej liczby wojsk na pozycję do ataku z kolejnym Nowym Słońcem.
Sierżant -?wedle plakietki nazywał się HRUNKNER UNNERBY -?tylko na niego patrzył.
-?Wszyscy wiedzą, że obie strony na froncie wschodnim prowadzą bardzo intensywne prace polegające na kopaniu tuneli, że w końcu może dojść do prowadzenia potężnych bitew nawet dziesięć lat po zapadnięciu Mroku.
Unnerby'ego naszła radosna myśl i jego grymas się nasilił.
-?Jeśli tak pan myśli, powinien pan rozmawiać z Kopaczami. Tutaj mamy badania materiałów, panie Podgórny.
-?Och, dobrze wiem. Jednak bez badań nad materiałami nie będziemy mieć szans na przetrwanie w naprawdę zimnych czasach. A ponadto... moje plany nie mają żadnego związku z tunelowaniem. -?To ostatnie powiedział dość szybko.
-?To co w takim razie?
-?Ja... proponuję wybranie odpowiednich celów Tiefstadtczyków, obudzenie się w najgłębszym Mroku, przejście do nich na powierzchni i ich zniszczenie. -?To zebrało wszystkie niemożliwości w jedno zwięzłe zdanie. Uniósł ręce, wyprzedzając protest. -?Pomyślałem o każdej z wiążących się z tym trudności, sierżancie. Mam rozwiązania albo początki rozwiązań...
Unnerby przerwał mu prawie łagodnym głosem.
-?W najgłębszym Mroku, mówisz? I jesteś badaczem z Uniwersytetu Królewskiego w Princeton? -?Tak przedstawił to w liście kuzyn Szrekandra.
-?Tak, z matematyki i...
-?Zamknij się. Czy masz jakieś pojęcie, ile milionów korona wydaje na badania wojskowe w miejscach takich jak Uniwersytet Królewski? Masz pojęcie, jak ściśle kontrolujemy poważne prace, które się tam wykonuje? Boże, jak ja was nienawidzę, zachodnie snoby. Najgorsze, czym musicie się martwić, to przygotowanie na Mrok, a ledwie sobie z tym radzicie. Gdybyś miał choć trochę sztywny pancerz, już dawno byś się zaciągnął. Ludzie teraz giną na wschodzie, chłopie. Kolejne tysiące zginą nieprzygotowane na Mrok, jeszcze więcej polegnie w tunelach, oraz niezliczone rzesze zginą, gdy rozjarzy się Nowe Słońce i nie będzie niczego do jedzenia. A ty mi tu siedzisz, opowiadając bzdurne androny. - Unnerby urwał i jakby trochę się opanował. -?Ach, ale opowiem ci zabawną historię, zanim wykopię twój zadek z powrotem do Princeton. Widzisz, jestem trochę niezrównoważony. -?Pomachał lewymi nogami. -?Różnica zdań z szatkownicą. Do czasu, aż wydobrzeję, pomagam odsiać durne pomysły, które przysyłają nam ludzie twojego pokroju. Na szczęście większość bzdur dociera tu pocztą. Mniej więcej raz na dziesięć dni jakiś chłop ostrzega nas przed niskotemperaturową odmianą allotropową cyny...
Ups, może rozmawiam z inżynierem!
-?...i że nie powinniśmy używać jej do lutowania. Przynajmniej fakty są prawdziwe, po prostu marnują nasz czas. Ale zdarzają się też i tacy, którzy właśnie przeczytali coś o radzie i uznali, że powinniśmy produkować z niego głowice tunelujące. Prowadzimy tu między nami niewielki konkurs na to, kto dostanie największego idiotę. Mam wrażenie, panie Podgórny, że właśnie zrobił mnie pan zwycięzcą. Wymyślił pan obudzenie się pośrodku Mroku, a potem przejście na powierzchni w temperaturach niższych, niż potrafimy wytworzyć w najlepszych laboratoriach komercyjnych oraz próżni rzadszej, niż umiemy zrobić. - Unnerby urwał. Czyżby dotarło do niego, że zdradził odrobinę tajnych informacji?
Potem do Szrekandra dotarło, że sierżant patrzy na coś w miejscu, którego on sam nie ogarniał wzrokiem.
-?Porucznik Kowal! Dzień dobry. -?Sierżant prawie stanął na baczność.
-?Dzień dobry, Hrunkner. -?Jego rozmówczyni weszła w pole widzenia.
Była... piękna. Nogi miała szczupłe, twarde i wykrzywione, a każdy ruch emanował wdziękiem. Ubrana była w czarny mundur, którego Szrekander nie rozpoznał. Jedynymi emblematami były oczka stopnia i plakietka z nazwiskiem. Wiktoria Kowal. Wyglądała niemożliwie młodo. Urodzona poza fazą? Może tak, a przesadna oznaka szacunku ze strony podoficera była rodzajem drwiny.
Porucznik Kowal zwróciła uwagę na Szrekandra. Wydawała się przyjazna w odległy, niemal rozbawiony sposób.
-?No dobrze, panie Podgórny, jest pan badaczem na wydziale matematyki Uniwersytetu Królewskiego.
-?Właściwie bardziej doktorantem... -?Jej spojrzenie domagało się bardziej szczerej odpowiedzi. -?Uch, matematyka to tylko specjalizacja wymieniona w moim oficjalnym programie. Zaliczyłem dużo kursów na wydziale medycyny oraz inżynierii mechanicznej. -?Na wpół spodziewał się, że Unnerby rzuci jakimś obraźliwym komentarzem, ale sierżant niespodziewanie zrobił się bardzo cichy.
-?W takim razie rozumie pan naturę najgłębszego Mroku, ultraniskie temperatury i twardą próżnię.
-?Tak jest, proszę pani. I bardzo poważnie rozważyłem te problemy. - Poświęcając im niemal pół roku, ale lepiej tego nie mówić. -?Mam mnóstwo pomysłów i trochę wstępnych projektów. Niektóre rozwiązania są biologiczne i na razie nie mam wiele do pokazania. Ale przywiozłem prototypy dla części mechanicznych aspektów projektu. Są w moim automobilu.
-?Ach tak. Zaparkowanym między autami generałów Greenvala i Downinga. Może powinniśmy się im przyjrzeć... i przestawić pańskie auto w bezpieczniejsze miejsce.
Pełne zrozumienie było odległe o całe lata, ale w tej chwili Szrekander Podgórny doznał pierwszego oświecenia. Ze wszystkich osób w Dowództwie Lądowym -?ze wszystkich osób na całym świecie -?nie mógł trafić na lepszą słuchaczkę niż porucznik Wiktoria Kowal.
W ostatnich latach Gasnącego Słońca pojawiają się burze, często bardzo gwałtowne. Jednak nie niosą one ze sobą parującej, wybuchowej agonii burz Nowego Słońca. Wiatry i zawieje śnieżne nadchodzącego Mroku bardziej kojarzą się ze śmiertelnie dźgniętym światem, rzucającym się słabo wraz z wyciekającą życiodajną krwią. Krwią świata jest jego ciepło, a w miarę jak wycieka w Mrok, świat z każdą chwilą ma coraz mniej sił na protesty.
Nadchodzi taka chwila, gdy na niebie wraz ze słońcem w południe widać setkę gwiazd. A potem tysiąc, aż w końcu słońce przestaje przygasać... i jest to pełne nadejście Mroku. Większe rośliny już dawno wymarły, z pyłem zarodników ukrytych głęboko pod śniegami. Niższe zwierzęta odeszły w ten sam sposób. Plamy szumowin na śniegu, okazjonalny słaby blask życia wokół odsłoniętych zwłok: duchy umarłych, jak napisał klasyczny poeta, choć późniejsi naukowcy odkryli w nich bakterie. Jednak na powierzchni wciąż są żywi ludzie. Niektórzy masakrowani, powstrzymani przez silniejsze plemiona (lub silniejsze państwa) od wkroczenia w głębokie schronienia, inni są ofiarami powodzi lub trzęsień ziemi, które zniszczyły ich odwieczne głębie. W dawnych czasach był tylko jeden sposób na odkrycie, czym naprawdę może być Mrok: pozostać na powierzchni i może zdobyć nieśmiertelność przez spisanie tego, co się tam zobaczyło, oraz zabezpieczenie notatek tak dobrze, że przeżyły ognie Nowego Słońca. A czasami jeden z pozostałych na górze przeżywał więcej niż rok czy dwa w Mrok, dzięki wyjątkowym okolicznościom lub dobremu planowaniu i pragnieniu zajrzenia w serce Mroku. Pewien filozof przeżył tak długo, że jego ostatni zapis został uznany za szaleństwo lub metaforę przez tych, którzy znaleźli jego słowa wycięte w kamieniu nad swoją głębią: "a suche powietrze zmienia się w szron".
Propaganda Korony i Tiefstadtu zgadzała się w jednym: ten Mrok będzie inny od wszystkich wcześniejszych. To będzie pierwszy Mrok bezpośrednio zaatakowany przez naukę na usługach wojny. Podczas gdy miliony obywateli wycofywały się do spokojnych przystani tysięcy głębi, armie obu stron nie przestawały walczyć. Często walczono w otwartych okopach, ogrzewanych przez ognie nagrzewnic, ale większe zmiany zaszły pod ziemią, w tunelach sięgających głęboko pod liniami frontu z obu stron. Tam, gdzie tunele się przecinały, rozgrywały się zażarte starcia z użyciem broni maszynowej i trujących gazów. Tam, gdzie się nie przecinały, drążenie tuneli ciągnęło się przez kredowe skały frontu wschodniego, jard za jardem, dzień za dniem, jeszcze długo po zakończeniu walk na powierzchni.
Pięć lat po rozpoczęciu Mroku kampanię pod wschodnim frontem kontynuowała już tylko techniczna elita, może dziesięć tysięcy po stronie Korony. Nawet na tych głębokościach temperatura była daleko poniżej zera. Do zajętych tuneli świeże powietrze pompowane było przez nagrzewnice, ale ostatnie otwory powietrzne wkrótce pokryje lód.
-?Od prawie dziesięciu dni nie słyszeliśmy żadnej aktywności Tiefstadtczyków. Dowództwo tunelowe nie przestaje sobie gratulować.
Generał Greenval wrzucił do paszczy aromatyzer i schrupał go głośno. Szef wywiadu Zgody nie słynął ze zdolności dyplomatycznych, a w ciągu ostatnich dni zrobił się wyraźnie bardziej zrzędliwy. Był starym chłopem i choć warunki w Dowództwie Lądowym mogły być teraz lepsze niż gdziekolwiek indziej na świecie, nawet tutaj wkraczali w ekstremalną fazę. W bunkrach przylegających do Królewskiej Głębi aktywnych było może jeszcze pięćdziesiąt osób. Z każdą godziną powietrze robiło się trochę bardziej stęchłe. Greenval już ponad rok temu zrezygnował ze swojej eleganckiej biblioteki. Teraz jego biuro zajmowało przestrzeń o wymiarach dwadzieścia na dziesięć na cztery stopy w niezajętym miejscu nad sypialnią. Ściany małego pomieszczenia pokrywały mapy, a większość przestrzeni zajmował stół z raportami z dalekopisów przewodowych. Łączność radiowa zawiodła ostatecznie jakieś siedemdziesiąt dni temu. W ciągu poprzedzającego to roku radiowcy Korony eksperymentowali z coraz potężniejszymi nadajnikami i pojawiła się nadzieja, że łączność radiowa będzie dostępna aż do końca, ale nie, teraz zostały im tylko telegrafia i radio w zasięgu wzroku. Greenval popatrzył na swojego gościa, zdecydowanie ostatniego w Dowództwie Lądowym od ponad dwustu lat.
-?No dobrze, pułkownik Kowal, właśnie wróciła pani ze wschodu. Czemu nie słyszę od pani okrzyków radości? Wytrwaliśmy dłużej od przeciwnika.
Uwagę Wiktorii Kowal pochłaniał peryskop generała. To on był powodem, dla którego Greenval tutaj urządził swoje biuro: ostatni widok na świat. Królewskie Wodospady zamarły ponad dwa lata temu, sięgała wzrokiem aż do końca doliny. Ciemny ląd, teraz trwale pokryty szronem powstającym nieustannie na skałach i lodzie. Osadzający się z atmosfery dwutlenek węgla. Jednak Szrekander zobaczy świat dużo zimniejszy od tego.
-?Pani pułkownik?
Kowal cofnęła się od peryskopu.
-?Przepraszam, generale... Całym sercem podziwiam kopaczy. -?A przynajmniej oddziały, które faktycznie zajmują się kopaniem. Była w ich polowej głębi. -?Ale minęły całe dnie, od kiedy mogli dotrzeć do pozycji wroga. Po Mroku mniej niż połowa będzie w formie do walki. Obawiam się, że Dowództwo tunelowe błędnie wybrało punkt przerwania działań.
-?Owszem. -?Niechętnie. -?Dowództwo tunelowe zdobyło rekord najdłużej utrzymywanych działań, ale Tieferczycy zyskali na wcześniejszym zakończeniu. -?Westchnął i powiedział coś, co w każdych innych okolicznościach mogłoby go kosztować degradację, ale gdy jest się pięć lat po końcu świata, wokół nie ma wielu ludzi, którzy mogliby podsłuchiwać. -?Wie pani, Tieferczycy nie są tacy źli. Jeśli spojrzy się z perspektywy czasu, niektórzy z naszych sojuszników są dużo gorsi, czekając, aż Korona i Tiefstadt wzajemnie się zniszczą. To właśnie sytuacja, którą powinniśmy planować, myśleć o następnych wrogach, którzy nas zaatakują. Wygramy tę wojnę, ale jeśli mamy to zrobić tunelami i Kopaczami, to będziemy walczyć jeszcze całe lata po nadejściu Nowego Słońca.
Z naciskiem chrupnął aromatyzerem i dźgnął przednią ręką w stronę Kowal.
-?Pani projekt to nasza jedyna szansa doprowadzenia tego do czystego końca.
Kowal odpowiedziała bardzo szybko.
-?A ta szansa byłaby jeszcze większa, gdyby pozwolił mi pan zostać z zespołem.
Greenval zignorował jej skargę.
-?Zajmujesz się tym projektem już siedem lat, Wiktorio. Naprawdę sądzisz, że może się udać?
Może to stęchłe powietrze sprawiało, że wszyscy robili się otępiali. Niezdecydowanie kompletnie nie pasowało do publicznego obrazu Struta Greenvala. Znała go od dziewięciu lat. W towarzystwie najbardziej zaufanych osób Greenval okazywał bardzo otwarty umysł... aż do momentu, gdy konieczne było podjęcie ostatecznych decyzji. Wtedy stawał się człowiekiem bez cienia wątpliwości, stając naprzeciw całych szeregów generałów, a nawet doradców politycznych króla. Nigdy jeszcze nie słyszała z jego ust tak smutnego, zagubionego pytania. Teraz dostrzegła w nim bardzo starego człowieka, który za kilka godzin podda się Mrokowi, być może już po raz ostatni. Zrozumienie było jak oparcie się o znajomą barierkę i poczucie, że ustępuje pod naporem.
-?Sir, dobrze wybraliśmy nasze cele. Jeśli zostaną zniszczone, Tiefstadt powinien poddać się niemal natychmiast. Zespół Podgórnego jest w jeziorze niecałe dwie mile od celów.
Co samo w sobie było niezwykłym osiągnięciem. Jezioro znajdowało się blisko najważniejszego ośrodka logistycznego Tiefstadtu, sto mil w głębi terytorium Tieferczyków.
-?Unnerby, Podgórny i pozostali muszą tylko przejść krótki dystans, sir. Przetestowaliśmy ich skafandry i egzotermy pod kątem znacznie dłuższego czasu używania i warunków niemal równie...
Greenval uśmiechnął się słabo.
-?Tak, wiem. Sam dostatecznie często wciskałem te liczby w gardła sztabu generalnego. Ale teraz naprawdę to zrobimy. Pomyśl, co to oznacza. W ciągu kilku ostatnich pokoleń my, wojskowi, dopuściliśmy się paru zbezczeszczeń na obrzeżach Mroku, ale zespół Unnerby'ego zobaczy sam środek najgłębszego Mroku. Jak to naprawdę może wyglądać? Tak, sądzimy, że wiemy: zamrożone powietrze i próżnia. Ale to wszystko domysły. Nie jestem religijny, pułkownik Kowal, ale... zastanawiam się, co mogą tam znaleźć.
Religijny czy nie, tuż za słowami generała unosiły się wszystkie odwieczne przesądy o śnieżnych trollach i ziemnych aniołach. Nawet najbardziej racjonalni truchleli na myśl o Mroku tak gęstym, że w pewnym sensie świat przestawał istnieć. Wiktoria z wysiłkiem zignorowała emocje wzbudzone słowami Greenvala.
-?Tak, sir, mogą ich czekać niespodzianki. I uznałabym ten plan za prawdopodobną porażkę, gdyby nie jedno: Szrekander Podgórny.
-?Nasz ulubiony świr.
-?Tak, bardzo wyjątkowy świr. Znam go od siedmiu lat -?od tego popołudnia, gdy pojawił się u nas z samochodem pełnym częściowych prototypów i głową przepełnioną szalonymi pomysłami. Na szczęście dla nas miałam akurat luźne popołudnie, więc mogłam go wysłuchać i poczuć rozbawienie. Przeciętny naukowiec osiąga może dwadzieścia pomysłów w ciągu całego życia, a Podgórny ma dwadzieścia na godzinę. U niego to prawie jak porażenie. W szkole wywiadu poznałam ludzi o niemal równie ekstremalnej inteligencji, ale różnica polega na tym, że pomysły Podgórnego są realne w może jednym procencie przypadków... a on potrafi odróżnić te dobre od złych z całkiem niezłą dokładnością. Może ktoś inny wpadłby na pomysł użycia szlamu bagiennego do hodowania egzotermów. Zdecydowanie ktoś inny mógłby mieć jego pomysł dotyczący skafandrów powietrznych. Tyle że on wpada na te pomysły, łączy je i działają. Ale to jeszcze nie wszystko. Bez Szrekandra nawet nie zbliżylibyśmy się do implementacji tego wszystkiego, co zrobiliśmy przez ostatnie siedem lat. Potrafi w magiczny sposób przyciągać do swoich pomysłów inteligentnych ludzi. -?Przypomniała sobie gniewną pogardę Hrunknera Unnerby'ego tamtego pierwszego popołudnia, jak zmieniała się w ciągu kilku dni, aż inżynierska wyobraźnia Hrunknera została całkowicie pochłonięta przez pomysły, którymi zasypywał go Szrekander. -?W pewien sposób Podgórny nie ma cierpliwości do szczegółów, ale to nie ma znaczenia. Generuje wokół siebie świtę, która się nimi zajmuje. Jest... niezwykły.
To wszystko nie było dla nich niczym nowym, Greenval przez lata przedstawiał podobne argumenty swojemu szefowi, ale było to najlepsze zapewnienie, jakie Wiktoria mogła teraz dać staremu oficerowi. Greenval uśmiechnął się i dziwnie na nią popatrzył.
-?To czemu pani za niego nie wyszła, pułkowniku?
Kowal nie chciała, żeby ten temat wypłynął, ale cóż, byli sami przy końcu świata.
-?Zamierzam, sir. Ale mamy wojnę, a wie pan, że ja... nie jestem tradycjonalistką. Pobierzemy się po Mroku.
Wiktoria Kowal potrzebowała raptem jednego popołudnia na zrozumienie, że Podgórny jest najdziwniejszą osobą, jaką zdarzyło się jej spotkać. Po kilku kolejnych dniach uświadomiła sobie, że jest geniuszem, którego można wykorzystać jak dynamo, i przy jego pomocy dosłownie zmienić przebieg wojny światowej. W ciągu pięćdziesięciu dni przekonała do tego również Struta Greenvala i Podgórny został upchnięty we własnym laboratorium, wokół którego szybko rozrastały się laboratoria pomocnicze, obsługujące peryferia jego projektu. W przerwach między własnymi zadaniami Wiktoria zastanawiała się, jak mogłaby przejąć fenomen Podgórnego -?tak właśnie o nim myślała, tak patrzył na niego personel wywiadu -?by zapewnić sobie trwałą przewagę. Małżeństwo wydawało się oczywistym ruchem. Tradycyjne małżeństwo w Gaśnięciu pasowałoby do jej ścieżki kariery. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie sam Szrekander Podgórny. Szrek miał własne plany. Ostatecznie został jej najlepszym przyjacielem, osobą będącą nie tylko przedmiotem, ale i źródłem planów. Miał plany na czasy po Mroku, rzeczy, których Wiktoria nigdy nikomu nie powtarzała. Jej nieliczni pozostali przyjaciele -?nawet Hrunkner Unnerby -?lubili ją pomimo tego, że była spoza fazy. Szrekander Podgórny naprawdę lubił ideę pozafazowych dzieci. Wiktoria po raz pierwszy w życiu spotkała się tu z czymś więcej niż zwykła akceptacja. Tak więc na razie prowadzili wojnę. Jeśli oboje przeżyją, po Mroku czeka na nich cały nowy świat planów i wspólnego życia.
Zaś Strut Greenval był dość bystry, by domyślić się sporej części tego wszystkiego. Niespodziewanie twardo spojrzała na swojego szefa.
-?Wiedział pan już, prawda? To dlatego nie pozwolił mi pan zostać z zespołem. Uznał pan, że to misja samobójcza i ucierpiałby mój obiektywizm... Cóż, to naprawdę niebezpieczne, ale nie rozumie pan Szrekandra Podgórnego: ani myśli się poświęcać. Wedle naszych standardów można go uznać za tchórza. Nie przejmuje się za bardzo większością rzeczy, które są bliskie panu czy mnie. Ryzykuje życie ze zwykłej ciekawości... ale jest bardzo, bardzo ostrożny, gdy chodzi o własne bezpieczeństwo. Uważam, że zespół zarówno odniesie sukces, jak i przeżyje. Gdyby pozwolił mi pan z nimi zostać, szanse jeszcze by wzrosły! Sir.
Jej ostatnie słowa zostały dramatycznie podkreślone przyciemnieniem jedynej świecącej w pokoju lampy.
-?Ha -?rzucił Greenval. -?Wiedziała pani, że od dwunastu godzin nie mamy już paliwa do generatorów? Teraz już niemal wyczerpały się akumulatory kwasowo-ołowiowe. Za kilka minut wpadnie tu kapitan Diredr z ostatnimi słowami z działu technicznego: "Bardzo przepraszam, generale, ale za chwilę zamarzną ostatnie zbiorniki. Dział techniczny błaga, by pan do nich dołączył przy ostatecznym wyłączeniu". -?Udał przy tym wysoki głos adiutanta.
Greenval wstał i nachylił się nad stołem. Znowu ukrył swoje wątpliwości i do jego postawy wróciła typowa energia.
-?Zanim to nastąpi, chcę wyjaśnić parę spraw dotyczących pani rozkazów oraz pani przyszłości. Owszem, sprowadziłem panią tutaj, bo nie chcę ryzykować utraty pani w tej misji. Odbyłem kilka długich rozmów z pani sierżantem Unnerbym. Mieliśmy dziewięć lat na narażanie pani na niemal nieograniczone ryzyko i obserwowanie, jak działa pani umysł, gdy od właściwych odpowiedzi zależy życie tysięcy ludzi. Już czas zdjąć panią z linii frontu działań specjalnych. Jest pani jedną z najmłodszych osób ze stopniem pułkownika we współczesności, a po tym Mroku zostanie pani najmłodszą generał.
-?Tylko jeśli misja Podgórnego zakończy się powodzeniem.
-?Proszę mi nie przerywać. Niezależnie od przebiegu sprawy z Podgórnym, doradcy króla wiedzą, jak pani jest dobra. Niezależnie od tego, czy przeżyję ten Mrok, czy nie, kilka lat po rozpoczęciu Nowego Słońca to pani będzie siedzieć przy moim biurku i musi pani skończyć z osobistym podejmowaniem ryzyka. Jeśli pan Podgórny przeżyje, proszę go poślubić, mieć z nim dzieci, nie obchodzi mnie to. Ale nigdy więcej nie wolno się pani wystawiać na niebezpieczeństwo. -?Machnął wskazującą ręką w stronę jej głowy, udając ostre zagrożenie. -?Jeśli pani to zrobi, to przysięgam, że wrócę z grobu i rozbiję pani gruby pancerz.
Z wąskiego korytarza dobiegł odgłos kroków. Dłonie podrapały ciężką zasłonę zakrywającą jedyne drzwi pokoju. Przyszedł kapitan Diredr.
-?Przepraszam, generale. Technicy są nieprzejednani, sir. Zostało nam najwyżej trzydzieści minut zasilania elektrycznego. Błagają pana...
Greenval wypluł ostatni aromatyk do poplamionej spluwaczki.
-?Bardzo dobrze, kapitanie. Już schodzimy na dół. -?Obszedł pułkownik i odsunął zasłonę. Gdy Kowal zawahała się przed wyjściem przed niego, gestem polecił jej przejść przez drzwi. -?W tym wypadku, moja droga, starszeństwo oznacza bycie ostatnim. Nigdy nie lubiłem tej całej afery z oszukiwaniem Mroku, ale jeśli mamy to robić, to ja będę tym, który wyłączy światło!
Wedle wszelkich zasad Pham Trinli nie powinien się znajdować na mostku kapitana floty, a już zdecydowanie nie podczas poważnej operacji. Staruszek siedział przy jednym z zapasowych stanowisk łączności, ale tak naprawdę nic przy nim nie robił. Trinli był programistą bojowym trzeciego stopnia, choć nikt nigdy nie widział, by zachowywał się w jakiś produktywny sposób, nawet przy tak niskiej randze. Przychodził i wychodził według własnego widzimisię, a większość czasu spędzał w pracowniczym pokoju dziennym. Powszechnie znany był fakt, że jeśli chodziło o "szacunek dla wieku", kapitan floty Park bywał czasami trochę irracjonalny. Najwyraźniej jak długo Pham Trinli nie szkodził, mógł pozostawać zatrudniony.
W tej chwili Trinli siedział na wpół odwrócony od swojego stanowiska. Z krzywą miną słuchał cichych rozmów, przebiegu poleceń i potwierdzeń. Patrzył nad technikami i zbrojmistrzami na wspólne wyświetlacze.
Lądowania pojazdów Queng Ho i Rozwiniętych stanowiły taniec ostrożności. Brak zaufania do Rozwiniętych wśród ludzi kapitana Parka rozchodził się od góry do samego dołu, przez co nie mieli mieszanych załóg, a sieci łączności były całkowicie zduplikowane. Kapitan Park ustawił swoje główne statki w trzech grupach, z których każda odpowiadała za jedną trzecią działań planetarnych. Każdy statek Rozwiniętych, każdy lądownik i swobodnie poruszający się członek załogi był monitorowany pod kątem oznak zdrady.
Większość tego widoczna była na dzielonym obrazowaniu mostku. Dzięki przekazowi ze "wschodniej" grupy Trinli widział trzy ciężkie promy Rozwiniętych startujące z zamrożonej powierzchni oceanu, ciągnące za sobą blok lodu o masie ćwierci miliona ton. Był to już szósty taki blok w tej operacji. Blask silników jasno oświetlał powierzchnię. Trinli widział dziurę głęboką na setki metrów. Bruzdę na dnie morza maskowały kłęby pary. Badania wykazały, że w tej części szelfu kontynentalnego kryje się mnóstwo metali ciężkich, więc wydobywali je, stosując tak samo siłowe podejście jak podczas cięcia lodu.
Na razie nic naprawdę podejrzanego, choć sytuacja może się zmienić, gdy przyjdzie do podziału łupów.
Przestudiował okna stanu łączności. Obie strony zgodziły się transmitować łączność między jednostkami bez szyfrowania, a grupa specjalistów Rozwiniętych nieustannie konferowała z odpowiadającymi sobie oficerami Queng Ho. Druga strona wciągała wszystko, czego mogła się dowiedzieć o odkryciach Diema w suchej dolinie. Ciekawe, że Rozwinięci zasugerowali po prostu zabranie miejscowych artefaktów. Bardzo nie w stylu Queng Ho. Bardziej jak coś, co ja mógłbym zrobić.
Tuż przed przybiciem Rozwiniętych Park wypuścił większość mikrosatelitów floty w przestrzeń blisko planety. Krążyły tam teraz dziesiątki tysięcy urządzeń wielkości pięści. Delikatnie manewrując, wlatywały między pojazdy Rozwiniętych znacznie częściej, niż wynikałoby to z rozkładu losowego. A wszystkie zebrane dane wywiadu elektronicznego przesyłały wprost do okna na mostku. Według danych pojazdy Rozwiniętych w bardzo dużym stopniu porozumiewały się łącznością w zasięgu wzroku. Mogła to być niewinna automatyka, ale bardziej prawdopodobna była szyfrowana koordynacja wojskowa, będąca tajnymi przygotowaniami ze strony wroga. (A Pham Trinli ani przez chwilę nie myślał o Rozwiniętych inaczej niż jak o wrogach).
Personel Parka oczywiście rozpoznawał oznaki. Na swój napuszony sposób zbrojmistrze Queng Ho byli bardzo dobrzy. Trinli przyglądał się, jak trójka z nich spiera się na temat wzorów transmisji omywających flotę z nadajników Rozwiniętych. Jeden z młodszych zbrojmistrzów uznał, że mogą mieć do czynienia z połączeniem sondowania w warstwie fizycznej i oprogramowania prowadzonego w sposób skoordynowany, choć pozornie przypadkowy. Jednak gdyby była to prawda, działania te byłyby dużo bardziej wyszukane niż najlepsze środki elektroniczne Queng Ho... a w to trudno było mu uwierzyć. Starszy zbrojmistrz tylko skrzywił się na podwładnego, jakby sama sugestia wywołała w nim olbrzymi ból głowy. Nawet ci, którzy uczestniczyli w walce, nie rozumieją problemu. Na chwilę wyraz twarzy Trinliego zrobił się jeszcze bardziej cierpki.
W jego uchu zabrzmiał skierowany tylko do niego głos.
-?Co o tym myślisz, Pham?
Trinli westchnął. Odpowiedział do mikrofonu, ledwie poruszając ustami.
-?To śmierdzi, Sammy. Wiesz o tym.
-?Czułbym się lepiej, gdybyś siedział w alternatywnym ośrodku dowodzenia.
"Mostek" "Phama Nuwena" miał swoją oficjalną lokalizację, choć tak naprawdę ośrodki sterowania rozmieszczone były w całej nadającej się do życia przestrzeni jednostki. Więcej niż połowa personelu widocznego na mostku tak naprawdę znajdowała się gdzieś indziej. W teorii czyniło to statek odporniejszym na ataki. W teorii.
-?Mogę zrobić coś lepszego. Zhakowałem jeden z wahadłowców do zdalnego sterowania.
Staruszek wybił się ze swojego miejsca. Przedryfował bezdźwięcznie między rzędami techników mostka, przez widok na ciężkie promy i obraz załogi Diema przygotowującej się do startu z suchej doliny, obrazy niecierpliwych twarzy Rozwiniętych... obok złowrogich ekranów wywiadu elektronicznego. Nikt tak naprawdę nie zauważył jego przelotu -?tylko gdy wylatywał przez wejście na mostek, w jego stronę zerknął Sammy Park. Trinli lekko skinął głową kapitanowi.
Dranie bez kręgosłupa, niemal co do jednego. Tylko Sammy i Kira Pen Lisolet rozumieli potrzebę uderzenia wyprzedzającego, ale nie zdołali przekonać do tego ani jednego członka Komitetu Handlowego. Nawet po spotkaniu twarzą w twarz z Rozwiniętymi komitet nie potrafił dostrzec pewnej zdrady drugiej strony. Zamiast tego poprosili Vinha, żeby za nich zdecydował. Vinha!
Trinli przeleciał pustymi korytarzami, zatrzymał się przy śluzie wahadłowców i otworzył właz do tego, który specjalnie przygotował. Mógłbym poprosić Lisolet o zbuntowanie się. Zastępczyni kapitana floty miała swój własny statek, QHS "Niewidzialna ręka". Bunt był fizycznie możliwy, a gdyby zaczęła strzelać, Sammy i pozostali z pewnością musieliby do niej dołączyć.
Wsunął się do wahadłowca i uruchomił pompy śluzy. Nie, umywam ręce od nich wszystkich. Gdzieś w głębi czaszki narastał ból głowy. Napięcie zwykle nie wpływało na niego w ten sposób. Potrząsnął głową. No dobrze, tak naprawdę nie poprosił Lisolet o zbuntowanie się, ponieważ była jedną z bardzo nielicznych osób z honorem. Będzie więc musiał poradzić sobie jak najlepiej z tym, co ma. Sammy przywiózł broń. Trinli uśmiechnął się, czekając na nadchodzące chwile. Nawet jeśli druga strona uderzy pierwsza, założę się, że po walce to my zostaniemy. Gdy jego wahadłowiec odsuwał się od okrętu flagowego Queng Ho, Trinli studiował aktualizacje zagrożeń, planując. Czego może spróbować druga strona? Jeśli poczekają dość długo, może jeszcze zdoła odkryć kody do broni Sammy'ego... a wtedy sam się zbuntuje.
Widzieli mnóstwo oznak nadchodzącej zdrady, jednak nawet Pham Trinli przegapił te najbardziej ewidentne. Żeby rozpoznać atak, trzeba było domyślić się przyjętej metody.
Ezr Vinh zupełnie nie orientował się w rozwoju sytuacji bojowej w górze. Kilosekundy spędzone na powierzchni były pełne ciężkiej i fascynującej pracy, która nie pozostawiała wiele miejsca na rozwijanie podejrzliwości. W ciągu całego życia spędził zaledwie kilkanaście megasekund, chodząc po powierzchniach planet. Pomimo ćwiczeń i medycyny Queng Ho czuł tego efekty. Pierwsze kilosekundy wydawały się względnie łatwe, ale teraz bolały go wszystkie mięśnie. Na szczęście nie był jedynym mięczakiem. Cała grupa zdawała się wykończona. Końcowe sprzątanie oznaczało wieczność spędzoną na ostrożnym sprawdzaniu, czy nie zostawili po sobie żadnych śmieci, i upewnianiu się, że wszystkie ślady ich obecności zostaną zmiecione w skutkach ponownego zapalenia Bistabilnej. Brygadzista Diem skręcił kostkę podczas wspinaczki z powrotem do lądownika. Bez wyciągarki towarowej promu reszta podejścia byłaby niemożliwa. Kiedy wreszcie weszli na pokład, bardzo trudne okazało się nawet rozebranie i schowanie kombinezonów.
-?Boże. -?Benny opadł na fotel obok Vinha.
Gdy prom dźwignął ich ku niebu, w całym przedziale rozległy się jęki. Mimo wszystko Vinh odczuwał cichą satysfakcję. To jedno lądowanie zapewniło flocie dużo więcej informacji, niż ktokolwiek się spodziewał. Mieli prawo być zmęczeni.
Wśród załogi Diema zaczęły się wywiązywać ciche rozmowy. Dźwięk silnika był niemal infradźwiękową wibracją, która zdawała się dochodzić z kości i rozprzestrzeniać na zewnątrz. Vinh wciąż słyszał rozmowy prowadzone na otwartych kanałach w górze, choć Trixia już w nich nie uczestniczyła. Nikt nie zwracał się teraz do ludzi Diema. Poprawka: Qiwi próbowała do niego mówić, ale Ezr był zbyt zmęczony, by słuchać Bachora.
Wynoszenie surowców z drugiej strony planety miało poślizg względem harmonogramu. Czyste bomby jądrowe rozerwały kilka milionów ton zamrożonego oceanu, ale para unosząca się nad miejscem ekstrakcji komplikowała pozostałą część pracy. Rozwinięty, Brughel, narzekał, że stracili kontakt z jednym ze swoich promów.
-?Myślę, że to problem kąta, sir -?zabrzmiał głos jednego z techników Queng Ho. -?Widzimy je wszystkie. Wciąż są na powierzchni. Jeden jest mocno przysłonięty lokalną mgłą, ale wygląda na dobrze ustawiony. Kolejne trzy się wznoszą, czyste starty, dobrze rozdzielone... Jedną chwilę... -?Mijały sekundy. Na bardziej "odległym" kanale czyjś głos mówił o jakiegoś rodzaju problemie medycznym: najwyraźniej ktoś zwymiotował w nieważkości. Potem wrócił głos kontrolera lotów. -?Dziwne. Utraciliśmy widok na operację na wschodnim wybrzeżu.
Brughel, ostrzejszym głosem:
-?Chyba macie zapasowe przekaźniki?
Technik Queng Ho nie odpowiedział.
-?Właśnie zarejestrowaliśmy impuls elektromagnetyczny -?oznajmił trzeci głos. -?Myślałem, że skończyliście już z wybuchami na powierzchni.
-?Skończyliśmy! -?Brughel był oburzony.
-?Cóż, właśnie wykryliśmy kolejne trzy impulsy. Ja... tak jest, sir!
Impulsy elektromagnetyczne? Vinh spróbował usiąść bardziej prosto, ale przyśpieszenie było zbyt duże i nagle głowa rozbolała go jeszcze bardziej. Powiedz coś, do cholery! Jednak człowiek, który odpowiedział właśnie "tak jest" -?prawdopodobnie zbrojmistrz Queng Ho -?ucichł, a właściwie zapewne zmienił tryb i aktywował szyfrowanie.
Głos Rozwiniętego był przycięty i gniewny.
-?Chcę rozmawiać z kimś dowodzącym. Już. Potrafimy rozpoznać lasery celownicze, gdy w nas świecą! Wyłączcie je albo wszyscy tego pożałujemy.
Wyświetlacz przezierny Ezra zrobił się przezroczysty i nagle patrzył na kadłub lądownika. Z miganiem obudziła się zapasowa tapeta, ale wyświetlała jakieś przypadkowe sekwencje z procedur awaryjnych.
-?Cholera!
Jimmy Diem. Brygadzista na przedzie kabiny walił w konsolę sterowania. Za plecami Vinha zabrzmiał odgłos wymiotowania. To było jak w jednym z tych koszmarów, gdzie wszystko wariuje naraz.
I właśnie w tej chwili ustał ciąg silnika promu. W ciągu trzech sekund z piersi Vinha zniknął koszmarny ciężar i ogarnęła go znajoma, przyjazna nieważkość. Rozpiął pasy fotela i odepchnął się w stronę Diema.
Po zaczepieniu się stopami o sufit łatwo było ustawić głowę tuż obok Diema i zobaczyć ekrany awaryjne, nie wchodząc przy tym w drogę brygadziście.
-?Naprawdę do nich strzelamy? -?Boże, ależ mnie boli głowa! Kiedy próbował odczytać coś na konsoli, symbole zaczęły mu pływać przed oczami.
Diem obrócił głowę, by spojrzeć na Ezra. Na jego twarzy wyraźnie rysowało się cierpienie, ledwie mógł się ruszać.
-?Nie wiem, co robimy. Straciłem współdzielone obrazowanie. Przypnij się... -?Nachylił się, jakby próbował się skupić na ekranie. -?Sieć floty przeszła na twarde szyfrowanie, a my zostaliśmy na najmniej bezpiecznym poziomie. -?Co znaczyło, że otrzymają niewiele informacji poza bezpośrednimi poleceniami od zbrojmistrzów Parka.
Sufit niespodziewanie solidnie walnął Vinha w tyłek i ten zaczął zjeżdżać w stronę tyłu kabiny. Lądownik wykonywał obrót w ramach jakiegoś awaryjnego manewru -?autopilot nie wyemitował żadnego ostrzeżenia. Zapewne dowództwo floty przygotowywało ich do kolejnego ciągu. Przypiął się obok Diema akurat w chwili, gdy główny silnik lądownika włączył się z ciągiem około 0,1 g.
-?Przenoszą nas na niższą orbitę... ale nie widzę niczego, co wychodziłoby nam na spotkanie -?powiedział Diem. Niezdarnie postukał w pole hasła pod ekranem. -?Dobra, spróbuję sam się czegoś dowiedzieć... Mam nadzieję, że Park nie będzie się zbyt wkurzał...
Z tyłu rozległy się nowe odgłosy wymiotów. Diem zaczął odwracać głowę i mocno się skrzywił.
-?Ty możesz się ruszać, Vinh. Zajmij się tym.
Ezr zsunął się po drabinie w przejściu, pozwalając, by przyśpieszenie 0,1 g wykonało pracę za niego. Queng Ho żyli w bardzo różnorodnych przyśpieszeniach. Leki i właściwy dobór genów sprawiały, że choroba lokomocyjna była wśród nich bardzo rzadka. Jednak Tsufe Do i Pham Patil zwymiotowali, a Benny Wen zwinął się na tyle, na ile pozwalały jego pasy. Trzymał się za głowę i drżał w ewidentnym cierpieniu.
-?Ten napór, napór...
Vinh osiadł obok Patila i Do, ostrożnie zbierając odkurzaczem masę skapującą po ich kombinezonach. Tsufe popatrzyła na niego ze wstydem w oczach.
-?Nigdy w życiu nie rzygałam.
-?To nie twoja wina -?odpowiedział Vinh i spróbował myśleć, pomimo z każdą chwilą bardziej atakującego bólu. Głupi, głupi, głupi. Czemu potrzebowałem tyle czasu na zrozumienie? To nie Queng Ho atakowali Rozwiniętych, w jakiś sposób było dokładnie na odwrót.
Nagle odzyskał widok na zewnątrz.
-?Dostałem lokalne współdzielenie -?zabrzmiał w słuchawkach głos Diema. Mówił krótkimi frazami, wyraźnie cierpiąc. -?Pięć pocisków o dużym przyśpieszeniu z pozycji Rozwiniętych... Cel: flagowiec Parka...
Vinh wychylił się przez rząd foteli i wyjrzał na zewnątrz. Silniki pocisków były zwrócone w stronę przeciwną niż punkt widzenia lądownika i stanowiły teraz słabe gwiazdy poruszające się coraz szybciej na niebie, zbliżając się do QHS "Pham Nuwen". Jednak ich trajektorie nie były gładkimi łukami, składały się z ostrych skrętów i uskoków.
-?Musimy strzelać do nich z laserów. Uskakują.
Jedna z gwiazd zgasła.
-?Dorwaliśmy jedną! Jeszcze...
Na niebie rozbłysły cztery plamy światła. Ich blask narastał i narastał, stając się tysiąc razy jaśniejszy od wyblakłego dysku słońca.
A potem znowu zgasły. Światła kabiny padły, mrugnęły i znowu poległy. Aktywował się najniższy system awaryjny. Pojawiła się delikatna siatka czerwonawych linii obrysowujących szafki ze sprzętem, śluzę i konsolę awaryjną. System był odporny na promieniowanie, ale bardzo prosty i o małej mocy. Nie obejmował nawet awaryjnego obrazu wideo.
-?Co z flagowcem Parka, brygadzisto? -?zapytał Vinh.
Cztery bliskie wybuchy, tak straszliwie jasne... rogi regularnego czworościanu obejmującego ofiarę. Choć widok przepadł, na zawsze wypalił mu się w pamięci.
-?Jimmy! -?wrzasnął Vinh do przodu kabiny. -?Co z "Phamem Nuwenem"? - Czerwone światła awaryjne falowały wokół niego, a krzyk sprawił, że niemal stracił przytomność.
Potem zabrzmiał głośny i chrapliwy głos Diema.
-?Chyba... chyba zniszczony. -?Spalony, odparowany... żadne z maskujących słów nie przychodziło łatwo. -?Nie mam teraz niczego, ale cztery jądrówki... Boże, były praktycznie na nim!
Odezwało się kilka innych głosów, choć były jeszcze słabsze niż Jimmy'ego Diema. Gdy Vinh ruszył przejściem w jego stronę, zgasła 0,1 g ciągu. Czym był lądownik bez światła i mózgu, jeśli nie mroczną trumną? Po raz pierwszy w życiu Ezr Vinh poczuł obezwładniające przerażenie mieszkańca studni grawitacyjnej: nieważkość mogła oznaczać osiągnięcie planowej orbity albo spadek po krzywej balistycznej przecinającej się z powierzchnią planety...
Vinh zdławił strach i poleciał do przodu. Mogli użyć konsoli awaryjnej. Mogli nasłuchiwać wieści. Mogli użyć lokalnego autopilota i polecieć do ocalałych sił Queng Ho. Ból w głowie nasilił się do poziomu przewyższającego jakikolwiek wcześniejszy. Słabe światła awaryjne stawały się coraz ciemniejsze. Poczuł, jak odpływa jego świadomość, co wzbudziło w nim dławiącą panikę. Nie mógł nic zrobić.
Ale tuż zanim wszystko go opuściło, los okazał mu odrobinę łaski, podsuwając wspomnienie: Trixii Bonsol nie było na pokładzie "Phama Nuwena".
Przez ponad dwieście lat mechanizm zegarowy pod zamrożonym jeziorem wiernie pracował, zużywając napięcie kolejnych zwojów sprężyn. Mechanizm tykał posłusznie aż do ostatniej sprężyny... i zaciął się na drobince powietrznego śniegu na ostatnim zębie. Mógł tam tkwić aż do nadejścia nowego słońca, gdyby nie pewne nieprzewidziane wydarzenia: siódmego dnia dwieście dziewiątego roku z zamrożonego oceanu rozeszła się seria gwałtownych trzęsień ziemi, wyzwalając zablokowany ostatni ząb. Tłok wsunął spienioną masę organiczną do zbiornika zamrożonego powietrza. Przez kilka minut nic się nie działo. Potem w materiale organicznym pojawił się blask i temperatura wzrosła powyżej punktu parowania tlenu i azotu, a potem nawet dwutlenku węgla. Produkty oddychania trylionów rozwijających się organizmów egzotermicznych stopiły lód nad małym pojazdem. Rozpoczęło się wznoszenie ku powierzchni.
Budzenie się z Mroku w niczym nie przypominało budzenia się ze zwykłego snu. Tę chwilę opisywały tysiące poetów, a w ostatnich latach badały ją dziesiątki tysięcy naukowców. Był to już drugi raz, gdy chwili tej doświadczał Szrekander Podgórny (choć pierwszy tak naprawdę się nie liczył, bo wspomnienie przemieszane było z niewyraźną pamięcią o dzieciństwie oraz trzymaniu się pleców taty w basenach Głębi Królewskiej Góry).
Budzenie się z Mroku odbywało się etapami. Wzrok, dotyk, słuch, wspomnienia, rozpoznanie, myśl. Czy najpierw następowało jedno, a potem drugie? Czy wszystkie działy się naraz, choć bez łączności między nimi? Kiedy z tych wszystkich części zaczynał formować się "umysł"? Te pytania będą pobudzać wyobraźnię Szrekandra przez całe jego życie, tworząc podstawę ostatecznego dążenia... Ale w tych chwilach poszatkowanej świadomości istniały równocześnie z rzeczami, które zdawały się dużo ważniejsze: zebraniem się w całość, przypomnieniem, kim był i czemu tutaj, oraz co trzeba teraz zrobić, żeby przeżyć. Grzędę kierowcy zajęły instynkty wypracowane przez milion lat.
Czas mijał, myśli zbierały się i Szrekander Podgórny wyjrzał przez pęknięte okienko pojazdu w ciemność. Dostrzegł ruch... Czyżby para? Nie, bardziej jak przesłona kryształów wirująca w słabym świetle, w którym się unosili.
Ktoś szturchał w jego prawe ramiona, wciąż na nowo wołając jego imię. Szrekander zebrał w całość wspomnienia.
-?Tak, sierżancie, wyszedłem... to znaczy oprzytomniałem.
-?Doskonale. -?Głos Unnerby'ego brzmiał piskliwie. -?Masz jakieś obrażenia? Znasz procedurę.
Szrekander posłusznie poruszył nogami. Wszystkie bolały, co było dobrym znakiem. Środkowe ręce, przednie, jedzeniowe.
-?Nie jestem pewien, czy czuję prawe środkowe i przednie. Może się skleiły.
-?Tak, pewnie wciąż są zamrożone.
-?Co z Gil i Amber?
-?Rozmawiam z nimi przez pozostałe przewody. Ty ostatni doszedłeś do siebie, ale oni wciąż mają większe kawałki ciała zamrożone.
-?Daj mi końcówkę przewodu.
Unnerby podał mu sprzęt przewodzący dźwięk i Szrekander porozmawiał bezpośrednio z pozostałymi członkami zespołu. Ciało mogło znieść sporo częściowego rozmrażania, ale jeśli proces nie dojdzie do końca, pojawia się zgnilizna. Problem tutaj wynikał z faktu, że worki z egzotermami i paliwem przesunęły się podczas wytapiania łodzi ku powierzchni. Szrekander skorygował położenie worków i dopilnował, by przepływało przez nie powietrze. Zielony blask wewnątrz kadłuba nasilił się, a Szrekander skorzystał ze światła w celu skontrolowania sprzętu oddechowego pod kątem przebić. Egzotermy były niezbędne do zapewnienia ciepła, ale gdyby zespół miał konkurować z nimi o tlen, szybko przegraliby te zawody.
Minęło pół godziny, w trakcie której ciepło otaczało ich coraz bardziej, uwalniając kończyny. Jedynymi obrażeniami od mrozu były czubki środkowych rąk Gila Havena. Był to lepszy wynik niż w przypadku większości głębi. Na obliczu Szrekandra pojawił się szeroki uśmiech. Udało im się, obudzili się w głębi Mroku.
Cała czwórka jeszcze chwilę odpoczywała, monitorując przepływ powietrza i pilnując wykonania planu Szrekandra w zakresie kontrolowania egzoterm. Unnerby i Amberdon Nizhnimor przeszli przez szczegółową listę kontrolną, przekazując podejrzane i uszkodzone przedmioty Szrekandrowi. Nizhnimor, Haven i Unnerby byli bardzo inteligentnymi osobami: chemik i dwoje inżynierów. A do tego byli zawodowymi żołnierzami. Szrekandra fascynowała zmiana zachodząca w nich, gdy wychodzili z laboratorium w teren. Dotyczyło to szczególnie Unnerby'ego: twardy żołnierz na podstawie obdarzonego wyobraźnią inżyniera, kryjącego tradycyjną zasadniczą moralność. Szrekander znał sierżanta już od siedmiu lat. Jego początkowa pogarda dla planów Podgórnego dawno minęła, stali się bliskimi przyjaciółmi. Jednak kiedy ich zespół w końcu przeniósł się na front wschodni, jego sposób zachowania się zmienił. Zaczął zwracać się do Podgórnego "sir", a czasami okazywany przez niego szacunek podszyty był niecierpliwością.
Zapytał o to Wiktorię. Byli wtedy ostatni raz sami w zimnych koszarach pod ostatnim działającym lotniskiem na froncie wschodnim. Roześmiała się, słysząc pytanie.
-?Ach, mój miękki, czego się spodziewałeś? Gdy tylko zespół opuści nasze tereny, to Hrunk obejmie dowodzenie operacyjne. To ty jesteś cywilnym doradcą bez przeszkolenia wojskowego, którego jakoś trzeba upchnąć w strukturze dowodzenia. Potrzebuje twojego natychmiastowego posłuszeństwa, ale też wyobraźni i elastyczności. -?Zaśmiała się cicho: tylko zasłona oddzielała ich rozmowę od głównej sali wąskich koszarów. - Gdybyś był zwykłym rekrutem, Unnerby już z dziesięć razy spiekłby ci pancerz. Biedny chłop strasznie się boi, że kiedy będą się liczyć sekundy, twój geniusz skupi się na czymś zupełnie bez znaczenia... astronomii albo czymkolwiek.
-?Hm. -?Właściwie to zastanawiał się, jak będą wyglądać gwiazdy, gdy nie będzie atmosfery tłumiącej ich barwy. -?Rozumiem, co masz na myśli. Jeśli tak to postawić, to nawet dziwię się, że Greenval dołączył mnie do zespołu.
-?Żartujesz? Hrunk zażądał, żebyś w nim był. Wie, że pojawią się niespodzianki, z którymi tylko ty zdołasz sobie poradzić. Jak już mówiłam: to chłop z problemem.
Nieczęsto zdarzało się, że Szrekander Podgórny czuł zaskoczenie, ale to była jedna z takich chwil.
-?Cóż, będę grzeczny.
-?Tak, wiem, że będziesz. Po prostu chciałam ci wyjaśnić, z czym mierzy się Hrunk... Hej, możesz na to spojrzeć jak na zagadkę behawioralną: jak tak radykalnie szaleni ludzie mogą współpracować i przeżyć tam, gdzie nikt jeszcze nigdy nie żył? -?To miał być żart, ale było to naprawdę ciekawe pytanie.
Ich pojazd był bez wątpienia najdziwniejszy w dziejach: częściowo łódź podwodna, częściowo przenośna głębia, częściowo wiadro szlamu. Teraz piętnastostopowy kadłub spoczywał w płytkiej kałuży jarzącej się zieleni i chłodnej czerwieni. Woda gotowała się w próżni z tryskającymi z niej gazami, które wyziębiały się w drobne kryształki i opadały. Unnerby otworzył właz i zespół utworzył łańcuch, podając sobie kolejno sprzęt i zbiorniki egzotermów, aż na ziemi za zbiornikiem powstała sterta wyposażenia, które będą musieli nieść.
Przeciągnęli między sobą kabel audio, od Podgórnego do Unnerby'ego, potem Havena i Nizhnimor. Szrekander niemal do samego końca liczył na przenośne radia, ale taki sprzęt był wciąż zbyt masywny i nikt nie miał pewności, jak działałby w tych warunkach. Tak więc każdy z nich mógł rozmawiać tylko z jednym członkiem zespołu. Mimo wszystko i tak potrzebowali lin zabezpieczających, więc kabel nie stanowił dodatkowej niewygody.
Szrekander szedł pierwszy na brzeg jeziora, mając za sobą Unnerby'ego, a dalej Nizhnimor i Haven ciągnących sanie. Po oddaleniu się od łodzi ogarnęła ich ciemność. Miejscami, gdzie egzotermy rozlały się na ziemię, wciąż widać było przebłyski czerwonawego światła. Wytapiając sobie drogę na powierzchnię, łódź zużyła tony paliwa. Reszta misji musiała być zasilana wyłącznie egzotermami, które zdołają nieść, i paliwami, które uda im się znaleźć pod śniegiem.
To właśnie egzotermy bardziej niż cokolwiek innego były sztuczką umożliwiającą ten spacer w Mroku. Przed wynalezieniem mikroskopu "wielcy myśliciele" twierdzili, że wyższe zwierzęta od reszty życia wyróżniała ich zdolność przetrwania Wielkiego Mroku jako poszczególne jednostki. Rośliny i prostsze zwierzęta umierały, zostawiając po sobie tylko zarodniki i jajeczka. Obecnie wiadomo już było, że wiele zwierząt jednokomórkowych doskonale wytrzymywało zamrażanie, i to bez konieczności ukrywania się w głębi. Co dziwniejsze, a odkryli to biolodzy na Uniwersytecie Królewskim, gdy Szrekander był jeszcze studentem, istniały formy niższych bakterii żyjące w wulkanach, które pozostawały aktywne nawet podczas Mroku. Szrekandra bardzo zafascynowały te mikroskopijne stworzenia. Profesorowie zakładali, że takie żyjątka muszą wstrzymywać funkcje życiowe lub tworzyć spory przy wystygnięciu wulkanu, ale on zastanawiał się, czy mogą istnieć odmiany potrafiące przetrwać okresy chłodu, produkując własne ciepło. W końcu nawet w Mroku wciąż było mnóstwo tlenu, a w większości miejsc pod powietrznym śniegiem kryła się warstwa materii organicznej. Gdyby istniał jakiś katalizator umożliwiający rozpoczęcie utleniania w bardzo niskich temperaturach, może małe żyjątka mogłyby po prostu "spalać" wegetację między fazami aktywności wulkanu. Takie bakterie byłyby najlepiej dostosowane do życia w Mroku.
Z perspektywy czasu to głównie ignorancja Szrekandra pozwoliła mu rozwinąć tę myśl. Te dwie strategie życiowe wymagały kompletnie różnej biochemii. Efekt zewnętrznego utleniania był bardzo słaby i praktycznie nie występował w ciepłym środowisku. W wielu sytuacjach taka sztuczka stanowiła poważną przeszkodę dla małych żyjątek, jako że oba metabolizmy zasadniczo były wzajemnie dla siebie trujące. W Mroku zyskałyby bardzo niewielką przewagę, gdyby znajdowały się w pobliżu okresowego wulkanicznego źródła ciepła. Nigdy nie zostałoby to zauważone, gdyby Szrekander nie zaczął tego aktywnie szukać. Zmienił uniwersyteckie laboratorium biologiczne w zamrożone bagno, za co został (tymczasowo) wyrzucony z uczelni, ale znalazł: jego egzotermy.
Po siedmiu latach selektywnej hodowli w dziale badań materiałowych bakterie dysponowały czystym metabolizmem szybkiego utleniania. Kiedy więc Szrekander wprowadził szlam egzotermów do powietrznego śniegu, nastąpił wybuch pary, a potem pojawił się delikatny blask gasnący, gdy wciąż płynna kropla zapadała się w głąb i stygła. Mijały sekundy i jeśli uważnie się przyglądać (a egzotermy w kropli miały dużo szczęścia), delikatny blask zaczynał dochodzić spod śniegu, rozchodząc się po powierzchni znajdujących się tam substancji organicznych.
Teraz blask był wyraźnie jaśniejszy po lewej stronie. Śnieg powietrza zadrżał i zapadł się, uwalniając smużki jakiegoś rodzaju pary. Szrekander pociągnął za kabel do Unnerby'ego, prowadząc ich w stronę bogatszego paliwa. Choć pomysł był bardzo sprytny, korzystanie z egzotermów wciąż przypominało rozpalanie ognia. Powietrzny śnieg był wszędzie, ale materiały palne były dobrze pod nim ukryte. Dopiero praca miliardów niższych bakterii pozwalała odnaleźć i wykorzystać paliwo. Na jakiś czas nawet badania materiałowe wystraszyły się swojego dzieła. Podobnie jak dywany alg na południowych brzegach, te maleńkie stworzenia na swój sposób były społeczne. Poruszały się i rozmnażały równie szybko, jak dywany pełzały po brzegach. Co będzie, jeśli ich uwolnienie rozpali cały świat? Okazało się jednak, że bardzo szybki metabolizm bakterii prowadził do ich samobójstwa. Podgórny z towarzystwem mieli maksymalnie piętnaście godzin, zanim wymrą ich ostatnie egzotermy.
Wkrótce zeszli z jeziora i powędrowali równym terenem, który w Latach Gaśnięcia był polem do gry w kręgle dowódcy bazy. Paliwa tu nie brakowało, a w pewnym miejscu egzotermy dostały się do sterty roślinności będącej pozostałościami tramdrzewa. Sterta jarzyła się coraz cieplejszym światłem, aż przez śnieg wybuchnął jaskrawy szmaragdowy blask. Przez krótką chwilę wyraźnie widzieli pole i budynki za nim. Potem zielone światło przygasło i pozostawiło po sobie tylko czerwone jarzenie.
Oddalili się od łodzi może na sto jardów. Jeśli nie napotkają żadnych przeszkód, będą ich mieli do pokonania jeszcze ponad cztery tysiące. Grupa wdrożyła uciążliwą procedurę: przejść kilkadziesiąt jardów, zatrzymać się i rozprowadzić egzotermy. Gdy Nizhnimor i Haven odpoczywali, Unnerby i Podgórny szukali miejsca, gdzie egzotermy znalazły najwięcej paliwa. Z tych miejsc uzupełniali wszystkie sakwy ze szlamem. Czasami paliwa prawie nie było, na przykład gdy szli przez szeroką połać cementu, i wszystkim, co kopali łopatami, był powietrzny śnieg. On też był im potrzebny, w końcu musieli oddychać. Jednak bez paliwa dla egzotermów zimno szybko robiło się odrętwiające, rozchodząc się od stawów kombinezonów i podkładek na stopach. W takich chwilach wszystko zależało od udanego zgadnięcia przez Szrekandra dokąd pójść dalej.
Okazało się to dla niego dość łatwe. Na początku zorientował się w terenie dzięki światłu płonącego drzewa, a teraz wzory śniegu ukrywającego wegetację były już oczywiste. Sytuacja wyglądała nieźle: nie zamarzał. Ból na czubkach stóp i dłoni był bardzo ostry i każdy staw wydawał się pierścieniem ognia, z bólem obrzmienia ciśnieniowego, zimna i otarć od skafandra. Ból był ciekawym problemem. Tak bardzo użyteczny, tak bardzo przeszkadzający. Nie mogli go całkowicie ignorować nawet ludzie pokroju Hrunknera Unnerby'ego -?przez połączenie kablowe słyszał jego bolesny oddech.
Zatrzymać się, napełnić sakwy, uzupełnić powietrze i ruszyć dalej. Powtarzane w nieskończoność. Odmrożenie Gila Havena nasilało się. Zatrzymali się i spróbowali poprawić mu skafander. Unnerby zamienił się z nim miejscami, by pomóc Nizhnimor przy saniach.
-?Żaden problem, to tylko ręce -?zapewnił Gil, ale jego ciężki oddech brzmiał dużo gorzej niż Unnerby'ego.
Mimo wszystko szło im dużo lepiej, niż Szrek się spodziewał. Wędrowali przez Mrok, a ich procedura wkrótce stała się niemal automatyczna. Zostały tylko ból... i zadziwienie. Szrekander rozglądał się przez maleńkie wizjery hełmu. Poza zawirowaniami mgły i blaskiem egzotermów... wznosiły się łagodne wzgórza. Wcale nie było całkiem ciemno. Czasami, gdy właściwie ustawił głowę, nisko na zachodnim niebie dostrzegał czerwonawy dysk. Widział słońce Najgłębszego Mroku.
A przez maleńki górny wizjer Szrekander dostrzegał gwiazdy. Wreszcie tu jesteśmy. Jako pierwszy w dziejach spojrzał na najgłębszy Mrok. Był to świat, któremu niektórzy starożytni filozofowie odmawiali istnienia... bo jak może istnieć coś, czego nigdy nie można zobaczyć? Teraz jednak było widziane. Istniało, stulecia zimna i bezruchu... oraz gwiazd wszędzie wokół. Nawet przez grube szkło wizjera, nawet tylko górnymi oczami widział kolory, których nigdy wcześniej nie dostrzegał u gwiazd. Gdyby tylko mógł się na chwilę zatrzymać i zwrócić wszystkie oczy do góry, co jeszcze by zobaczył? Większość teoretyków sądziła, że bez światła słońca znikną plamy zorzy, inni uważali, że zorza była w jakiś sposób zasilana przez działające pod nią wulkany. Mogą tu istnieć inne światła oprócz gwiazd...
Szarpnięcie za kabel sprowadziło go z powrotem na ziemię.
-?Nie zatrzymuj się, nie wolno stawać. -?Gil dyszał. Niewątpliwie przekazywał słowa Unnerby'ego.
Podgórny zaczął przepraszać, a potem dotarło do niego, że przy saniach zatrzymała się też Amberdon Nizhnimor.
-?Co się stało? -?zapytał Szrekander.
-?Amber zobaczyła... światło na wschodzie... Nie zatrzymuj się.
Wschód. Na prawo. Szkło z tej strony hełmu było zaparowane. Odniósł niejasne wrażenie czegoś w rodzaju grani. Ich operacja prowadzona była cztery mile od brzegu, a za tą granią powinni mieć swobodny widok na horyzont. Światła musiały być całkiem blisko albo bardzo daleko. Tak! Faktycznie zobaczył światło, blady blask rozchodzący się na boki i do góry. Zorza? Szrekander zdławił ciekawość, zmuszając się do przestawiania kolejnych stóp do przodu. Ale na Boga w dole, jak bardzo chciałby móc wspiąć się na tę grań i spojrzeć na zamrożony ocean!
Szrekander był dobrym, posłusznym żołnierzem aż do następnego postoju na zebranie szlamu. Kiedy się to zdarzyło, kopał do sakwy Havena jarzącą się mieszaninę egzotermów, paliwa i powietrznego śniegu. Po zachodnim niebie przemknęło pięć drobnych światełek, tu i ówdzie zostawiając po sobie załamania, jakby były jakimiś bardzo powolnymi błyskawicami. Jedna z pięciu zgasła w nicość, ale pozostałe szybko zebrały się razem i - światło rozpaliło się tak jasno, że Podgórnego ostro rozbolały górne oczy. Jednak wciąż widział na pozostałe strony. Ich blask narastał i narastał, stając się tysiąc razy jaśniejszy od wyblakłego dysku słońca. Wokół nich pojawiły się liczne ostre cienie. Cztery światła wciąż nasilały się i nasilały, aż Szrekander poczuł ciepło przenikające przez pancerz skafandra. Powietrzny śnieg na całym polu wystrzelił w górę w mglistej bieli. Ciepło nasilało się jeszcze przez chwilę, niemal parząc... a potem przygasło, zostawiając mu na plecach przyjemne ciepło, jak po wejściu w cień w letni dzień środkowych lat.
Mgły zawirowały wokół nich, tworząc pierwszy wyczuwalny wiatr, jakiego doświadczyli od wyjścia z łodzi. Nagle zrobiło się bardzo zimno od wysysania ciepła ze skafandrów przez mgły -?tylko ich buty zaprojektowano do kontaktu. Światło gasło, a powietrze i woda wyziębiały się do kryształów i opadały z powrotem na ziemię. Podgórny zaryzykował skupienie spojrzenia górnych oczu: jaskrawe punkty światła rozprzestrzeniły się w jarzące się kręgi, słabnące na jego oczach. W miejscach ich wzajemnego nakładania zobaczył falowanie i wygięcia jak w zorzy, czyli miały nie tylko zlokalizowany zasięg, ale i kąt. Cztery blisko siebie... rogi regularnego czworościanu? Takie piękne... właściwie jak daleko były? Czy to jakieś pioruny kuliste, kilkaset metrów nad polem?
Za kilka minut zrobią się zbyt blade, by je dostrzec. Jednak pojawiły się teraz także inne światła, ostre błyski nad wschodnią granią. Na zachodzie kropki światła z coraz większą prędkością przesuwały się do zenitu. Za nimi rozjarzyła się migotliwa zasłona.
Czterech członków zespołu stało bez ruchu. Na chwilę żołnierz w Unnerbym został zdmuchnięty, zostawiając po sobie tylko zachwyt. Oderwał się od sań, podszedł i położył jedną dłoń na plecach Szrekandra. Przez słabe połączenie dobiegł cichy głos.
-?Co to, Szrekander?
-?Nie wiem. -?Czuł drżenie ręki Unnerby'ego. -?Ale kiedyś zrozumiemy... Ruszajmy, sierżancie.
Niczym włączone nagle napędzane sprężynami marionetki zespół zakończył ładowanie i ruszył w drogę. Pokaz w górze nie ustawał i choć nie miał już intensywności czterech słońc, światła były piękniejsze i bardziej nasilone niż jakakolwiek znana mu zorza. Po niebie przemknęły dwie sunące coraz szybciej gwiazdy. Upiorne smugi ich przelotu rozciągały się całą drogę do zachodu. Teraz wysoko na wschodnim niebie rozjarzyły się gwałtownie, tworząc miniaturowe wersje pierwszych płonących świateł. Kiedy gasły, rozszerzając się, od punktu ich zniknięcia rozchodziły się nogi światła, rozbłyskując jaśniej za każdym razem, gdy przechodziły przez wcześniejsze blaski.
Najbardziej spektakularne elementy pokazu dobiegły końca, ale powolny ruch widmowego światła nie ustawał. Jeśli to wszystko działo się setki mil w górze, jak w zorzy, musiało się tam znajdować jakieś bardzo potężne źródło energii. A jeśli to było tuż nad ich głowami, to może obserwowali głębokomroczny odpowiednik letnich błyskawic. Niezależnie od wszystkiego, pokaz wart był ryzyka tej przygody.
W końcu dotarli do skraju obozu wojskowego Tieferczyków. Gdy schodzili po rampie wejściowej, na niebie wciąż jarzyła się dziwna zorza.
Nigdy nie było poważnych wątpliwości dotyczących ich celów. Były dokładnie tym, co pierwotnie wyobraził sobie Podgórny, celami wymyślonymi przez Wiktorię Kowal podczas pierwszego popołudnia w Dowództwie Lądowym. Gdyby w jakiś sposób udało im się osiągnąć najgłębszy Mrok, czterech żołnierzy z materiałami wybuchowymi mogło spowodować poważne zniszczenia składów paliwa, płytkich głębi oddziałów powierzchniowych, a może nawet sztabu Tiefstadtu. Jednak nawet te cele nie mogłyby uzasadnić inwestycji badawczych wymaganych przez Podgórnego.
Istniał jednak ewidentny punkt kluczowy. Tak jak współczesna machina wojenna starała się zdobyć przewagę na początku Mroku przez dłuższe walki w celu wymanewrowania śpiącego wroga, podobnie na początku Nowego Słońca zdecydowaną przewagę zdobędzie pierwsza armia, która skutecznie wyjdzie w pole.
Obie strony zgromadziły na ten czas duże zapasy, jednak stosując strategię zdecydowanie odmienną od tej na Lata Gaśnięcia i początek Mroku. Na ile zdołała to stwierdzić nauka, Nowe Słońce osiągało niezwykły blask w ciągu paru dni, może nawet godzin. Przez pierwsze dni było palącym potworem, ponad stokrotnie jaśniejszym niż w trakcie lat środkowych i gasnących. To właśnie ten wybuch światłości -?nie zimno Mroku -?niszczył wszystkie poza najbardziej wytrzymałymi budowlami każdego pokolenia.
Ta rampa prowadziła do wysuniętego magazynu Tieferczyków. Wzdłuż frontu rozmieszczono i inne, ale ten był magazynem przechowującym sprzęt dla ich głównych sił bojowych. Bez niego najlepsze oddziały Tieferczyków będą musiały powstrzymać się od walki, a wysunięte siły Tiefer pod naporem oddziałów Korony nie otrzymają żadnego wsparcia. Dowództwo Lądowe uznało, że zniszczenie tej bazy wymusi zawarcie korzystnego zawieszenia broni lub przyniesie armiom Korony serię łatwych zwycięstw. Czterech żołnierzy i trochę przemyślanego wandalizmu może wystarczyć, by to osiągnąć.
Jeśli nie zamarzną, próbując zejść po tej rampie. Na schodach znajdowały się niewielkie ilości nawianego śniegu i okazjonalne strzępki krzewów wyrastających między kamieniami, ale to wszystko. Teraz, gdy się zatrzymywali, robili to w celu przekazania do przodu kubłów szlamu z sań ciągniętych przez Nizhnimor i Unnerby'ego. Ciemność objęła ich gęstym całunem, oświetlana tylko okazjonalnym blaskiem rozlanych egzotermów. Według raportów wywiadu ta rampa ciągnęła się niecałe dwieście jardów...
Z przodu pojawił się owal światła. Koniec tunelu. Zespół wydostał się z rampy na pole, które kiedyś było otwartą przestrzenią, teraz jednak przed niebem osłaniały je srebrzyste ekrany. Wszędzie wokół nich rozciągał się las masztów. Miejscami strukturę uszkodziły opady powietrznego śniegu, ale większość była cała. W plamach słabego światła widzieli sylwetki lokomotyw parowych, maszyn do układania szyn, wozów z karabinami maszynowymi i opancerzonych automobili. Nawet w ciemności widać było przebłyski srebrnej farby pod śniegiem powietrza. Kiedy zapali się Nowe Słońce, sprzęt będzie gotowy. Po odparowaniu i stopieniu lodu i spłynięciu strumieni kanałami, które przygotowano wszędzie wokół, żołnierze Tiefer wyjdą z pobliskich głębi i pośpiesznie skryją się w bezpiecznych pojazdach. Woda zostanie przekierowana do zbiorników i zacznie się rozpylanie chłodzącej mgiełki. Nastąpi kilka godzin gorączkowego sprawdzania zapasów i stanu sprzętu, kolejne kilka godzin napraw awarii z dwóch wieków Mroku i paru godzin nowego żaru. A potem wyruszą torami, które zdaniem dowódców doprowadzą ich do zwycięstwa. Była to kulminacja wielu pokoleń badań naukowych w zakresie natury Mroku i Nowego Słońca. Wywiad szacował, że na wiele sposobów działania te były bardziej zaawansowane niż sztuka kwatermistrzowska Korony.
Hrunkner zebrał ich razem, żeby wszyscy go słyszeli.
-?Założę się, że w ciągu godziny od pierwszego światła wyprowadzą to przednie straże, ale na razie to wszystko jest nasze. Dobra, uzupełniamy sakwy i rozdzielamy się zgodnie z planem. Dasz radę, Gil?
Gil Haven wchodził po schodach chwiejnie jak pijak z połamanymi stopami. Dla Szrekandra wyglądało to tak, jakby uszkodzenie jego skafandra rozciągało się już na stopy do chodzenia. Jednak inżynier wyprostował się po słowach Unnerby'ego, a jego głos zabrzmiał prawie normalnie.
-?Nie pokonałem całej tej drogi, sierżancie, żeby tu siedzieć i was oglądać. Poradzę sobie z moją częścią.
Dotarli zatem do samego sedna misji. Rozłączyli kable audio i każdy zebrał swoją porcję materiałów wybuchowych i czernidła. Ćwiczyli to dostatecznie często. Jeśli będą się śpieszyć między poszczególnymi punktami działań, jeśli nie wpadną do kanałów odpływowych i nie połamią nóg, jeśli zapamiętane mapy okażą się dokładne, to będą mieli czas na zrobienie wszystkiego i niezamarznięcie. Rozeszli się na cztery strony. Materiały wybuchowe rozmieszczane pod ekranami słonecznymi nie były wiele większe od granatów. Wybuchając, emitowały bezgłośne rozbłyski i obalały strategiczne części osłony. Następne były pociski moździerzowe z czernidłem -?bardzo niepozorne, ale działały dokładnie tak, jak przewidywały prace działu badań materiałowych. Przestrzeń magazynu została upstrzona plamami czerni, czekającej na pocałunek Nowego Słońca.
Trzy godziny później byli już prawie milę na północ od magazynu. Po opuszczeniu miejsca akcji Unnerby bardzo ich poganiał, zmuszając do osiągnięcia ostatniego, dodatkowego celu: przeżycia.
Prawie im się udało. Prawie. Kiedy kończyli pracę w magazynie, Gil Haven zaczął majaczyć i zachowywać się gorączkowo. Próbował samodzielnie opuścić tamto miejsce.
-?Muszę sobie znaleźć miejsce do zakopania. -?Powtarzał te słowa wciąż na nowo, zmagając się z Nizhnimor i Unnerbym próbującymi przywiązać go z powrotem do rzędu lin zabezpieczających.
-?Tam właśnie teraz idziemy, Gil. Trzymaj się. -?Unnerby zwolnił Havena do Amber i przez chwilę Hrunkner i Szrek słyszeli tylko siebie.
-?Okazuje więcej ducha niż wcześniej -?zauważył Szrekander.
Haven podskakiwał wokół jak chłop na drewnianych nogach.
-?Chyba już nie odczuwa bólu. -?Odpowiedź Hrunka była cicha, ale wyraźna. -?Ale nie to mnie martwi. Chyba zapada się w głębinową wędrówkę.
Szaleństwo Mroku. Była to szalona panika, w jaką ludzie zapadali się, gdy wewnętrzny rdzeń ich umysłów uświadomił sobie, że zostali uwięzieni na zewnątrz. Kontrolę przejmował zwierzęcy instynkt zmuszający ofiarę do znalezienia jakiegoś miejsca, dowolnego, które mogłoby posłużyć za głębię.
-?Szlag. -?Słowo było przytłumione, ucięte przez zerwanie kontaktu przez Unnerby'ego próbującego zorganizować wymarsz. Od prawdopodobnego bezpieczeństwa dzieliły ich tylko godziny, a jednak... obserwacja zmagań Gila Havena we wszystkich obudziła pierwotne odruchy. Instynkt był czymś cudownym... ale jeśli teraz mu ulegną, z pewnością doprowadzi ich do śmierci.
Po dwóch godzinach ledwie dotarli do wzgórz za magazynem. Gil dwukrotnie się wyrywał, za każdym razem gwałtowniej, by odbiec w stronę fałszywej obietnicy głębokich szczelin wzdłuż ich trasy. Za każdym razem Amber ściągała go z powrotem i próbowała z nim rozmawiać. Jednak Gil nie wiedział już, gdzie się znajduje, a szarpanie się doprowadziło do rozerwania skafandra w kilku miejscach. Jego niektóre części były już sztywne i zamrożone.
Koniec nadszedł, gdy dotarli do pierwszego odcinka wymagającego wspinaczki. Musieli tu zostawić sanie, resztę drogi pokonać tylko z powietrzem i egzotermami, które zdołają zabrać w sakwach. Za trzecim razem Gil oderwał się od linki zabezpieczającej i zaczął uciekać dziwnymi, chwiejnymi skokami. Nizhnimor ruszyła w pościg. Amber była dużą kobietą i do tej pory nie miała większych problemów z panowaniem nad Gilem Havenem, ale tym razem było inaczej. Gil dotarł do ostatecznej desperacji głębinowej wędrówki. Kiedy odciągała go od krawędzi, zaatakował ją, dźgając końcami dłoni. Amber zatoczyła się do tyłu, puszczając go. Hrunk i Szrekander znajdowali się tuż za nią, ale było już za późno. Ręce Havena machały na wszystkie strony, gdy turlał się, spadając z urwiska w cienie w dole.
Ich trójka stała przez chwilę nieruchomo w szoku, a potem Amber zaczęła się zsuwać przez krawędź, szukając stopami przez warstwę powietrznego śniegu jakiegoś oparcia na skałach poniżej. Unnerby i Podgórny chwycili ją i odciągnęli.
-?Nie, puśćcie mnie! Zamrożony ma szansę. Musimy go tylko zanieść ze sobą.
Podgórny wychylił się nad urwiskiem i uważnie przyjrzał temu, co w dole. Spadając, Gil uderzył o odsłonięte skały, jego ciało leżało nieruchomo. Jeśli jeszcze nie żył, odwodnienie i częściowe zamrożenie zabije go, nim zdołają wciągnąć ciało z powrotem na ścieżkę.
Hrunkner też musiał to zrozumieć.
-?On odszedł, Amber -?powiedział łagodnie. A potem wrócił głos sierżanta. -?A my wciąż mamy zadanie.
Po chwili Amber zwinęła wolne dłonie na potwierdzenie, ale Szrek nie usłyszał od niej ani słowa. Wspięła się z powrotem na ścieżkę i pomogła z powrotem zamocować ich linki zabezpieczające i kable audio.
Cała trójka wróciła do wspinaczki, teraz idąc szybciej.
Gdy dotarli do celu, zostało im już tylko kilka kwart żywych egzoterm. Przed Mrokiem te wzgórza porastał bujny las tramdrzew, będący przeznaczoną do polowań częścią posiadłości Tieferskiego szlachcica. Za nimi znajdowała się rozpadlina skalna, będąca wejściem do naturalnej głębi. W dowolnym dzikim terenie z dużą zwierzyną byłaby to głębia zwierzęca, ale na zasiedlonych terenach były one zwykle przejmowane i rozbudowywane przez ludzi... albo bywały porzucane. Szrekander nie potrafił sobie wyobrazić, skąd wywiad Zgody wiedział o jej istnieniu inaczej niż dzięki posiadaniu agentów wśród Tieferczyków w posiadłości. Jednak nie była to przygotowana, bezpieczna kryjówka -?wyglądała równie dziko i naturalnie jak cokolwiek w Odległym Brunlargo.
Nizhnimor była jedyną prawdziwą myśliwą w zespole. Razem z Unnerbym wycięli drogę przez bariery z plujedwabiu i zeszli aż na dno. Szrekander zwisał nad nimi, kierując w dół ciepło i światło.
-?Widzę pięć basenów... i dwa dorosłe taranty. Daj nam tu więcej światła.
Szrekander opuścił się niżej, opierając większość ciężaru na plujedwabiu. Światło z jego najniższych rąk sięgało aż do samego tyłu jaskini. Zobaczył teraz dwa z basenów. Prawie nie było w nich śniegu powietrza. Lód był typowy dla basenu hibernacyjnego, bez jakichkolwiek pęcherzyków. Zobaczył przeświecające z lodu stworzenie z błyszczącymi w świetle zamrożonymi oczami. Boże, ależ było wielkie! Mimo to musiało być samcem, bo pokrywały je dziesiątki dziecięcych bąbli.
-?Pozostałe baseny to zapas jedzenia. Świeżo zabite ofiary, jak można by się spodziewać.
W ciągu pierwszego roku Nowego Słońca taka para tarantów zostawała w swojej głębi, wysysając soki z zapasów, podczas gdy ich dzieci rosły do rozmiarów, które pozwalały im uczyć się polować po przejściu pożarów i złagodzeniu burz. Taranty były czystymi mięsożercami i choć nie były tak bystre jak thrakty, wyglądem bardzo przypominały prawdziwych ludzi. Zabicie ich i zabranie im jedzenia było konieczne, choć wywoływało skojarzenie bardziej z morderstwem w głębi niż polowaniem.
Zadanie zajęło im kolejną godzinę i zużyło niemal wszystkie pozostałe egzotermy. Po raz ostatni wspięli się na powierzchnię, by ponownie jak najlepiej zamocować bariery z plujedwabiu. Podgórny czuł odrętwienie w kilku stawach, do tego stracił czucie w czubkach lewych rąk. Przez ostatnie kilka godzin ich skafandry sporo przeszły, ulegając przebiciom i łataniu. Niektóre stawy nadgarstkowe skafandra Amber uległy wypaleniu w wyniku zbyt intensywnych kontaktów ze śniegiem powietrznym i egzotermami. Musieli pozwolić na zamarznięcie kończyn. Prawdopodobnie utraci część rąk. Mimo wszytko, cała trójka stanęła tam jeszcze na chwilę.
W końcu odezwała się Amber.
-?Możemy to uznać za zwycięstwo, prawda?
-?Tak -?odpowiedział Unnerby pewnym głosem. -?I cholernie dobrze wiesz, że Gil by się z tym zgodził.
Objęli się razem w poważnym uścisku, stanowiącym niemal idealne odtworzenie Sięgania po Zgodę Gokny. Pasował nawet brakujący towarzysz.
Amberdon Nizhnimor cofnęła się przez szparę między skałami. Gdy przechodziła przez plujedwab, ten rozjarzył się świecącą mgiełką. W dole rozmiesza egzotermy w basenach. Woda będzie zimną breją, ale zdołają się w niej zagłębić. Jeśli szeroko otworzą kombinezony, powinno im się udać osiągnąć równomierne zamrożenie. Niewiele mogli zrobić w sprawie ostatniego wielkiego niebezpieczeństwa.
-?Dobrze się rozejrzyj, Szrekander. To twoje dzieło. -?Z głosu Unnerby'ego zniknęła pewność. Amber Nizhnimor była żołnierką i Unnerby wykonał wobec niej swój obowiązek. Teraz wyglądał tak, jakby wyszedł z trybu bojowego i był tak zmęczony, że ledwie utrzymywał brzuch nad śniegiem powietrza.
Podgórny rozejrzał się wokół. Stali kilkaset stóp nad poziomem bazy Tieferów. Zorza przygasła, dawno temu zniknęły też ruchome świetlne punkty i błyski na niebie. W wygasłym świetle baza była polem czarnych plam pośród oświetlonej gwiazdami szarości. Tylko że czerń nie była cieniami, a czarnym barwnikiem w proszku, który rozproszyli moździerzami na całej instalacji.
-?Coś tak drobnego -?skomentował Unnerby. -?Kilkaset funtów czernidła. Naprawdę myślisz, że to zadziała?
-?Och, tak. Pierwsze kilka godzin Nowego Słońca to coś jak wprost z piekła. To czernidło sprawi, że ich sprzęt zrobi się gorętszy od wszelkich dopuszczalnych wartości. Wiesz, co dzieje się w takim rozbłysku.
Tak naprawdę to sierżant Unnerby osobiście kierował tymi testami. Światło o nasileniu stokrotnie większym niż słońce pośrodku Jasności, świecące na pokryty czernidłem materiał, w parę minut sprawiało, że miejsca styku metali ulegały zaspawaniu: kulki do łożysk, tłoki do cylindrów, koła do szyn. Oddziały wroga będą musiały wycofać się pod ziemię, praktycznie tracąc najważniejszy magazyn sprzętu na froncie.
-?Ta sztuczka zadziała po raz pierwszy i po raz ostatni, Szrekander. Wystarczy kilka barier i trochę min, żeby uniemożliwić nam dojście.
-?Jasne. Ale zmienią się też inne rzeczy. To ostatni Mrok, który nasz lud spędzi w uśpieniu. Następnym razem to nie będzie tylko czworo ludzi w kombinezonach. Cała cywilizacja pozostanie przytomna. Skolonizujemy Mrok, Hrunkner.
Unnerby roześmiał się z oczywistym niedowierzaniem. Gestem zaprosił Podgórnego w stronę szczeliny w skale i głębi poniżej. Choć był bardzo zmęczony, sierżant zejdzie ostatni, ustawiając za sobą przegrody.
Szrekander po raz ostatni spojrzał na szare ziemie i wiszące w górze kurtyny niemożliwych zórz. Tu ciekawie, tam ciekawie, świat poznajmy przy zabawie.
Dzieciństwo Ezra Vinha było generalnie chronione i bezpieczne. Jego życiu tylko raz groziło prawdziwe niebezpieczeństwo, a był to wynik zbrodniczo wręcz głupiego wypadku.
Nawet wedle standardów Queng Ho rodzina Vinh.23 była bardzo rozległa. Istniały jej gałęzie, które nie uścisnęły sobie dłoni przez tysiące lat. Vinh.23.4 i Vinh.23.4.1 przez większość tego czasu zamieszkiwały bardzo odległe rejony Przestrzeni Ludzi, pracując na własne fortuny i rozwijając własne obyczaje. Może lepiej byłoby nie podejmować prób synchronizacji po całym tym czasie... tylko że szczęśliwy los zebrał razem tak wielu członków wszystkich trzech odgałęzień na Starym Kielle równocześnie. Spędzili więc razem kilka lat, budując tymczasówki, które wiele osiadłych cywilizacji nazwałoby kosmicznymi pałacami, i próbowali odkryć, co stało się z ich wspólnym dziedzictwem. Vinh.23.4.1 była dobrowolną demarchią. Nie wpływało to na ich stosunki handlowe, choć ciotka Filipa była oburzona.
-?Nikt mi przez głosowanie nie odbierze moich praw własności - zapamiętał jej słowa mały Ezr.
Wydawało się, że Vinh.23.4 są dużo bliżej gałęzi znanych rodzicom Ezra, choć ich dialekt nese był niemal niezrozumiały. Rodzina 23.4 nie zawracała sobie głowy wiernym przestrzeganiem standardów transmisji. Jednak standardy były bardzo ważne, nawet ważniejsze od list wykluczeń. Na pikniku należało sprawdzać skafandry dzieci, a potem dodatkowo kontrolowały je automaty, ale nikt nie spodziewał się, że "sekundy atmosfery" w przypadku powietrza kuzyna będą znaczyć coś innego niż w twoim. Ezr wspinał się wokół małej skały orbitującej asteroid piknikowy, zachwycony możliwością wprawienia małego świata w ruch dzięki dłoniom i stopom zamiast odwrotnie. Jednak kiedy skończyło mu się powietrze, jego towarzystwo znalazło już sobie własne światy w chmurze skał. Monitor pikniku zignorował wołania skafandra o pomoc, aż małe dziecko w środku prawie zeszło.
Ezr pamiętał potem dopiero chodzenie po nowym, specjalnie przygotowanym przedszkolu. Przez niezliczone kilosekundy po wypadku traktowano go jak króla.
Dzięki temu Ezr Vinh zawsze wybudzał się z hibernacji w dobrym nastroju. Oczywiście doznawał zwykłej dezorientacji i dyskomfortu fizycznego, ale wspomnienia z dzieciństwa zapewniały go, że gdziekolwiek jest, wszystko będzie dobrze.
Tym razem z początku było tak samo, może tylko delikatniej niż zwykle. Leżał w prawie nieważkości w przyjemnym, ciepłym łóżku. Miał wrażenie przestrzeni, wysokiego sufitu. Na ścianie za łóżkiem zobaczył malowidło... wykonane tak drobiazgowo, że mogło być fotografią. Trixia nie znosiła tych obrazów. Ta niespodziewana myśl wzbogaciła przebudzenie o trochę kontekstu. Trixia. Trilandia. Misja do Bistabilnej. I to nie było pierwsze przebudzenie tutaj. Nastąpiło coś bardzo złego, zasadzka Rozwiniętych. Jak udało im się to wygrać? Jakie miał ostatnie wspomnienia przed tym zaśnięciem? Unoszenie się w ciemności uszkodzonego lądownika. Zniszczenie statku flagowego Parka. Trixia...
-?Chyba go z tego wyciągnęłam, panie kolonii. -?Kobiecy głos.
Obrócił głowę w stronę głosu niemal wbrew własnej woli. Obok niego siedziała Anne Reynolt, a obok niej stał Tomas Nau.
-?Ach, praktykant Vinh. Cieszę się, widząc cię z powrotem wśród żywych. -?Uśmiech Nau był uroczysty i zatroskany.
Ezr potrzebował kilku prób, by wycharczeć coś zrozumiałego.
-?Co... Co się dzieje? Gdzie jestem?
-?Jesteś na pokładzie mojej głównej rezydencji. Minęło około ośmiu dni od czasu, gdy wasza flota próbowała mnie zniszczyć.
-?Guh? -?To my zaatakowaliśmy was?
Nau pytająco przekrzywił głowę w reakcji na nieskładną reakcję Vinha.
-?Chciałem tu być, gdy cię obudzimy. Dyrektor Reynolt wprowadzi cię w szczegóły, ale chciałem cię zapewnić o moim wsparciu. Przydzielam ci stanowisko kierownika floty do tego, co zostało z wyprawy Queng Ho. - Wstał i łagodnie poklepał Vinha po ramieniu.
Spojrzenie chłopaka śledziło Rozwiniętego wychodzącego z pokoju. Kierownik floty?
Reynolt zarysowała Vinhowi sytuację, podając więcej twardych faktów, niż potrafił łatwo przyswoić. To wszystko nie mogło być kłamstwami... Zginęło tysiąc czterystu Queng Ho, prawie połowa stanu floty. Zniszczono cztery z siedmiu statków kosmicznych, a silniki strumieniowe pozostałych uległy uszkodzeniu. Większość mniejszych pojazdów została zniszczona lub poważnie uszkodzona. Ludzie Nau pracowali, sprzątając orbitalne śmieci pozostałe po walce. Zamierzali kontynuować "wspólne działania". Materiały lotne i rudy wyniesione z Arachny zapewnią zaopatrzenie dla habitatów budowanych przez Rozwiniętych w punkcie L1 układu słońce/planeta.
Pozwoliła mu też zobaczyć listy załóg. "Pham Nuwen" został zniszczony z całą załogą. Zginęli kapitan Park i kilku członków Komitetu handlowego. Większość osób na pokładach ocalałych statków wciąż żyła, ale starsi oficerowie byli trzymani w hibernacji.
Nie czuł już potężnego bólu głowy z ostatnich chwil w lądowniku. Reynolt powiedziała, że Ezr został wyleczony z "nieprzyjemnego zarazka". Jednak tylko sztucznie opracowana choroba mogła mieć tak wygodny i równoczesny czas wystąpienia objawów. Kłamstwa Rozwiniętych były zaledwie udawaniem uprzejmości. Zasadzka została zaplanowana od samego początku i zrobiono to z sekundową precyzją.
Przynajmniej Anne Reynolt nie uśmiechała się, wypowiadając kłamstwa. Właściwie w ogóle rzadko się uśmiechała. Kierowniczka zasobów ludzkich Reynolt. Zabawne, że nawet Trixia nie zauważyła tego, co może sugerować ten tytuł. Z początku Ezr sądził, że Reynolt tłumi prawdziwy wstyd, bo praktycznie w ogóle nie patrzyła mu prosto w oczy, ale stopniowo uświadomił sobie, że patrzenie na jego twarz nie było dla niej ani trochę ciekawsze od wpatrywania się w ścianę. Nie widziała w nim osoby, ani trochę nie obchodzili jej zabici.
Ezr cicho czytał raporty, bez szyderstw ani płaczu, gdy odkrył śmierć Suma Dotrana. Na liście poległych nie było Trixii. W końcu dotarł do listy ocalałych oraz ich obecnego stanu. Prawie trzysta osób znajdowało się na pokładzie tymczasówki Queng Ho, również przeniesionej do L1. Ezr przeskanował nazwiska, zapamiętując je: młodszy personel i praktycznie żadnych Trilandczyków ani naukowców. Nie znalazł tam Trixii Bonsol. Przeglądał dalej... Kolejna lista. Trixia! Jej nazwisko znajdowało się na liście, na dodatek wymienione w "dziale lingwistyki".
Ezr podniósł wzrok znad tekstu i zapytał, starając się brzmieć swobodnie:
-?Co znaczy ten glif umieszczony przy niektórych nazwiskach? -?Przy nazwisku Trixii.
-?"Skupieni".
-?A co to znaczy? -?W jego głosie pojawiła się niechciana nerwowość.
-?Wciąż są poddawani leczeniu. Nie wszyscy dochodzą do siebie równie łatwo jak ty. -?Jej spojrzenie było twarde i beznamiętne.
Następnego dnia znowu pojawił się Nau.
-?Czas przedstawić cię twoim nowym podwładnym -?powiedział.
Lecieli przez długi, prosty korytarz do śluzy dla pojazdów. Ten habitat nie był miejscem, w którym odbył się bankiet. Wyczuwało się delikatną sugestię ciążenia, jakby znajdowali się na małej asteroidzie. Wahadłowiec z drugiej strony śluzy był większy od wszystkiego, co przywieźli ze sobą Queng Ho. Był luksusowy w barokowy, prymitywny sposób. Niskie stoły i bar dostępny ze wszystkich stron. Na ścianach szerokie okna wyglądające na prawdziwe. Nau dał mu chwilę na wyjrzenie na zewnątrz.
Wahadłowiec unosił się pośród rozpór uziemionego habitatu. Konstrukcja wyglądała na niekompletną, choć zdawała się równie wielka jak tymczasówka dyplomatyczna Queng Ho. Znaleźli się powyżej rusztowań. Jej podstawa wykrzywiła się w dole w plątaninę szarych olbrzymów. To były zebrane razem diamentowe góry. Bloki wyglądały dziwnie bez żadnych kraterów, choć zarazem równie nudno jak zwykłe asteroidy. Tu i tam w miejscach pozbawionych grafitowej powłoki przenikało słabe światło słońca, błyskając tęczą. Między dwiema górami zobaczył osadzone jasne pola śniegu, masywną stertę świeżo wyciętych skał i lodu -?musiały to być kawałki oceanu i jego dna wyniesione z Arachny. Wahadłowiec uniósł się jeszcze bardziej. Zza brzegów gór wyłoniły się sylwetki statków kosmicznych. Każdy miał ponad sześćset metrów długości, a jednak przy skałach wydawały się drobne. Zakotwiczono je blisko siebie, jak w stoczni zbiera się wraki. Ezr policzył szybko i oszacował to, czego nie mógł zobaczyć bezpośrednio.
-?Sprowadziliście wszystko tutaj... do L1? Naprawdę chcecie przyjąć strategię zaczajenia?
Nau kiwnął głową.
-?Obawiam się, że tak. Najlepiej być w tej sprawie szczerym. Walka sprawiła, że wszyscy stanęliśmy nad krawędzią. Mamy dość zasobów na powrót do domu, ale z pustymi rękami. Jeśli zamiast tego zdołamy współpracować... Cóż, z tego miejsca w L1 możemy obserwować Pająki. Jeśli faktycznie wkraczają w erę informacji, z czasem będziemy mogli wykorzystać ich zasoby na nasze potrzeby. Niezależnie od tego możemy dostać wiele z tego, po co tu przylecieliśmy.
Hm. Przedłużone zaczajenie i oczekiwanie na dojrzenie klientów. Queng Ho przy kilku okazjach stosowali taką strategię. Czasami nawet się sprawdzała.
-?To będzie trudne.
-?Może dla was -?powiedział ktoś za plecami Ezra. -?Rozwinięci dobrze żyją, człowieczku. Lepiej, żebyś dowiedział się tego już teraz.
Vinh rozpoznał ten głos, głos oprotestowujący zasadzkę Queng Ho w chwili, gdy to jego strona wyprowadzała atak. Ritser Brughel. Ezr się odwrócił. Duży blondyn szczerzył się do niego w uśmiechu. Żadnych niuansów ani subtelności.
-?A do tego zawsze gramy tak, by wygrać. Pająki też się o tym przekonają.
Wcale nie tak dawno temu Ezr Vinh spędził cały wieczór, siedząc obok niego i słuchając, jak poucza Phama Trinliego. Blondyn był nudziarzem i osiłkiem, choć wtedy nie miało to znaczenia. Spojrzenie Vinha przemknęło wzdłuż wyłożonych wykładziną ścian na Anne Reynolt. Uważnie przyglądała się rozmowie. Pod względem wyglądu mogłaby być siostrą Brughela, w blond włosach mężczyzny pobłyskiwały nawet rudawe nuty. Jednak na tym podobieństwo się kończyło. Przy całym wzbudzanym przez Brughela wstręcie jego emocje były jednoznaczne i bardzo silne, natomiast jedynym uczuciem widzianym przez Vinha u Anne Reynolt było zniecierpliwienie. Obserwowała rozmowę tak, jak można by przyglądać się owadom na ziemi w ogrodzie.
-?Ale nie martw się, handlarzu. Twoja kwatera jest odpowiednio niepozorna. -?Brughel wskazał widok przez przednie okno. Pojawiła się tam zielonkawa plamka, ledwie widoczny dysk. Tymczasówka Queng Ho. - Zaparkowaliśmy ją na ośmiodniowej orbicie wokół głównej sterty.
Tomas Nau uprzejmie uniósł rękę, jakby prosił o pozwolenie na odezwanie się, a Brughel zamilkł.
-?Mamy tylko chwilę, panie Vinh. Wiem, że Anne Reynolt wprowadziła pana w sytuację, ale chcę się upewnić, że rozumie pan nowe obowiązki. - Zrobił coś ze swoim mankietem i obraz tymczasówki Queng Ho urósł.
Vinh przełknął ślinę. Zabawne, to była tylko zwykła tymczasówka polowa, ledwie sto metrów średnicy. Przejechał spojrzeniem po nierównym, pikowanym kadłubie. Mieszkał tam jeszcze niecałe dwie megasekundy, setki razy wyrzekając na ciasnotę. Teraz było to coś najbliższe domu, co jeszcze istniało, a w środku znajdowało się wielu jego ocalałych przyjaciół. Polową tymczasówkę tak łatwo można było zniszczyć. A jednak wszystkie komórki wyglądały na całkowicie nadmuchane i nie dostrzegł żadnych łat. Kapitan Park ustawił ją daleko od swoich statków, a Nau ją oszczędził.
-?...tak więc teraz pańskie nowe stanowisko jest bardzo ważne. Jako mój kierownik floty będzie miał pan obowiązki porównywalne z nieżyjącym kapitanem Parkiem. Będzie pan miał moje stałe wsparcie i dopilnuję, by moi ludzie to rozumieli. -?Rzut oka na Ritsera Brughela. -?Ale proszę pamiętać: nasz sukces -?a nawet przetrwanie -?zależy teraz od pełnej współpracy.
Ezr niezbyt dobrze radził sobie z zarządzaniem personelem. Plany Nau powinny być oczywiste. Vinh nawet studiował takie rzeczy w szkole. Kiedy dotarli do tymczasówki, Nau wygłosił krótką, pełną nadskakiwania mowę, w której przedstawił Vinha jako nowego "kierownika floty Queng Ho". Specjalnie podkreślił przy tym, że Ezr Vinh jest najwyższym rangą, obecnym na miejscu członkiem rodziny właścicieli statków. Dwa statki Vinha przetrwały starcie ze stosunkowo niewielkimi uszkodzeniami. I jeśli jakiś prawowity właściciel jednostek Queng Ho pozostał przy życiu, był nim właśnie Ezr. A jeśli wszyscy będą współpracować z legalną władzą, jeszcze razem zdołają się wzbogacić. A potem Ezr został wypchnięty do przodu, by wymamrotał kilka słów o tym, jak bardzo cieszy się z powrotu między przyjaciół i jak liczy na ich pomoc.
W ciągu kolejnych dni zaczął rozumieć klin, jaki Nau wbił między jego obowiązki a poczucie lojalności. Ezr równocześnie był w domu i poza nim. Każdego dnia widywał znajome twarze. Benny Wen i Jimmy Diem przeżyli. Ezr znał Benny'ego od kiedy mieli po sześć lat, jednak teraz zachowywał się jak obcy, choć skłonny do współpracy.
A potem któregoś dnia, bardziej dzięki szczęściu niż planowaniu, Ezr wpadł na Benny'ego przy śluzach wahadłowców. Ezr był sam. Jego Rozwinięci asystenci coraz częściej przestawali pilnować jego ruchów. Ufali mu? Założyli mu podsłuch? Nie mogli sobie wyobrazić, że potrafiłby im zaszkodzić? Wszystkie te możliwości były nieprzyjemne, ale dobrze było się uwolnić od opiekunów.
Benny był z małą grupą Queng Ho tuż przy najbardziej zewnętrznej ścianie balonu. Ponieważ znajdowali się przy śluzach, nie było tu zewnętrznego pikowania, więc co jakiś czas światła przelatującego wahadłowca rzucały na tkaninę ruchome plamy blasku. Grupa Benny'ego rozproszyła się na ścianie, pracując przy węzłach automatyki kontrolującej zbliżanie. Ich Rozwinięty szef grupy znajdował się na drugim końcu otwartej przestrzeni.
Ezr wyleciał z promieniowego tunelu, zobaczył Benny'ego Wena i lekko odbił się ku niemu od ściany.
Wen oderwał wzrok od pracy i ukłonił się uprzejmie.
-?Kierowniku floty. -?Formalność była mu już znajoma... i równie bolesna jak uderzenie w twarz.
-?Cześć, Benny. J... jak leci?
Wen zerknął szybko przez otwartą przestrzeń na kierownika grupy z Rozwiniętych. Facet zdecydowanie wyróżniał się dzięki swojemu szaremu kombinezonowi, odcinającemu się od indywidualizmu większości Queng Ho. Przemawiał właśnie głośno do trzech pracowników, jednak dystans i tkanina tłumiły jego słowa. Benny obejrzał się z powrotem na Ezra i wzruszył ramionami.
-?Och, doskonale. Wiesz, co tu robimy?
-?Wymieniacie wejścia łączności. -?Jednym z pierwszych ruchów Rozwiniętych była konfiskata wszystkich wyświetlaczy przeziernych. Ekrany i powiązana z nimi elektronika sygnałowa były klasycznymi narzędziami wolności.
Wen roześmiał się cicho, wciąż zerkając na szefa grupy.
-?Od razu trafiony, Ezr, stary. Widzisz, nasi nowi... pracodawcy... mają problem. Potrzebują naszych statków, potrzebują naszego sprzętu, ale nic z tego nie będzie działać bez automatyki. A jak mogą nam z nią zaufać? Wszelka skuteczna maszyneria ma wbudowane sterowniki. -?Oczywiście sterowniki były podłączone do sieci niewidocznym klejem sieci lokalnej floty, dzięki której wszystko pracowało spójnie.
Oprogramowanie tego systemu rozwijano przez tysiąclecia, a Queng Ho dopracowywali je przez wieki. Zniszczenie go sprawiłoby, że flota stałaby się zaledwie złomem. Ale jak dowolny zdobywca może ufać temu, co ukrywano tam w ciągu tych stuleci? W większości przypadków sprzęt pokonanego był po prostu niszczony, jednak, jak przyznał Tomas Nau, nikt nie mógł sobie pozwolić na utratę kolejnych zasobów.
-?Wiesz, ich grupy robocze przechodzą przez każdy węzeł. Nie tylko tu, a na wszystkich ocalałych statkach. I wszystkie kolejno modyfikują.
-?Nie ma mowy, żeby mogli wszystko zastąpić. -?Mam nadzieję. Najgorszymi tyraniami były te, w których rząd wymagał stosowania własnej logiki w każdym osadzonym węźle.
-?Zdziwiłbyś się, widząc, co wymieniają. Widziałeś, jak pracują. Ich technicy komputerowi są... dziwni. Wygrzebali z systemu rzeczy, których nigdy bym nie podejrzewał. -?Benny wzruszył ramionami. -?Ale masz rację, nie ruszają osadzonych rzeczy najniższego poziomu. Wyrywają głównie układy logiczne wejścia/wyjścia. W zamian dostajemy nowiuteńkie interfejsy. -?Benny wykrzywił usta w lekkim uśmiechu i odczepił od pasa czarny plastikowy prostokąt. Wyglądał jak klawiatura. -?To jedyne, czego będziemy używać przez jakiś czas.
-?Boże, to wygląda starożytnie.
-?To jest proste, nie stare. Mam wrażenie, że to po prostu sprzęt zapasowy, który Rozwinięci mieli w magazynach. -?Benny znowu popatrzył w kierunku szefa zespołu. -?Liczy się to, że sprzęt łącznościowy w tych skrzynkach jest znany Rozwiniętym. Jeśli spróbujesz przy nich grzebać, wywołasz alarmy w całej sieci. W zasadzie mogą filtrować wszystko, co robimy. -?Benny popatrzył na pudełko i zważył je w ręce. Był tylko jeszcze jednym praktykantem, jak Ezr, nie był od niego dużo bystrzejszy w kwestiach techniki, ale zawsze miał nosa do dobrych interesów. - Dziwne. To, co udało nam się dotąd zobaczyć z technologii Rozwiniętych, wygląda na dość ograniczone, ale oni naprawdę zamierzają wszystko przesiewać i monitorować. W ich automatyce jest coś, czego nie rozumiemy. -?Wyglądało to prawie tak, jakby rozmawiał sam ze sobą.
Na ścianie za nim pojawiło się światło, narastając, a potem powoli przesuwając się w bok. Do doku zbliżał się wahadłowiec. Blask przesunął się po krzywiźnie ściany, a po sekundzie rozległ się stłumiony odgłos dokowania. Po całej tkaninie wokół cylindra doku przebiegły fale. Włączyły się pompy śluzy. Tutaj ich wycie było głośniejsze niż w samej śluzie. Ezr się zawahał. Hałas był dostatecznie nasilony, by ukryć ich rozmowę przed kierownikiem grupy. Jasne, a wszystkie mikrofony podsłuchowe mogą w tym wyłapać rozmowę lepiej niż nasze uszy. Kiedy więc się odezwał, nie próbował konspiracyjnego szeptu, przekrzykując zgiełk pomp.
-?Dużo się wydarzyło, Benny. Ale chcę, żebyś wiedział, że ja się nie zmieniłem. Nie jestem... -?Nie jestem zdrajcą, do cholery!
Przez chwilę Benny patrzył na niego enigmatycznie... a potem się uśmiechnął.
-?Wiem, Ezr. Wiem.
Benny poprowadził go wzdłuż ściany w kierunku reszty zespołu.
-?Pokażę ci jeszcze parę rzeczy, którymi się zajmujemy.
Ezr podążał za nim, gdy Benny wskazywał różne elementy, opisując zmiany wprowadzane przez Rozwiniętych do protokołów doku. I nagle trochę lepiej zrozumiał grę.
Wróg nas potrzebuje i spodziewa się, że będziemy dla niego pracować przez lata. Jest mnóstwo rzeczy, które możemy sobie powiedzieć. Nie zabiją nas za wymianę informacji potrzebnych do wykonania pracy. I nie zabiją za spekulacje na temat tego, co się tu dzieje.
Jazgot pomp ustał. Gdzieś za plastikiem cylindra doku z wahadłowca zaczęli wysiadać ludzie, wyładowując towar.
Wen podleciał bliżej do otwartego włazu kanału technicznego.
-?Słyszałem, że sprowadzają sporo swoich ludzi.
-?Tak, niedługo ma ich być cztery setki, może więcej. -?Ta tymczasówka była tylko zbiorem balonów napompowanych kilkaset megasekund wcześniej, zaraz po przybyciu floty. Jednak była dostatecznie duża dla wszystkich załóg upakowanych jako wyschnięte zwłoki na czas pięćdziesięcioletniego przelotu z Trilandii. To było trzy tysiące osób. Teraz mieszkało ich tu tylko trzysta.
Benny uniósł brew.
-?Myślałem, że mają własną tymczasówkę, i to lepszą od tej.
-?Myślę... -?Szef grupy znalazł się prawie w zasięgu słuchu. Ale to nie jest żadna konspiracja. Boże Handlu, musimy móc rozmawiać o swojej pracy. -?Myślę, że stracili więcej, niż się do tego przyznają. - Myślę, że o włos otarliśmy się o zwycięstwo i to pomimo tego, że zostaliśmy zaatakowani z zaskoczenia, choć powalili nas swoją bronią biologiczną.
Benny przytaknął, a Ezr domyślił się, że już wiedział. Jednak czy wiedział o tym?
-?To wciąż zostawi sporo miejsca. Tomas Nau myśli o wyciągnięciu większej liczby ludzi z hibernacji, może nawet części oficerów.
Jasne, starszy personel będzie stanowił większe zagrożenie dla Rozwiniętych, ale jeśli Nau naprawdę chciał skutecznej współpracy... Niestety pan kolonii był znacznie mniej otwarty w zakresie "Skupionych". Trixia.
-?Och? -?Głos Benny'ego nie zdradzał emocji, ale jego spojrzenie nagle się wyostrzyło. Spojrzał w inną stronę. -?To byłaby duża różnica, zwłaszcza dla niektórych z nas... jak ta panienka, która pracuje teraz w tym kanale. -?Częściowo wsunął głowę przez właz i zawołał. -?Hej, Qiwi, skończyłaś tam już?!
Bachor? Od czasu zasadzki Ezr widział ją tylko dwa albo trzy razy, co wystarczyło do upewnienia się, że nie została ranna ani nie zrobiono z niej zakładnika. Jednak ona częściej niż inni spędzała czas poza tymczasówką i z Rozwiniętymi. Może po prostu wydawała się za młoda, by stanowić zagrożenie. Minęła chwila i z kanału wysunęła się drobna postać w śmiesznym stroju arlekina.
-?Tak, tak, skończyłam. Założyłam pokrywę zabezpieczającą... -?Zobaczyła Ezra. -?Cześć, Ezr! -?Choć raz dziewczyna nie rzuciła się na niego, tylko kiwnęła głową i tak jakby się uśmiechnęła. Może zaczynała dorastać. Choć jeśli tak, to trafił się jej trudny sposób. - Rozciągnęłam to całą drogę aż za śluzy, żaden problem. Choć można by się zastanawiać, czemu po prostu nie użyją szyfrowania.
Uśmiechała się, choć pod jej oczami zobaczył cienie. Takiej twarzy Ezr spodziewałby się u kogoś starszego. Qiwi unosiła się w rozluźnionej pozycji nieważkości, z jednym butem w kratkę zaczepionym o uchwyt na ścianie. Jednak ręce trzymała blisko piersi, obejmując dłońmi łokcie. Zniknął gdzieś ekspansywny, nieustannie chwytający i bijący potworek sprzed zasadzki. Ojciec Qiwi był jednym z wciąż zakażonych, tak jak Trixia. I podobnie jak ona mógł nigdy nie wrócić. A Kira Pen Lisolet była starszą zbrojną.
Mała dziewczynka dalej mówiła o konfiguracji urządzeń wewnątrz kanału. Miała dobre kwalifikacje. Inne dzieci mogły mieć zabawki, gry i kolegów czy koleżanki, ale domem Qiwi był lecący między gwiazdami prawie pusty statek strumieniowy. Te długie czasy w samotności sprawiły, że stała się niemal specjalistką w kilku dziedzinach.
Miała kilka pomysłów dotyczących potencjalnej oszczędności czasu przy przeciąganiu przewodów zleconym przez Rozwiniętych. Benny przytakiwał i robił notatki.
A potem Qiwi przerzuciła się na inny temat.
-?Słyszałam, że będziemy mieć w tymczasówce nowych ludzi.
-?Tak...
-?Kogo? Kogo?
-?Rozwiniętych. A potem może trochę naszych ludzi.
Jej uśmiech na chwilę zrobił się promienny, a potem z wyraźnym wysiłkiem stłumiła entuzjazm.
-?Ja... byłam w Hammerfeście. Pan kolonii Nau chciał, żebym sprawdziła sprzęt do hibernacji przed przeniesieniem go na "Odległy skarb". Widziałam... widziałam mamę, Ezr. Widziałam jej twarz przez szybę. Widziałam jej powolny oddech.
-?Nie martw się, młoda -?rzucił Benny. -?My... Wszystko będzie w porządku z twoją mamą i tatą.
-?Wiem. To samo powiedział mi pan kolonii Nau.
W jej oczach zobaczył nadzieję. Czyli Nau składał jej luźne obietnice, stając się źródłem nadziei biednej Qiwi. A niektóre z jego obietnic mogą być nawet prawdziwe. Może w końcu wyleczą jej ojca ze swojej cholernej bojowej choroby. Jednak zbrojni pokroju Kiry Pen Lisolet byliby niezwykle niebezpieczni dla dowolnego tyrana. Poza urządzeniem kontrzasadzki, Kira Lisolet może spać przez bardzo, bardzo długi czas... Poza urządzeniem kontrzasadzki. Zerknął na Benny'ego. Spojrzenie przyjaciela było kompletnie bez wyrazu, wróciwszy do wcześniejszego nieprzeniknionego wyglądu. I nagle Ezr zrozumiał, że naprawdę istnieje spisek. W ciągu najwyżej kilku megasekund niektórzy spośród Queng Ho podejmą działania.
Mogę pomóc, wiem, że mogę. Oficjalna koordynacja wszystkich rozkazów Rozwiniętych przechodziła przez Ezra Vinha. Gdyby był po ich stronie... Jednak był też najściślej obserwowany ze wszystkich, nawet jeśli Tomas Nau w ogóle go nie szanował. Na chwilę Ezra opanowała furia. Benny wiedział, że nie jest zdrajcą... ale też nie mógł w żaden sposób pomóc, nie zdradzając spiskowców.
Tymczasówka Queng Ho przetrwała zasadzkę bez jednego zadrapania. Nie została nawet uszkodzona impulsami, więc zanim okaleczyli jej sieć lokalną, Rozwinięci spędzili sporo czasu na grzebaniu w jej bazach danych.
To, co zostało, sprawdzało się całkiem dobrze w rutynowych działaniach. Co kilka dni populacja tymczasówki wzrastała o kilka kolejnych osób. Większość była Rozwiniętymi, choć trafiali się też uwalniani z aresztu hibernacyjnego Queng Ho niskiego szczebla. Zarówno Rozwinięci, jak i Queng Ho wyglądali jak uchodźcy z jakiejś katastrofy. Nie dało się ukryć zniszczeń doznanych przez Rozwiniętych ani straconego przez nich sprzętu. I może Trixia nie żyje. "Skupieni" byli przetrzymywani w nowym habitacie Rozwiniętych, Hammerfeście. Jednak nikt ich nie widział.
A równocześnie warunki w tymczasówce Queng Ho powoli się pogarszały. Mieszkała tu mniej niż jedna trzecia docelowej populacji struktury, a jednak systemy zawodziły. Częściowo winna była okaleczona automatyka, częściowo -?choć efekt był subtelny -?wynikało to z faktu, że ludzie nie wykonywali swojej pracy właściwie.
Przy połączeniu uszkodzonej automatyki i niezdarności Rozwiniętych w obchodzeniu się z systemami podtrzymywania życia druga strona jeszcze się nie zorientowała. Na szczęście dla spiskowców Qiwi większość czasu spędzała poza tymczasówką. Ezr wiedział, że mogłaby w jednej chwili wykryć oszustwo. Jego udział w spisku polegał na milczeniu i po prostu niezauważaniu tego, co się działo. Przechodził od jednej drobnej awarii do drugiej, robiąc to, co oczywiste... i zastanawiał się, co naprawdę planowali jego przyjaciele.
Tymczasówka zaczęła autentycznie śmierdzieć. Ezr ze swoimi Rozwiniętymi asystentami wybrał się do basenów bakteryki w samym rdzeniu tymczasówki, do miejsca, gdzie praktykant Vinh spędzał tak wiele kilosekund... wcześniej. Oddałby wszystko, by zostać tu praktykantem na zawsze, gdyby tylko przywróciło to kapitana Parka i pozostałych.
Smród panujący w bakteryce był gorszy niż cokolwiek poznanego przez Ezra poza nieudanymi ćwiczeniami szkolnymi. Ściany za reaktorami biologicznymi pokrywała miękka czarna maź, pulsująca jak stare ciało w powiewie wentylatorów. Ciret i Marli zwymiotowali, z tego jedno wewnątrz aparatu oddechowego.
-?Ropa! -?wydyszał Marli. -?Nie wytrzymam z tym. Poczekamy na ciebie na zewnątrz.
Ruszyli do wyjścia wśród rozprysków materii, aż zamknęły się za nimi drzwi. Ezr został sam z woniami. Stał przez chwilę, nagle uświadamiając sobie, że jeśli kiedyś chciałby być całkiem sam, to było właściwe do tego miejsce.
Gdy zaczął badać skażenie, z syfu wyłoniła się postać w umazanym szlamem stroju wodoodpornym i z aparatem oddechowym. Uniosła rękę, sygnalizując milczenie, a potem przesunęła jednostkę sygnałową wzdłuż ciała Vinha.
-?W porządku, jesteś czysty -?oznajmił stłumiony głos. -?Albo po prostu ci ufają.
To był Jimmy Diem. Pomimo całego gnoju bakteryjnego Ezr prawie go uścisnął. Wbrew wszelkim szansom spiskowcy znaleźli sposób na skontaktowanie się z nim. Ale w głosie Diema nie usłyszał ulgi. Nie widział jego oczu za goglami, jednak postawa jednoznacznie świadczyła o napięciu.
-?Czemu im nadskakujesz, Vinh?
-?Wcale nie! Czekam tylko na właściwy moment.
-?Tak... tak uważają niektórzy z nas. Ale Nau dał ci mnóstwo przywilejów i to u ciebie musimy zatwierdzać każdą pierdołę. Naprawdę uważasz, że rządzisz tym, co z nas zostało?
Nau przez cały czas robił wszystko, by stwarzać takie wrażenie.
-?Nie! Może sądzą, że mnie kupili, ale... na Boga Handlu, czy nie byłem rzetelnym członkiem załogi?
Rozległ się stłumiony śmiech i barki Diema chyba się trochę rozluźniły.
-?Tak, byłeś marzycielem, który nigdy tak do końca nie potrafił się skupić na zadaniu -?słowa znajomej krytyki, choć wymawiane prawie z sympatią -?ale nie jesteś głupi i nigdy nie próbowałeś wykorzystywać powiązań rodzinnych... Dobra, praktykancie, witamy na pokładzie.
To był najradośniejszy awans kiedykolwiek otrzymany przez Ezra Vinha. Zdławił setki wzbierających w nim pytań, bo i tak nie powinien znać odpowiedzi na większość z nich. Ale mimo wszystko to jedno, o Trixię...
Diem już mówił.
-?Mam dla ciebie do zapamiętania trochę kodów, ale może jeszcze się spotkamy twarzą w twarz. Smród zelżeje, lecz nadal pozostanie problemem, więc będziesz miał mnóstwo wymówek, żeby tu przychodzić. Na razie kilka ogólnych kwestii: musimy wydostać się na zewnątrz.
Vinh pomyślał o "Odległym skarbie" i śpiących w hibernacji na jego pokładzie zbrojmistrzach. A może na pokładach ocalałych statków Queng Ho były jakieś tajne skrytki z bronią.
-?Hm. Jest kilka projektów napraw na zewnątrz, w których jesteśmy ekspertami.
-?Wiem. Najważniejsze jest wprowadzenie do ekip właściwych ludzi, w odpowiednich przydziałach. Przekażemy trochę nazwisk.
-?Jasne.
-?Jeszcze jedno: musimy się dowiedzieć czegoś o "Skupionych". Gdzie dokładnie są przetrzymywani? Czy można ich szybko przemieścić?
-?Próbuję się dowiedzieć więcej na ich temat -?bardziej, niż możesz wiedzieć, brygadzisto. -?Reynolt mówi, że żyją, że w ich przypadku zatrzymano postępy choroby. -?Zgnilizny mózgu. Ten mrożący krew w żyłach termin nie pochodził od Reynolt, a został nieostrożnie wypowiedziany przez jednego ze zwykłych Rozwiniętych. -?Staram się zdobyć zgodę na zobaczenie...
-?Właśnie, Trixii Bonsol, prawda? -?Lepka od szlamu dłoń współczująco poklepała Vinha po ramieniu. -?Hmm. Masz dobry motyw, żeby drążyć tę sprawę. Bądź dla nich grzeczny w każdej innej sprawie, ale w tej napieraj mocno. Wiesz, jak wielka byłaby to łaska, która utrzyma cię po ich stronie, jeśli tylko ci jej udzielą... Dobra. Zabieraj się stąd.
Diem rozpłynął się w chmurach obrzydliwego szlamu. Vinh rozmazał na rękawie ślady pozostawione przez dłoń rozmówcy. Kiedy odwracał się do włazu, prawie przestawał już zauważać smród. Znowu pracował z przyjaciółmi. I mieli szansę.
Pozostałości wyprawy Queng Ho miały swojego "kierownika floty" na niby, którym był Ezr Vinh, więc Tomas Nau wyznaczył też "Komitet zarządzania flotą", mający doradzać i pomagać w kierowaniu nią. Wciąganie niewinnych ludzi do ewidentnej zdrady było typowym elementem strategii Nau. Odbywane raz na megasekundę spotkania byłyby dla Vinha torturą, gdyby nie jedno: jednym z członków komitetu był Jimmy Diem.
Ezr przyglądał się członkom komitetu wlatującym do sali konferencyjnej. Nau urządził pomieszczenie polerowanym drewnem i wysokiej jakości oknami. Wszyscy w tymczasówce wiedzieli o tym, jak hojnie traktuje kierownika floty i jego komitet. Poza Qiwi cała dziesiątka zdawała sobie sprawę z tego, jak jest wykorzystywana. Większość rozumiała, że miną lata, nim Tomas Nau w ogóle zwolni pozostałych Queng Ho z hibernacyjnego aresztu. Niektórzy, jak Jimmy, domyślali się, że starsi oficerowie mogą być od czasu do czasu potajemnie rozmrażani do przesłuchań i krótkiej służby. Było to niekończące się zło, które zapewni Rozwiniętym trwałą przewagę.
Tak więc tutaj nie było zdrajców. Mimo wszystko stanowili zniechęcający widok: pięcioro praktykantów, trzech młodszych oficerów, czternastolatka i jedno niechlujne uosobienie niekompetencji. No dobrze, właściwie to Pham Trinli nie był niechlujny fizycznie -?jak na staruszka był w niezłej formie. Najprawdopodobniej zawsze był głupkowaty. Dowodem na jego osiągnięcia był fakt, że nie zatrzymano go w hibernacji. Trinli był jedynym wojskowym Queng Ho pozostawionym na wolności.
A to raczej czyni z niego króla błaznów. Kierownik floty Vinh rozpoczął spotkanie. Można by się spodziewać, że świadomość sztucznego charakteru tego organu sprawi, że zebrania będą krótkie, ale nie, często przeciągały się na wiele kilosekund, dochodząc do dłubania w szczegółach zadań dla jej poszczególnych członków. Mam nadzieję, że lubisz tego podsłuchiwać, cholerny Nau.
Pierwszym punktem porządku obrad był rozkład w bakteryce, który został opanowany. Wszechobecny smród powinien zostać usunięty do czasu następnego zebrania. W samej bakteryce pozostało trochę niekontrolowanych linii genetycznych (dobrze!), ale nie stwarzały zagrożenia dla tymczasówki. Słuchając raportu, Vinh unikał patrzenia na Jimmy'ego Diema. Spotkał się z nim w bakteryce już trzy razy. Rozmowy były krótkie i jednostronne. Vinh najbardziej ciekaw był rzeczy, które koniecznie musiał wiedzieć: ilu Queng Ho bierze udział w operacji Diema? Kto? Czy mieli jakiś konkretny plan na rozbicie Rozwiniętych i uratowanie zakładników?
Drugi temat wzbudzał większe emocje. Rozwinięci chcieli wprowadzić w organizacji pracy floty własne jednostki czasu.
-?Nie rozumiem -?powiedział Vinh, widząc niezadowolone spojrzenia. - Sekunda Rozwiniętych trwa dokładnie tyle samo co nasza... a na potrzeby działań lokalnych reszta to tylko kalendarzowe ozdóbki. Nasze oprogramowanie cały czas radzi sobie z kalendarzami klientów. - Oczywiście, ale nie stwarzało to poważnych problemów w codziennych rozmowach. Balacreański dzień nie różnił się wiele od trwającego sto kilosekund "dnia" zmiany stosowanego przez Queng Ho. A ich rok był dostatecznie bliski trzydziestu megasekundom, które były podstawą większości słów znaczących rok.
-?Jasne, możemy sobie poradzić z dziwnymi kalendarzami, ale to tylko aplikacje interfejsu. -?Arlo Dinh był praktykantem programistą, teraz odpowiadał za modyfikacje oprogramowania. -?Nasi nowi, uch, pracodawcy używają wewnętrznych narzędzi Queng Ho. "Pojawią się skutki uboczne". - Arlo wypowiedział to ponurym tonem mantry.
-?Dobrze, dobrze. Poruszę... -?Ezr urwał, doznając niespodziewanego administracyjnego natchnienia. -?Arlo, czemu ty nie poruszysz tego z Reynolt? Wyjaśnij jej problemy.
Ezr spojrzał na porządek obrad, unikając zirytowanego wzroku Arlo.
-?Następna sprawa. Dostajemy coraz więcej nowych mieszkańców. Pan kolonii mówi, żeby spodziewać się przynajmniej kolejnych trzystu Rozwiniętych, a potem kolejnych pięćdziesięciu Queng Ho. Wygląda na to, że układy podtrzymywania życia sobie z tym poradzą. Ale co z innymi? Gonle?
Kiedy mieli pełne szeregi, Gonle Fong była młodszą kwatermistrzynią na "Niewidzialnej ręce". Umysł Fong wciąż nie nadążał za zmianami. Była w nieokreślonym wieku i gdyby nie zasadzka, mogłaby całe życie przeżyć na dotychczasowym stanowisku. Może była jedną z tych osób, których ścieżki kariery zatrzymywały się w odpowiednim miejscu, gdzie ich zdolności doskonale pasowały do stawianych przed nimi zadań. Jednak teraz...
Fong kiwnęła głową.
-?Tak, mam trochę liczb do pokazania. -?Zaczęła stukać w klawiaturę Rozwiniętych przed sobą, popełniła parę błędów, spróbowała je skorygować. Na ekranach sali jej niepowodzenia zgłaszane były przez kolejne komunikaty o błędach. -?Jak się je wyłącza? -?rzuciła Fong, klnąc pod nosem. Zrobiła kolejną literówkę i jej złość stała się bardzo ewidentna. -?Cholerny świat, nie potrafię znieść tych pieprzonych urządzeń! -?Chwyciła klawiaturę i trzasnęła nią o stół z wypolerowanego drewna. Fornir pękł, ale klawiaturze nic się nie stało. Trzasnęła nią jeszcze raz, a komunikaty o błędach zamigotały w jaskrawym proteście i zniknęły. Fong częściowo uniosła się z fotela i machnęła dziwnie wygiętą klawiaturą w stronę Ezra. -?Te Rozwinięte skurwysyny zabrały nam wszystkie działające urządzenia wejścia/wyjścia. Nie mogę używać głosu ani wyświetlaczy przeziernych. Mamy tylko okna i te pieprzone gówna! - Rzuciła klawiaturę na stół. Ta odbiła się i poleciała w stronę sufitu.
Rozległ się chór potwierdzeń, choć może nie aż tak empatycznych.
-?Przez tę klawiaturę niczego nie da się zrobić. Potrzebujemy wyświetlaczy... Jesteśmy okaleczeni, choć zasadnicze systemy są sprawne.
Ezr uniósł ręce i poczekał na przygaśnięcie buntu.
-?Wszyscy znacie powody tego stanu rzeczy. Rozwinięci po prostu nie ufają naszym systemom i uważają, że muszą kontrolować peryferia.
-?Jasne! Chcą szpiegować wszystkie nasze interakcje. Ja też nie zaufałabym przechwyconej automatyce, ale tak się nie da! Będę używać ich systemów wejścia/wyjścia, ale niech nam dadzą wyświetlacze przezierne, wskaźniki oczne i...
-?Powiem wprost, są ludzie, którzy po prostu będą używać swojego starego sprzętu -?rzuciła Gonle Fong.
-?Dość! -?To była część bycia posłusznym, która najbardziej bolała. Ezr zrobił, co mógł, by gniewnie popatrzeć na Fong. -?Rozumiem, co pani mówi, panno Fong. Tak, to poważna niewygoda, ale pan kolonii Nau uważa nieposłuszeństwo w tej kwestii za zdradę. To coś, co Rozwinięci uważają za bezpośrednie zagrożenie. -?Więc zachowaj swój stary sprzęt wejścia/wyjścia, jeśli chcesz, ale zrozum wiążące się z tym ryzyko. Tego nie powiedział na głos.
Fong zgarbiła się nad stołem, popatrzyła na niego i ponuro kiwnęła głową.
-?Słuchajcie -?mówił dalej Ezr. -?Poprosiłem Nau i Reynolt o inne urządzenia. Może trochę dostaniemy, ale pamiętajcie, że utknęliśmy lata świetlne od najbliższej cywilizacji przemysłowej. Wszystkie nowe gadżety muszą zostać wyprodukowane z tego, co Rozwinięci mają tutaj, w L1. -?Ezr bardzo poważnie wątpił, by wiele z tego wynikło. -?Śmiertelnie ważne jest, żebyście bardzo wyraźnie przekazali swoim ludziom informację o zakazie dotyczącym urządzeń wejścia/wyjścia. Dla ich własnego bezpieczeństwa.
Spojrzał kolejno po wszystkich twarzach. Niemal wszyscy patrzyli na niego hardo, ale Vinh dostrzegł ukrywane poczucie ulgi. Po powrocie do przyjaciół członkowie komitetu będą mogli wskazywać Ezra Vinha jako pozbawionego kręgosłupa drania, który wymusza wprowadzanie żądań Rozwiniętych... a ich niepopularne pozycje zrobią się trochę łatwiejsze.
Ezr jeszcze chwilę siedział w milczeniu, czując bezradność. Proszę, niech to będzie tym, czego chce ode mnie brygadzista Diem. Jednak spojrzenie Jimmy'ego było równie puste i twarde jak pozostałych. Poza bakteryką dobrze odgrywał swoją rolę. W końcu Ezr nachylił się nad stołem i cicho zwrócił się do Fong.
-?Miałaś mi powiedzieć o nowo przybyłych. Jakie mamy problemy?
Fong burknęła, przypominając sobie, o czym rozmawiali, zanim wybuchła.
-?Ach, dajmy sobie spokój z liczbami -?powiedziała niespodziewanie. - Krótka odpowiedź jest taka, że poradzimy sobie z większą liczbą ludzi. Cholera, gdybyśmy mogli właściwie kontrolować automatykę, moglibyśmy zmieścić w tym balonie trzy tysiące. A co do samych ludzi? -?Wzruszyła ramionami, ale już bez złości. -?To typowi durnie, jakich widziałam już w mnóstwie tyranii. Nazywają się "kierownikami", ale to wyrobnicy. W rzeczywistości pod warstwą przechwałek dość nerwowo obawiają się nas. - Na jej twarzy pojawił się przebiegły uśmieszek. -?Mamy ludzi, którzy umieją sobie radzić z takimi klientami. Niektórzy z nas się zaprzyjaźniają. Jest mnóstwo rzeczy, o których oni nie powinni mówić, na przykład, jak poważna jest ta cała "zgnilizna mózgu". Ale mogę wam powiedzieć, że jeśli ich szefowie wkrótce nie zdecydują się mówić, sami się tego dowiemy.
Ezr nie odpowiedział uśmiechem. Słuchasz tego, Nau? Niezależnie od twoich życzeń, wkrótce poznamy prawdę. A Jimmy Diem będzie mógł wykorzystać wszystko, co odkryją. Kiedy szedł na to zebranie, Ezra pochłaniała jedna kwestia, będąca ostatnią pozycją porządku obrad. Teraz zaczynał rozumieć, jak wszystko do siebie pasowało. I w sumie może wcale nie szło mu tak źle jako kierownikowi.
Ostatnią pozycją na dzisiaj był nadchodzący rozbłysk słońca. Jimmy znalazł też durnia -?zdecydowanie nieświadomego durnia -?który zreferuje dla nich tę sprawę: Phama Trinliego. Zbrojmistrz bardzo starał się zwrócić na siebie uwagę, przesuwając się do brzegu stołu.
-?Tak, tak -?powiedział. -?Mam tu zdjęcia. Jedną chwilę.
W oknach wokół pomieszczenia pojawiły się dziesiątki wykresów technicznych. Trinli podleciał do podium i wygłosił wykład na temat punktów stabilności Lagrange'a. Zabawne, robił to głosem i stylem sugerującym dowodzenie, choć wygłaszane przez niego informacje były banalnymi oczywistościami.
Vinh pozwolił mu się produkować przez sto sekund.
-?Wydaje mi się, że temat pańskiej prezentacji brzmi "Przygotowanie do zapłonu", panie Trinli. Czego chcą od nas Rozwinięci?
Staruszek posłał Ezrowi spojrzenie równie groźne jak dowolnego brygadzisty.
-?Zbrojmistrzu Trinli, jeśli będzie pan tak uprzejmy, kierowniku floty. -?Utrzymał spojrzenie jeszcze przez chwilę. -?Dobrze, przejdźmy do sedna. Mamy tu około pięciu miliardów ton diamentu. -?W oknie za nim pojawił się czerwony wskaźnik, wyróżniając powoli obracającą się stertę skał stanowiących cały luźny materiał znaleziony przez kapitana Parka w tym układzie słonecznym. Lód i rudy wyniesione z Arachny tworzyły mniejsze góry zebrane w kątach i zagłębieniach bloków asteroid. -?Te skały stanowią klasyczną stertę kontaktową. Obecnie nasze floty są do niej zakotwiczone lub znajdują się na orbitach wokół niej. Jak próbowałem przed chwilą wyjaśnić, Rozwinięci chcą, żebyśmy rozmieścili na zasadniczych blokach sterty system silników elektrycznych i nimi zarządzali.
-?Przed ponownym zapłonem? -?zapytał Diem.
-?Tak.
-?Chcą utrzymać stabilność kontaktu podczas zapłonu?
-?Dokładnie tak.
Wokół stołu wymieniono spojrzenia. Utrzymywanie pozycji było bardzo powszechną i bardzo starą praktyką. Przy właściwym wykonaniu orbita wokół L1 kosztowała bardzo niewiele paliwa. Będą się znajdować niecałe półtora miliona kilometrów od Arachny i niemal bezpośrednio między planetą a jej słońcem. W ciągu nadchodzących jasnych lat staną się praktycznie ukryci w blasku gwiazdy. Jednak Rozwinięci mieli bardzo ambitne plany: zbudowali już na stercie skał różnorodne struktury, włącznie z Hammerfestem. Teraz więc chcieli umieścić na miejscu silniczki utrzymujące pozycję przed zapłonem gwiazdy. Zanim się uspokoi, Bistabilna będzie świecić pięćdziesiąt do stu razy jaśniej niż przeciętne słońce. Durnie chcieli użyć silniczków korekcyjnych do powstrzymania olbrzymich skał przed przemieszczaniem się w tym czasie. To była niebezpieczna głupota, ale to Rozwinięci decydowali. A to zapewni Jimmy'emu możliwość wychodzenia na zewnątrz.
-?Właściwie nie sądzę, żeby to miał być poważny problem. -?Qiwi uniosła się ze swojego miejsca. Podleciała do map Phama Trinliego, uprzedzając to, co mógłby chcieć powiedzieć. -?Podczas lotu tutaj przerobiłam trochę tego typu ćwiczeń. Mama chce, żebym została inżynierką, i uznała, że utrzymanie pozycji może być ważnym elementem tej wyprawy. -?Qiwi brzmiała doroślej i poważniej niż zwykle. Był to też pierwszy raz, gdy ubrała się w zieleń Lisoletów. Przez chwilę unosiła się przed oknem, odczytując szczegółowe informacje. Jej dorosła godność na chwilę się zachwiała. -?Boże, nie proszą o mało! Ta sterta jest bardzo luźna. Nawet jeśli dobrze opracujemy równania, nie ma mowy, żebyśmy poznali wszystkie naprężenia w tej stercie. A jeśli materiały lotne zostaną oświetlone, dojdzie do tego zupełnie nowy problem. -?Zagwizdała, a jej uśmiech sugerował niemal dziecięcy zachwyt. -?Możliwe, że będziemy musieli przemieścić silniczki podczas zapłonu. Ja...
Pham Trinli popatrzył gniewnie na dziewczynę. Niewątpliwie właśnie streściła tysiąc sekund jego prezentacji.
-?Tak, będzie to wyjątkowe zadanie. Do dyspozycji mamy tylko setkę silników elektrycznych. Przez cały czas będziemy musieli utrzymywać ekipy na stercie.
-?Nie, to nieprawda. To znaczy z silnikami. Mamy dużo więcej silników korekcyjnych na "Przerwie Brisgo". To zadanie jest ponad sto razy większe niż te, które ćwiczyłam... -?Qiwi dała się ponieść własnemu entuzjazmowi i choć raz to nie Ezr Vinh był osobą, z którą się spierała.
Nie wszyscy spokojnie zaakceptowali tę sytuację. Młodsi oficerowie, włącznie z Diemem, domagali się rozproszenia sterty na czas zapłonu gwiazdy i przeniesienia materiałów lotnych na ocienioną stronę największego diamentu. Do diabła z Nau, to było zbyt ryzykowne. Trinli zjeżył się i odkrzyknął, że wszystko to już próbował tłumaczyć Rozwiniętym.
Ezr uderzył w stół, a potem zrobił to jeszcze raz, głośniej.
-?Proszę o spokój. To zadanie, które nam przydzielono. Najlepszym sposobem, w jaki możemy pomóc naszym ludziom, jest bycie odpowiedzialnymi w tym, co mamy. Sądzę, że w tej sprawie możemy uzyskać dodatkową pomoc od Rozwiniętych, ale musimy to odpowiednio przedstawić.
Spory wokół niego nie ustały. Ciekawe, ilu z nich bierze udział w spisku, zastanawiał się. Chyba nie Qiwi? Po kolejnych sekundach kłótni wrócili do punktu wyjścia: żadnego wyboru poza ustąpieniem. Jimmy Diem cofnął się nieco i westchnął.
-?No dobrze, zrobimy, co nam kazano. Ale przynajmniej wiemy, że nas potrzebują. Przyduśmy Nau i zmuśmy go do zwolnienia paru starszych specjalistów.
Rozległy się pomruki poparcia. Vinh spojrzał w oczy Jimmy'ego, a potem odwrócił wzrok. Może uda im się zwolnić do tego część zakładników, choć bardziej prawdopodobne było, że nic z tego nie wyjdzie. Jednak Ezr zrozumiał nagle, kiedy spiskowcy uderzą.
Gwiazda Bistabilna była bardzo przewidywalna. Jej katastrofalną zmienność po raz pierwszy zauważyli astronomowie u zarania dziejów na Starej Ziemi. W ciągu niecałych ośmiuset sekund gwiazda opisana w katalogach jako "pojedynczy brązowy karzeł [osobliwy]" przeszła z magnitudo 26 na magnitudo 4. W ciągu kolejnych trzydziestu pięciu lat obiekt zanikł do praktycznej niewidzialności... generując przy tym dziesiątki prac doktorskich. Od tamtej pory gwiazdę uważnie obserwowano, a tajemnica tylko się pogłębiała. Jej początkowy rozbłysk był zmienny w zakresie aż trzydziestu procent, jednak ogólnie krzywa świecenia była niezwykle powtarzalna. Zapalała się, gasła, zapalała, gasła... w cyklu trwającym około dwustu pięćdziesięciu lat, z początkiem przewidywalnym z dokładnością co do sekundy.
W ciągu tysiącleci od zarania cywilizacje ludzkie nieustannie rozprzestrzeniały się coraz dalej od układu słonecznego Ziemi. Obserwacje Bistabilnej stawały się coraz dokładniejsze i prowadzono je z coraz mniejszych odległości.
Aż w końcu ludzie dotarli do układu Bistabilnej i przyglądali się sekundom upływającym do ponownego zapłonu.
Tomas Nau wygłosił krótką przemowę, zakończoną słowami:
-?To będzie interesujące przedstawienie.
Do obserwacji zapłonu gwiazdy zebrali się w największej sali zebrań tymczasówki. W tej chwili było tu tłoczno, z ludźmi opadającymi bardzo powoli w mikrociążeniu na powierzchni sterty. W Hammerfeście specjaliści Rozwiniętych nadzorowali operację, rozmieszczono też minimalne załogi na pokładach statków kosmicznych, jednak Ezr wiedział, że była tu większość Queng Ho i wszyscy niebędący na służbie Rozwinięci. Obie strony były prawie przyjazne, prawie ze sobą rozmawiały. Od zasadzki minęło czterdzieści dni. Według plotek środki bezpieczeństwa Rozwiniętych miały po zapłonie gwiazdy ulec znaczącemu złagodzeniu.
Ezr zaczepił się w miejscu blisko sufitu. Bez wyświetlaczy przeziernych jedyny widok zapewniała tapeta sali. Wisząc tam, widział trzy najciekawsze okna -?przynajmniej gdy inni ludzie nie wlatywali mu w pole widzenia. Jedno prezentowało widok pełnego dysku Bistabilnej, drugie przedstawiało obraz z jednego z mikrosatelitów na niskiej orbicie wokół gwiazdy. Nawet z odległości pięciuset kilometrów jej powierzchnia nie wyglądała groźnie. Widok mógłby być przesyłany z samolotu lecącego nad jarzącą się warstwą chmur. Gdyby nie ciążenie na powierzchni, ludzie prawie mogliby tam wylądować. "Chmury" przesuwały się powoli pod okiem mikrosatelity, chwilami odsłaniając w przerwach jarzącą się czerwień. Ciemną czerwień brązowego karła, czerwień ciała doskonale czarnego. Nie było widać żadnych oznak katastrofy, która miała nastąpić w ciągu... sześciuset sekund.
Nau i jego starsi technicy lotu zbliżyli się do Ezra. Nigdzie nie zauważył Brughela. Zawsze łatwo było stwierdzić, kiedy Nau chciał być przyjazny -?wystarczyło sprawdzić, czy w pobliżu jest Ritser Brughel. Pan kolonii zajął miejsce obok Vinha. Uśmiechał się niczym jakiś polityk klientów.
-?No cóż, kierowniku floty, wciąż niepokoisz się tą operacją?
Vinh przytaknął.
-?Zna pan rekomendacje mojego komitetu. Na ten zapłon powinniśmy przenieść materiały lotne za jedną skałę i zabrać ją trochę dalej. Powinniśmy się na to przenieść do zewnętrznego układu. -?Statki obu flot i habitaty zostały zakotwiczone z jednej strony największej diamentowej skały. Będą tam osłonięte przed światłem, ale jeśli materiały zaczną się przemieszczać...
Technik Nau pokręcił głową.
-?Mamy tu za dużo rzeczy na miejscu. Zresztą brak nam paliwa i musielibyśmy zużyć mnóstwo materiałów do latania po układzie. -?Technik, Jau Xin, wyglądał niemal równie młodo jak Ezr. Xin był dostatecznie przyjazny, choć nie widać było po nim oznak kompetencji, do których Ezr przyzwyczaił się u starszych Queng Ho. -?Jestem pod dużym wrażeniem waszych inżynierów. -?Xin kiwnął głową w stronę okien. -?Są dużo lepsi, niż my bylibyśmy w radzeniu sobie z tą stertą. Trudno zrozumieć, jak mogą być tak bystrzy bez sp... -?Umilkł. Wciąż istniały tajemnice, choć może się to zmienić szybciej, niż Rozwinięci się spodziewali.
-?Wasi ludzie są dobrzy, Ezr. -?Nau gładko wypełnił ciszę w wypowiedzi Xina. -?Naprawdę uważam, że tak bardzo narzekali na ten plan, bo dążą do perfekcji. -?Popatrzył w okno wyświetlające Bistabilną. -?Pomyślcie o całej historii, która się tu zbiega.
Wszędzie wokół i poniżej zebrani ludzie skupiali się w grupki Rozwiniętych i Queng Ho, ale rozmowy prowadzono we wszystkie strony. Okno na dalszej ścianie wychodziło na odsłoniętą powierzchnię sterty. Ludzie Jimmy'ego Diema rozciągali srebrzystą osłonę nad wierzchem lodowych gór. Nau zmarszczył brwi.
-?To do osłony lodu z wody i śniegu powietrza, sir -?wyjaśnił Vinh. - Wierzch jest nieosłonięty przed bezpośrednim światłem Bistabilnej. Materiał powinien ograniczyć parowanie.
-?Ach. -?Nau przytaknął.
Na powierzchni znajdowało się kilkanaście osób, niektóre zabezpieczone linkami, inne manewrowały swobodnie. Ciążenie sterty było prawie zerowe. Szybowali nad szczytami lodowych gór z łatwością całego życia spędzonego na pracy w próżni... i korzystając z tysiącleci doświadczenia Queng Ho. Przyglądał się postaciom i próbował zgadywać, kto jest kto. Jednak oprócz skafandrów mieli na sobie kurtki termiczne, więc Vinh widział jedynie identyczne sylwetki tańczące nad ciemnym krajobrazem. Nie znał szczegółów planu spiskowców, ale Jimmy zlecał mu pewne zadania i Ezr domyślał się niektórych rzeczy. Tego typu sposobność mogła się już nie przydarzyć: mieli dostęp do silników elektrycznych na pokładzie "Przerwy Brisgo" i niemal nieograniczone możliwości wychodzenia na zewnątrz, czasami bez Rozwiniętych obserwatorów. W ciągu pierwszych sekund po rozjarzeniu pewien poziom chaosu był nieunikniony... a skoro operacją utrzymania pozycji kierowali Queng Ho, mogli dostroić ten chaos na potrzeby spisku. Ale wszystko, co ja mogę robić, to stać tutaj z Tomasem Nau... i być dobrym aktorem.
Ezr uśmiechnął się do pana kolonii.
-?Szlag! -?Qiwi Lisolet wypadła z furią ze śluzy. -?Cholera, szlag, kurwa i... -?klęła, pośpiesznie zdejmując z siebie kurtkę termiczną i spodnie.
Gdzieś w głębi umysłu zapisała sobie, żeby spędzać więcej czasu z Gonle Fong. Z pewnością musiały istnieć również ostrzejsze przekleństwa do użycia, gdy sytuacja robiła się aż tak spieprzona. Rzuciła odzież termiczną do szafki i zanurkowała w głąb osiowego tunelu bez zdejmowania skafandra i kaptura.
Boże Handlu, jak mogli jej coś takiego zrobić? Została wyrzucona do środka, żeby stała z palcem w tyłku, podczas gdy praca, którą to ona powinna wykonywać, została przejęta przez Jimmy'ego Diema!
Pham Trinli unosił się trzydzieści metrów nad tkaniną izolacyjną rozciąganą nad górą lodową. Trinli był oficjalnym kierownikiem operacji związanych z utrzymaniem pozycji, choć bardzo pilnował, by wszystkie jego rozkazy były napuszonymi ogólnikami. Tak naprawdę robotami kierował Jimmy Diem. A do tego to właśnie mała Qiwi Lisolet miała najlepsze pomysły dotyczące tego, gdzie umieszczać silniki elektryczne i jak konfigurować programy utrzymywania pozycji. Gdyby słuchali wszystkich jej sugestii, zapłon gwiazdy mógłby przejść bez żadnych problemów.
Ale to wcale nie byłoby dobre.
Pham Trinli należał do "wielkiego spisku". Był jego bardzo pomniejszym elementem i nie ufano mu na tyle, by powierzać jakikolwiek kluczowy element planu. Jednak wcale mu to nie przeszkadzało. Obrócił się tak, by ustawić się plecami do księżycowego blasku Bistabilnej, a sterta unosiła się niemal nad jego głową. W głębokich cieniach sterty kryła się kolejna plątanina: zacumowane statki, tymczasówki i rafinerie materiałów lotnych, schowane przed światłem, które wkrótce zaleje niebo. Jeden z habitatów, Hammerfest, miał zakorzenioną budowę i wyglądałby nawet wdzięcznie, gdyby nie cały zgromadzony wokół niego sprzęt. Tymczasówka Kupców wyglądała po prostu jak duży balon przyczepiony do powierzchni. W jego środku znajdowali się wszyscy przytomni Queng Ho i spora część populacji Rozwiniętych.
Za habitatami, częściowo ukryte za skrajem diamentu jeden, unosiły się zacumowane statki międzygwiezdne. Stanowiły ponury widok. Jednostek międzygwiezdnych nie powinno się wiązać razem w taki sposób, a do tego nigdy tak blisko sterty luźnych skał. Wypłynęło wspomnienie: sterty martwych wielorybów gnijących w seksualnych objęciach. Tak się nie prowadziło stoczni. Z drugiej strony to było bardziej złomowisko niż cokolwiek innego. Rozwinięci drogo zapłacili za swoją zasadzkę. Po zniszczeniu statku flagowego Sammy'ego Pham dryfował przez większość dnia w uszkodzonym wahadłowcu... ale podłączony do całej pozostałej automatyki bojowej. Pan kolonii Nau prawdopodobnie nigdy nie odkrył, kto koordynował bitwę. Gdyby to zrobił, Pham wylądowałby martwy lub zamrożony we śnie z pozostałymi ocalałymi zbrojmistrzami na "Odległym skarbie".
Nawet zaatakowani znienacka, Queng Ho byli o włos od zwycięstwa. I wygralibyśmy, gdyby nie rozłożyła nas wszystkich ta cholerna zgnilizna mózgu Rozwiniętych. To wystarczyło, by nauczyć ciała ostrożności. Kosztowne zwycięstwo zmieniło się w coś bardzo bliskiego samobójstwu: zostały im być może dwa statki wciąż zdolne do lotu z silnikami strumieniowymi, a parę dodatkowych prawdopodobnie da się naprawić przez rozebranie na części uszkodzonych. Sądząc po wyglądzie rafinerii materiałów lotnych, minie mnóstwo czasu, zanim zbiorą dość wodoru na rozpędzenie choć jednego pojazdu do prędkości strumieniowania.
Do zapłonu gwiazdy zostało niecałe pięćset sekund. Pham przedryfował powoli do góry w stronę skał, aż składowisko zostało ukryte przez materiał izolacyjny. Na powierzchni sterty jego ludzie -?Diem, Do i Patil, teraz już bez odesłanej do środka Qiwi -?rzekomo przeprowadzali ostatnie kontrole rozmieszczonych silników. Na kanale ekipy rozbrzmiewał spokojny głos Jimmy'ego Diema, choć Pham wiedział, że to nagranie. Diem i pozostali zeszli pod osłonę i zniknęli z drugiej strony sterty. Wszyscy trzej byli teraz uzbrojeni: zdumiewające, co można było zrobić z silnikiem elektrycznym, zwłaszcza zaprojektowanym przez Queng Ho.
I tak Pham Trinli został sam ze sobą. Jimmy niewątpliwie cieszył się, mając go z głowy. Ufano mu, ale wyłącznie z prostymi elementami planu, takimi jak utrzymanie pozorów dalej działającej ekipy roboczej. Trinli wyłaniał się w polu widzenia Hammerfestu i tymczasówki, a potem znikał, reagując na wskazówki zawarte w ścieżce dźwiękowej Jimmy'ego Diema.
Trzysta sekund do zapłonu. Trinli przedryfował pod osłonę. Z tego miejsca widział ostre krawędzie lodu i starannie rozprowadzony śnieg powietrza. Osłonięta sterta kurczyła się za osłoną, dochodząc w końcu do nagiej powierzchni diamentowej góry.
Diament. Tam, gdzie Pham Trinli dorastał, diamenty były ostateczną formą bogactwa. Jeden gram diamentu jakości odpowiedniej na klejnoty mógł opłacić zabójstwo księcia. Dla przeciętnego Queng Ho diamenty były po prostu kolejnym allotropem węgla, produkowanym tanio na tony. Jednak nawet Queng Ho czuli pewien respekt w stosunku do tych głazów. Tego typu asteroidy nie istniały nigdzie poza teorią. Choć skały nie były pojedynczymi klejnotami, miały w sobie potężny, krystaliczny porządek. Rdzenie gazowych gigantów, planet rozwalonych w jakichś bardzo dawnych wybuchach? Stanowiły po prostu jeszcze jedną zagadkę układu Bistabilnej.
Od czasu rozpoczęcia prac nad stertą Trinli studiował teren, choć nie z tych samych powodów, dla których robiła to Qiwi Lisolet ani nawet Jimmy Diem. W miejscu, gdzie lód i śnieg powietrza wypełniały przestrzeń między diamentami jeden i dwa, znajdowała się szczelina. Była ona istotna dla Qiwi i Jimmy'ego, ale tylko w kontekście utrzymywania porządku w stercie. Dla Phama Trinliego... przy odrobinie kopania ta szczelina stanowiła drogę z ich głównego miejsca pracy do Hammerfestu, drogę, która nie była widoczna ze statków ani habitatów. Nie wspomniał o niej Diemowi, plan spiskowców przewidywał zdobycie Hammerfestu po przejęciu "Odległego skarbu".
Trinli poruszał się ostrożnie wzdłuż szczeliny w kształcie litery V, z każdą chwilą coraz bliżej habitatu Rozwiniętych. Diem i pozostali zdziwiliby się, słysząc to, ale Pham Trinli nie urodził się w przestrzeni, a czasami, gdy wspinał się tak jak teraz, dopadały go zawroty głowy typowe dla durnych planeciarzy. Gdyby pozwolił sobie popuścić wodze fantazji... nie przemieszczał się dłoń za dłonią wzdłuż wąskiego rowu, a zamiast tego wspinał wąskim skalistym kominem, z każdą chwilą coraz bardziej odchylającym się do tyłu, aż w końcu będzie musiał spaść.
Zatrzymał się na chwilę, kontrolując pozycję jedną dłonią, podczas gdy całe jego ciało drżało z potrzeby haków, lin i innych zabezpieczeń mocowanych w otaczających go ścianach. Boże. Minęło mnóstwo czasu, od kiedy ostatni raz tak mocno ogarnęły go planetarne odruchy. Ruszył dalej. Do przodu. Nie do góry.
Na podstawie zliczania ruchów rękami powinien znajdować się już tuż przed Hammerfestem, w pobliżu jego anten łączności. Istniało spore ryzyko, że jeśli się wysunie, dostrzeże go jakaś kamera. Oczywiście była też spora szansa, że żaden człowiek ani program nie będzie monitorował takiego widoku i nie zobaczy go dość szybko, by to coś zmieniło. Mimo wszystko Trinli został w rowie. Jeśli będzie to konieczne, może przesunąć się bliżej, ale na razie chciał się tylko rozejrzeć. Rozłożył się w szczelinie, opierając się stopami o lód, a plecami o diamentową ścianę, i rozwinął małą sondę antenową. Od chwili zasadzki Rozwinięci odgrywali przyjaznych tyranów, ale jedna sprawa, w której rzucali nieprzyjemnymi groźbami, to posiadanie niezatwierdzonych urządzeń wejścia-wyjścia. Pham wiedział, że Diem i najważniejsi spiskowcy mieli wyświetlacze Queng Ho, używając nielegalnego szyfrowania w sieci lokalnej. Większość tego rozgrywała się tuż pod samymi nosami Rozwiniętych. Niektóre rodzaje łączności całkowicie unikały automatyki, jako że wielu młodych znało jakieś odmiany starej gry w kropki i kreski, migomowy.
Jako peryferyjny członek spisku Pham Trinli znał jej tajemnice tylko dlatego, że miał mnóstwo zabronionej elektroniki. Używana obecnie rolka antenowa świadczyłaby o nieczystych zamiarach nawet w czasach pokoju.
Rozwijana nić była przezroczysta niemal dla wszystkiego, co mogło tu zaświecić, a na jej czubku znajdował się drobny czujnik wychwytujący pasmo elektromagnetyczne. Jego głównym celem był zestaw sprzętu łącznościowego na habitacie Rozwiniętych, który miał w polu widzenia tymczasówkę Queng Ho. Trinli poruszał rękami jak rybak przesuwający rzuconą sieć. Cienkie włókno było dostatecznie sztywne, by dało się je skutecznie przemieszczać w mikrograwitacji. Tam. Czujnik zawisł w wiązce łączącej Hammerfest z tymczasówką. Pham przesunął element kierunkowy nad brzegiem szczeliny i wymierzył w nieużywany port na tymczasówce Queng Ho. Z tego miejsca miał bezpośrednie połączenie z siecią lokalną floty, obchodząc wszystkie zabezpieczenia Rozwiniętych. Dokładnie czegoś takiego obawiali się Nau i pozostali, i dlatego właśnie rzucali groźbami kary śmierci. Jimmy Diem bardzo słusznie nie próbował podejmować takiego ryzyka. Pham Trinli miał nad nim pewną przewagę: znał stare, bardzo stare sztuczki ukryte w sprzęcie Queng Ho... A mimo to nie zaryzykowałby, gdyby Jimmy i jego spiskowcy nie upierali się tak bardzo przy swoim planie przejęcia kontroli.
Może powinien był porozmawiać z Jimmym Diemem wprost. Było zbyt wiele niezwykle istotnych rzeczy, których nie wiedzieli o Rozwiniętych. Co sprawiało, że ich automatyka była tak dobra? Podczas wymiany ognia w trakcie zasadzki zdecydowanie ustępowali im w taktyce wyższego poziomu, ale ich namierzanie celów było lepsze niż jakikolwiek system, z którym Pham Trinli kiedykolwiek walczył.
Trinli miał nieprzyjemne wrażenie ogarniające człowieka wmanewrowanego do rogu. Spiskowcy uważali, że może to być ich najlepsza, a zarazem jedyna szansa na pokonanie Rozwiniętych. Może. Ale to wszystko było zbyt wygodne, zbyt doskonałe.
To zrób, co możesz, by wykorzystać sytuację.
Pham spojrzał na wyświetlacz wewnątrz hełmu. Przechwytywał telemetrię Rozwiniętych i część sygnału wideo, który przesyłali do tymczasówki. Może zdoła coś z tego odszyfrować. Rozwinięci dranie trochę za bardzo ufali połączeniom w linii wzroku. Czas na pogrzebanie nieco głębiej.
-?Pięćdziesiąt sekund do zapłonu. -?Głos odliczał monotonnie i bezbarwnie już od dwustu sekund.
Niemal wszyscy w sali obserwowali w ciszy okna.
-?Czterdzieści sekund do zapłonu.
Ezr szybko rozejrzał się po sali. Technik lotów, Xin, patrzył kolejno na wszystkie ekrany. Wyraźnie się denerwował. Tomas Nau obserwował widok z satelity nisko nad powierzchnią Bistabilnej. Jego skupienie wynikało bardziej z ciekawości niż obaw lub podejrzeń.
Qiwi Lisolet patrzyła gniewnie na okno wyświetlające osłonę izolacyjną i ekipę roboczą Jimmy'ego Diema. Spojrzenie miała mroczne i ponure, od kiedy tylko wleciała do sali. Ezr domyślał się, co się stało... i czuł ulgę. Jimmy użył niewinnej czternastolatki jako osłony dla swojego planu, ale nigdy nie był bezwzględnym twardzielem. Skorzystał z okazji, by odesłać dziewczynę z dala od możliwych szkód. Tylko że Qiwi mu nie wybaczy, nawet jeśli zna prawdę.
-?Nadejście frontu fali za dziesięć sekund.
Wciąż żadnej zmiany na widoku z mikrosatelity. Tylko łagodny czerwony blask docierający ze szczelin między sunącymi chmurami. Albo regularna dotąd gwiazda zrobiła im kosmiczny żart, albo był to całkowicie skokowy efekt.
-?Zapłon.
Na widoku pełnej tarczy w jej samym środku rozjarzył się jaskrawy punkt, rozchodząc się na zewnątrz i zajmując całą powierzchnię w niecałe dwie sekundy. Gdzieś po drodze zniknął widok z niskiego pułapu. Światło robiło się jaśniejsze, jaśniejsze i jaśniejsze. W sali rozeszło się ciche westchnienie zachwytu. Blask rzucił cienie na przeciwległą ścianę, ale po chwili tapeta zmniejszyła moc.
-?Pięć sekund po zapłonie. -?Głos musiał być automatyczny. - Rejestrujemy siedem kilowatów na metr kwadratowy. -?Tym razem inny technik, mówiący z płaskim akcentem Trilandii.
Nie Rozwinięty? Pytanie przemknęło przez uwagę Ezra, chwilowo zdławione przez resztę tego, co się działo.
-?Dziesięć sekund po zapłonie.
Z boku sali widoczne było mniejsze okno prezentujące widok na świat Pająków. Do tej pory było całkowicie ciemne, ale teraz światło zaczęło odbijać się od powierzchni i planetarna tarcza rozjarzyła się własnym blaskiem lodu i powietrza budzącego się do słońca już pięć razy jaśniejszego niż norma Sol. I wciąż nasilającego blask.
-?Dwadzieścia kilowatów na metr kwadratowy.
Pod obrazem nowego słońca przesuwał się wykres porównujący jego moc z danymi historycznymi. Ten ponowny zapłon wyglądał na równie potężny jak każdy wcześniejszy.
-?Przepływ neutronów wciąż poniżej wykrywalnych wartości.
Nau i Vinh wymienili spojrzenia pełne ulgi, choć raz całkiem szczere po obu stronach. To było niebezpieczeństwo, którego nie dało się wykryć z odległości międzygwiezdnych, i jedno, na którego temat jeden z dawnych przelotów w pobliżu nie zdołał zebrać informacji. Przynajmniej nie zostaną usmażeni promieniowaniem, którego nikt nie wykrył z oddali.
-?Trzydzieści sekund po zapłonie.
-?Pięćdziesiąt kilowatów na metr kwadratowy.
Na zewnątrz góra osłaniająca ich przed słońcem zaczynała się jarzyć.
Pham Trinli słuchał publicznego kanału audio. Nawet bez niego ponowny zapłon gwiazdy byłby oczywisty, ale na chwilę wydzielił te wydarzenia do drobnej części umysłu i skupił się na tym, co działo się na prywatnych łączach Hammerfestu. To właśnie w chwilach takich jak ta, gdy uwaga techników skupiała się na zewnętrznych wydarzeniach, najłatwiej dochodziło do zaniedbań w zakresie bezpieczeństwa. Jeśli Diem nie miał opóźnień, razem ze swoimi ludźmi znalazł się teraz w miejscu zacumowania "Odległego skarbu".
Spojrzenie Trinliego przemknęło przez kilka ekranów wypełniających teraz większość powierzchni jego kaptura. Programy w sieci floty całkiem dobrze radziły sobie z telemetrią. Ha. Nie pokonasz starych ukrytych furtek. Teraz, gdy potrzebowali mnóstwa mocy obliczeniowej, Rozwinięci w coraz większym stopniu wykorzystywali automatykę Queng Ho, a grzebanie Trinliego stawało się odpowiednio skuteczniejsze.
Siła sygnału spadła. Przesunięcie ustawienia? Trinli usunął kilka okien i wyjrzał na świat wokół siebie. Bistabilna kryła się za górami, ale jej światło jarzyło się na górach wystających w jego polu widzenia. W miejscach odsłonięcia lodu lub powietrznego śniegu unosiła się para. Rozciągnięta przez Jimmy'ego osłona przez chwilę się utrzymywała, ale tkanina powoli wydęła się i zafalowała. Niebo nabrało teraz prawie niebieskawej barwy od mgieł tysięcy ton gotującej się wody i powietrza, zmieniając stertę w kometę.
I zaburzając jego widok na Hammerfest. Trinli poruszał anteną. Utrata sygnału nie mogła wynikać tylko z pojawienia się mgły, coś się przesunęło. Tutaj. Znowu odbierał ruch z Hammerfestu. Po kilku sekundach odzyskał synchronizację oprogramowania deszyfrującego i wrócił do nasłuchu, choć teraz zachował podgląd na otoczenie. Nowe słońce było jeszcze bardziej widowiskowe, niż się spodziewał.
Czujki sieciowe Trinliego znalazły się już wewnątrz Hammerfestu. Każdy program miał swoje wyjątkowe okoliczności, sytuacje, które zdaniem projektantów wychodziły poza zakres ich odpowiedzialności. Istniały luki otwarte przez bieżącą wyjątkową sytuację...
Dziwne. Wyglądało na to, że do wewnętrznych komponentów programów zalogowane są dziesiątki osób, a system Rozwiniętych obejmował duże części, których nie rozpoznawał, nieoparte na wspólnych podstawach. Przecież Rozwinięci powinni być zwykłymi głupkami, którzy niedawno ponownie odkryli zaawansowaną technologię za pomocą sieci transmisji Queng Ho. Działo się tu zbyt dużo dziwnych rzeczy. Zanurkował w komunikacji głosowej. Nese Rozwiniętych był zrozumiały, choć przycięty i pełny żargonu.
-?...Diem... pokonał przód skał... zgodnie z planem.
Zgodnie z planem?
Trinli przeskanował powiązane strumienie danych i zobaczył grafikę ilustrującą uzbrojenie, jakie mogli mieć ze sobą ludzie Jimmy'ego, i prezentującą wejście, którego zamierzali użyć do wkroczenia na pokład "Odległego skarbu". Były tam też tabele z nazwiskami... spiskowców. Phama Trinliego wymieniono jako pomniejszego współsprawcę. Więcej tabel. Nielegalne szyfry Jimmy'ego Diema. Pierwsza wersja była tylko częściowo prawidłowa, ale późniejsze pliki bardzo precyzyjnie rozpracowały system, którego używał Jimmy z kolegami. W jakiś sposób obserwowali ich na tyle uważnie, że przejrzeli wszystkie ich sztuczki. Nie było żadnych zdrajców, po prostu nieludzka precyzja w analizie szczegółów.
Pham ściągnął swój sprzęt i przeczołgał się trochę dalej, a potem wysunął się, kierując swoją antenę kierunkową na przechylony nawis dachu Hammerfestu. Z tego miejsca kąt powinien być odpowiedni. Mógł odbić wiązkę do punktu cumowania "Odległego skarbu".
-?Jimmy, Jimmy! Słyszysz mnie? -?Używał szyfru Queng Ho, ale jeśli wróg ich usłyszy, oba końce połączenia zostaną zlokalizowane.
Wszystko, czego Jimmy Diem kiedykolwiek chciał, to zostać dostatecznie dobrym brygadzistą, by otrzymać awans na ścieżkę kierowniczą. Wtedy mogliby się pobrać z Tsufe, a wszystko w doskonałym momencie, akurat wtedy, gdy zacznie się zwracać wyprawa do Bistabilnej. Oczywiście to było, zanim przylecieli tu Rozwinięci i przed zasadzką. Teraz? Teraz przewodził spiskowi, stawiając wszystko na kilka chwil piekielnego ryzyka. Cóż, przynajmniej w końcu przeszli do akcji.
Za niecałe czterdzieści sekund będą mieli za sobą cztery tysiące metrów, całą drogę wokół słonecznej strony rumowiska. Co samo w sobie byłoby niezłym osiągnięciem w zakresie kosmicznego przemieszczania się na linach, nawet gdyby nie byli przy tym owinięci srebrną folią. Prawie stracili Phama Patila. Szybkie przemieszczanie się z użyciem lin polegało na umiejętności precyzyjnego umieszczania kolejnych haków z wyczuciem tego, ile obciążenia zniesie dany punkt, gdy przyśpieszało się z dala od powierzchni wzdłuż liny. Jednak ich przymiarki do sterty zostały przeprowadzone pod kątem rozmieszczenia silniczków do utrzymywania pozycji. Nie mieli wymówek do testowania punktów zaczepów dla lin. Patil leciał rozpędzony z przyśpieszeniem prawie 0,5 g, gdy jego szpikulec z hakiem wysunął się ze skały. I odleciałby w nieskończoność, gdyby Tsue i Jimmy nie byli bezpiecznie zaczepieni. Jeszcze kilka sekund i bezpośrednie światło słońca upiekłoby ich wprost przez prowizoryczne osłony.
Ale udało im się! Byli po stronie statków przeciwnej do tej, z której dranie mogli się spodziewać gości. Podczas gdy spojrzenia wszystkich zwrócone były ku słońcu i zostały oślepione jego blaskiem, oni dostali się na pozycję.
Skulili się tuż przed punktem cumowania "Skarbu". Statek unosił się sześćset metrów nad nimi, tak blisko, że widzieli tylko część gardzieli i dziobowe zbiorniki startowe. Jednak dzięki ostrożnemu zwiadowi wiedzieli, że jest to najmniej uszkodzona z ocalałych jednostek Queng Ho. A w jego wnętrzu znajdował się sprzęt oraz -?co ważniejsze -?byli tam ludzie, dzięki którym mogli odzyskać wolność.
Wszystko kryło się w cieniu, choć teraz szeroko rozprzestrzeniło się halo gazów, a odbite światło łagodziło mrok. Jimmy i pozostali zdjęli srebrne osłony i zewnętrzne kurtki termiczne. Nagle zrobiło się bardzo zimno w samych skafandrach ciśnieniowych i kapturach. Przemykali od kryjówki do kryjówki, ciągnąc narzędzia oraz improwizowaną broń, próbując trzymać to wszystko z dala od światła rozjarzonego nieba. Jaśniej już chyba nie będzie, prawda? Jednak zegar twierdził, że od zapłonu gwiazdy minęło dopiero niecałe sto sekund, a do maksimum jasności zostało jeszcze około stu kolejnych.
Cała trójka poszybowała do punktów cumowania, mając nad sobą olbrzymią gardziel "Skarbu". Jedną miłą rzeczą związaną z przemykaniem się na pokład czegoś tak potężnego jak strumieniowy statek kosmiczny był fakt, że ich ruchy raczej nie miały szans wywołać przemieszczenia jednostki. Na pokładzie "Skarbu" powinna się znajdować załoga techniczna, ale czy mogli się spodziewać uzbrojonych gości pośrodku tego spektaklu? Wielokrotnie rozważali wszelkie możliwe aspekty ryzyka, ale nie było sposobu, żeby jeszcze bardziej poprawić swoje szanse. Jednak jeśli zdobędą statek, w ich posiadaniu znajdzie się jeden z najlepszych pozostałych sprzętów, prawdziwa broń oraz ocaleli zbrojmistrze Queng Ho. Będą mieli szansę skończyć ten koszmar.
Teraz światło słońca zaczynało przebijać się przez diamentową skałę! Jimmy zatrzymał się na chwilę zauroczony. Nawet tak wysoko od Bistabilnej oddzielało ich przynajmniej trzysta metrów litego diamentu. A jednak to nie wystarczało. Rozproszone przez milion płaszczyzn załamania, odbite, osłabione, rozmyte i poddane dyfrakcji fotony z Bistabilnej i tak docierały na drugą stronę. Światło było blaskiem tęcz, tysiącem maleńkich tarcz słonecznych jarzących się ze wszystkich miejsc na powierzchni skały. A z każdą sekundą ich blask narastał, aż zaczął dostrzegać strukturę we wnętrzu góry, pęknięcia i płaszczyzny zrębu rozciągające się na setki metrów w głąb diamentu. A światło wciąż robiło się jaśniejsze.
To tyle, jeśli chodzi o skradanie się w ciemności. Jimmy zdławił wyobraźnię i ruszył do góry. Z poziomu skały właz brzeżny był drobną zmarszczką na krawędzi paszczy leja, ale w miarę lotu robił się coraz większy i większy, centralnie nad jego głową. Gestami skierował Do i Patila na boki włazu. Rozwinięci oczywiście przeprogramowali wejście, ale nie wymienili fizycznych mechanizmów, jak zrobili to na pokładzie tymczasówki. Tsufe podpatrzyła lornetką kod dostępu, a ich rękawice zostaną zaakceptowane jako właściwe klucze. Ilu strażników spotkają w środku? Możemy ich pokonać. Wiem, że damy radę. Sięgnął do góry, by dotknąć sterowania włazem i...
Ktoś go wywołał.
-?Jimmy, Jimmy! Słyszysz mnie? -?Głos w uchu brzmiał bardzo słabo. Kontrolka sugerowała, że pochodzi z zaszyfrowanego sygnału laserowego ze szczytu habitatu Rozwiniętych. Jednak głos należał do Phama Trinliego.
Jimmy zamarł. Najgorszy przypadek: wróg się z nimi bawił. Najlepszy: Pham Trinli domyślił się, że atakują "Odległy skarb", i teraz pieprzył wszystko bardziej, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Zignoruj durnia, a jeśli przeżyjesz, zbij go na kwaśne jabłko. Jimmy zerknął na niebo nad Hammerfestem. Halo miało bladoniebieską barwę, powoli kłębiąc się w świetle Bistabilnej. W kosmosie bardzo trudno wykryć łącza laserowe, ale to już nie był zwykły kosmos. Bardziej przypominało to powierzchnię komety przy bliskim przejściu. Jeśli Rozwinięci wiedzieli, gdzie szukać, pewnie mogliby zobaczyć łącze Trinliego.
Odpowiedzią Jimmy'ego była milisekundowa kompresja rzucona z powrotem w kierunku odebranej wiązki.
-?Wyłącz to, stary pierdoło. Już!
-?Za chwilę. Najpierw: oni wiedzą o planie. Odszyfrowali waszą kryptografię. -?To był Trinli, ale brzmiał inaczej. I jemu nikt nie powiedział o szyfrowaniu. -?To ustawka, Jimmy. Ale oni nie wiedzą wszystkiego. Wycofajcie się. Cokolwiek mają przygotowane wewnątrz "Skarbu", tylko pogorszy sytuację.
Boże. Na chwilę Jimmy zamarł. Myśli o porażce i śmierci dręczyły go w każdym śnie od czasu pułapki. Tysiące razy śmiertelnie ryzykowali, żeby dotrzeć tak daleko. Pogodził się z możliwością, że zostaną odkryci, ale nigdy nie sądził, że dojdzie do tego w taki sposób. Odkrycie starego durnia mogło być ważne, ale też mogło być bezwartościowe. A wycofanie się teraz byłoby prawie najgorszym możliwym wynikiem. Jest już po prostu za późno.
Jimmy zmusił się do otwarcia ust, do odezwania się.
-?Kazałem ci się rozłączyć! -?Odwrócił się z powrotem do kadłuba "Skarbu" i wstukał na klawiaturze kod dostępu Rozwiniętych.
Minęła sekunda... i pancerz się rozsunął. Do i Patil wlecieli w górę, w ciemność śluzy. Diem zatrzymał się jeszcze na chwilę, przymocował do kadłuba przy drzwiach małe urządzenie i poleciał za nimi.
Pham Trinli zamknął połączenie, odwrócił się i zaczął szybko przemieszczać wzdłuż szczeliny. Czyli zostaliśmy podpuszczeni. Tomas Nau był zdecydowanie za sprytny i dysponował jakimś dziwnym rodzajem przewagi. Trinli widział setki operacji, niektóre mniejsze od tej, inne trwające przez stulecia, ale nigdy nie zetknął się z tak precyzyjnym, fanatycznym wręcz skupieniem na szczegółach, jak dostrzeżone w dziennikach podsłuchu zebranych przez Rozwiniętych w sprawie nielegalnego szyfru. Nau miał do dyspozycji magiczne oprogramowanie albo monomaniaków. W głębi umysłu jego aspekt planisty zaczął się zastanawiać, czy Pham Trinli mógłby któregoś dnia to wykorzystać, a jeśli tak, to w jaki sposób.
Na razie jedynym problemem było przetrwanie. Gdyby tylko Diem wycofał się ze "Skarbu", pułapka zaplanowana przez Nau mogłaby się nie zamknąć lub nie byłaby tak zabójcza.
Gładka powierzchnia diamentu po lewej zaczęła teraz świecić: największy klejnot wszechczasów jarzący się blaskiem słońca. Z przodu światło było niemal równie jasne, oślepiająca aureola w miejscu, gdzie lodowe szczyty oświetlane były promieniami Bistabilnej. Srebrna osłona przeciwsłoneczna unosiła się wysoko, zakotwiczona już tylko w trzech miejscach.
Ręce i nogi Phama zostały spod niego gwałtownie wykopnięte. Zawirował, wylatując z trasy, i zatrzymał się jedną ręką. Przez kontakt dłoni z podłożem usłyszał jęk gór. Mgła tryskała ze szczeliny wzdłuż całej jej długości... a diamentowa góra się poruszyła. Statecznie, poniżej centymetra na sekundę, ale ruszyła. Pham zobaczył światło wzdłuż całego otworu. Znał opracowane przez załogę mapy skał. Diamenty jeden i dwa przylegały do siebie wzdłuż wspólnej płaszczyzny. Inżynierowie Rozwiniętych wykorzystali dolinę powyżej jako wygodne miejsce do zakotwiczenia części lodu i śniegu z Arachny. Wszystko to było bardzo rozsądne... i niedostatecznie dobrze wymodelowane. Część substancji lotnych wniknęła między góry, a światło odbijane w obie strony między skałami jeden i dwa dotarło do lodu i powietrza. Teraz gazy uwolnione w sublimacji odpychały od siebie diamenty. To, co było setkami metrów osłony, zmieniło się w poszarpaną szczelinę z milionem luster. Przechodzące przez nią światło było tęczą z piekła.
-?Sto czterdzieści pięć kilowatów na metr kwadratowy.
-?To maksimum rozbłysku -?skomentował ktoś.
Bistabilna świeciła ponad sto razy jaśniej niż standardowa gwiazda typu Sol. Zachowywała się zgodnie z zapisami wcześniejszych rozpaleń, choć to było jaśniejsze od większości. Gwiazda pozostanie tak jasna przez kolejne dziesięć tysięcy sekund, a potem dość gwałtownie przygaśnie do dwóch solarów i utrzyma się na tym poziomie przez kilka lat.
Nie rozległy się żadne triumfalne okrzyki. W ciągu ostatnich kilkuset sekund w tymczasówce panowała praktycznie całkowita cisza. Qiwi z początku była zbyt pochłonięta swoją złością z powodu wysłania jej do środka, ale w końcu się uspokoiła, a potem doszło do zerwania mocowań srebrzystej osłony i lód został dotknięty bezpośrednimi promieniami słońca.
-?Mówiłam Jimmy'emu, że to się nie utrzyma. -?W jej głosie nie było już słychać złości.
Pokaz świetlny był piękny, ale uszkodzenia dużo poważniejsze, niż uwzględnili w planach. Ze wszystkich stron widać było strumienie gazów i nie było mowy, żeby ich skromne silniczki elektryczne zdołały je zrekompensować. Miną megasekundy, zanim uda się z powrotem uspokoić stertę.
A potem, po czterystu sekundach od zapłonu, tkanina zerwała się całkowicie. Uniosła się powoli, wykręcana na fioletowym niebie. Nie zobaczyła żadnych śladów ekipy technicznej, która powinna była się pod nią kryć. Zaniepokojone pomruki przybrały na sile. Nau zrobił coś ze swoim mankietem i jego głos stał się nagle dość głośny, by było go słychać w całej sali.
-?Nie martwcie się. Mieli kilkaset sekund na zorientowanie się, że osłona się zrywa, dość czasu na przejście w głąb cienia.
Qiwi kiwnęła głową, ale po cichu odezwała się do Ezra:
-?Jeśli nie odpadli. Nie wiem, czemu w ogóle tam pozostali. -?Jeśli odpadli, dryfując w świetle słońca... Nawet w odzieży termicznej po prostu się ugotują.
Poczuł drobną dłoń wsuwającą się w jego dłoń. Czy Bachor w ogóle wie, że to zrobiła? Ale po chwili łagodnie ścisnął jej dłoń. Qiwi wpatrywała się w główne miejsce robót.
-?Powinnam tam być. -?Dziewczyna powtarzała to samo, od kiedy wróciła do środka, ale teraz zrobiła to innym tonem.
A potem widok z zewnątrz zadygotał, jakby coś uderzyło wszystkie kamery równocześnie. Światło przenikające przez odsłoniętą powierzchnię diamentu dwa rozjaśniło się w poszarpaną linię. I rozległ się dźwięk, jęk nasilający się coraz bardziej i bardziej, z tonem rosnącym, a potem opadającym.
-?Panie kolonii! -?Okrzyk był głośny i pełen napięcia, niepodobny do raportów brzmiących jak roboty techników Rozwiniętych. To Ritser Brughel. -?Diament dwa przesuwa się, unosi...
I teraz stało się to oczywiste. Cała góra się przechylała. Miliardy ton w ruchu.
Jękliwy dźwięk wypełniający salę musiał pochodzić z uprzęży cumujących wykręcanych pod tymczasówką.
-?Nie jesteśmy na jego drodze, sir.
Ezr sam to teraz zauważył. Olbrzym poruszał się bardzo, bardzo powoli, ale odsuwał się od tymczasówki, Hammerfestu i zacumowanych statków międzygwiezdnych. Widok na zewnątrz powoli się obrócił, a teraz powracał do pierwotnego. Wszyscy w sali rzucili się do uchwytów.
Hammerfest został osadzony na diamencie jeden. Wielka skała wyglądała na niezmienioną, nieporuszoną. Statki poza nią... Były płotkami przy masie diamentu, choć każdy miał ponad sześćset metrów długości i milion ton masy nawet bez paliwa. Statki chwiały się powoli na końcach swoich cum łączących je z diamentem jeden. Taniec lewiatanów, taniec, który całkowicie je zniszczy, jeśli pozwolić na jego kontynuację.
-?Panie kolonii! -?Znowu Brughel. -?Mam łączność dźwiękową z brygadzistą Diemem.
-?Daj go na głośnik!
Nad śluzą było ciemno. Światła się nie zapaliły i nie było atmosfery. Diem z pozostałymi poszybował w górę tunelu od śluzy, na wszystkie strony przesuwając światłem lamp z kapturów. Zaglądali z tuneli do pustych pomieszczeń, pokoi z rozbitymi ściankami działowymi, sięgającymi na pięćdziesiąt metrów w głąb. To rzekomo miał być nieuszkodzony statek. Diem poczuł narastających chłód. Wróg wszedł tu po bitwie i oskrobał go do czysta, zostawiając pustą skorupę.
-?Jimmy, "Skarb" się porusza - rzuciła lecąca za nim Tsufe.
-?Tak, solidnie zetknąłem się tu ze ścianą. Na ucho wygląda to tak, jakbyśmy się wykręcali na cumie.
Diem sięgnął z drabiny i przycisnął hełm do ściany. Tak. Gdyby była tu atmosfera, wszystko wypełniałyby dźwięki metalowego zniszczenia. A więc zapłon powodował silniejsze przemieszczenia, niż ktokolwiek przypuszczał. Jeszcze wczoraj ta wiedza byłaby przerażająca, teraz...
-?To chyba nie ma znaczenia, Tsufe. Chodźcie.
Poprowadził Do i Patila szybciej w górę drabiny. Czyli Pham Trinli miał rację, ich plan był skazany na niepowodzenie. Jednak w taki czy inny sposób zamierzał odkryć, co im zrobiono. I może zdoła przekazać innym prawdę.
Wewnętrzne śluzy zostały wyrwane i próżnia rozciągała się na wszystkie pomieszczenia. Przelecieli obok tego, co powinno być warsztatami remontowymi, obok głębokich dziur, w których powinni zobaczyć iniektory startowe silników strumieniowych.
Wysoko przy rufie, w ekranowanym sercu "Odległego skarbu", gdzie mieściło się ambulatorium, tam powinny znajdować się zbiorniki hibernacyjne. Teraz... Jimmy z pozostałymi przelecieli obok ekranowania. Kiedy ich dłonie dotknęły ścian, usłyszeli trzeszczenie kadłuba i poczuli jego powolny ruch. Jak na razie zakotwiczone blisko statki międzygwiezdne jeszcze się nie zderzyły... choć Jimmy nie był pewien, czy naprawdę by o tym wiedzieli. Jednostki były tak wielkie i potężne, że gdyby doszło do zderzenia z szybkością kilku centymetrów na sekundę, kadłuby po prostu wjechałyby w siebie wzajemnie praktycznie bez wstrząsów.
Dotarli do wejścia do ambulatorium, gdzie według Rozwiniętych przetrzymywani byli ocalali zbrojmistrze.
Znowu pustka? Kolejne kłamstwo?
Jimmy przeleciał przez drzwi. Światło ich lamp przesunęło się po pomieszczeniu.
Tsufe Do krzyknęła.
Wcale nie pusto. Ciała. Przesunął promieniem światła: wszędzie... skrzynie hibernacyjne zostały usunięte, ale pomieszczenie było pełne... ciał. Diem odczepił lampę z głowy i zamocował ją do wolnego miejsca na ścianie. Ciała wciąż tańczyły i skręcały się, ale teraz widział wszystko naraz.
-?Oni... wszyscy nie żyją, prawda? -?Głos Phama Patila brzmiał sennie, a pytanie było po prostu wyrazem przerażenia.
Diem ruszył między martwych. Wszyscy zostali starannie ułożeni. Setki, choć w małej przestrzeni. Rozpoznał niektórych zbrojmistrzów. Mamę Qiwi. Tylko nieliczni wykazywali ślady gwałtownej dekompresji. Kiedy zginęła reszta? Niektóre twarze były spokojne, ale inne... Zamarł, zatrzymany przez parę świecących, błyszczących oczu patrzących wprost na niego. Twarz była wyniszczona, z zamrożonymi siniakami na czole. Ten żył jeszcze trochę po zasadzce, a Jimmy rozpoznał twarz.
Tsufe przeleciała przez pokój z cieniem przemykającym po trupach.
-?To jeden z Trilandczyków, prawda?
-?Tak. Chyba jeden z geologów. -?Czyli jeden z akademików, których rzekomo przetrzymywano w Hammerfeście.
Diem cofnął się w stronę lampy, którą zaczepił na ścianie. Ilu ich tu było? Ciała rozciągały się w mrok poza miejsce ograniczone kiedyś przez ściany. Zabili ich wszystkich? W jego gardle wezbrały mdłości.
Patil unosił się bez ruchu od chwili pierwszego pytania, ale Tsufe trzęsła się, z głosem przechodzącym od otępienia do drżącego podniecenia.
-?Myśleliśmy, że mają tak wielu zakładników, a przez ten cały czas nie mieli nikogo poza trupami. -?Roześmiała się. -?Ale to nie miało znaczenia, prawda? Uwierzyliśmy, a to było dla nich równie dobre jak prawda.
-?Może nie.
I nagle mdłości zniknęły. Pułapka została zamknięta. Niewątpliwie on, Tsufe i Patil już bardzo niedługo zginą, ale jeśli przeżyją jeszcze choćby parę sekund, może uda się zdemaskować potwory. Wyciągnął z kombinezonu skrzynkę audio i znalazł wolny kawałek ściany, by nawiązać kontakt. Kolejne zabronione urządzenie wejścia-wyjścia. Za jego posiadanie grozi kara śmierci. Jasne. Jasne. Teraz mógł jednak połączyć się przez całą długość "Skarbu" z nadajnikiem pozostawionym przy wejściu do śluzy. Bliższa strona tymczasówki zostanie zalana jego wiadomością. Wykryją ją wbudowane narzędzia. Z pewnością niektóre zareagują na priorytet wiadomości i przekażą ją tam, gdzie usłyszą ją Queng Ho.
Jimmy zaczął mówić.
-?Queng Ho! Słuchajcie! Jestem na pokładzie "Odległego skarbu". Został wypatroszony. Zabili wszystkich, których rzekomo tu przetrzymywali...
Ezr -?wszyscy w sali tymczasówki -?odczekał ciche sekundy, podczas których Ritser Brughel ustanawiał połączenie. Potem zabrzmiał głos Jimmy'ego.
-?Queng Ho! Słuchajcie! Jestem...
-?Brygadzisto! -?przerwał mu Tomas Nau. -?Nic wam nie jest? Nie widzimy was na zewnątrz.
Jimmy roześmiał się.
-?To dlatego, że jestem na pokładzie "Odległego skarbu".
Nau przybrał zdziwiony wyraz twarzy.
-?Nie rozumiem. Załoga "Skarbu" nie zgłosiła...
-?Oczywiście, że nie. -?Ezr prawie słyszał uśmiech kryjący się za słowami Jimmy'ego. -?Widzi pan, "Odległy skarb" to statek Queng Ho i teraz go odzyskaliśmy!
Na twarzach widzianych przez Ezra pojawiły się szok i radość. A więc na tym polegał plan! Działający statek kosmiczny, być może wciąż z oryginalnym uzbrojeniem. Główne ambulatorium Rozwiniętych, zbrojmistrze i starsi stopniem członkowie załogi, którzy przeżyli pułapkę. Teraz mamy szansę!
Tomas Nau wyglądał, jakby zrozumiał to samo. Zdziwienie na jego twarzy ustąpiło gniewnemu i przestraszonemu grymasowi.
-?Brughel? -?rzucił w powietrze.
-?Chyba mówi prawdę, panie kolonii. Jest na kanale technicznym "Skarbu" i nie mogę wywołać nikogo innego stamtąd.
Krzywa mocy na głównym ekranie utrzymywała się tuż poniżej 145 kW/m2. Światło odbijane między diamentami jeden i dwa zaczynało gotować śnieg i lód w cieniach. Skały i kawały lodu o masie tysięcy i setek tysięcy ton przesuwały się w szczelinach między wielkimi klejnotami. Ruch był niemal niewidoczny, parę centymetrów na sekundę, ale niektóre głazy unosiły się już swobodnie. Niezależnie od tego, jak powoli się poruszały, mogły zniszczyć wszystkie dzieła ludzi, z którymi się zetkną.
Nau przez kilka sekund wyglądał przez okno. Kiedy się odezwał, jego głos miał w sobie intensywność głębszą niż zwykły rozkaz.
-?Słuchaj, Diem. To się nie uda. Zapłon słońca powoduje dużo większe zniszczenia, niż ktokolwiek mógł przewidzieć...
-?Ktokolwiek? -?Z drugiego końca połączenia dobiegł ostry śmiech. - Niezupełnie. Przestroiliśmy sieć utrzymania pozycji tak, żeby wprowadzić trochę zamieszania. Wzmocniliśmy lekko wszelkie obecne tam niestabilności.
Qiwi mocniej ścisnęła dłoń Ezra. Dziewczyna z zaskoczenia szerzej otworzyła oczy, a Ezrowi zrobiło się trochę niedobrze. Sieć utrzymująca pozycję nie mogła zrobić wiele w tę czy w tamtą stronę, ale czemu pogarszać sytuację?
Wokół nich ludzie w skafandrach ciśnieniowych z kapturami zaczęli się zapinać, inni lecieli już do drzwi wyjściowych z sali. Zaledwie sto metrów dalej wyłonił się olbrzymi głaz. Unosił się powoli, z czubkiem rozjarzonym bezpośrednimi promieniami słońca. Powinien przesunąć się tuż nad szczytem tymczasówki.
-?Ale, ale... -?Wydawało się, że wygadany pan kolonii na chwilę stracił mowę. -?Mogą zginąć wasi właśni ludzie! I zabraliśmy ze "Skarbu" całe uzbrojenie. Na Boga, to nasz statek szpitalny!
Przez moment nie było odpowiedzi, tylko odgłosy stłumionego sporu. Ezr zauważył, że technik lotów Rozwiniętych, Xin, nie powiedział ani słowa. Przyglądał się swojemu panu kolonii szeroko otwartymi oczami z wyrazem oszołomienia.
Potem znowu odezwał się Jimmy.
-?Niech was szlag. Czyli wyrżnęliście systemy uzbrojenia. Ale to nie ma znaczenia, człowieczku. Przygotowaliśmy cztery kilo S7. Nie zgadliście, że mamy dostęp do materiałów wybuchowych, co? W tych elektrycznych silniczkach było mnóstwo rzeczy, o których nie mieliście pojęcia.
-?Nie, nie. -?Nau niemal bezradnie kręcił głową.
-?Jak sam powiedziałeś, panie kolonii, to statek szpitalny. Są tu nasi ludzie oraz zbrojmistrze w hibernacji. Uważam, że nawet bez dział statku mamy solidną przewagę w negocjacjach.
Nau zerknął błagalnie na Ezra i Qiwi.
-?Rozejm. Do czasu uspokojenia sterty.
-?Nie! -?krzyknął Jimmy. -?Wywiniesz się z tego, gdy tylko sytuacja nie będzie trzymać cię za gardło.
-?Do cholery, człowieku, na pokładzie "Skarbu" są wasi ludzie.
-?Gdyby wyszli z hibernacji, zgodziliby się ze mną, panie kolonii. Czas decyzji. Mamy w ambulatorium dwudziestu trzech waszych ludzi plus pięciu z załogi technicznej. My też wiemy, jak grać w grę z zakładnikami. Chcę tu pana i Brughela. Możecie użyć swoich wahadłowców, są miłe i bezpieczne. Daję wam tysiąc sekund.
Ezr Vinh zawsze uważał Nau za bardzo wyrachowanego człowieka. Teraz już opanowywał wstrząs. Nau dramatycznie uniósł głowę i zareagował na głos Jimmy'ego gniewnym spojrzeniem.
-?A jeśli nie?
-?Przegramy, ale wy też. Na początek zginą wasi ludzie tutaj. Potem użyjemy S7 do wysadzenia holu "Skarbu". I staranujemy nim wasz cholerny Hammerfest.
Qiwi słuchała tego z bladą twarzą i szeroko otwartymi oczami, ale teraz nagle wybuchła. Rzuciła się w stronę źródła dźwięku głosu Jimmy'ego.
-?Nie! Nie! Jimmy! Proszę, nie rób tego!
Przez kilka sekund wszyscy patrzyli na Qiwi. Ustało nawet gorączkowe zamykanie kapturów i zakładanie rękawic, a przez chwilę jedynym dźwiękiem był głośny jęk wykręcanej sieci mocującej tymczasówkę. Matka Qiwi znajdowała się na pokładzie "Odległego skarbu", a ojciec był w Hammerfeście, razem ze wszystkimi ofiarami zgnilizny mózgu. W zamrożeniu lub "skupieniu", większość ocalałych członków wyprawy Queng Ho znajdowała się w jednym z tych dwóch miejsc. Trixia. To zbyt wiele, Jimmy. Zwolnij! Jednak te słowa nie dotarły na usta Ezra. Zaufał Jimmy'emu we wszystkim. Jeśli ta mordercza przemowa przekonała Ezra Vinha, może przekona też Tomasa Nau.
Odzywając się ponownie, Jimmy zignorował krzyk Qiwi.
-?Ma pan tylko dziewięćset siedemdziesiąt pięć sekund, panie kolonii. Radzę, żebyście razem z Brughelem zabrali tu swoje tyłki.
Byłoby to trudne, nawet gdyby Nau natychmiast wyruszył z tymczasówki. Odwrócił się do Xina i przez chwilę sprzeczali się stłumionymi głosami.
-?Tak, mogę tam pana zawieźć. To niebezpieczne, ale luźna materia porusza się z szybkością poniżej metra na sekundę. Możemy jej uniknąć.
Nau przytaknął.
-?W takim razie chodźmy. Chcę... -?Zapiął swój skafander ciśnieniowy i założył kaptur, a jego głos stał się niesłyszalny.
Tłum Queng Ho i Rozwiniętych roztopił się, odsuwając się od nich, gdy skierowali się do wyjścia.
Z głośnika dobiegł głośny łomot, który raptownie ustał. Ktoś krzyknął w sali, wskazując na główne okno. Coś zamigotało z boku "Odległego skarbu", coś małego i poruszającego się z dużą prędkością. Fragment kadłuba.
Nau zatrzymał się przy drzwiach sali i obejrzał się na "Odległy skarb".
-?Według odczytów systemu "Odległy skarb" ma przebicie -?oznajmił Brughel. -?Liczne wybuchy na rufowym promieniowym pokładzie piętnastym.
Tam znajdowały się magazyny hibernacyjne i ambulatorium. Ezr nie potrafił się poruszyć, nie potrafił odwrócić wzroku. Fragmenty kadłuba "Skarbu" odleciały jeszcze w dwóch miejscach. Z otworów przez chwilę błyskało słabe światło. Było nieistotne w porównaniu z burzą zapłonu gwiazdy. Dla niewprawnego oka "Skarb" mógł wyglądać na nieuszkodzony. Otwory w kadłubie miały zaledwie po kilka metrów, ale S7 był najpotężniejszym chemicznym materiałem wybuchowym Queng Ho i wyglądało na to, że doszło do eksplozji całych czterech kilogramów. Promieniowy pokład piętnasty znajdował się za czterema warstwami pancerza, piętnaście metrów poniżej zewnętrznego kadłuba. Rozchodząc się do środka, wybuch najprawdopodobniej zmiażdżył gardziel silnika strumieniowego "Odległego skarbu". Zginął kolejny statek międzygwiezdny.
Qiwi unosiła się bez ruchu pośrodku sali, poza zasięgiem oferujących pocieszenie rąk.
Mijały kilosekundy absorbujące Ezra pracą bardziej niż cokolwiek wcześniej w jego życiu. Przerażenie porażką Jimmy'ego wciąż tkwiło w głębi umysłu, ale nie miało miejsca na przebicie się na czoło. Wszyscy byli zbyt zajęci, próbując uratować, co się da, z katastrof naturalnych i tych wygenerowanych przez ludzi.
Następnego dnia Tomas Nau przemówił do ocalałych w tymczasówce i Hammerfeście. Pan kolonii patrzył na nich z ekranu, ewidentnie zmęczony i pozbawiony zwykłej dla niego gładkości.
-?Panie i panowie, gratuluję. Przeżyliśmy drugi najostrzejszy ponowny zapłon w zarejestrowanej historii Bistabilnej. Zrobiliśmy to pomimo najstraszniejszej zdrady. -?Przysunął się bliżej kamery, jakby przyglądał się wyczerpanym Rozwiniętym i Queng Ho skulonym w sali. -?W ciągu następnych megasekund najważniejszymi zadaniami będą ocena zniszczeń i próby odzyskania materiałów... ale muszę być z wami szczery. Początkowe starcie między Queng Ho i Rozwiniętymi było niezwykle niszczące dla Queng Ho. Z przykrością przyznaję, że także niemal równie destruktywne dla Rozwiniętych. Próbowaliśmy ukryć część zakresu zniszczeń. Mieliśmy mnóstwo zapasowego sprzętu, ośrodków medycznych i surowców wydobytych z Arachny. Po rozwiązaniu problemów związanych z bezpieczeństwem dysponowalibyśmy ekspercką wiedzą setek doświadczonych Queng Ho. Mimo wszystko działaliśmy niemal na granicy spokoju. Po wydarzeniach z wczoraj zniknęły wszelkie marginesy bezpieczeństwa. Obecnie nie mamy ani jednego sprawnego silnika strumieniowego... i nie jest jasne, czy zdołamy odzyskać taki z wraków.
Zderzyły się ze sobą tylko dwa statki międzygwiezdne, ale najwyraźniej "Odległy skarb" był najbardziej sprawny, a po akcji Jimmy'ego jego silnik i większość systemów podtrzymywania życia do niczego się nie nadawały.
-?W ciągu ostatnich kilosekund wielu z was ryzykowało życie, próbując uratować część materiałów lotnych. Wydaje się, że ta część katastrofy nie jest niczyją winą. Nikt z nas nie spodziewał się gwałtowności tego zapłonu ani efektu, jaki może wywołać lód uwięziony między diamentami. Jak wiecie, odzyskaliśmy większość dużych bloków. Tylko trzy nadal latają swobodnie.
Benny Wen i Jau Xin pracowali razem, próbując sprowadzić te i parę mniejszych. Oddaliły się zaledwie na trzydzieści kilometrów, ale każdy z dużych głazów miał ponad sto tysięcy ton masy, a wszystko, czym dysponowali w zakresie sprzętu do holowania, to wahadłowce i jeden uszkodzony prom.
-?Moc promieniowania Bistabilnej spadła do dwóch i pół kilowata na metr kwadratowy. Nasze pojazdy mogą działać w tych warunkach. Odpowiednio ubrani ludzie mogą w nim krótko pracować. Ale powietrzny śnieg, który odleciał, został utracony i obawiamy się, że dotyczy to również dużej części wodnego lodu.
Nau rozłożył ręce i westchnął.
-?Bardzo przypomina to wiele opowiadanych nam przez Queng Ho historii. Walczyliśmy i walczyliśmy, a na koniec niemal doprowadziliśmy do własnej zagłady. Z tym, co mamy, nie zdołamy wrócić do domu... do żadnego z naszych domów. Możemy tylko zgadywać, jak długo zdołamy przeżyć z tym, co tu uda się nam uratować. Pięć lat? Sto? Stare prawdy wciąż obowiązują: bez podtrzymującej je cywilizacji żadne zbiorowisko statków i ludzi nie zdoła odtworzyć zasadniczej technologii.
Przez jego twarz przebiegł uśmiech.
-?A jednak jest nadzieja. Na pewien sposób te katastrofy zmusiły nas do skupienia całej uwagi na tym, czym pierwotnie miały się zająć nasze misje. Teraz nie jest to już kwestia akademickiej ciekawości ani nawet Queng Ho handlujących z Klientami -?teraz samo nasze przetrwanie zależy od istot rozumnych na Arachnie. Są na skraju ery informacji. Wedle wszelkich naszych danych, podczas tego czasu światła powinni osiągnąć rozsądną ekologię przemysłową. Jeśli zdołamy wytrzymać kilka dziesięcioleci, Pająki zbudują potrzebny nam przemysł. Nasze dwie misje zakończą się powodzeniem, nawet jeśli odbędzie się to dużo większym kosztem ludzkim, niż ktokolwiek z nas sobie wyobrażał.
-?Czy zdołamy przetrwać trzy do pięciu dziesięcioleci? Może. Możemy odzyskiwać części, możemy oszczędzać... Jednak prawdziwe pytanie brzmi: czy możemy współpracować? Jak dotąd nasze doświadczenia tutaj nie wyglądają dobrze. Czy dotyczy to ataku, czy obrony, wszyscy mamy ręce zbroczone krwią. Wszyscy wiecie o Jimmym Diemie. W jego spisku brały udział przynajmniej trzy osoby. Mogło ich być więcej... ale szukanie i karanie winnych zmniejszyłoby tylko nasze szanse na przetrwanie. Zwracam się więc do wszystkich Queng Ho, którzy mogli uczestniczyć w tym planie, nawet w bardzo niewielkim stopniu: zapamiętajcie, co zrobili i próbowali zrobić Jimmy Diem, Tsufe Do i Pham Patil. Byli gotowi zniszczyć wszystkie statki i zmiażdżyć Hammerfest, ale zamiast tego zginęli od własnych materiałów wybuchowych, które zabiły Queng Ho przetrzymywanych w hibernacji oraz zniszczyły ambulatorium pełne Rozwiniętych i Queng Ho.
-?A więc tak. To będzie nasze Wygnanie. Wygnanie, które sami na siebie sprowadziliśmy. Będę dalej robił wszystko, co w mojej mocy, by kierować, ale bez waszej pomocy z pewnością przegramy. Musimy pogrzebać dzielące nas różnice i nienawiść. My, Rozwinięci, wiemy dużo o Queng Ho z waszych publicznych audycji, których słuchaliśmy od setek lat. Uzyskane od was informacje były niezwykle dla nas ważne w odzyskiwaniu technologii. - Znowu zmęczony uśmiech. -?Zdaję sobie sprawę, że robiliście to, by zyskać dobrych klientów, ale i tak jesteśmy wdzięczni. Jednak Rozwinięci stali się kimś innym, niż się spodziewaliście. Wierzę, że sprowadzimy do ludzkiego świata coś nowego, cudownego i potężnego: Skupienie. To coś, co z początku będzie się wam wydawać dziwne, ale proszę, żebyście dali sobie trochę czasu. Poznajcie nasze zwyczaje, tak jak my poznaliśmy wasze.
-?Przy dobrowolnej współpracy wszystkich zdołamy przetrwać. A na koniec nawet się rozwinąć.
Twarz Nau zniknęła z wyświetlacza, zostawiając po sobie widok na przeorganizowaną powierzchnię sterty. Zebrani w sali Queng Ho oglądali się na siebie i rozmawiali cicho. Kupcy charakteryzowali się niezwykłą dumą, zwłaszcza gdy porównywali się z klientami. Dla nich nawet największe cywilizacje klientów, nawet Namquem i Canberra, były niczym piękne kwiaty, skazane na zagładę przez swoje piękno i osadzenie w jednym miejscu. Ezr po raz pierwszy zobaczył wstyd na twarzy tak wielu Queng Ho. Pracowałem z Jimmym. Pomagałem mu. Nawet ci, którzy tego nie robili, musieli poczuć dumę, słysząc pierwsze słowa Jimmy'ego z "Odległego skarbu".
Jak coś mogło pójść tak bardzo źle?
Podlecieli do niego Ciret i Marli.
-?Mamy parę pytań związanych ze śledztwem. -?Strażnicy Rozwiniętych zabrali go do wnętrza i do góry, ale nie do doku wahadłowców. Nau czekał w biurze "kierownika floty" Vinha. Pan kolonii siedział tam z Ritserem Brughelem i Anne Reynolt.
-?Proszę usiąść... kierowniku floty -?powiedział cicho Nau, gestem zapraszając Ezra na miejsce przy środku stołu.
Vinh zbliżył się tam powoli i usiadł. Trudno było mu patrzeć Tomasowi Nau w oczy. Pozostali... Anne Reynolt wydawała się równie zniecierpliwiona i zirytowana jak zwykle. Nie miał problemu z unikaniem jej wzroku, ponieważ i tak nigdy nie patrzyła mu prosto w oczy. Ritser Brughel wydawał się równie zmęczony jak pan kolonii, ale chwilami na jego ustach pojawiał się dziwny uśmiech. Mężczyzna patrzył na niego twardo, a Vinh zrozumiał nagle, że Brughel wręcz kipi niewypowiedzianym poczuciem triumfu. Wszystkie śmierci -?po obu stronach -?dla tego sadysty nie znaczyły nic.
-?Kierowniku floty. -?Cichy głos Nau sprawił, że Vinh odwrócił głowę. - W sprawie spisku J.Y. Diema...
-?Wiedziałem o nim, panie kolonii. -?Słowa były częściowo wyznaniem, częściowo wyrazem buntu. -?Ja...
-?Wiem -?przerwał mu Nau. -?Ale był pan pomniejszym uczestnikiem. Zidentyfikowaliśmy kilku innych. Na przykład staruszek, Pham Trinli. Krył ich... i niemal przez to zginął.
Brughel się roześmiał.
-?Tak, prawie się ugotował. Ale jęczy jeszcze do tej pory.
Nau obrócił się w stronę Brughela. Nie odezwał się, tylko popatrzył. Po sekundzie Ritser kiwnął głową i jego zachowanie stało się ponurą kopią Nau.
Pan kolonii zwrócił się z powrotem do Vinha.
-?Nikt z nas nie może sobie pozwolić w tym na złość ani poczucie zwycięstwa. Teraz potrzebujemy wszystkich, nawet Phama Trinliego. - Znacząco popatrzył na Vinha, a Ezr w końcu spojrzał mu w oczy.
-?Tak, sir. Rozumiem.
-?Później omówimy z panem spisek, kierowniku floty. Chcemy zidentyfikować wszystkich, którzy wymagają specjalnego nadzoru. Ale na razie mamy dużo ważniejsze sprawy niż grzebanie w przeszłości.
-?Nawet po tym wszystkim chce pan, żebym pozostał kierownikiem floty? - Tak bardzo nienawidził tej pracy, teraz nawet jeszcze bardziej, choć z zupełnie innych powodów.
Jednak pan kolonii przytaknął.
-?Byłeś właściwą osobą uprzednio, teraz wciąż nią jesteś. Co więcej, potrzebujemy ciągłości. Jeśli w sposób widoczny i niekwestionowany zaakceptujesz moje przywództwo, cała społeczność będzie miała większą szansę.
-?Tak jest, sir. -?Czasami możliwe było odkupienie swoich win. To było więcej, niż Jimmy, Tsufe i Pham Patil mogli kiedykolwiek zrobić.
-?Dobrze. Z tego, co rozumiem, nasza fizyczna sytuacja została ustabilizowana. Nie ma aktywnych sytuacji awaryjnych. Co z Xinem i Wenem? Czy będą w stanie uratować te lodowe bloki, które ścigają? Priorytetem jest zapewnienie im dodatkowego paliwa.
-?Rafineria została już uruchomiona. Zaczniemy w niej produkcję za kilka kilosekund. -?A wtedy będą mogli uzupełnić paliwo w wahadłowcach. -?Mam nadzieję, że ostatnie lodowe bloki osadzimy w cieniu w ciągu czterdziestu kilosekund.
Nau zerknął na Anne Reynolt.
-?To oszacowanie wygląda rozsądnie, panie kolonii. Wszystkie nasze pozostałe problemy są pod kontrolą.
-?W takim razie mamy czas na ważniejsze sprawy dotyczące kwestii ludzkich. Panie Vinh, opublikujemy dzisiaj kilka oświadczeń. Chcę, żeby je pan rozumiał. Pan i Qiwi Lin Lisolet otrzymacie szczególne podziękowania za pomoc w wyśledzeniu tego, co pozostało ze spisku.
-?Ale...
-?Tak, wiem, że to po części oszustwo. Jednak Qiwi nigdy nie uczestniczyła w spisku i udzieliła nam bardzo dużej pomocy. -?Nau urwał na chwilę. -?Biedne dziewczę zostało przez to wszystko rozerwane na strzępy. Ma w sobie mnóstwo furii. Ze względu na nią oraz na dobro wspólnoty chcę, żeby pan z nami współpracował przy tej historii. Potrzebuję podkreślenia faktu, że jest mnóstwo Queng Ho, którzy nie zachowują się irracjonalnie i zdecydowali się ze mną współpracować.
Urwał.
-?A teraz najważniejsze. Słyszał pan moją przemowę, tę część dotyczącą poznania zwyczajów Rozwiniętych?
-?O... skupieniu? -?O tym, co naprawdę zrobili z Trixią.
Na twarzy siedzącego w głębi Ritsera Brughela na chwilę znowu pojawił się sadystyczny uśmiech.
-?To najważniejsza sprawa -?stwierdził Nau. -?Może powinniśmy byli być trochę bardziej otwarci w tej kwestii, ale okres szkolenia nie był jeszcze ukończony. W obecnych warunkach Skupienie może być różnicą między życiem a śmiercią. Chcę, Ezr, żeby Anne zabrała cię do Hammerfestu i wyjaśniła to wszystko. Będziesz pierwszy. Chcę, żebyś to zrozumiał i się z tym pogodził. A kiedy już to nastąpi, wyjaśnisz Skupienie swoim ludziom i zrobisz to w taki sposób, żeby oni też je zaakceptowali, by zdołało przetrwać to, co pozostało z naszych wypraw.
Tak więc zostanie wreszcie przed nim ujawniona tajemnica, którą Vinh tak bardzo chciał poznać, tajemnica nawiedzająca wszystkie jego sny od megasekund. Ezr udał się za Reynolt w górę centralnego korytarza do śluzy wahadłowców. Każdy metr był dla niego walką. Skupienie. Infekcja, której nie mogli wyleczyć. Zgnilizna mózgu. Do tej pory pojawiały się tylko plotki, a teraz będzie wiedział.
Reynolt poleciła mu gestem wejść do wahadłowca.
-?Siądź tam, Vinh.
W paradoksalny sposób wolał mieć do czynienia z Anne Reynolt. Nie ukrywała swojej pogardy, ale też nie widział w niej ani śladu sadystycznej satysfakcji emanującej z Ritsera Brughela.
Wahadłowiec zamknął właz i wystartował. Tymczasówka Queng Ho wciąż była zamocowana do sterty. Słońce nadal było zbyt jasne, by pozwolić na jej zwolnienie. Fioletowe niebo przygasło z powrotem do czerni, ale między gwiazdami widać było kilka ogonów kometarnych z różnych bloków lodu unoszących się teraz kilometry stąd. Wen i Xin byli gdzieś tam.
Hammerfest znajdował się niecałe pięćset metrów od tymczasówki, co było w zasięgu łatwego skoku, gdyby tylko Reynolt tego chciała, ale zamiast tego przelecieli ten dystans z komfortowym przyśpieszeniem. Gdyby nie widziało się tego wszystkiego przed zapłonem gwiazdy, można by się nie domyślić katastrofy, która zaszła podczas niej. Olbrzymie skały już dawno przestały się ruszać, luźny śnieg i lód rozprowadzono w cieniach, od większych kawałków do coraz mniejszych i mniejszych, we fraktalnej stercie. Tylko że teraz było tu mniej lodu i znacznie mniej powietrznego śniegu. Obecnie zacieniona strona składowiska była oświetlona jak przez księżyc światłem odbitym od Arachny. Wahadłowiec przeleciał pięćdziesiąt metrów nad załogami pracującymi przy ponownym rozmieszczeniu silników elektrycznych. Kiedy ostatnio sprawdzał, Qiwi Lisolet była tam w dole, praktycznie kierując całą operacją.
Reynolt przypięła się naprzeciw niego.
-?Wszyscy skutecznie Skupieni znajdują się w Hammerfeście. Możesz rozmawiać niemal z każdym, kogo wybierzesz.
Hammerfest wyglądał jak elegancka prywatna posiadłość. Stanowił luksusowe serce operacji Rozwiniętych. Co nieco koiło nerwy Ezra. Tłumaczył sobie, że Trixia i pozostali będą tu przyzwoicie traktowani. Mogą być przetrzymywani jak zakładnicy w dziejach Queng Ho, jak Setka na Dalekiej Pyoryi, z drugiej strony żaden rozsądny Kupiec nigdy nie zbudowałby habitatu osadzonego w stercie gruzu. Wahadłowiec przeleciał nad wieżami dziwnej urody, zamkiem wróżek wyrastającym z kryształowej płaszczyzny. Już niedługo dowie się, co się tam kryje... W końcu dotarł do niego dobór słów Reynolt.
-?Skutecznie skupieni?
Reynolt wzruszyła ramionami.
-?Skupienie to kontrolowana zgnilizna mózgu. W trakcie początkowej konwersji straciliśmy trzydzieści procent, w ciągu kolejnych lat możemy ich stracić więcej. Najciężej chorych przenieśliśmy na "Odległy skarb".
-?Ale co...
-?Nie przerywaj, to ci powiem. -?Jej uwaga przeskoczyła na coś za ramieniem Vinha i na kilka sekund zamilkła. -?Pamiętasz, że po zasadzce miałeś mdłości. Domyśliłeś się, że to wynik zaprojektowanej przez nas choroby, której czas inkubacji był istotnym elementem naszych planów. Nie wiesz natomiast, że wojskowe zastosowanie tego mikroba ma tylko drugorzędne znaczenie.
Zgnilizna mózgu była chorobą wirusową. Jej oryginalna, naturalna postać zabiła miliony w rodzimym układzie słonecznym Rozwiniętych, zniszczyła ich cywilizację... i przygotowała scenę pod obecną erę ekspansji. Okazało się, że oryginalne szczepy wirusa mają unikalną cechę: stanowią prawdziwy skarbiec neurotoksyn.
W ciągu stuleci od czasu Plagi Rozwinięci złagodzili zgniliznę mózgu i zaprzęgli ją do służby cywilizacji. Jej obecna postać wymaga specjalnej pomocy w pokonaniu bariery krew-mózg, a po dostaniu się do mózgu rozprzestrzenia się w nim niemal nieszkodliwie, zakażając około dziewięćdziesięciu procent komórek glejowych. Teraz potrafili już sterować uwalnianiem związków neuroaktywnych.
Wahadłowiec zwolnił i obrócił się, precyzyjnie dopasowując się do śluzy Hammerfestu. Po niebie przesunęła się Arachna w pełni, z tarczą szerokości prawie pół stopnia. Planeta lśniła bielą bez żadnego zróżnicowania, osłaniając chmurami swe gwałtowne przebudzenie.
Ezr ledwie to zauważył. Jego wyobraźnię pochłonęła wizja czająca się za suchymi słowami Anne Reynolt: oswojony wirus Rozwiniętych przenikający do mózgu, rozmnażający się w dziesiątkach miliardów kopii, wydzielający truciznę do wciąż żywego mózgu. Przypomniał sobie zabójczy ból głowy podczas startu lądownika z Arachny. Tak właśnie choroba waliła w drzwi jego umysłu. Ezr Vinh i pozostali w tymczasówce Queng Ho zwalczyli tę napaść... a może ich mózgi wciąż były zakażone, a choroba przeszła tylko w stan uśpienia. Jednak Trixia Bonsol i ludzie oznaczeni przy nazwiskach symbolem "Skupienie" zostali potraktowani w szczególny sposób. Zamiast ich wyleczyć, ludzie Reynolt rozwijali chorobę w mózgach ofiar jak pleśń na owocu. Gdyby w wahadłowcu panowało choćby najlżejsze ciążenie, Ezr by zwymiotował.
-?Ale czemu?
Reynolt go zignorowała. Otworzyła właz śluzy i wprowadziła go do Hammerfestu. Kiedy znowu się odezwała, w jej bezbarwnym głosie brzmiało coś podejrzanie bliskiego entuzjazmowi.
-?Skupienie uszlachetnia. To klucz do sukcesu Rozwiniętych i coś dużo bardziej subtelnego, niż sobie wyobrażasz. Nie chodzi po prostu o to, że stworzyliśmy psychoaktywny zarazek. W jego przypadku możemy kontrolować rozwój choroby w mózgu z milimetrową precyzją... a gdy znajdzie się we właściwym miejscu, jego działaniem i zachowaniem można sterować z równą dokładnością.
Reakcja Vinh była tak pusta, że dotarła nawet do Reynolt.
-?Nie rozumiesz? Możemy poprawić aspekty świadomości związane ze skupieniem uwagi: możemy wziąć ludzi i zmienić ich w maszyny analityczne. -?Wyłożyła mu to ze wszystkimi obrzydliwymi szczegółami.
Na światach Rozwiniętych proces Skupienia przeprowadzano podczas ostatnich lat specjalistycznej edukacji, nasilając wiedzę uniwersytecką do wytworzenia geniuszy. Dla Trixii i pozostałych proces był z konieczności dużo gwałtowniejszy. Reynolt z technikami przez wiele dni modyfikowali wirusa, aktywując ekspresję genetyczną prowadzącą do precyzyjnego uwalniania substancji chemicznych odpowiedzialnych za proces myślenia, a wszystko kierowane było przez komputery medyczne Rozwiniętych, zbierające informacje zwrotne z konwencjonalnej diagnostyki mózgu.
-?Teraz szkolenie dobiegło końca. Ocalali są gotowi zajmować się swoimi specjalizacjami badawczymi w sposób, który nigdy wcześniej nie był im dostępny.
Reynolt przeprowadziła go przez pokoje z luksusowymi meblami i wyściełanymi ścianami. Podążali coraz bardziej zwężającymi się korytarzami, aż znaleźli się w tunelach o średnicy zaledwie metra. Była to architektura kapilarna, jaką widywał w dokumentach historycznych... obrazach z samego serca miejskich tyranii. Aż w końcu zatrzymali się przed prostymi drzwiami. Podobnie jak inne wcześniej, oznaczono je numerem i specjalizacją. Na tych napisano: F042 LINGWISTYKA BADAWCZA.
Reynolt znieruchomiała.
-?Jeszcze jedno. Pan kolonii Nau uważa, że możesz doznać wstrząsu od tego, co tu zobaczysz. Wiem, że obcy wykazują ekstremalne reakcje przy pierwszym zetknięciu ze Skupieniem. -?Przekrzywiła głowę, jakby oceniała racjonalizm Vinha. -?Tak więc pan kolonii poprosił mnie o podkreślenie: Skupienie jest zwykle odwracalne, przynajmniej w bardzo dużym stopniu. - Wzruszyła ramionami, jakby wyklepała wyuczoną na pamięć formułkę.
-?Otwórz drzwi -?powiedział Ezr łamiącym się głosem.
Pokoik był maleńki, słabo oświetlony blaskiem kilkunastu aktywnych okien. Światło tworzyło aureolę wokół głowy osoby w środku: krótkie włosy, szczupła postać w prostym kombinezonie.
-?Trixia? -?powiedział cicho. Sięgnął przez pokoik, by dotknąć jej ramienia. Nie odwróciła głowy. Vinh zdławił przerażenie i przesunął się, by spojrzeć jej prosto w twarz. -?Trixia?
Przez moment miał wrażenie, że patrzy mu prosto w oczy, a potem odsunęła się od jego dotyku i spróbowała wyjrzeć poza niego, na okna.
-?Blokujesz mi widok. Nie widzę! -?rzuciła głosem na skraju paniki.
Ezr skulił głowę i odwrócił się, by zobaczyć, co tak ważnego kryło się w oknach. Ściany wokół dziewczyny zapełniały diagramy struktur i gramatyki. Cała jedna sekcja wydawała się opcjami słownictwa. Zobaczył słowa nese z dopasowaniami n do jednego z fragmentami niedającego się wypowiedzieć bełkotu. Było to typowe środowisko analizy języka, choć z większą liczbą aktywnych okien, niż mogłaby wykorzystać rozsądna osoba. Spojrzenie Trixii przemykało z miejsca na miejsce, dotykiem dokonując wyborów. Od czasu do czasu mamrotała jakieś polecenie. Jej twarz przepełniał wyraz całkowitego skupienia. Coś takiego nie było dla niego obce i samo w sobie nie przerażało: widywał już ten wyraz twarzy wcześniej, gdy całkowicie zafascynował ją jakiś problem językowy.
Gdy zszedł z jej drogi, przestała o nim pamiętać. Była bardziej... skupiona... niż kiedykolwiek.
I Ezr Vinh zaczął rozumieć.
Przyglądał się jej przez jakiś czas, obserwując, jak w oknach rozwijają się wzory, obserwował dokonywane przez nią wybory, zmiany struktur.
-?To jak ci idzie, Trixia? -?zapytał w końcu cichym, niemal bezinteresownym głosem.
-?Dobrze. -?Odpowiedź padła natychmiast, tonem dokładnie takim samym, jakiego używała dawna Trixia, gdy była nieobecna duchem. -?Książki z biblioteki Pająków są cudowne. Mam już zaczepienie do rozgryzienia ich grafemów. Nikt nigdy jeszcze niczego takiego nie widział, nikt tego nie robił. Pająki nie widzą w taki sposób jak my, złożenie wizualne jest w ich przypadku całkowicie odmienne. Gdyby nie podręczniki fizyki, nigdy nie zdołałabym nawet sobie wyobrazić pojęcia grafemów.
Mówiła nieobecnym, choć nieco podekscytowanym głosem. Nie obróciła się, by spojrzeć na niego, a jej palce nie przerwały stukania. Teraz, gdy jego wzrok przyzwyczaił się do słabego światła, dostrzegł drobne, przerażające rzeczy. Ubranie miała świeże, ale z przodu ubrudzone jakimś syropem. Nawet krótko przycięte włosy wyglądały na splątane i tłuste. Tuż nad wargami na jej twarzy utkwił kawałek czegoś: jedzenia? smarka?
Czy ona w ogóle potrafi się sama umyć? Vinh zerknął w dół, w stronę drzwi. Miejsce nie było dość duże, by pomieścić trzy osoby, ale Reynolt wsunęła przez otwór głowę i ramiona. Unosiła się swobodnie, utrzymując pozycję łokciami, i z wyraźnym zainteresowaniem przyglądała się Ezrowi i Trixii.
-?Doktor Bonsol dobrze się spisuje, nawet lepiej niż nasi lingwiści, a oni są Skupieni od czasu studiów. Dzięki niej zdołamy nauczyć się ich zapisanego języka, jeszcze zanim Pająki powrócą do życia.
Ezr znowu dotknął ramienia Trixii, a ona znowu odsunęła się z drgnięciem. To nie był gest złości albo strachu, raczej jakby strząsała z siebie irytującą pchłę.
-?Pamiętasz mnie, Trixia? -?Nie dostał odpowiedzi, ale był pewien, że tak jest... Po prostu nie był dość ważny, by zasłużyć na komentarz. Stała się zaczarowaną księżniczką i mogły ją obudzić tylko złe czarownice. Jednak do tego zaczarowania mogłoby nie dojść, gdyby uważniej słuchał obaw księżniczki i gdyby zgodził się z Sumem Dotranem. -?Tak mi przykro, Trixia.
-?Dość na pierwsze odwiedziny, kierowniku floty -?oznajmiła Reynolt. Gestem poleciła mu opuścić pokoik.
Vinh wysunął się z niego. Spojrzenie Trixii ani na chwilę nie oderwało się od pracy. To właśnie coś w rodzaju takiego skupienia pierwotnie go do niego przyciągnęło. Była Trilandką i należała do nielicznego grona mieszkańców tej planety, którzy zostali zabrani na wyprawę Queng Ho bez bliskich przyjaciół czy rodziny. Trixia marzyła o poznaniu czegoś prawdziwie obcego, dowiedzeniu się rzeczy, których nie wiedział żaden człowiek. Trzymała się tego marzenia równie mocno jak najodważniejsi Queng Ho. Teraz dostała to, czego pragnęła... i nic więcej.
Kiedy wysunął się już w połowie przez drzwi, zatrzymał się i popatrzył na tył jej głowy.
-?Jesteś szczęśliwa? -?zapytał cichym głosem, tak naprawdę nie spodziewając się odpowiedzi.
Nie odwróciła się, ale palce na chwilę znieruchomiały. Choć jego twarz i dotyk nie zrobiły na niej wrażenia, słowa prostego pytania ją zatrzymały. Gdzieś w tej ukochanej głowie pytanie przebiło się przez warstwy Skupienia i przez chwilę zostało rozważone.
-?Tak, bardzo. -?I znowu rozległy się dźwięki stukania w ekrany.
Vinh nie pamiętał podróży z powrotem do tymczasówki, a z późniejszych godzin zostały mu tylko pomieszane strzępy wspomnień. W okolicy doku spotkał się z Bennym Wenem, który chciał z nim rozmawiać.
-?Wróciliśmy wcześniej, niż mogłem się spodziewać. Nie masz pojęcia, jak sprawni są piloci Xina. -?Ściszył głos. -?Jedną z nich była Ai Sun. Wiesz, z "Niewidzialnej ręki". Była w Nawigacji. Jedna z naszych, Ezr. Ale wygląda, jakby była martwa w środku, tak jak jego pozostali piloci i programiści Rozwiniętych. Xin powiedział, że została Skupiona i że ty możesz to wyjaśnić. Ezr, wiesz, że mój staruszek jest w Hammerfeście. Co...
To było wszystko, co Ezr zapamiętał. Może nakrzyczał na Benny'ego, może tylko go odepchnął. Wyjaśnisz Skupienie swoim ludziom i zrobisz to w taki sposób, żeby oni też je zaakceptowali, by mogło przetrwać to, co pozostało z naszych wypraw.
Kiedy powrócił rozum...
Vinh był sam w centralnym parku tymczasówki, nie pamiętając, jak tam trafił. Park rozciągał się wokół niego z liściastymi czubkami drzew, sięgającymi, by dotykać go z pięciu stron. Było takie stare powiedzenie: bez bakteryki habitat nie utrzyma swoich mieszkańców, ale bez parku mieszkańcy utracą duszę. Nawet na statkach strumieniowych głęboko między gwiazdami zawsze było kapitańskie bonsai. W większych tymczasówkach, tysiącletnich habitatach na Canberze i Namqem, parki były największymi przestrzeniami w całej strukturze, całymi kilometrami natury. Jednak nawet najmniejszy park miał w swoim projekcie tysiąclecia doświadczenia i geniuszu Queng Ho. Ten sprawiał wrażenie głębi lasu, dużych i małych stworzeń czekających tuż za najbliższymi drzewami. Utrzymanie równowagi życia w tak małym parku było prawdopodobnie najtrudniejszym projektem w tymczasówce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Poszukiwania objęły ponad sto lat świetlnych i osiem stuleci. Zawsze były prowadzone potajemnie i nie zdawali sobie z tego sprawy nawet niektórzy ich uczestnicy. We wczesnych latach obejmowały po prostu ukryte w transmisjach radiowych zaszyfrowane zapytania. Mijały dziesięciolecia i wieki. Pojawiały się poszlaki, wywiady z towarzyszami podróży obiektu, prowadzące w sprzecznych kierunkach. Obiekt był teraz sam i kierował się coraz dalej; zmarł, zanim w ogóle zaczęły się poszukiwania; miał flotę bojową i wracał się zemścić.
Z czasem najbardziej wiarygodne historie zaczęły wykazywać wspólne elementy. Dowody zrobiły się dostatecznie solidne, by pewne statki zmieniły harmonogramy i leciały przez dziesięciolecia, by poszukać kolejnych wskazówek. Z powodu okrężnych tras i opóźnień przepadły fortuny, ale straty dotykały kilku z największych Rodów handlowych i nie stanowiły katastrofy. Byli dość bogaci, a te poszukiwania były na tyle ważne, że nie miało to większego znaczenia. Obszar poszukiwań został zawężony: obiekt podróżował samotnie, był niewyraźną plamą wielu tożsamości, ciągiem jednorazowych zatrudnień na pomniejszych jednostkach handlowych, choć zawsze kierujących się coraz głębiej w ten koniec Przestrzeni Ludzi. Poszukiwania zawężały obszar ze stu lat świetlnych do pięćdziesięciu, potem dwudziestu... i do zaledwie kilku układów gwiezdnych.
Aż w końcu poszukiwanie wskazało na pojedynczy świat na skraju Przestrzeni Ludzi od strony jądra. Teraz Sammy mógł uzasadnić przydzielenie floty specjalnie do zakończenia poszukiwań. Załoga, a nawet większość właścicieli, nie znała prawdziwego celu misji, ale miał on spore szanse doprowadzić polowania do końca.
Sammy osobiście zszedł na powierzchnię Trilandii. Choć raz miało to sens, żeby kapitan floty sam wykonał pracę na miejscu: Sammy był jedyną osobą we flocie, która osobiście spotkała tego człowieka. A dzięki obecnej popularności jego floty tutaj mógł z łatwością poradzić sobie z wszelkimi możliwymi przeszkodami biurokratycznymi. To były dobre powody... choć Sammy wiedział, że i tak zszedłby na dół. Czekałem tak bardzo długo, a już za chwilę wreszcie go odnajdę.
-?Czemu miałbym panu pomagać kogoś znaleźć? Nie jestem pańską matką! - Drobny człowieczek wycofał się w głąb swojego biura. Drzwi za jego plecami rozsunęły się na pięć centymetrów i Sammy dostrzegł wyglądające przez szczelinę wystraszone dziecko. Drobny człowieczek zatrzasnął drzwi z powrotem i popatrzył gniewnie na funkcjonariuszy Leśnictwa, którzy wprowadzili Sammy'ego do budynku. -?Powiem to jeszcze raz: pracuję w sieci. Jeśli tam nie znalazł pan tego, czego szuka, to ja nie pomogę.
-?Przepraszam. -?Sammy dotknął ramienia najbliższego funkcjonariusza. - Przepraszam. -?Wysunął się przed szereg swojej obstawy.
Właściciel dostrzegł, że w jego stronę zmierza ktoś wysoki. Sięgnął w stronę biurka. Rety. Jeśli zniszczy swoje ukryte w sieci bazy danych, nic z niego nie wyciągną.
Ale mężczyzna znieruchomiał w połowie ruchu. Zapatrzył się na twarz Sammy'ego.
-?Admirale?
-?Uch, raczej "kapitanie floty", jeśli można.
-?Tak, tak! Codziennie oglądamy pana w wiadomościach. Proszę, niech pan siada. To pan zwrócił się z zapytaniem?
Zmienił zachowanie niczym kwiat otwierający się na słońce. Najwyraźniej wśród mieszkańców miasta Queng Ho byli równie popularni jak w Wydziale Leśnictwa. W ciągu kilku sekund gospodarz -?"prywatny detektyw", jak siebie nazywał -?wywołał dane i uruchomił programy wyszukiwania.
-?Hmm. Nie zna pan nazwiska ani dobrego opisu wyglądu, tylko prawdopodobną datę przybycia. Dobrze, z kolei Leśnictwo twierdzi, że nasz obiekt musiał się stać niejakim "Bidwelem Ducanhem". -?Jego spojrzenie powędrowało w bok na milczących funkcjonariuszy i uśmiechnął się. -?Są bardzo dobrzy w dochodzeniu do tego typu bezsensowych wniosków na podstawie niewystarczających informacji. W tym przypadku... -?Zrobił coś ze swoimi programami szukającymi. -?Bidwel Ducanh. No tak, teraz, podczas szukania, przypomniało mi się, że o nim słyszałem. Sześćdziesiąt czy sto lat temu dorobił się swoistej sławy. Postać, która pojawiła się znikąd z umiarkowaną ilością pieniędzy i niezwykłym talentem do promowania siebie. W ciągu trzydziestu lat zdobył wsparcie kilku większych korporacji, a nawet przychylność Wydziału Leśnictwa. Ducanh twierdził, że jest mieszczuchem, ale nie był partyzantem. Chciał wydać pieniądze na jakiś szalony, długoterminowy projekt. Co to było? Chciał... -?Prywatny detektyw oderwał wzrok od ekranu i na chwilę wbił go w Sammy'ego. -?Chciał sfinansować ekspedycję do gwiazdy Bistabilnej!
Sammy tylko kiwnął głową.
-?Szlag. Gdyby mu się udało, ekspedycja Trilandii byłaby już w połowie drogi. -?Detektyw milczał przez chwilę, jakby kontemplował utraconą okazję. Zajrzał z powrotem w swoje dane. -?I wie pan, prawie mu się udało. Świat taki jak nasz musiałby się zrujnować, żeby wysłać wyprawę międzygwiezdną, ale sześćdziesiąt lat temu Trilandię odwiedził pojedynczy statek Queng Ho. Oczywiście nie chcieli zmieniać swoich planów, choć niektórzy poplecznicy Ducanha mieli nadzieję, że im pomogą. Ducanh nie chciał o tym słyszeć, nie chciał nawet rozmawiać z Queng Ho. Po tej sprawie facet stracił praktycznie całą wiarygodność... Zniknął z widoku.
Wszystko to było w dokumentach Wydziału Leśnictwa.
-?Tak -?zgodził się Sammy. -?Interesuje nas, gdzie teraz znajduje się ten człowiek.
W układzie słonecznym Trilandii od sześćdziesięciu lat nie było pojazdu międzygwiezdnego. On tu jest!
-?Ach, czyli uważa pan, że on może dysponować jakimiś dodatkowymi informacjami, czymś, co byłoby przydatne nawet po tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech lat?
Sammy opanował impuls do przemocy. Jeszcze tylko trochę cierpliwości, ileż może go kosztować po całych wiekach czekania?
-?Tak -?odpowiedział łagodnie i roztropnie. -?Nie sądzi pan, że dobrze byłoby zebrać wszystkie możliwe informacje?
-?Racja. Przyszedł pan we właściwe miejsce. Wiem o mieście rzeczy, którymi ludzie z Leśnictwa nigdy nie zawracali sobie głowy. I naprawdę chcę pomóc. -?Przyglądał się jakiegoś rodzaju analizie skanowania, czyli to nie był całkowicie stracony czasu. -?Te sygnały obcych zmienią nasz świat i chcę, żeby moje dzieci...
Detektyw zmarszczył brwi.
-?Ha! Rozminął się pan z tym całym Bidwelem, kapitanie floty. Nie żyje od dziesięciu lat.
Sammy nie odpowiedział, ale coś musiało przebić się przez jego maskę, bo drobny człowieczek wzdrygnął się, gdy na niego spojrzał.
-?Ja... bardzo mi przykro, kapitanie. Może zostawił coś po sobie, jakiś testament.
To niemożliwe. Nie, gdy dotarłem tak blisko. Jednak Sammy zawsze musiał się liczyć z taką możliwością. Było to coś powszechnego we wszechświecie drobnych iskierek życia i odległości międzygwiezdnych.
-?Cóż, owszem, jesteśmy zainteresowani zostawionymi przez niego danymi. -?Słowa były przygłuszone.
Przynajmniej mamy zamknięcie... Tak brzmiałoby podsumowanie raportu napisanego przez jakiegoś lizusowskiego analityka wywiadu.
Detektyw stukał w swoje urządzenia, mamrocząc coś pod nosem. Wydział Leśnictwa niechętnie wskazał go jako jednego z najlepszych w mieście, z tak dobrze rozproszonymi bazami, że nie mogli po prostu skonfiskować mu sprzętu i przejąć jego działalności. Szczerze próbował pomóc...
-?Może istnieć jakiś testament, kapitanie floty, ale nie ma go w sieci Grandville.
-?Jakieś inne miasto? -?Fakt, że Wydział Leśnictwa odseparował sieci poszczególnych miast, był bardzo złym znakiem dla przyszłości Trilandii.
-?Niezupełnie. Widzi pan, Ducanh został pochowany w coemeterium Świętego Ksupera Nędzarza, tego w Lowcinder. Wygląda na to, że jego rzeczy zatrzymali mnisi. Z pewnością chętnie je wydadzą w podziękowaniu za darowiznę odpowiedniej wysokości.
Przeniósł wzrok na funkcjonariuszy i jego spojrzenie stwardniało. Może rozpoznał najstarszego, komisarza bezpieczeństwa miejskiego. Niewątpliwie mogli wpłynąć na mnichów, by wydali rzeczy bez potrzeby jakichkolwiek darowizn.
Sammy wstał i podziękował detektywowi, choć jego słowa brzmiały bardzo sztucznie nawet dla niego. Kiedy ruszył z powrotem do drzwi i swojej eskorty, detektyw szybko wyszedł zza biurka i podążył za nim. Sammy uświadomił sobie z nagłym wstydem, że nie zapłacił za pomoc. Odwrócił się, czując nagłą sympatię do gospodarza. Podziwiał kogoś, kto miał odwagę domagać się zapłaty nawet w obecności nieprzychylnych policjantów.
-?Proszę, to mogę zaoferować... -?zaczął Sammy.
Mężczyzna uniósł ręce.
-?Nie, nie trzeba. Ale chciałbym pana poprosić o przysługę. Widzi pan, mam dużą rodzinę i najbystrzejsze dzieci, jakie mógł pan widzieć. Ta wspólna ekspedycja nie odleci z Trilandii jeszcze przez pięć albo dziesięć lat, prawda? Czy może pan dopilnować, by moje dzieci, choć jedno z nich...
Sammy przekrzywił głowę. Przysługi powiązane z powodzeniem misji miały bardzo wysoką cenę.
-?Bardzo mi przykro -?odpowiedział najłagodniej, jak mógł. -?Pańskie dzieci będą musiały konkurować ze wszystkimi innymi. Niech pilnie studiują, niech wybiorą specjalizacje, które zostaną ogłoszone. To im da największe szanse.
-?Tak, kapitanie floty! Dokładnie o taką przysługę proszę. Czy dopilnuje pan... -?Przełknął ślinę i z żarem popatrzył na Sammy'ego, ignorując pozostałych. -?Czy dopilnuje pan, by wolno było im studiować?
-?Z pewnością. -?Lekka presja w zakresie wymogów dopuszczenia do studiów w niczym Sammy'emu nie przeszkadzała. A potem dotarło do niego, co detektyw naprawdę mówi. -?Dopilnuję tego, proszę pana.
-?Dziękuję. Dziękuję! -?Wsunął swoją wizytówkę w dłoń Sammy'ego. -?Tu ma pan moje nazwisko i dane. Będę je aktualizował. Proszę pamiętać.
-?Tak, uch, panie Bonsol, będę pamiętał. -?To była klasyczna transakcja Queng Ho.
W dole pod pojazdem Wydziału Leśnictwa przemykało miasto. Grandville miało tylko około pół miliona mieszkańców, ale upchnięto ich w spiętrzone slumsy, nad którymi powietrze drżało od letniego żaru. Lasy Pierwszych Osadników rozciągały się na tysiące kilometrów, dziewicza głusza terraformacji.
Wzbili się wysoko w czyste niebo barwy indygo, kierując się na południe. Sammy ignorował siedzącego tuż obok szefa "bezpieczeństwa miejskiego" Trilandii. W tej chwili nie odczuwał potrzeby ani ochoty do dyplomatycznego zachowania. Wywołał połączenie do swojej zastępczyni kapitana floty. Przed jego oczami przesunął się automatycznie wygenerowany raport Kiry Lisolet. Sum Dotran zgodził się na zmianę harmonogramu: do gwiazdy Bistabilnej poleci cała flota.
-?Sammy! -?Przez automatyczny raport przebił się głos Kiry. -?Jak poszło? -?Kira Lisolet była jedyną osobą we flocie, która znała prawdziwy cel tej misji: poszukiwanie człowieka.
-?Ja... -?Straciliśmy go, Kira. Niestety nie potrafił się zdobyć na te słowa. -?Sama zobacz, Kira. Ostatnie dwa tysiące sekund moich danych. Lecę teraz do Lowcinder... Ostatni wątek do zamknięcia.
Na chwilę zapadła cisza. Lisolet sprawnie radziła sobie z indeksowanym skanem. Po chwili usłyszał, jak klnie pod nosem.
-?Dobrze... ale proszę, domknij ten wątek, Sammy. Zdarzało się już, że byliśmy pewni, że go straciliśmy.
-?Jeszcze nigdy w taki sposób, Kira.
-?Powiedziałam, żebyś się całkowicie upewnił. -?W głosie kobiety zabrzmiały stalowe tony.
Jej ród był właścicielem dużej części floty. Sama posiadała jeden statek. Właściwie była jedyną aktywną operacyjnie właścicielką uczestniczącą w misji. Przeważnie nie stanowiło to problemu. Kira Pen Lisolet była bardzo rozsądna w niemal wszystkich sprawach, choć to był jeden z wyjątków.
-?Upewnię się, Kira. Wiesz o tym. -?Do Sammy'ego dotarła nagle obecność szefa bezpieczeństwa Trilandii tuż przy łokciu... i przypomniał sobie, co przypadkowo odkrył zaledwie parę chwil wcześniej. -?Jak wygląda sytuacja na górze?
Odpowiedziała dość lekko, jakby przepraszająco.
-?Świetnie. Mam zwolnienia dla stoczni. Umowy z przemysłowymi księżycami i kopalniami w pasie asteroid wyglądają dobrze. Dalej pracujemy nad szczegółowymi planami. Wciąż uważam, że możemy się wyposażyć i zdobyć specjalistyczną załogę w trzysta megasekund. Wiesz, jak bardzo ci Trilandczycy chcą wziąć udział w misji.
Usłyszał uśmiech w jej głosie. Ich połączenie było szyfrowane, ale wiedziała, że jego strona nie jest chroniona przed emocjami. Trilandia była klientem i wkrótce stanie się partnerem w misji, jednak powinni znać swoje miejsce.
-?Bardzo dobrze. Dodaj jeszcze coś do listy, jeśli tego na niej nie ma: "Ze względu na pragnienie zdobycia najlepszej możliwej załogi specjalistów wymagamy, by programy uniwersyteckie Wydziału Leśnictwa zostały otwarte dla wszystkich, którzy zaliczą nasze testy, nie tylko dla potomków Pierwszych Osadników".
-?Oczywiście... -?Minęła sekunda, akurat na otrząśnięcie się. -?Boże, jak mogliśmy przeoczyć coś takiego?
Przeoczyliśmy to, bo niektórych durniów bardzo trudno jest ocenić dostatecznie nisko.
Tysiąc sekund później pod nimi pojawiło się Lowcinder. Znajdowali się prawie trzydzieści stopni na południe. Rozciągająca się wokół lodowa pustynia wyglądała jak zdjęcia równikowej Trilandii sprzed pięciuset lat, zanim Pierwsi Osadnicy zaczęli grzebać w gazach cieplarnianych i budować wyszukane struktury ekologii terraformacyjnej.
Samo Lowcinder mieściło się blisko środka ekstrawaganckiej czarnej plamy, produktu stuleci stosowania "nukleonicznie czystych" paliw rakietowych. Znajdował się tu największy lądowy port kosmiczny Trilandii, choć ostatni rozrost miasta wyglądał równie ponuro i niechlujnie jak w innych na planecie.
Ich pojazd przełączył się na wirniki i przetoczył nad miastem, opadając powoli. Słońce znajdowało się bardzo nisko i większość ulic skrywał zmierzch, choć z każdym kilometrem ulice stawały się jakby węższe. Niestandardowe kompozyty ustąpiły miejsca sześcianom, które kiedyś mogły być kontenerami towarowymi. Sammy przyglądał się temu ponuro. Pierwsi Osadnicy pracowali przez stulecia, by stworzyć piękny świat, który eksplodował im teraz pod nogami. Był to częsty problem planet po terraformacji. Istniało przynajmniej pięć umiarkowanie bezbolesnych metod poradzenia sobie z końcowym sukcesem terraformacji, ale jeśli Pierwsi Osadnicy oraz ich Wydział Leśnictwa nie byli gotowi na ich wprowadzenie... Cóż, po powrocie flota może nie zastać tu cywilizacji. Już niedługo będzie musiał odbyć szczerą rozmowę z przedstawicielami klasy rządzącej.
Wrócił myślami do chwili obecnej w momencie, gdy pojazd opadł między kanciastymi budynkami mieszkalnymi. Sammy wraz z ochroną z Leśnictwa przemaszerował przez na wpół zamrożone błoto. W pudłach na schodach budynku, do którego podchodzili, leżały sterty ubrań, być może ofiarowanych dla biednych. Ochrona nadłożyła drogi, żeby je obejść, a potem pokonali schody i weszli do środka.
Zarządca coemeterium przedstawił się jako brat Song i wyglądał staro jak śmierć.
-?Bidwel Ducanh? -?Jego wzrok uciekł nerwowo od Sammy'ego. Brat Pieśń nie poznał jego twarzy, ale znał Wydział Leśnictwa. -?Bidwel Ducanh zmarł dziesięć lat temu.
Kłamał. On kłamał.
Sammy odetchnął głęboko i rozejrzał się po skromnym pokoju. Nagle poczuł się tak groźny, za jakiego uważały go niektóre z pokładowych szumowin. Niech mi Bóg wybaczy, ale zrobię wszystko, by wydusić prawdę z tego człowieka. Popatrzył z powrotem na brata Songa i spróbował przyjaznego uśmiechu. Chyba nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo staruszek cofnął się o krok.
-?Coemeterium to miejsce umierania ludzi, zgadza się, bracie Song?
-?To miejsce, w którym wszyscy mogą doczekać swojej naturalnej pełni czasu. Wykorzystujemy wszystkie przynoszone przez ludzi pieniądze, by pomóc tym, którzy tu przybywają. -?W perwersyjnej sytuacji Trilandii prymitywizm brata Songa miał swego rodzaju sens. Pomagał najbiedniejszym i najciężej chorym najlepiej, jak mógł.
Sammy podniósł rękę.
-?Podaruję stuletni budżet każdemu z coemeterium twojego zakonu... jeśli zaprowadzisz mnie do Bidwela Ducanha.
-?Ja... -?Brat Song znowu cofnął się o krok i usiadł ciężko. Skądś wiedział, że Sammy mógł zrealizować swoją ofertę. Może... Ale potem staruszek popatrzył na Sammy'ego i w jego spojrzeniu pojawił się desperacki upór. -?Nie. Bidwel Ducanh zmarł dziesięć lat temu.
Sammy przeszedł przez pokój i chwycił poręcze fotela staruszka. Opuścił głowę na wysokość jego twarzy.
-?Znasz ludzi, którzy ze mną przyszli. Czy wątpisz, że jeśli im każę, rozbiorą twoje coemeterium na kawałki, element po elemencie? Wątpisz, że jeśli nie znajdziemy tu tego, czego szukamy, zrobimy to samo z każdym coemeterium twojego zakonu, na całej planecie?
Było jasne, że brat Song w to nie wątpi. Znał Wydział Leśnictwa. A jednak przez chwilę Sammy bał się, że Song oprze się nawet temu. A wtedy zrobię to, co będę musiał. Nagle staruszek jakby zapadł się w sobie i zaczął cicho łkać.
Sammy wyprostował się nad jego fotelem. Minęło trochę sekund. Starzec przestał płakać i wstał z wysiłkiem. Nie spojrzał na Sammy'ego ani nie wykonał żadnego gestu, po prostu wydreptał z pokoju.
Sammy poszedł za nim z całą obstawą. Wędrowali gęsiego długim korytarzem. Było w nim coś strasznego. Wcale nie chodziło o słabe i uszkodzone oświetlenie ani panele sufitowe ze śladami wody czy brudną podłogę. Wzdłuż całego korytarza na kanapach i wózkach siedzieli ludzie. Siedzieli i patrzyli... w pustkę. Z początku Sammy myślał, że mają przed oczami ekrany, że patrzą gdzieś w dal, może w jakieś współdzielone obrazy. Przecież niektórzy rozmawiali, inni wykonywali nieustanne skomplikowane ruchy rękami. Ale potem dostrzegł, że znaki na ścianach zostały namalowane. Zwykły, łuszczący się materiał ścian był wszystkim, co można było tu zobaczyć, a oczy siedzących w korytarzu przywiędłych ludzi były nieosłonięte i puste.
Szedł blisko za bratem Songiem. Mnich mówił sam do siebie, ale jego słowa miały sens. Mówił o obiekcie:
-?Bidwel Ducanh nie był miłym człowiekiem. Nie był kimś lubianym, nawet na początku... Zwłaszcza na początku. Powiedział, że jest bogaty, ale niczego nam nie przyniósł. Przez pierwsze trzydzieści lat, gdy byłem młody, pracował równie ciężko jak każdy z nas. Żadna praca nie była zbyt brudna, zbyt ciężka. Ale o każdym miał do powiedzenia coś złego. Ze wszystkich się naśmiewał. Potrafił siedzieć przy pacjencie podczas jego ostatniej nocy życia, a potem z niego szydzić.
Brat Song mówił w czasie przeszłym, ale po kilku chwilach Sammy zrozumiał, że nie próbuje go do niczego przekonać. Song nie mówił nawet do siebie. Wyglądało to tak, jakby przemawiał w imieniu kogoś, kto wkrótce dołączy do zmarłych.
-?A potem, w miarę upływu lat, jak my wszyscy mógł pomagać coraz mniej. Mówił o swoich wrogach, w jaki sposób by ich zabił, gdyby kiedykolwiek go znaleźli. Śmiał się, gdy obiecywaliśmy go ukryć. W końcu przetrwała tylko jego wredność... i to bez mowy.
Brat Song zatrzymał się przed dużymi drzwiami. Napis nad nimi był śmiały i kwiatowy: DO SOLARIUM.
-?Ducanh to ten obserwujący zachód słońca. -?Ale mnich nie otworzył drzwi. Stał z opuszczoną głową, nie do końca blokując wejście.
Sammy zaczął go obchodzić, a potem zatrzymał się i powiedział:
-?Ta płatność, o której wspomniałem, zostanie przekazana na konto twojego zakonu.
Staruszek nie podniósł na niego wzroku. Splunął na kurtkę Sammy'ego, a potem odszedł w głąb korytarza, przeciskając się między funkcjonariuszami.
Sammy odwrócił się i pociągnął mechaniczny zamek drzwi.
-?Proszę pana? -?odezwał się komisarz bezpieczeństwa miejskiego. Policyjny biurokrata podszedł blisko i mówił cicho. -?Uch. Nie chcieliśmy tego zadania eskorty. To powinni byli być pańscy ludzie.
Co takiego?
-?Zgadzam się, komisarzu. To czemu nie pozwolił pan mi ich zabrać?
-?To nie była moja decyzja. Chyba sądzili, że funkcjonariusze będą mniej rzucać się w oczy. -?Policjant odwrócił wzrok. -?Niech pan posłucha, kapitanie floty. Wiemy, że Queng Ho długo chowają urazy.
Sammy przytaknął, choć dotyczyło to bardziej cywilizacji klientów niż poszczególnych osób.
Policjant w końcu spojrzał mu w oczy.
-?Dobrze. Współpracowaliśmy. Dopilnowaliśmy, żeby żadne informacje o pańskich poszukiwaniach nie wyciekły do pańskiego... celu. Ale nie załatwimy tego faceta dla pana. Odwrócimy wzrok, nie będziemy patrzeć. Ale go nie załatwimy.
-?Ach. -?Sammy spróbował sobie wyobrazić, gdzie znajdowałoby się właściwe miejsce dla tego człowieka w panteonie moralnym. -?Cóż, komisarzu, niewchodzenie mi w drogę to wszystko, czego mi trzeba. Sam mogę się tym zająć.
Policjant przytaknął nerwowo. Cofnął się i nie poszedł za nim, gdy Sammy otworzył drzwi do "solarium".
Powietrze było mroźne i stęchłe, co stanowiło pewną poprawę po wilgotnym smrodzie korytarza. Sammy zszedł w dół ciemnych schodów. Wciąż był w zasadzie wewnątrz budynku, choć tylko częściowo. Kiedyś było to wyjście prowadzące na poziom ulicy. Teraz osłaniały je plastikowe arkusze, tworząc coś w rodzaju zabudowanego patio.
Co będzie, jeśli jest jak ci nieszczęśnicy w korytarzu? Kojarzyli mu się z ludźmi żyjącymi poza możliwościami wsparcia medycznego albo ofiarami szalonych eksperymentów. Ich umysły częściowo przepadły. Takiego końca nigdy na poważnie nie rozważał, ale teraz...
Dotarł na dół schodów. Za rogiem zobaczył obietnicę światła dnia. Przetarł usta wierzchem dłoni i przez dłuższą chwilę stał bez ruchu.
Zrób to. Poszedł przed siebie, wchodząc do dużej sali. Wyglądała jak część parkingu, ale osłoniętego półprzejrzystymi arkuszami plastiku. Nie było tu ogrzewania, a przez szczeliny w arkuszach przedostawały się podmuchy zimna. Na krzesłach rozstawionych na otwartej przestrzeni kuliło się kilka mocno opatulonych postaci. Siedziały, nie zwracając się w żadnym konkretnym kierunku, niektóre patrzyły na szary kamień zewnętrznej ściany.
Sammy ledwie to zauważył. Na drugim końcu sali przez otwór w suficie wpadała skośna kolumna słonecznego światła. Pośrodku tej plamy blasku siedziała jedna osoba.
Sammy przeszedł powoli przez salę, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z osoby siedzącej w czerwonozłotym świetle zachodu. Jej twarz wykazywała podobieństwo do Rodów Queng Ho, ale nie była tą, którą Sammy pamiętał. To bez znaczenia. Musiał zmienić swą twarz dawno temu. Zresztą Sammy miał w kieszeni kurtki czytnik DNA oraz kopię kodu swojego celu.
Mężczyzna siedział owinięty kocami, a na głowie miał grubą czapkę zrobioną na drutach. Nie ruszał się, ale wyglądało na to, że coś obserwuje, chłonie zachód słońca. To on. Przekonanie pojawiło się bez racjonalnej myśli, zalewając go falą emocji. Może niekompletny, ale to on.
Sammy wziął wolne krzesło i usiadł naprzeciw postaci w świetle. Minęło sto sekund. Dwieście. Ostatnie promienie słońca zaczęły gasnąć. Spojrzenie mężczyzny było puste, ale zareagował na chłód na twarzy. Poruszył głową, niejasno szukając, i chyba zauważył swojego gościa. Sammy obrócił się tak, by jego twarz oświetlił blask nieba. Coś pojawiło się w oczach mężczyzny: zdziwienie wypływające z głębin wspomnień. Niespodziewanie wysunął ręce spod koców i gwałtownie skierował je w stronę twarzy Sammy'ego.
-?Ty!
-?Tak, proszę pana. Ja. Osiem wieków poszukiwań dobiegło końca.
Cel poruszył się nerwowo na wózku, poprawiając koce. Milczał przez chwilę, a gdy w końcu się odezwał, mówił urywanymi słowami.
-?Wiedziałem, że twój... rodzaj będzie mnie wciąż szukał. Sfinansowałem ten piekielny kult Ksupera, ale zawsze wiedziałem... że to może nie wystarczyć. -?Znowu poruszył się na wózku. W jego oczach pojawił się błysk, którego Sammy nigdy nie widział w dawnych czasach. -?Nie mów. Każdy Ród trochę dołożył. Może każdy statek Queng Ho ma jednego członka załogi, który mnie szuka.
Nie miał pojęcia o poszukiwaniach, które w końcu doprowadziły do odnalezienia go.
-?Nie chcemy pana skrzywdzić.
Obiekt zaśmiał się chrapliwie, nie protestując, ale wyraźnie nie wierząc.
-?Mam pecha, że to właśnie ty okazałeś się agentem przydzielonym przez nich do Trilandii. Jesteś dość bystry, by mnie znaleźć. Powinni byli cię lepiej potraktować, Sammy. Powinieneś być kapitanem floty i kimś więcej, a nie jakimś zabójcą na posyłki. -?Znowu się poruszył i sięgnął w dół, jakby chciał się podrapać po tyłku. Co to takiego? Hemoroidy? Rak? Rety, założę się, że siedzi na pistolecie. Był gotowy przez te wszystkie lata, a teraz zaplątał się w koce.
Sammy nachylił się ku niemu. Mężczyzna go naciągał. W porządku. To mógł być jedyny sposób na skłonienie go do rozmowy.
-?W końcu się nam poszczęściło, proszę pana. Jeśli o mnie chodzi, domyśliłem się, że mógł pan tu trafić z powodu gwiazdy Bistabilnej.
Ukradkowe ruchy pod kocem na chwilę ustały. Na twarzy staruszka pojawił się szyderczy uśmiech.
-?Jest tylko pięćdziesiąt lat świetlnych stąd, Sammy. Najbliższa astronomiczna enigma Przestrzeni Ludzi. A wy, wykastrowani Queng Ho, nigdy jej nie odwiedziliście. Interesuje was wyłącznie święty zysk. - Łaskawie machnął ręką, podczas gdy druga wsunęła się jeszcze głębiej pod koc. -?Z drugiej strony cała rasa ludzka jest równie fatalna. Osiem tysięcy lat obserwacji teleskopowych i dwa spieprzone przeloty to wszystko, na co się zdobyliśmy... Uznałem, że może będąc tak blisko, zdołam zorganizować misję załogową. Może coś tam znajdę, coś, co da mi przewagę. A wtedy, po powrocie... -?W jego oczach znowu pojawił się dziwny błysk. Rozwijał swe nierealne marzenie od tak dawna, że całkowicie go pochłonęło. A Sammy uświadomił sobie, że wcale nie ma do czynienia z kimś z demencją, a z szaleńcem.
Jednak długi należne szaleńcowi nie przestawały być długami.
Nachylił się trochę bliżej.
-?Mógł pan to zrobić. Dowiedziałem się, że statek kosmiczny przyleciał tu, gdy "Bidwel Ducanh" był u szczytu wpływów.
-?To byli Queng Ho. Pieprzyć Queng Ho! Umyłem od was ręce. -?Jego lewa ręka przestała się poruszać. Najwyraźniej znalazł pistolet.
Sammy wyciągnął rękę i lekko dotknął koca ukrywającego lewą rękę rozmówcy. Nie było to unieruchomienie, a potwierdzenie... i prośba o jeszcze trochę czasu.
-?Pham. Teraz jest powód, by lecieć do Bistabilnej. Nawet według standardów Queng Ho.
-?Co? -?Sammy nie wiedział, czy chodziło o jego dotyk, słowa czy imię, którego nikt nie wypowiedział od tak dawna... ale coś na chwilę skupiło uwagę starca i skłoniło go do słuchania.
-?Trzy lata temu, gdy wciąż tu jeszcze lecieliśmy, Trilandczycy odebrali emisje z Bistabilnej. Pochodzą z radiowego nadajnika iskrowego, jaki może wynaleźć upadła cywilizacja, która całkowicie utraciła zdobycze technologii. Skierowaliśmy tam własne zestawy anten i przeprowadziliśmy swoje analizy. Emisje przypominają ręczny kod Morse'a, tylko że ludzkie dłonie i odruchy nigdy nie pozwoliłyby na taki rytm, jak w tym przypadku.
Starzec otworzył i zamknął usta, ale przez chwilę nie zabrzmiały żadne słowa.
-?Niemożliwe -?powiedział w końcu bardzo cicho.
Na wargi Sammy'ego wypłynął uśmiech.
-?Dziwnie jest słyszeć to słowo z pańskich ust.
Znowu cisza. Mężczyzna opuścił głowę.
-?Najwyższa wygrana. Rozminąłem się z nią o zaledwie sześćdziesiąt lat. A ty, znajdując mnie tutaj... teraz zdobędziesz to wszystko. -?Rękę wciąż trzymał schowaną, ale zapadł się na swoim wózku, pokonany przez własną, wewnętrzną wizję porażki.
-?Proszę pana... kilku z nas -?zdecydowanie więcej niż kilku -?szukało pana. Dopilnował pan, by bardzo trudno było go znaleźć, a istnieją bardzo stare powody, by utrzymywać to poszukiwanie w tajemnicy. Ale nigdy nie życzyliśmy panu niczego złego. Chcieliśmy pana znaleźć, by... - Pogodzić się? Błagać o wybaczenie? Sammy nie potrafił się zdobyć na te słowa, zresztą nie były do końca prawdziwe. W końcu ten człowiek się mylił. Lepiej skupić się na współczesności. -?Bylibyśmy zaszczyceni, gdyby poleciał pan z nami do Bistabilnej.
-?Nigdy. Nie jestem Queng Ho.
Sammy zawsze czujnie kontrolował bieżący status swojego statku, a w tej chwili... Cóż, warto było spróbować.
-?Nie przyleciałem na Trilandię jednym statkiem. Mam flotę.
Podbródek mężczyzny uniósł się nieznacznie.
-?Flotę? -?Zainteresowanie było starym, choć nie do końca wygasłym odruchem.
-?Są na orbicie parkingowej, ale za chwilę powinny być widoczne z Lowcinder. Chce pan zobaczyć?
Staruszek tylko wzruszył ramionami, ale teraz obie dłonie miał puste, trzymając je na kolanach.
-?Pokażę panu. -?W plastikowych arkuszach parę metrów dalej wycięto drzwi. Sammy wstał i powoli podszedł, by przepchnąć wózek. Starzec nie zaprotestował.
Na zewnątrz było zimno, zapewne poniżej zera. Nad dachami przed nimi utrzymywały się kolory zachodu słońca, ale jedynym dowodem na ciepło dnia była rozpryskująca mu się na butach nie do końca zamarznięta lodowa breja. Pchał wózek dalej, kierując się przez parking w stronę miejsca oferującego widok na zachód. Starzec rozejrzał się wokół.
Ciekawe, kiedy ostatni raz opuszczał tamten budynek.
-?Myślałeś kiedyś o tym, Sammy, że na to przyjęcie mogą się zgłosić jeszcze inni goście?
-?Proszę pana? -?Byli sami na parkingu.
-?Istnieją zasiedlone przez ludzi światy, które znajdują się bliżej Bistabilnej od nas.
To przyjęcie.
-?Tak, proszę pana. Aktualizujemy nasz nasłuch ich układów. Najbliżej są trzy piękne planety w układzie gwiezdnym, które w ostatnich stuleciach otrząsnęły się z barbarzyństwa. Nazywają się teraz "Rozwiniętymi". Nigdy ich nie odwiedzaliśmy. Według najlepszych przypuszczeń utworzyli jakiegoś typu tyranię, z rozwiniętą technologią, ale bardzo zamkniętą, skupioną na sobie.
Starzec prychnął.
-?Nie obchodzi mnie, jak bardzo dranie skupiają się na sobie. Coś takiego mogłoby... obudzić trupa. Zabierz działa, rakiety i jądrówki, Sammy. Bardzo, bardzo dużo jądrówek.
-?Tak jest, proszę pana.
Sammy doprowadził wózek staruszka na skraj parkingu. Na swoim wyświetlaczu widział statki powoli wspinające się po niebie, wciąż ukryte przed wzrokiem przez najbliższy budynek.
-?Jeszcze czterysta sekund i zobaczy je pan, jak wyłonią się nad tamtym dachem. -?Wskazał miejsce.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale patrzył z grubsza w górę. Na niebie przesuwał się konwencjonalny ruch lotniczy i promy startujące i lądujące w porcie kosmicznym Lowcinder. Wieczór był wciąż jasny, ale gołym okiem widać było kilka satelitów. Na zachodzie mała czerwona kropka migała w sposób znaczący, że jest ikoną na wyświetlaczu Sammy'ego, nie obiektem fizycznym. To był znacznik gwiazdy Bistabilnej. Sammy wpatrywał się w ten punkt przez chwilę. Nawet w nocy, z dala od świateł Lowcinder, Bistabilna nie byłaby widoczna, ale przez małą lunetę wyglądała jak zwykła gwiazda klasy G... Jeszcze. Już za kilka lat będzie ją można zobaczyć tylko za pomocą najpotężniejszych teleskopów.
Kiedy moja flota tam doleci, będzie ciemna od dwóch stuleci... i będzie prawie gotowa na kolejne odrodzenie.
Opadł na jedno kolano obok wózka, ignorując przenikające zimno lodowego błota.
-?Opowiem panu o moich statkach. -?I zaczął opisywać masy, szczegóły specyfikacji i właścicieli... a przynajmniej ich większość. Niektórych lepiej było zostawić na inną okazję, gdy staruszek nie będzie miał pod ręką pistoletu. Cały czas obserwował jego twarz. Nie miał wątpliwości, że mężczyzna rozumie, co się do niego mówi. Przeklinał głosem bez wyrazu, rzucając nową obelgę do każdej wymienionej przez Sammy'ego nazwy. Z wyjątkiem ostatniej...
-?Lisolet? To brzmi jak coś ze Strentmanna.
-?Tak, proszę pana. Moja zastępczyni kapitana floty jest Strentmannką.
-?Ach. -?Pokiwał głową. -?To byli... dobrzy ludzie.
Sammy uśmiechnął się pod nosem. Wylot planowany był za dziesięć lat. To powinno wystarczyć, by przywrócić mężczyznę do sprawności fizycznej, i może być dość długim czasem, by złagodzić jego szaleństwo. Poklepał ramę wózka koło ramienia staruszka. Tym razem pana nie opuścimy.
-?Tam wyłania się pierwszy z moich statków. -?Sammy znowu wskazał.
Po sekundzie nad dachem budynku pojawiła się jasna gwiazda, mknąc statecznie w stronę zmierzchu, odcinając się na tle mroku. Minęło sześć sekund i w polu widzenia znalazł się drugi statek. Następne sześć sekund i trzeci. I następny. I następny. I następny. A potem przerwa i w końcu jeden jaśniejszy od wszystkich pozostałych. Jego statki znajdowały się na stosunkowo niskiej orbicie parkingowej, cztery tysiące kilometrów nad powierzchnią. Z tej odległości były tylko punktami światła, drobnymi klejnotami zawieszonymi o pół stopnia od siebie na niewidocznej nici rozciągniętej przez niebo. Widok nie był bardziej spektakularny od orbit parkingowych frachtowców układowych czy jakichś lokalnych orbitalnych robót budowlanych... chyba że wiedziało się, jak daleką drogę przebyły te punkciki i jak daleko mogą jeszcze zawędrować. Sammy usłyszał, jak staruszek wzdycha w zachwycie. On wiedział.
Razem przyglądali się, jak siedem świetlnych kropek sunie powoli po niebie. Ciszę przerwał Sammy.
-?Widzi pan ten jasny, na końcu? -?Największy klejnot konstelacji. - Dorównuje największemu statkowi gwiezdnemu, jaki kiedykolwiek zbudowano. To mój statek flagowy, proszę pana... "Pham Nuwen".
Sto sześćdziesiąt lat później
Flota Queng Ho przybyła do Bistabilnej jako pierwsza, ale to mogło nie mieć znaczenia. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat podróży obserwowali smugi z dysz floty Rozwiniętych, hamującej w drodze do tego samego celu.
Byli obcymi spotykającymi się z dala od swoich ojczystych terenów. Nie było to niczym nowym dla kupców Queng Ho, choć zwykle takie spotkania nie były traktowane tak niechętnie i opcja handlu była potencjalnie dostępna. Tutaj... Cóż, czekał tu skarb, choć nie należał do żadnej ze stron. Unosił się zamrożony, czekając na ograbienie, wykorzystanie lub rozwinięcie, w zależności od natury zdobywcy. Tak daleko od przyjaciół, tak daleko od kontekstu społecznego... tak daleko od świadków. W takiej sytuacji zdrada mogła popłacać i obie strony doskonale o tym wiedziały. Queng Ho i Rozwinięci -?dwie wyprawy obchodziły się przez wiele dni, badając zamiary i siłę ognia. Porozumienia ustalano i zmieniano, przygotowano plany wspólnych lądowań. A jednak Kupcy niewiele dowiedzieli się o prawdziwych zamiarach Rozwiniętych, więc otrzymane od nich zaproszenie na kolację zostało przyjęte z ulgą przez niektórych i cichym zgrzytaniem zębów przez innych.
Trixia Bonsol przechyliła się do niego i obróciła głowę tak, by tylko on ją usłyszał.
-?No dobrze, Ezr. Jedzenie smakuje normalnie. Może nie próbują nas zatruć.
-?Jest dostatecznie bez smaku -?odpowiedział cicho i spróbował nie dać się rozproszyć jej dotykiem.
Trixia Bonsol urodziła się na planecie, była członkiem załogi specjalistów. Jak u większości Trilandczyków, w jej charakterze kryło się przesadne zaufanie i lubiła naśmiewać się z "kupieckiej paranoi" Ezra.
Ezr rozejrzał się wokół stołów. Kapitan floty Park zabrał na bankiet sto osób, choć bardzo niewielu zbrojmistrzów. Queng Ho siedzieli pośród niemal równej liczby Rozwiniętych. On i Trixia zajmowali miejsca z dala od kapitańskiego stołu. Ezr Vinh, praktykant kupiecki, i Trixia Bonsol, doktor lingwistyki. Zakładał, że Rozwinięci przy ich stole mieli równie niskie rangi. Według najlepszych szacunków Queng Ho Rozwinięci żyli w ścisłym reżimie autorytarnym, ale Ezr nie widział żadnych oczywistych oznak rang. Niektórzy z obcych byli skłonni do rozmów, a ich nese był łatwo zrozumiały, prawie nie różnił się od standardów transmisji. Blady, mocno zbudowany mężczyzna po jego lewej stronie przez cały posiłek podtrzymywał luźną rozmowę. Ritser Brughel wydawał się programistą bojowym, choć nie rozpoznał tego terminu, gdy Ezr go użył. Tryskał wręcz pomysłami na plany, które mogli wprowadzić w najbliższych latach.
-?Drzewiej robiono już takowe rzeczy, co nie? Dorwać ich, kiejda jeszcze nie znają technologii... albo jej jeszcze nie odtworzyli -?rzucił Brughel, skupiając większość wysiłków nie na Ezrze, a na starym Phamie Trinlim.
Brughel najwyraźniej uważał, że jego pozorny wiek wiąże się z jakimś szczególnym autorytetem, nie zdając sobie sprawy z tego, że starszy człowiek pośród juniorów musi być prawdziwym przegranym. Ezr nie miał nic przeciwko byciu ignorowanym, bo dawało mu to okazję do obserwowania bez przeszkód. Pham Trinli cieszył się z okazywanej uwagi. Jak jeden programista bojowy z drugim, Trinli próbował obalić wszystkie tezy blondyna, okazując przy tym głębię pewności siebie, od której Ezr dostawał zeza.
Jedno trzeba było przyznać Rozwiniętym -?technicznie byli bardzo kompetentni. Mieli statki z silnikami strumieniowymi szybko latające między gwiazdami, co stawiało ich w czołówce rozwoju technologicznego. I nie wyglądało na to, żeby była to schyłkowa wiedza. Ich możliwości przetwarzania sygnałów i komputery były równie dobre jak te Queng Ho, co wzbudzało nerwowość ludzi kapitana Parka, zajmujących się bezpieczeństwem w stopniu dużo większym niż zwykłe dążenie Rozwiniętych do zachowania tajemnicy. Queng Ho trzebili złote ery setek cywilizacji. W innych okolicznościach kompetencja Rozwiniętych byłaby podstawą do szczerej satysfakcji kupców.
Byli kompetentni i pracowici. Ezr rozejrzał się poza stołami. Nie żeby miał się gapić, ale miejsce spotkania robiło wrażenie. "Kabiny mieszkalne" na statku z silnikiem strumieniowym były generalnie żałosne. Takie jednostki musiały dysponować solidnym ekranowaniem i względnie wytrzymałą konstrukcją. Nawet przy ułamku prędkości światła podróże międzygwiezdne zajmowały lata, a większość tego czasu załoga i pasażerowie spędzali w kriogenicznym śnie. A jednak Rozwinięci rozmrozili wielu swoich ludzi, zanim zbudowano kwatery mieszkalne. Wznieśli ten habitat i rozkręcili go w niecałe osiem dni, jeszcze zanim zakończyli wprowadzać ostateczne korekty orbit. Struktura miała ponad dwieście metrów średnicy, tworząc częściowy pierścień, a zbudowano ją z materiałów przewiezionych przez dystans dwudziestu lat świetlnych.
Wewnątrz pyszniły się zapowiedzi obfitości. Ogólny efekt był w pewnym stopniu klasycystyczny, jak wczesne habitaty w układzie słonecznym, zanim dobrze zrozumiano systemy podtrzymywania życia. Rozwinięci byli mistrzami tkanin i ceramiki, choć Ezr zgadywał, że mieli niemal zerowe pojęcie o sztukach biologicznych. Draperie i meble rozmieszczono tak, by zamaskować krzywiznę podłogi. Powiew z wentylatorów był bezdźwięczny i akurat na tyle silny, by wzbudzać wrażenie nieograniczonej przestrzeni. Nie było tu żadnych okien ani nawet widoków skorygowanych względem obrotu. Widoczne ściany pokryte były wyszukanymi, wykonanymi ręcznie ozdobami. Ich jasne kolory jarzyły się nawet w przyćmionym świetle. Wiedział, że Trixia chciała im się bliżej przyjrzeć. Twierdziła, że natywna sztuka jeszcze lepiej od języka ujawnia wewnętrzne serce kultury.
Vinh obejrzał się na Trixię i uśmiechnął do niej. Ona przejrzy jego uśmiech, ale może uda mu się oszukać Rozwiniętych. Ezr oddałby wszystko, by umieć emanować pozorną serdecznością kapitana Parka siedzącego przy głównym stole i prowadzącego swobodną rozmowę z Tomasem Nau z Rozwiniętych. Można by pomyśleć, że byli szkolnymi kolegami. Vinh odchylił się na oparcie, wsłuchując się nie tyle w sens, ile w nastawienie.
Nie wszyscy Rozwinięci byli wylewnymi, uśmiechniętymi typami. Na przykład rudowłosa kobieta przy głównym stole, siedząca zaledwie kilka miejsc od Tomasa Nau; została przedstawiona, ale Vinh nie pamiętał jej nazwiska. Poza błyskiem srebrnego naszyjnika kobieta była ubrana bardzo prosto, wręcz skromnie. Była szczupła, w nieokreślonym wieku. Jej włosy mogły zostać pofarbowane specjalnie na ten wieczór, ale trudno byłoby tak przygotować skórę bez żadnych barwników. Była egzotyczną pięknością, choć trzymała się z pewną nieporadnością i mocno zaciskała usta. Jej spojrzenie wędrowało wzdłuż stołów, ale równie dobrze mogłaby tu siedzieć całkiem sama. Vinh zauważył, że gospodarze nie posadzili przy niej żadnych gości. Trixia często naśmiewała się z Vinha, że jest wielkim podrywaczem... w swojej wyobraźni. Cóż, ta dziwnie wyglądająca kobieta mogłaby się pojawić raczej w jego koszmarach niż radosnych fantazjach.
Siedzący przy głównym stole Tomas Nau wstał. Kelnerzy cofnęli się od stołów. Wszyscy siedzący przy stołach Rozwinięci uciszyli się, podobnie jak większość kupców, poza tymi najbardziej zaabsorbowanymi sobą.
-?Czas na toasty za międzygwiezdną przyjaźń -?mruknął Ezr.
Bonsol szturchnęła go łokciem, ostentacyjnie skupiając uwagę na głównym stole. Zauważył, jak dziewczyna tłumi śmiech, gdy przywódca Rozwiniętych zaczął bardzo sztampowymi słowami.
-?Przyjaciele, wszyscy jesteśmy bardzo daleko od domów. -?Przesunął ręką w szerokim geście, który zdawał się obejmować także przestrzeń poza ścianami sali bankietowej. -?Obie strony popełniły potencjalnie poważne błędy. Wiedzieliśmy, że ten układ gwiezdny jest niezwykły. -?Wyobraź sobie gwiazdę tak ekstremalnie zmienną, że praktycznie całkowicie się wyłącza na dwieście piętnaście lat z każdych dwustu pięćdziesięciu. - Przez tysiąclecia astrofizycy niejednej cywilizacji próbowali przekonać swoich władców, by wysłali w to miejsce wyprawę. -?Uśmiechnął się. - Oczywiście do naszych czasów było to zbyt kosztowne dla krain ludzkości. A jednak teraz stało się równocześnie celem dwóch ludzkich wypraw. - Wszędzie wokół stołów pojawiły się uśmiechy i myśl co za fatalny pech. -?Oczywiście nie doszło do tego bez powodu. W dawnych czasach nie było prawdziwej potrzeby takiej ekspedycji, a teraz mamy powód: rasę, którą nazywacie Pająkami. Zaledwie trzecią odkrytą inteligencję pozaludzką. Na dodatek jest mało prawdopodobne, by w tak ponurym układzie planetarnym życie rozwinęło się w sposób naturalny. Pająki muszą być potomkami międzygwiezdnej rasy obcych -?a czegoś takiego ludzkość nie napotkała jeszcze nigdy. Może to być największy skarb znaleziony kiedykolwiek przez Queng Ho, tym bardziej że obecna cywilizacja Pająków dopiero niedawno na nowo odkryła radio. Powinni być równie bezpieczni i ulegli jak każda upadła cywilizacja Ludzi.
Nau zaśmiał się lekceważąco i zerknął na kapitana Parka.
-?Do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, jak nasze silne i słabe strony, nasze błędy i spostrzeżenia doskonale się uzupełniają. Przybywacie z dużo większej odległości, ale w bardzo szybkich statkach. My mieliśmy bliżej, ale poświęciliśmy czas na zabranie większych zasobów. Jedna i druga strona większość przewidziała prawidłowo. Sieci teleskopów obserwowały gwiazdę Bistabilną, od kiedy tylko ludzkość wkroczyła w kosmos. Od stuleci było wiadomo, że wokół gwiazdy krąży planeta o składzie wskazującym na możliwość utrzymania życia. Gdyby Bistabilna była zwykłą gwiazdą, planeta mogłaby być bardzo przyjemna, a nie pozostawać zamrożoną kulą śniegową, którą jest przez większość czasu. W układzie Bistabilnej nie było żadnych innych ciał planetarnych, a starożytni astronomowie potwierdzili brak księżyca jedynej znajdującej się tam planety. Żadnych innych planet typu ziemskiego, gazowych olbrzymów, asteroid... ani nawet obłoku kometarnego. Przestrzeń wokół Bistabilnej została wymieciona do czysta. Coś takiego nie było dziwne w pobliżu obiektu o katastrofalnej zmienności, a Bistabilna mogła w przeszłości wybuchać... ale w takim razie jak przetrwała ta jedna planeta? Była to jedna z tajemnic tego miejsca.
W planach uwzględniono wszystkie znane fakty. Flota kapitana Parka spędziła krótki czas na miejscu na gorączkowym badaniu systemu i wydobyciu kilku kiloton materiałów lotnych z zamrożonego świata. Właściwie znaleźli w układzie cztery skały -?będąc w dobrym nastroju, można by je nazwać asteroidami. Były dziwnymi obiektami: największy miał około dwóch kilometrów długości, a wszystkie składały się z litego diamentu. Naukowcy Trilandii niemal się pobili, próbując to wyjaśnić.
Jednak diamentów nie da się jeść, przynajmniej nie na surowo. Bez zwykłej mieszanki miejscowych substancji lotnych i rud życie floty mogłoby się stać bardzo niewygodne. Cholerni Rozwinięci byli równocześnie spóźnieni i mieli szczęście. Najwyraźniej zabrali mniej specjalistów naukowych i akademickich, wolniejsze statki kosmiczne... ale bardzo, bardzo dużo sprzętu.
Przywódca Rozwiniętych uśmiechnął się łagodnie i kontynuował.
-?W układzie Bistabilnej jest tylko jedno miejsce, gdzie dostępne są substancje lotne: na samym świecie Pająków. -?Przesunął wzrokiem po słuchaczach, zatrzymując spojrzenie na dłużej na gościach. -?Wiem, że to coś, co niektórzy z was mieli nadzieję opóźnić do czasu, gdy Pająki znowu staną się aktywne... Jednak przydatność ukrywania się bywa ograniczona, a moja flota obejmuje ciężkie promy. Dyrektor Reynolt - aha, tak się nazywa ta ruda! -?zgadza się z waszymi naukowcami, że miejscowi nie wyszli jeszcze poza swoje prymitywne radionadajniki. Wszystkie Pająki są teraz zamrożone pod ziemią i pozostaną tam do czasu, aż Bistabilna znowu zaświeci. -?Za mniej więcej rok. Przyczyna cyklu Bistabilnej była zagadką, ale przejście z ciemności do światła powtarzało się w okresie, który nie zmienił się zauważalnie w ciągu ośmiu tysięcy lat.
Siedzący obok niego przy głównym stole S.J. Park też się uśmiechał, zapewne równie szczerze jak Tomas Nau. Kapitan floty Park nie był lubiany w Wydziale Leśnictwa Trilandii, w części dlatego, że ograniczył czas przygotowań do wylotu do absolutnie niezbędnego minimum, choć nie było jeszcze żadnych dowodów na istnienie drugiej floty. Park doprowadził też prawie do spalenia silników podczas opóźnionego hamowania, by dolecieć jeszcze przed Rozwiniętymi. Mógł się słusznie cieszyć faktem dotarcia tu jako pierwszy, ale nie zyskał na tym zbyt wiele: diamentowe skały i mały zapas substancji lotnych. Aż do pierwszych lądowań nie wiedzieli nawet, jak naprawdę wyglądają obcy. Te wycieczki, obejmujące grzebanie przy pomnikach i podbieranie ze śmietnisk, sporo ujawniły... a teraz te informacje muszą zostać przehandlowane.
-?Już czas nawiązać współpracę -?kontynuował Nau. -?Nie wiem, ile dotarło do was z rozmów prowadzonych przez nas w ciągu ostatnich dwóch dni. Z pewnością pojawiły się pogłoski. Szczegóły poznacie już niedługo, ale kapitan Park, wasz Komitet Handlowy i ja uznaliśmy, że dzisiejszy wieczór będzie dobrą okazją do przedstawienia naszego wspólnego celu. Planujemy połączone lądowanie w znacznej sile. Głównym celem będzie zebranie przynajmniej miliona ton wody i podobnych ilości rud metali. Mamy promy, które stosunkowo łatwo się z tym uporają. W ramach dodatkowych celów zostawimy na miejscu ukryte czujniki i spróbujemy dokonać niewielkich badań dotyczących kultury. Te wyniki i zasoby zostaną podzielone po równo między naszymi dwiema ekspedycjami. W przestrzeni obie grupy użyją lokalnych skał do ukrycia naszych habitatów, prawdopodobnie w odległości kilku sekund świetlnych od Pająków. -?Nau zerknął na kapitana Parka. Czyli niektóre sprawy wciąż jeszcze były omawiane.
Nau uniósł kieliszek.
-?Tak więc toast. Za zakończenie błędów i nasze wspólne przedsięwzięcie. Niech w przyszłości zapanuje większe skupienie.
-?Hej, moja droga, to ja miałem tu być tym z paranoją, pamiętasz? Myślałem, że mnie pobijesz za te wszystkie paskudne kupieckie podejrzenia.
Trixia uśmiechnęła się lekko, ale nie odpowiedziała od razu. Przez całą drogę z bankietu Rozwiniętych była nietypowo milcząca. Wrócili do jej kabiny w tymczasówce Kupców. Tutaj zwykle najbardziej otwarcie okazywała swoją szczerą do bólu i uroczą osobowość.
-?Ich habitat zdecydowanie wyglądał miło -?przyznała w końcu.
-?W porównaniu z naszą tymczasówką jest dużo lepszy. -?Ezr poklepał plastikową ścianę. -?Jak na coś zrobionego z przywiezionych ze sobą części wyszło im doskonale.
Tymczasówka Queng Ho była niewiele więcej niż olbrzymim, podzielonym na części balonem. Sala gimnastyczna i sale zebrań miały przyzwoite rozmiary, ale trudno było to miejsce nazwać eleganckim. Elegancję Kupcy zostawiali na większe struktury, które mogli wznieść z miejscowych materiałów. Trixia miała tylko dwa połączone pokoje, łącznie nieco ponad sto metrów sześciennych. Ściany nie miały zdobień, choć dziewczyna ciężko pracowała nad dzielonym obrazowaniem: jej rodzice i siostry, panorama z jakiegoś wielkiego trilandzkiego lasu. Sporą część jej biurka zapełniały historyczne zdjęcia ze Starej Ziemi sprzed ery kosmicznej. Były tam dwuwymiarowe zdjęcia pierwszego Londynu i pierwszego Berlina, zdjęcia koni, samolotów i komisarzy. Właściwie tamte kultury były bardzo nijakie w porównaniu z ekstremami, jakie rozegrały się w historiach późniejszych światów. Jednak u zarania dziejów wszystko było odkrywane po raz pierwszy. Nigdy nie było czasów większych marzeń ani większej naiwności. Te czasy były specjalnością Ezra, ku przerażeniu jego rodziców i zdumieniu większości przyjaciół. A jednak Trixia go rozumiała. Zaranie dziejów było dla niej zapewne tylko hobby, ale uwielbiała rozmawiać o bardzo, bardzo starych pierwszych razach. Wiedział, że nigdy nie znajdzie drugiej takiej jak ona.
-?Słuchaj, Trixia, co cię dopadło? Chyba nie ma nic podejrzanego w tym, że Rozwinięci mają miłe kwatery. Większość wieczoru byłaś zwykłą nierozgarniętą sobą. -?Nie zareagowała na przytyk. -?Ale potem coś się zmieniło. Co zauważyłaś?
Odepchnął się od biurka, by podlecieć bliżej miejsca, gdzie siedziała na ściennej sofie.
-?To... to było kilka drobiazgów i... -?Sięgnęła, by ująć jego dłoń. - Wiesz, że mam talent do języków. -?Znowu krótki uśmieszek. -?Ich dialekt Nese jest tak podobny do standardu transmisji, że w oczywisty sposób rozwinęli się dzięki Sieci Queng Ho.
-?Jasne. To wszystko pasuje do ich twierdzeń. Są młodą kulturą, która wychodzi z głębokiego upadku.
Czy ja będę jeszcze musiał ich bronić? Oferta Rozwiniętych była rozsądna, niemal hojna. I z rodzaju tych, przy których każdy dobry Kupiec od razu zwiększał czujność. Jednak Trixia zobaczyła coś innego, co ją zaniepokoiło.
-?Tak, ale posiadanie wspólnego języka sprawia, że trudno ukryć wiele rzeczy. Słyszałam od nich mnóstwo autorytarnych zwrotów... i wcale nie wydawały się zaszłościami. Rozwinięci przywykli do posiadania ludzi, Ezr.
-?Masz na myśli niewolników? To wysoko rozwinięta cywilizacja techniczna, Trixia. Ludzie znający technikę nie są dobrymi niewolnikami. Bez ich zaangażowanej współpracy wszystko się rozpada.
Niespodziewanie ścisnęła jego rękę, nie gniewnie, nie w zabawie, ale z intensywnością, jakiej jeszcze nigdy u niej nie widział.
-?Tak, tak. Ale nie znamy ich wszystkich perwersji. Wiemy, że grają ostro. Spędziłam cały wieczór, słuchając tego czerwonawego blondyna siedzącego obok ciebie i pary po mojej prawej. Słowo "handel" nie przychodzi im łatwo. Jedyna relacja z Pająkami, jaką sobie wyobrażają, to wyzysk.
-?Hmm. -?Trixia taka właśnie była. Rzeczy, których w ogóle nie zauważał, dla niej mogły stanowić wielką różnicę. Czasami wydawały mu się błahostkami, nawet gdy je wyjaśniła, ale czasem jej wyjaśnienie było niczym reflektor odsłaniający rzeczy, których sam nie zauważył. -?Nie wiem, Trixia. Zdajesz sobie sprawę, że Queng Ho mogą brzmieć dość, uch, arogancko, gdy nie słyszą nas klienci.
Trixia na chwilę odwróciła od niego wzrok i zapatrzyła się na dziwne, eleganckie pokoje z jej rodzinnego domu na Trilandii.
-?Arogancja Queng Ho wywróciła mój świat do góry nogami, Ezr. Wasz kapitan Park rozbił drzwi do systemu edukacji, otworzył Leśnictwo... A to wszystko było tylko skutkiem ubocznym.
-?Nikogo nie zmuszaliśmy...
-?Wiem. Nikogo nie zmuszaliście. Leśnictwo chciało udziału w tej misji, a waszą ceną za ten udział było dostarczenie pewnych produktów. - Uśmiechnęła się zimno. -?Nie narzekam, Ezr. Bez arogancji Queng Ho nigdy nie dopuszczono by mnie do programu wstępnego Leśnictwa. Nie miałabym doktoratu i nie byłoby mnie tutaj. Wy, Queng Ho, jesteście kanciarzami, ale też jedną z lepszych rzeczy, która przytrafiła się mojej planecie.
Ezr przebywał w hibernacji aż do ostatniego roku na Trilandii. Szczegóły dotyczące Klienta nie były dla niego całkiem jasne, a przed dzisiejszym wieczorem Trixia nie była zbyt chętna, by o nich rozmawiać. Hmm. Tylko jedna propozycja małżeństwa na megasekundę: obiecał jej, że nie będzie tego robił częściej, ale... otworzył usta, by powiedzieć...
-?Hej, czekaj! Jeszcze nie skończyłam. Mówię teraz to wszystko, bo muszę cię przekonać: jest arogancja i arogancja, a ja potrafię zobaczyć różnicę. Ludzie przy tamtym stole mówili bardziej jak tyrani niż Kupcy.
-?A co z kelnerami? Czy wyglądali na stłamszonych poddanych?
-?Nie... bardziej na pracowników. Wiem, że to się nie składa, ale nie widzieliśmy wszystkich ludzi Rozwiniętych. Może ofiary kryją się gdzie indziej. Jednak albo przez przesadną pewność siebie, albo zaślepienie Tomas Nau rozgłosił ich ból na wszystkich ścianach. -?Popatrzyła gniewnie, widząc jego pytające spojrzenie. -?Obrazy, do diaska!
Opuszczając salę bankietową, Trixia przeleciała powoli wzdłuż ścian, oglądając kolejno wszystkie malowidła. Były pięknymi krajobrazami różnych miejsc na planecie lub w bardzo dużych habitatach. Wszystkie charakteryzowały się surrealizmem w zakresie oświetlenia i geometrii, a równocześnie precyzją szczegółów poszczególnych źdźbeł trawy.
-?Tych obrazów nie namalowali normalni, szczęśliwi ludzie.
Ezr wzruszył ramionami.
-?Dla mnie wyglądały tak, jakby wszystkie namalowała jedna osoba. Są bardzo dobre, założę się, że to reprodukcje klasyki, jak krajobrazów zamkowych z Canberry Denga. -?Kogoś z depresją maniakalną kontemplującego swą ponurą przyszłość. -?Wielcy artyści często są nieszczęśliwi.
-?Słowa godne prawdziwego Kupca!
Przykrył jej dłonie swoimi.
-?Nie próbuję się z tobą spierać, Trixia. Aż do tego bankietu to ja byłem nieufny.
-?I wciąż taki jesteś, prawda? -?Pytanie zostało zadane z dużym naciskiem, bez śladu rozbawienia.
-?Tak. -?Choć nie aż tak jak Trixia i nie z tych samych powodów. - Podzielenie się przez Rozwiniętych połową ładunku z ich ciężkich promów jest trochę zbyt rozsądne. -?Musiały się za tym kryć jakieś ostre targi. Teoretycznie możliwości intelektualne przywiezionych przez Queng Ho akademików były warte przynajmniej tyle samo co ciężkie promy, ale ten znak równości był subtelny i trudny do dowiedzenia. -?Po prostu próbuję zrozumieć, co zobaczyłaś, a umknęło... No dobrze, przypuśćmy, że sytuacja jest naprawdę tak groźna, jak ją widzisz. Czy nie sądzisz, że kapitan Park i Komitet zdają sobie z tego sprawę?
-?To co teraz myślą? Obserwując waszych oficerów w powrotnym wahadłowcu, odniosłam wrażenie, że ludzie są teraz dość pozytywnie nastawieni do Rozwiniętych.
-?Cieszą się z dogadania umowy. Nie wiem, co myślą ludzie z Komitetu Handlowego.
-?Mógłbyś się dowiedzieć, Ezr. Jeśli ten bankiet ich oszukał, możesz zażądać twardszej postawy. Wiem, wiem: jesteś praktykantem, obowiązują zasady i zwyczaje, bla, bla, bla. Ale twój Ród jest właścicielem tej wyprawy!
Ezr skulił się w sobie.
-?Tylko części.
Dziewczyna pierwszy raz poruszyła ten temat. Do tej pory oboje -?a przynajmniej Ezr -?bali się wyraźnego przyznania tej różnicy ich statusu. Oboje dzielili głęboko zakorzeniony lęk, że to drugie może po prostu jego/ją wykorzystywać. Rodzice Ezra Vinha i jego dwie ciotki byli właścicielami około jednej trzeciej wyprawy: dwóch statków strumieniowych i trzech promów. W sumie rodzina Vinh.23 posiadała trzydzieści statków rozdzielonych między kilkanaście przedsięwzięć. Wyprawa na Trilandię była uboczną inwestycją, zasługującą jedynie na symbolicznego członka Rodu. Za stulecie lub trzy wróci do swojej rodziny, a wtedy Ezr Vinh będzie starszy o dziesięć lub piętnaście lat. Cieszył się na to spotkanie, na pokazanie rodzicom, że ich chłopiec dojrzał. A na razie brakowało mu jeszcze wielu lat do możliwości wymuszania na innych swojego punktu widzenia.
-?Jest różnica między posiadaniem a zarządzaniem, zwłaszcza w moim wypadku, Trixia. Gdyby w wyprawie uczestniczyli moi rodzice, to owszem, mieliby tu dużo do powiedzenia. Ale oni byli już "Tam i z powrotem". Ja jestem dużo bardziej praktykantem niż właścicielem. -?I zaliczył już dowodzące tego upokorzenia. Jedno, co można było z pewnością powiedzieć o właściwej ekspedycji Queng Ho: nie widziało się u nich nepotyzmu, czasami wręcz przeciwnie.
Trixia milczała przez dłuższą chwilę, pytająco przesuwając spojrzeniem po twarzy Ezra. Co teraz? Vinh przypomniał sobie ponurą radę ciotki Filipy na temat kobiet, które przywiązują się do bogatych młodych Kupców, rozkochują ich w sobie, a potem próbują kierować ich życiem... albo, co gorsza, kierować interesem Rodu. Ezr miał dziewiętnaście lat, Trixia Bonsol dwadzieścia pięć. Mogła sądzić, że wolno jej po prostu żądać. Och, Trixia, proszę, nie.
W końcu się uśmiechnęła, dużo łagodniej niż zwykle.
-?Dobrze, Ezr. Zrób, co musisz, ale... zrób coś dla mnie, dobrze? Zastanów się nad tym, co powiedziałam. -?Obróciła się, wyciągnęła rękę i łagodnie pogłaskała go po twarzy. Jej pocałunek był miękki, nieśmiały.
Bachor czekał w zasadzce przed kajutą Ezra.
-?Hej, Ezr, obserwowałam cię wczoraj wieczorem.
Prawie go to zatrzymało. Ona mówi o bankiecie. Komitet Handlowy transmitował relację do całej floty.
-?Jasne, Qiwi, widziałaś mnie na wideo. A teraz widzisz mnie na żywo. - Otworzył drzwi, wleciał do środka. W jakiś sposób Bachor przylepiła się do niego na tyle blisko, że też się tu znalazła. -?To co tu robisz?
Qiwi była geniuszem w zakresie własnej interpretacji pytań.
-?Za dwa tysiące sekund mamy wspólną zmianę. Pomyślałam, że moglibyśmy razem pójść do bakteryki, powymieniać się plotkami.
Vinh zanurkował do drugiego pokoju, tym razem zamykając przed nią drzwi. Przebrał się w odzież roboczą. Oczywiście Bachor wciąż czekał, gdy stamtąd wyszedł.
Westchnął.
-?Nie mam żadnych plotek. -?Za diabła nie powtórzę tego, co mówiła Trixia.
Qiwi wyszczerzyła się triumfalnie.
- Ale ja mam. No chodź. -?Otworzyła zewnętrzne drzwi kajuty i wykonała elegancki przewrót w nieważkości, wylatując na publiczny korytarz. - Chcę porównać z tobą notatki na temat tego, co tam widziałeś, ale założę się, że mam dużo więcej. Komitet miał trzy kamery, włącznie z wejściem, więc widok był lepszy od twojego.
Ruszyła z nim w głąb korytarza, wyjaśniając, jak wiele razy przeglądała nagrania, i opowiadając o wszystkich ludziach, z którymi plotkowała od tamtej pory.
Vinh pierwszy raz spotkał Qiwi Lin Lisolet jeszcze podczas przygotowań do wylotu, w przestrzeni Trilandii. Była ośmioletnią kupką czystej okropności, która z jakiegoś powodu właśnie jego wybrała za cel swojej uwagi. Po posiłku albo sesji szkoleniowej zakradała się za niego i waliła go w ramię, a im bardziej się złościł, tym większą sprawiało jej to przyjemność. Jeden solidny cios w odpowiedzi zdecydowanie zmieniłby jej podejście, ale nie można przecież bić ośmiolatki. Miała o dziewięć lat za mało do obowiązującego minimum wieku członków załogi. Miejsce dla dzieci było przed podróżami albo po nich, a nie w załogach, zwłaszcza kierujących się w bardzo izolowane miejsca. Jednak matka Qiwi była właścicielką dwudziestu procent wyprawy... Ród Lisolet.17 był prawdziwie matriarchalny, wywodził się ze Strentmanna, daleko w przestrzeni Queng Ho. Mieli dziwny wygląd i dziwne zwyczaje. Musiało zostać złamanych mnóstwo zasad, ale w końcu mała Qiwi stała się członkinią załogi. W podróży spędziła więcej lat obudzona niż ktokolwiek poza załogą Wachty. Między gwiazdami upłynęła duża część jej życia, w towarzystwie nielicznych dorosłych, często nawet bez rodziców. Sama ta myśl wystarczała, by wystudzić dużą część irytacji Vinha. Biedne maleństwo. Choć już wcale nie była taka mała. Qiwi musiała mieć czternaście lat, a teraz jej ataki fizyczne zostały w dużym stopniu zastąpione atakami słownymi, co było dobrą zmianą, biorąc pod uwagę dostosowaną do wysokiego ciążenia budowę fizyczną Strentmannczyków.
Teraz oboje sunęli przez główną oś tymczasówki.
-?Cześć, Raji, jak interesy?
Qiwi witała się i uśmiechała do co drugiego mijanego członka załogi. W ciągu megasekund przed przybyciem Rozwiniętych kapitan Park rozmroził prawie połowę załogi floty, co wystarczyło do obsługi wszystkich pojazdów i całej broni, z zapasem na wszelki wypadek. Tysiąc pięćset osób nie byłoby niczym więcej niż dużą imprezą w tymczasówce jego rodziców, ale tutaj generowało tłok, choć wielu podczas swoich zmian przebywało na pokładzie statków. Przy takiej liczbie ludzi zaczynało się naprawdę zauważać, że pomieszczenia mieszkalne są tymczasowe i że co chwila nadmuchiwane są nowe przedziały. Główna oś była zaledwie punktem styku czterech bardzo dużych balonów. Powierzchnie falowały czasami, gdy cztery lub pięć osób musiało się minąć równocześnie.
-?Nie ufam Rozwiniętym, Ezr. Po tych wszystkich przemowach o hojności z radością poderżną nam gardła.
Vinh burknął z irytacją.
-?To czemu się tyle szczerzysz?
Przelecieli wzdłuż przezroczystego odcinka materiału, prawdziwego okna, nie tapety. Z drugiej strony znajdował się park tymczasówki. Tak naprawdę nie był o wiele obszerniejszy od dużego bonsai, ale zapewne mieścił więcej wolnej przestrzeni i żywych organizmów, niż znajdowało się w całym sterylnym habitacie Rozwiniętych. Qiwi odwróciła do niego głowę i przez krótką chwilę milczała. Żywe rośliny i zwierzęta były chyba jedynym, co potrafiło ją skłonić do ciszy. Jej ojciec był inżynierem podtrzymywania życia floty... oraz artystą bonsai znanym w całej przestrzeni Queng Ho.
Potem dziewczyna gwałtownie wróciła do chwili obecnej. Na jej usta wypłynął wyniosły uśmiech.
-?Ponieważ jesteśmy Queng Ho, jeśli choć na chwilę sobie o tym przypomnimy! Mamy nad tymi nuworyszami przewagę tysięcy lat przebiegłości. "Rozwinięci", niech mnie w łokieć całują. Osiągnęli to, co mają, dzięki słuchaniu publicznej Sieci Queng Ho. Bez Sieci wciąż pomieszkiwaliby we własnych ruinach.
Korytarz zwęził się i wykrzywił w rożek. Dobiegające z tyłu i z góry odgłosy załogi zrobiły się przytłumione przez tkaninę. Dotarli do najbardziej wewnętrznego pęcherza tymczasówki. Poza dźwigarami i generatorami była to jedyna absolutnie niezbędna część tymczasówki: jama bakteryki.
Służba tutaj była nieprzyjemna i najbardziej podstawowa z możliwych, polegała na czyszczeniu filtrów bakteryjnych pod sadzawkami hydroponicznymi. Tu, w dole, rośliny nie pachniały przyjemnie. Właściwie o ich dobrym stanie zdrowia świadczył idealny smród zgnilizny. Większość prac mogła zostać wykonana przez maszyny, ale czasami konieczne było podejmowanie decyzji wykraczających poza możliwości najlepszej automatyki, a nikt nawet nie zawracał sobie głowy opracowywaniem zdalnych urządzeń. Na pewien sposób było to bardzo odpowiedzialne zadanie. Wystarczyła jedna głupia pomyłka, a szczep bakterii mógł przedostać się przez błonę do górnych zbiorników. Jedzenie smakowałoby jak wymiociny, a woń mogła dotrzeć do systemów wentylacji. Jednak nawet najgorszy błąd prawdopodobnie nikogo by nie zabił -?na statkach strumieniowych wciąż istniały bakteryki, wszystkie trzymane w ścisłej wzajemnej izolacji.
To było miejsce do nauki, idealne według norm surowych nauczycieli: praca była wymagająca intelektualnie i nieprzyjemna fizycznie, a każdy błąd mógł doprowadzić do wstydu, którego bardzo trudno byłoby się pozbyć.
Qiwi zapisała się tu na dodatkową służbę. Twierdziła, że kocha to miejsce.
-?Tata mówi, że trzeba zacząć od najmniejszych żyjątek, zanim będzie można się zająć większymi organizmami. -?Była chodzącą encyklopedią bakterii, ich powiązanych szlaków metabolicznych, ściekowych bukietów odpowiadających różnym kombinacjom i charakterystyk szczepów, którym zaszkodziłby kontakt z ludźmi (szczęśliwcami, którzy nigdy nie poczuliby ich woni).
W ciągu pierwszego tysiąca sekund Ezr o mało co nie popełnił dwóch błędów. Oczywiście się na nich złapał, ale Qiwi zauważyła. Normalnie dręczyłaby go bez ustanku z powodu błędów, ale dzisiaj pochłaniały ją plany dotyczące Rozwiniętych.
-?Wiesz, czemu nie przywieźliśmy żadnych ciężkich promów?
Ich dwa największe lądowniki mogły przewieźć z powierzchni na orbitę tylko tysiąc ton. Mając dość czasu, zebraliby wszystkie potrzebne im materiały lotne, ale oczywiście przybycie Rozwiniętych właśnie tego czasu ich pozbawiło. Ezr wzruszył ramionami i nie oderwał wzroku od pobieranej właśnie próbki.
-?Znam plotki.
-?Ha. Ja nie potrzebuję plotek. I sam doszedłbyś do prawdy, gdybyś trochę policzył. Kapitan floty Park domyślił się, że możemy mieć towarzystwo. Zabrał ze sobą minimalną liczbę lądowników i habitatów, ale za to sprowadził mnóstwo dział i atomówek.
-?Może. -?Z pewnością.
-?Problem w tym, że cholerni Rozwinięci są na tyle blisko, że zabrali dużo więcej materiału, a i tak dotarli tu zaraz po nas.
Ezr nie odpowiedział, ale to nie miało znaczenia.
-?W każdym razie słuchałam plotek. Musimy być naprawdę bardzo, bardzo ostrożni. -?I zajęła się omawianiem taktyk wojskowych oraz spekulacji dotyczących systemów uzbrojenia Rozwiniętych.
Matka Qiwi była zastępczynią kapitana floty, ale również zbrojmistrzynią. Zbrojmistrzynią Strentmannką. Większość czasu spędzonego przez Bachora w locie poświęcono na matematykę, trajektorie i inżynierię. Bakteryka i bonsai wynikały z wpływów ojca. Potrafiła oscylować między krwiożerczą wojowniczką, przebiegłą Kupczynią i artystką bonsai, a wszystko w ciągu paru sekund. Jak jej rodzicom w ogóle przyszło do głowy, żeby się pobrać? I jakie samotne, pokręcone dziecko sprowadzili na świat.
-?Tak więc moglibyśmy pokonać Rozwiniętych w uczciwej walce - oświadczyła Qiwi. -?A oni o tym wiedzą. To dlatego są tacy mili. Musimy teraz tylko odpowiednio ich wykorzystać, bo potrzebujemy ich ciężkich promów, a potem, jeśli dotrzymają umowy, oni się wzbogacą, ale my jeszcze bardziej. Te błazny nie potrafiłyby sprzedać powietrza tymczasówce bez zbiorników. Jeśli wszystko rozegra się uczciwie, wyjdziemy z tej operacji, mając nad nią kontrolę.
Ezr zakończył sekwencję i pobrał kolejną próbkę.
-?Cóż -?skomentował -?Trixia uważa, że oni wcale nie patrzą na to jak na interakcje handlowe.
-?Hm. -?Zabawne, jak Qiwi obrażała niemal wszystko, co miało związek z Vinhem... z wyjątkiem Trixii. Przeważnie ją ignorowała. Dziewczyna zrobiła się nietypowo cicha. Na prawie sekundę. -?Myślę, że twoja przyjaciółka ma rację. Słuchaj, Vinh, naprawdę nie powinnam ci tego mówić, ale w Komitecie Handlowym doszło do poważnego podziału. -?O ile jej matka nie mówiła przez sen, to musiały być wymysły. -?Zgaduję, że w Komitecie są jacyś durnie, widzący w tym wyłącznie negocjacje biznesowe, w których każda strona wkłada szczery wysiłek we wspólne dzieło, i oczywiście to my mamy najlepszych negocjatorów. Nie rozumieją, że jeśli zginiemy, nie będzie miało znaczenia, że druga strona dozna strat. Musimy przez to przejść i być gotowi na pułapkę.
Na swój własny, krwawy sposób Qiwi brzmiała dość podobnie do Trixii.
-?Mama nie powiedziała tego wprost, ale mogło dojść do impasu. - Zerknęła na niego z ukosa jak dziecko bawiące się w spisek. -?Jesteś właścicielem, Ezr. Mógłbyś porozmawiać z...
-?Qiwi!
-?Jasne, jasne. Niczego nie mówiłam. Nic nie powiedziałam!
Dała mu spokój na jakieś sto sekund czy coś koło tego, a potem zaczęła opowiadać o swoich planach zarobienia na Rozwiniętych, "jeśli przeżyjemy kilka następnych megasekund". Gdyby nie istniały planeta Pająków i gwiazda Bistabilna, Rozwinięci staliby się odkryciem stulecia w tej części terytorium Queng Ho. Z obserwacji działań ich floty jednoznacznie wynikało, że wyjątkowo dobrze radzą sobie z automatyką i planowaniem systemów. Choć równocześnie ich statki kosmiczne były o połowę wolniejsze od tych Queng Ho, a nauki biologiczne w równym stopniu pozostawały w tyle. Qiwi miała sto pomysłów na obrócenie całej sytuacji w zysk.
Ezr pozwolił, by jej słowa po nim spływały, ledwie słyszane. Kiedy indziej mógłby się zatracić w skupieniu na pracy, którą się zajmował, ale podczas tej zmiany nie było na to szans. Realizacja planów obejmujących dwa stulecia sprowadzała się teraz do kilku krytycznych kilosekund i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać nad działaniami kierownictwa floty. Trixia była outsiderką, jednak genialną i mającą inny punkt widzenia niż urodzeni Kupcy. Bachor była bystra, choć zwykle jej opinie były bezwartościowe. Tym razem... może mama faktycznie ją do tego podpuściła. Perspektywa Kiry Pen Lisolet została ukształtowana bardzo daleko, tak jak to tylko możliwe w granicach terenów Queng Ho, i mogła uważać, że nastoletni praktykant może wpłynąć na sytuację tylko dlatego, że pochodzi z Rodu właścicieli. Szlag.
Zmiana mijała bez dalszych głębszych myśli. Skończy ją za tysiąc pięćset sekund. Jeśli odpuści sobie lunch, będzie miał czas się przebrać... i poprosić o spotkanie z kapitanem Parkiem. W ciągu dwóch subiektywnych lat, gdy uczestniczył w wyprawie, nigdy nie próbował wykorzystywać powiązań rodziny. I w czym tak naprawdę mogę teraz pomóc? Czy faktycznie mogę przełamać impas? Zamartwiał się tym problemem aż do końca zmiany. Wciąż nad tym myślał, zdejmując kombinezon do pracy w bakteryce... i dzwoniąc do kapitańskiego sekretarza.
Uśmiech Qiwi był wyjątkowo bezczelny.
-?Powiedz im prosto z mostu, Vinh. To musi być operacja bojowa.
Gestem kazał się jej uciszyć, a potem zauważył, że jego połączenie nie zostało odebrane. Zablokowane? Ezr przez moment poczuł falę ulgi, a potem zauważył, że wyprzedził go przychodzący rozkaz... z biura kapitana Parka. "Zgłosić się o 5.20.00 w sali planowania kapitana floty...". Jak brzmiało to starożytne przekleństwo o spełnianiu życzeń? Gdy wspinał się do śluz wahadłowców tymczasówki, myśli Ezra Vinha były mocno zmieszane.
Qiwi Lin Lisolet nie było już nigdzie na widoku: dziewczyna nie była taka głupia.
Wcale nie spotkał się z jakimś oficerem sztabowym. Ezr zjawił się w sali planowania kapitana floty na pokładzie QHS "Pham Nuwen" i zastał tam kapitana floty... oraz cały Komitet Handlowy wyprawy. Nie wyglądali na zadowolonych. Vinh zdołał tylko rzucić ukradkowe spojrzenie, zanim stanął na baczność przy słupku zakotwiczającym. Kątem oka szybko policzył zebranych. Tak, byli tu wszyscy. Wisieli wokół stołu konferencyjnego sali, a ich spojrzenia wcale nie wyglądały przyjaźnie.
Park przyjął sztywną pozycję Ezra szorstkim machnięciem dłoni.
-?Spocznij, praktykancie.
Trzysta lat temu, gdy Ezr miał pięć lat, kapitan Park odwiedził rodzinną tymczasówkę Vinhów w przestrzeni Canberry. Jego rodzice potraktowali go po królewsku, choć nie był nawet starszym kapitanem. Ezr zapamiętał głównie parkowe prezenty od kogoś, kto wydawał się szczerze przyjazny.
Przy następnym spotkaniu Vinh był siedemnastoletnim przyszłym praktykantem, a Park zajmował się wyposażaniem floty lecącej na Trilandię. Co za różnica. Od tamtej pory wymienili może w sumie sto słów, i to tylko przy formalnych okazjach. Ezr bardzo cieszył się z tej anonimowości, a w tej chwili oddałby za nią niemal wszystko.
Kapitan Park wyglądał tak, jakby właśnie ugryzł coś bardzo kwaśnego. Rozejrzał się po członkach Komitetu Handlowego, a Vinh zaczął się nagle zastanawiać, na kogo właściwie się tak złości.
-?Młody Vi... praktykancie Vinh. Mamy tu... nietypową sytuację. Znasz delikatność sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się po przybyciu Rozwiniętych. -?Kapitan nie wyglądał tak, jakby spodziewał się odpowiedzi, i "tak jest" Ezra zgasło, zanim dotarło do jego ust. -?W tej chwili możliwych jest kilka sposobów postępowania. -?Znowu rzut oka na członków Komitetu.
Ezr zrozumiał wreszcie, że Qiwi Lisolet wcale nie opowiadała kompletnych bzdur. Kapitan floty miał bezwzględną władzę w sytuacjach taktycznych i w zwykłych warunkach prawo weta w kwestiach strategicznych, ale w przypadku istotnych zmian celów wyprawy był na łasce swojego Komitetu Handlowego. A w tym wypadku coś poszło nie tak. To nie był zwykły pat - w takich sytuacjach kapitanowie floty mieli decydujący głos. Nie, ten impas musiał ocierać się o bunt klasy kierowniczej. Nauczyciele w szkole wspominali o takich sytuacjach, mówiąc, że gdyby kiedyś do tego doszło, to potencjalnie młodszy właściciel mógł zyskać głos w procesie decyzyjnym. Stając się kimś w rodzaju kozła ofiarnego.
-?Pierwsza możliwość -?kontynuował kapitan Park, ignorując ponure wnioski przemykające przez głowę Vinha. -?Zgodzimy się na grę proponowaną przez Rozwiniętych. Wspólne operacje. Wspólna kontrola nad wszystkimi pojazdami w nadchodzącej misji na planecie.
Ezr przyjrzał się członkom Komitetu. Kira Pen Lisolet siedziała obok kapitana floty, ubrana w zielony mundur rodu Lisoletów. Była niemal równie drobna jak Qiwi, z poważnymi i skupionymi rysami twarzy. Jednak emanowało z niej wrażenie czystej fizycznej siły. Typ ciała Strentmannczyków był ekstremalny nawet według standardów różnorodności Queng Ho. Niektórzy Kupcy czerpali dumę z ukrywania swoich uczuć, ale nie Kira Pen Lisolet. Kira Lisolet faktycznie odczuwała odrazę do pierwszej "możliwości" Parka w stopniu, w jakim twierdziła Qiwi.
Ezr skupił uwagę na innej znajomej twarzy. Sum Dotran. Komitety kierownicze stanowiły elitę. Nie znalazło się w nich wielu aktywnych właścicieli, większość członków było zawodowymi planistami pracującymi na udziały, które pozwoliłyby im posiadać własne statki. Do tego niewiele było tam osób w bardzo podeszłym wieku. Większość tych naprawdę starych było doskonałymi ekspertami, szczerze preferującymi zarządzanie nad jakąś formę własności. Sum Dotran był jedną z takich osób. Kiedyś pracował nawet dla rodziny Vinh. Ezr domyślał się, że on także sprzeciwiał się pierwszej "możliwości" Parka.
-?Druga możliwość: osobne struktury kontrolne, bez lądowań z mieszanymi załogami. Ujawnimy się Pająkom najszybciej, jak będzie to praktyczne.
I niech Bóg Handlu zdecyduje, kto będzie wielkim zwycięzcą, a kto przegranym. Gdy do gry dołączy trzeci gracz, potencjalna przewaga prostej zdrady powinna się zmniejszyć. W ciągu kilku lat ich stosunki z Rozwiniętymi powinny osiągnąć stosunkowo zwykły poziom konkurencyjności. Oczywiście Rozwinięci mogą uznać jednostronny kontakt za akt zdrady. Ich pech. Vinh miał wrażenie, że to podejście popierała przynajmniej połowa Komitetu... ale nie Sum Dotran. Staruszek poruszył lekko głową w stronę Vinha, jednoznacznie wyrażając swoją opinię.
-?Trzecia możliwość: pakujemy nasze tymczasówki i wracamy na Trilandię.
Oszołomiony wyraz twarzy Vinha musiał być oczywisty. Sum Dotran dołożył uzasadnienie.
-?Młody Vinhu, kapitan chce powiedzieć, że druga strona ma przewagę liczebną, prawdopodobnie także w zakresie siły ognia. Nikt z nas nie ufa tym Rozwiniętym, a jeśli zwrócą się przeciw nam, nie będzie ucieczki. Zbyt duże ryzyko...
Kira Pen Lisolet walnęła w stół.
-?Protestuję! To spotkanie w ogóle jest absurdalne. Co gorsza, widzimy teraz jasno, że Sum Dotran po prostu wykorzystuje je, by wymusić własne poglądy. -?To by było tyle, jeśli chodzi o jego teorię, że Qiwi działa w imieniu swojej mamy.
-?Oboje zakłócacie porządek! -?Kapitan Park urwał na chwilę, wpatrując się w Komitet. -?Czwarta możliwość: wykonamy uderzenie wyprzedzające na flotę Rozwiniętych i zdobędziemy układ dla siebie.
-?Podejmiemy próbę zdobycia go -?skorygował Dotran.
-?Protestuję! -?Znowu Kira Pen Lisolet. Machnęła ręką, przywołując współdzielone obrazy. -?Atak wyprzedzający to jedyny pewny sposób postępowania.
Obraz Lisolet nie prezentował gwiazd ani teleskopowego widoku planety Pająków. Nie zawierał też wykresów organizacyjnych czy rozkładów czasowych, tak często pochłaniających uwagę planistów. W tym wypadku było to coś przypominającego planetarne schematy floty, prezentujące pozycje i wektory obu flot względem siebie, planety Pająków i gwiazdy Bistabilnej. Obrysy wykreślały przyszłe pozycje w odpowiednich układach współrzędnych. Diamentowe skały również zostały oznaczone. Były tam też inne znaczniki, taktyczne symbole wojskowe, prezentujące gigatony, rakiety i środki wojny elektronicznej.
Ezr zapatrzył się na obrazy i spróbował sobie przypomnieć zajęcia z wojskowości. Plotki dotyczące tajnego ładunku kapitana Parka okazały się prawdą. Wyprawa Queng Ho miała zęby -?dłuższe i ostrzejsze niż jakakolwiek zwykła flota handlowa. Zbrojmistrze Queng Ho mieli też trochę czasu na przygotowania i wyraźnie go wykorzystali, nawet jeśli układ Bistabilnej był pusty ponad wszelką przyzwoitość, bez dobrych miejsc na przygotowanie zasadzek i ukrycie rezerw.
Z drugiej strony Rozwinięci: symbole wojskowe zbierały się wokół ich statków niewyraźną mgiełką prawdopodobieństw ocen. Automatyka Rozwiniętych była dziwna, zapewne przewyższając tę Queng Ho. Rozwinięci mieli dwukrotnie większy tonaż brutto i wedle najlepszych przewidywań dysponowali proporcjonalnie większą ilością uzbrojenia.
Ezr z powrotem skupił uwagę na zebraniu. Kto poza Kirą Lisolet preferował niespodziewany atak? Ezr spędził sporą część dzieciństwa, studiując Strategie, jednak zawsze uczono go, że wielkie zdrady były oznakami szaleństwa lub czystego zła, a nie działaniami podejmowanymi kiedykolwiek przez szanujących się Queng Ho. Uczestniczenie w zebraniu Komitetu Handlowego rozważającego morderstwo było czymś... co zostanie z nim na dłużej.
Cisza przedłużała się niezręcznie. Czy oni oczekiwali, że coś powie? W końcu odezwał się kapitan Park.
-?Zapewne domyśliłeś się, praktykancie Vinh, że doszło do impasu. Nie masz tu głosu, nie masz doświadczenia ani szczegółowej znajomości sytuacji. Nie chcąc cię obrażać, muszę powiedzieć, że czuję zawstydzenie z powodu samego faktu ściągnięcia cię na to zebranie. Jednak jesteś jedynym członkiem załogi będącym równocześnie właścicielem dwóch naszych statków. Jeśli masz jakąś radę, której mógłbyś nam udzielić w zakresie dostępnych opcji, to... z przyjemnością... jej wysłucham.
Praktykant Ezr Vinh mógł być bardzo małym pionkiem, teraz jednak znalazł się w samym centrum uwagi i co takiego miał do powiedzenia? W jego głowie wirował milion pytań. W szkole wpajano mu szybkie podejmowanie decyzji, ale nawet wtedy dostawał więcej informacji niż dzisiaj. Oczywiście ci ludzie nie byli zbytnio zainteresowani jego dogłębną analizą. W jego głowie zrodziła się myśl, która prawie wybiła go z obezwładniającej paniki.
-?Czt... cztery możliwości, kapitanie floty? Czy istnieją jeszcze jakieś pomniejsze, które nie dotrwały do etapu tego zebrania?
-?Żadna, która uzyskałaby poparcie z mojej strony lub Komitetu.
-?Hm. Rozmawiał pan z Rozwiniętymi więcej niż ktokolwiek inny. Co myśli pan o ich przywódcy, Tomasie Nau? -?Było to jedno z pytań, nad którym zastanawiali się razem z Trixią. Ezrowi nawet nie przyszło do głowy, że będzie mógł osobiście zadać je samemu kapitanowi floty.
Park mocniej zacisnął usta i przez chwilę Ezr spodziewał się wybuchu. A potem kapitan kiwnął głową.
-?Jest błyskotliwy. Jego znajomość kwestii technicznych wydaje się słaba w porównaniu z kapitanami flot Queng Ho. Głęboko studiował Strategie, choć niekonieczne te same, co my... Reszta to zgadywanki i intuicja, choć sądzę, że tutaj zgodzi się ze mną większość członków Komitetu: nie zaufałbym Tomasowi Nau w żadnej umowie handlowej. Sądzę, że dopuściłby się wielkiej zdrady, gdyby tylko przyniosłaby mu choć nieznaczne korzyści. Jest bardzo gładkim i sprawnym kłamcą, który w najmniejszym stopniu nie ceni powracających klientów.
W zasadzie było to najbardziej potępiające stwierdzenie, jakie Queng Ho mogli wyrazić na temat innej istoty żywej. Ezr domyślił się nagle, że kapitan Park musi być jedną z osób popierających atak z zaskoczenia. Spojrzał na Suma Dotrana, a potem z powrotem na Parka. Dwie osoby, do których miał największe zaufanie, znajdowały się na przeciwnych biegunach! Boże, przecież ja jestem tylko praktykantem!
Ezr zdławił wewnętrzny jęk. Zawahał się na moment, naprawdę zastanawiając się nad tą sprawą.
-?Biorąc pod uwagę pańską ocenę, zdecydowanie sprzeciwiam się pierwszej opcji, czyli wspólnym działaniom. Ale... nie jestem też zwolennikiem ataku z zaskoczenia, ponieważ...
-?Doskonała decyzja, chłopcze -?przerwał mu Sum Dotran.
-?...ponieważ to coś, w czym Queng Ho mają niewiele doświadczenia, niezależnie od tego, jak głęboko studiowaliśmy ten temat.
To pozostawiało dwie możliwości: przyjęcie strat i ucieczkę lub pozostanie i minimalną współpracę z Rozwiniętymi, a następnie ujawnienie się Pająkom przy pierwszej sposobności. Nawet jeśli ucieczka była obiektywnie uzasadniona, uczyniłaby z wyprawy beznadziejną porażkę. Biorąc pod uwagę ich zapasy paliwa, musiałaby też być wyjątkowo powolna.
Zaledwie milion kilometrów stąd czekała największa zagadka - potencjalnie też skarb -?znana w tej części Przestrzeni Ludzi. Pokonali pięćdziesiąt lat świetlnych, by znaleźć się tak blisko. Wielkie ryzyko, wielka nagroda.
-?Wycofanie się teraz oznaczałoby zbyt wielkie straty. Jednak obecnie, do czasu, aż zrobi się naprawdę bezpiecznie, wszyscy musimy myśleć jak zbrojmistrze. -?W końcu Queng Ho mieli swoje legendy o wojownikach: Pham Nuwen wygrał niejedną bitwę. -?Su... sugeruję pozostanie.
Cisza. Ezr odniósł wrażenie, że na większości twarzy odmalowała się ulga. Zastępczyni kapitana floty Lisolet przybrała ponury wyraz twarzy. Sum Dotran nie był tak opanowany.
-?Ależ, proszę, mój chłopcze. Zastanów się. Twoja rodzina ryzykuje tu dwa statki. To żaden wstyd wycofać się w obliczu prawdopodobnej utraty wszystkiego. To objaw mądrości. Rozwinięci są po prostu zbyt niebezpieczni, aby...
Park przedryfował ze swojego miejsca przy stole, wyciągając potężne ręce. Delikatnie położył dłoń na ramieniu Suma Dotrana, a potem odezwał się łagodnym głosem:
-?Przykro mi, Sum. Zrobiłeś, co mogłeś. Zmusiłeś nas nawet do wysłuchania młodego właściciela. Teraz już czas... dla nas wszystkich... na porozumienie i wykonanie decyzji.
Twarz Dotrana wykrzywiła się we frustracji i strachu. Utrzymał ją tak przez chwilę chwiejnego skupienia, a potem głośno wypuścił powietrze przez zęby. Nagle wydał się bardzo stary i zmęczony.
-?Słusznie, kapitanie.
Park wrócił na swoje miejsce przy stole i posłał Ezrowi beznamiętne spojrzenie.
-?Dziękujemy za opinię, praktykancie Vinh. Spodziewam się, że zachowasz poufność tego spotkania.
-?Tak jest, sir. -?Ezr się wyprostował.
-?Możesz odejść.
Za jego plecami otworzyły się drzwi. Ezr odepchnął się od słupka. Kiedy szybował przez drzwi, kapitan Park zaczął już rozmawiać z członkami Komitetu.
-?Kira, zastanów się nad umieszczeniem uzbrojenia na wszystkich szalupach. Być może uda się nam zasugerować Rozwiniętym, że próba porwania współpracujących jednostek będzie bardzo niebezpieczna. Ja...
Drzwi zamknęły się, odcinając resztę. Ezra ogarnęła fala ulgi z silnymi dreszczami. Pierwszy raz uczestniczył w podejmowaniu decyzji dotyczącej całej floty, jakieś czterdzieści lat przed swoim czasem. To nie było przyjemne.
Planeta Pająków -?przez niektórych nazywana Arachną -?miała średnicę dwunastu tysięcy kilometrów i ciążenie na powierzchni równe 0,95 g. Jej wnętrze było niezróżnicowane i skaliste, ale powierzchnię pokrywało całkiem sporo substancji lotnych w postaci oceanów i przyjaznej atmosfery. Tylko jedno uniemożliwiało jej wyglądanie jak rajski świat typu ziemskiego: brak światła słonecznego.
Minęło ponad dwieście lat, od kiedy słońce planety, gwiazda Bistabilna, weszła w stan wyłączenia. Przez ponad dwieście lat światło rzucane przez nią na Arachnę było niewiele jaśniejsze niż dobiegające z odległych gwiazd.
Lądownik Ezra przemknął po łuku nad czymś, co w cieplejszych czasach było sporym archipelagiem. Główny cel znajdował się po drugiej stronie planety, gdzie załogi ciężkich promów wycinały i wynosiły w przestrzeń kilka milionów ton oceanicznego szelfu i zamrożonej wody. To nie miało znaczenia, Ezr widywał już roboty inżynieryjne prowadzone na wielką skalę. Ten znacznie mniejszy lądownik może osiągnąć coś znacznie istotniejszego.
Dzielone obrazowanie w kabinie pasażerskiej prezentowało naturalny widok. Przemykające bezgłośnie w dole lądy były w odcieniach szarości, czasami z lekko lśniącymi plamami bieli. Może to tylko efekt wyobraźni, ale Ezr miał wrażenie, że widzi słabe cienie rzucane przez Bistabilną. Tworzyły trójwymiarowy obraz topografii górskich grani i szczytów, bieli zsuwającej się w ciemne otchłanie. Wydawało mu się, że dostrzega koncentryczne łuki obrysowujące dalsze szczyty: czyżby efekt naporu oceanu zamarzającego wokół skał?
-?Hej, wyświetl przynajmniej siatkę pomiaru wysokości. -?Nad jego ramieniem zabrzmiał głos Benny'ego Wena, a na krajobrazie pojawiły się delikatne czerwonawe obrysy. Siatka dość dobrze potwierdziła jego intuicyjne wrażenia dotyczące cieni i śniegu.
Ezr machnięciem ręki pozbył się czerwonych linii.
-?Gdy gwiazda świeci, tam w dole są miliony Pająków. Można by pomyśleć, że będzie widać jakieś ślady cywilizacji.
-?Czego spodziewasz się, oglądając widok bez wspomagania? -?odpowiedział Benny. -?Większość tego, co wystaje, to górskie szczyty. A wszystko niżej pokryte jest metrami śniegu azotowo-tlenowego.
Pełna atmosfera typu ziemskiego mogła zamarznąć do około dziesięciu metrów śniegu, przy założeniu, że był równomiernie rozłożony. Wiele z najbardziej prawdopodobnych lokalizacji miast -?zatoki, zbiegi rzek - pokryte było dziesiątkami metrów zimnej substancji. Wszystkie wcześniejsze miejsca lądowań znajdowały się stosunkowo wysoko, zapewne w osiedlach górniczych lub prostych osadach. Dopiero tuż przed przybiciem Rozwiniętych zrozumiano właściwie ich bieżący cel.
W dole przemykały ciemne lądy. Były tam nawet obiekty wyglądające na jęzory lodowców. Ezr zaczął się zastanawiać, jak mogły mieć czas na powstanie. Może to lodowce z zamarzniętego powietrza?
-?Boże wszelkiego handlu, spójrz na to! -?Benny wskazał w lewo, na czerwonawy blask blisko horyzontu. Powiększył obraz.
Źródło światła wciąż było małe, szybko uciekając poza ich pole widzenia. Naprawdę wyglądało to na ogień, choć dość powoli zmieniało kształt. Coś zasłoniło im teraz widok, a Ezr przez chwilę odniósł wrażenie, że ze światła w górę unosi się coś ciemnego.
-?Mam lepszy widok z orbity -?dobiegł z tyłu kabiny głos brygadzisty Diema. Nie podzielił się z nimi obrazem. -?To wulkan. Właśnie wybuchł.
Ezr śledził znikający powoli z tyłu obraz. Wzbijająca się ciemność musiała być gejzerem lawy... a może po prostu powietrza i wody, tryskającym w przestrzeń nad wulkanem.
-?Tego jeszcze nie było -?skomentował. Rdzeń planety był zimny i martwy, choć w tym, co uchodziło za rdzeń, wykryli kilka ognisk magmy. -?Wszyscy wydają się tak strasznie pewni tego, że Pająki są w stanie hibernacji, ale co będzie, jeśli niektóre grzeją się przy czymś takim jak to?
-?Mało prawdopodobne. Zrobiliśmy bardzo szczegółowe obrazowania w podczerwieni. Zobaczylibyśmy wszelkie osiedla w pobliżu źródeł ciepła. Zresztą przed ostatnim mrokiem pająki dopiero wynalazły radio. Nie są jeszcze w stanie wychodzić na zewnątrz.
Ten wniosek opierał się na kilku milionach sekund rekonesansu oraz pewnych rozsądnych założeniach dotyczących ich biochemii.
-?Pewnie tak.
Przyglądał się czerwonawemu blaskowi, aż całkiem ukrył się za horyzontem. W dole i przed nimi czekały bardziej ekscytujące miejsca. Trajektoria lotu niosła ich gładko w dół, wciąż w nieważkości. Planeta była pełnowymiarowa, ale nie będą tu lecieć w atmosferze. Poruszali się z prędkością ośmiu tysięcy metrów na sekundę, zaledwie kilka tysięcy metrów nad powierzchnią. Miał wrażenie, że góry wspinają się i sięgają ku nim. Każda kolejna grań przemykała coraz bliżej. Benny z tyłu wydawał dźwięki świadczące o dyskomforcie, chwilowo rezygnując ze zwykłych pogaduszek. Ezr gwałtowniej wciągnął powietrze, gdy ostatnia grań przemknęła tak blisko, że aż zdziwił się, że o nią nie zahaczyli. Trajektoria lądowania z piekła rodem.
A potem rozjarzył się główny silnik z przodu.
Potrzebowali niemal trzydziestu tysięcy sekund na zejście w dół z miejsca wybranego przez Jimmy'ego Diema na lądowisko. Ta niedogodność nie była dziełem przypadku. Ich półka skalna znajdowała się wysoko na górskim zboczu, ale była też wolna od lodu i powietrznego śniegu. Celem wyprawy było dno wąskiej doliny. Wedle wszelkich zasad powinno się ono znajdować pod setką metrów powietrznego śniegu, ale w wyniku jakiegoś zbiegu układu terenu i klimatu było go tam mniej niż pół metra. Za to niemal ukryty pod nawisem zboczy doliny krył się największy odkryty dotąd zbiór nienaruszonych budynków. Była spora szansa, że znajdowało się tam wejście do jednej z hibernacyjnych jaskiń Pająków, a w ciepłych czasach Bistabilnej może nawet miasto. Ważne będzie wszystko, czego się tam dowiedzą. A w ramach umowy o współpracy wszystko było transmitowane do Rozwiniętych...
Ezr nie dowiedział się niczego więcej na temat wyniku zebrania Komitetu Handlowego. Diem robił wszystko, co mógł, by ukryć ich wizytę przed miejscowymi, tak jak powinni tego oczekiwać Rozwinięci. Lądowisko zostanie zasypane przez lawinę niedługo po starcie. Nawet odciski stóp miały zostać starannie usunięte, choć akurat to raczej nie powinno być potrzebne.
Gdy dotarli na dno doliny, Bistabilna wisiała niemal w zenicie. W "porze słonecznej" byłoby to samo południe, ale teraz Bistabilna wyglądała niczym jakiś ciemny, czerwonawy księżyc o średnicy pół stopnia. Powierzchnię miała plamistą jak olej na kropli wody. Bez wzmacniania obrazu światło Bistabilnej było ledwie na tyle jasne, by pokazywać otoczenie.
Grupa badawcza maszerowała jakiegoś typu główną ulicą: pięć postaci w skafandrach i jedna towarzysząca im maszyna krocząca. Gdy wędrowali przez powietrzny śnieg, spod ich butów wzbijały się drobne chmurki pary materiałów lotnych stykających się z mniej izolowanymi tkaninami skafandrów. W przypadku zatrzymania się na dłużej ważne było, by nie robić tego w zbyt głębokim śniegu, bo szybko zostaliby otoczeni mgłą sublimacji. Co dziesięć metrów ustawiali czujnik sejsmiczny albo dudnik. Gdy rozstawią pełny zestaw, uzyskają dzięki nim dobry obraz okolicznych jaskiń. A co ważniejsze dla tego lądowania, dowiedzą się też, co znajduje się wewnątrz budynków. Ich głównym celem były spisane teksty i obrazy. Znalezienie ilustrowanej książeczki dla dzieci oznaczałoby dla Diema niemal pewny awans.
Odcienie czerwonawych szarości w czerni. Ezr nurzał się w nieprzetworzonych obrazach. Były piękne i niesamowite. To było miejsce zamieszkiwane przez Pająki. Po obu stronach cienie wspinały się po ścianach budynków Pająków. Większość miała tylko dwa lub trzy piętra, ale nawet w słabym świetle, nawet z obrysem rozmytym przez śnieg i ciemności, nie dało się ich pomylić z czymś wzniesionym przez ludzi. Nawet najmniejsze drzwi były bardzo szerokie, choć większość nie sięgała nawet pięćdziesięciu centymetrów. Okna -?zasłonięte okiennicami, jako że miejsce zostało porzucone ze starannością właścicieli, którzy planowali tu wrócić -?były podobnie szerokie i niskie.
Otwory kojarzyły mu się z setkami zmrużonych oczu patrzących z góry na grupę pięciu ludzi w towarzystwie maszyny. Vinh zastanawiał się, co by się stało, gdyby zza jednego z tych okien rozbłysło światło przeciskające się szczeliną w okiennicy. Przez chwilę pozwolił wyobraźni rozwijać tę wizję. A jeśli ich zadufanie we własną wyższość było błędne? Tu mieszkali obcy. Było bardzo mało prawdopodobne, by życie mogło rozwinąć się samo na planecie tak niezwykłej jak ta. Kiedyś dawno temu jej mieszkańcy musieli latać między gwiazdami. Terytorium handlowe Queng Ho rozciągało się na czterysta lat świetlnych i od tysięcy lat utrzymywali nieprzerwaną cywilizację techniczną. Zarejestrowali ślady radiowe obcych cywilizacji zamieszkujących tysiące -?a w większości przypadków nawet miliony -?lat świetlnych od nich, na zawsze poza możliwością bezpośredniego kontaktu czy choćby rozmowy. Pająki były zaledwie trzecią pozaludzką rasą inteligentną, z którą fizycznie się zetknęli: trzecią na osiem tysięcy lat lotów kosmicznych. Jedna z nich wymarła przed milionami lat, a druga nie osiągnęła jeszcze poziomu budowy maszyn, nie mówiąc nawet o lotach kosmicznych.
Pięcioro ludzi wędrujących między ciemnymi budynkami o niskich oknach było tak blisko uczestnictwa w historii ludzkości, jak Vinh mógł tylko sobie wyobrazić. Armstrong na Lunie, Pham Nuwen w "Przerwie Brisgo"... a teraz Vinh, Wen, Patil, Do i Diem wędrujący ulicami Pająków.
Nastąpiła chwilowa przerwa w łączności radiowej i przez moment najgłośniejszymi dźwiękami było trzeszczenie jego kombinezonu i własny oddech. Potem powróciły odległe głosy, kierując ich przez otwartą przestrzeń w stronę drugiego końca doliny. Najwyraźniej analitycy uważali, że wąska rozpadlina może być wejściem do jaskiń, gdzie zapewne ukryły się miejscowe Pająki.
-?To dziwne -?dobiegł go anonimowy głos z góry. -?Sejsmografy coś wychwyciły -?ja coś usłyszałem -?z następnego budynku po prawej od was.
Vinh gwałtownie obrócił głowę, wpatrując się w mrok. Może nie światło, a dźwięk.
-?Maszyna krocząca? -?zasugerował Diem.
-?Może po prostu budynek osiada... -?rzucił Benny.
-?Nie, nie. To było coś impulsowego, jak kliknięcie. Teraz odbieram regularny rytm, jakby tłumiony. Analiza częstotliwości... To brzmi jak sprzęt mechaniczny, ruchome części i takie tam... Dobra, w zasadzie się skończyło, odbieram już tylko resztkowe dzwonienie. Brygadzisto Diem, mamy dobry namiar na źródło tego hałasu. Dochodził z dalszego rogu, cztery metry nad poziomem ulicy. Zaznaczam lokalizację na mapie.
Vinh z pozostałymi przeszli trzydzieści metrów do przodu, kierując się znacznikiem unoszącym się na ich wyświetlaczach przeziernych. Ukradkowość ich ruchów była prawie zabawna -?gdyby ktoś przebywał w tym budynku, doskonale by ich widział.
Znacznik kazał im wyjść za róg.
-?Na oko budynek niczym się nie wyróżnia -?zauważył Diem. Podobnie jak pozostałe wydawał się wzniesiony z kamienia bez zaprawy, z wyższymi piętrami wysuniętymi lekko nad dolnymi. -?Chwila, widzę, gdzie wskazujesz. Do drugiego okapu zamocowano jakiegoś typu ceramiczny pojemnik. Vinh, jesteś najbliżej. Wejdź tam i przyjrzy się temu z bliska.
Ezr ruszył w stronę budynku, a potem zauważył, że ktoś bardzo pomocnie wyłączył znacznik.
-?Gdzie? -?Widział tylko cienie i szarości kamieni.
-?Vinh. -?Głos Diema zabrzmiał ostrzej niż zwykle. -?Oprzytomniej, co?
-?Przepraszam.
Ezr poczuł, że się czerwieni. Aż nazbyt często wpadał w takie tarapaty. Włączył obrazowanie multispektralne i widok przed nim ożył barwami składającymi się na to, co skafander rejestrował w różnych zakresach widma. Tam, gdzie dotąd widział głęboki cień, pojawiła się skrzynka opisana przez Diema. Zamocowano ją kilka metrów nad jego głową.
-?Moment, podejdę bliżej.
Podszedł do ściany. Podobnie jak inne budynki, ten też zdobiły szerokie kamienne listwy. Analitycy uważali, że to stopnie. Nadawały się na potrzeby Vinha, choć użył ich bardziej jak drabiny niż schodów. Po kilku sekundach znalazł się obok obiektu.
Faktycznie była to maszyna -?z boków wystawały nity, jak w czymś ze średniowiecznej powieści. Wyciągnął z kieszeni skafandra analizator i przystawił go do skrzynki.
-?Mam jej dotknąć?
Diem nie odpowiedział, bo tak naprawdę pytanie skierowane było do tych w górze. Vinh usłyszał głosy naradzających się.
-?Pokaż ją nam z różnych stron. Czy to na boku skrzynki to jakieś symbole?
Trixia! Wiedział, że powinna być jedną z obserwujących, ale jej głos stanowił bardzo miłą niespodziankę.
-?Tak, proszę pani -?odpowiedział i przesunął analizatorem z różnych stron wokół skrzynki.
Na jej bokach faktycznie coś było, choć nie potrafił stwierdzić, czy to pismo, czy też artefakt nadinterpretujących skany algorytmów analizatora. Jeśli to pismo, okaże się nie lada znaleziskiem.
-?Dobrze, teraz przymocuj analizator do skrzynki... -?Inny głos, gościa od akustyki.
Ezr wykonał polecenie.
Minęło trochę sekund. Schody Pająków były tak strome, że musiał się opierać o występy. Z miejsc, w których dotykał kamienia, unosiły się strumienie pary powietrza, opadając ku ziemi, a on poczuł, jak grzałki skafandra pracują intensywniej, by skompensować kontakt z zimnymi powierzchniami.
-?Ciekawe -?usłyszał po chwili głos. -?To czujnik prosto ze średniowiecza.
-?Elektryczny? Przesyła dane do jakiegoś zdalnego ośrodka?
Vinh się zjeżył. Ostatnie słowa zostały wypowiedziane przez kobietę z akcentem Rozwiniętych.
-?Ach, dyrektor Reynolt, witam. Nie, to właśnie jest zdumiewające w tym urządzeniu. Jest samodzielne. Jego "źródłem zasilania" wydaje się zestaw metalowych sprężyn. Mechanizm na bazie zegara mechanicznego -?zna pani takie coś? -?zapewnia zarówno kontrolę czasu, jak i zasilanie. Właściwie podejrzewam, że to w zasadzie jedyna metoda, która na tym poziomie zaawansowania może działać przez tak długie okresy zimna.
-?W takim razie co obserwuje ten mechanizm? -?Tym razem odezwał się Diem, z bardzo dobrym pytaniem.
Znowu zadziałała żywa wyobraźnia Vinha. Może Pająki były dużo sprytniejsze, niż się spodziewali. Może jego osłonięta kombinezonem sylwetka pojawi się w ich raportach. A właściwie to może skrzynka została podłączona do jakiegoś rodzaju broni?
-?Nie widzimy żadnego sprzętu typu kamery, brygadzisto. Teraz już dysponujemy dość dobrym obrazem wnętrza skrzynki. Mechanizm przekładni przeciąga taśmę pod czterema rysikami rejestrującymi. -?Te terminy brzmiały jak coś wprost z tekstu o upadłej cywilizacji. -?Przypuszczam, że każdego dnia mechanizm przesuwa odrobinę pasek i rejestruje temperaturę, ciśnienie... i dwa inne parametry, których jeszcze nie jestem pewien. -?Każdego dnia przez ponad dwieście lat. Prymitywni ludzie mieliby problem z wykonaniem mechanizmu z ruchomymi częściami, który pracowałby tak długo, nie mówiąc już o działaniu w niskich temperaturach. -?Mieliśmy szczęście, że aktywował się akurat, gdy przechodziliście obok.
Nastąpiła techniczna dyskusja na temat potencjalnego poziomu zaawansowania tego typu rejestratorów. Diem polecił Benny'emu i pozostałym oświetlić obszar pikosekundowymi błyskami światła. Nic go nie odbiło, w zasięgu wzroku nie było żadnej optyki z soczewkami.
W tym czasie Vinh pozostawał oparty o rampę-schody. Zimno zaczynało przenikać przez jego skafander ciśnieniowy i odzież pod spodem. Sprzętu nie zaprojektowano do długotrwałego kontaktu z materiałem tak dobrze odprowadzającym ciepło. Przesunął się niezręcznie na wąskich stopniach. W ciążeniu prawie równym 1 g takie ćwiczenia szybko robiły się męczące... Jednak nowa pozycja pozwoliła mu wyjrzeć za róg budynku. A z tej strony z okien odpadła część pokrywających je paneli. Vinh wychylił się niepewnie ze schodów, próbując zinterpretować to, co zobaczył w środku. Wszystko pokryte było patyną śniegu z powietrza. W długich rzędach ustawiono sięgające pasa półki lub szafki, a nad nimi metalowe rusztowania z kolejnymi szafkami. Poziomy połączone były pajęczymi schodami. Oczywiście dla Pająków te szafki nie sięgałyby "do pasa". Hmm. U góry leżały luźne obiekty, każdy będący zbiorem płaskich płyt z zawiasem z jednej strony. Niektóre leżały złożone, inne beztrosko rozwarte niczym wachlarze.
Nagłe zrozumienie było jak porażenie prądem i bez namysłu odezwał się na ogólnej częstotliwości:
-?Przepraszam, brygadzisto Diem?
Rozmowa z tymi na górze została przerwana z wyraźnym zaskoczeniem.
-?O co chodzi, Vinh? -?zapytał Diem.
-?Proszę spojrzeć na to, co widzę. Chyba znaleźliśmy bibliotekę.
Ktoś w górze krzyknął radośnie. To mogła być Trixia.
Analiza sygnałów dudników w końcu i tak doprowadziłaby ich do biblioteki, ale odkrycie Ezra stanowiło znaczący skrót.
Z tyłu znajdowały się duże drzwi i wprowadzenie maszyny było proste. Urządzenie obejmowało manipulator z szybkim skanerem. Potrzebowali chwili na dostosowanie go do dziwnego kształtu tych "książek", ale teraz robot przechodził między półkami w oszałamiającym tempie -?centymetra lub dwóch na sekundę -?a dwóch ludzi z zespołu Diema podawało mu do paszczy strumień książek. Przez radio docierały do nich odgłosy uprzejmego sporu. To lądowanie było elementem wspólnego planu w ramach wynegocjowanego harmonogramu, który miał się zakończyć w niecałe sto kilosekund. W tym czasie mogli nie skończyć pracy w bibliotece, nie mówiąc nawet o pozostałych budynkach i wejściu do jaskini. Rozwinięci nie chcieli robić wyjątku dla tego lądowania. Zamiast tego sugerowali sprowadzenie do doliny jednego z ich większych pojazdów i zgarnięcie artefaktów hurtem.
-?Strategię przyczajenia można bez problemu utrzymać -?zabrzmiał męski głos Rozwiniętego. -?Możemy wysadzić ściany doliny i wywołać wrażenie, że potężne lawiny zniszczyły wioskę na dole.
-?Hej, ci goście naprawdę się nie cackają -?skomentował na prywatnym kanale Benny Wen.
Ezr nie odpowiedział. Sugestia Rozwiniętego właściwie była racjonalna, ale... obca. Queng Ho handlowali. Bardziej sadystyczni z nich mogli czerpać przyjemność z rujnowania konkurencji, ale niemal wszyscy chcieli klientów, którzy nie mogli się doczekać następnego strzyżenia. Proste niszczenie lub kradzież były... grubiańskie. I po co to robić, skoro mogli tu wrócić i rozejrzeć się na spokojnie?
Wysoko w górze propozycja Rozwiniętych została uprzejmie odrzucona, a na samej górze listy przyszłych wspólnych przygód umieszczono kolejną misję do tej cudownej doliny.
Diem wysłał Benny'ego i Ezra Vinha do zbadania półek. Biblioteka mogła mieścić sto tysięcy woluminów, zaledwie kilkaset gigabajtów danych, ale i tak było to zdecydowanie za dużo przy czasie, jaki im pozostał. Ostatecznie będą musieli coś powybierać, licząc na znalezienie Świętego Graala tego typu operacji -?książeczki obrazkowej dla dzieci.
W miarę upływu kilosekund Diem wymieniał swoich ludzi między karmieniem skanera, przynoszeniem z górnych pięter książek do odczytu i zwracaniem książek na ich oryginalne miejsca.
Do czasu, gdy nadeszła pora na posiłek Vinha, Bistabilna opadła znacząco ze swojej pozycji w zenicie. Teraz wisiała tuż nad graniami na dalszym końcu doliny, rzucając wzdłuż ulicy cienie budynków. Znalazł sobie wolny od śniegu kawałek gruntu, rozłożył na nim koc izolujący i usiadł. Jego nogi poczuły różnicę. Diem dał im tysiąc pięćset sekund na tę przerwę. Pogrzebał przy ustawieniach podajnika i powoli zjadł kilka batonów owocowych. W radiu słyszał Trixię, była bardzo zajęta. Wciąż nie znaleźli "książeczki obrazkowej dla dzieci", choć udało im się z czymś niemal równie dobrym -?zestawem podręczników do fizyki i chemii. Trixia sądziła, że to jakiegoś typu biblioteka techniczna. W tej chwili rozmawiali na temat możliwości przyśpieszenia skanowania. Trixia uważała, że mają już poprawną grafemiczną analizę systemu pisma, więc mogli teraz przełączyć się na inteligentniejsze odczytywanie.
Od kiedy tylko ją poznał, Ezr wiedział, że Trixia jest inteligentna. Wtedy jednak była tylko klientką specjalizującą się w lingwistyce, polu gruntownie opanowanym przez akademików Queng Ho. Co nowego mogła zaoferować? Teraz... Cóż, słyszał prowadzone w górze rozmowy. Inni specjaliści językowi nieustannie odwoływali się do Trixii. Może nie powinno go to zaskakiwać. O ograniczoną liczbę miejsc w tej wyprawie konkurowała cała cywilizacja Trilandii. Jeśli spośród pięciuset milionów osób wybierze się najlepszych w określonych specjalizacjach... wybrani musieli być naprawdę dobrzy. Duma Vinha z bliskości z nią na chwilę opadła: właściwie to on sięgał wyżej, niż powinien przez powiązanie z nią. Owszem, Ezr był istotnym spadkobiercą rodziny Vinh.23, ale sam w sobie... wcale nie był taki bystry. Co gorsza, wydawało się, że spędza cały swój czas na marzeniach o innych miejscach i innych czasach.
Ten nieprzyjemny tok rozumowania skręcił w częstym kierunku: może tutaj uda mu się dowieść, że wcale nie jest taki niepraktyczny. Pająki mogą być mocno oderwane od swojej pierwotnej cywilizacji. Ich obecny poziom rozwoju może zdecydowanie przypominać zaranie dziejów. Może nawet będzie w stanie zaoferować jakieś spostrzeżenia, które pozwolą flocie na zdobycie skarbu... i zdobędą dla niego Trixię Bonsol. Pogrążył się w radosnych możliwościach, nigdy do końca nie angażując się w szczegóły...
Zerknął na zegarek. Aha, zostało mu jeszcze pięćset sekund! Wstał i zajrzał w głąb wydłużających się cieni, tam, gdzie ulica wspinała się ku zboczu góry. Cały dzień tak bardzo skupiali się na priorytetach misji, że nie mieli okazji się rozejrzeć. Właściwie zatrzymali się tuż przed rozszerzeniem drogi, prawie placem.
W porze jasnej słońca musiało tu być mnóstwo roślinności. Wzgórza pokrywały powykręcane resztki czegoś, co mogło być drzewami. Tu, w dole, natura była starannie kontrolowana: w regularnych odstępach wzdłuż ulicy leżały organiczne pozostałości jakichś ozdobnych roślin. Wokół placu zobaczył kilkanaście takich stert.
Czterysta sekund. Miał czas. Podszedł szybko na skraj placu, a potem ruszył jego brzegiem. Pośrodku kręgu znajdowało się niewielkie wzgórze ze śniegiem osłaniającym dziwne kształty. Kiedy dotarł do drugiej strony, miał światło w oczy. Praca w bibliotece rozgrzała to miejsce do tego stopnia, że z budynku powoli wypływała mgła tymczasowej lokalnej atmosfery. Płynęła przez ulicę, kondensując i osiadając z powrotem na ziemi. Światło Bistabilnej przenikało przez nią w czerwonawych smugach. Pomijając kolor, to prawie mogła być mgła na głównym poziomie tymczasówki jego rodziców w letnią noc. A zbocza doliny mogły być przedziałami tymczasówki. Vinha na chwilę ogarnęła wizja, w której miejsce tak bardzo obce mogło nagle wydać się tak znajome, tak spokojne.
Z powrotem skupił uwagę na środku placu. Ta strona była prawie pozbawiona śniegu. Kryły się tam dziwne kształty, na wpół przesłonięte przez mrok. Podszedł do nich, niewiele myśląc. Ziemia była wolna od śniegu, trzeszczała pod butami jak zmrożony mech. Zatrzymał się i wciągnął powietrze. Ciemne kształty na środku... okazały się posągami. Pająków! Jeszcze kilka sekund i zgłosi swoje odkrycie, ale przez chwilę zdumiewał się tą sceną sam i w ciszy. Oczywiście znali już przybliżony wygląd miejscowych, podczas wcześniejszych lądowań znaleziono proste podobizny, ale -?Vinh podciągnął rozdzielczość obrazowania -?tutaj miał przed sobą naturalnie wyglądające posągi, ze szczegółami odtwarzające postacie z jakiegoś ciemnego metalu. Były tam trzy stworzenia, prawdopodobnie naturalnej wielkości. Słowo "pająk" było elementem codziennego języka, terminem niemal tracącym znaczenie w świetle precyzyjnej analizy. W tymczasówkach dzieciństwa Ezra żyło kilka typów stworzeń kolektywnie nazywanych "pająkami". Niektóre miały sześć nóg, inne osiem, dziesięć lub dwanaście. Jedne były grube i owłosione, inne szczupłe, czarne i jadowite. Te stworzenia wyglądały zdecydowanie jak te szczupłe z dziesięcioma nogami. Jednak albo nosiły ubrania, albo były bardziej kolczaste niż ich drobni imiennicy. Nogi miały owinięte wokół siebie i wszystkie sięgały po coś ukrytego pod nimi. Walczyły, kochały się, robiły coś innego? Tu nawet wyobraźnia Vinha zawiodła.
Jak tu wyglądało, gdy jasno świeciło ostatnie słońce?