Głębia w niebie - Vernor Vinge

-
Proszę czekać

cztery

Oczy­wi­stym tru­izmem jest, że świat robi się naj­przy­jem­niej­szy w latach Gasną­cego Słońca. To prawda, że pogoda nie jest tak inten­sywna, że wszystko ema­nuje wra­że­niem spo­wal­nia­nia, a więk­szość miejsc doświad­cza kilku lat, pod­czas któ­rych lato nie pali, zimy nie są jesz­cze prze­sad­nie mroźne. To kla­syczna pora roman­sów. Czas uwo­dzi­ciel­sko skła­nia­jący wyż­sze stwo­rze­nia do relaksu, odkła­da­nia. Oraz ostat­nia szansa na przy­go­to­wa­nie się do końca świata.

* * *

Dobrym zrzą­dze­niem losu Szre­kan­der Pod­górny wybrał naj­pięk­niej­sze dni Lat Gaśnię­cia na swoją pierw­szą wyprawę do Dowódz­twa Lądo­wego. Szybko zro­zu­miał, że tra­fiło mu się podwójne szczę­ście: krę­tych nad­brzeż­nych dróg nie zapro­jek­to­wano z myślą o auto­mo­bi­lach, a on sam wcale nie był tak dobrym kie­rowcą, za jakiego się uwa­żał. Nie­jed­no­krot­nie wcho­dził w ostry zakręt z nie­pra­wi­dłowo przy­ło­żo­nym pasem napę­do­wym sil­nika i tylko kie­row­nica oraz hamulce powstrzy­my­wały go przed wyle­ce­niem w mgli­sty błę­kit Wiel­kiego Morza (choć nie­wąt­pli­wie upa­dek byłby krót­szy, koń­cząc się w lesie poni­żej, to sku­tek byłby rów­nie śmier­telny).

Uwiel­biał to. W ciągu kilku godzin opa­no­wał obsługę maszyny i teraz, gdy wychy­lał się na dwóch kołach, robił to pra­wie celowo. Jazda była cudowna. Miej­scowi nazy­wali tę drogę Dumą Zgody, a rodzina kró­lew­ska ni­gdy nie odwa­żyła się pro­te­sto­wać. Był sam śro­dek lata. Las miał pełne trzy­dzie­ści lat, w zasa­dzie będąc tak stary, jak tylko mogły być drzewa, z zie­lo­nymi koro­nami wysoko nad pro­stymi pniami rosną­cymi pra­wie przy samym brzegu drogi. Do grzędy kie­rowcy docie­rała woń kwia­tów i leśnej żywicy.

Nie widział wielu innych cywil­nych aut. Napo­ty­kał mnó­stwo wozów cią­gnię­tych przez ospre­chy, tro­chę cię­ża­ró­wek oraz nie­przy­jem­nie dużą liczbę kon­wo­jów woj­sko­wych. Cywile reago­wali na niego cudowną mie­szanką emo­cji: iry­ta­cją, roz­ba­wie­niem, zazdro­ścią. Jesz­cze czę­ściej niż w oko­li­cach Prin­ce­ton widy­wał dziewki w ciąży i face­tów z dzie­siąt­kami dzie­cię­cych bąbli na ple­cach. Macha­nie nie­któ­rych zdra­dzało zazdrość o coś wię­cej niż tylko auto­mo­bil Szreka. A cza­sami to ja zazdrosz­czę im. Przez chwilę bawił się tą myślą, nie pró­bu­jąc jej racjo­na­li­zo­wać. Instynkt był czymś bar­dzo fascy­nu­ją­cym, zwłasz­cza gdy przyj­rzeć mu się od środka.

Mijały mile. Choć jego ciało i zmy­sły lubo­wały się jazdą, w głębi umysł Szre­kan­dra nie­ustan­nie pra­co­wał: uni­wer­sy­tet, jak prze­ko­nać Dowódz­two Lądowe do swo­jego planu oraz nie­zli­czone spo­soby, na jakie można by ulep­szyć auto­mo­bil. Póź­nym popo­łu­dniem pierw­szego dnia doje­chał do małego mia­sta w lesie. Antyczna tablica gło­siła NOCNA GŁĘ­BIA: Szre­kan­der nie był pewien, czy to nazwa miej­sca, czy zwy­kły opis.

Zatrzy­mał się przed miej­sco­wym kowa­lem. Kowal przy­wi­tał go takim samym dziw­nym uśmiesz­kiem, jak nie­któ­rzy ludzie mijani na dro­dze.

-?Ładny macie auto­mo­bil, panie.

Wła­ści­wie to był bar­dzo ładny i drogi auto­mo­bil, nowiu­teńki Rel­me­itch. Zde­cy­do­wa­nie wykra­czał poza moż­li­wo­ści finan­sowe prze­cięt­nego stu­denta. Szre­kan­der wygrał go w kasy­nie dwa dni temu. Miał w tym sporo szczę­ścia. Jego wygląd był dobrze znany w jaski­niach hazardu w całym Prin­ce­ton. Gil­dia wła­ści­cieli poin­for­mo­wała go, że jeśli jesz­cze raz przy­ła­pią go na grze w mie­ście, poła­mią mu wszyst­kie ręce. I tak był już gotów opu­ścić mia­sto... i naprawdę bar­dzo chciał poeks­pe­ry­men­to­wać z auto­mo­bilami.

Kowal obszedł maszynę, uda­jąc podzi­wia­nie srebr­nego obra­mo­wa­nia i obro­to­wych cylin­drów.

-?To co, tro­chę daleko was zanio­sło od domu, co? Co zro­bi­cie, jak prze­sta­nie dzia­łać?

-?Kupię tro­chę ben­zyny?

-?Ach, mamy ją. Potrzebna do nie­któ­rych sprzę­tów rol­ni­czych. Ale nie, co będzie, jak się wasza maszyna zepsuje? Wie pan, wszyst­kie to robią. Są dość deli­katne, nie tak jak zwie­rzęta pocią­gowe.

Szre­kan­der uśmiech­nął się sze­roko. Zauwa­żył kadłuby kilku samo­cho­dów w lesie za kuź­nią. Tra­fił we wła­ściwe miej­sce.

-?To może być pro­blem. Ale widzi pan, mam parę pomy­słów. To robota ze skórą i meta­lem, która może pana zain­te­re­so­wać.

Przed­sta­wił dwa z pomy­słów, które przy­szły mu do głowy tego popo­łu­dnia, rze­czy, któ­rych wyko­na­nie powinno być pro­ste. Kowal nie pro­te­sto­wał, bar­dzo chętny do robie­nia inte­re­sów z sza­leń­cem. Jed­nak Szre­kan­der musiał zapła­cić z góry. Na szczę­ście waluta Banku Prin­ce­ton była dla niego akcep­to­walna.

Póź­niej Pod­górny prze­je­chał przez małe mia­steczko, szu­ka­jąc gospody. Na pierw­szy rzut oka było to spo­kojne miej­sce do życia sto­jące poza upły­wem czasu. Był tam tra­dy­cyjny kościół Mroku, tak skromny i wybla­kły, jak powi­nien o tej porze. Gazety sprze­da­wane przy poczcie pocho­dziły sprzed trzech dni. Ich nagłówki były duże i czer­wone, krzy­czały o woj­nie oraz inwa­zji, ale kon­woje Dowódz­twa Lądo­wego prze­ta­cza­jące się główną drogą nie wzbu­dzały więk­szej uwagi.

Oka­zało się, że Nocna Głę­bia jest zbyt mała na gospodę. Wła­ści­ciel poczty dał mu namiary na kilka domów ofe­ru­ją­cych wyna­jem pokoi. W miarę jak słońce zaczęło opa­dać w stronę oce­anu, Szre­kan­der jeź­dził po oko­licy, zagu­biony zwie­dza­jąc oko­licę. Las był piękny, ale nie zosta­wiał wiele miej­sca na uprawę. Miej­scowi utrzy­my­wali się czę­ściowo z han­dlu, ale też ciężko pra­co­wali w swoim gór­skim ogro­dzie... i zostały im naj­wy­żej trzy lata dobrych sezo­nów upra­wo­wych, zanim mrozy zro­bią się zabój­cze. Lokalne spi­chle­rze wyglą­dały na pełne, a mię­dzy wzgó­rzami nie­ustan­nie wędro­wały wozy. Gminna głę­bia znaj­do­wała się gdzieś tam w górę, jakieś pięt­na­ście mil od osady. Nie była duża, ale obsłu­gi­wała więk­szość miesz­kań­ców oko­licy. Jeśli ci ludzie nie zbiorą teraz dość, z pew­no­ścią umrą z głodu w ciągu pierw­szych, trud­nych lat Wiel­kiego Mroku. Nawet w roz­wi­nię­tej cywi­li­za­cji nie można było liczyć na miło­sier­dzie dla spraw­nych osób, które nie odkła­dały na te lata.

Zachód słońca zastał go na wznie­sie­niu z wido­kiem na ocean. Zie­mia opa­dała stromo z trzech stron, od połu­dnia w nie­wielką, zaro­śniętą drze­wami dolinę. Na grzbie­cie za dolinką stał dom wyglą­da­jący jak jeden z opi­sa­nych przez kie­row­nika poczty. Ale Szre­kowi wcale się nie śpie­szyło, to był naj­pięk­niej­szy widok, jaki zoba­czył tego dnia. Przy­glą­dał się, jak tar­tany ciem­nieją w ogra­ni­czone kolory w miarę zani­ka­nia słońca za hory­zon­tem.

Potem zawró­cił i ruszył w dół stro­mej drogi do zaro­śnię­tej doliny. Zamknęły się nad nim korony drzew... i zajął się naj­trud­niej­szą jazdą tego dnia, choć poru­szał się wol­niej, niż ktoś mógłby tu iść. Auto zapa­dało się i zjeż­dżało w głę­bo­kie na stopę kole­iny. Od ugrzęź­nię­cia na dobre uchro­niły go głów­nie cią­że­nie i szczę­ście. Do czasu dotar­cia do stru­mie­nia na dole Szre­kan­der poważ­nie zasta­na­wiał się, czy nie będzie musiał tu zosta­wić swo­jej nowej lśnią­cej maszyny. Roz­glą­dał się. Droga nie była porzu­cona, kole­iny po wóz­kach były świeże.

Lekka wie­czorna bryza przy­nio­sła smród odpad­ków i gni­ją­cych śmieci. Wysy­pi­sko? Dziw­nie byłoby spo­tkać coś takiego w głu­szy. Przed sobą widział sterty nie­okre­ślo­nych odpad­ków, ale był tam też czę­ściowo ukryty za drze­wami roz­pa­da­jący się dom. Miał powy­krzy­wiane ściany, jakby drewno do budowy nie zostało odpo­wied­nio wysu­szone. Jego dach się zapa­dał, a dziury poza­ty­kano wikliną. Trawa mię­dzy drogą a domem została wyje­dzona, co mogło tłu­ma­czyć odpadki: w pobliżu stru­mie­nia uwią­zano kilka ospre­chów, tro­chę w górę stru­mie­nia wzglę­dem domu.

Szre­kan­der sta­nął. Kole­iny drogi zni­kały w stru­mie­niu dwa­dzie­ścia stóp przed autem. Przez chwilę tylko się im przy­glą­dał, przy­tło­czony. Musieli tu miesz­kać rze­tel­nie zaco­fani ludzie, cał­ko­wi­cie obcy wszyst­kiemu, co widział wycho­wany w mie­ście Szre­kan­der Pod­górny. Zaczął wysia­dać z samo­chodu. Jakie musieli mieć per­spek­tywy! Czego mógł się od nich dowie­dzieć? A potem dotarło do niego, że jeśli ich spoj­rze­nie na świat będzie dosta­tecz­nie odmienne, ci obcy ludzie mogą nie ucie­szyć się z jego obec­no­ści.

Zresztą... Szre­kan­der osiadł z powro­tem na grzę­dzie i pew­nie chwy­cił kie­row­nicę, regu­la­cję prze­pust­nicy i hamul­ców. Obser­wo­wały go nie tylko ospre­chy. Rozej­rzał się na wszyst­kie strony oczami w pełni dosto­so­wa­nymi już do zmierz­chu. Była ich dwójka. Cza­ili się w cie­niach po obu stro­nach. Nie zwie­rzęta, nie ludzie. Dzieci? Miały może pięć i dzie­sięć lat, to mniej­sze wciąż z dzie­cin­nymi oczami. Ich spoj­rze­nie było zwie­rzęce, dra­pieżne. Pode­szły bli­żej do auta.

Szre­kan­der zwięk­szył obroty sil­nika i ruszył ostro. Tuż przed dotar­ciem do stru­mie­nia zauwa­żył trze­cią syl­wetkę -?tym razem więk­szą -?ukry­wa­jącą się w drze­wach nad wodą. Może to i dzieci, ale cze­kało go poważne star­cie z grą w zacza­je­nie i ude­rze­nie. Szre­kan­der mocno wykrę­cił kie­row­nicę w prawo, wyska­ku­jąc z kolein. Zna­lazł się poza drogą... ale czy na pewno? Przed sobą zoba­czył nie­wy­raźne wydra­pane rowki: praw­dziwy bród!

Wje­chał w stru­mień, roz­pry­sku­jąc wodę wysoko na obie strony. Ten duży w drze­wach sko­czył. Jedną długą ręką zadra­pał bok auta, ale wylą­do­wał z boku trasy Szre­kan­dra. A potem Pod­górny dotarł do dru­giego brzegu i pędził w górę zbo­cza. Praw­dziwa pułapka skoń­czy­łaby się tu w śle­pym zaułku, ale droga pro­wa­dziła dalej, a jego sza­leń­cza jazda mimo wszystko nie wywró­ciła pojazdu na bok. Nastą­pił jesz­cze jeden naprawdę prze­ra­ża­jący moment, gdy wyło­nił się spo­mię­dzy drzew. Droga zro­biła się bar­dziej stroma i Rel­me­itch na chwilę odchy­lił się do tyłu, obra­ca­jąc się na tyl­nych kołach. Szre­kan­der rzu­cił się z grzędy do przodu, a samo­chód opadł z powro­tem i wspiął się na grzbiet wzgó­rza.

Zna­lazł się pod domem widzia­nym z dru­giej strony doliny, zapar­ko­wał pod gwiaz­dami i w reszt­kach świa­tła zmierz­chu.

Wyłą­czył sil­nik i przez chwilę sie­dział, łapiąc oddech i słu­cha­jąc krwi pul­su­ją­cej w piersi. Pano­wała cisza. Obej­rzał się: nikt go nie ści­gał. Zresztą teraz, gdy o tym pomy­ślał... to było dziwne. Gdy się wcze­śniej obej­rzał, ten duży powoli wycho­dził ze stru­mie­nia, a pozo­stałe dwa już się odwró­ciły, jakby stra­ciły zain­te­re­so­wa­nie.

Znaj­do­wał się przy domu widzia­nym ze wzgó­rza. W oknach od przodu poja­wiło się świa­tło, a potem otwo­rzyły się drzwi i na ganek wyszła stara kobieta.

-?Kto tu jest? -?zapy­tała moc­nym gło­sem.

-?Lady Enc­le­arre? -?ode­zwał się dość piskli­wie Szrek. -?Dosta­łem pani adres od poczmi­strza. Powie­dział, że ma pani pokój do wyna­ję­cia na noc.

Pode­szła od strony kie­rowcy i obej­rzała go z góry na dół.

-?To prawda. Ale jest pan za późno na kola­cję. Będzie się pan musiał zado­wo­lić zim­nymi prze­ką­skami.

-?Ach. Nic nie szko­dzi, nic nie szko­dzi.

-?Dobrze. Zapra­szam do środka. -?Zaśmiała się i mach­nęła ręką w stronę doliny, z któ­rej udało się Szre­kan­drowi uciec. -?Prze­by­łeś długą drogę, synu.

* * *

Pomimo zapo­wie­dzi Lady Enc­le­arre dobrze go nakar­miła. Potem usie­dli w jej salo­nie i roz­ma­wiali. Miej­sce było czy­ste, choć zużyte. Nie napra­wiono ugi­na­ją­cej się pod­łogi, a miej­scami odpa­dała farba. Dom wyraź­nie dobie­gał końca swo­jego czasu. Jed­nak słaby blask lamp ujaw­nił regał z książ­kami sto­jący mię­dzy oknami. Mie­ścił około stu pozy­cji, głów­nie pod­ręcz­ni­ków dla dzieci. Stara kobieta (a była naprawdę stara, uro­dzona dwa poko­le­nia wcze­śniej od Szreka) była eme­ry­to­waną gminną nauczy­cielką. Jej mąż nie prze­trwał ostat­niego Mroku, ale miała doro­słe dzieci -?teraz już doro­słych chło­pów żyją­cych pośród oko­licz­nych wzgórz.

* * *

Lady Enc­le­arre w niczym nie przy­po­mi­nała miej­skiej nauczy­cielki.

-?Och, tro­chę podró­żo­wa­łam. Kiedy byłam młod­sza od pana, żeglo­wa­łam po zachod­nim morzu.

Żeglarka! Szre­kan­der z nie­ukry­wa­nym zachwy­tem słu­chał jej opo­wie­ści o hura­ga­nach, lodo­wych zawie­jach i wybu­chach lodo­wych gór. Nie­wielu ludzi było dość sza­lo­nych, by zostać żegla­rzami, nawet w Latach Gaśnię­cia. Lady Enc­le­arre miała szczę­ście, że prze­żyła dość długo, by doro­bić się dzieci. Może wła­śnie dla­tego w kolej­nym poko­le­niu osia­dła i zajęła się ucze­niem, poma­ga­jąc mężowi wycho­wy­wać malu­chy. Każ­dego roku stu­dio­wała pod­ręcz­niki do następ­nej klasy, pozo­sta­jąc o rok przed dziećmi gminy, aż do ich doro­sło­ści.

W tej Jasno­ści nauczała kolejne poko­le­nie. Kiedy doro­sło, zaczął jej doskwie­rać wła­sny wiek. Wielu ludzi doży­wało trze­ciego poko­le­nia, ale nie­wielu potra­fiło je całe prze­żyć. Lady Enc­le­arre była zde­cy­do­wa­nie zbyt słaba, by mogła sama przy­go­to­wać się na nad­cho­dzący Mrok. Jed­nak miała swój kościół i pomoc dzieci, więc będzie miała szansę zoba­czyć czwarty Czas Jasno­ści. A na razie zaj­mo­wała się plot­ko­wa­niem i lek­turą. Oka­zy­wała nawet zain­te­re­so­wa­nie wojną, choć tylko jako cie­kawy widz.

-?Jak dla mnie to powin­ni­śmy wsa­dzić Tie­fe­rom tunel w zadek. Mam w For­cie dwie pra­sio­strze­nice i jestem z nich bar­dzo dumna.

Słu­cha­jąc jej, Szre­kan­der wyglą­dał przez sze­ro­kie, dobrze oszklone okna Lady Enc­le­arre. Tu gwiazdy świe­ciły tak jasno tysią­cem kolo­rów, że roz­ja­rzały nawet słabo sze­ro­kie liście w lesie na wzgó­rzach. W okna nie­ustan­nie ude­rzały drobne leśne wróżki, a z oko­licz­nych drzew docho­dziła ich ryt­miczna pieśń.

Nie­spo­dzie­wa­nie ode­zwał się bęben. Był gło­śny, z wibra­cjami docie­ra­ją­cymi przez czubki stóp i pierś w rów­nym stop­niu co przez uszy. Doszło kolejne dud­nie­nie, wcho­dząc w syn­chro­ni­za­cję z pierw­szym i od niego dry­fu­jąc.

Lady Enc­le­arre zamil­kła, wsłu­chu­jąc się w odgłosy.

-?Oba­wiam się, że to może trwać godzi­nami.

-?Sąsie­dzi? -?Szre­kan­der mach­nął na pół­noc, w stronę małej doliny. Cie­kawe, że poza wcze­śniej­szym komen­ta­rzem o "przy­by­ciu z daleka" nie powie­działa nic na temat tych dziw­nych ludzi w dolince.

...I może teraz też tego nie zrobi. Lady Enc­le­arre zaskrzy­piała na swo­jej grzę­dzie, jej pierw­sza dłuż­sza chwila ciszy, od kiedy tu dotarł.

-?Zna pan bajkę o Leni­wych Leśnych Wróż­kach? -?zapy­tała w końcu.

-?Oczy­wi­ście.

-?Robi­łam z niej ważną część kate­chi­zmu, zwłasz­cza dla pię­cio- i sze­ścio­lat­ków. Potra­fią się odnieść do świersz­czy, bo wyglą­dają jak mali ludzie. Obser­wo­wa­li­śmy, jak rosną im skrzy­dła, i opo­wia­da­łam im o tych, które nie przy­go­to­wują się na Mrok, tych, które się bawią, aż robi się za późno. Można z tego zro­bić straszną histo­rię. -?Zasy­czała gniew­nie w swoje jedze­niowe ręce. -?Jeste­śmy tu bar­dzo biedni. Dla­tego poszłam na morze i dla­tego w końcu wró­ci­łam, żeby spró­bo­wać pomóc. Były takie lata, że całą moją zapłatą za ucze­nie były weksle rol­ni­ków. Ale chcę, żebyś wie­dział, młody czło­wieku, że jeste­śmy dobrymi ludźmi... Tylko że cza­sami zda­rza się, że jakieś chłopy i baby wybie­rają życie szkod­ni­ków. Bar­dzo nie­wielu i prze­waż­nie głę­biej mię­dzy wzgó­rzami.

Szre­kan­der opi­sał pułapkę na dnie dolinki.

Lady Enc­le­arre poki­wała głową.

-?Domy­śli­łam się, że było to coś takiego. Przy­je­chał pan tu, jakby się za panem paliło. Miał pan szczę­ście, że wydo­stał się z tego z autem, ale nie gro­ziło panu wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo. To gdyby pan się przy nich nie ruszał, mogliby pana sko­pać na śmierć, ale w zasa­dzie są zbyt leniwi, żeby sta­no­wić poważne zagro­że­nie.

Oj. Praw­dziwi dewianci. Szre­kan­der pró­bo­wał ukryć odczu­wane zain­te­re­so­wa­nie.

-?A ten hałas to...?

Enc­le­arre mach­nęła lek­ce­wa­żąco.

-?Może muzyka. Myślę, że jakiś czas temu zdo­byli zapas moc­niej­szych dopa­la­czy. Ale to tylko objaw... nawet jeśli cza­sami nie daje mi spać w nocy. Nie. Wie pan, co naprawdę czyni z nich szkod­niki? Nie pla­nują na Mrok... i ska­zują wła­sne dzieci. Ta para w dolince to ludzie ze wzgórz, któ­rzy nie mieli cier­pli­wo­ści do uprawy roli. Cza­sami coś robili, cho­dząc od gospo­dar­stwa do gospo­dar­stwa i pra­cu­jąc tylko, gdy nie mogli niczego ukraść. W środ­ko­wych latach słońca życie jest łatwe. A przez cały ten czas się pusz­czali, robiąc cią­gły stru­mień malu­chów... Jest pan młody, panie Pod­górny, może tro­chę chro­niony. Nie wiem, czy zdaje sobie pan sprawę, jak trudno jest zapłod­nić kobietę przed Latami Gaśnię­cia. Wycho­dzi z tego jeden albo dwa małe bąble... a każda przy­zwo­ita kobieta je zerwie. Tylko że szkod­niki w doli­nie rżną się ze sobą przez cały czas. Facet zawsze nosi na ple­cach jeden czy dwa bąble. Bogu dzięki, pra­wie zawsze umie­rają. Ale raz na jakiś czas dora­stają do etapu nie­mow­ląt. Nie­wiele dożywa do dzie­ciń­stwa, ale wtedy przez lata są trak­to­wane jak zwie­rzęta. Więk­szość jest kom­plet­nymi idio­tami.

Szre­kan­der przy­po­mniał sobie dra­pieżne spoj­rze­nia. Te malu­chy były tak bar­dzo różne od tego, co pamię­tał z dzie­ciń­stwa.

-?Ale z pew­no­ścią jakieś ucie­kają? Któ­reś doży­wają doro­sło­ści?

-?Nie­które tak. Wtedy robią się nie­bez­pieczne, bo poj­mują, co je omi­nęło. Cza­sami robi się tu nie­przy­jem­nie. Kie­dyś hodo­wa­łam mini­ta­ranty; wie pan, do towa­rzy­stwa i zaro­bie­nia paru gro­szy, ale wszyst­kie zostały skra­dzione albo znaj­do­wa­łam na scho­dach ich wyssane do sucha kor­pusy. -?Przez jakiś czas mil­czała, wspo­mi­na­jąc je. -?Idio­tom wpa­dają w oczy bły­skotki. Przez jakiś czas był tu gang, który wymy­ślił, jak wła­mać się do mojego domu. Kra­dli głów­nie cukierki. A potem jed­nego dnia ukra­dli wszyst­kie obrazy, nawet te z ksią­żek. Potem już solid­nie zamy­ka­łam drzwi. W jakiś spo­sób wła­mali się ponow­nie... i zabrali resztę moich ksią­żek! Wciąż wtedy jesz­cze uczy­łam i bar­dzo ich potrze­bo­wa­łam. Gminna kon­stabl zgar­nęła ich za to, ale oczy­wi­ście nie zna­la­zła żad­nych ksią­żek. Musia­łam kupić nowe pod­ręcz­niki nauczy­ciel­skie na dwa ostat­nie lata szkoły. -?Mach­nęła w stronę gór­nych rzę­dów regału, na zużyte kopie kil­ku­na­stu ksią­żek. Te na dol­nych pół­kach też wyglą­dały na pod­ręcz­niki aż do pierw­szych klas, ale były nowe i nie­tknięte. Dziwne.

Podwójne bęb­nie­nie zgu­biło syn­chro­ni­za­cję, a potem powoli wyga­sło w ciszę.

-?Tak więc, panie Pod­górny, nie­które z uro­dzo­nych poza fazą malu­chów doży­wają doro­sło­ści. I pra­wie mogą ucho­dzić za chło­pów z bie­żą­cego poko­le­nia. W pewien spo­sób stają się szkod­ni­kami następ­nego poko­le­nia. Za parę lat sytu­acja zrobi się nie­przy­jemna. Tak jak leniwe leśne wróżki, ci ludzie zaczną odczu­wać zimno. Bar­dzo nie­wielu trafi do gmin­nej głębi. Reszta pozo­sta­nie wśród wzgórz. Wszę­dzie tu są jaski­nie, nie­wiele lep­sze od głębi zwie­rząt. Tam wła­śnie nasi naj­bied­niejsi far­me­rzy spę­dzają Mrok. Tam wła­śnie poza­fa­zowe szkod­niki robią się śmier­tel­nie nie­bez­pieczne.

Sta­ruszka zauwa­żyła jego spoj­rze­nie. Uśmiech­nęła się dra­pież­nie.

-?Wąt­pię, żebym zoba­czyła kolejny Blask słońca, ale to nie szko­dzi. Moje dzieci przejmą tę zie­mię. Jest tu ładny widok, może zbu­dują gospodę. Ale jeśli prze­żyję Mrok, posta­wię tu małą budkę i wysta­wię wielki znak pro­wa­dzący do naj­star­szej baby żyją­cej w gmi­nie... I będę patrzeć z góry na dolinę. Mam nadzieję, że wymyje ją do czy­sta. Jeśli szkod­niki wrócą, to pew­nie dla­tego, że wymor­dują rodzinę jakie­goś bied­nego rol­nika i przejmą jego głę­bię.

* * *

Póź­niej Lady Enc­le­arre skie­ro­wała roz­mowę na inne tematy, pyta­jąc o życie w Prin­ce­ton i dzie­ciń­stwo Szreka. Powie­działa, że teraz, gdy zdra­dziła mroczne sekrety gminy, powi­nien jej wyja­wić, co robił, jadąc auto­mo­bi­lem do Dowódz­twa Lądo­wego.

-?Cóż, myśla­łem o zgło­sze­niu się. -?Tak naprawdę Szre­kan­der zamie­rzał prze­ko­nać Dowódz­two do przy­ję­cia jego pla­nów, nie odwrot­nie. Takie podej­ście do życia dopro­wa­dzało pro­fe­so­rów na uni­wer­sy­te­cie do sza­leń­stwa.

-?Hmm, hmm. Daleka droga do prze­by­cia, skoro mógł się pan zgło­sić na służbę w samym Prin­ce­ton. Zauwa­ży­łam, że bagaż z tyłu pań­skiego auta jest nie­mal tak wielki jak rol­ni­czy wózek. -?Z cie­ka­wo­ścią zama­chała jedze­nio­wymi rękami.

Szre­kan­der tylko się uśmiech­nął.

-?Przy­ja­ciele ostrze­gli mnie, żebym zabrał dużo czę­ści zamien­nych, jeśli chcę zwie­dzać Dumę Zgody auto­mo­bi­lem.

-?No tak, nie wąt­pię. -?Wstała z pew­nym wysił­kiem, pod­pie­ra­jąc się zarówno środ­ko­wymi rękami, jak i sto­pami. -?Cóż, ta sta­ruszka potrze­buje tro­chę snu, nawet w tak miły letni wie­czór w tak dobrym towa­rzy­stwie. Śnia­da­nie będzie w oko­li­cach wschodu.

Zapro­wa­dziła go do pokoju, upie­ra­jąc się przy wej­ściu na schody, by poka­zać mu, jak otwo­rzyć okna i roz­ło­żyć grzędę do spa­nia. Pokój był nie­wielki, z tapetą odpa­da­jącą ze sta­ro­ści. Kie­dyś musiał być prze­zna­czony dla dzieci.

-?Wygódka jest na zewnątrz, za domem. Nie mamy tu miej­skich luk­su­sów, panie Pod­górny.

-?Pora­dzę sobie, droga pani.

-?No to dobrej nocy.

Zaczęła już scho­dzić na dół, gdy przy­szło mu do głowy jesz­cze jedno pyta­nie. Zawsze było jesz­cze jedno pyta­nie. Wysu­nął głowę zza drzwi sypialni.

-?Ma pani teraz tyle ksią­żek, Lady Enc­le­arre. Czy gmina kupiła pani w końcu pozo­stałe?

Zatrzy­mała się w ostroż­nym scho­dze­niu po scho­dach i roze­śmiała cicho.

-?Tak, po latach. I to też nie­zła opo­wieść. To nowy ksiądz w naszej para­fii, nawet jeśli drogi chłop nie chce się do tego przy­znać. Musiał wydać na to wła­sne pie­nią­dze. Ale któ­re­goś dnia poja­wiła się pod moimi drzwiami prze­syłka, pro­sto od wydaw­ców w Prin­ce­ton, z nowymi kopiami pod­ręcz­ni­ków nauczy­ciel­skich dla każ­dej klasy. -?Mach­nęła ręką. - Głup­tas. Ale wszyst­kie te książki tra­fią ze mną do głębi. Dopil­nuję, by tra­fiły do tego, kto będzie uczył następne poko­le­nie gmin­nych dzieci. - I ruszyła dalej w dół scho­dów.

Szre­kan­der usa­do­wił się na grzę­dzie do spa­nia, popra­wia­jąc się, aż jej nie­równa wyściółka wygod­nie się uło­żyła. Był bar­dzo zmę­czony, ale sen nie chciał przyjść. Okna małego pokoju wycho­dziły na dolinę. Świa­tło gwiazd odbi­jało kolor spa­lo­nego drewna od wąskiej strużki dymu. Dym emi­to­wał swoje wła­sne cie­mon­czer­wone świa­tło, ale nie niósł ze sobą iskier żywego ognia. Pew­nie nawet dewianci sypiają.

Od drzew wokół docho­dziły dźwięki leśnych wró­żek, drob­nych stwo­rzeń parzą­cych się i zbie­ra­ją­cych żyw­ność. Szre­kan­der poża­ło­wał, że nie ma czasu na tro­chę ento­mo­lo­gii. Brzę­cze­nie stwo­rzeń nara­stało i cichło. Kiedy był mały, sły­szał histo­rię o leni­wych leśnych wróż­kach, ale pamię­tał też głu­pie wier­szyki, które ukła­dali do wróż­ko­wej muzyki. "Tu cie­ka­wie, tam cie­ka­wie, świat poznajmy przy zaba­wie". Zabawna pio­se­neczka jakby ukry­wała się za ryt­micz­nym dźwię­kiem.

Słowa i nie­koń­cząca się melo­dia w końcu uko­ły­sały go do snu.

pięć

Szre­kan­der dotarł do Dowódz­twa Lądo­wego po dwóch kolej­nych dniach. Mogłoby to potrwać dłu­żej, gdyby nie to, że prze­pro­jek­to­wany przez niego pas trans­mi­syjny auta pozwo­lił mu na bez­piecz­niej­sze poko­ny­wa­nie zakrę­tów. Mogłoby to też zająć mniej czasu, gdyby nie trzy awa­rie, któ­rych doznał po dro­dze, włącz­nie z pęk­nię­ciem cylin­dra. Kiedy mówił Lady Enc­le­arre, że jego bagaż mie­ści czę­ści zamienne, raczej sta­rał się unik­nąć odpo­wie­dzi, niż ją okła­my­wać. Naprawdę miał ich tam tro­chę: rze­czy, któ­rych nie zdo­łałby stwo­rzyć samo­dziel­nie w jakiejś wiej­skiej kuźni.

Było późne popo­łu­dnie, gdy poko­nał ostatni zakręt i pierw­szy raz zoba­czył długą dolinę miesz­czącą Dowódz­two Lądowe. Roz­cią­gało się na wiele mil, wgry­za­jąc się pro­sto w góry, ze ścia­nami doliny tak wyso­kimi, że czę­ści jej dna już kryły się w zmierz­chu. Odle­gły koniec zro­bił się błę­kit­nawy z odda­le­nia, a ze szczy­tów powy­żej maje­sta­tycz­nie i wolno spły­wały Kró­lew­skie Wodo­spady. Tury­ści nie mieli szans zbli­żyć się do nich bar­dziej. Prawa do tej ziemi i leżą­cej pod górą głębi miała rodzina kró­lew­ska, nale­żały do niej od cza­sów, gdy było to jesz­cze księ­stwo z ambi­cjami, czter­dzie­ści Mro­ków temu.

Szre­kan­der zjadł dobry posi­łek w ostat­niej małej gospo­dzie, zatan­ko­wał auto i skie­ro­wał się ku tere­nom kró­lew­skim. List od kuzyna pozwo­lił mu poko­nać zewnętrzne punkty kon­tro­lne. Otwarto przed nim szla­bany, a znu­dzeni żoł­nie­rze w burej zie­leni pozwo­lili mu prze­je­chać. Były tam koszary, place defi­la­dowe oraz -?ukryte za potęż­nymi nasy­pami -?maga­zyny amu­ni­cji. Jed­nak Dowódz­two Lądowe ni­gdy nie było zwy­kłą insta­la­cją woj­skową. Pod­czas wcze­snych dni Zgody były to głów­nie kró­lew­skie place zabaw, ale póź­niej, poko­le­nie za poko­le­niem, admi­ni­stra­cja rzą­dowa robiła się coraz bar­dziej sta­teczna, racjo­nalna i pozba­wiona roman­ty­zmu. Dowódz­two Lądowe doro­sło do swej nazwy i stało się sie­dzibą głów­nego sztabu Zgody. A póź­niej prze­ro­dziło się w coś jesz­cze więk­szego: ośro­dek najbar­dziej zaawan­so­wa­nych badań woj­sko­wych Zgody.

I to wła­śnie naj­bar­dziej inte­re­so­wało Szre­kan­dra Pod­gór­nego. Nie zwal­niał, żeby się gapić: żan­dar­me­ria woj­skowa bar­dzo sta­now­czo naka­zała mu udać się wprost do ofi­cjal­nego celu. Z dru­giej strony nikt nie zabra­niał mu roz­glą­dać się na wszyst­kie strony, obra­ca­jąc się przy tym lekko na grzę­dzie. Jedy­nym, co pozwa­lało na iden­ty­fi­ka­cję budyn­ków, były dys­kret­nie roz­miesz­czone pla­kietki z nume­rami, choć prze­zna­cze­nie nie­któ­rych było dość oczy­wi­ste. Tele­gra­fia bez­prze­wo­dowa: dłu­gie baraki pełne naj­dziw­niej­szych masz­tów radio­wych. Heh, jeśli wszystko zor­ga­ni­zo­wano, jak należy, budy­nek obok powi­nien mie­ścić aka­de­mię szy­fran­tów. Z dru­giej strony drogi roz­cią­gało się pole asfaltu gład­szego od jakiej­kol­wiek drogi. Nie było niczym dziw­nym, że na jego dal­szym końcu stały dwa jed­no­skrzy­dłowe samo­loty. Szre­kan­der dużo by oddał, by zoba­czyć, co kryło się za nimi, pod bre­zen­tami. Jesz­cze dalej z traw­nika przed budyn­kiem wysta­wał stromo pysk wiel­kiej maszyny tune­lu­ją­cej. Nie­moż­liwy kąt urzą­dze­nia wywo­ły­wał wra­że­nie szyb­ko­ści i prze­mocy, do jakiej miałby być zdolny ten naj­wol­niej­szy śro­dek loko­mo­cji.

Zbli­żał się do końca doliny. Góro­wały nad nim Kró­lew­skie Wodo­spady, roz­cią­ga­jąc w powie­trzu tęczę tysiąca barw. Minął coś, co zapewne było biblio­teką, obje­chał krąg par­kin­gowy w kró­lew­skich kolo­rach i stan­dar­dową rzeźbę Się­ga­nia po Zgodę. Kamienne budynki wokół kręgu two­rzyły szcze­gólną część mistyki Dowódz­twa Lądo­wego. Dzięki zło­że­niu szczę­ścia i osłony potra­fiły prze­trwać każde Nowe Słońce z nie­wiel­kimi uszko­dze­niami, nie pło­nęła nawet ich zawar­tość.

Treść tablicy gło­siła BUDY­NEK 5007. Biuro Badań Mate­ria­łów, według wska­zó­wek wrę­czo­nych mu przez war­tow­nika. Dobrym zna­kiem było to, że znaj­do­wało się w samym środku wszyst­kiego. Zapar­ko­wał mię­dzy dwoma innymi auto­mo­bi­lami, które stały już na pobo­czu ulicy. Lepiej się nie wyróż­niać.

Wcho­dząc po scho­dach, zauwa­żył, że słońce zacho­dzi nie­mal dokład­nie tam, skąd przy­je­chał. Było już poni­żej naj­wyż­szych grani. Sto­jąca na samym środku kręgu dro­go­wego rzeźba Się­ga­nia po Zgodę rzu­cała na traw­nik dłu­gie cie­nie. Z jakie­goś powodu podej­rze­wał, że zwy­kła baza woj­skowa nie wyglą­dała aż tak pięk­nie.

* * *

Sier­żant trzy­mał list Szre­kan­dra z wyraź­nym nie­sma­kiem.

-?To kim jest ten kapi­tan Pod­górny...

-?Och, nie jeste­śmy spo­krew­nieni, sier­żan­cie. On...

-?...i czemu jego życze­nia mia­łyby coś dla nas zna­czyć?

-?Ach, jeśli prze­czyta pan dalej, dowie się pan, że jest adiu­tan­tem puł­kow­nika Castle­wor­tha, Grzęda Kró­lew­ska QM.

Sier­żant wymam­ro­tał coś brzmią­cego jak "durna ochrona na bra­mie". Z rezy­gna­cją przy­siadł swoje cał­kiem spore ciało.

-?No dobrze, panie Pod­górny, na czym polega pań­ski pro­po­no­wany wkład w dzia­ła­nia wojenne?

Coś w nim wyglą­dało nie tak. W końcu Szre­kan­der zauwa­żył, że sier­żant ma usztyw­nie­nia medyczne na wszyst­kich lewych nogach. Roz­ma­wiał z praw­dzi­wym wete­ra­nem wojen­nym.

Nie będzie mu łatwo sprze­dać swoje pomy­sły. Zda­wał sobie sprawę, że nawet wobec przy­chyl­nych słu­cha­czy nie spra­wiał wiel­kiego wra­że­nia: był młody, zbyt chudy, by wyglą­dać przy­stoj­nie, rodzaj nie­zdar­nego mądrali. Miał nadzieję, że będzie mógł poroz­ma­wiać z ofi­ce­rem inży­nie­rii.

-?No cóż, sier­żan­cie, przez ostat­nie trzy poko­le­nia wy, woj­skowi, pró­bo­wa­li­ście zdo­być prze­wagę, dzia­ła­jąc dłu­żej w Mroku. Z początku było to tylko kil­ka­set dni, dość długo, by pod­ło­żyć nie­spo­dzie­wane miny lub wzmoc­nić for­ty­fi­ka­cje. Potem rok albo dwa, co wystar­czyło na wypro­wa­dze­nie dużej liczby wojsk na pozy­cję do ataku z kolej­nym Nowym Słoń­cem.

Sier­żant -?wedle pla­kietki nazy­wał się HRUNK­NER UNNERBY -?tylko na niego patrzył.

-?Wszy­scy wie­dzą, że obie strony na fron­cie wschod­nim pro­wa­dzą bar­dzo inten­sywne prace pole­ga­jące na kopa­niu tuneli, że w końcu może dojść do pro­wa­dze­nia potęż­nych bitew nawet dzie­sięć lat po zapad­nię­ciu Mroku.

Unnerby'ego naszła rado­sna myśl i jego gry­mas się nasi­lił.

-?Jeśli tak pan myśli, powi­nien pan roz­ma­wiać z Kopa­czami. Tutaj mamy bada­nia mate­ria­łów, panie Pod­górny.

-?Och, dobrze wiem. Jed­nak bez badań nad mate­ria­łami nie będziemy mieć szans na prze­trwa­nie w naprawdę zim­nych cza­sach. A ponadto... moje plany nie mają żad­nego związku z tune­lo­wa­niem. -?To ostat­nie powie­dział dość szybko.

-?To co w takim razie?

-?Ja... pro­po­nuję wybra­nie odpo­wied­nich celów Tie­fstadt­czy­ków, obu­dze­nie się w naj­głęb­szym Mroku, przej­ście do nich na powierzchni i ich znisz­cze­nie. -?To zebrało wszyst­kie nie­moż­li­wo­ści w jedno zwię­złe zda­nie. Uniósł ręce, wyprze­dza­jąc pro­test. -?Pomy­śla­łem o każ­dej z wią­żą­cych się z tym trud­no­ści, sier­żan­cie. Mam roz­wią­za­nia albo początki roz­wią­zań...

Unnerby prze­rwał mu pra­wie łagod­nym gło­sem.

-?W naj­głęb­szym Mroku, mówisz? I jesteś bada­czem z Uni­wer­sy­tetu Kró­lew­skiego w Prin­ce­ton? -?Tak przed­sta­wił to w liście kuzyn Szre­kan­dra.

-?Tak, z mate­ma­tyki i...

-?Zamknij się. Czy masz jakieś poję­cie, ile milio­nów korona wydaje na bada­nia woj­skowe w miej­scach takich jak Uni­wer­sy­tet Kró­lew­ski? Masz poję­cie, jak ści­śle kon­tro­lu­jemy poważne prace, które się tam wyko­nuje? Boże, jak ja was nie­na­wi­dzę, zachod­nie snoby. Naj­gor­sze, czym musi­cie się mar­twić, to przy­go­to­wa­nie na Mrok, a led­wie sobie z tym radzi­cie. Gdy­byś miał choć tro­chę sztywny pan­cerz, już dawno byś się zacią­gnął. Ludzie teraz giną na wscho­dzie, chło­pie. Kolejne tysiące zginą nie­przy­go­to­wane na Mrok, jesz­cze wię­cej pole­gnie w tune­lach, oraz nie­zli­czone rze­sze zginą, gdy roz­ja­rzy się Nowe Słońce i nie będzie niczego do jedze­nia. A ty mi tu sie­dzisz, opo­wia­da­jąc bzdurne androny. - Unnerby urwał i jakby tro­chę się opa­no­wał. -?Ach, ale opo­wiem ci zabawną histo­rię, zanim wyko­pię twój zadek z powro­tem do Prin­ce­ton. Widzisz, jestem tro­chę nie­zrów­no­wa­żony. -?Poma­chał lewymi nogami. -?Róż­nica zdań z szat­kow­nicą. Do czasu, aż wydo­brzeję, poma­gam odsiać durne pomy­sły, które przy­sy­łają nam ludzie two­jego pokroju. Na szczę­ście więk­szość bzdur dociera tu pocztą. Mniej wię­cej raz na dzie­sięć dni jakiś chłop ostrzega nas przed nisko­tem­pe­ra­tu­rową odmianą allo­tro­pową cyny...

Ups, może roz­ma­wiam z inży­nie­rem!

-?...i że nie powin­ni­śmy uży­wać jej do luto­wa­nia. Przy­naj­mniej fakty są praw­dziwe, po pro­stu mar­nują nasz czas. Ale zda­rzają się też i tacy, któ­rzy wła­śnie prze­czy­tali coś o radzie i uznali, że powin­ni­śmy pro­du­ko­wać z niego gło­wice tune­lu­jące. Pro­wa­dzimy tu mię­dzy nami nie­wielki kon­kurs na to, kto dosta­nie naj­więk­szego idiotę. Mam wra­że­nie, panie Pod­górny, że wła­śnie zro­bił mnie pan zwy­cięzcą. Wymy­ślił pan obu­dze­nie się pośrodku Mroku, a potem przej­ście na powierzchni w tem­pe­ra­tu­rach niż­szych, niż potra­fimy wytwo­rzyć w naj­lep­szych labo­ra­to­riach komer­cyj­nych oraz próżni rzad­szej, niż umiemy zro­bić. - Unnerby urwał. Czyżby dotarło do niego, że zdra­dził odro­binę taj­nych infor­ma­cji?

Potem do Szre­kan­dra dotarło, że sier­żant patrzy na coś w miej­scu, któ­rego on sam nie ogar­niał wzro­kiem.

-?Porucz­nik Kowal! Dzień dobry. -?Sier­żant pra­wie sta­nął na bacz­ność.

-?Dzień dobry, Hrunk­ner. -?Jego roz­mów­czyni weszła w pole widze­nia.

Była... piękna. Nogi miała szczu­płe, twarde i wykrzy­wione, a każdy ruch ema­no­wał wdzię­kiem. Ubrana była w czarny mun­dur, któ­rego Szre­kan­der nie roz­po­znał. Jedy­nymi emble­ma­tami były oczka stop­nia i pla­kietka z nazwi­skiem. Wik­to­ria Kowal. Wyglą­dała nie­moż­li­wie młodo. Uro­dzona poza fazą? Może tak, a prze­sadna oznaka sza­cunku ze strony pod­ofi­cera była rodza­jem drwiny.

Porucz­nik Kowal zwró­ciła uwagę na Szre­kan­dra. Wyda­wała się przy­ja­zna w odle­gły, nie­mal roz­ba­wiony spo­sób.

-?No dobrze, panie Pod­górny, jest pan bada­czem na wydziale mate­ma­tyki Uni­wer­sy­tetu Kró­lew­skiego.

-?Wła­ści­wie bar­dziej dok­to­ran­tem... -?Jej spoj­rze­nie doma­gało się bar­dziej szcze­rej odpo­wie­dzi. -?Uch, mate­ma­tyka to tylko spe­cja­li­za­cja wymie­niona w moim ofi­cjal­nym pro­gra­mie. Zali­czy­łem dużo kur­sów na wydziale medy­cyny oraz inży­nie­rii mecha­nicz­nej. -?Na wpół spo­dzie­wał się, że Unnerby rzuci jakimś obraź­li­wym komen­ta­rzem, ale sier­żant nie­spo­dzie­wa­nie zro­bił się bar­dzo cichy.

-?W takim razie rozu­mie pan naturę naj­głęb­szego Mroku, ultra­ni­skie tem­pe­ra­tury i twardą próż­nię.

-?Tak jest, pro­szę pani. I bar­dzo poważ­nie roz­wa­ży­łem te pro­blemy. - Poświę­ca­jąc im nie­mal pół roku, ale lepiej tego nie mówić. -?Mam mnó­stwo pomy­słów i tro­chę wstęp­nych pro­jek­tów. Nie­które roz­wią­za­nia są bio­lo­giczne i na razie nie mam wiele do poka­za­nia. Ale przy­wio­złem pro­to­typy dla czę­ści mecha­nicz­nych aspek­tów pro­jektu. Są w moim auto­mo­bilu.

-?Ach tak. Zapar­ko­wa­nym mię­dzy autami gene­ra­łów Gre­envala i Downinga. Może powin­ni­śmy się im przyj­rzeć... i prze­sta­wić pań­skie auto w bez­piecz­niej­sze miej­sce.

Pełne zro­zu­mie­nie było odle­głe o całe lata, ale w tej chwili Szre­kan­der Pod­górny doznał pierw­szego oświe­ce­nia. Ze wszyst­kich osób w Dowódz­twie Lądo­wym -?ze wszyst­kich osób na całym świe­cie -?nie mógł tra­fić na lep­szą słu­chaczkę niż porucz­nik Wik­to­ria Kowal.

sześć

W ostat­nich latach Gasną­cego Słońca poja­wiają się burze, czę­sto bar­dzo gwał­towne. Jed­nak nie niosą one ze sobą paru­ją­cej, wybu­cho­wej ago­nii burz Nowego Słońca. Wia­try i zawieje śnieżne nad­cho­dzą­cego Mroku bar­dziej koja­rzą się ze śmier­tel­nie dźgnię­tym świa­tem, rzu­ca­ją­cym się słabo wraz z wycie­ka­jącą życio­dajną krwią. Krwią świata jest jego cie­pło, a w miarę jak wycieka w Mrok, świat z każdą chwilą ma coraz mniej sił na pro­te­sty.

Nad­cho­dzi taka chwila, gdy na nie­bie wraz ze słoń­cem w połu­dnie widać setkę gwiazd. A potem tysiąc, aż w końcu słońce prze­staje przy­ga­sać... i jest to pełne nadej­ście Mroku. Więk­sze rośliny już dawno wymarły, z pyłem zarod­ni­ków ukry­tych głę­boko pod śnie­gami. Niż­sze zwie­rzęta ode­szły w ten sam spo­sób. Plamy szu­mo­win na śniegu, oka­zjo­nalny słaby blask życia wokół odsło­nię­tych zwłok: duchy umar­łych, jak napi­sał kla­syczny poeta, choć póź­niejsi naukowcy odkryli w nich bak­te­rie. Jed­nak na powierzchni wciąż są żywi ludzie. Nie­któ­rzy masa­kro­wani, powstrzy­mani przez sil­niej­sze ple­miona (lub sil­niej­sze pań­stwa) od wkro­cze­nia w głę­bo­kie schro­nie­nia, inni są ofia­rami powo­dzi lub trzę­sień ziemi, które znisz­czyły ich odwieczne głę­bie. W daw­nych cza­sach był tylko jeden spo­sób na odkry­cie, czym naprawdę może być Mrok: pozo­stać na powierzchni i może zdo­być nie­śmier­tel­ność przez spi­sa­nie tego, co się tam zoba­czyło, oraz zabez­pie­cze­nie nota­tek tak dobrze, że prze­żyły ognie Nowego Słońca. A cza­sami jeden z pozo­sta­łych na górze prze­ży­wał wię­cej niż rok czy dwa w Mrok, dzięki wyjąt­ko­wym oko­licz­no­ściom lub dobremu pla­no­wa­niu i pra­gnie­niu zaj­rze­nia w serce Mroku. Pewien filo­zof prze­żył tak długo, że jego ostatni zapis został uznany za sza­leń­stwo lub meta­forę przez tych, któ­rzy zna­leźli jego słowa wycięte w kamie­niu nad swoją głę­bią: "a suche powie­trze zmie­nia się w szron".

* * *

Pro­pa­ganda Korony i Tie­fstadtu zga­dzała się w jed­nym: ten Mrok będzie inny od wszyst­kich wcze­śniej­szych. To będzie pierw­szy Mrok bez­po­śred­nio zaata­ko­wany przez naukę na usłu­gach wojny. Pod­czas gdy miliony oby­wa­teli wyco­fy­wały się do spo­koj­nych przy­stani tysięcy głębi, armie obu stron nie prze­sta­wały wal­czyć. Czę­sto wal­czono w otwar­tych oko­pach, ogrze­wa­nych przez ognie nagrzew­nic, ale więk­sze zmiany zaszły pod zie­mią, w tune­lach się­ga­ją­cych głę­boko pod liniami frontu z obu stron. Tam, gdzie tunele się prze­ci­nały, roz­gry­wały się zażarte star­cia z uży­ciem broni maszy­no­wej i tru­ją­cych gazów. Tam, gdzie się nie prze­ci­nały, drą­że­nie tuneli cią­gnęło się przez kre­dowe skały frontu wschod­niego, jard za jar­dem, dzień za dniem, jesz­cze długo po zakoń­cze­niu walk na powierzchni.

Pięć lat po roz­po­czę­ciu Mroku kam­pa­nię pod wschod­nim fron­tem kon­ty­nu­owała już tylko tech­niczna elita, może dzie­sięć tysięcy po stro­nie Korony. Nawet na tych głę­bo­ko­ściach tem­pe­ra­tura była daleko poni­żej zera. Do zaję­tych tuneli świeże powie­trze pom­po­wane było przez nagrzew­nice, ale ostat­nie otwory powietrzne wkrótce pokryje lód.

-?Od pra­wie dzie­się­ciu dni nie sły­sze­li­śmy żad­nej aktyw­no­ści Tie­fstadt­czy­ków. Dowódz­two tune­lowe nie prze­staje sobie gra­tu­lo­wać.

Gene­rał Gre­enval wrzu­cił do pasz­czy aro­ma­ty­zer i schru­pał go gło­śno. Szef wywiadu Zgody nie sły­nął ze zdol­no­ści dyplo­ma­tycz­nych, a w ciągu ostat­nich dni zro­bił się wyraź­nie bar­dziej zrzę­dliwy. Był sta­rym chło­pem i choć warunki w Dowódz­twie Lądo­wym mogły być teraz lep­sze niż gdzie­kol­wiek indziej na świe­cie, nawet tutaj wkra­czali w eks­tre­malną fazę. W bun­krach przy­le­ga­ją­cych do Kró­lew­skiej Głębi aktyw­nych było może jesz­cze pięć­dzie­siąt osób. Z każdą godziną powie­trze robiło się tro­chę bar­dziej stę­chłe. Gre­enval już ponad rok temu zre­zy­gno­wał ze swo­jej ele­ganc­kiej biblio­teki. Teraz jego biuro zaj­mo­wało prze­strzeń o wymia­rach dwa­dzie­ścia na dzie­sięć na cztery stopy w nie­za­ję­tym miej­scu nad sypial­nią. Ściany małego pomiesz­cze­nia pokry­wały mapy, a więk­szość prze­strzeni zaj­mo­wał stół z rapor­tami z dale­ko­pi­sów prze­wo­do­wych. Łącz­ność radiowa zawio­dła osta­tecz­nie jakieś sie­dem­dzie­siąt dni temu. W ciągu poprze­dza­ją­cego to roku radiowcy Korony eks­pe­ry­men­to­wali z coraz potęż­niej­szymi nadaj­ni­kami i poja­wiła się nadzieja, że łącz­ność radiowa będzie dostępna aż do końca, ale nie, teraz zostały im tylko tele­gra­fia i radio w zasięgu wzroku. Gre­enval popa­trzył na swo­jego gościa, zde­cy­do­wa­nie ostat­niego w Dowódz­twie Lądo­wym od ponad dwu­stu lat.

-?No dobrze, puł­kow­nik Kowal, wła­śnie wró­ciła pani ze wschodu. Czemu nie sły­szę od pani okrzy­ków rado­ści? Wytrwa­li­śmy dłu­żej od prze­ciw­nika.

Uwagę Wik­to­rii Kowal pochła­niał pery­skop gene­rała. To on był powo­dem, dla któ­rego Gre­enval tutaj urzą­dził swoje biuro: ostatni widok na świat. Kró­lew­skie Wodo­spady zamarły ponad dwa lata temu, się­gała wzro­kiem aż do końca doliny. Ciemny ląd, teraz trwale pokryty szro­nem powsta­ją­cym nie­ustan­nie na ska­łach i lodzie. Osa­dza­jący się z atmos­fery dwu­tle­nek węgla. Jed­nak Szre­kan­der zoba­czy świat dużo zim­niej­szy od tego.

-?Pani puł­kow­nik?

Kowal cof­nęła się od pery­skopu.

-?Prze­pra­szam, gene­rale... Całym ser­cem podzi­wiam kopa­czy. -?A przy­naj­mniej oddziały, które fak­tycz­nie zaj­mują się kopa­niem. Była w ich polo­wej głębi. -?Ale minęły całe dnie, od kiedy mogli dotrzeć do pozy­cji wroga. Po Mroku mniej niż połowa będzie w for­mie do walki. Oba­wiam się, że Dowódz­two tune­lowe błęd­nie wybrało punkt prze­rwa­nia dzia­łań.

-?Ow­szem. -?Nie­chęt­nie. -?Dowódz­two tune­lowe zdo­było rekord naj­dłu­żej utrzy­my­wa­nych dzia­łań, ale Tie­fer­czycy zyskali na wcze­śniej­szym zakoń­cze­niu. -?Wes­tchnął i powie­dział coś, co w każ­dych innych oko­licz­no­ściach mogłoby go kosz­to­wać degra­da­cję, ale gdy jest się pięć lat po końcu świata, wokół nie ma wielu ludzi, któ­rzy mogliby pod­słu­chi­wać. -?Wie pani, Tie­fer­czycy nie są tacy źli. Jeśli spoj­rzy się z per­spek­tywy czasu, niektó­rzy z naszych sojusz­ni­ków są dużo gorsi, cze­ka­jąc, aż Korona i Tie­fstadt wza­jem­nie się znisz­czą. To wła­śnie sytu­acja, którą powin­ni­śmy pla­no­wać, myśleć o następ­nych wro­gach, któ­rzy nas zaata­kują. Wygramy tę wojnę, ale jeśli mamy to zro­bić tune­lami i Kopa­czami, to będziemy wal­czyć jesz­cze całe lata po nadej­ściu Nowego Słońca.

Z naci­skiem chrup­nął aro­ma­ty­ze­rem i dźgnął przed­nią ręką w stronę Kowal.

-?Pani pro­jekt to nasza jedyna szansa dopro­wa­dze­nia tego do czy­stego końca.

Kowal odpo­wie­działa bar­dzo szybko.

-?A ta szansa byłaby jesz­cze więk­sza, gdyby pozwo­lił mi pan zostać z zespo­łem.

Gre­enval zigno­ro­wał jej skargę.

-?Zaj­mu­jesz się tym pro­jek­tem już sie­dem lat, Wik­to­rio. Naprawdę sądzisz, że może się udać?

Może to stę­chłe powie­trze spra­wiało, że wszy­scy robili się otę­piali. Nie­zde­cy­do­wa­nie kom­plet­nie nie paso­wało do publicz­nego obrazu Struta Gre­envala. Znała go od dzie­wię­ciu lat. W towa­rzy­stwie naj­bar­dziej zaufa­nych osób Gre­enval oka­zy­wał bar­dzo otwarty umysł... aż do momentu, gdy konieczne było pod­ję­cie osta­tecz­nych decy­zji. Wtedy sta­wał się czło­wie­kiem bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, sta­jąc naprze­ciw całych sze­re­gów gene­ra­łów, a nawet dorad­ców poli­tycz­nych króla. Ni­gdy jesz­cze nie sły­szała z jego ust tak smut­nego, zagu­bio­nego pyta­nia. Teraz dostrze­gła w nim bar­dzo sta­rego czło­wieka, który za kilka godzin podda się Mro­kowi, być może już po raz ostatni. Zro­zu­mie­nie było jak opar­cie się o zna­jomą barierkę i poczu­cie, że ustę­puje pod napo­rem.

-?Sir, dobrze wybra­li­śmy nasze cele. Jeśli zostaną znisz­czone, Tie­fstadt powi­nien pod­dać się nie­mal natych­miast. Zespół Pod­gór­nego jest w jezio­rze nie­całe dwie mile od celów.

Co samo w sobie było nie­zwy­kłym osią­gnię­ciem. Jezioro znaj­do­wało się bli­sko naj­waż­niej­szego ośrodka logi­stycz­nego Tie­fstadtu, sto mil w głębi tery­to­rium Tie­fer­czy­ków.

-?Unnerby, Pod­górny i pozo­stali muszą tylko przejść krótki dystans, sir. Prze­te­sto­wa­li­śmy ich ska­fan­dry i egzo­termy pod kątem znacz­nie dłuż­szego czasu uży­wa­nia i warun­ków nie­mal rów­nie...

Gre­enval uśmiech­nął się słabo.

-?Tak, wiem. Sam dosta­tecz­nie czę­sto wci­ska­łem te liczby w gar­dła sztabu gene­ral­nego. Ale teraz naprawdę to zro­bimy. Pomyśl, co to ozna­cza. W ciągu kilku ostat­nich poko­leń my, woj­skowi, dopu­ści­li­śmy się paru zbez­czesz­czeń na obrze­żach Mroku, ale zespół Unnerby'ego zoba­czy sam śro­dek naj­głęb­szego Mroku. Jak to naprawdę może wyglą­dać? Tak, sądzimy, że wiemy: zamro­żone powie­trze i próż­nia. Ale to wszystko domy­sły. Nie jestem reli­gijny, puł­kow­nik Kowal, ale... zasta­na­wiam się, co mogą tam zna­leźć.

Reli­gijny czy nie, tuż za sło­wami gene­rała uno­siły się wszyst­kie odwieczne prze­sądy o śnież­nych trol­lach i ziem­nych anio­łach. Nawet naj­bar­dziej racjo­nalni tru­chleli na myśl o Mroku tak gęstym, że w pew­nym sen­sie świat prze­sta­wał ist­nieć. Wik­to­ria z wysił­kiem zigno­ro­wała emo­cje wzbu­dzone sło­wami Gre­envala.

-?Tak, sir, mogą ich cze­kać nie­spo­dzianki. I uzna­ła­bym ten plan za praw­do­po­dobną porażkę, gdyby nie jedno: Szre­kan­der Pod­górny.

-?Nasz ulu­biony świr.

-?Tak, bar­dzo wyjąt­kowy świr. Znam go od sied­miu lat -?od tego popo­łu­dnia, gdy poja­wił się u nas z samo­cho­dem peł­nym czę­ścio­wych pro­to­ty­pów i głową prze­peł­nioną sza­lo­nymi pomy­słami. Na szczę­ście dla nas mia­łam aku­rat luźne popo­łu­dnie, więc mogłam go wysłu­chać i poczuć roz­ba­wie­nie. Prze­ciętny nauko­wiec osiąga może dwa­dzie­ścia pomy­słów w ciągu całego życia, a Pod­górny ma dwa­dzie­ścia na godzinę. U niego to pra­wie jak pora­że­nie. W szkole wywiadu pozna­łam ludzi o nie­mal rów­nie eks­tre­mal­nej inte­li­gen­cji, ale róż­nica polega na tym, że pomy­sły Pod­gór­nego są realne w może jed­nym pro­cen­cie przy­pad­ków... a on potrafi odróż­nić te dobre od złych z cał­kiem nie­złą dokład­no­ścią. Może ktoś inny wpadłby na pomysł uży­cia szlamu bagien­nego do hodo­wa­nia egzo­ter­mów. Zde­cy­do­wa­nie ktoś inny mógłby mieć jego pomysł doty­czący ska­fan­drów powietrz­nych. Tyle że on wpada na te pomy­sły, łączy je i dzia­łają. Ale to jesz­cze nie wszystko. Bez Szre­kan­dra nawet nie zbli­ży­li­by­śmy się do imple­men­ta­cji tego wszyst­kiego, co zro­bi­li­śmy przez ostat­nie sie­dem lat. Potrafi w magiczny spo­sób przy­cią­gać do swo­ich pomy­słów inte­li­gent­nych ludzi. -?Przy­po­mniała sobie gniewną pogardę Hrunk­nera Unnerby'ego tam­tego pierw­szego popo­łu­dnia, jak zmie­niała się w ciągu kilku dni, aż inży­nier­ska wyobraź­nia Hrunk­nera została cał­ko­wi­cie pochło­nięta przez pomy­sły, któ­rymi zasy­py­wał go Szre­kan­der. -?W pewien spo­sób Pod­górny nie ma cier­pli­wo­ści do szcze­gó­łów, ale to nie ma zna­cze­nia. Gene­ruje wokół sie­bie świtę, która się nimi zaj­muje. Jest... nie­zwy­kły.

To wszystko nie było dla nich niczym nowym, Gre­enval przez lata przed­sta­wiał podobne argu­menty swo­jemu sze­fowi, ale było to naj­lep­sze zapew­nie­nie, jakie Wik­to­ria mogła teraz dać sta­remu ofi­ce­rowi. Gre­enval uśmiech­nął się i dziw­nie na nią popa­trzył.

-?To czemu pani za niego nie wyszła, puł­kow­niku?

Kowal nie chciała, żeby ten temat wypły­nął, ale cóż, byli sami przy końcu świata.

-?Zamie­rzam, sir. Ale mamy wojnę, a wie pan, że ja... nie jestem tra­dy­cjo­na­listką. Pobie­rzemy się po Mroku.

Wik­to­ria Kowal potrze­bo­wała rap­tem jed­nego popo­łu­dnia na zro­zu­mie­nie, że Pod­górny jest naj­dziw­niej­szą osobą, jaką zda­rzyło się jej spo­tkać. Po kilku kolej­nych dniach uświa­do­miła sobie, że jest geniu­szem, któ­rego można wyko­rzy­stać jak dynamo, i przy jego pomocy dosłow­nie zmie­nić prze­bieg wojny świa­to­wej. W ciągu pięć­dzie­się­ciu dni prze­ko­nała do tego rów­nież Struta Gre­envala i Pod­górny został upchnięty we wła­snym labo­ra­to­rium, wokół któ­rego szybko roz­ra­stały się labo­ra­to­ria pomoc­ni­cze, obsłu­gu­jące pery­fe­ria jego pro­jektu. W prze­rwach mię­dzy wła­snymi zada­niami Wik­to­ria zasta­na­wiała się, jak mogłaby prze­jąć feno­men Pod­gór­nego -?tak wła­śnie o nim myślała, tak patrzył na niego per­so­nel wywiadu -?by zapew­nić sobie trwałą prze­wagę. Mał­żeń­stwo wyda­wało się oczy­wi­stym ruchem. Tra­dy­cyjne mał­żeń­stwo w Gaśnię­ciu paso­wa­łoby do jej ścieżki kariery. Wszystko byłoby ide­alne, gdyby nie sam Szre­kan­der Pod­górny. Szrek miał wła­sne plany. Osta­tecz­nie został jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, osobą będącą nie tylko przed­mio­tem, ale i źró­dłem pla­nów. Miał plany na czasy po Mroku, rze­czy, któ­rych Wik­to­ria ni­gdy nikomu nie powta­rzała. Jej nie­liczni pozo­stali przy­ja­ciele -?nawet Hrunk­ner Unnerby -?lubili ją pomimo tego, że była spoza fazy. Szre­kan­der Pod­górny naprawdę lubił ideę poza­fa­zo­wych dzieci. Wik­to­ria po raz pierw­szy w życiu spo­tkała się tu z czymś wię­cej niż zwy­kła akcep­ta­cja. Tak więc na razie pro­wa­dzili wojnę. Jeśli oboje prze­żyją, po Mroku czeka na nich cały nowy świat pla­nów i wspól­nego życia.

Zaś Strut Gre­enval był dość bystry, by domy­ślić się spo­rej czę­ści tego wszyst­kiego. Nie­spo­dzie­wa­nie twardo spoj­rzała na swo­jego szefa.

-?Wie­dział pan już, prawda? To dla­tego nie pozwo­lił mi pan zostać z zespo­łem. Uznał pan, że to misja samo­bój­cza i ucier­piałby mój obiek­ty­wizm... Cóż, to naprawdę nie­bez­pieczne, ale nie rozu­mie pan Szre­kan­dra Pod­gór­nego: ani myśli się poświę­cać. Wedle naszych stan­dar­dów można go uznać za tchó­rza. Nie przej­muje się za bar­dzo więk­szo­ścią rze­czy, które są bli­skie panu czy mnie. Ryzy­kuje życie ze zwy­kłej cie­ka­wo­ści... ale jest bar­dzo, bar­dzo ostrożny, gdy cho­dzi o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Uwa­żam, że zespół zarówno odnie­sie suk­ces, jak i prze­żyje. Gdyby pozwo­lił mi pan z nimi zostać, szanse jesz­cze by wzro­sły! Sir.

Jej ostat­nie słowa zostały dra­ma­tycz­nie pod­kre­ślone przy­ciem­nie­niem jedy­nej świe­cą­cej w pokoju lampy.

-?Ha -?rzu­cił Gre­enval. -?Wie­działa pani, że od dwu­na­stu godzin nie mamy już paliwa do gene­ra­to­rów? Teraz już nie­mal wyczer­pały się aku­mu­la­tory kwa­sowo-oło­wiowe. Za kilka minut wpad­nie tu kapi­tan Diredr z ostat­nimi sło­wami z działu tech­nicz­nego: "Bar­dzo prze­pra­szam, gene­rale, ale za chwilę zamar­zną ostat­nie zbior­niki. Dział tech­niczny błaga, by pan do nich dołą­czył przy osta­tecz­nym wyłą­cze­niu". -?Udał przy tym wysoki głos adiu­tanta.

Gre­enval wstał i nachy­lił się nad sto­łem. Znowu ukrył swoje wąt­pli­wo­ści i do jego postawy wró­ciła typowa ener­gia.

-?Zanim to nastąpi, chcę wyja­śnić parę spraw doty­czą­cych pani roz­ka­zów oraz pani przy­szło­ści. Ow­szem, spro­wa­dzi­łem panią tutaj, bo nie chcę ryzy­ko­wać utraty pani w tej misji. Odby­łem kilka dłu­gich roz­mów z pani sier­żan­tem Unner­bym. Mie­li­śmy dzie­więć lat na nara­ża­nie pani na nie­mal nie­ogra­ni­czone ryzyko i obser­wo­wa­nie, jak działa pani umysł, gdy od wła­ści­wych odpo­wie­dzi zależy życie tysięcy ludzi. Już czas zdjąć panią z linii frontu dzia­łań spe­cjal­nych. Jest pani jedną z naj­młod­szych osób ze stop­niem puł­kow­nika we współ­cze­sno­ści, a po tym Mroku zosta­nie pani naj­młod­szą gene­rał.

-?Tylko jeśli misja Pod­gór­nego zakoń­czy się powo­dze­niem.

-?Pro­szę mi nie prze­ry­wać. Nie­za­leż­nie od prze­biegu sprawy z Pod­gór­nym, doradcy króla wie­dzą, jak pani jest dobra. Nie­za­leż­nie od tego, czy prze­żyję ten Mrok, czy nie, kilka lat po roz­po­czę­ciu Nowego Słońca to pani będzie sie­dzieć przy moim biurku i musi pani skoń­czyć z oso­bi­stym podej­mo­wa­niem ryzyka. Jeśli pan Pod­górny prze­żyje, pro­szę go poślu­bić, mieć z nim dzieci, nie obcho­dzi mnie to. Ale ni­gdy wię­cej nie wolno się pani wysta­wiać na nie­bez­pie­czeń­stwo. -?Mach­nął wska­zu­jącą ręką w stronę jej głowy, uda­jąc ostre zagro­że­nie. -?Jeśli pani to zrobi, to przy­się­gam, że wrócę z grobu i roz­biję pani gruby pan­cerz.

Z wąskiego kory­ta­rza dobiegł odgłos kro­ków. Dło­nie podra­pały ciężką zasłonę zakry­wa­jącą jedyne drzwi pokoju. Przy­szedł kapi­tan Diredr.

-?Prze­pra­szam, gene­rale. Tech­nicy są nie­prze­jed­nani, sir. Zostało nam naj­wy­żej trzy­dzie­ści minut zasi­la­nia elek­trycz­nego. Bła­gają pana...

Gre­enval wypluł ostatni aro­ma­tyk do popla­mio­nej splu­waczki.

-?Bar­dzo dobrze, kapi­ta­nie. Już scho­dzimy na dół. -?Obszedł puł­kow­nik i odsu­nął zasłonę. Gdy Kowal zawa­hała się przed wyj­ściem przed niego, gestem pole­cił jej przejść przez drzwi. -?W tym wypadku, moja droga, star­szeń­stwo ozna­cza bycie ostat­nim. Ni­gdy nie lubi­łem tej całej afery z oszu­ki­wa­niem Mroku, ale jeśli mamy to robić, to ja będę tym, który wyłą­czy świa­tło!

siedem

Wedle wszel­kich zasad Pham Trinli nie powi­nien się znaj­do­wać na mostku kapi­tana floty, a już zde­cy­do­wa­nie nie pod­czas poważ­nej ope­ra­cji. Sta­ru­szek sie­dział przy jed­nym z zapa­so­wych sta­no­wisk łącz­no­ści, ale tak naprawdę nic przy nim nie robił. Trinli był pro­gra­mi­stą bojo­wym trze­ciego stop­nia, choć nikt ni­gdy nie widział, by zacho­wy­wał się w jakiś pro­duk­tywny spo­sób, nawet przy tak niskiej ran­dze. Przy­cho­dził i wycho­dził według wła­snego widzi­mi­się, a więk­szość czasu spę­dzał w pra­cow­ni­czym pokoju dzien­nym. Powszech­nie znany był fakt, że jeśli cho­dziło o "sza­cu­nek dla wieku", kapi­tan floty Park bywał cza­sami tro­chę irra­cjo­nalny. Naj­wy­raź­niej jak długo Pham Trinli nie szko­dził, mógł pozo­sta­wać zatrud­niony.

W tej chwili Trinli sie­dział na wpół odwró­cony od swo­jego sta­no­wi­ska. Z krzywą miną słu­chał cichych roz­mów, prze­biegu pole­ceń i potwier­dzeń. Patrzył nad tech­ni­kami i zbroj­mi­strzami na wspólne wyświe­tla­cze.

Lądo­wa­nia pojaz­dów Queng Ho i Roz­wi­nię­tych sta­no­wiły taniec ostroż­no­ści. Brak zaufa­nia do Roz­wi­nię­tych wśród ludzi kapi­tana Parka roz­cho­dził się od góry do samego dołu, przez co nie mieli mie­sza­nych załóg, a sieci łącz­no­ści były cał­ko­wi­cie zdu­pli­ko­wane. Kapi­tan Park usta­wił swoje główne statki w trzech gru­pach, z któ­rych każda odpo­wia­dała za jedną trze­cią dzia­łań pla­ne­tar­nych. Każdy sta­tek Roz­wi­nię­tych, każdy lądow­nik i swo­bod­nie poru­sza­jący się czło­nek załogi był moni­to­ro­wany pod kątem oznak zdrady.

Więk­szość tego widoczna była na dzie­lo­nym obra­zo­wa­niu mostku. Dzięki prze­ka­zowi ze "wschod­niej" grupy Trinli widział trzy cięż­kie promy Roz­wi­nię­tych star­tu­jące z zamro­żo­nej powierzchni oce­anu, cią­gnące za sobą blok lodu o masie ćwierci miliona ton. Był to już szó­sty taki blok w tej ope­ra­cji. Blask sil­ni­ków jasno oświe­tlał powierzch­nię. Trinli widział dziurę głę­boką na setki metrów. Bruzdę na dnie morza masko­wały kłęby pary. Bada­nia wyka­zały, że w tej czę­ści szelfu kon­ty­nen­tal­nego kryje się mnó­stwo metali cięż­kich, więc wydo­by­wali je, sto­su­jąc tak samo siłowe podej­ście jak pod­czas cię­cia lodu.

Na razie nic naprawdę podej­rza­nego, choć sytu­acja może się zmie­nić, gdy przyj­dzie do podziału łupów.

Prze­stu­dio­wał okna stanu łącz­no­ści. Obie strony zgo­dziły się trans­mi­to­wać łącz­ność mię­dzy jed­nost­kami bez szy­fro­wa­nia, a grupa spe­cja­li­stów Roz­wi­nię­tych nie­ustan­nie kon­fe­ro­wała z odpo­wia­da­ją­cymi sobie ofi­ce­rami Queng Ho. Druga strona wcią­gała wszystko, czego mogła się dowie­dzieć o odkry­ciach Diema w suchej doli­nie. Cie­kawe, że Roz­wi­nięci zasu­ge­ro­wali po pro­stu zabra­nie miej­sco­wych arte­fak­tów. Bar­dzo nie w stylu Queng Ho. Bar­dziej jak coś, co ja mógł­bym zro­bić.

Tuż przed przy­bi­ciem Roz­wi­nię­tych Park wypu­ścił więk­szość mikro­sa­te­li­tów floty w prze­strzeń bli­sko pla­nety. Krą­żyły tam teraz dzie­siątki tysięcy urzą­dzeń wiel­ko­ści pię­ści. Deli­kat­nie manew­ru­jąc, wla­ty­wały mię­dzy pojazdy Roz­wi­nię­tych znacz­nie czę­ściej, niż wyni­ka­łoby to z roz­kładu loso­wego. A wszyst­kie zebrane dane wywiadu elek­tro­nicz­nego prze­sy­łały wprost do okna na mostku. Według danych pojazdy Roz­wi­nię­tych w bar­dzo dużym stop­niu poro­zu­mie­wały się łącz­no­ścią w zasięgu wzroku. Mogła to być nie­winna auto­ma­tyka, ale bar­dziej praw­do­po­dobna była szy­fro­wana koor­dy­na­cja woj­skowa, będąca taj­nymi przy­go­to­wa­niami ze strony wroga. (A Pham Trinli ani przez chwilę nie myślał o Roz­wi­nię­tych ina­czej niż jak o wro­gach).

Per­so­nel Parka oczy­wi­ście roz­po­zna­wał oznaki. Na swój napu­szony spo­sób zbroj­mi­strze Queng Ho byli bar­dzo dobrzy. Trinli przy­glą­dał się, jak trójka z nich spiera się na temat wzo­rów trans­mi­sji omy­wa­ją­cych flotę z nadaj­ni­ków Roz­wi­nię­tych. Jeden z młod­szych zbroj­mi­strzów uznał, że mogą mieć do czy­nie­nia z połą­cze­niem son­do­wa­nia w war­stwie fizycz­nej i opro­gra­mo­wa­nia pro­wa­dzo­nego w spo­sób sko­or­dy­no­wany, choć pozor­nie przy­pad­kowy. Jed­nak gdyby była to prawda, dzia­ła­nia te byłyby dużo bar­dziej wyszu­kane niż naj­lep­sze środki elek­tro­niczne Queng Ho... a w to trudno było mu uwie­rzyć. Star­szy zbroj­mistrz tylko skrzy­wił się na pod­wład­nego, jakby sama suge­stia wywo­łała w nim olbrzymi ból głowy. Nawet ci, któ­rzy uczest­ni­czyli w walce, nie rozu­mieją pro­blemu. Na chwilę wyraz twa­rzy Trin­liego zro­bił się jesz­cze bar­dziej cierpki.

W jego uchu zabrzmiał skie­ro­wany tylko do niego głos.

-?Co o tym myślisz, Pham?

Trinli wes­tchnął. Odpo­wie­dział do mikro­fonu, led­wie poru­sza­jąc ustami.

-?To śmier­dzi, Sammy. Wiesz o tym.

-?Czuł­bym się lepiej, gdy­byś sie­dział w alter­na­tyw­nym ośrodku dowo­dze­nia.

"Mostek" "Phama Nuwena" miał swoją ofi­cjalną loka­li­za­cję, choć tak naprawdę ośrodki ste­ro­wa­nia roz­miesz­czone były w całej nada­ją­cej się do życia prze­strzeni jed­nostki. Wię­cej niż połowa per­so­nelu widocz­nego na mostku tak naprawdę znaj­do­wała się gdzieś indziej. W teo­rii czy­niło to sta­tek odpor­niej­szym na ataki. W teo­rii.

-?Mogę zro­bić coś lep­szego. Zha­ko­wa­łem jeden z waha­dłow­ców do zdal­nego ste­ro­wa­nia.

Sta­ru­szek wybił się ze swo­jego miej­sca. Przed­ry­fo­wał bez­dź­więcz­nie mię­dzy rzę­dami tech­ni­ków mostka, przez widok na cięż­kie promy i obraz załogi Diema przy­go­to­wu­ją­cej się do startu z suchej doliny, obrazy nie­cier­pli­wych twa­rzy Roz­wi­nię­tych... obok zło­wro­gich ekra­nów wywiadu elek­tro­nicz­nego. Nikt tak naprawdę nie zauwa­żył jego prze­lotu -?tylko gdy wyla­ty­wał przez wej­ście na mostek, w jego stronę zer­k­nął Sammy Park. Trinli lekko ski­nął głową kapi­ta­nowi.

Dra­nie bez krę­go­słupa, nie­mal co do jed­nego. Tylko Sammy i Kira Pen Liso­let rozu­mieli potrzebę ude­rze­nia wyprze­dza­ją­cego, ale nie zdo­łali prze­ko­nać do tego ani jed­nego członka Komi­tetu Han­dlo­wego. Nawet po spo­tka­niu twa­rzą w twarz z Roz­wi­nię­tymi komi­tet nie potra­fił dostrzec pew­nej zdrady dru­giej strony. Zamiast tego popro­sili Vinha, żeby za nich zde­cy­do­wał. Vinha!

Trinli prze­le­ciał pustymi kory­ta­rzami, zatrzy­mał się przy ślu­zie waha­dłow­ców i otwo­rzył właz do tego, który spe­cjal­nie przy­go­to­wał. Mógł­bym popro­sić Liso­let o zbun­to­wa­nie się. Zastęp­czyni kapi­tana floty miała swój wła­sny sta­tek, QHS "Nie­wi­dzialna ręka". Bunt był fizycz­nie moż­liwy, a gdyby zaczęła strze­lać, Sammy i pozo­stali z pew­no­ścią musie­liby do niej dołą­czyć.

Wsu­nął się do waha­dłowca i uru­cho­mił pompy śluzy. Nie, umy­wam ręce od nich wszyst­kich. Gdzieś w głębi czaszki nara­stał ból głowy. Napię­cie zwy­kle nie wpły­wało na niego w ten spo­sób. Potrzą­snął głową. No dobrze, tak naprawdę nie popro­sił Liso­let o zbun­to­wa­nie się, ponie­waż była jedną z bar­dzo nie­licz­nych osób z hono­rem. Będzie więc musiał pora­dzić sobie jak naj­le­piej z tym, co ma. Sammy przy­wiózł broń. Trinli uśmiech­nął się, cze­ka­jąc na nad­cho­dzące chwile. Nawet jeśli druga strona ude­rzy pierw­sza, założę się, że po walce to my zosta­niemy. Gdy jego waha­dło­wiec odsu­wał się od okrętu fla­go­wego Queng Ho, Trinli stu­dio­wał aktu­ali­za­cje zagro­żeń, pla­nu­jąc. Czego może spró­bo­wać druga strona? Jeśli pocze­kają dość długo, może jesz­cze zdoła odkryć kody do broni Sammy'ego... a wtedy sam się zbun­tuje.

Widzieli mnó­stwo oznak nad­cho­dzą­cej zdrady, jed­nak nawet Pham Trinli prze­ga­pił te naj­bar­dziej ewi­dentne. Żeby roz­po­znać atak, trzeba było domy­ślić się przy­ję­tej metody.

* * *

Ezr Vinh zupeł­nie nie orien­to­wał się w roz­woju sytu­acji bojo­wej w górze. Kilo­se­kundy spę­dzone na powierzchni były pełne cięż­kiej i fascy­nu­ją­cej pracy, która nie pozo­sta­wiała wiele miej­sca na roz­wi­ja­nie podejrz­li­wo­ści. W ciągu całego życia spę­dził zale­d­wie kil­ka­na­ście mega­se­kund, cho­dząc po powierzch­niach pla­net. Pomimo ćwi­czeń i medy­cyny Queng Ho czuł tego efekty. Pierw­sze kilo­se­kundy wyda­wały się względ­nie łatwe, ale teraz bolały go wszyst­kie mię­śnie. Na szczę­ście nie był jedy­nym mię­cza­kiem. Cała grupa zda­wała się wykoń­czona. Koń­cowe sprzą­ta­nie ozna­czało wiecz­ność spę­dzoną na ostroż­nym spraw­dza­niu, czy nie zosta­wili po sobie żad­nych śmieci, i upew­nia­niu się, że wszyst­kie ślady ich obec­no­ści zostaną zmie­cione w skut­kach ponow­nego zapa­le­nia Bista­bil­nej. Bry­ga­dzi­sta Diem skrę­cił kostkę pod­czas wspi­naczki z powro­tem do lądow­nika. Bez wycią­garki towa­ro­wej promu reszta podej­ścia byłaby nie­moż­liwa. Kiedy wresz­cie weszli na pokład, bar­dzo trudne oka­zało się nawet roze­bra­nie i scho­wa­nie kom­bi­ne­zo­nów.

-?Boże. -?Benny opadł na fotel obok Vinha.

Gdy prom dźwi­gnął ich ku niebu, w całym prze­dziale roz­le­gły się jęki. Mimo wszystko Vinh odczu­wał cichą satys­fak­cję. To jedno lądo­wa­nie zapew­niło flo­cie dużo wię­cej infor­ma­cji, niż kto­kol­wiek się spo­dzie­wał. Mieli prawo być zmę­czeni.

Wśród załogi Diema zaczęły się wywią­zy­wać ciche roz­mowy. Dźwięk sil­nika był nie­mal infra­dź­wię­kową wibra­cją, która zda­wała się docho­dzić z kości i roz­prze­strze­niać na zewnątrz. Vinh wciąż sły­szał roz­mowy pro­wa­dzone na otwar­tych kana­łach w górze, choć Tri­xia już w nich nie uczest­ni­czyła. Nikt nie zwra­cał się teraz do ludzi Diema. Poprawka: Qiwi pró­bo­wała do niego mówić, ale Ezr był zbyt zmę­czony, by słu­chać Bachora.

Wyno­sze­nie surow­ców z dru­giej strony pla­nety miało poślizg wzglę­dem har­mo­no­gramu. Czy­ste bomby jądrowe roze­rwały kilka milio­nów ton zamro­żo­nego oce­anu, ale para uno­sząca się nad miej­scem eks­trak­cji kom­pli­ko­wała pozo­stałą część pracy. Roz­wi­nięty, Bru­ghel, narze­kał, że stra­cili kon­takt z jed­nym ze swo­ich pro­mów.

-?Myślę, że to pro­blem kąta, sir -?zabrzmiał głos jed­nego z tech­ni­ków Queng Ho. -?Widzimy je wszyst­kie. Wciąż są na powierzchni. Jeden jest mocno przy­sło­nięty lokalną mgłą, ale wygląda na dobrze usta­wiony. Kolejne trzy się wzno­szą, czy­ste starty, dobrze roz­dzie­lone... Jedną chwilę... -?Mijały sekundy. Na bar­dziej "odle­głym" kanale czyjś głos mówił o jakie­goś rodzaju pro­blemie medycz­nym: naj­wy­raź­niej ktoś zwy­mio­to­wał w nie­waż­ko­ści. Potem wró­cił głos kon­tro­lera lotów. -?Dziwne. Utra­ci­li­śmy widok na ope­ra­cję na wschod­nim wybrzeżu.

Bru­ghel, ostrzej­szym gło­sem:

-?Chyba macie zapa­sowe prze­kaź­niki?

Tech­nik Queng Ho nie odpo­wie­dział.

-?Wła­śnie zare­je­stro­wa­li­śmy impuls elek­tro­ma­gne­tyczny -?oznaj­mił trzeci głos. -?Myśla­łem, że skoń­czy­li­ście już z wybu­chami na powierzchni.

-?Skoń­czy­li­śmy! -?Bru­ghel był obu­rzony.

-?Cóż, wła­śnie wykry­li­śmy kolejne trzy impulsy. Ja... tak jest, sir!

Impulsy elek­tro­ma­gne­tyczne? Vinh spró­bo­wał usiąść bar­dziej pro­sto, ale przy­śpie­sze­nie było zbyt duże i nagle głowa roz­bo­lała go jesz­cze bar­dziej. Powiedz coś, do cho­lery! Jed­nak czło­wiek, który odpo­wie­dział wła­śnie "tak jest" -?praw­do­po­dob­nie zbroj­mistrz Queng Ho -?ucichł, a wła­ści­wie zapewne zmie­nił tryb i akty­wo­wał szy­fro­wa­nie.

Głos Roz­wi­nię­tego był przy­cięty i gniewny.

-?Chcę roz­ma­wiać z kimś dowo­dzą­cym. Już. Potra­fimy roz­po­znać lasery celow­ni­cze, gdy w nas świecą! Wyłącz­cie je albo wszy­scy tego poża­łu­jemy.

Wyświe­tlacz prze­zierny Ezra zro­bił się prze­zro­czy­sty i nagle patrzył na kadłub lądow­nika. Z miga­niem obu­dziła się zapa­sowa tapeta, ale wyświe­tlała jakieś przy­pad­kowe sekwen­cje z pro­ce­dur awa­ryj­nych.

-?Cho­lera!

Jimmy Diem. Bry­ga­dzi­sta na prze­dzie kabiny walił w kon­solę ste­ro­wa­nia. Za ple­cami Vinha zabrzmiał odgłos wymio­to­wa­nia. To było jak w jed­nym z tych kosz­ma­rów, gdzie wszystko wariuje naraz.

I wła­śnie w tej chwili ustał ciąg sil­nika promu. W ciągu trzech sekund z piersi Vinha znik­nął kosz­marny cię­żar i ogar­nęła go zna­joma, przy­ja­zna nie­waż­kość. Roz­piął pasy fotela i ode­pchnął się w stronę Diema.

Po zacze­pie­niu się sto­pami o sufit łatwo było usta­wić głowę tuż obok Diema i zoba­czyć ekrany awa­ryjne, nie wcho­dząc przy tym w drogę bry­ga­dzi­ście.

-?Naprawdę do nich strze­lamy? -?Boże, ależ mnie boli głowa! Kiedy pró­bo­wał odczy­tać coś na kon­soli, sym­bole zaczęły mu pły­wać przed oczami.

Diem obró­cił głowę, by spoj­rzeć na Ezra. Na jego twa­rzy wyraź­nie ryso­wało się cier­pie­nie, led­wie mógł się ruszać.

-?Nie wiem, co robimy. Stra­ci­łem współ­dzie­lone obra­zo­wa­nie. Przy­pnij się... -?Nachy­lił się, jakby pró­bo­wał się sku­pić na ekra­nie. -?Sieć floty prze­szła na twarde szy­fro­wa­nie, a my zosta­li­śmy na naj­mniej bez­piecz­nym pozio­mie. -?Co zna­czyło, że otrzy­mają nie­wiele infor­ma­cji poza bez­po­śred­nimi pole­ce­niami od zbroj­mi­strzów Parka.

Sufit nie­spo­dzie­wa­nie solid­nie wal­nął Vinha w tyłek i ten zaczął zjeż­dżać w stronę tyłu kabiny. Lądow­nik wyko­ny­wał obrót w ramach jakie­goś awa­ryj­nego manewru -?auto­pi­lot nie wyemi­to­wał żad­nego ostrze­że­nia. Zapewne dowódz­two floty przy­go­to­wy­wało ich do kolej­nego ciągu. Przy­piął się obok Diema aku­rat w chwili, gdy główny sil­nik lądow­nika włą­czył się z cią­giem około 0,1 g.

-?Prze­no­szą nas na niż­szą orbitę... ale nie widzę niczego, co wycho­dzi­łoby nam na spo­tka­nie -?powie­dział Diem. Nie­zdar­nie postu­kał w pole hasła pod ekra­nem. -?Dobra, spró­buję sam się cze­goś dowie­dzieć... Mam nadzieję, że Park nie będzie się zbyt wku­rzał...

Z tyłu roz­le­gły się nowe odgłosy wymio­tów. Diem zaczął odwra­cać głowę i mocno się skrzy­wił.

-?Ty możesz się ruszać, Vinh. Zaj­mij się tym.

Ezr zsu­nął się po dra­bi­nie w przej­ściu, pozwa­la­jąc, by przy­śpie­sze­nie 0,1 g wyko­nało pracę za niego. Queng Ho żyli w bar­dzo róż­no­rod­nych przy­śpie­sze­niach. Leki i wła­ściwy dobór genów spra­wiały, że cho­roba loko­mo­cyjna była wśród nich bar­dzo rzadka. Jed­nak Tsufe Do i Pham Patil zwy­mio­to­wali, a Benny Wen zwi­nął się na tyle, na ile pozwa­lały jego pasy. Trzy­mał się za głowę i drżał w ewi­dent­nym cier­pie­niu.

-?Ten napór, napór...

Vinh osiadł obok Patila i Do, ostroż­nie zbie­ra­jąc odku­rza­czem masę ska­pu­jącą po ich kom­bi­ne­zo­nach. Tsufe popa­trzyła na niego ze wsty­dem w oczach.

-?Ni­gdy w życiu nie rzy­ga­łam.

-?To nie twoja wina -?odpo­wie­dział Vinh i spró­bo­wał myśleć, pomimo z każdą chwilą bar­dziej ata­ku­ją­cego bólu. Głupi, głupi, głupi. Czemu potrze­bo­wa­łem tyle czasu na zro­zu­mie­nie? To nie Queng Ho ata­ko­wali Roz­wi­nię­tych, w jakiś spo­sób było dokład­nie na odwrót.

Nagle odzy­skał widok na zewnątrz.

-?Dosta­łem lokalne współ­dzie­le­nie -?zabrzmiał w słu­chaw­kach głos Diema. Mówił krót­kimi fra­zami, wyraź­nie cier­piąc. -?Pięć poci­sków o dużym przy­śpie­sze­niu z pozy­cji Roz­wi­nię­tych... Cel: fla­go­wiec Parka...

Vinh wychy­lił się przez rząd foteli i wyj­rzał na zewnątrz. Sil­niki poci­sków były zwró­cone w stronę prze­ciwną niż punkt widze­nia lądow­nika i sta­no­wiły teraz słabe gwiazdy poru­sza­jące się coraz szyb­ciej na nie­bie, zbli­ża­jąc się do QHS "Pham Nuwen". Jed­nak ich tra­jek­to­rie nie były gład­kimi łukami, skła­dały się z ostrych skrę­tów i usko­ków.

-?Musimy strze­lać do nich z lase­rów. Uska­kują.

Jedna z gwiazd zga­sła.

-?Dorwa­li­śmy jedną! Jesz­cze...

Na nie­bie roz­bły­sły cztery plamy świa­tła. Ich blask nara­stał i nara­stał, sta­jąc się tysiąc razy jaśniej­szy od wybla­kłego dysku słońca.

A potem znowu zga­sły. Świa­tła kabiny padły, mru­gnęły i znowu pole­gły. Akty­wo­wał się naj­niż­szy sys­tem awa­ryjny. Poja­wiła się deli­katna siatka czer­wo­na­wych linii obry­so­wu­ją­cych szafki ze sprzę­tem, śluzę i kon­solę awa­ryjną. Sys­tem był odporny na pro­mie­nio­wa­nie, ale bar­dzo pro­sty i o małej mocy. Nie obej­mo­wał nawet awa­ryj­nego obrazu wideo.

-?Co z fla­gow­cem Parka, bry­ga­dzi­sto? -?zapy­tał Vinh.

Cztery bli­skie wybu­chy, tak strasz­li­wie jasne... rogi regu­lar­nego czwo­ro­ścianu obej­mu­ją­cego ofiarę. Choć widok prze­padł, na zawsze wypa­lił mu się w pamięci.

-?Jimmy! -?wrza­snął Vinh do przodu kabiny. -?Co z "Pha­mem Nuwe­nem"? - Czer­wone świa­tła awa­ryjne falo­wały wokół niego, a krzyk spra­wił, że nie­mal stra­cił przy­tom­ność.

Potem zabrzmiał gło­śny i chra­pliwy głos Diema.

-?Chyba... chyba znisz­czony. -?Spa­lony, odpa­ro­wany... żadne z masku­ją­cych słów nie przy­cho­dziło łatwo. -?Nie mam teraz niczego, ale cztery jądrówki... Boże, były prak­tycz­nie na nim!

Ode­zwało się kilka innych gło­sów, choć były jesz­cze słab­sze niż Jimmy'ego Diema. Gdy Vinh ruszył przej­ściem w jego stronę, zga­sła 0,1 g ciągu. Czym był lądow­nik bez świa­tła i mózgu, jeśli nie mroczną trumną? Po raz pierw­szy w życiu Ezr Vinh poczuł obez­wład­nia­jące prze­ra­że­nie miesz­kańca studni gra­wi­ta­cyj­nej: nie­waż­kość mogła ozna­czać osią­gnię­cie pla­no­wej orbity albo spa­dek po krzy­wej bali­stycz­nej prze­ci­na­ją­cej się z powierzch­nią pla­nety...

Vinh zdła­wił strach i pole­ciał do przodu. Mogli użyć kon­soli awa­ryj­nej. Mogli nasłu­chi­wać wie­ści. Mogli użyć lokal­nego auto­pi­lota i pole­cieć do oca­la­łych sił Queng Ho. Ból w gło­wie nasi­lił się do poziomu prze­wyż­sza­ją­cego jaki­kol­wiek wcze­śniej­szy. Słabe świa­tła awa­ryjne sta­wały się coraz ciem­niej­sze. Poczuł, jak odpływa jego świa­do­mość, co wzbu­dziło w nim dła­wiącą panikę. Nie mógł nic zro­bić.

Ale tuż zanim wszystko go opu­ściło, los oka­zał mu odro­binę łaski, pod­su­wa­jąc wspo­mnie­nie: Tri­xii Bon­sol nie było na pokła­dzie "Phama Nuwena".

osiem

Przez ponad dwie­ście lat mecha­nizm zega­rowy pod zamro­żo­nym jezio­rem wier­nie pra­co­wał, zuży­wa­jąc napię­cie kolej­nych zwo­jów sprę­żyn. Mecha­nizm tykał posłusz­nie aż do ostat­niej sprę­żyny... i zaciął się na dro­bince powietrz­nego śniegu na ostat­nim zębie. Mógł tam tkwić aż do nadej­ścia nowego słońca, gdyby nie pewne nie­prze­wi­dziane wyda­rze­nia: siód­mego dnia dwie­ście dzie­wią­tego roku z zamro­żo­nego oce­anu roze­szła się seria gwał­tow­nych trzę­sień ziemi, wyzwa­la­jąc zablo­ko­wany ostatni ząb. Tłok wsu­nął spie­nioną masę orga­niczną do zbior­nika zamro­żo­nego powie­trza. Przez kilka minut nic się nie działo. Potem w mate­riale orga­nicz­nym poja­wił się blask i tem­pe­ra­tura wzro­sła powy­żej punktu paro­wa­nia tlenu i azotu, a potem nawet dwu­tlenku węgla. Pro­dukty oddy­cha­nia try­lio­nów roz­wi­ja­ją­cych się orga­ni­zmów egzo­ter­micz­nych sto­piły lód nad małym pojaz­dem. Roz­po­częło się wzno­sze­nie ku powierzchni.

* * *

Budze­nie się z Mroku w niczym nie przy­po­mi­nało budze­nia się ze zwy­kłego snu. Tę chwilę opi­sy­wały tysiące poetów, a w ostat­nich latach badały ją dzie­siątki tysięcy naukow­ców. Był to już drugi raz, gdy chwili tej doświad­czał Szre­kan­der Pod­górny (choć pierw­szy tak naprawdę się nie liczył, bo wspo­mnie­nie prze­mie­szane było z nie­wy­raźną pamię­cią o dzie­ciń­stwie oraz trzy­ma­niu się ple­ców taty w base­nach Głębi Kró­lew­skiej Góry).

Budze­nie się z Mroku odby­wało się eta­pami. Wzrok, dotyk, słuch, wspo­mnie­nia, roz­po­zna­nie, myśl. Czy naj­pierw nastę­po­wało jedno, a potem dru­gie? Czy wszyst­kie działy się naraz, choć bez łącz­no­ści mię­dzy nimi? Kiedy z tych wszyst­kich czę­ści zaczy­nał for­mo­wać się "umysł"? Te pyta­nia będą pobu­dzać wyobraź­nię Szre­kan­dra przez całe jego życie, two­rząc pod­stawę osta­tecz­nego dąże­nia... Ale w tych chwi­lach poszat­ko­wa­nej świa­do­mo­ści ist­niały rów­no­cze­śnie z rze­czami, które zda­wały się dużo waż­niej­sze: zebra­niem się w całość, przy­po­mnie­niem, kim był i czemu tutaj, oraz co trzeba teraz zro­bić, żeby prze­żyć. Grzędę kie­rowcy zajęły instynkty wypra­co­wane przez milion lat.

Czas mijał, myśli zbie­rały się i Szre­kan­der Pod­górny wyj­rzał przez pęk­nięte okienko pojazdu w ciem­ność. Dostrzegł ruch... Czyżby para? Nie, bar­dziej jak prze­słona krysz­ta­łów wiru­jąca w sła­bym świe­tle, w któ­rym się uno­sili.

Ktoś sztur­chał w jego prawe ramiona, wciąż na nowo woła­jąc jego imię. Szre­kan­der zebrał w całość wspo­mnie­nia.

-?Tak, sier­żan­cie, wysze­dłem... to zna­czy oprzy­tom­nia­łem.

-?Dosko­nale. -?Głos Unnerby'ego brzmiał piskli­wie. -?Masz jakieś obra­że­nia? Znasz pro­ce­durę.

Szre­kan­der posłusz­nie poru­szył nogami. Wszyst­kie bolały, co było dobrym zna­kiem. Środ­kowe ręce, przed­nie, jedze­niowe.

-?Nie jestem pewien, czy czuję prawe środ­kowe i przed­nie. Może się skle­iły.

-?Tak, pew­nie wciąż są zamro­żone.

-?Co z Gil i Amber?

-?Roz­ma­wiam z nimi przez pozo­stałe prze­wody. Ty ostatni dosze­dłeś do sie­bie, ale oni wciąż mają więk­sze kawałki ciała zamro­żone.

-?Daj mi koń­cówkę prze­wodu.

Unnerby podał mu sprzęt prze­wo­dzący dźwięk i Szre­kan­der poroz­ma­wiał bez­po­śred­nio z pozo­sta­łymi człon­kami zespołu. Ciało mogło znieść sporo czę­ścio­wego roz­mra­ża­nia, ale jeśli pro­ces nie doj­dzie do końca, poja­wia się zgni­li­zna. Pro­blem tutaj wyni­kał z faktu, że worki z egzo­ter­mami i pali­wem prze­su­nęły się pod­czas wyta­pia­nia łodzi ku powierzchni. Szre­kan­der sko­ry­go­wał poło­że­nie wor­ków i dopil­no­wał, by prze­pły­wało przez nie powie­trze. Zie­lony blask wewnątrz kadłuba nasi­lił się, a Szre­kan­der sko­rzy­stał ze świa­tła w celu skon­tro­lo­wa­nia sprzętu odde­cho­wego pod kątem prze­bić. Egzo­termy były nie­zbędne do zapew­nie­nia cie­pła, ale gdyby zespół miał kon­ku­ro­wać z nimi o tlen, szybko prze­gra­liby te zawody.

Minęło pół godziny, w trak­cie któ­rej cie­pło ota­czało ich coraz bar­dziej, uwal­nia­jąc koń­czyny. Jedy­nymi obra­że­niami od mrozu były czubki środ­ko­wych rąk Gila Havena. Był to lep­szy wynik niż w przy­padku więk­szo­ści głębi. Na obli­czu Szre­kan­dra poja­wił się sze­roki uśmiech. Udało im się, obu­dzili się w głębi Mroku.

Cała czwórka jesz­cze chwilę odpo­czy­wała, moni­to­ru­jąc prze­pływ powie­trza i pil­nu­jąc wyko­na­nia planu Szre­kan­dra w zakre­sie kon­tro­lo­wa­nia egzo­term. Unnerby i Amber­don Nizh­ni­mor prze­szli przez szcze­gó­łową listę kon­tro­lną, prze­ka­zu­jąc podej­rzane i uszko­dzone przed­mioty Szre­kan­drowi. Nizh­ni­mor, Haven i Unnerby byli bar­dzo inte­li­gent­nymi oso­bami: che­mik i dwoje inży­nie­rów. A do tego byli zawo­do­wymi żoł­nie­rzami. Szre­kan­dra fascy­no­wała zmiana zacho­dząca w nich, gdy wycho­dzili z labo­ra­to­rium w teren. Doty­czyło to szcze­gól­nie Unnerby'ego: twardy żoł­nierz na pod­sta­wie obda­rzo­nego wyobraź­nią inży­niera, kry­ją­cego tra­dy­cyjną zasad­ni­czą moral­ność. Szre­kan­der znał sier­żanta już od sied­miu lat. Jego począt­kowa pogarda dla pla­nów Pod­gór­nego dawno minęła, stali się bli­skimi przy­ja­ciółmi. Jed­nak kiedy ich zespół w końcu prze­niósł się na front wschodni, jego spo­sób zacho­wa­nia się zmie­nił. Zaczął zwra­cać się do Pod­gór­nego "sir", a cza­sami oka­zy­wany przez niego sza­cu­nek pod­szyty był nie­cier­pli­wo­ścią.

Zapy­tał o to Wik­to­rię. Byli wtedy ostatni raz sami w zim­nych kosza­rach pod ostat­nim dzia­ła­ją­cym lot­ni­skiem na fron­cie wschod­nim. Roze­śmiała się, sły­sząc pyta­nie.

-?Ach, mój miękki, czego się spo­dzie­wa­łeś? Gdy tylko zespół opu­ści nasze tereny, to Hrunk obej­mie dowo­dze­nie ope­ra­cyjne. To ty jesteś cywil­nym doradcą bez prze­szko­le­nia woj­sko­wego, któ­rego jakoś trzeba upchnąć w struk­tu­rze dowo­dze­nia. Potrze­buje two­jego natych­mia­sto­wego posłu­szeń­stwa, ale też wyobraźni i ela­stycz­no­ści. -?Zaśmiała się cicho: tylko zasłona oddzie­lała ich roz­mowę od głów­nej sali wąskich kosza­rów. - Gdy­byś był zwy­kłym rekru­tem, Unnerby już z dzie­sięć razy spiekłby ci pan­cerz. Biedny chłop strasz­nie się boi, że kiedy będą się liczyć sekundy, twój geniusz skupi się na czymś zupeł­nie bez zna­cze­nia... astro­no­mii albo czym­kol­wiek.

-?Hm. -?Wła­ści­wie to zasta­na­wiał się, jak będą wyglą­dać gwiazdy, gdy nie będzie atmos­fery tłu­mią­cej ich barwy. -?Rozu­miem, co masz na myśli. Jeśli tak to posta­wić, to nawet dzi­wię się, że Gre­enval dołą­czył mnie do zespołu.

-?Żar­tu­jesz? Hrunk zażą­dał, żebyś w nim był. Wie, że poja­wią się nie­spo­dzianki, z któ­rymi tylko ty zdo­łasz sobie pora­dzić. Jak już mówi­łam: to chłop z pro­ble­mem.

Nie­czę­sto zda­rzało się, że Szre­kan­der Pod­górny czuł zasko­cze­nie, ale to była jedna z takich chwil.

-?Cóż, będę grzeczny.

-?Tak, wiem, że będziesz. Po pro­stu chcia­łam ci wyja­śnić, z czym mie­rzy się Hrunk... Hej, możesz na to spoj­rzeć jak na zagadkę beha­wio­ralną: jak tak rady­kal­nie sza­leni ludzie mogą współ­pra­co­wać i prze­żyć tam, gdzie nikt jesz­cze ni­gdy nie żył? -?To miał być żart, ale było to naprawdę cie­kawe pyta­nie.

* * *

Ich pojazd był bez wąt­pie­nia naj­dziw­niej­szy w dzie­jach: czę­ściowo łódź pod­wodna, czę­ściowo prze­no­śna głę­bia, czę­ściowo wia­dro szlamu. Teraz pięt­na­sto­sto­powy kadłub spo­czy­wał w płyt­kiej kałuży jarzą­cej się zie­leni i chłod­nej czer­wieni. Woda goto­wała się w próżni z try­ska­ją­cymi z niej gazami, które wyzię­biały się w drobne krysz­tałki i opa­dały. Unnerby otwo­rzył właz i zespół utwo­rzył łań­cuch, poda­jąc sobie kolejno sprzęt i zbior­niki egzo­ter­mów, aż na ziemi za zbior­nikiem powstała sterta wypo­sa­że­nia, które będą musieli nieść.

Prze­cią­gnęli mię­dzy sobą kabel audio, od Pod­gór­nego do Unnerby'ego, potem Havena i Nizh­ni­mor. Szre­kan­der nie­mal do samego końca liczył na prze­no­śne radia, ale taki sprzęt był wciąż zbyt masywny i nikt nie miał pew­no­ści, jak dzia­łałby w tych warun­kach. Tak więc każdy z nich mógł roz­ma­wiać tylko z jed­nym człon­kiem zespołu. Mimo wszystko i tak potrze­bo­wali lin zabez­pie­cza­ją­cych, więc kabel nie sta­no­wił dodat­ko­wej nie­wy­gody.

Szre­kan­der szedł pierw­szy na brzeg jeziora, mając za sobą Unnerby'ego, a dalej Nizh­ni­mor i Haven cią­gną­cych sanie. Po odda­le­niu się od łodzi ogar­nęła ich ciem­ność. Miej­scami, gdzie egzo­termy roz­lały się na zie­mię, wciąż widać było prze­bły­ski czer­wo­na­wego świa­tła. Wyta­pia­jąc sobie drogę na powierzch­nię, łódź zużyła tony paliwa. Reszta misji musiała być zasi­lana wyłącz­nie egzo­ter­mami, które zdo­łają nieść, i pali­wami, które uda im się zna­leźć pod śnie­giem.

To wła­śnie egzo­termy bar­dziej niż cokol­wiek innego były sztuczką umoż­li­wia­jącą ten spa­cer w Mroku. Przed wyna­le­zie­niem mikro­skopu "wielcy myśli­ciele" twier­dzili, że wyż­sze zwie­rzęta od reszty życia wyróż­niała ich zdol­ność prze­trwa­nia Wiel­kiego Mroku jako poszcze­gólne jed­nostki. Rośliny i prost­sze zwie­rzęta umie­rały, zosta­wia­jąc po sobie tylko zarod­niki i jajeczka. Obec­nie wia­domo już było, że wiele zwie­rząt jed­no­ko­mór­ko­wych dosko­nale wytrzy­my­wało zamra­ża­nie, i to bez koniecz­no­ści ukry­wa­nia się w głębi. Co dziw­niej­sze, a odkryli to bio­lo­dzy na Uni­wer­sy­te­cie Kró­lew­skim, gdy Szre­kan­der był jesz­cze stu­den­tem, ist­niały formy niż­szych bak­te­rii żyjące w wul­ka­nach, które pozo­sta­wały aktywne nawet pod­czas Mroku. Szre­kan­dra bar­dzo zafa­scy­no­wały te mikro­sko­pijne stwo­rze­nia. Pro­fe­so­ro­wie zakła­dali, że takie żyjątka muszą wstrzy­my­wać funk­cje życiowe lub two­rzyć spory przy wysty­gnię­ciu wul­kanu, ale on zasta­na­wiał się, czy mogą ist­nieć odmiany potra­fiące prze­trwać okresy chłodu, pro­du­ku­jąc wła­sne cie­pło. W końcu nawet w Mroku wciąż było mnó­stwo tlenu, a w więk­szo­ści miejsc pod powietrz­nym śnie­giem kryła się war­stwa mate­rii orga­nicz­nej. Gdyby ist­niał jakiś kata­li­za­tor umoż­li­wia­jący roz­po­czę­cie utle­nia­nia w bar­dzo niskich tem­pe­ra­tu­rach, może małe żyjątka mogłyby po pro­stu "spa­lać" wege­ta­cję mię­dzy fazami aktyw­no­ści wul­kanu. Takie bak­te­rie byłyby naj­le­piej dosto­so­wane do życia w Mroku.

Z per­spek­tywy czasu to głów­nie igno­ran­cja Szre­kan­dra pozwo­liła mu roz­wi­nąć tę myśl. Te dwie stra­te­gie życiowe wyma­gały kom­plet­nie róż­nej bio­che­mii. Efekt zewnętrz­nego utle­nia­nia był bar­dzo słaby i prak­tycz­nie nie wystę­po­wał w cie­płym śro­do­wi­sku. W wielu sytu­acjach taka sztuczka sta­no­wiła poważną prze­szkodę dla małych żyją­tek, jako że oba meta­bo­li­zmy zasad­ni­czo były wza­jem­nie dla sie­bie tru­jące. W Mroku zyska­łyby bar­dzo nie­wielką prze­wagę, gdyby znaj­do­wały się w pobliżu okre­so­wego wul­ka­nicz­nego źró­dła cie­pła. Ni­gdy nie zosta­łoby to zauwa­żone, gdyby Szre­kan­der nie zaczął tego aktyw­nie szu­kać. Zmie­nił uni­wer­sy­tec­kie labo­ra­to­rium bio­lo­giczne w zamro­żone bagno, za co został (tym­cza­sowo) wyrzu­cony z uczelni, ale zna­lazł: jego egzo­termy.

Po sied­miu latach selek­tyw­nej hodowli w dziale badań mate­ria­ło­wych bak­te­rie dys­po­no­wały czy­stym meta­bo­li­zmem szyb­kiego utle­nia­nia. Kiedy więc Szre­kan­der wpro­wa­dził szlam egzo­ter­mów do powietrz­nego śniegu, nastą­pił wybuch pary, a potem poja­wił się deli­katny blask gasnący, gdy wciąż płynna kro­pla zapa­dała się w głąb i sty­gła. Mijały sekundy i jeśli uważ­nie się przy­glą­dać (a egzo­termy w kro­pli miały dużo szczę­ścia), deli­katny blask zaczy­nał docho­dzić spod śniegu, roz­cho­dząc się po powierzchni znaj­du­ją­cych się tam sub­stan­cji orga­nicz­nych.

Teraz blask był wyraź­nie jaśniej­szy po lewej stro­nie. Śnieg powie­trza zadrżał i zapadł się, uwal­nia­jąc smużki jakie­goś rodzaju pary. Szre­kan­der pocią­gnął za kabel do Unnerby'ego, pro­wa­dząc ich w stronę bogat­szego paliwa. Choć pomysł był bar­dzo sprytny, korzy­sta­nie z egzo­ter­mów wciąż przy­po­mi­nało roz­pa­la­nie ognia. Powietrzny śnieg był wszę­dzie, ale mate­riały palne były dobrze pod nim ukryte. Dopiero praca miliar­dów niż­szych bak­te­rii pozwa­lała odna­leźć i wyko­rzy­stać paliwo. Na jakiś czas nawet bada­nia mate­ria­łowe wystra­szyły się swo­jego dzieła. Podob­nie jak dywany alg na połu­dnio­wych brze­gach, te maleń­kie stwo­rze­nia na swój spo­sób były spo­łeczne. Poru­szały się i roz­mna­żały rów­nie szybko, jak dywany peł­zały po brze­gach. Co będzie, jeśli ich uwol­nie­nie roz­pali cały świat? Oka­zało się jed­nak, że bar­dzo szybki meta­bo­lizm bak­te­rii pro­wa­dził do ich samo­bój­stwa. Pod­górny z towa­rzy­stwem mieli mak­sy­mal­nie pięt­na­ście godzin, zanim wymrą ich ostat­nie egzo­termy.

Wkrótce zeszli z jeziora i powę­dro­wali rów­nym tere­nem, który w Latach Gaśnię­cia był polem do gry w krę­gle dowódcy bazy. Paliwa tu nie bra­ko­wało, a w pew­nym miej­scu egzo­termy dostały się do sterty roślin­no­ści będą­cej pozo­sta­ło­ściami tram­drzewa. Sterta jarzyła się coraz cie­plej­szym świa­tłem, aż przez śnieg wybuch­nął jaskrawy szma­rag­dowy blask. Przez krótką chwilę wyraź­nie widzieli pole i budynki za nim. Potem zie­lone świa­tło przy­ga­sło i pozo­sta­wiło po sobie tylko czer­wone jarze­nie.

Odda­lili się od łodzi może na sto jar­dów. Jeśli nie napo­tkają żad­nych prze­szkód, będą ich mieli do poko­na­nia jesz­cze ponad cztery tysiące. Grupa wdro­żyła uciąż­liwą pro­ce­durę: przejść kil­ka­dzie­siąt jar­dów, zatrzy­mać się i roz­pro­wa­dzić egzo­termy. Gdy Nizh­ni­mor i Haven odpo­czy­wali, Unnerby i Pod­górny szu­kali miej­sca, gdzie egzo­termy zna­la­zły naj­wię­cej paliwa. Z tych miejsc uzu­peł­niali wszyst­kie sakwy ze szla­mem. Cza­sami paliwa pra­wie nie było, na przy­kład gdy szli przez sze­roką połać cementu, i wszyst­kim, co kopali łopa­tami, był powietrzny śnieg. On też był im potrzebny, w końcu musieli oddy­chać. Jed­nak bez paliwa dla egzo­ter­mów zimno szybko robiło się odrę­twia­jące, roz­cho­dząc się od sta­wów kom­bi­ne­zo­nów i pod­kła­dek na sto­pach. W takich chwi­lach wszystko zale­żało od uda­nego zgad­nię­cia przez Szre­kan­dra dokąd pójść dalej.

Oka­zało się to dla niego dość łatwe. Na początku zorien­to­wał się w tere­nie dzięki świa­tłu pło­ną­cego drzewa, a teraz wzory śniegu ukry­wa­ją­cego wege­ta­cję były już oczy­wi­ste. Sytu­acja wyglą­dała nie­źle: nie zama­rzał. Ból na czub­kach stóp i dłoni był bar­dzo ostry i każdy staw wyda­wał się pier­ście­niem ognia, z bólem obrzmie­nia ciśnie­nio­wego, zimna i otarć od ska­fan­dra. Ból był cie­ka­wym pro­ble­mem. Tak bar­dzo uży­teczny, tak bar­dzo prze­szka­dza­jący. Nie mogli go cał­ko­wi­cie igno­ro­wać nawet ludzie pokroju Hrunk­nera Unnerby'ego -?przez połą­cze­nie kablowe sły­szał jego bole­sny oddech.

Zatrzy­mać się, napeł­nić sakwy, uzu­peł­nić powie­trze i ruszyć dalej. Powta­rzane w nie­skoń­czo­ność. Odmro­że­nie Gila Havena nasi­lało się. Zatrzy­mali się i spró­bo­wali popra­wić mu ska­fan­der. Unnerby zamie­nił się z nim miej­scami, by pomóc Nizh­ni­mor przy saniach.

-?Żaden pro­blem, to tylko ręce -?zapew­nił Gil, ale jego ciężki oddech brzmiał dużo gorzej niż Unnerby'ego.

Mimo wszystko szło im dużo lepiej, niż Szrek się spo­dzie­wał. Wędro­wali przez Mrok, a ich pro­ce­dura wkrótce stała się nie­mal auto­ma­tyczna. Zostały tylko ból... i zadzi­wie­nie. Szre­kan­der roz­glą­dał się przez maleń­kie wizjery hełmu. Poza zawi­ro­wa­niami mgły i bla­skiem egzo­ter­mów... wzno­siły się łagodne wzgó­rza. Wcale nie było cał­kiem ciemno. Cza­sami, gdy wła­ści­wie usta­wił głowę, nisko na zachod­nim nie­bie dostrze­gał czer­wo­nawy dysk. Widział słońce Naj­głęb­szego Mroku.

A przez maleńki górny wizjer Szre­kan­der dostrze­gał gwiazdy. Wresz­cie tu jeste­śmy. Jako pierw­szy w dzie­jach spoj­rzał na naj­głęb­szy Mrok. Był to świat, któ­remu nie­któ­rzy sta­ro­żytni filo­zo­fo­wie odma­wiali ist­nie­nia... bo jak może ist­nieć coś, czego ni­gdy nie można zoba­czyć? Teraz jed­nak było widziane. Ist­niało, stu­le­cia zimna i bez­ru­chu... oraz gwiazd wszę­dzie wokół. Nawet przez grube szkło wizjera, nawet tylko gór­nymi oczami widział kolory, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie dostrze­gał u gwiazd. Gdyby tylko mógł się na chwilę zatrzy­mać i zwró­cić wszyst­kie oczy do góry, co jesz­cze by zoba­czył? Więk­szość teo­re­ty­ków sądziła, że bez świa­tła słońca znikną plamy zorzy, inni uwa­żali, że zorza była w jakiś spo­sób zasi­lana przez dzia­ła­jące pod nią wul­kany. Mogą tu ist­nieć inne świa­tła oprócz gwiazd...

Szarp­nię­cie za kabel spro­wa­dziło go z powro­tem na zie­mię.

-?Nie zatrzy­muj się, nie wolno sta­wać. -?Gil dyszał. Nie­wąt­pli­wie prze­ka­zy­wał słowa Unnerby'ego.

Pod­górny zaczął prze­pra­szać, a potem dotarło do niego, że przy saniach zatrzy­mała się też Amber­don Nizh­ni­mor.

-?Co się stało? -?zapy­tał Szre­kan­der.

-?Amber zoba­czyła... świa­tło na wscho­dzie... Nie zatrzy­muj się.

Wschód. Na prawo. Szkło z tej strony hełmu było zapa­ro­wane. Odniósł nie­ja­sne wra­że­nie cze­goś w rodzaju grani. Ich ope­ra­cja pro­wa­dzona była cztery mile od brzegu, a za tą gra­nią powinni mieć swo­bodny widok na hory­zont. Świa­tła musiały być cał­kiem bli­sko albo bar­dzo daleko. Tak! Fak­tycz­nie zoba­czył świa­tło, blady blask roz­cho­dzący się na boki i do góry. Zorza? Szre­kan­der zdła­wił cie­ka­wość, zmu­sza­jąc się do prze­sta­wia­nia kolej­nych stóp do przodu. Ale na Boga w dole, jak bar­dzo chciałby móc wspiąć się na tę grań i spoj­rzeć na zamro­żony ocean!

Szre­kan­der był dobrym, posłusz­nym żoł­nie­rzem aż do następ­nego postoju na zebra­nie szlamu. Kiedy się to zda­rzyło, kopał do sakwy Havena jarzącą się mie­sza­ninę egzo­ter­mów, paliwa i powietrz­nego śniegu. Po zachod­nim nie­bie prze­mknęło pięć drob­nych świa­te­łek, tu i ówdzie zosta­wia­jąc po sobie zała­ma­nia, jakby były jaki­miś bar­dzo powol­nymi bły­ska­wi­cami. Jedna z pię­ciu zga­sła w nicość, ale pozo­stałe szybko zebrały się razem i - świa­tło roz­pa­liło się tak jasno, że Pod­gór­nego ostro roz­bo­lały górne oczy. Jed­nak wciąż widział na pozo­stałe strony. Ich blask nara­stał i nara­stał, sta­jąc się tysiąc razy jaśniej­szy od wybla­kłego dysku słońca. Wokół nich poja­wiły się liczne ostre cie­nie. Cztery świa­tła wciąż nasi­lały się i nasi­lały, aż Szre­kan­der poczuł cie­pło prze­ni­ka­jące przez pan­cerz ska­fan­dra. Powietrzny śnieg na całym polu wystrze­lił w górę w mgli­stej bieli. Cie­pło nasi­lało się jesz­cze przez chwilę, nie­mal parząc... a potem przy­ga­sło, zosta­wia­jąc mu na ple­cach przy­jemne cie­pło, jak po wej­ściu w cień w letni dzień środ­ko­wych lat.

Mgły zawi­ro­wały wokół nich, two­rząc pierw­szy wyczu­walny wiatr, jakiego doświad­czyli od wyj­ścia z łodzi. Nagle zro­biło się bar­dzo zimno od wysy­sa­nia cie­pła ze ska­fan­drów przez mgły -?tylko ich buty zapro­jek­to­wano do kon­taktu. Świa­tło gasło, a powie­trze i woda wyzię­biały się do krysz­ta­łów i opa­dały z powro­tem na zie­mię. Pod­górny zary­zy­ko­wał sku­pie­nie spoj­rze­nia gór­nych oczu: jaskrawe punkty świa­tła roz­prze­strze­niły się w jarzące się kręgi, słab­nące na jego oczach. W miej­scach ich wza­jem­nego nakła­da­nia zoba­czył falo­wa­nie i wygię­cia jak w zorzy, czyli miały nie tylko zlo­ka­li­zo­wany zasięg, ale i kąt. Cztery bli­sko sie­bie... rogi regu­lar­nego czwo­ro­ścianu? Takie piękne... wła­ści­wie jak daleko były? Czy to jakieś pio­runy kuli­ste, kil­ka­set metrów nad polem?

Za kilka minut zro­bią się zbyt blade, by je dostrzec. Jed­nak poja­wiły się teraz także inne świa­tła, ostre bły­ski nad wschod­nią gra­nią. Na zacho­dzie kropki świa­tła z coraz więk­szą pręd­ko­ścią prze­su­wały się do zenitu. Za nimi roz­ja­rzyła się migo­tliwa zasłona.

Czte­rech człon­ków zespołu stało bez ruchu. Na chwilę żoł­nierz w Unner­bym został zdmuch­nięty, zosta­wia­jąc po sobie tylko zachwyt. Ode­rwał się od sań, pod­szedł i poło­żył jedną dłoń na ple­cach Szre­kan­dra. Przez słabe połą­cze­nie dobiegł cichy głos.

-?Co to, Szre­kan­der?

-?Nie wiem. -?Czuł drże­nie ręki Unnerby'ego. -?Ale kie­dyś zro­zu­miemy... Ruszajmy, sier­żan­cie.

Niczym włą­czone nagle napę­dzane sprę­ży­nami mario­netki zespół zakoń­czył łado­wa­nie i ruszył w drogę. Pokaz w górze nie usta­wał i choć nie miał już inten­syw­no­ści czte­rech słońc, świa­tła były pięk­niej­sze i bar­dziej nasi­lone niż jaka­kol­wiek znana mu zorza. Po nie­bie prze­mknęły dwie sunące coraz szyb­ciej gwiazdy. Upiorne smugi ich prze­lotu roz­cią­gały się całą drogę do zachodu. Teraz wysoko na wschod­nim nie­bie roz­ja­rzyły się gwał­tow­nie, two­rząc minia­tu­rowe wer­sje pierw­szych pło­ną­cych świa­teł. Kiedy gasły, roz­sze­rza­jąc się, od punktu ich znik­nię­cia roz­cho­dziły się nogi świa­tła, roz­bły­sku­jąc jaśniej za każ­dym razem, gdy prze­cho­dziły przez wcze­śniej­sze bla­ski.

Naj­bar­dziej spek­ta­ku­larne ele­menty pokazu dobie­gły końca, ale powolny ruch wid­mo­wego świa­tła nie usta­wał. Jeśli to wszystko działo się setki mil w górze, jak w zorzy, musiało się tam znaj­do­wać jakieś bar­dzo potężne źró­dło ener­gii. A jeśli to było tuż nad ich gło­wami, to może obser­wo­wali głę­bo­kom­roczny odpo­wied­nik let­nich bły­ska­wic. Nie­za­leż­nie od wszyst­kiego, pokaz wart był ryzyka tej przy­gody.

W końcu dotarli do skraju obozu woj­sko­wego Tie­fer­czy­ków. Gdy scho­dzili po ram­pie wej­ścio­wej, na nie­bie wciąż jarzyła się dziwna zorza.

* * *

Ni­gdy nie było poważ­nych wąt­pli­wo­ści doty­czą­cych ich celów. Były dokład­nie tym, co pier­wot­nie wyobra­ził sobie Pod­górny, celami wymy­ślo­nymi przez Wik­to­rię Kowal pod­czas pierw­szego popo­łu­dnia w Dowódz­twie Lądo­wym. Gdyby w jakiś spo­sób udało im się osią­gnąć naj­głęb­szy Mrok, czte­rech żoł­nie­rzy z mate­ria­łami wybu­cho­wymi mogło spo­wo­do­wać poważne znisz­cze­nia skła­dów paliwa, płyt­kich głębi oddzia­łów powierzch­nio­wych, a może nawet sztabu Tie­fstadtu. Jed­nak nawet te cele nie mogłyby uza­sad­nić inwe­sty­cji badaw­czych wyma­ga­nych przez Pod­gór­nego.

Ist­niał jed­nak ewi­dentny punkt klu­czowy. Tak jak współ­cze­sna machina wojenna sta­rała się zdo­być prze­wagę na początku Mroku przez dłuż­sze walki w celu wyma­new­ro­wa­nia śpią­cego wroga, podob­nie na początku Nowego Słońca zde­cy­do­waną prze­wagę zdo­bę­dzie pierw­sza armia, która sku­tecz­nie wyj­dzie w pole.

Obie strony zgro­ma­dziły na ten czas duże zapasy, jed­nak sto­su­jąc stra­te­gię zde­cy­do­wa­nie odmienną od tej na Lata Gaśnię­cia i począ­tek Mroku. Na ile zdo­łała to stwier­dzić nauka, Nowe Słońce osią­gało nie­zwy­kły blask w ciągu paru dni, może nawet godzin. Przez pierw­sze dni było palą­cym potwo­rem, ponad sto­krot­nie jaśniej­szym niż w trak­cie lat środ­ko­wych i gasną­cych. To wła­śnie ten wybuch świa­tło­ści -?nie zimno Mroku -?nisz­czył wszyst­kie poza naj­bar­dziej wytrzy­ma­łymi budow­lami każ­dego poko­le­nia.

Ta rampa pro­wa­dziła do wysu­nię­tego maga­zynu Tie­fer­czy­ków. Wzdłuż frontu roz­miesz­czono i inne, ale ten był maga­zy­nem prze­cho­wu­ją­cym sprzęt dla ich głów­nych sił bojo­wych. Bez niego naj­lep­sze oddziały Tie­fer­czy­ków będą musiały powstrzy­mać się od walki, a wysu­nięte siły Tie­fer pod napo­rem oddzia­łów Korony nie otrzy­mają żad­nego wspar­cia. Dowódz­two Lądowe uznało, że znisz­cze­nie tej bazy wymusi zawar­cie korzyst­nego zawie­sze­nia broni lub przy­nie­sie armiom Korony serię łatwych zwy­cięstw. Czte­rech żoł­nie­rzy i tro­chę prze­my­śla­nego wan­da­li­zmu może wystar­czyć, by to osią­gnąć.

Jeśli nie zamar­zną, pró­bu­jąc zejść po tej ram­pie. Na scho­dach znaj­do­wały się nie­wiel­kie ilo­ści nawia­nego śniegu i oka­zjo­nalne strzępki krze­wów wyra­sta­ją­cych mię­dzy kamie­niami, ale to wszystko. Teraz, gdy się zatrzy­my­wali, robili to w celu prze­ka­za­nia do przodu kubłów szlamu z sań cią­gnię­tych przez Nizh­ni­mor i Unnerby'ego. Ciem­ność objęła ich gęstym cału­nem, oświe­tlana tylko oka­zjo­nal­nym bla­skiem roz­la­nych egzo­ter­mów. Według rapor­tów wywiadu ta rampa cią­gnęła się nie­całe dwie­ście jar­dów...

Z przodu poja­wił się owal świa­tła. Koniec tunelu. Zespół wydo­stał się z rampy na pole, które kie­dyś było otwartą prze­strze­nią, teraz jed­nak przed nie­bem osła­niały je sre­brzy­ste ekrany. Wszę­dzie wokół nich roz­cią­gał się las masz­tów. Miej­scami struk­turę uszko­dziły opady powietrz­nego śniegu, ale więk­szość była cała. W pla­mach sła­bego świa­tła widzieli syl­wetki loko­mo­tyw paro­wych, maszyn do ukła­da­nia szyn, wozów z kara­bi­nami maszy­no­wymi i opan­ce­rzo­nych auto­mo­bili. Nawet w ciem­no­ści widać było prze­bły­ski srebr­nej farby pod śnie­giem powie­trza. Kiedy zapali się Nowe Słońce, sprzęt będzie gotowy. Po odpa­ro­wa­niu i sto­pie­niu lodu i spły­nię­ciu stru­mieni kana­łami, które przy­go­to­wano wszę­dzie wokół, żoł­nie­rze Tie­fer wyjdą z pobli­skich głębi i pośpiesz­nie skryją się w bez­piecz­nych pojaz­dach. Woda zosta­nie prze­kie­ro­wana do zbior­ni­ków i zacznie się roz­py­la­nie chło­dzą­cej mgiełki. Nastąpi kilka godzin gorącz­ko­wego spraw­dza­nia zapa­sów i stanu sprzętu, kolejne kilka godzin napraw awa­rii z dwóch wie­ków Mroku i paru godzin nowego żaru. A potem wyru­szą torami, które zda­niem dowód­ców dopro­wa­dzą ich do zwy­cię­stwa. Była to kul­mi­na­cja wielu poko­leń badań nauko­wych w zakre­sie natury Mroku i Nowego Słońca. Wywiad sza­co­wał, że na wiele spo­so­bów dzia­ła­nia te były bar­dziej zaawan­so­wane niż sztuka kwa­ter­mi­strzow­ska Korony.

Hrunk­ner zebrał ich razem, żeby wszy­scy go sły­szeli.

-?Założę się, że w ciągu godziny od pierw­szego świa­tła wypro­wa­dzą to przed­nie straże, ale na razie to wszystko jest nasze. Dobra, uzu­peł­niamy sakwy i roz­dzie­lamy się zgod­nie z pla­nem. Dasz radę, Gil?

Gil Haven wcho­dził po scho­dach chwiej­nie jak pijak z poła­ma­nymi sto­pami. Dla Szre­kan­dra wyglą­dało to tak, jakby uszko­dze­nie jego ska­fan­dra roz­cią­gało się już na stopy do cho­dze­nia. Jed­nak inży­nier wypro­sto­wał się po sło­wach Unnerby'ego, a jego głos zabrzmiał pra­wie nor­mal­nie.

-?Nie poko­na­łem całej tej drogi, sier­żan­cie, żeby tu sie­dzieć i was oglą­dać. Pora­dzę sobie z moją czę­ścią.

Dotarli zatem do samego sedna misji. Roz­łą­czyli kable audio i każdy zebrał swoją por­cję mate­ria­łów wybu­cho­wych i czer­ni­dła. Ćwi­czyli to dosta­tecz­nie czę­sto. Jeśli będą się śpie­szyć mię­dzy poszcze­gól­nymi punk­tami dzia­łań, jeśli nie wpadną do kana­łów odpły­wo­wych i nie poła­mią nóg, jeśli zapa­mię­tane mapy okażą się dokładne, to będą mieli czas na zro­bie­nie wszyst­kiego i nie­za­mar­z­nię­cie. Roze­szli się na cztery strony. Mate­riały wybu­chowe roz­miesz­czane pod ekra­nami sło­necz­nymi nie były wiele więk­sze od gra­na­tów. Wybu­cha­jąc, emi­to­wały bez­gło­śne roz­bły­ski i oba­lały stra­te­giczne czę­ści osłony. Następne były poci­ski moź­dzie­rzowe z czer­ni­dłem -?bar­dzo nie­po­zorne, ale dzia­łały dokład­nie tak, jak prze­wi­dy­wały prace działu badań mate­ria­ło­wych. Prze­strzeń maga­zynu została upstrzona pla­mami czerni, cze­ka­ją­cej na poca­łu­nek Nowego Słońca.

* * *

Trzy godziny póź­niej byli już pra­wie milę na pół­noc od maga­zynu. Po opusz­cze­niu miej­sca akcji Unnerby bar­dzo ich poga­niał, zmu­sza­jąc do osią­gnię­cia ostat­niego, dodat­ko­wego celu: prze­ży­cia.

Pra­wie im się udało. Pra­wie. Kiedy koń­czyli pracę w maga­zy­nie, Gil Haven zaczął maja­czyć i zacho­wy­wać się gorącz­kowo. Pró­bo­wał samo­dziel­nie opu­ścić tamto miej­sce.

-?Muszę sobie zna­leźć miej­sce do zako­pa­nia. -?Powta­rzał te słowa wciąż na nowo, zma­ga­jąc się z Nizh­ni­mor i Unner­bym pró­bu­ją­cymi przy­wią­zać go z powro­tem do rzędu lin zabez­pie­cza­ją­cych.

-?Tam wła­śnie teraz idziemy, Gil. Trzy­maj się. -?Unnerby zwol­nił Havena do Amber i przez chwilę Hrunk­ner i Szrek sły­szeli tylko sie­bie.

-?Oka­zuje wię­cej ducha niż wcze­śniej -?zauwa­żył Szre­kan­der.

Haven pod­ska­ki­wał wokół jak chłop na drew­nia­nych nogach.

-?Chyba już nie odczuwa bólu. -?Odpo­wiedź Hrunka była cicha, ale wyraźna. -?Ale nie to mnie mar­twi. Chyba zapada się w głę­bi­nową wędrówkę.

Sza­leń­stwo Mroku. Była to sza­lona panika, w jaką ludzie zapa­dali się, gdy wewnętrzny rdzeń ich umy­słów uświa­do­mił sobie, że zostali uwię­zieni na zewnątrz. Kon­trolę przej­mo­wał zwie­rzęcy instynkt zmu­sza­jący ofiarę do zna­le­zie­nia jakie­goś miej­sca, dowol­nego, które mogłoby posłu­żyć za głę­bię.

-?Szlag. -?Słowo było przy­tłu­mione, ucięte przez zerwa­nie kon­taktu przez Unnerby'ego pró­bu­ją­cego zor­ga­ni­zo­wać wymarsz. Od praw­do­po­dob­nego bez­pie­czeń­stwa dzie­liły ich tylko godziny, a jed­nak... obser­wa­cja zma­gań Gila Havena we wszyst­kich obu­dziła pier­wotne odru­chy. Instynkt był czymś cudow­nym... ale jeśli teraz mu ule­gną, z pew­no­ścią dopro­wa­dzi ich do śmierci.

Po dwóch godzi­nach led­wie dotarli do wzgórz za maga­zy­nem. Gil dwu­krot­nie się wyry­wał, za każ­dym razem gwał­tow­niej, by odbiec w stronę fał­szy­wej obiet­nicy głę­bo­kich szcze­lin wzdłuż ich trasy. Za każ­dym razem Amber ścią­gała go z powro­tem i pró­bo­wała z nim roz­ma­wiać. Jed­nak Gil nie wie­dział już, gdzie się znaj­duje, a szar­pa­nie się dopro­wa­dziło do roze­rwa­nia ska­fan­dra w kilku miej­scach. Jego nie­które czę­ści były już sztywne i zamro­żone.

Koniec nad­szedł, gdy dotarli do pierw­szego odcinka wyma­ga­ją­cego wspi­naczki. Musieli tu zosta­wić sanie, resztę drogi poko­nać tylko z powie­trzem i egzo­ter­mami, które zdo­łają zabrać w sakwach. Za trze­cim razem Gil ode­rwał się od linki zabez­pie­cza­ją­cej i zaczął ucie­kać dziw­nymi, chwiej­nymi sko­kami. Nizh­ni­mor ruszyła w pościg. Amber była dużą kobietą i do tej pory nie miała więk­szych pro­ble­mów z pano­wa­niem nad Gilem Have­nem, ale tym razem było ina­czej. Gil dotarł do osta­tecz­nej despe­ra­cji głę­bi­no­wej wędrówki. Kiedy odcią­gała go od kra­wę­dzi, zaata­ko­wał ją, dźga­jąc koń­cami dłoni. Amber zato­czyła się do tyłu, pusz­cza­jąc go. Hrunk i Szre­kan­der znaj­do­wali się tuż za nią, ale było już za późno. Ręce Havena machały na wszyst­kie strony, gdy tur­lał się, spa­da­jąc z urwi­ska w cie­nie w dole.

Ich trójka stała przez chwilę nie­ru­chomo w szoku, a potem Amber zaczęła się zsu­wać przez kra­wędź, szu­ka­jąc sto­pami przez war­stwę powietrz­nego śniegu jakie­goś opar­cia na ska­łach poni­żej. Unnerby i Pod­górny chwy­cili ją i odcią­gnęli.

-?Nie, puść­cie mnie! Zamro­żony ma szansę. Musimy go tylko zanieść ze sobą.

Pod­górny wychy­lił się nad urwi­skiem i uważ­nie przyj­rzał temu, co w dole. Spa­da­jąc, Gil ude­rzył o odsło­nięte skały, jego ciało leżało nie­ru­chomo. Jeśli jesz­cze nie żył, odwod­nie­nie i czę­ściowe zamro­że­nie zabije go, nim zdo­łają wcią­gnąć ciało z powro­tem na ścieżkę.

Hrunk­ner też musiał to zro­zu­mieć.

-?On odszedł, Amber -?powie­dział łagod­nie. A potem wró­cił głos sier­żanta. -?A my wciąż mamy zada­nie.

Po chwili Amber zwi­nęła wolne dło­nie na potwier­dze­nie, ale Szrek nie usły­szał od niej ani słowa. Wspięła się z powro­tem na ścieżkę i pomo­gła z powro­tem zamo­co­wać ich linki zabez­pie­cza­jące i kable audio.

Cała trójka wró­ciła do wspi­naczki, teraz idąc szyb­ciej.

* * *

Gdy dotarli do celu, zostało im już tylko kilka kwart żywych egzo­term. Przed Mro­kiem te wzgó­rza pora­stał bujny las tram­drzew, będący prze­zna­czoną do polo­wań czę­ścią posia­dło­ści Tie­fer­skiego szlach­cica. Za nimi znaj­do­wała się roz­pa­dlina skalna, będąca wej­ściem do natu­ral­nej głębi. W dowol­nym dzi­kim tere­nie z dużą zwie­rzyną byłaby to głę­bia zwie­rzęca, ale na zasie­dlo­nych tere­nach były one zwy­kle przej­mo­wane i roz­bu­do­wy­wane przez ludzi... albo bywały porzu­cane. Szre­kan­der nie potra­fił sobie wyobra­zić, skąd wywiad Zgody wie­dział o jej ist­nie­niu ina­czej niż dzięki posia­da­niu agen­tów wśród Tie­fer­czy­ków w posia­dło­ści. Jed­nak nie była to przy­go­to­wana, bez­pieczna kry­jówka -?wyglą­dała rów­nie dziko i natu­ral­nie jak cokol­wiek w Odle­głym Brun­largo.

Nizh­ni­mor była jedyną praw­dziwą myśliwą w zespole. Razem z Unner­bym wycięli drogę przez bariery z plu­je­dwa­biu i zeszli aż na dno. Szre­kan­der zwi­sał nad nimi, kie­ru­jąc w dół cie­pło i świa­tło.

-?Widzę pięć base­nów... i dwa doro­słe taranty. Daj nam tu wię­cej świa­tła.

Szre­kan­der opu­ścił się niżej, opie­ra­jąc więk­szość cię­żaru na plu­je­dwa­biu. Świa­tło z jego naj­niż­szych rąk się­gało aż do samego tyłu jaskini. Zoba­czył teraz dwa z base­nów. Pra­wie nie było w nich śniegu powie­trza. Lód był typowy dla basenu hiber­na­cyj­nego, bez jakich­kol­wiek pęche­rzy­ków. Zoba­czył prze­świe­ca­jące z lodu stwo­rze­nie z błysz­czą­cymi w świe­tle zamro­żo­nymi oczami. Boże, ależ było wiel­kie! Mimo to musiało być sam­cem, bo pokry­wały je dzie­siątki dzie­cię­cych bąbli.

-?Pozo­stałe baseny to zapas jedze­nia. Świeżo zabite ofiary, jak można by się spo­dzie­wać.

W ciągu pierw­szego roku Nowego Słońca taka para taran­tów zosta­wała w swo­jej głębi, wysy­sa­jąc soki z zapa­sów, pod­czas gdy ich dzieci rosły do roz­mia­rów, które pozwa­lały im uczyć się polo­wać po przej­ściu poża­rów i zła­go­dze­niu burz. Taranty były czy­stymi mię­so­żer­cami i choć nie były tak bystre jak thrakty, wyglą­dem bar­dzo przy­po­mi­nały praw­dzi­wych ludzi. Zabi­cie ich i zabra­nie im jedze­nia było konieczne, choć wywo­ły­wało sko­ja­rze­nie bar­dziej z mor­der­stwem w głębi niż polo­wa­niem.

Zada­nie zajęło im kolejną godzinę i zużyło nie­mal wszyst­kie pozo­stałe egzo­termy. Po raz ostatni wspięli się na powierzch­nię, by ponow­nie jak naj­le­piej zamo­co­wać bariery z plu­je­dwa­biu. Pod­górny czuł odrę­twie­nie w kilku sta­wach, do tego stra­cił czu­cie w czub­kach lewych rąk. Przez ostat­nie kilka godzin ich ska­fan­dry sporo prze­szły, ule­ga­jąc prze­bi­ciom i łata­niu. Nie­które stawy nad­garst­kowe ska­fan­dra Amber ule­gły wypa­le­niu w wyniku zbyt inten­syw­nych kon­tak­tów ze śnie­giem powietrz­nym i egzo­ter­mami. Musieli pozwo­lić na zamar­z­nię­cie koń­czyn. Praw­do­po­dob­nie utraci część rąk. Mimo wszytko, cała trójka sta­nęła tam jesz­cze na chwilę.

W końcu ode­zwała się Amber.

-?Możemy to uznać za zwy­cię­stwo, prawda?

-?Tak -?odpo­wie­dział Unnerby pew­nym gło­sem. -?I cho­ler­nie dobrze wiesz, że Gil by się z tym zgo­dził.

Objęli się razem w poważ­nym uści­sku, sta­no­wią­cym nie­mal ide­alne odtwo­rze­nie Się­ga­nia po Zgodę Gokny. Paso­wał nawet bra­ku­jący towa­rzysz.

Amber­don Nizh­ni­mor cof­nęła się przez szparę mię­dzy ska­łami. Gdy prze­cho­dziła przez plu­je­dwab, ten roz­ja­rzył się świe­cącą mgiełką. W dole roz­mie­sza egzo­termy w base­nach. Woda będzie zimną breją, ale zdo­łają się w niej zagłę­bić. Jeśli sze­roko otwo­rzą kom­bi­ne­zony, powinno im się udać osią­gnąć rów­no­mierne zamro­że­nie. Nie­wiele mogli zro­bić w spra­wie ostat­niego wiel­kiego nie­bez­pie­czeń­stwa.

-?Dobrze się rozej­rzyj, Szre­kan­der. To twoje dzieło. -?Z głosu Unnerby'ego znik­nęła pew­ność. Amber Nizh­ni­mor była żoł­nierką i Unnerby wyko­nał wobec niej swój obo­wią­zek. Teraz wyglą­dał tak, jakby wyszedł z trybu bojo­wego i był tak zmę­czony, że led­wie utrzy­my­wał brzuch nad śnie­giem powie­trza.

Pod­górny rozej­rzał się wokół. Stali kil­ka­set stóp nad pozio­mem bazy Tie­fe­rów. Zorza przy­ga­sła, dawno temu znik­nęły też ruchome świetlne punkty i bły­ski na nie­bie. W wyga­słym świe­tle baza była polem czar­nych plam pośród oświe­tlo­nej gwiaz­dami sza­ro­ści. Tylko że czerń nie była cie­niami, a czar­nym barw­ni­kiem w proszku, który roz­pro­szyli moź­dzie­rzami na całej insta­la­cji.

-?Coś tak drob­nego -?sko­men­to­wał Unnerby. -?Kil­ka­set fun­tów czer­ni­dła. Naprawdę myślisz, że to zadziała?

-?Och, tak. Pierw­sze kilka godzin Nowego Słońca to coś jak wprost z pie­kła. To czer­ni­dło sprawi, że ich sprzęt zrobi się goręt­szy od wszel­kich dopusz­czal­nych war­to­ści. Wiesz, co dzieje się w takim roz­bły­sku.

Tak naprawdę to sier­żant Unnerby oso­bi­ście kie­ro­wał tymi testami. Świa­tło o nasi­le­niu sto­krot­nie więk­szym niż słońce pośrodku Jasno­ści, świe­cące na pokryty czer­ni­dłem mate­riał, w parę minut spra­wiało, że miej­sca styku metali ule­gały zaspa­wa­niu: kulki do łożysk, tłoki do cylin­drów, koła do szyn. Oddziały wroga będą musiały wyco­fać się pod zie­mię, prak­tycz­nie tra­cąc naj­waż­niej­szy maga­zyn sprzętu na fron­cie.

-?Ta sztuczka zadziała po raz pierw­szy i po raz ostatni, Szre­kan­der. Wystar­czy kilka barier i tro­chę min, żeby unie­moż­li­wić nam doj­ście.

-?Jasne. Ale zmie­nią się też inne rze­czy. To ostatni Mrok, który nasz lud spę­dzi w uśpie­niu. Następ­nym razem to nie będzie tylko czworo ludzi w kom­bi­ne­zo­nach. Cała cywi­li­za­cja pozo­sta­nie przy­tomna. Sko­lo­ni­zu­jemy Mrok, Hrunk­ner.

Unnerby roze­śmiał się z oczy­wi­stym nie­do­wie­rza­niem. Gestem zapro­sił Pod­gór­nego w stronę szcze­liny w skale i głębi poni­żej. Choć był bar­dzo zmę­czony, sier­żant zej­dzie ostatni, usta­wia­jąc za sobą prze­grody.

Szre­kan­der po raz ostatni spoj­rzał na szare zie­mie i wiszące w górze kur­tyny nie­moż­li­wych zórz. Tu cie­ka­wie, tam cie­ka­wie, świat poznajmy przy zaba­wie.

dziewięć

Dzie­ciń­stwo Ezra Vinha było gene­ral­nie chro­nione i bez­pieczne. Jego życiu tylko raz gro­ziło praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo, a był to wynik zbrod­ni­czo wręcz głu­piego wypadku.

Nawet wedle stan­dar­dów Queng Ho rodzina Vinh.23 była bar­dzo roz­le­gła. Ist­niały jej gałę­zie, które nie uści­snęły sobie dłoni przez tysiące lat. Vinh.23.4 i Vinh.23.4.1 przez więk­szość tego czasu zamiesz­ki­wały bar­dzo odle­głe rejony Prze­strzeni Ludzi, pra­cu­jąc na wła­sne for­tuny i roz­wi­ja­jąc wła­sne oby­czaje. Może lepiej byłoby nie podej­mo­wać prób syn­chro­ni­za­cji po całym tym cza­sie... tylko że szczę­śliwy los zebrał razem tak wielu człon­ków wszyst­kich trzech odgałę­zień na Sta­rym Kielle rów­no­cze­śnie. Spę­dzili więc razem kilka lat, budu­jąc tym­cza­sówki, które wiele osia­dłych cywi­li­za­cji nazwa­łoby kosmicz­nymi pała­cami, i pró­bo­wali odkryć, co stało się z ich wspól­nym dzie­dzic­twem. Vinh.23.4.1 była dobro­wolną demar­chią. Nie wpły­wało to na ich sto­sunki han­dlowe, choć ciotka Filipa była obu­rzona.

-?Nikt mi przez gło­so­wa­nie nie odbie­rze moich praw wła­sno­ści - zapa­mię­tał jej słowa mały Ezr.

Wyda­wało się, że Vinh.23.4 są dużo bli­żej gałęzi zna­nych rodzi­com Ezra, choć ich dia­lekt nese był nie­mal nie­zro­zu­miały. Rodzina 23.4 nie zawra­cała sobie głowy wier­nym prze­strze­ga­niem stan­dar­dów trans­mi­sji. Jed­nak stan­dardy były bar­dzo ważne, nawet waż­niej­sze od list wyklu­czeń. Na pik­niku nale­żało spraw­dzać ska­fan­dry dzieci, a potem dodat­kowo kon­tro­lo­wały je auto­maty, ale nikt nie spo­dzie­wał się, że "sekundy atmos­fery" w przy­padku powie­trza kuzyna będą zna­czyć coś innego niż w twoim. Ezr wspi­nał się wokół małej skały orbi­tu­ją­cej aste­roid pik­ni­kowy, zachwy­cony moż­li­wo­ścią wpra­wie­nia małego świata w ruch dzięki dło­niom i sto­pom zamiast odwrot­nie. Jed­nak kiedy skoń­czyło mu się powie­trze, jego towa­rzy­stwo zna­la­zło już sobie wła­sne światy w chmu­rze skał. Moni­tor pik­niku zigno­ro­wał woła­nia ska­fan­dra o pomoc, aż małe dziecko w środku pra­wie zeszło.

Ezr pamię­tał potem dopiero cho­dze­nie po nowym, spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym przed­szkolu. Przez nie­zli­czone kilo­se­kundy po wypadku trak­to­wano go jak króla.

* * *

Dzięki temu Ezr Vinh zawsze wybu­dzał się z hiber­na­cji w dobrym nastroju. Oczy­wi­ście dozna­wał zwy­kłej dez­orien­ta­cji i dys­kom­fortu fizycz­nego, ale wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa zapew­niały go, że gdzie­kol­wiek jest, wszystko będzie dobrze.

Tym razem z początku było tak samo, może tylko deli­kat­niej niż zwy­kle. Leżał w pra­wie nie­waż­ko­ści w przy­jem­nym, cie­płym łóżku. Miał wra­że­nie prze­strzeni, wyso­kiego sufitu. Na ścia­nie za łóż­kiem zoba­czył malo­wi­dło... wyko­nane tak dro­bia­zgowo, że mogło być foto­gra­fią. Tri­xia nie zno­siła tych obra­zów. Ta nie­spo­dzie­wana myśl wzbo­ga­ciła prze­bu­dze­nie o tro­chę kon­tek­stu. Tri­xia. Tri­lan­dia. Misja do Bista­bil­nej. I to nie było pierw­sze prze­bu­dze­nie tutaj. Nastą­piło coś bar­dzo złego, zasadzka Roz­wi­nię­tych. Jak udało im się to wygrać? Jakie miał ostat­nie wspo­mnie­nia przed tym zaśnię­ciem? Uno­sze­nie się w ciem­no­ści uszko­dzo­nego lądow­nika. Znisz­cze­nie statku fla­go­wego Parka. Tri­xia...

-?Chyba go z tego wycią­gnę­łam, panie kolo­nii. -?Kobiecy głos.

Obró­cił głowę w stronę głosu nie­mal wbrew wła­snej woli. Obok niego sie­działa Anne Rey­nolt, a obok niej stał Tomas Nau.

-?Ach, prak­ty­kant Vinh. Cie­szę się, widząc cię z powro­tem wśród żywych. -?Uśmiech Nau był uro­czy­sty i zatro­skany.

Ezr potrze­bo­wał kilku prób, by wychar­czeć coś zro­zu­mia­łego.

-?Co... Co się dzieje? Gdzie jestem?

-?Jesteś na pokła­dzie mojej głów­nej rezy­den­cji. Minęło około ośmiu dni od czasu, gdy wasza flota pró­bo­wała mnie znisz­czyć.

-?Guh? -?To my zaata­ko­wa­li­śmy was?

Nau pyta­jąco prze­krzy­wił głowę w reak­cji na nie­składną reak­cję Vinha.

-?Chcia­łem tu być, gdy cię obu­dzimy. Dyrek­tor Rey­nolt wpro­wa­dzi cię w szcze­góły, ale chcia­łem cię zapew­nić o moim wspar­ciu. Przy­dzie­lam ci sta­no­wi­sko kie­row­nika floty do tego, co zostało z wyprawy Queng Ho. - Wstał i łagod­nie pokle­pał Vinha po ramie­niu.

Spoj­rze­nie chło­paka śle­dziło Roz­wi­nię­tego wycho­dzą­cego z pokoju. Kie­row­nik floty?

* * *

Rey­nolt zary­so­wała Vin­howi sytu­ację, poda­jąc wię­cej twar­dych fak­tów, niż potra­fił łatwo przy­swoić. To wszystko nie mogło być kłam­stwami... Zgi­nęło tysiąc czte­ry­stu Queng Ho, pra­wie połowa stanu floty. Znisz­czono cztery z sied­miu stat­ków kosmicz­nych, a sil­niki stru­mie­niowe pozo­sta­łych ule­gły uszko­dze­niu. Więk­szość mniej­szych pojaz­dów została znisz­czona lub poważ­nie uszko­dzona. Ludzie Nau pra­co­wali, sprzą­ta­jąc orbi­talne śmieci pozo­stałe po walce. Zamie­rzali kon­ty­nu­ować "wspólne dzia­ła­nia". Mate­riały lotne i rudy wynie­sione z Arachny zapew­nią zaopa­trze­nie dla habi­ta­tów budo­wa­nych przez Roz­wi­nię­tych w punk­cie L1 układu słońce/pla­neta.

Pozwo­liła mu też zoba­czyć listy załóg. "Pham Nuwen" został znisz­czony z całą załogą. Zgi­nęli kapi­tan Park i kilku człon­ków Komi­tetu han­dlo­wego. Więk­szość osób na pokła­dach oca­la­łych stat­ków wciąż żyła, ale starsi ofi­ce­ro­wie byli trzy­mani w hiber­na­cji.

Nie czuł już potęż­nego bólu głowy z ostat­nich chwil w lądow­niku. Rey­nolt powie­działa, że Ezr został wyle­czony z "nie­przy­jem­nego zarazka". Jed­nak tylko sztucz­nie opra­co­wana cho­roba mogła mieć tak wygodny i rów­no­cze­sny czas wystą­pie­nia obja­wów. Kłam­stwa Roz­wi­nię­tych były zale­d­wie uda­wa­niem uprzej­mo­ści. Zasadzka została zapla­no­wana od samego początku i zro­biono to z sekun­dową pre­cy­zją.

Przy­naj­mniej Anne Rey­nolt nie uśmie­chała się, wypo­wia­da­jąc kłam­stwa. Wła­ści­wie w ogóle rzadko się uśmie­chała. Kie­row­niczka zaso­bów ludz­kich Rey­nolt. Zabawne, że nawet Tri­xia nie zauwa­żyła tego, co może suge­ro­wać ten tytuł. Z początku Ezr sądził, że Rey­nolt tłumi praw­dziwy wstyd, bo prak­tycz­nie w ogóle nie patrzyła mu pro­sto w oczy, ale stop­niowo uświa­do­mił sobie, że patrze­nie na jego twarz nie było dla niej ani tro­chę cie­kaw­sze od wpa­try­wa­nia się w ścianę. Nie widziała w nim osoby, ani tro­chę nie obcho­dzili jej zabici.

Ezr cicho czy­tał raporty, bez szy­derstw ani pła­czu, gdy odkrył śmierć Suma Dotrana. Na liście pole­głych nie było Tri­xii. W końcu dotarł do listy oca­la­łych oraz ich obec­nego stanu. Pra­wie trzy­sta osób znaj­do­wało się na pokła­dzie tym­cza­sówki Queng Ho, rów­nież prze­nie­sio­nej do L1. Ezr prze­ska­no­wał nazwi­ska, zapa­mię­tu­jąc je: młod­szy per­so­nel i prak­tycz­nie żad­nych Tri­land­czy­ków ani naukow­ców. Nie zna­lazł tam Tri­xii Bon­sol. Prze­glą­dał dalej... Kolejna lista. Tri­xia! Jej nazwi­sko znaj­do­wało się na liście, na doda­tek wymie­nione w "dziale lin­gwi­styki".

Ezr pod­niósł wzrok znad tek­stu i zapy­tał, sta­ra­jąc się brzmieć swo­bod­nie:

-?Co zna­czy ten glif umiesz­czony przy nie­któ­rych nazwi­skach? -?Przy nazwi­sku Tri­xii.

-?"Sku­pieni".

-?A co to zna­czy? -?W jego gło­sie poja­wiła się nie­chciana ner­wo­wość.

-?Wciąż są pod­da­wani lecze­niu. Nie wszy­scy docho­dzą do sie­bie rów­nie łatwo jak ty. -?Jej spoj­rze­nie było twarde i bez­na­miętne.

* * *

Następ­nego dnia znowu poja­wił się Nau.

-?Czas przed­sta­wić cię twoim nowym pod­wład­nym -?powie­dział.

Lecieli przez długi, pro­sty kory­tarz do śluzy dla pojaz­dów. Ten habi­tat nie był miej­scem, w któ­rym odbył się ban­kiet. Wyczu­wało się deli­katną suge­stię cią­że­nia, jakby znaj­do­wali się na małej aste­ro­idzie. Waha­dło­wiec z dru­giej strony śluzy był więk­szy od wszyst­kiego, co przy­wieźli ze sobą Queng Ho. Był luk­su­sowy w baro­kowy, pry­mi­tywny spo­sób. Niskie stoły i bar dostępny ze wszyst­kich stron. Na ścia­nach sze­ro­kie okna wyglą­da­jące na praw­dziwe. Nau dał mu chwilę na wyj­rze­nie na zewnątrz.

Waha­dło­wiec uno­sił się pośród roz­pór uzie­mio­nego habi­tatu. Kon­struk­cja wyglą­dała na nie­kom­pletną, choć zda­wała się rów­nie wielka jak tym­cza­sówka dyplo­ma­tyczna Queng Ho. Zna­leźli się powy­żej rusz­to­wań. Jej pod­stawa wykrzy­wiła się w dole w plą­ta­ninę sza­rych olbrzy­mów. To były zebrane razem dia­men­towe góry. Bloki wyglą­dały dziw­nie bez żad­nych kra­te­rów, choć zara­zem rów­nie nudno jak zwy­kłe aste­ro­idy. Tu i tam w miej­scach pozba­wio­nych gra­fi­to­wej powłoki prze­ni­kało słabe świa­tło słońca, bły­ska­jąc tęczą. Mię­dzy dwiema górami zoba­czył osa­dzone jasne pola śniegu, masywną stertę świeżo wycię­tych skał i lodu -?musiały to być kawałki oce­anu i jego dna wynie­sione z Arachny. Waha­dło­wiec uniósł się jesz­cze bar­dziej. Zza brze­gów gór wyło­niły się syl­wetki stat­ków kosmicz­nych. Każdy miał ponad sześć­set metrów dłu­go­ści, a jed­nak przy ska­łach wyda­wały się drobne. Zako­twi­czono je bli­sko sie­bie, jak w stoczni zbiera się wraki. Ezr poli­czył szybko i osza­co­wał to, czego nie mógł zoba­czyć bez­po­śred­nio.

-?Spro­wa­dzi­li­ście wszystko tutaj... do L1? Naprawdę chce­cie przy­jąć stra­te­gię zacza­je­nia?

Nau kiw­nął głową.

-?Oba­wiam się, że tak. Naj­le­piej być w tej spra­wie szcze­rym. Walka spra­wiła, że wszy­scy sta­nę­li­śmy nad kra­wę­dzią. Mamy dość zaso­bów na powrót do domu, ale z pustymi rękami. Jeśli zamiast tego zdo­łamy współ­pra­co­wać... Cóż, z tego miej­sca w L1 możemy obser­wo­wać Pająki. Jeśli fak­tycz­nie wkra­czają w erę infor­ma­cji, z cza­sem będziemy mogli wyko­rzy­stać ich zasoby na nasze potrzeby. Nie­za­leż­nie od tego możemy dostać wiele z tego, po co tu przy­le­cie­li­śmy.

Hm. Prze­dłu­żone zacza­je­nie i ocze­ki­wa­nie na doj­rze­nie klien­tów. Queng Ho przy kilku oka­zjach sto­so­wali taką stra­te­gię. Cza­sami nawet się spraw­dzała.

-?To będzie trudne.

-?Może dla was -?powie­dział ktoś za ple­cami Ezra. -?Roz­wi­nięci dobrze żyją, czło­wieczku. Lepiej, żebyś dowie­dział się tego już teraz.

Vinh roz­po­znał ten głos, głos opro­te­sto­wu­jący zasadzkę Queng Ho w chwili, gdy to jego strona wypro­wa­dzała atak. Rit­ser Bru­ghel. Ezr się odwró­cił. Duży blon­dyn szcze­rzył się do niego w uśmie­chu. Żad­nych niu­an­sów ani sub­tel­no­ści.

-?A do tego zawsze gramy tak, by wygrać. Pająki też się o tym prze­ko­nają.

Wcale nie tak dawno temu Ezr Vinh spę­dził cały wie­czór, sie­dząc obok niego i słu­cha­jąc, jak poucza Phama Trin­liego. Blon­dyn był nudzia­rzem i osił­kiem, choć wtedy nie miało to zna­cze­nia. Spoj­rze­nie Vinha prze­mknęło wzdłuż wyło­żo­nych wykła­dziną ścian na Anne Rey­nolt. Uważ­nie przy­glą­dała się roz­mo­wie. Pod wzglę­dem wyglądu mogłaby być sio­strą Bru­ghela, w blond wło­sach męż­czy­zny pobły­ski­wały nawet rudawe nuty. Jed­nak na tym podo­bień­stwo się koń­czyło. Przy całym wzbu­dza­nym przez Bru­ghela wstrę­cie jego emo­cje były jed­no­znaczne i bar­dzo silne, nato­miast jedy­nym uczu­ciem widzia­nym przez Vinha u Anne Rey­nolt było znie­cier­pli­wie­nie. Obser­wo­wała roz­mowę tak, jak można by przy­glą­dać się owa­dom na ziemi w ogro­dzie.

-?Ale nie martw się, han­dla­rzu. Twoja kwa­tera jest odpo­wied­nio nie­po­zorna. -?Bru­ghel wska­zał widok przez przed­nie okno. Poja­wiła się tam zie­lon­kawa plamka, led­wie widoczny dysk. Tym­cza­sówka Queng Ho. - Zapar­ko­wa­li­śmy ją na ośmio­dnio­wej orbi­cie wokół głów­nej sterty.

Tomas Nau uprzej­mie uniósł rękę, jakby pro­sił o pozwo­le­nie na ode­zwa­nie się, a Bru­ghel zamilkł.

-?Mamy tylko chwilę, panie Vinh. Wiem, że Anne Rey­nolt wpro­wa­dziła pana w sytu­ację, ale chcę się upew­nić, że rozu­mie pan nowe obo­wiązki. - Zro­bił coś ze swoim man­kie­tem i obraz tym­cza­sówki Queng Ho urósł.

Vinh prze­łknął ślinę. Zabawne, to była tylko zwy­kła tym­cza­sówka polowa, led­wie sto metrów śred­nicy. Prze­je­chał spoj­rze­niem po nie­rów­nym, piko­wa­nym kadłu­bie. Miesz­kał tam jesz­cze nie­całe dwie mega­se­kundy, setki razy wyrze­ka­jąc na cia­snotę. Teraz było to coś naj­bliż­sze domu, co jesz­cze ist­niało, a w środku znaj­do­wało się wielu jego oca­la­łych przy­ja­ciół. Polową tym­cza­sówkę tak łatwo można było znisz­czyć. A jed­nak wszyst­kie komórki wyglą­dały na cał­ko­wi­cie nadmu­chane i nie dostrzegł żad­nych łat. Kapi­tan Park usta­wił ją daleko od swo­ich stat­ków, a Nau ją oszczę­dził.

-?...tak więc teraz pań­skie nowe sta­no­wi­sko jest bar­dzo ważne. Jako mój kie­row­nik floty będzie miał pan obo­wiązki porów­ny­walne z nie­ży­ją­cym kapi­ta­nem Par­kiem. Będzie pan miał moje stałe wspar­cie i dopil­nuję, by moi ludzie to rozu­mieli. -?Rzut oka na Rit­sera Bru­ghela. -?Ale pro­szę pamię­tać: nasz suk­ces -?a nawet prze­trwa­nie -?zależy teraz od peł­nej współ­pracy.

dziesięć

Ezr nie­zbyt dobrze radził sobie z zarzą­dza­niem per­so­ne­lem. Plany Nau powinny być oczy­wi­ste. Vinh nawet stu­dio­wał takie rze­czy w szkole. Kiedy dotarli do tym­cza­sówki, Nau wygło­sił krótką, pełną nad­ska­ki­wa­nia mowę, w któ­rej przed­sta­wił Vinha jako nowego "kie­row­nika floty Queng Ho". Spe­cjal­nie pod­kre­ślił przy tym, że Ezr Vinh jest naj­wyż­szym rangą, obec­nym na miej­scu człon­kiem rodziny wła­ści­cieli stat­ków. Dwa statki Vinha prze­trwały star­cie ze sto­sun­kowo nie­wiel­kimi uszko­dze­niami. I jeśli jakiś pra­wo­wity wła­ści­ciel jed­no­stek Queng Ho pozo­stał przy życiu, był nim wła­śnie Ezr. A jeśli wszy­scy będą współ­pra­co­wać z legalną wła­dzą, jesz­cze razem zdo­łają się wzbo­ga­cić. A potem Ezr został wypchnięty do przodu, by wymam­ro­tał kilka słów o tym, jak bar­dzo cie­szy się z powrotu mię­dzy przy­ja­ciół i jak liczy na ich pomoc.

W ciągu kolej­nych dni zaczął rozu­mieć klin, jaki Nau wbił mię­dzy jego obo­wiązki a poczu­cie lojal­no­ści. Ezr rów­no­cze­śnie był w domu i poza nim. Każ­dego dnia widy­wał zna­jome twa­rze. Benny Wen i Jimmy Diem prze­żyli. Ezr znał Benny'ego od kiedy mieli po sześć lat, jed­nak teraz zacho­wy­wał się jak obcy, choć skłonny do współ­pracy.

A potem któ­re­goś dnia, bar­dziej dzięki szczę­ściu niż pla­no­wa­niu, Ezr wpadł na Benny'ego przy ślu­zach waha­dłow­ców. Ezr był sam. Jego Roz­wi­nięci asy­stenci coraz czę­ściej prze­sta­wali pil­no­wać jego ruchów. Ufali mu? Zało­żyli mu pod­słuch? Nie mogli sobie wyobra­zić, że potra­fiłby im zaszko­dzić? Wszyst­kie te moż­li­wo­ści były nie­przy­jemne, ale dobrze było się uwol­nić od opie­ku­nów.

Benny był z małą grupą Queng Ho tuż przy naj­bar­dziej zewnętrz­nej ścia­nie balonu. Ponie­waż znaj­do­wali się przy ślu­zach, nie było tu zewnętrz­nego piko­wa­nia, więc co jakiś czas świa­tła prze­la­tu­ją­cego waha­dłowca rzu­cały na tka­ninę ruchome plamy bla­sku. Grupa Benny'ego roz­pro­szyła się na ścia­nie, pra­cu­jąc przy węzłach auto­ma­tyki kon­tro­lu­ją­cej zbli­ża­nie. Ich Roz­wi­nięty szef grupy znaj­do­wał się na dru­gim końcu otwar­tej prze­strzeni.

Ezr wyle­ciał z pro­mie­nio­wego tunelu, zoba­czył Benny'ego Wena i lekko odbił się ku niemu od ściany.

Wen ode­rwał wzrok od pracy i ukło­nił się uprzej­mie.

-?Kie­row­niku floty. -?For­mal­ność była mu już zna­joma... i rów­nie bole­sna jak ude­rze­nie w twarz.

-?Cześć, Benny. J... jak leci?

Wen zer­k­nął szybko przez otwartą prze­strzeń na kie­row­nika grupy z Roz­wi­nię­tych. Facet zde­cy­do­wa­nie wyróż­niał się dzięki swo­jemu sza­remu kom­bi­ne­zo­nowi, odci­na­ją­cemu się od indy­wi­du­ali­zmu więk­szo­ści Queng Ho. Prze­ma­wiał wła­śnie gło­śno do trzech pra­cow­ni­ków, jed­nak dystans i tka­nina tłu­miły jego słowa. Benny obej­rzał się z powro­tem na Ezra i wzru­szył ramio­nami.

-?Och, dosko­nale. Wiesz, co tu robimy?

-?Wymie­nia­cie wej­ścia łącz­no­ści. -?Jed­nym z pierw­szych ruchów Roz­wi­nię­tych była kon­fi­skata wszyst­kich wyświe­tla­czy prze­zier­nych. Ekrany i powią­zana z nimi elek­tro­nika sygna­łowa były kla­sycz­nymi narzę­dziami wol­no­ści.

Wen roze­śmiał się cicho, wciąż zer­ka­jąc na szefa grupy.

-?Od razu tra­fiony, Ezr, stary. Widzisz, nasi nowi... pra­co­dawcy... mają pro­blem. Potrze­bują naszych stat­ków, potrze­bują naszego sprzętu, ale nic z tego nie będzie dzia­łać bez auto­ma­tyki. A jak mogą nam z nią zaufać? Wszelka sku­teczna maszy­ne­ria ma wbu­do­wane ste­row­niki. -?Oczy­wi­ście ste­row­niki były pod­łą­czone do sieci nie­wi­docz­nym kle­jem sieci lokal­nej floty, dzięki któ­rej wszystko pra­co­wało spój­nie.

Opro­gra­mo­wa­nie tego sys­temu roz­wi­jano przez tysiąc­le­cia, a Queng Ho dopra­co­wy­wali je przez wieki. Znisz­cze­nie go spra­wi­łoby, że flota sta­łaby się zale­d­wie zło­mem. Ale jak dowolny zdo­bywca może ufać temu, co ukry­wano tam w ciągu tych stu­leci? W więk­szo­ści przy­pad­ków sprzęt poko­na­nego był po pro­stu nisz­czony, jed­nak, jak przy­znał Tomas Nau, nikt nie mógł sobie pozwo­lić na utratę kolej­nych zaso­bów.

-?Wiesz, ich grupy robo­cze prze­cho­dzą przez każdy węzeł. Nie tylko tu, a na wszyst­kich oca­la­łych stat­kach. I wszyst­kie kolejno mody­fi­kują.

-?Nie ma mowy, żeby mogli wszystko zastą­pić. -?Mam nadzieję. Naj­gor­szymi tyra­niami były te, w któ­rych rząd wyma­gał sto­so­wa­nia wła­snej logiki w każ­dym osa­dzo­nym węźle.

-?Zdzi­wił­byś się, widząc, co wymie­niają. Widzia­łeś, jak pra­cują. Ich tech­nicy kom­pu­te­rowi są... dziwni. Wygrze­bali z sys­temu rze­czy, któ­rych ni­gdy bym nie podej­rze­wał. -?Benny wzru­szył ramio­nami. -?Ale masz rację, nie ruszają osa­dzo­nych rze­czy naj­niż­szego poziomu. Wyry­wają głów­nie układy logiczne wej­ścia/wyj­ścia. W zamian dosta­jemy nowiu­teń­kie inter­fejsy. -?Benny wykrzy­wił usta w lek­kim uśmie­chu i odcze­pił od pasa czarny pla­sti­kowy pro­sto­kąt. Wyglą­dał jak kla­wia­tura. -?To jedyne, czego będziemy uży­wać przez jakiś czas.

-?Boże, to wygląda sta­ro­żyt­nie.

-?To jest pro­ste, nie stare. Mam wra­że­nie, że to po pro­stu sprzęt zapa­sowy, który Roz­wi­nięci mieli w maga­zy­nach. -?Benny znowu popa­trzył w kie­runku szefa zespołu. -?Liczy się to, że sprzęt łącz­no­ściowy w tych skrzyn­kach jest znany Roz­wi­nię­tym. Jeśli spró­bu­jesz przy nich grze­bać, wywo­łasz alarmy w całej sieci. W zasa­dzie mogą fil­tro­wać wszystko, co robimy. -?Benny popa­trzył na pudełko i zwa­żył je w ręce. Był tylko jesz­cze jed­nym prak­ty­kan­tem, jak Ezr, nie był od niego dużo bystrzej­szy w kwe­stiach tech­niki, ale zawsze miał nosa do dobrych inte­re­sów. - Dziwne. To, co udało nam się dotąd zoba­czyć z tech­no­lo­gii Roz­wi­nię­tych, wygląda na dość ogra­ni­czone, ale oni naprawdę zamie­rzają wszystko prze­sie­wać i moni­to­ro­wać. W ich auto­ma­tyce jest coś, czego nie rozu­miemy. -?Wyglą­dało to pra­wie tak, jakby roz­ma­wiał sam ze sobą.

Na ścia­nie za nim poja­wiło się świa­tło, nara­sta­jąc, a potem powoli prze­su­wa­jąc się w bok. Do doku zbli­żał się waha­dło­wiec. Blask prze­su­nął się po krzy­wiź­nie ściany, a po sekun­dzie roz­legł się stłu­miony odgłos doko­wa­nia. Po całej tka­ni­nie wokół cylin­dra doku prze­bie­gły fale. Włą­czyły się pompy śluzy. Tutaj ich wycie było gło­śniej­sze niż w samej ślu­zie. Ezr się zawa­hał. Hałas był dosta­tecz­nie nasi­lony, by ukryć ich roz­mowę przed kie­row­ni­kiem grupy. Jasne, a wszyst­kie mikro­fony pod­słu­chowe mogą w tym wyła­pać roz­mowę lepiej niż nasze uszy. Kiedy więc się ode­zwał, nie pró­bo­wał kon­spi­ra­cyj­nego szeptu, prze­krzy­ku­jąc zgiełk pomp.

-?Dużo się wyda­rzyło, Benny. Ale chcę, żebyś wie­dział, że ja się nie zmie­ni­łem. Nie jestem... -?Nie jestem zdrajcą, do cho­lery!

Przez chwilę Benny patrzył na niego enig­ma­tycz­nie... a potem się uśmiech­nął.

-?Wiem, Ezr. Wiem.

Benny popro­wa­dził go wzdłuż ściany w kie­runku reszty zespołu.

-?Pokażę ci jesz­cze parę rze­czy, któ­rymi się zaj­mu­jemy.

Ezr podą­żał za nim, gdy Benny wska­zy­wał różne ele­menty, opi­su­jąc zmiany wpro­wa­dzane przez Roz­wi­nię­tych do pro­to­ko­łów doku. I nagle tro­chę lepiej zro­zu­miał grę.

Wróg nas potrze­buje i spo­dziewa się, że będziemy dla niego pra­co­wać przez lata. Jest mnó­stwo rze­czy, które możemy sobie powie­dzieć. Nie zabiją nas za wymianę infor­ma­cji potrzeb­nych do wyko­na­nia pracy. I nie zabiją za spe­ku­la­cje na temat tego, co się tu dzieje.

Jazgot pomp ustał. Gdzieś za pla­sti­kiem cylin­dra doku z waha­dłowca zaczęli wysia­dać ludzie, wyła­do­wu­jąc towar.

Wen pod­le­ciał bli­żej do otwar­tego włazu kanału tech­nicz­nego.

-?Sły­sza­łem, że spro­wa­dzają sporo swo­ich ludzi.

-?Tak, nie­długo ma ich być cztery setki, może wię­cej. -?Ta tym­cza­sówka była tylko zbio­rem balo­nów napom­po­wa­nych kil­ka­set mega­se­kund wcze­śniej, zaraz po przy­by­ciu floty. Jed­nak była dosta­tecz­nie duża dla wszyst­kich załóg upa­ko­wa­nych jako wyschnięte zwłoki na czas pięć­dzie­się­cio­let­niego prze­lotu z Tri­lan­dii. To było trzy tysiące osób. Teraz miesz­kało ich tu tylko trzy­sta.

Benny uniósł brew.

-?Myśla­łem, że mają wła­sną tym­cza­sówkę, i to lep­szą od tej.

-?Myślę... -?Szef grupy zna­lazł się pra­wie w zasięgu słu­chu. Ale to nie jest żadna kon­spi­ra­cja. Boże Han­dlu, musimy móc roz­ma­wiać o swo­jej pracy. -?Myślę, że stra­cili wię­cej, niż się do tego przy­znają. - Myślę, że o włos otar­li­śmy się o zwy­cię­stwo i to pomimo tego, że zosta­li­śmy zaata­ko­wani z zasko­cze­nia, choć powa­lili nas swoją bro­nią bio­lo­giczną.

Benny przy­tak­nął, a Ezr domy­ślił się, że już wie­dział. Jed­nak czy wie­dział o tym?

-?To wciąż zostawi sporo miej­sca. Tomas Nau myśli o wycią­gnię­ciu więk­szej liczby ludzi z hiber­na­cji, może nawet czę­ści ofi­ce­rów.

Jasne, star­szy per­so­nel będzie sta­no­wił więk­sze zagro­że­nie dla Roz­wi­nię­tych, ale jeśli Nau naprawdę chciał sku­tecz­nej współ­pracy... Nie­stety pan kolo­nii był znacz­nie mniej otwarty w zakre­sie "Sku­pio­nych". Tri­xia.

-?Och? -?Głos Benny'ego nie zdra­dzał emo­cji, ale jego spoj­rze­nie nagle się wyostrzyło. Spoj­rzał w inną stronę. -?To byłaby duża róż­nica, zwłasz­cza dla nie­któ­rych z nas... jak ta panienka, która pra­cuje teraz w tym kanale. -?Czę­ściowo wsu­nął głowę przez właz i zawo­łał. -?Hej, Qiwi, skoń­czy­łaś tam już?!

Bachor? Od czasu zasadzki Ezr widział ją tylko dwa albo trzy razy, co wystar­czyło do upew­nie­nia się, że nie została ranna ani nie zro­biono z niej zakład­nika. Jed­nak ona czę­ściej niż inni spę­dzała czas poza tym­cza­sówką i z Roz­wi­nię­tymi. Może po pro­stu wyda­wała się za młoda, by sta­no­wić zagro­że­nie. Minęła chwila i z kanału wysu­nęła się drobna postać w śmiesz­nym stroju arle­kina.

-?Tak, tak, skoń­czy­łam. Zało­ży­łam pokrywę zabez­pie­cza­jącą... -?Zoba­czyła Ezra. -?Cześć, Ezr! -?Choć raz dziew­czyna nie rzu­ciła się na niego, tylko kiw­nęła głową i tak jakby się uśmiech­nęła. Może zaczy­nała dora­stać. Choć jeśli tak, to tra­fił się jej trudny spo­sób. - Roz­cią­gnę­łam to całą drogę aż za śluzy, żaden pro­blem. Choć można by się zasta­na­wiać, czemu po pro­stu nie użyją szy­fro­wa­nia.

Uśmie­chała się, choć pod jej oczami zoba­czył cie­nie. Takiej twa­rzy Ezr spo­dzie­wałby się u kogoś star­szego. Qiwi uno­siła się w roz­luź­nio­nej pozy­cji nie­waż­ko­ści, z jed­nym butem w kratkę zacze­pio­nym o uchwyt na ścia­nie. Jed­nak ręce trzy­mała bli­sko piersi, obej­mu­jąc dłońmi łok­cie. Znik­nął gdzieś eks­pan­sywny, nie­ustan­nie chwy­ta­jący i bijący potwo­rek sprzed zasadzki. Ojciec Qiwi był jed­nym z wciąż zaka­żo­nych, tak jak Tri­xia. I podob­nie jak ona mógł ni­gdy nie wró­cić. A Kira Pen Liso­let była star­szą zbrojną.

Mała dziew­czynka dalej mówiła o kon­fi­gu­ra­cji urzą­dzeń wewnątrz kanału. Miała dobre kwa­li­fi­ka­cje. Inne dzieci mogły mieć zabawki, gry i kole­gów czy kole­żanki, ale domem Qiwi był lecący mię­dzy gwiaz­dami pra­wie pusty sta­tek stru­mie­niowy. Te dłu­gie czasy w samot­no­ści spra­wiły, że stała się nie­mal spe­cja­listką w kilku dzie­dzi­nach.

Miała kilka pomy­słów doty­czą­cych poten­cjal­nej oszczęd­no­ści czasu przy prze­cią­ga­niu prze­wo­dów zle­co­nym przez Roz­wi­nię­tych. Benny przy­ta­ki­wał i robił notatki.

A potem Qiwi prze­rzu­ciła się na inny temat.

-?Sły­sza­łam, że będziemy mieć w tym­cza­sówce nowych ludzi.

-?Tak...

-?Kogo? Kogo?

-?Roz­wi­nię­tych. A potem może tro­chę naszych ludzi.

Jej uśmiech na chwilę zro­bił się pro­mienny, a potem z wyraź­nym wysił­kiem stłu­miła entu­zjazm.

-?Ja... byłam w Ham­mer­fe­ście. Pan kolo­nii Nau chciał, żebym spraw­dziła sprzęt do hiber­na­cji przed prze­nie­sie­niem go na "Odle­gły skarb". Widzia­łam... widzia­łam mamę, Ezr. Widzia­łam jej twarz przez szybę. Widzia­łam jej powolny oddech.

-?Nie martw się, młoda -?rzu­cił Benny. -?My... Wszystko będzie w porządku z twoją mamą i tatą.

-?Wiem. To samo powie­dział mi pan kolo­nii Nau.

W jej oczach zoba­czył nadzieję. Czyli Nau skła­dał jej luźne obiet­nice, sta­jąc się źró­dłem nadziei bied­nej Qiwi. A nie­które z jego obiet­nic mogą być nawet praw­dziwe. Może w końcu wyle­czą jej ojca ze swo­jej cho­ler­nej bojo­wej cho­roby. Jed­nak zbrojni pokroju Kiry Pen Liso­let byliby nie­zwy­kle nie­bez­pieczni dla dowol­nego tyrana. Poza urzą­dze­niem kontrza­sadzki, Kira Liso­let może spać przez bar­dzo, bar­dzo długi czas... Poza urzą­dze­niem kontrza­sadzki. Zer­k­nął na Benny'ego. Spoj­rze­nie przy­ja­ciela było kom­plet­nie bez wyrazu, wró­ciw­szy do wcze­śniej­szego nie­prze­nik­nio­nego wyglądu. I nagle Ezr zro­zu­miał, że naprawdę ist­nieje spi­sek. W ciągu naj­wy­żej kilku mega­se­kund nie­któ­rzy spo­śród Queng Ho podejmą dzia­ła­nia.

Mogę pomóc, wiem, że mogę. Ofi­cjalna koor­dy­na­cja wszyst­kich roz­ka­zów Roz­wi­nię­tych prze­cho­dziła przez Ezra Vinha. Gdyby był po ich stro­nie... Jed­nak był też naj­ści­ślej obser­wo­wany ze wszyst­kich, nawet jeśli Tomas Nau w ogóle go nie sza­no­wał. Na chwilę Ezra opa­no­wała furia. Benny wie­dział, że nie jest zdrajcą... ale też nie mógł w żaden spo­sób pomóc, nie zdra­dza­jąc spi­skow­ców.

* * *

Tym­cza­sówka Queng Ho prze­trwała zasadzkę bez jed­nego zadra­pa­nia. Nie została nawet uszko­dzona impul­sami, więc zanim oka­le­czyli jej sieć lokalną, Roz­wi­nięci spę­dzili sporo czasu na grze­ba­niu w jej bazach danych.

To, co zostało, spraw­dzało się cał­kiem dobrze w ruty­no­wych dzia­ła­niach. Co kilka dni popu­la­cja tym­cza­sówki wzra­stała o kilka kolej­nych osób. Więk­szość była Roz­wi­nię­tymi, choć tra­fiali się też uwal­niani z aresztu hiber­na­cyj­nego Queng Ho niskiego szcze­bla. Zarówno Roz­wi­nięci, jak i Queng Ho wyglą­dali jak uchodźcy z jakiejś kata­strofy. Nie dało się ukryć znisz­czeń dozna­nych przez Roz­wi­nię­tych ani stra­co­nego przez nich sprzętu. I może Tri­xia nie żyje. "Sku­pieni" byli prze­trzy­my­wani w nowym habi­ta­cie Roz­wi­nię­tych, Ham­mer­fe­ście. Jed­nak nikt ich nie widział.

A rów­no­cze­śnie warunki w tym­cza­sówce Queng Ho powoli się pogar­szały. Miesz­kała tu mniej niż jedna trze­cia doce­lo­wej popu­la­cji struk­tury, a jed­nak sys­temy zawo­dziły. Czę­ściowo winna była oka­le­czona auto­ma­tyka, czę­ściowo -?choć efekt był sub­telny -?wyni­kało to z faktu, że ludzie nie wyko­ny­wali swo­jej pracy wła­ści­wie.

Przy połą­cze­niu uszko­dzo­nej auto­ma­tyki i nie­zdar­no­ści Roz­wi­nię­tych w obcho­dze­niu się z sys­te­mami pod­trzy­my­wa­nia życia druga strona jesz­cze się nie zorien­to­wała. Na szczę­ście dla spi­skow­ców Qiwi więk­szość czasu spę­dzała poza tym­cza­sówką. Ezr wie­dział, że mogłaby w jed­nej chwili wykryć oszu­stwo. Jego udział w spi­sku pole­gał na mil­cze­niu i po pro­stu nie­zau­wa­ża­niu tego, co się działo. Prze­cho­dził od jed­nej drob­nej awa­rii do dru­giej, robiąc to, co oczy­wi­ste... i zasta­na­wiał się, co naprawdę pla­no­wali jego przy­ja­ciele.

Tym­cza­sówka zaczęła auten­tycz­nie śmier­dzieć. Ezr ze swo­imi Roz­wi­nię­tymi asy­sten­tami wybrał się do base­nów bak­te­ryki w samym rdze­niu tym­cza­sówki, do miej­sca, gdzie prak­ty­kant Vinh spę­dzał tak wiele kilo­se­kund... wcze­śniej. Oddałby wszystko, by zostać tu prak­ty­kantem na zawsze, gdyby tylko przy­wró­ciło to kapi­tana Parka i pozo­sta­łych.

Smród panu­jący w bak­te­ryce był gor­szy niż cokol­wiek pozna­nego przez Ezra poza nie­uda­nymi ćwi­cze­niami szkol­nymi. Ściany za reak­to­rami bio­lo­gicz­nymi pokry­wała miękka czarna maź, pul­su­jąca jak stare ciało w powie­wie wen­ty­la­to­rów. Ciret i Marli zwy­mio­to­wali, z tego jedno wewnątrz apa­ratu odde­cho­wego.

-?Ropa! -?wydy­szał Marli. -?Nie wytrzy­mam z tym. Pocze­kamy na cie­bie na zewnątrz.

Ruszyli do wyj­ścia wśród roz­pry­sków mate­rii, aż zamknęły się za nimi drzwi. Ezr został sam z woniami. Stał przez chwilę, nagle uświa­da­mia­jąc sobie, że jeśli kie­dyś chciałby być cał­kiem sam, to było wła­ściwe do tego miej­sce.

Gdy zaczął badać ska­że­nie, z syfu wyło­niła się postać w uma­za­nym szla­mem stroju wodo­od­por­nym i z apa­ra­tem odde­cho­wym. Unio­sła rękę, sygna­li­zu­jąc mil­cze­nie, a potem prze­su­nęła jed­nostkę sygna­łową wzdłuż ciała Vinha.

-?W porządku, jesteś czy­sty -?oznaj­mił stłu­miony głos. -?Albo po pro­stu ci ufają.

To był Jimmy Diem. Pomimo całego gnoju bak­te­ryj­nego Ezr pra­wie go uści­snął. Wbrew wszel­kim szan­som spi­skowcy zna­leźli spo­sób na skon­tak­to­wa­nie się z nim. Ale w gło­sie Diema nie usły­szał ulgi. Nie widział jego oczu za goglami, jed­nak postawa jed­no­znacz­nie świad­czyła o napię­ciu.

-?Czemu im nad­ska­ku­jesz, Vinh?

-?Wcale nie! Cze­kam tylko na wła­ściwy moment.

-?Tak... tak uwa­żają nie­któ­rzy z nas. Ale Nau dał ci mnó­stwo przy­wi­le­jów i to u cie­bie musimy zatwier­dzać każdą pier­dołę. Naprawdę uwa­żasz, że rzą­dzisz tym, co z nas zostało?

Nau przez cały czas robił wszystko, by stwa­rzać takie wra­że­nie.

-?Nie! Może sądzą, że mnie kupili, ale... na Boga Han­dlu, czy nie byłem rze­tel­nym człon­kiem załogi?

Roz­legł się stłu­miony śmiech i barki Diema chyba się tro­chę roz­luź­niły.

-?Tak, byłeś marzy­cie­lem, który ni­gdy tak do końca nie potra­fił się sku­pić na zada­niu -?słowa zna­jo­mej kry­tyki, choć wyma­wiane pra­wie z sym­pa­tią -?ale nie jesteś głupi i ni­gdy nie pró­bo­wa­łeś wyko­rzy­sty­wać powią­zań rodzin­nych... Dobra, prak­ty­kan­cie, witamy na pokła­dzie.

To był naj­ra­do­śniej­szy awans kie­dy­kol­wiek otrzy­many przez Ezra Vinha. Zdła­wił setki wzbie­ra­ją­cych w nim pytań, bo i tak nie powi­nien znać odpo­wie­dzi na więk­szość z nich. Ale mimo wszystko to jedno, o Tri­xię...

Diem już mówił.

-?Mam dla cie­bie do zapa­mię­ta­nia tro­chę kodów, ale może jesz­cze się spo­tkamy twa­rzą w twarz. Smród zelżeje, lecz na­dal pozo­sta­nie pro­ble­mem, więc będziesz miał mnó­stwo wymó­wek, żeby tu przy­cho­dzić. Na razie kilka ogól­nych kwe­stii: musimy wydo­stać się na zewnątrz.

Vinh pomy­ślał o "Odle­głym skar­bie" i śpią­cych w hiber­na­cji na jego pokła­dzie zbroj­mi­strzach. A może na pokła­dach oca­la­łych stat­ków Queng Ho były jakieś tajne skrytki z bro­nią.

-?Hm. Jest kilka pro­jek­tów napraw na zewnątrz, w któ­rych jeste­śmy eks­per­tami.

-?Wiem. Naj­waż­niej­sze jest wpro­wa­dze­nie do ekip wła­ści­wych ludzi, w odpo­wied­nich przy­dzia­łach. Prze­ka­żemy tro­chę nazwisk.

-?Jasne.

-?Jesz­cze jedno: musimy się dowie­dzieć cze­goś o "Sku­pio­nych". Gdzie dokład­nie są prze­trzy­my­wani? Czy można ich szybko prze­mie­ścić?

-?Pró­buję się dowie­dzieć wię­cej na ich temat -?bar­dziej, niż możesz wie­dzieć, bry­ga­dzi­sto. -?Rey­nolt mówi, że żyją, że w ich przy­padku zatrzy­mano postępy cho­roby. -?Zgni­li­zny mózgu. Ten mro­żący krew w żyłach ter­min nie pocho­dził od Rey­nolt, a został nie­ostroż­nie wypo­wie­dziany przez jed­nego ze zwy­kłych Roz­wi­nię­tych. -?Sta­ram się zdo­być zgodę na zoba­cze­nie...

-?Wła­śnie, Tri­xii Bon­sol, prawda? -?Lepka od szlamu dłoń współ­czu­jąco pokle­pała Vinha po ramie­niu. -?Hmm. Masz dobry motyw, żeby drą­żyć tę sprawę. Bądź dla nich grzeczny w każ­dej innej spra­wie, ale w tej napie­raj mocno. Wiesz, jak wielka byłaby to łaska, która utrzyma cię po ich stro­nie, jeśli tylko ci jej udzielą... Dobra. Zabie­raj się stąd.

Diem roz­pły­nął się w chmu­rach obrzy­dli­wego szlamu. Vinh roz­ma­zał na ręka­wie ślady pozo­sta­wione przez dłoń roz­mówcy. Kiedy odwra­cał się do włazu, pra­wie prze­sta­wał już zauwa­żać smród. Znowu pra­co­wał z przy­ja­ciółmi. I mieli szansę.

* * *

Pozo­sta­ło­ści wyprawy Queng Ho miały swo­jego "kie­row­nika floty" na niby, któ­rym był Ezr Vinh, więc Tomas Nau wyzna­czył też "Komi­tet zarzą­dza­nia flotą", mający dora­dzać i poma­gać w kie­ro­wa­niu nią. Wcią­ga­nie nie­win­nych ludzi do ewi­dent­nej zdrady było typo­wym ele­men­tem stra­te­gii Nau. Odby­wane raz na mega­se­kundę spo­tka­nia byłyby dla Vinha tor­turą, gdyby nie jedno: jed­nym z człon­ków komi­tetu był Jimmy Diem.

Ezr przy­glą­dał się człon­kom komi­tetu wla­tu­ją­cym do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Nau urzą­dził pomiesz­cze­nie pole­ro­wa­nym drew­nem i wyso­kiej jako­ści oknami. Wszy­scy w tym­cza­sówce wie­dzieli o tym, jak hoj­nie trak­tuje kie­row­nika floty i jego komi­tet. Poza Qiwi cała dzie­siątka zda­wała sobie sprawę z tego, jak jest wyko­rzy­sty­wana. Więk­szość rozu­miała, że miną lata, nim Tomas Nau w ogóle zwolni pozo­sta­łych Queng Ho z hiber­na­cyj­nego aresztu. Nie­któ­rzy, jak Jimmy, domy­ślali się, że starsi ofi­ce­ro­wie mogą być od czasu do czasu pota­jem­nie roz­mra­żani do prze­słu­chań i krót­kiej służby. Było to nie­koń­czące się zło, które zapewni Roz­wi­nię­tym trwałą prze­wagę.

Tak więc tutaj nie było zdraj­ców. Mimo wszystko sta­no­wili znie­chę­ca­jący widok: pię­cioro prak­ty­kan­tów, trzech młod­szych ofi­ce­rów, czter­na­sto­latka i jedno nie­chlujne uoso­bie­nie nie­kom­pe­ten­cji. No dobrze, wła­ści­wie to Pham Trinli nie był nie­chlujny fizycz­nie -?jak na sta­ruszka był w nie­złej for­mie. Naj­praw­do­po­dob­niej zawsze był głup­ko­waty. Dowo­dem na jego osią­gnię­cia był fakt, że nie zatrzy­mano go w hiber­na­cji. Trinli był jedy­nym woj­sko­wym Queng Ho pozo­sta­wio­nym na wol­no­ści.

A to raczej czyni z niego króla bła­znów. Kie­row­nik floty Vinh roz­po­czął spo­tka­nie. Można by się spo­dzie­wać, że świa­do­mość sztucz­nego cha­rak­teru tego organu sprawi, że zebra­nia będą krót­kie, ale nie, czę­sto prze­cią­gały się na wiele kilo­se­kund, docho­dząc do dłu­ba­nia w szcze­gó­łach zadań dla jej poszcze­gól­nych człon­ków. Mam nadzieję, że lubisz tego pod­słu­chi­wać, cho­lerny Nau.

Pierw­szym punk­tem porządku obrad był roz­kład w bak­te­ryce, który został opa­no­wany. Wszech­obecny smród powi­nien zostać usu­nięty do czasu następ­nego zebra­nia. W samej bak­te­ryce pozo­stało tro­chę nie­kon­tro­lo­wa­nych linii gene­tycz­nych (dobrze!), ale nie stwa­rzały zagro­że­nia dla tym­cza­sówki. Słu­cha­jąc raportu, Vinh uni­kał patrze­nia na Jimmy'ego Diema. Spo­tkał się z nim w bak­te­ryce już trzy razy. Roz­mowy były krót­kie i jed­no­stronne. Vinh naj­bar­dziej cie­kaw był rze­czy, które koniecz­nie musiał wie­dzieć: ilu Queng Ho bie­rze udział w ope­ra­cji Diema? Kto? Czy mieli jakiś kon­kretny plan na roz­bi­cie Roz­wi­nię­tych i ura­to­wa­nie zakład­ni­ków?

Drugi temat wzbu­dzał więk­sze emo­cje. Roz­wi­nięci chcieli wpro­wa­dzić w orga­ni­za­cji pracy floty wła­sne jed­nostki czasu.

-?Nie rozu­miem -?powie­dział Vinh, widząc nie­za­do­wo­lone spoj­rze­nia. - Sekunda Roz­wi­nię­tych trwa dokład­nie tyle samo co nasza... a na potrzeby dzia­łań lokal­nych reszta to tylko kalen­da­rzowe ozdóbki. Nasze opro­gra­mo­wa­nie cały czas radzi sobie z kalen­da­rzami klien­tów. - Oczy­wi­ście, ale nie stwa­rzało to poważ­nych pro­ble­mów w codzien­nych roz­mo­wach. Bala­cre­ań­ski dzień nie róż­nił się wiele od trwa­ją­cego sto kilo­se­kund "dnia" zmiany sto­so­wa­nego przez Queng Ho. A ich rok był dosta­tecz­nie bli­ski trzy­dzie­stu mega­se­kun­dom, które były pod­stawą więk­szo­ści słów zna­czą­cych rok.

-?Jasne, możemy sobie pora­dzić z dziw­nymi kalen­da­rzami, ale to tylko apli­ka­cje inter­fejsu. -?Arlo Dinh był prak­ty­kan­tem pro­gra­mi­stą, teraz odpo­wia­dał za mody­fi­ka­cje opro­gra­mo­wa­nia. -?Nasi nowi, uch, pra­co­dawcy uży­wają wewnętrz­nych narzę­dzi Queng Ho. "Poja­wią się skutki uboczne". - Arlo wypo­wie­dział to ponu­rym tonem man­try.

-?Dobrze, dobrze. Poru­szę... -?Ezr urwał, dozna­jąc nie­spo­dzie­wa­nego admi­ni­stra­cyj­nego natchnie­nia. -?Arlo, czemu ty nie poru­szysz tego z Rey­nolt? Wyja­śnij jej pro­blemy.

Ezr spoj­rzał na porzą­dek obrad, uni­ka­jąc ziry­to­wa­nego wzroku Arlo.

-?Następna sprawa. Dosta­jemy coraz wię­cej nowych miesz­kań­ców. Pan kolo­nii mówi, żeby spo­dzie­wać się przy­naj­mniej kolej­nych trzy­stu Roz­wi­nię­tych, a potem kolej­nych pięć­dzie­się­ciu Queng Ho. Wygląda na to, że układy pod­trzy­my­wa­nia życia sobie z tym pora­dzą. Ale co z innymi? Gonle?

Kiedy mieli pełne sze­regi, Gonle Fong była młod­szą kwa­ter­mi­strzy­nią na "Nie­wi­dzial­nej ręce". Umysł Fong wciąż nie nadą­żał za zmia­nami. Była w nie­okre­ślo­nym wieku i gdyby nie zasadzka, mogłaby całe życie prze­żyć na dotych­cza­so­wym sta­no­wi­sku. Może była jedną z tych osób, któ­rych ścieżki kariery zatrzy­my­wały się w odpo­wied­nim miej­scu, gdzie ich zdol­no­ści dosko­nale paso­wały do sta­wia­nych przed nimi zadań. Jed­nak teraz...

Fong kiw­nęła głową.

-?Tak, mam tro­chę liczb do poka­za­nia. -?Zaczęła stu­kać w kla­wia­turę Roz­wi­nię­tych przed sobą, popeł­niła parę błę­dów, spró­bo­wała je sko­ry­go­wać. Na ekra­nach sali jej nie­po­wo­dze­nia zgła­szane były przez kolejne komu­ni­katy o błę­dach. -?Jak się je wyłą­cza? -?rzu­ciła Fong, klnąc pod nosem. Zro­biła kolejną lite­rówkę i jej złość stała się bar­dzo ewi­dentna. -?Cho­lerny świat, nie potra­fię znieść tych pie­przo­nych urzą­dzeń! -?Chwy­ciła kla­wia­turę i trza­snęła nią o stół z wypo­le­ro­wa­nego drewna. For­nir pękł, ale kla­wia­tu­rze nic się nie stało. Trza­snęła nią jesz­cze raz, a komu­ni­katy o błę­dach zami­go­tały w jaskra­wym pro­te­ście i znik­nęły. Fong czę­ściowo unio­sła się z fotela i mach­nęła dziw­nie wygiętą kla­wia­turą w stronę Ezra. -?Te Roz­wi­nięte skur­wy­syny zabrały nam wszyst­kie dzia­ła­jące urzą­dze­nia wej­ścia/wyj­ścia. Nie mogę uży­wać głosu ani wyświe­tla­czy prze­zier­nych. Mamy tylko okna i te pie­przone gówna! - Rzu­ciła kla­wia­turę na stół. Ta odbiła się i pole­ciała w stronę sufitu.

Roz­legł się chór potwier­dzeń, choć może nie aż tak empa­tycz­nych.

-?Przez tę kla­wia­turę niczego nie da się zro­bić. Potrze­bu­jemy wyświe­tla­czy... Jeste­śmy oka­le­czeni, choć zasad­ni­cze sys­temy są sprawne.

Ezr uniósł ręce i pocze­kał na przy­ga­śnię­cie buntu.

-?Wszy­scy zna­cie powody tego stanu rze­czy. Roz­wi­nięci po pro­stu nie ufają naszym sys­te­mom i uwa­żają, że muszą kon­tro­lo­wać pery­fe­ria.

-?Jasne! Chcą szpie­go­wać wszyst­kie nasze inte­rak­cje. Ja też nie zaufa­ła­bym prze­chwy­co­nej auto­ma­tyce, ale tak się nie da! Będę uży­wać ich sys­te­mów wej­ścia/wyj­ścia, ale niech nam dadzą wyświe­tla­cze prze­zierne, wskaź­niki oczne i...

-?Powiem wprost, są ludzie, któ­rzy po pro­stu będą uży­wać swo­jego sta­rego sprzętu -?rzu­ciła Gonle Fong.

-?Dość! -?To była część bycia posłusz­nym, która naj­bar­dziej bolała. Ezr zro­bił, co mógł, by gniew­nie popa­trzeć na Fong. -?Rozu­miem, co pani mówi, panno Fong. Tak, to poważna nie­wy­goda, ale pan kolo­nii Nau uważa nie­po­słu­szeń­stwo w tej kwe­stii za zdradę. To coś, co Roz­wi­nięci uwa­żają za bez­po­śred­nie zagro­że­nie. -?Więc zacho­waj swój stary sprzęt wej­ścia/wyj­ścia, jeśli chcesz, ale zro­zum wią­żące się z tym ryzyko. Tego nie powie­dział na głos.

Fong zgar­biła się nad sto­łem, popa­trzyła na niego i ponuro kiw­nęła głową.

-?Słu­chaj­cie -?mówił dalej Ezr. -?Popro­si­łem Nau i Rey­nolt o inne urzą­dze­nia. Może tro­chę dosta­niemy, ale pamię­taj­cie, że utknę­li­śmy lata świetlne od naj­bliż­szej cywi­li­za­cji prze­my­sło­wej. Wszyst­kie nowe gadżety muszą zostać wypro­du­ko­wane z tego, co Roz­wi­nięci mają tutaj, w L1. -?Ezr bar­dzo poważ­nie wąt­pił, by wiele z tego wyni­kło. -?Śmier­tel­nie ważne jest, żeby­ście bar­dzo wyraź­nie prze­ka­zali swoim ludziom infor­ma­cję o zaka­zie doty­czą­cym urzą­dzeń wej­ścia/wyj­ścia. Dla ich wła­snego bez­pie­czeń­stwa.

Spoj­rzał kolejno po wszyst­kich twa­rzach. Nie­mal wszy­scy patrzyli na niego hardo, ale Vinh dostrzegł ukry­wane poczu­cie ulgi. Po powro­cie do przy­ja­ciół człon­ko­wie komi­tetu będą mogli wska­zy­wać Ezra Vinha jako pozba­wio­nego krę­go­słupa dra­nia, który wymu­sza wpro­wa­dza­nie żądań Roz­wi­nię­tych... a ich nie­po­pu­larne pozy­cje zro­bią się tro­chę łatwiej­sze.

Ezr jesz­cze chwilę sie­dział w mil­cze­niu, czu­jąc bez­rad­ność. Pro­szę, niech to będzie tym, czego chce ode mnie bry­ga­dzi­sta Diem. Jed­nak spoj­rze­nie Jimmy'ego było rów­nie puste i twarde jak pozo­sta­łych. Poza bak­te­ryką dobrze odgry­wał swoją rolę. W końcu Ezr nachy­lił się nad sto­łem i cicho zwró­cił się do Fong.

-?Mia­łaś mi powie­dzieć o nowo przy­by­łych. Jakie mamy pro­blemy?

Fong burk­nęła, przy­po­mi­na­jąc sobie, o czym roz­ma­wiali, zanim wybu­chła.

-?Ach, dajmy sobie spo­kój z licz­bami -?powie­działa nie­spo­dzie­wa­nie. - Krótka odpo­wiedź jest taka, że pora­dzimy sobie z więk­szą liczbą ludzi. Cho­lera, gdy­by­śmy mogli wła­ści­wie kon­tro­lo­wać auto­ma­tykę, mogli­by­śmy zmie­ścić w tym balo­nie trzy tysiące. A co do samych ludzi? -?Wzru­szyła ramio­nami, ale już bez zło­ści. -?To typowi dur­nie, jakich widzia­łam już w mnó­stwie tyra­nii. Nazy­wają się "kie­row­ni­kami", ale to wyrob­nicy. W rze­czy­wi­sto­ści pod war­stwą prze­chwa­łek dość ner­wowo oba­wiają się nas. - Na jej twa­rzy poja­wił się prze­bie­gły uśmie­szek. -?Mamy ludzi, któ­rzy umieją sobie radzić z takimi klien­tami. Niektó­rzy z nas się zaprzy­jaź­niają. Jest mnó­stwo rze­czy, o któ­rych oni nie powinni mówić, na przy­kład, jak poważna jest ta cała "zgni­li­zna mózgu". Ale mogę wam powie­dzieć, że jeśli ich sze­fo­wie wkrótce nie zde­cy­dują się mówić, sami się tego dowiemy.

Ezr nie odpo­wie­dział uśmie­chem. Słu­chasz tego, Nau? Nie­za­leż­nie od two­ich życzeń, wkrótce poznamy prawdę. A Jimmy Diem będzie mógł wyko­rzy­stać wszystko, co odkryją. Kiedy szedł na to zebra­nie, Ezra pochła­niała jedna kwe­stia, będąca ostat­nią pozy­cją porządku obrad. Teraz zaczy­nał rozu­mieć, jak wszystko do sie­bie paso­wało. I w sumie może wcale nie szło mu tak źle jako kie­row­ni­kowi.

Ostat­nią pozy­cją na dzi­siaj był nad­cho­dzący roz­błysk słońca. Jimmy zna­lazł też dur­nia -?zde­cy­do­wa­nie nie­świa­do­mego dur­nia -?który zre­fe­ruje dla nich tę sprawę: Phama Trin­liego. Zbroj­mistrz bar­dzo sta­rał się zwró­cić na sie­bie uwagę, prze­su­wa­jąc się do brzegu stołu.

-?Tak, tak -?powie­dział. -?Mam tu zdję­cia. Jedną chwilę.

W oknach wokół pomiesz­cze­nia poja­wiły się dzie­siątki wykre­sów tech­nicz­nych. Trinli pod­le­ciał do podium i wygło­sił wykład na temat punk­tów sta­bil­no­ści Lagrange'a. Zabawne, robił to gło­sem i sty­lem suge­ru­ją­cym dowo­dze­nie, choć wygła­szane przez niego infor­ma­cje były banal­nymi oczy­wi­sto­ściami.

Vinh pozwo­lił mu się pro­du­ko­wać przez sto sekund.

-?Wydaje mi się, że temat pań­skiej pre­zen­ta­cji brzmi "Przy­go­to­wa­nie do zapłonu", panie Trinli. Czego chcą od nas Roz­wi­nięci?

Sta­ru­szek posłał Ezrowi spoj­rze­nie rów­nie groźne jak dowol­nego bry­ga­dzi­sty.

-?Zbroj­mi­strzu Trinli, jeśli będzie pan tak uprzejmy, kie­row­niku floty. -?Utrzy­mał spoj­rze­nie jesz­cze przez chwilę. -?Dobrze, przejdźmy do sedna. Mamy tu około pię­ciu miliar­dów ton dia­mentu. -?W oknie za nim poja­wił się czer­wony wskaź­nik, wyróż­nia­jąc powoli obra­ca­jącą się stertę skał sta­no­wią­cych cały luźny mate­riał zna­le­ziony przez kapi­tana Parka w tym ukła­dzie sło­necz­nym. Lód i rudy wynie­sione z Arachny two­rzyły mniej­sze góry zebrane w kątach i zagłę­bie­niach blo­ków aste­roid. -?Te skały sta­no­wią kla­syczną stertę kon­tak­tową. Obec­nie nasze floty są do niej zako­twi­czone lub znaj­dują się na orbi­tach wokół niej. Jak pró­bo­wa­łem przed chwilą wyja­śnić, Roz­wi­nięci chcą, żeby­śmy roz­mie­ścili na zasad­ni­czych blo­kach sterty sys­tem sil­ni­ków elek­trycz­nych i nimi zarzą­dzali.

-?Przed ponow­nym zapło­nem? -?zapy­tał Diem.

-?Tak.

-?Chcą utrzy­mać sta­bil­ność kon­taktu pod­czas zapłonu?

-?Dokład­nie tak.

Wokół stołu wymie­niono spoj­rze­nia. Utrzy­my­wa­nie pozy­cji było bar­dzo powszechną i bar­dzo starą prak­tyką. Przy wła­ści­wym wyko­na­niu orbita wokół L1 kosz­to­wała bar­dzo nie­wiele paliwa. Będą się znaj­do­wać nie­całe pół­tora miliona kilo­me­trów od Arachny i nie­mal bez­po­śred­nio mię­dzy pla­netą a jej słoń­cem. W ciągu nad­cho­dzą­cych jasnych lat staną się prak­tycz­nie ukryci w bla­sku gwiazdy. Jed­nak Roz­wi­nięci mieli bar­dzo ambitne plany: zbu­do­wali już na ster­cie skał róż­no­rodne struk­tury, włącz­nie z Ham­mer­fe­stem. Teraz więc chcieli umie­ścić na miej­scu sil­niczki utrzy­mu­jące pozy­cję przed zapło­nem gwiazdy. Zanim się uspo­koi, Bista­bilna będzie świe­cić pięć­dzie­siąt do stu razy jaśniej niż prze­ciętne słońce. Dur­nie chcieli użyć sil­nicz­ków korek­cyj­nych do powstrzy­ma­nia olbrzy­mich skał przed prze­miesz­cza­niem się w tym cza­sie. To była nie­bez­pieczna głu­pota, ale to Roz­wi­nięci decy­do­wali. A to zapewni Jimmy'emu moż­li­wość wycho­dze­nia na zewnątrz.

-?Wła­ści­wie nie sądzę, żeby to miał być poważny pro­blem. -?Qiwi unio­sła się ze swo­jego miej­sca. Pod­le­ciała do map Phama Trin­liego, uprze­dza­jąc to, co mógłby chcieć powie­dzieć. -?Pod­czas lotu tutaj prze­ro­bi­łam tro­chę tego typu ćwi­czeń. Mama chce, żebym została inży­nierką, i uznała, że utrzy­ma­nie pozy­cji może być waż­nym ele­men­tem tej wyprawy. -?Qiwi brzmiała doro­ślej i poważ­niej niż zwy­kle. Był to też pierw­szy raz, gdy ubrała się w zie­leń Liso­le­tów. Przez chwilę uno­siła się przed oknem, odczy­tu­jąc szcze­gó­łowe infor­ma­cje. Jej doro­sła god­ność na chwilę się zachwiała. -?Boże, nie pro­szą o mało! Ta sterta jest bar­dzo luźna. Nawet jeśli dobrze opra­cu­jemy rów­na­nia, nie ma mowy, żeby­śmy poznali wszyst­kie naprę­że­nia w tej ster­cie. A jeśli mate­riały lotne zostaną oświe­tlone, doj­dzie do tego zupeł­nie nowy pro­blem. -?Zagwiz­dała, a jej uśmiech suge­ro­wał nie­mal dzie­cięcy zachwyt. -?Moż­liwe, że będziemy musieli prze­mie­ścić sil­niczki pod­czas zapłonu. Ja...

Pham Trinli popa­trzył gniew­nie na dziew­czynę. Nie­wąt­pli­wie wła­śnie stre­ściła tysiąc sekund jego pre­zen­ta­cji.

-?Tak, będzie to wyjąt­kowe zada­nie. Do dys­po­zy­cji mamy tylko setkę sil­ni­ków elek­trycz­nych. Przez cały czas będziemy musieli utrzy­my­wać ekipy na ster­cie.

-?Nie, to nie­prawda. To zna­czy z sil­ni­kami. Mamy dużo wię­cej sil­ni­ków korek­cyj­nych na "Prze­rwie Brisgo". To zada­nie jest ponad sto razy więk­sze niż te, które ćwi­czy­łam... -?Qiwi dała się ponieść wła­snemu entu­zja­zmowi i choć raz to nie Ezr Vinh był osobą, z którą się spie­rała.

Nie wszy­scy spo­koj­nie zaak­cep­to­wali tę sytu­ację. Młodsi ofi­ce­ro­wie, włącz­nie z Die­mem, doma­gali się roz­pro­sze­nia sterty na czas zapłonu gwiazdy i prze­nie­sie­nia mate­ria­łów lot­nych na ocie­nioną stronę naj­więk­szego dia­mentu. Do dia­bła z Nau, to było zbyt ryzy­kowne. Trinli zje­żył się i odkrzyk­nął, że wszystko to już pró­bo­wał tłu­ma­czyć Roz­wi­nię­tym.

Ezr ude­rzył w stół, a potem zro­bił to jesz­cze raz, gło­śniej.

-?Pro­szę o spo­kój. To zada­nie, które nam przy­dzie­lono. Naj­lep­szym spo­so­bem, w jaki możemy pomóc naszym ludziom, jest bycie odpo­wie­dzial­nymi w tym, co mamy. Sądzę, że w tej spra­wie możemy uzy­skać dodat­kową pomoc od Roz­wi­nię­tych, ale musimy to odpo­wied­nio przed­sta­wić.

Spory wokół niego nie ustały. Cie­kawe, ilu z nich bie­rze udział w spi­sku, zasta­na­wiał się. Chyba nie Qiwi? Po kolej­nych sekun­dach kłótni wró­cili do punktu wyj­ścia: żad­nego wyboru poza ustą­pie­niem. Jimmy Diem cof­nął się nieco i wes­tchnął.

-?No dobrze, zro­bimy, co nam kazano. Ale przy­naj­mniej wiemy, że nas potrze­bują. Przy­du­śmy Nau i zmu­śmy go do zwol­nie­nia paru star­szych spe­cja­li­stów.

Roz­le­gły się pomruki popar­cia. Vinh spoj­rzał w oczy Jimmy'ego, a potem odwró­cił wzrok. Może uda im się zwol­nić do tego część zakład­ni­ków, choć bar­dziej praw­do­po­dobne było, że nic z tego nie wyj­dzie. Jed­nak Ezr zro­zu­miał nagle, kiedy spi­skowcy ude­rzą.

jedenaście

Gwiazda Bista­bilna była bar­dzo prze­wi­dy­walna. Jej kata­stro­falną zmien­ność po raz pierw­szy zauwa­żyli astro­no­mo­wie u zara­nia dzie­jów na Sta­rej Ziemi. W ciągu nie­ca­łych ośmiu­set sekund gwiazda opi­sana w kata­lo­gach jako "poje­dyn­czy brą­zowy karzeł [oso­bliwy]" prze­szła z magni­tudo 26 na magni­tudo 4. W ciągu kolej­nych trzy­dzie­stu pię­ciu lat obiekt zanikł do prak­tycz­nej nie­wi­dzial­no­ści... gene­ru­jąc przy tym dzie­siątki prac dok­tor­skich. Od tam­tej pory gwiazdę uważ­nie obser­wo­wano, a tajem­nica tylko się pogłę­biała. Jej począt­kowy roz­błysk był zmienny w zakre­sie aż trzy­dzie­stu pro­cent, jed­nak ogól­nie krzywa świe­ce­nia była nie­zwy­kle powta­rzalna. Zapa­lała się, gasła, zapa­lała, gasła... w cyklu trwa­ją­cym około dwu­stu pięć­dzie­się­ciu lat, z począt­kiem prze­wi­dy­wal­nym z dokład­no­ścią co do sekundy.

W ciągu tysiąc­leci od zara­nia cywi­li­za­cje ludz­kie nie­ustan­nie roz­prze­strze­niały się coraz dalej od układu sło­necz­nego Ziemi. Obser­wa­cje Bista­bil­nej sta­wały się coraz dokład­niej­sze i pro­wa­dzono je z coraz mniej­szych odle­gło­ści.

Aż w końcu ludzie dotarli do układu Bista­bil­nej i przy­glą­dali się sekun­dom upły­wa­ją­cym do ponow­nego zapłonu.

Tomas Nau wygło­sił krótką prze­mowę, zakoń­czoną sło­wami:

-?To będzie inte­re­su­jące przed­sta­wie­nie.

Do obser­wa­cji zapłonu gwiazdy zebrali się w naj­więk­szej sali zebrań tym­cza­sówki. W tej chwili było tu tłoczno, z ludźmi opa­da­ją­cymi bar­dzo powoli w mikro­cią­że­niu na powierzchni sterty. W Ham­mer­fe­ście spe­cja­li­ści Roz­wi­nię­tych nad­zo­ro­wali ope­ra­cję, roz­miesz­czono też mini­malne załogi na pokła­dach stat­ków kosmicz­nych, jed­nak Ezr wie­dział, że była tu więk­szość Queng Ho i wszy­scy nie­bę­dący na służ­bie Roz­wi­nięci. Obie strony były pra­wie przy­ja­zne, pra­wie ze sobą roz­ma­wiały. Od zasadzki minęło czter­dzie­ści dni. Według plo­tek środki bez­pie­czeń­stwa Roz­wi­nię­tych miały po zapło­nie gwiazdy ulec zna­czą­cemu zła­go­dze­niu.

Ezr zacze­pił się w miej­scu bli­sko sufitu. Bez wyświe­tla­czy prze­zier­nych jedyny widok zapew­niała tapeta sali. Wisząc tam, widział trzy naj­cie­kaw­sze okna -?przy­naj­mniej gdy inni ludzie nie wla­ty­wali mu w pole widze­nia. Jedno pre­zen­to­wało widok peł­nego dysku Bista­bil­nej, dru­gie przed­sta­wiało obraz z jed­nego z mikro­sa­te­li­tów na niskiej orbi­cie wokół gwiazdy. Nawet z odle­gło­ści pię­ciu­set kilo­me­trów jej powierzch­nia nie wyglą­dała groź­nie. Widok mógłby być prze­sy­łany z samo­lotu lecą­cego nad jarzącą się war­stwą chmur. Gdyby nie cią­że­nie na powierzchni, ludzie pra­wie mogliby tam wylą­do­wać. "Chmury" prze­su­wały się powoli pod okiem mikro­sa­te­lity, chwi­lami odsła­nia­jąc w prze­rwach jarzącą się czer­wień. Ciemną czer­wień brą­zo­wego karła, czer­wień ciała dosko­nale czar­nego. Nie było widać żad­nych oznak kata­strofy, która miała nastą­pić w ciągu... sze­ściu­set sekund.

Nau i jego starsi tech­nicy lotu zbli­żyli się do Ezra. Ni­gdzie nie zauwa­żył Bru­ghela. Zawsze łatwo było stwier­dzić, kiedy Nau chciał być przy­ja­zny -?wystar­czyło spraw­dzić, czy w pobliżu jest Rit­ser Bru­ghel. Pan kolo­nii zajął miej­sce obok Vinha. Uśmie­chał się niczym jakiś poli­tyk klien­tów.

-?No cóż, kie­row­niku floty, wciąż nie­po­ko­isz się tą ope­ra­cją?

Vinh przy­tak­nął.

-?Zna pan reko­men­da­cje mojego komi­tetu. Na ten zapłon powin­ni­śmy prze­nieść mate­riały lotne za jedną skałę i zabrać ją tro­chę dalej. Powin­ni­śmy się na to prze­nieść do zewnętrz­nego układu. -?Statki obu flot i habi­taty zostały zako­twi­czone z jed­nej strony naj­więk­szej dia­men­to­wej skały. Będą tam osło­nięte przed świa­tłem, ale jeśli mate­riały zaczną się prze­miesz­czać...

Tech­nik Nau pokrę­cił głową.

-?Mamy tu za dużo rze­czy na miej­scu. Zresztą brak nam paliwa i musie­li­by­śmy zużyć mnó­stwo mate­ria­łów do lata­nia po ukła­dzie. -?Tech­nik, Jau Xin, wyglą­dał nie­mal rów­nie młodo jak Ezr. Xin był dosta­tecz­nie przy­ja­zny, choć nie widać było po nim oznak kom­pe­ten­cji, do któ­rych Ezr przy­zwy­czaił się u star­szych Queng Ho. -?Jestem pod dużym wra­że­niem waszych inży­nie­rów. -?Xin kiw­nął głową w stronę okien. -?Są dużo lepsi, niż my byli­by­śmy w radze­niu sobie z tą stertą. Trudno zro­zu­mieć, jak mogą być tak bystrzy bez sp... -?Umilkł. Wciąż ist­niały tajem­nice, choć może się to zmie­nić szyb­ciej, niż Roz­wi­nięci się spo­dzie­wali.

-?Wasi ludzie są dobrzy, Ezr. -?Nau gładko wypeł­nił ciszę w wypo­wie­dzi Xina. -?Naprawdę uwa­żam, że tak bar­dzo narze­kali na ten plan, bo dążą do per­fek­cji. -?Popa­trzył w okno wyświe­tla­jące Bista­bilną. -?Pomy­śl­cie o całej histo­rii, która się tu zbiega.

Wszę­dzie wokół i poni­żej zebrani ludzie sku­piali się w grupki Roz­wi­nię­tych i Queng Ho, ale roz­mowy pro­wa­dzono we wszyst­kie strony. Okno na dal­szej ścia­nie wycho­dziło na odsło­niętą powierzch­nię sterty. Ludzie Jimmy'ego Diema roz­cią­gali sre­brzy­stą osłonę nad wierz­chem lodo­wych gór. Nau zmarsz­czył brwi.

-?To do osłony lodu z wody i śniegu powie­trza, sir -?wyja­śnił Vinh. - Wierzch jest nie­osło­nięty przed bez­po­śred­nim świa­tłem Bista­bil­nej. Mate­riał powi­nien ogra­ni­czyć paro­wa­nie.

-?Ach. -?Nau przy­tak­nął.

* * *

Na powierzchni znaj­do­wało się kil­ka­na­ście osób, nie­które zabez­pie­czone lin­kami, inne manew­ro­wały swo­bod­nie. Cią­że­nie sterty było pra­wie zerowe. Szy­bo­wali nad szczy­tami lodo­wych gór z łatwo­ścią całego życia spę­dzo­nego na pracy w próżni... i korzy­sta­jąc z tysiąc­leci doświad­cze­nia Queng Ho. Przy­glą­dał się posta­ciom i pró­bo­wał zga­dy­wać, kto jest kto. Jed­nak oprócz ska­fan­drów mieli na sobie kurtki ter­miczne, więc Vinh widział jedy­nie iden­tyczne syl­wetki tań­czące nad ciem­nym kra­jo­bra­zem. Nie znał szcze­gó­łów planu spi­skow­ców, ale Jimmy zle­cał mu pewne zada­nia i Ezr domy­ślał się nie­któ­rych rze­czy. Tego typu spo­sob­ność mogła się już nie przy­da­rzyć: mieli dostęp do sil­ni­ków elek­trycz­nych na pokła­dzie "Prze­rwy Brisgo" i nie­mal nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści wycho­dze­nia na zewnątrz, cza­sami bez Roz­wi­nię­tych obser­wa­to­rów. W ciągu pierw­szych sekund po roz­ja­rze­niu pewien poziom cha­osu był nie­unik­niony... a skoro ope­ra­cją utrzy­ma­nia pozy­cji kie­ro­wali Queng Ho, mogli dostroić ten chaos na potrzeby spi­sku. Ale wszystko, co ja mogę robić, to stać tutaj z Toma­sem Nau... i być dobrym akto­rem.

Ezr uśmiech­nął się do pana kolo­nii.

* * *

-?Szlag! -?Qiwi Liso­let wypa­dła z furią ze śluzy. -?Cho­lera, szlag, kurwa i... -?klęła, pośpiesz­nie zdej­mu­jąc z sie­bie kurtkę ter­miczną i spodnie.

Gdzieś w głębi umy­słu zapi­sała sobie, żeby spę­dzać wię­cej czasu z Gonle Fong. Z pew­no­ścią musiały ist­nieć rów­nież ostrzej­sze prze­kleń­stwa do uży­cia, gdy sytu­acja robiła się aż tak spie­przona. Rzu­ciła odzież ter­miczną do szafki i zanur­ko­wała w głąb osio­wego tunelu bez zdej­mo­wa­nia ska­fan­dra i kap­tura.

Boże Han­dlu, jak mogli jej coś takiego zro­bić? Została wyrzu­cona do środka, żeby stała z pal­cem w tyłku, pod­czas gdy praca, którą to ona powinna wyko­ny­wać, została prze­jęta przez Jimmy'ego Diema!

* * *

Pham Trinli uno­sił się trzy­dzie­ści metrów nad tka­niną izo­la­cyjną roz­cią­ganą nad górą lodową. Trinli był ofi­cjal­nym kie­row­ni­kiem ope­ra­cji zwią­za­nych z utrzy­ma­niem pozy­cji, choć bar­dzo pil­no­wał, by wszyst­kie jego roz­kazy były napu­szo­nymi ogól­ni­kami. Tak naprawdę robo­tami kie­ro­wał Jimmy Diem. A do tego to wła­śnie mała Qiwi Liso­let miała naj­lep­sze pomy­sły doty­czące tego, gdzie umiesz­czać sil­niki elek­tryczne i jak kon­fi­gu­ro­wać pro­gramy utrzy­my­wa­nia pozy­cji. Gdyby słu­chali wszyst­kich jej suge­stii, zapłon gwiazdy mógłby przejść bez żad­nych pro­ble­mów.

Ale to wcale nie byłoby dobre.

Pham Trinli nale­żał do "wiel­kiego spi­sku". Był jego bar­dzo pomniej­szym ele­men­tem i nie ufano mu na tyle, by powie­rzać jaki­kol­wiek klu­czowy ele­ment planu. Jed­nak wcale mu to nie prze­szka­dzało. Obró­cił się tak, by usta­wić się ple­cami do księ­ży­co­wego bla­sku Bista­bil­nej, a sterta uno­siła się nie­mal nad jego głową. W głę­bo­kich cie­niach sterty kryła się kolejna plą­ta­nina: zacu­mo­wane statki, tym­cza­sówki i rafi­ne­rie mate­ria­łów lot­nych, scho­wane przed świa­tłem, które wkrótce zaleje niebo. Jeden z habi­ta­tów, Ham­mer­fest, miał zako­rze­nioną budowę i wyglą­dałby nawet wdzięcz­nie, gdyby nie cały zgro­ma­dzony wokół niego sprzęt. Tym­cza­sówka Kup­ców wyglą­dała po pro­stu jak duży balon przy­cze­piony do powierzchni. W jego środku znaj­do­wali się wszy­scy przy­tomni Queng Ho i spora część popu­la­cji Roz­wi­nię­tych.

Za habi­ta­tami, czę­ściowo ukryte za skra­jem dia­mentu jeden, uno­siły się zacu­mo­wane statki mię­dzy­gwiezdne. Sta­no­wiły ponury widok. Jed­no­stek mię­dzy­gwiezd­nych nie powinno się wią­zać razem w taki spo­sób, a do tego ni­gdy tak bli­sko sterty luź­nych skał. Wypły­nęło wspo­mnie­nie: sterty mar­twych wie­lo­ry­bów gni­ją­cych w sek­su­al­nych obję­ciach. Tak się nie pro­wa­dziło stoczni. Z dru­giej strony to było bar­dziej zło­mo­wi­sko niż cokol­wiek innego. Roz­wi­nięci drogo zapła­cili za swoją zasadzkę. Po znisz­cze­niu statku fla­go­wego Sammy'ego Pham dry­fo­wał przez więk­szość dnia w uszko­dzo­nym waha­dłowcu... ale pod­łą­czony do całej pozo­sta­łej auto­ma­tyki bojo­wej. Pan kolo­nii Nau praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie odkrył, kto koor­dy­no­wał bitwę. Gdyby to zro­bił, Pham wylą­do­wałby mar­twy lub zamro­żony we śnie z pozo­sta­łymi oca­la­łymi zbroj­mi­strzami na "Odle­głym skar­bie".

Nawet zaata­ko­wani znie­nacka, Queng Ho byli o włos od zwy­cię­stwa. I wygra­li­by­śmy, gdyby nie roz­ło­żyła nas wszyst­kich ta cho­lerna zgni­li­zna mózgu Roz­wi­nię­tych. To wystar­czyło, by nauczyć ciała ostroż­no­ści. Kosz­towne zwy­cię­stwo zmie­niło się w coś bar­dzo bli­skiego samo­bój­stwu: zostały im być może dwa statki wciąż zdolne do lotu z sil­ni­kami stru­mie­nio­wymi, a parę dodat­ko­wych praw­do­po­dob­nie da się napra­wić przez roze­bra­nie na czę­ści uszko­dzo­nych. Sądząc po wyglą­dzie rafi­ne­rii mate­ria­łów lot­nych, minie mnó­stwo czasu, zanim zbiorą dość wodoru na roz­pę­dze­nie choć jed­nego pojazdu do pręd­ko­ści stru­mie­nio­wa­nia.

Do zapłonu gwiazdy zostało nie­całe pięć­set sekund. Pham przed­ry­fo­wał powoli do góry w stronę skał, aż skła­do­wi­sko zostało ukryte przez mate­riał izo­la­cyjny. Na powierzchni sterty jego ludzie -?Diem, Do i Patil, teraz już bez ode­sła­nej do środka Qiwi -?rze­komo prze­pro­wa­dzali ostat­nie kon­trole roz­miesz­czo­nych sil­ni­ków. Na kanale ekipy roz­brzmie­wał spo­kojny głos Jimmy'ego Diema, choć Pham wie­dział, że to nagra­nie. Diem i pozo­stali zeszli pod osłonę i znik­nęli z dru­giej strony sterty. Wszy­scy trzej byli teraz uzbro­jeni: zdu­mie­wa­jące, co można było zro­bić z sil­ni­kiem elek­trycz­nym, zwłasz­cza zapro­jek­to­wa­nym przez Queng Ho.

I tak Pham Trinli został sam ze sobą. Jimmy nie­wąt­pli­wie cie­szył się, mając go z głowy. Ufano mu, ale wyłącz­nie z pro­stymi ele­men­tami planu, takimi jak utrzy­ma­nie pozo­rów dalej dzia­ła­ją­cej ekipy robo­czej. Trinli wyła­niał się w polu widze­nia Ham­mer­fe­stu i tym­cza­sówki, a potem zni­kał, reagu­jąc na wska­zówki zawarte w ścieżce dźwię­ko­wej Jimmy'ego Diema.

Trzy­sta sekund do zapłonu. Trinli przed­ry­fo­wał pod osłonę. Z tego miej­sca widział ostre kra­wę­dzie lodu i sta­ran­nie roz­pro­wa­dzony śnieg powie­trza. Osło­nięta sterta kur­czyła się za osłoną, docho­dząc w końcu do nagiej powierzchni dia­men­to­wej góry.

Dia­ment. Tam, gdzie Pham Trinli dora­stał, dia­menty były osta­teczną formą bogac­twa. Jeden gram dia­mentu jako­ści odpo­wied­niej na klej­noty mógł opła­cić zabój­stwo księ­cia. Dla prze­cięt­nego Queng Ho dia­menty były po pro­stu kolej­nym allo­tro­pem węgla, pro­du­ko­wa­nym tanio na tony. Jed­nak nawet Queng Ho czuli pewien respekt w sto­sunku do tych gła­zów. Tego typu aste­ro­idy nie ist­niały ni­gdzie poza teo­rią. Choć skały nie były poje­dyn­czymi klej­no­tami, miały w sobie potężny, kry­sta­liczny porzą­dek. Rdze­nie gazo­wych gigan­tów, pla­net roz­wa­lo­nych w jakichś bar­dzo daw­nych wybu­chach? Sta­no­wiły po pro­stu jesz­cze jedną zagadkę układu Bista­bil­nej.

* * *

Od czasu roz­po­czę­cia prac nad stertą Trinli stu­dio­wał teren, choć nie z tych samych powo­dów, dla któ­rych robiła to Qiwi Liso­let ani nawet Jimmy Diem. W miej­scu, gdzie lód i śnieg powie­trza wypeł­niały prze­strzeń mię­dzy dia­men­tami jeden i dwa, znaj­do­wała się szcze­lina. Była ona istotna dla Qiwi i Jimmy'ego, ale tylko w kon­tek­ście utrzy­my­wa­nia porządku w ster­cie. Dla Phama Trin­liego... przy odro­bi­nie kopa­nia ta szcze­lina sta­no­wiła drogę z ich głów­nego miej­sca pracy do Ham­mer­fe­stu, drogę, która nie była widoczna ze stat­ków ani habi­ta­tów. Nie wspo­mniał o niej Die­mowi, plan spi­skow­ców prze­wi­dy­wał zdo­by­cie Ham­mer­fe­stu po prze­ję­ciu "Odle­głego skarbu".

Trinli poru­szał się ostroż­nie wzdłuż szcze­liny w kształ­cie litery V, z każdą chwilą coraz bli­żej habi­tatu Roz­wi­nię­tych. Diem i pozo­stali zdzi­wi­liby się, sły­sząc to, ale Pham Trinli nie uro­dził się w prze­strzeni, a cza­sami, gdy wspi­nał się tak jak teraz, dopa­dały go zawroty głowy typowe dla dur­nych pla­ne­cia­rzy. Gdyby pozwo­lił sobie popu­ścić wodze fan­ta­zji... nie prze­miesz­czał się dłoń za dło­nią wzdłuż wąskiego rowu, a zamiast tego wspi­nał wąskim ska­li­stym komi­nem, z każdą chwilą coraz bar­dziej odchy­la­ją­cym się do tyłu, aż w końcu będzie musiał spaść.

Zatrzy­mał się na chwilę, kon­tro­lu­jąc pozy­cję jedną dło­nią, pod­czas gdy całe jego ciało drżało z potrzeby haków, lin i innych zabez­pie­czeń moco­wa­nych w ota­cza­ją­cych go ścia­nach. Boże. Minęło mnó­stwo czasu, od kiedy ostatni raz tak mocno ogar­nęły go pla­ne­tarne odru­chy. Ruszył dalej. Do przodu. Nie do góry.

Na pod­sta­wie zli­cza­nia ruchów rękami powi­nien znaj­do­wać się już tuż przed Ham­mer­fe­stem, w pobliżu jego anten łącz­no­ści. Ist­niało spore ryzyko, że jeśli się wysu­nie, dostrzeże go jakaś kamera. Oczy­wi­ście była też spora szansa, że żaden czło­wiek ani pro­gram nie będzie moni­to­ro­wał takiego widoku i nie zoba­czy go dość szybko, by to coś zmie­niło. Mimo wszystko Trinli został w rowie. Jeśli będzie to konieczne, może prze­su­nąć się bli­żej, ale na razie chciał się tylko rozej­rzeć. Roz­ło­żył się w szcze­li­nie, opie­ra­jąc się sto­pami o lód, a ple­cami o dia­men­tową ścianę, i roz­wi­nął małą sondę ante­nową. Od chwili zasadzki Roz­wi­nięci odgry­wali przy­ja­znych tyra­nów, ale jedna sprawa, w któ­rej rzu­cali nie­przy­jem­nymi groź­bami, to posia­da­nie nie­za­twier­dzo­nych urzą­dzeń wej­ścia-wyj­ścia. Pham wie­dział, że Diem i naj­waż­niejsi spi­skowcy mieli wyświe­tla­cze Queng Ho, uży­wa­jąc nie­le­gal­nego szy­fro­wa­nia w sieci lokal­nej. Więk­szość tego roz­gry­wała się tuż pod samymi nosami Roz­wi­nię­tych. Nie­które rodzaje łącz­no­ści cał­ko­wi­cie uni­kały auto­ma­tyki, jako że wielu mło­dych znało jakieś odmiany sta­rej gry w kropki i kre­ski, migo­mowy.

Jako pery­fe­ryjny czło­nek spi­sku Pham Trinli znał jej tajem­nice tylko dla­tego, że miał mnó­stwo zabro­nio­nej elek­tro­niki. Uży­wana obec­nie rolka ante­nowa świad­czy­łaby o nie­czy­stych zamia­rach nawet w cza­sach pokoju.

Roz­wi­jana nić była prze­zro­czy­sta nie­mal dla wszyst­kiego, co mogło tu zaświe­cić, a na jej czubku znaj­do­wał się drobny czuj­nik wychwy­tu­jący pasmo elek­tro­ma­gne­tyczne. Jego głów­nym celem był zestaw sprzętu łącz­no­ścio­wego na habi­ta­cie Roz­wi­nię­tych, który miał w polu widze­nia tym­cza­sówkę Queng Ho. Trinli poru­szał rękami jak rybak prze­su­wa­jący rzu­coną sieć. Cien­kie włókno było dosta­tecz­nie sztywne, by dało się je sku­tecz­nie prze­miesz­czać w mikro­gra­wi­ta­cji. Tam. Czuj­nik zawisł w wiązce łączą­cej Ham­mer­fest z tym­cza­sówką. Pham prze­su­nął ele­ment kie­run­kowy nad brze­giem szcze­liny i wymie­rzył w nie­uży­wany port na tym­cza­sówce Queng Ho. Z tego miej­sca miał bez­po­śred­nie połą­cze­nie z sie­cią lokalną floty, obcho­dząc wszyst­kie zabez­pie­cze­nia Roz­wi­nię­tych. Dokład­nie cze­goś takiego oba­wiali się Nau i pozo­stali, i dla­tego wła­śnie rzu­cali groź­bami kary śmierci. Jimmy Diem bar­dzo słusz­nie nie pró­bo­wał podej­mo­wać takiego ryzyka. Pham Trinli miał nad nim pewną prze­wagę: znał stare, bar­dzo stare sztuczki ukryte w sprzę­cie Queng Ho... A mimo to nie zary­zy­ko­wałby, gdyby Jimmy i jego spi­skowcy nie upie­rali się tak bar­dzo przy swoim pla­nie prze­ję­cia kon­troli.

Może powi­nien był poroz­ma­wiać z Jim­mym Die­mem wprost. Było zbyt wiele nie­zwy­kle istot­nych rze­czy, któ­rych nie wie­dzieli o Roz­wi­nię­tych. Co spra­wiało, że ich auto­ma­tyka była tak dobra? Pod­czas wymiany ognia w trak­cie zasadzki zde­cy­do­wa­nie ustę­po­wali im w tak­tyce wyż­szego poziomu, ale ich namie­rza­nie celów było lep­sze niż jaki­kol­wiek sys­tem, z któ­rym Pham Trinli kie­dy­kol­wiek wal­czył.

Trinli miał nie­przy­jemne wra­że­nie ogar­nia­jące czło­wieka wma­new­ro­wa­nego do rogu. Spi­skowcy uwa­żali, że może to być ich naj­lep­sza, a zara­zem jedyna szansa na poko­na­nie Roz­wi­nię­tych. Może. Ale to wszystko było zbyt wygodne, zbyt dosko­nałe.

To zrób, co możesz, by wyko­rzy­stać sytu­ację.

Pham spoj­rzał na wyświe­tlacz wewnątrz hełmu. Prze­chwy­ty­wał tele­me­trię Roz­wi­nię­tych i część sygnału wideo, który prze­sy­łali do tym­cza­sówki. Może zdoła coś z tego odszy­fro­wać. Roz­wi­nięci dra­nie tro­chę za bar­dzo ufali połą­cze­niom w linii wzroku. Czas na pogrze­ba­nie nieco głę­biej.

* * *

-?Pięć­dzie­siąt sekund do zapłonu. -?Głos odli­czał mono­ton­nie i bez­barw­nie już od dwu­stu sekund.

Nie­mal wszy­scy w sali obser­wo­wali w ciszy okna.

-?Czter­dzie­ści sekund do zapłonu.

Ezr szybko rozej­rzał się po sali. Tech­nik lotów, Xin, patrzył kolejno na wszyst­kie ekrany. Wyraź­nie się dener­wo­wał. Tomas Nau obser­wo­wał widok z sate­lity nisko nad powierzch­nią Bista­bil­nej. Jego sku­pie­nie wyni­kało bar­dziej z cie­ka­wo­ści niż obaw lub podej­rzeń.

Qiwi Liso­let patrzyła gniew­nie na okno wyświe­tla­jące osłonę izo­la­cyjną i ekipę robo­czą Jimmy'ego Diema. Spoj­rze­nie miała mroczne i ponure, od kiedy tylko wle­ciała do sali. Ezr domy­ślał się, co się stało... i czuł ulgę. Jimmy użył nie­win­nej czter­na­sto­latki jako osłony dla swo­jego planu, ale ni­gdy nie był bez­względ­nym twar­dzie­lem. Sko­rzy­stał z oka­zji, by ode­słać dziew­czynę z dala od moż­li­wych szkód. Tylko że Qiwi mu nie wyba­czy, nawet jeśli zna prawdę.

-?Nadej­ście frontu fali za dzie­sięć sekund.

Wciąż żad­nej zmiany na widoku z mikro­sa­te­lity. Tylko łagodny czer­wony blask docie­ra­jący ze szcze­lin mię­dzy suną­cymi chmu­rami. Albo regu­larna dotąd gwiazda zro­biła im kosmiczny żart, albo był to cał­ko­wi­cie sko­kowy efekt.

-?Zapłon.

Na widoku peł­nej tar­czy w jej samym środku roz­ja­rzył się jaskrawy punkt, roz­cho­dząc się na zewnątrz i zaj­mu­jąc całą powierzch­nię w nie­całe dwie sekundy. Gdzieś po dro­dze znik­nął widok z niskiego pułapu. Świa­tło robiło się jaśniej­sze, jaśniej­sze i jaśniej­sze. W sali roze­szło się ciche wes­tchnie­nie zachwytu. Blask rzu­cił cie­nie na prze­ciw­le­głą ścianę, ale po chwili tapeta zmniej­szyła moc.

-?Pięć sekund po zapło­nie. -?Głos musiał być auto­ma­tyczny. - Reje­stru­jemy sie­dem kilo­wa­tów na metr kwa­dra­towy. -?Tym razem inny tech­nik, mówiący z pła­skim akcen­tem Tri­lan­dii.

Nie Roz­wi­nięty? Pyta­nie prze­mknęło przez uwagę Ezra, chwi­lowo zdła­wione przez resztę tego, co się działo.

-?Dzie­sięć sekund po zapło­nie.

Z boku sali widoczne było mniej­sze okno pre­zen­tu­jące widok na świat Pają­ków. Do tej pory było cał­ko­wi­cie ciemne, ale teraz świa­tło zaczęło odbi­jać się od powierzchni i pla­ne­tarna tar­cza roz­ja­rzyła się wła­snym bla­skiem lodu i powie­trza budzą­cego się do słońca już pięć razy jaśniej­szego niż norma Sol. I wciąż nasi­la­ją­cego blask.

-?Dwa­dzie­ścia kilo­wa­tów na metr kwa­dra­towy.

Pod obra­zem nowego słońca prze­su­wał się wykres porów­nu­jący jego moc z danymi histo­rycz­nymi. Ten ponowny zapłon wyglą­dał na rów­nie potężny jak każdy wcze­śniej­szy.

-?Prze­pływ neu­tro­nów wciąż poni­żej wykry­wal­nych war­to­ści.

Nau i Vinh wymie­nili spoj­rze­nia pełne ulgi, choć raz cał­kiem szczere po obu stro­nach. To było nie­bez­pie­czeń­stwo, któ­rego nie dało się wykryć z odle­gło­ści mię­dzy­gwiezd­nych, i jedno, na któ­rego temat jeden z daw­nych prze­lo­tów w pobliżu nie zdo­łał zebrać infor­ma­cji. Przy­naj­mniej nie zostaną usma­żeni pro­mie­nio­wa­niem, któ­rego nikt nie wykrył z oddali.

-?Trzy­dzie­ści sekund po zapło­nie.

-?Pięć­dzie­siąt kilo­wa­tów na metr kwa­dra­towy.

Na zewnątrz góra osła­nia­jąca ich przed słoń­cem zaczy­nała się jarzyć.

* * *

Pham Trinli słu­chał publicz­nego kanału audio. Nawet bez niego ponowny zapłon gwiazdy byłby oczy­wi­sty, ale na chwilę wydzie­lił te wyda­rze­nia do drob­nej czę­ści umy­słu i sku­pił się na tym, co działo się na pry­wat­nych łączach Ham­mer­fe­stu. To wła­śnie w chwi­lach takich jak ta, gdy uwaga tech­ni­ków sku­piała się na zewnętrz­nych wyda­rze­niach, naj­ła­twiej docho­dziło do zanie­dbań w zakre­sie bez­pie­czeń­stwa. Jeśli Diem nie miał opóź­nień, razem ze swo­imi ludźmi zna­lazł się teraz w miej­scu zacu­mo­wa­nia "Odle­głego skarbu".

* * *

Spoj­rze­nie Trin­liego prze­mknęło przez kilka ekra­nów wypeł­nia­ją­cych teraz więk­szość powierzchni jego kap­tura. Pro­gramy w sieci floty cał­kiem dobrze radziły sobie z tele­me­trią. Ha. Nie poko­nasz sta­rych ukry­tych fur­tek. Teraz, gdy potrze­bo­wali mnó­stwa mocy obli­cze­nio­wej, Roz­wi­nięci w coraz więk­szym stop­niu wyko­rzy­sty­wali auto­ma­tykę Queng Ho, a grze­ba­nie Trin­liego sta­wało się odpo­wied­nio sku­tecz­niej­sze.

Siła sygnału spa­dła. Prze­su­nię­cie usta­wie­nia? Trinli usu­nął kilka okien i wyj­rzał na świat wokół sie­bie. Bista­bilna kryła się za górami, ale jej świa­tło jarzyło się na górach wysta­ją­cych w jego polu widze­nia. W miej­scach odsło­nię­cia lodu lub powietrz­nego śniegu uno­siła się para. Roz­cią­gnięta przez Jimmy'ego osłona przez chwilę się utrzy­my­wała, ale tka­nina powoli wydęła się i zafa­lo­wała. Niebo nabrało teraz pra­wie nie­bie­ska­wej barwy od mgieł tysięcy ton gotu­ją­cej się wody i powie­trza, zmie­nia­jąc stertę w kometę.

I zabu­rza­jąc jego widok na Ham­mer­fest. Trinli poru­szał anteną. Utrata sygnału nie mogła wyni­kać tylko z poja­wie­nia się mgły, coś się prze­su­nęło. Tutaj. Znowu odbie­rał ruch z Ham­mer­fe­stu. Po kilku sekun­dach odzy­skał syn­chro­ni­za­cję opro­gra­mo­wa­nia deszy­fru­ją­cego i wró­cił do nasłu­chu, choć teraz zacho­wał pod­gląd na oto­cze­nie. Nowe słońce było jesz­cze bar­dziej wido­wi­skowe, niż się spo­dzie­wał.

Czujki sie­ciowe Trin­liego zna­la­zły się już wewnątrz Ham­mer­fe­stu. Każdy pro­gram miał swoje wyjąt­kowe oko­licz­no­ści, sytu­acje, które zda­niem pro­jek­tan­tów wycho­dziły poza zakres ich odpo­wie­dzial­no­ści. Ist­niały luki otwarte przez bie­żącą wyjąt­kową sytu­ację...

Dziwne. Wyglą­dało na to, że do wewnętrz­nych kom­po­nen­tów pro­gra­mów zalo­go­wane są dzie­siątki osób, a sys­tem Roz­wi­nię­tych obej­mo­wał duże czę­ści, któ­rych nie roz­po­zna­wał, nie­oparte na wspól­nych pod­sta­wach. Prze­cież Roz­wi­nięci powinni być zwy­kłymi głup­kami, któ­rzy nie­dawno ponow­nie odkryli zaawan­so­waną tech­no­lo­gię za pomocą sieci trans­mi­sji Queng Ho. Działo się tu zbyt dużo dziw­nych rze­czy. Zanur­ko­wał w komu­ni­ka­cji gło­so­wej. Nese Roz­wi­nię­tych był zro­zu­miały, choć przy­cięty i pełny żar­gonu.

-?...Diem... poko­nał przód skał... zgod­nie z pla­nem.

* * *

Zgod­nie z pla­nem?

Trinli prze­ska­no­wał powią­zane stru­mie­nie danych i zoba­czył gra­fikę ilu­stru­jącą uzbro­je­nie, jakie mogli mieć ze sobą ludzie Jimmy'ego, i pre­zen­tu­jącą wej­ście, któ­rego zamie­rzali użyć do wkro­cze­nia na pokład "Odle­głego skarbu". Były tam też tabele z nazwi­skami... spi­skow­ców. Phama Trin­liego wymie­niono jako pomniej­szego współ­sprawcę. Wię­cej tabel. Nie­le­galne szy­fry Jimmy'ego Diema. Pierw­sza wer­sja była tylko czę­ściowo pra­wi­dłowa, ale póź­niej­sze pliki bar­dzo pre­cy­zyj­nie roz­pra­co­wały sys­tem, któ­rego uży­wał Jimmy z kole­gami. W jakiś spo­sób obser­wo­wali ich na tyle uważ­nie, że przej­rzeli wszyst­kie ich sztuczki. Nie było żad­nych zdraj­ców, po pro­stu nie­ludzka pre­cy­zja w ana­li­zie szcze­gó­łów.

Pham ścią­gnął swój sprzęt i prze­czoł­gał się tro­chę dalej, a potem wysu­nął się, kie­ru­jąc swoją antenę kie­run­kową na prze­chy­lony nawis dachu Ham­mer­fe­stu. Z tego miej­sca kąt powi­nien być odpo­wiedni. Mógł odbić wiązkę do punktu cumo­wa­nia "Odle­głego skarbu".

-?Jimmy, Jimmy! Sły­szysz mnie? -?Uży­wał szy­fru Queng Ho, ale jeśli wróg ich usły­szy, oba końce połą­cze­nia zostaną zlo­ka­li­zo­wane.

* * *

Wszystko, czego Jimmy Diem kie­dy­kol­wiek chciał, to zostać dosta­tecz­nie dobrym bry­ga­dzi­stą, by otrzy­mać awans na ścieżkę kie­row­ni­czą. Wtedy mogliby się pobrać z Tsufe, a wszystko w dosko­na­łym momen­cie, aku­rat wtedy, gdy zacznie się zwra­cać wyprawa do Bista­bil­nej. Oczy­wi­ście to było, zanim przy­le­cieli tu Roz­wi­nięci i przed zasadzką. Teraz? Teraz prze­wo­dził spi­skowi, sta­wia­jąc wszystko na kilka chwil pie­kiel­nego ryzyka. Cóż, przy­naj­mniej w końcu prze­szli do akcji.

Za nie­całe czter­dzie­ści sekund będą mieli za sobą cztery tysiące metrów, całą drogę wokół sło­necz­nej strony rumo­wi­ska. Co samo w sobie byłoby nie­złym osią­gnię­ciem w zakre­sie kosmicz­nego prze­miesz­cza­nia się na linach, nawet gdyby nie byli przy tym owi­nięci srebrną folią. Pra­wie stra­cili Phama Patila. Szyb­kie prze­miesz­cza­nie się z uży­ciem lin pole­gało na umie­jęt­no­ści pre­cy­zyj­nego umiesz­cza­nia kolej­nych haków z wyczu­ciem tego, ile obcią­że­nia znie­sie dany punkt, gdy przy­śpie­szało się z dala od powierzchni wzdłuż liny. Jed­nak ich przy­miarki do sterty zostały prze­pro­wa­dzone pod kątem roz­miesz­cze­nia sil­nicz­ków do utrzy­my­wa­nia pozy­cji. Nie mieli wymó­wek do testo­wa­nia punk­tów zacze­pów dla lin. Patil leciał roz­pę­dzony z przy­śpie­sze­niem pra­wie 0,5 g, gdy jego szpi­ku­lec z hakiem wysu­nął się ze skały. I odle­ciałby w nie­skoń­czo­ność, gdyby Tsue i Jimmy nie byli bez­piecz­nie zacze­pieni. Jesz­cze kilka sekund i bez­po­śred­nie świa­tło słońca upie­kłoby ich wprost przez pro­wi­zo­ryczne osłony.

Ale udało im się! Byli po stro­nie stat­ków prze­ciw­nej do tej, z któ­rej dra­nie mogli się spo­dzie­wać gości. Pod­czas gdy spoj­rze­nia wszyst­kich zwró­cone były ku słońcu i zostały ośle­pione jego bla­skiem, oni dostali się na pozy­cję.

Sku­lili się tuż przed punk­tem cumo­wa­nia "Skarbu". Sta­tek uno­sił się sześć­set metrów nad nimi, tak bli­sko, że widzieli tylko część gar­dzieli i dzio­bowe zbior­niki star­towe. Jed­nak dzięki ostroż­nemu zwia­dowi wie­dzieli, że jest to naj­mniej uszko­dzona z oca­la­łych jed­no­stek Queng Ho. A w jego wnę­trzu znaj­do­wał się sprzęt oraz -?co waż­niej­sze -?byli tam ludzie, dzięki któ­rym mogli odzy­skać wol­ność.

Wszystko kryło się w cie­niu, choć teraz sze­roko roz­prze­strze­niło się halo gazów, a odbite świa­tło łago­dziło mrok. Jimmy i pozo­stali zdjęli srebrne osłony i zewnętrzne kurtki ter­miczne. Nagle zro­biło się bar­dzo zimno w samych ska­fan­drach ciśnie­nio­wych i kap­tu­rach. Prze­my­kali od kry­jówki do kry­jówki, cią­gnąc narzę­dzia oraz impro­wi­zo­waną broń, pró­bu­jąc trzy­mać to wszystko z dala od świa­tła roz­ja­rzo­nego nieba. Jaśniej już chyba nie będzie, prawda? Jed­nak zegar twier­dził, że od zapłonu gwiazdy minęło dopiero nie­całe sto sekund, a do mak­si­mum jasno­ści zostało jesz­cze około stu kolej­nych.

Cała trójka poszy­bo­wała do punk­tów cumo­wa­nia, mając nad sobą olbrzy­mią gar­dziel "Skarbu". Jedną miłą rze­czą zwią­zaną z prze­my­ka­niem się na pokład cze­goś tak potęż­nego jak stru­mie­niowy sta­tek kosmiczny był fakt, że ich ruchy raczej nie miały szans wywo­łać prze­miesz­cze­nia jed­nostki. Na pokła­dzie "Skarbu" powinna się znaj­do­wać załoga tech­niczna, ale czy mogli się spo­dzie­wać uzbro­jo­nych gości pośrodku tego spek­ta­klu? Wie­lo­krot­nie roz­wa­żali wszel­kie moż­liwe aspekty ryzyka, ale nie było spo­sobu, żeby jesz­cze bar­dziej popra­wić swoje szanse. Jed­nak jeśli zdo­będą sta­tek, w ich posia­da­niu znaj­dzie się jeden z naj­lep­szych pozo­sta­łych sprzę­tów, praw­dziwa broń oraz oca­leli zbroj­mi­strze Queng Ho. Będą mieli szansę skoń­czyć ten kosz­mar.

Teraz świa­tło słońca zaczy­nało prze­bi­jać się przez dia­men­tową skałę! Jimmy zatrzy­mał się na chwilę zauro­czony. Nawet tak wysoko od Bista­bil­nej oddzie­lało ich przy­naj­mniej trzy­sta metrów litego dia­mentu. A jed­nak to nie wystar­czało. Roz­pro­szone przez milion płasz­czyzn zała­ma­nia, odbite, osła­bione, roz­myte i pod­dane dyfrak­cji fotony z Bista­bil­nej i tak docie­rały na drugą stronę. Świa­tło było bla­skiem tęcz, tysią­cem maleń­kich tarcz sło­necz­nych jarzą­cych się ze wszyst­kich miejsc na powierzchni skały. A z każdą sekundą ich blask nara­stał, aż zaczął dostrze­gać struk­turę we wnę­trzu góry, pęk­nię­cia i płasz­czyzny zrębu roz­cią­ga­jące się na setki metrów w głąb dia­mentu. A świa­tło wciąż robiło się jaśniej­sze.

To tyle, jeśli cho­dzi o skra­da­nie się w ciem­no­ści. Jimmy zdła­wił wyobraź­nię i ruszył do góry. Z poziomu skały właz brzeżny był drobną zmarszczką na kra­wę­dzi pasz­czy leja, ale w miarę lotu robił się coraz więk­szy i więk­szy, cen­tral­nie nad jego głową. Gestami skie­ro­wał Do i Patila na boki włazu. Roz­wi­nięci oczy­wi­ście prze­pro­gra­mo­wali wej­ście, ale nie wymie­nili fizycz­nych mecha­ni­zmów, jak zro­bili to na pokła­dzie tym­cza­sówki. Tsufe pod­pa­trzyła lor­netką kod dostępu, a ich ręka­wice zostaną zaak­cep­to­wane jako wła­ściwe klu­cze. Ilu straż­ni­ków spo­tkają w środku? Możemy ich poko­nać. Wiem, że damy radę. Się­gnął do góry, by dotknąć ste­ro­wa­nia wła­zem i...

Ktoś go wywo­łał.

-?Jimmy, Jimmy! Sły­szysz mnie? -?Głos w uchu brzmiał bar­dzo słabo. Kon­tro­lka suge­ro­wała, że pocho­dzi z zaszy­fro­wa­nego sygnału lase­ro­wego ze szczytu habi­tatu Roz­wi­nię­tych. Jed­nak głos nale­żał do Phama Trin­liego.

Jimmy zamarł. Naj­gor­szy przy­pa­dek: wróg się z nimi bawił. Naj­lep­szy: Pham Trinli domy­ślił się, że ata­kują "Odle­gły skarb", i teraz pie­przył wszystko bar­dziej, niż kto­kol­wiek mógł sobie wyobra­zić. Zigno­ruj dur­nia, a jeśli prze­ży­jesz, zbij go na kwa­śne jabłko. Jimmy zer­k­nął na niebo nad Ham­mer­fe­stem. Halo miało bla­do­nie­bie­ską barwę, powoli kłę­biąc się w świe­tle Bista­bil­nej. W kosmo­sie bar­dzo trudno wykryć łącza lase­rowe, ale to już nie był zwy­kły kosmos. Bar­dziej przy­po­mi­nało to powierzch­nię komety przy bli­skim przej­ściu. Jeśli Roz­wi­nięci wie­dzieli, gdzie szu­kać, pew­nie mogliby zoba­czyć łącze Trin­liego.

Odpo­wie­dzią Jimmy'ego była mili­se­kun­dowa kom­pre­sja rzu­cona z powro­tem w kie­runku ode­bra­nej wiązki.

-?Wyłącz to, stary pier­doło. Już!

-?Za chwilę. Naj­pierw: oni wie­dzą o pla­nie. Odszy­fro­wali waszą kryp­to­gra­fię. -?To był Trinli, ale brzmiał ina­czej. I jemu nikt nie powie­dział o szy­fro­wa­niu. -?To ustawka, Jimmy. Ale oni nie wie­dzą wszyst­kiego. Wyco­faj­cie się. Cokol­wiek mają przy­go­to­wane wewnątrz "Skarbu", tylko pogor­szy sytu­ację.

Boże. Na chwilę Jimmy zamarł. Myśli o porażce i śmierci drę­czyły go w każ­dym śnie od czasu pułapki. Tysiące razy śmier­tel­nie ryzy­ko­wali, żeby dotrzeć tak daleko. Pogo­dził się z moż­li­wo­ścią, że zostaną odkryci, ale ni­gdy nie sądził, że doj­dzie do tego w taki spo­sób. Odkry­cie sta­rego dur­nia mogło być ważne, ale też mogło być bez­war­to­ściowe. A wyco­fa­nie się teraz byłoby pra­wie naj­gor­szym moż­li­wym wyni­kiem. Jest już po pro­stu za późno.

Jimmy zmu­sił się do otwar­cia ust, do ode­zwa­nia się.

-?Kaza­łem ci się roz­łą­czyć! -?Odwró­cił się z powro­tem do kadłuba "Skarbu" i wstu­kał na kla­wia­tu­rze kod dostępu Roz­wi­nię­tych.

Minęła sekunda... i pan­cerz się roz­su­nął. Do i Patil wle­cieli w górę, w ciem­ność śluzy. Diem zatrzy­mał się jesz­cze na chwilę, przy­mo­co­wał do kadłuba przy drzwiach małe urzą­dze­nie i pole­ciał za nimi.

dwanaście

Pham Trinli zamknął połą­cze­nie, odwró­cił się i zaczął szybko prze­miesz­czać wzdłuż szcze­liny. Czyli zosta­li­śmy pod­pusz­czeni. Tomas Nau był zde­cy­do­wa­nie za sprytny i dys­po­no­wał jakimś dziw­nym rodza­jem prze­wagi. Trinli widział setki ope­ra­cji, nie­które mniej­sze od tej, inne trwa­jące przez stu­le­cia, ale ni­gdy nie zetknął się z tak pre­cy­zyj­nym, fana­tycz­nym wręcz sku­pie­niem na szcze­gó­łach, jak dostrze­żone w dzien­ni­kach pod­słu­chu zebra­nych przez Roz­wi­nię­tych w spra­wie nie­le­gal­nego szy­fru. Nau miał do dys­po­zy­cji magiczne opro­gra­mo­wa­nie albo mono­ma­nia­ków. W głębi umy­słu jego aspekt pla­ni­sty zaczął się zasta­na­wiać, czy Pham Trinli mógłby któ­re­goś dnia to wyko­rzy­stać, a jeśli tak, to w jaki spo­sób.

Na razie jedy­nym pro­ble­mem było prze­trwa­nie. Gdyby tylko Diem wyco­fał się ze "Skarbu", pułapka zapla­no­wana przez Nau mogłaby się nie zamknąć lub nie byłaby tak zabój­cza.

Gładka powierzch­nia dia­mentu po lewej zaczęła teraz świe­cić: naj­więk­szy klej­not wszech­cza­sów jarzący się bla­skiem słońca. Z przodu świa­tło było nie­mal rów­nie jasne, ośle­pia­jąca aure­ola w miej­scu, gdzie lodowe szczyty oświe­tlane były pro­mie­niami Bista­bil­nej. Srebrna osłona prze­ciw­sło­neczna uno­siła się wysoko, zako­twi­czona już tylko w trzech miej­scach.

Ręce i nogi Phama zostały spod niego gwał­tow­nie wykop­nięte. Zawi­ro­wał, wyla­tu­jąc z trasy, i zatrzy­mał się jedną ręką. Przez kon­takt dłoni z pod­ło­żem usły­szał jęk gór. Mgła try­skała ze szcze­liny wzdłuż całej jej dłu­go­ści... a dia­men­towa góra się poru­szyła. Sta­tecz­nie, poni­żej cen­ty­me­tra na sekundę, ale ruszyła. Pham zoba­czył świa­tło wzdłuż całego otworu. Znał opra­co­wane przez załogę mapy skał. Dia­menty jeden i dwa przy­le­gały do sie­bie wzdłuż wspól­nej płasz­czy­zny. Inży­nie­ro­wie Roz­wi­nię­tych wyko­rzy­stali dolinę powy­żej jako wygodne miej­sce do zako­twi­cze­nia czę­ści lodu i śniegu z Arachny. Wszystko to było bar­dzo roz­sądne... i nie­do­sta­tecz­nie dobrze wymo­de­lo­wane. Część sub­stan­cji lot­nych wnik­nęła mię­dzy góry, a świa­tło odbi­jane w obie strony mię­dzy ska­łami jeden i dwa dotarło do lodu i powie­trza. Teraz gazy uwol­nione w sub­li­ma­cji odpy­chały od sie­bie dia­menty. To, co było set­kami metrów osłony, zmie­niło się w poszar­paną szcze­linę z milio­nem luster. Prze­cho­dzące przez nią świa­tło było tęczą z pie­kła.

* * *

-?Sto czter­dzie­ści pięć kilo­wa­tów na metr kwa­dra­towy.

-?To mak­si­mum roz­bły­sku -?sko­men­to­wał ktoś.

Bista­bilna świe­ciła ponad sto razy jaśniej niż stan­dar­dowa gwiazda typu Sol. Zacho­wy­wała się zgod­nie z zapi­sami wcze­śniej­szych roz­pa­leń, choć to było jaśniej­sze od więk­szo­ści. Gwiazda pozo­sta­nie tak jasna przez kolejne dzie­sięć tysięcy sekund, a potem dość gwał­tow­nie przy­ga­śnie do dwóch sola­rów i utrzyma się na tym pozio­mie przez kilka lat.

Nie roz­le­gły się żadne trium­falne okrzyki. W ciągu ostat­nich kil­ku­set sekund w tym­cza­sówce pano­wała prak­tycz­nie cał­ko­wita cisza. Qiwi z początku była zbyt pochło­nięta swoją zło­ścią z powodu wysła­nia jej do środka, ale w końcu się uspo­ko­iła, a potem doszło do zerwa­nia moco­wań sre­brzy­stej osłony i lód został dotknięty bez­po­śred­nimi pro­mie­niami słońca.

-?Mówi­łam Jimmy'emu, że to się nie utrzyma. -?W jej gło­sie nie było już sły­chać zło­ści.

Pokaz świetlny był piękny, ale uszko­dze­nia dużo poważ­niej­sze, niż uwzględ­nili w pla­nach. Ze wszyst­kich stron widać było stru­mie­nie gazów i nie było mowy, żeby ich skromne sil­niczki elek­tryczne zdo­łały je zre­kom­pen­so­wać. Miną mega­se­kundy, zanim uda się z powro­tem uspo­koić stertę.

A potem, po czte­ry­stu sekun­dach od zapłonu, tka­nina zerwała się cał­ko­wi­cie. Unio­sła się powoli, wykrę­cana na fio­le­to­wym nie­bie. Nie zoba­czyła żad­nych śla­dów ekipy tech­nicz­nej, która powinna była się pod nią kryć. Zanie­po­ko­jone pomruki przy­brały na sile. Nau zro­bił coś ze swoim man­kie­tem i jego głos stał się nagle dość gło­śny, by było go sły­chać w całej sali.

-?Nie mar­tw­cie się. Mieli kil­ka­set sekund na zorien­to­wa­nie się, że osłona się zrywa, dość czasu na przej­ście w głąb cie­nia.

Qiwi kiw­nęła głową, ale po cichu ode­zwała się do Ezra:

-?Jeśli nie odpa­dli. Nie wiem, czemu w ogóle tam pozo­stali. -?Jeśli odpa­dli, dry­fu­jąc w świe­tle słońca... Nawet w odzieży ter­micz­nej po pro­stu się ugo­tują.

Poczuł drobną dłoń wsu­wa­jącą się w jego dłoń. Czy Bachor w ogóle wie, że to zro­biła? Ale po chwili łagod­nie ści­snął jej dłoń. Qiwi wpa­try­wała się w główne miej­sce robót.

-?Powin­nam tam być. -?Dziew­czyna powta­rzała to samo, od kiedy wró­ciła do środka, ale teraz zro­biła to innym tonem.

A potem widok z zewnątrz zady­go­tał, jakby coś ude­rzyło wszyst­kie kamery rów­no­cze­śnie. Świa­tło prze­ni­ka­jące przez odsło­niętą powierzch­nię dia­mentu dwa roz­ja­śniło się w poszar­paną linię. I roz­legł się dźwięk, jęk nasi­la­jący się coraz bar­dziej i bar­dziej, z tonem rosną­cym, a potem opa­da­ją­cym.

-?Panie kolo­nii! -?Okrzyk był gło­śny i pełen napię­cia, nie­po­dobny do rapor­tów brzmią­cych jak roboty tech­ni­ków Roz­wi­nię­tych. To Rit­ser Bru­ghel. -?Dia­ment dwa prze­suwa się, unosi...

I teraz stało się to oczy­wi­ste. Cała góra się prze­chy­lała. Miliardy ton w ruchu.

Jękliwy dźwięk wypeł­nia­jący salę musiał pocho­dzić z uprzęży cumu­ją­cych wykrę­ca­nych pod tym­cza­sówką.

-?Nie jeste­śmy na jego dro­dze, sir.

Ezr sam to teraz zauwa­żył. Olbrzym poru­szał się bar­dzo, bar­dzo powoli, ale odsu­wał się od tym­cza­sówki, Ham­mer­fe­stu i zacu­mo­wa­nych stat­ków mię­dzy­gwiezd­nych. Widok na zewnątrz powoli się obró­cił, a teraz powra­cał do pier­wot­nego. Wszy­scy w sali rzu­cili się do uchwy­tów.

Ham­mer­fest został osa­dzony na dia­men­cie jeden. Wielka skała wyglą­dała na nie­zmie­nioną, nie­po­ru­szoną. Statki poza nią... Były płot­kami przy masie dia­mentu, choć każdy miał ponad sześć­set metrów dłu­go­ści i milion ton masy nawet bez paliwa. Statki chwiały się powoli na koń­cach swo­ich cum łączą­cych je z dia­men­tem jeden. Taniec lewia­ta­nów, taniec, który cał­ko­wi­cie je znisz­czy, jeśli pozwo­lić na jego kon­ty­nu­ację.

-?Panie kolo­nii! -?Znowu Bru­ghel. -?Mam łącz­ność dźwię­kową z bry­ga­dzi­stą Die­mem.

-?Daj go na gło­śnik!

* * *

Nad śluzą było ciemno. Świa­tła się nie zapa­liły i nie było atmos­fery. Diem z pozo­sta­łymi poszy­bo­wał w górę tunelu od śluzy, na wszyst­kie strony prze­su­wa­jąc świa­tłem lamp z kap­tu­rów. Zaglą­dali z tuneli do pustych pomiesz­czeń, pokoi z roz­bi­tymi ścian­kami dzia­ło­wymi, się­ga­ją­cymi na pięć­dzie­siąt metrów w głąb. To rze­komo miał być nie­usz­ko­dzony sta­tek. Diem poczuł nara­sta­ją­cych chłód. Wróg wszedł tu po bitwie i oskro­bał go do czy­sta, zosta­wia­jąc pustą sko­rupę.

-?Jimmy, "Skarb" się poru­sza - rzu­ciła lecąca za nim Tsufe.

-?Tak, solid­nie zetkną­łem się tu ze ścianą. Na ucho wygląda to tak, jak­by­śmy się wykrę­cali na cumie.

Diem się­gnął z dra­biny i przy­ci­snął hełm do ściany. Tak. Gdyby była tu atmos­fera, wszystko wypeł­nia­łyby dźwięki meta­lo­wego znisz­cze­nia. A więc zapłon powo­do­wał sil­niej­sze prze­miesz­cze­nia, niż kto­kol­wiek przy­pusz­czał. Jesz­cze wczo­raj ta wie­dza byłaby prze­ra­ża­jąca, teraz...

-?To chyba nie ma zna­cze­nia, Tsufe. Chodź­cie.

Popro­wa­dził Do i Patila szyb­ciej w górę dra­biny. Czyli Pham Trinli miał rację, ich plan był ska­zany na nie­po­wo­dze­nie. Jed­nak w taki czy inny spo­sób zamie­rzał odkryć, co im zro­biono. I może zdoła prze­ka­zać innym prawdę.

Wewnętrzne śluzy zostały wyrwane i próż­nia roz­cią­gała się na wszyst­kie pomiesz­cze­nia. Prze­le­cieli obok tego, co powinno być warsz­ta­tami remon­to­wymi, obok głę­bo­kich dziur, w któ­rych powinni zoba­czyć iniek­tory star­towe sil­ni­ków stru­mie­nio­wych.

Wysoko przy rufie, w ekra­no­wa­nym sercu "Odle­głego skarbu", gdzie mie­ściło się ambu­la­to­rium, tam powinny znaj­do­wać się zbior­niki hiber­na­cyjne. Teraz... Jimmy z pozo­sta­łymi prze­le­cieli obok ekra­no­wa­nia. Kiedy ich dło­nie dotknęły ścian, usły­szeli trzesz­cze­nie kadłuba i poczuli jego powolny ruch. Jak na razie zako­twi­czone bli­sko statki mię­dzy­gwiezdne jesz­cze się nie zde­rzyły... choć Jimmy nie był pewien, czy naprawdę by o tym wie­dzieli. Jed­nostki były tak wiel­kie i potężne, że gdyby doszło do zde­rze­nia z szyb­ko­ścią kilku cen­ty­me­trów na sekundę, kadłuby po pro­stu wje­cha­łyby w sie­bie wza­jem­nie prak­tycz­nie bez wstrzą­sów.

Dotarli do wej­ścia do ambu­la­to­rium, gdzie według Roz­wi­nię­tych prze­trzy­my­wani byli oca­lali zbroj­mi­strze.

Znowu pustka? Kolejne kłam­stwo?

Jimmy prze­le­ciał przez drzwi. Świa­tło ich lamp prze­su­nęło się po pomiesz­cze­niu.

Tsufe Do krzyk­nęła.

Wcale nie pusto. Ciała. Prze­su­nął pro­mie­niem świa­tła: wszę­dzie... skrzy­nie hiber­na­cyjne zostały usu­nięte, ale pomiesz­cze­nie było pełne... ciał. Diem odcze­pił lampę z głowy i zamo­co­wał ją do wol­nego miej­sca na ścia­nie. Ciała wciąż tań­czyły i skrę­cały się, ale teraz widział wszystko naraz.

-?Oni... wszy­scy nie żyją, prawda? -?Głos Phama Patila brzmiał sen­nie, a pyta­nie było po pro­stu wyra­zem prze­ra­że­nia.

Diem ruszył mię­dzy mar­twych. Wszy­scy zostali sta­ran­nie uło­żeni. Setki, choć w małej prze­strzeni. Roz­po­znał nie­któ­rych zbroj­mi­strzów. Mamę Qiwi. Tylko nie­liczni wyka­zy­wali ślady gwał­tow­nej dekom­pre­sji. Kiedy zgi­nęła reszta? Nie­które twa­rze były spo­kojne, ale inne... Zamarł, zatrzy­many przez parę świe­cą­cych, błysz­czą­cych oczu patrzą­cych wprost na niego. Twarz była wynisz­czona, z zamro­żo­nymi sinia­kami na czole. Ten żył jesz­cze tro­chę po zasadzce, a Jimmy roz­po­znał twarz.

Tsufe prze­le­ciała przez pokój z cie­niem prze­my­ka­ją­cym po tru­pach.

-?To jeden z Tri­land­czy­ków, prawda?

-?Tak. Chyba jeden z geo­lo­gów. -?Czyli jeden z aka­de­mi­ków, któ­rych rze­komo prze­trzy­my­wano w Ham­mer­fe­ście.

Diem cof­nął się w stronę lampy, którą zacze­pił na ścia­nie. Ilu ich tu było? Ciała roz­cią­gały się w mrok poza miej­sce ogra­ni­czone kie­dyś przez ściany. Zabili ich wszyst­kich? W jego gar­dle wez­brały mdło­ści.

Patil uno­sił się bez ruchu od chwili pierw­szego pyta­nia, ale Tsufe trzę­sła się, z gło­sem prze­cho­dzą­cym od otę­pie­nia do drżą­cego pod­nie­ce­nia.

-?Myśle­li­śmy, że mają tak wielu zakład­ni­ków, a przez ten cały czas nie mieli nikogo poza tru­pami. -?Roze­śmiała się. -?Ale to nie miało zna­cze­nia, prawda? Uwie­rzy­li­śmy, a to było dla nich rów­nie dobre jak prawda.

-?Może nie.

I nagle mdło­ści znik­nęły. Pułapka została zamknięta. Nie­wąt­pli­wie on, Tsufe i Patil już bar­dzo nie­długo zginą, ale jeśli prze­żyją jesz­cze choćby parę sekund, może uda się zde­ma­sko­wać potwory. Wycią­gnął z kom­bi­ne­zonu skrzynkę audio i zna­lazł wolny kawa­łek ściany, by nawią­zać kon­takt. Kolejne zabro­nione urzą­dze­nie wej­ścia-wyj­ścia. Za jego posia­da­nie grozi kara śmierci. Jasne. Jasne. Teraz mógł jed­nak połą­czyć się przez całą dłu­gość "Skarbu" z nadaj­ni­kiem pozo­sta­wio­nym przy wej­ściu do śluzy. Bliż­sza strona tym­cza­sówki zosta­nie zalana jego wia­do­mo­ścią. Wykryją ją wbu­do­wane narzę­dzia. Z pew­no­ścią nie­które zare­agują na prio­ry­tet wia­do­mo­ści i prze­każą ją tam, gdzie usły­szą ją Queng Ho.

Jimmy zaczął mówić.

-?Queng Ho! Słu­chaj­cie! Jestem na pokła­dzie "Odle­głego skarbu". Został wypa­tro­szony. Zabili wszyst­kich, któ­rych rze­komo tu prze­trzy­my­wali...

* * *

Ezr -?wszy­scy w sali tym­cza­sówki -?odcze­kał ciche sekundy, pod­czas któ­rych Rit­ser Bru­ghel usta­na­wiał połą­cze­nie. Potem zabrzmiał głos Jimmy'ego.

-?Queng Ho! Słu­chaj­cie! Jestem...

-?Bry­ga­dzi­sto! -?prze­rwał mu Tomas Nau. -?Nic wam nie jest? Nie widzimy was na zewnątrz.

Jimmy roze­śmiał się.

-?To dla­tego, że jestem na pokła­dzie "Odle­głego skarbu".

Nau przy­brał zdzi­wiony wyraz twa­rzy.

-?Nie rozu­miem. Załoga "Skarbu" nie zgło­siła...

-?Oczy­wi­ście, że nie. -?Ezr pra­wie sły­szał uśmiech kry­jący się za sło­wami Jimmy'ego. -?Widzi pan, "Odle­gły skarb" to sta­tek Queng Ho i teraz go odzy­ska­li­śmy!

Na twa­rzach widzia­nych przez Ezra poja­wiły się szok i radość. A więc na tym pole­gał plan! Dzia­ła­jący sta­tek kosmiczny, być może wciąż z ory­gi­nal­nym uzbro­je­niem. Główne ambu­la­to­rium Roz­wi­nię­tych, zbroj­mi­strze i starsi stop­niem człon­ko­wie załogi, któ­rzy prze­żyli pułapkę. Teraz mamy szansę!

Tomas Nau wyglą­dał, jakby zro­zu­miał to samo. Zdzi­wie­nie na jego twa­rzy ustą­piło gniew­nemu i prze­stra­szo­nemu gry­ma­sowi.

-?Bru­ghel? -?rzu­cił w powie­trze.

-?Chyba mówi prawdę, panie kolo­nii. Jest na kanale tech­nicz­nym "Skarbu" i nie mogę wywo­łać nikogo innego stam­tąd.

Krzywa mocy na głów­nym ekra­nie utrzy­my­wała się tuż poni­żej 145 kW/m2. Świa­tło odbi­jane mię­dzy dia­men­tami jeden i dwa zaczy­nało goto­wać śnieg i lód w cie­niach. Skały i kawały lodu o masie tysięcy i setek tysięcy ton prze­su­wały się w szcze­li­nach mię­dzy wiel­kimi klej­no­tami. Ruch był nie­mal nie­wi­doczny, parę cen­ty­me­trów na sekundę, ale nie­które głazy uno­siły się już swo­bod­nie. Nie­za­leż­nie od tego, jak powoli się poru­szały, mogły znisz­czyć wszyst­kie dzieła ludzi, z któ­rymi się zetkną.

Nau przez kilka sekund wyglą­dał przez okno. Kiedy się ode­zwał, jego głos miał w sobie inten­syw­ność głęb­szą niż zwy­kły roz­kaz.

-?Słu­chaj, Diem. To się nie uda. Zapłon słońca powo­duje dużo więk­sze znisz­cze­nia, niż kto­kol­wiek mógł prze­wi­dzieć...

-?Kto­kol­wiek? -?Z dru­giego końca połą­cze­nia dobiegł ostry śmiech. - Nie­zu­peł­nie. Prze­stro­ili­śmy sieć utrzy­ma­nia pozy­cji tak, żeby wpro­wa­dzić tro­chę zamie­sza­nia. Wzmoc­ni­li­śmy lekko wszel­kie obecne tam nie­sta­bil­no­ści.

Qiwi moc­niej ści­snęła dłoń Ezra. Dziew­czyna z zasko­cze­nia sze­rzej otwo­rzyła oczy, a Ezrowi zro­biło się tro­chę nie­do­brze. Sieć utrzy­mu­jąca pozy­cję nie mogła zro­bić wiele w tę czy w tamtą stronę, ale czemu pogar­szać sytu­ację?

Wokół nich ludzie w ska­fan­drach ciśnie­nio­wych z kap­tu­rami zaczęli się zapi­nać, inni lecieli już do drzwi wyj­ścio­wych z sali. Zale­d­wie sto metrów dalej wyło­nił się olbrzymi głaz. Uno­sił się powoli, z czub­kiem roz­ja­rzo­nym bez­po­śred­nimi pro­mie­niami słońca. Powi­nien prze­su­nąć się tuż nad szczy­tem tym­cza­sówki.

-?Ale, ale... -?Wyda­wało się, że wyga­dany pan kolo­nii na chwilę stra­cił mowę. -?Mogą zgi­nąć wasi wła­śni ludzie! I zabra­li­śmy ze "Skarbu" całe uzbro­je­nie. Na Boga, to nasz sta­tek szpi­talny!

Przez moment nie było odpo­wie­dzi, tylko odgłosy stłu­mio­nego sporu. Ezr zauwa­żył, że tech­nik lotów Roz­wi­nię­tych, Xin, nie powie­dział ani słowa. Przy­glą­dał się swo­jemu panu kolo­nii sze­roko otwar­tymi oczami z wyra­zem oszo­ło­mie­nia.

Potem znowu ode­zwał się Jimmy.

-?Niech was szlag. Czyli wyrżnę­li­ście sys­temy uzbro­je­nia. Ale to nie ma zna­cze­nia, czło­wieczku. Przy­go­to­wa­li­śmy cztery kilo S7. Nie zga­dli­ście, że mamy dostęp do mate­ria­łów wybu­cho­wych, co? W tych elek­trycz­nych sil­nicz­kach było mnó­stwo rze­czy, o któ­rych nie mie­li­ście poję­cia.

-?Nie, nie. -?Nau nie­mal bez­rad­nie krę­cił głową.

-?Jak sam powie­dzia­łeś, panie kolo­nii, to sta­tek szpi­talny. Są tu nasi ludzie oraz zbroj­mi­strze w hiber­na­cji. Uwa­żam, że nawet bez dział statku mamy solidną prze­wagę w nego­cja­cjach.

Nau zer­k­nął bła­gal­nie na Ezra i Qiwi.

-?Rozejm. Do czasu uspo­ko­je­nia sterty.

-?Nie! -?krzyk­nął Jimmy. -?Wywi­niesz się z tego, gdy tylko sytu­acja nie będzie trzy­mać cię za gar­dło.

-?Do cho­lery, czło­wieku, na pokła­dzie "Skarbu" są wasi ludzie.

-?Gdyby wyszli z hiber­na­cji, zgo­dzi­liby się ze mną, panie kolo­nii. Czas decy­zji. Mamy w ambu­la­to­rium dwu­dzie­stu trzech waszych ludzi plus pię­ciu z załogi tech­nicz­nej. My też wiemy, jak grać w grę z zakład­ni­kami. Chcę tu pana i Bru­ghela. Może­cie użyć swo­ich waha­dłow­ców, są miłe i bez­pieczne. Daję wam tysiąc sekund.

Ezr Vinh zawsze uwa­żał Nau za bar­dzo wyra­cho­wa­nego czło­wieka. Teraz już opa­no­wy­wał wstrząs. Nau dra­ma­tycz­nie uniósł głowę i zare­ago­wał na głos Jimmy'ego gniew­nym spoj­rze­niem.

-?A jeśli nie?

-?Prze­gramy, ale wy też. Na począ­tek zginą wasi ludzie tutaj. Potem uży­jemy S7 do wysa­dze­nia holu "Skarbu". I sta­ra­nu­jemy nim wasz cho­lerny Ham­mer­fest.

Qiwi słu­chała tego z bladą twa­rzą i sze­roko otwar­tymi oczami, ale teraz nagle wybu­chła. Rzu­ciła się w stronę źró­dła dźwięku głosu Jimmy'ego.

-?Nie! Nie! Jimmy! Pro­szę, nie rób tego!

Przez kilka sekund wszy­scy patrzyli na Qiwi. Ustało nawet gorącz­kowe zamy­ka­nie kap­tu­rów i zakła­da­nie ręka­wic, a przez chwilę jedy­nym dźwię­kiem był gło­śny jęk wykrę­ca­nej sieci mocu­ją­cej tym­cza­sówkę. Matka Qiwi znaj­do­wała się na pokła­dzie "Odle­głego skarbu", a ojciec był w Ham­mer­fe­ście, razem ze wszyst­kimi ofia­rami zgni­li­zny mózgu. W zamro­że­niu lub "sku­pie­niu", więk­szość oca­la­łych człon­ków wyprawy Queng Ho znaj­do­wała się w jed­nym z tych dwóch miejsc. Tri­xia. To zbyt wiele, Jimmy. Zwol­nij! Jed­nak te słowa nie dotarły na usta Ezra. Zaufał Jimmy'emu we wszyst­kim. Jeśli ta mor­der­cza prze­mowa prze­ko­nała Ezra Vinha, może prze­kona też Tomasa Nau.

Odzy­wa­jąc się ponow­nie, Jimmy zigno­ro­wał krzyk Qiwi.

-?Ma pan tylko dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąt pięć sekund, panie kolo­nii. Radzę, żeby­ście razem z Bru­ghe­lem zabrali tu swoje tyłki.

* * *

Byłoby to trudne, nawet gdyby Nau natych­miast wyru­szył z tym­cza­sówki. Odwró­cił się do Xina i przez chwilę sprze­czali się stłu­mio­nymi gło­sami.

-?Tak, mogę tam pana zawieźć. To nie­bez­pieczne, ale luźna mate­ria poru­sza się z szyb­ko­ścią poni­żej metra na sekundę. Możemy jej unik­nąć.

Nau przy­tak­nął.

-?W takim razie chodźmy. Chcę... -?Zapiął swój ska­fan­der ciśnie­niowy i zało­żył kap­tur, a jego głos stał się nie­sły­szalny.

Tłum Queng Ho i Roz­wi­nię­tych roz­to­pił się, odsu­wa­jąc się od nich, gdy skie­ro­wali się do wyj­ścia.

Z gło­śnika dobiegł gło­śny łomot, który rap­tow­nie ustał. Ktoś krzyk­nął w sali, wska­zu­jąc na główne okno. Coś zami­go­tało z boku "Odle­głego skarbu", coś małego i poru­sza­ją­cego się z dużą pręd­ko­ścią. Frag­ment kadłuba.

Nau zatrzy­mał się przy drzwiach sali i obej­rzał się na "Odle­gły skarb".

-?Według odczy­tów sys­temu "Odle­gły skarb" ma prze­bi­cie -?oznaj­mił Bru­ghel. -?Liczne wybu­chy na rufo­wym pro­mie­nio­wym pokła­dzie pięt­na­stym.

Tam znaj­do­wały się maga­zyny hiber­na­cyjne i ambu­la­to­rium. Ezr nie potra­fił się poru­szyć, nie potra­fił odwró­cić wzroku. Frag­menty kadłuba "Skarbu" odle­ciały jesz­cze w dwóch miej­scach. Z otwo­rów przez chwilę bły­skało słabe świa­tło. Było nie­istotne w porów­na­niu z burzą zapłonu gwiazdy. Dla nie­wpraw­nego oka "Skarb" mógł wyglą­dać na nie­usz­ko­dzony. Otwory w kadłu­bie miały zale­d­wie po kilka metrów, ale S7 był naj­po­tęż­niej­szym che­micz­nym mate­ria­łem wybu­cho­wym Queng Ho i wyglą­dało na to, że doszło do eks­plo­zji całych czte­rech kilo­gra­mów. Pro­mie­niowy pokład pięt­na­sty znaj­do­wał się za czte­rema war­stwami pan­ce­rza, pięt­na­ście metrów poni­żej zewnętrz­nego kadłuba. Roz­cho­dząc się do środka, wybuch naj­praw­do­po­dob­niej zmiaż­dżył gar­dziel sil­nika stru­mie­nio­wego "Odle­głego skarbu". Zgi­nął kolejny sta­tek mię­dzy­gwiezdny.

Qiwi uno­siła się bez ruchu pośrodku sali, poza zasię­giem ofe­ru­ją­cych pocie­sze­nie rąk.

trzynaście

Mijały kilo­se­kundy absor­bu­jące Ezra pracą bar­dziej niż cokol­wiek wcze­śniej w jego życiu. Prze­ra­że­nie porażką Jimmy'ego wciąż tkwiło w głębi umy­słu, ale nie miało miej­sca na prze­bi­cie się na czoło. Wszy­scy byli zbyt zajęci, pró­bu­jąc ura­to­wać, co się da, z kata­strof natu­ral­nych i tych wyge­ne­ro­wa­nych przez ludzi.

Następ­nego dnia Tomas Nau prze­mó­wił do oca­la­łych w tym­cza­sówce i Ham­mer­fe­ście. Pan kolo­nii patrzył na nich z ekranu, ewi­dent­nie zmę­czony i pozba­wiony zwy­kłej dla niego gład­ko­ści.

-?Panie i pano­wie, gra­tu­luję. Prze­ży­li­śmy drugi naj­ostrzej­szy ponowny zapłon w zare­je­stro­wa­nej histo­rii Bista­bil­nej. Zro­bi­li­śmy to pomimo naj­strasz­niej­szej zdrady. -?Przy­su­nął się bli­żej kamery, jakby przy­glą­dał się wyczer­pa­nym Roz­wi­nię­tym i Queng Ho sku­lo­nym w sali. -?W ciągu następ­nych mega­se­kund naj­waż­niej­szymi zada­niami będą ocena znisz­czeń i próby odzy­ska­nia mate­ria­łów... ale muszę być z wami szczery. Począt­kowe star­cie mię­dzy Queng Ho i Roz­wi­nię­tymi było nie­zwy­kle nisz­czące dla Queng Ho. Z przy­kro­ścią przy­znaję, że także nie­mal rów­nie destruk­tywne dla Roz­wi­nię­tych. Pró­bo­wa­li­śmy ukryć część zakresu znisz­czeń. Mie­li­śmy mnó­stwo zapa­so­wego sprzętu, ośrod­ków medycz­nych i surow­ców wydo­by­tych z Arachny. Po roz­wią­za­niu pro­ble­mów zwią­za­nych z bez­pie­czeń­stwem dys­po­no­wa­li­by­śmy eks­percką wie­dzą setek doświad­czo­nych Queng Ho. Mimo wszystko dzia­ła­li­śmy nie­mal na gra­nicy spo­koju. Po wyda­rze­niach z wczo­raj znik­nęły wszel­kie mar­gi­nesy bez­pie­czeń­stwa. Obec­nie nie mamy ani jed­nego spraw­nego sil­nika stru­mie­nio­wego... i nie jest jasne, czy zdo­łamy odzy­skać taki z wra­ków.

Zde­rzyły się ze sobą tylko dwa statki mię­dzy­gwiezdne, ale naj­wy­raź­niej "Odle­gły skarb" był naj­bar­dziej sprawny, a po akcji Jimmy'ego jego sil­nik i więk­szość sys­te­mów pod­trzy­my­wa­nia życia do niczego się nie nada­wały.

-?W ciągu ostat­nich kilo­se­kund wielu z was ryzy­ko­wało życie, pró­bu­jąc ura­to­wać część mate­ria­łów lot­nych. Wydaje się, że ta część kata­strofy nie jest niczyją winą. Nikt z nas nie spo­dzie­wał się gwał­tow­no­ści tego zapłonu ani efektu, jaki może wywo­łać lód uwię­ziony mię­dzy dia­men­tami. Jak wie­cie, odzy­ska­li­śmy więk­szość dużych blo­ków. Tylko trzy na­dal latają swo­bod­nie.

Benny Wen i Jau Xin pra­co­wali razem, pró­bu­jąc spro­wa­dzić te i parę mniej­szych. Odda­liły się zale­d­wie na trzy­dzie­ści kilo­me­trów, ale każdy z dużych gła­zów miał ponad sto tysięcy ton masy, a wszystko, czym dys­po­no­wali w zakre­sie sprzętu do holo­wa­nia, to waha­dłowce i jeden uszko­dzony prom.

-?Moc pro­mie­nio­wa­nia Bista­bil­nej spa­dła do dwóch i pół kilo­wata na metr kwa­dra­towy. Nasze pojazdy mogą dzia­łać w tych warun­kach. Odpo­wied­nio ubrani ludzie mogą w nim krótko pra­co­wać. Ale powietrzny śnieg, który odle­ciał, został utra­cony i oba­wiamy się, że doty­czy to rów­nież dużej czę­ści wod­nego lodu.

Nau roz­ło­żył ręce i wes­tchnął.

-?Bar­dzo przy­po­mina to wiele opo­wia­da­nych nam przez Queng Ho histo­rii. Wal­czy­li­śmy i wal­czy­li­śmy, a na koniec nie­mal dopro­wa­dzi­li­śmy do wła­snej zagłady. Z tym, co mamy, nie zdo­łamy wró­cić do domu... do żad­nego z naszych domów. Możemy tylko zga­dy­wać, jak długo zdo­łamy prze­żyć z tym, co tu uda się nam ura­to­wać. Pięć lat? Sto? Stare prawdy wciąż obo­wią­zują: bez pod­trzy­mu­ją­cej je cywi­li­za­cji żadne zbio­ro­wi­sko stat­ków i ludzi nie zdoła odtwo­rzyć zasad­ni­czej tech­no­lo­gii.

Przez jego twarz prze­biegł uśmiech.

-?A jed­nak jest nadzieja. Na pewien spo­sób te kata­strofy zmu­siły nas do sku­pie­nia całej uwagi na tym, czym pier­wot­nie miały się zająć nasze misje. Teraz nie jest to już kwe­stia aka­de­mic­kiej cie­ka­wo­ści ani nawet Queng Ho han­dlu­ją­cych z Klien­tami -?teraz samo nasze prze­trwa­nie zależy od istot rozum­nych na Arach­nie. Są na skraju ery infor­ma­cji. Wedle wszel­kich naszych danych, pod­czas tego czasu świa­tła powinni osią­gnąć roz­sądną eko­lo­gię prze­my­słową. Jeśli zdo­łamy wytrzy­mać kilka dzie­się­cio­leci, Pająki zbu­dują potrzebny nam prze­mysł. Nasze dwie misje zakoń­czą się powo­dze­niem, nawet jeśli odbę­dzie się to dużo więk­szym kosz­tem ludz­kim, niż kto­kol­wiek z nas sobie wyobra­żał.

-?Czy zdo­łamy prze­trwać trzy do pię­ciu dzie­się­cio­leci? Może. Możemy odzy­ski­wać czę­ści, możemy oszczę­dzać... Jed­nak praw­dziwe pyta­nie brzmi: czy możemy współ­pra­co­wać? Jak dotąd nasze doświad­cze­nia tutaj nie wyglą­dają dobrze. Czy doty­czy to ataku, czy obrony, wszy­scy mamy ręce zbro­czone krwią. Wszy­scy wie­cie o Jim­mym Die­mie. W jego spi­sku brały udział przy­naj­mniej trzy osoby. Mogło ich być wię­cej... ale szu­ka­nie i kara­nie win­nych zmniej­szy­łoby tylko nasze szanse na prze­trwa­nie. Zwra­cam się więc do wszyst­kich Queng Ho, któ­rzy mogli uczest­ni­czyć w tym pla­nie, nawet w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu: zapa­mię­taj­cie, co zro­bili i pró­bo­wali zro­bić Jimmy Diem, Tsufe Do i Pham Patil. Byli gotowi znisz­czyć wszyst­kie statki i zmiaż­dżyć Ham­mer­fest, ale zamiast tego zgi­nęli od wła­snych mate­ria­łów wybu­cho­wych, które zabiły Queng Ho prze­trzy­my­wa­nych w hiber­na­cji oraz znisz­czyły ambu­la­to­rium pełne Roz­wi­nię­tych i Queng Ho.

-?A więc tak. To będzie nasze Wygna­nie. Wygna­nie, które sami na sie­bie spro­wa­dzi­li­śmy. Będę dalej robił wszystko, co w mojej mocy, by kie­ro­wać, ale bez waszej pomocy z pew­no­ścią prze­gramy. Musimy pogrze­bać dzie­lące nas róż­nice i nie­na­wiść. My, Roz­wi­nięci, wiemy dużo o Queng Ho z waszych publicz­nych audy­cji, któ­rych słu­cha­li­śmy od setek lat. Uzy­skane od was infor­ma­cje były nie­zwy­kle dla nas ważne w odzy­ski­wa­niu tech­no­lo­gii. - Znowu zmę­czony uśmiech. -?Zdaję sobie sprawę, że robi­li­ście to, by zyskać dobrych klien­tów, ale i tak jeste­śmy wdzięczni. Jed­nak Roz­wi­nięci stali się kimś innym, niż się spo­dzie­wa­li­ście. Wie­rzę, że spro­wa­dzimy do ludz­kiego świata coś nowego, cudow­nego i potęż­nego: Sku­pie­nie. To coś, co z początku będzie się wam wyda­wać dziwne, ale pro­szę, żeby­ście dali sobie tro­chę czasu. Poznaj­cie nasze zwy­czaje, tak jak my pozna­li­śmy wasze.

-?Przy dobro­wol­nej współ­pracy wszyst­kich zdo­łamy prze­trwać. A na koniec nawet się roz­wi­nąć.

Twarz Nau znik­nęła z wyświe­tla­cza, zosta­wia­jąc po sobie widok na prze­or­ga­ni­zo­waną powierzch­nię sterty. Zebrani w sali Queng Ho oglą­dali się na sie­bie i roz­ma­wiali cicho. Kupcy cha­rak­te­ry­zo­wali się nie­zwy­kłą dumą, zwłasz­cza gdy porów­ny­wali się z klien­tami. Dla nich nawet naj­więk­sze cywi­li­za­cje klien­tów, nawet Namquem i Can­berra, były niczym piękne kwiaty, ska­zane na zagładę przez swoje piękno i osa­dze­nie w jed­nym miej­scu. Ezr po raz pierw­szy zoba­czył wstyd na twa­rzy tak wielu Queng Ho. Pra­co­wa­łem z Jim­mym. Poma­ga­łem mu. Nawet ci, któ­rzy tego nie robili, musieli poczuć dumę, sły­sząc pierw­sze słowa Jimmy'ego z "Odle­głego skarbu".

Jak coś mogło pójść tak bar­dzo źle?

* * *

Pod­le­cieli do niego Ciret i Marli.

-?Mamy parę pytań zwią­za­nych ze śledz­twem. -?Straż­nicy Roz­wi­nię­tych zabrali go do wnę­trza i do góry, ale nie do doku waha­dłow­ców. Nau cze­kał w biu­rze "kie­row­nika floty" Vinha. Pan kolo­nii sie­dział tam z Rit­se­rem Bru­ghe­lem i Anne Rey­nolt.

-?Pro­szę usiąść... kie­row­niku floty -?powie­dział cicho Nau, gestem zapra­sza­jąc Ezra na miej­sce przy środku stołu.

Vinh zbli­żył się tam powoli i usiadł. Trudno było mu patrzeć Toma­sowi Nau w oczy. Pozo­stali... Anne Rey­nolt wyda­wała się rów­nie znie­cier­pli­wiona i ziry­to­wana jak zwy­kle. Nie miał pro­blemu z uni­ka­niem jej wzroku, ponie­waż i tak ni­gdy nie patrzyła mu pro­sto w oczy. Rit­ser Bru­ghel wyda­wał się rów­nie zmę­czony jak pan kolo­nii, ale chwi­lami na jego ustach poja­wiał się dziwny uśmiech. Męż­czy­zna patrzył na niego twardo, a Vinh zro­zu­miał nagle, że Bru­ghel wręcz kipi nie­wy­po­wie­dzia­nym poczu­ciem triumfu. Wszyst­kie śmierci -?po obu stro­nach -?dla tego sady­sty nie zna­czyły nic.

-?Kie­row­niku floty. -?Cichy głos Nau spra­wił, że Vinh odwró­cił głowę. - W spra­wie spi­sku J.Y. Diema...

-?Wie­dzia­łem o nim, panie kolo­nii. -?Słowa były czę­ściowo wyzna­niem, czę­ściowo wyra­zem buntu. -?Ja...

-?Wiem -?prze­rwał mu Nau. -?Ale był pan pomniej­szym uczest­ni­kiem. Ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy kilku innych. Na przy­kład sta­ru­szek, Pham Trinli. Krył ich... i nie­mal przez to zgi­nął.

Bru­ghel się roze­śmiał.

-?Tak, pra­wie się ugo­to­wał. Ale jęczy jesz­cze do tej pory.

Nau obró­cił się w stronę Bru­ghela. Nie ode­zwał się, tylko popa­trzył. Po sekun­dzie Rit­ser kiw­nął głową i jego zacho­wa­nie stało się ponurą kopią Nau.

Pan kolo­nii zwró­cił się z powro­tem do Vinha.

-?Nikt z nas nie może sobie pozwo­lić w tym na złość ani poczu­cie zwy­cię­stwa. Teraz potrze­bu­jemy wszyst­kich, nawet Phama Trin­liego. - Zna­cząco popa­trzył na Vinha, a Ezr w końcu spoj­rzał mu w oczy.

-?Tak, sir. Rozu­miem.

-?Póź­niej omó­wimy z panem spi­sek, kie­row­niku floty. Chcemy ziden­ty­fi­ko­wać wszyst­kich, któ­rzy wyma­gają spe­cjal­nego nad­zoru. Ale na razie mamy dużo waż­niej­sze sprawy niż grze­ba­nie w prze­szło­ści.

-?Nawet po tym wszyst­kim chce pan, żebym pozo­stał kie­row­ni­kiem floty? - Tak bar­dzo nie­na­wi­dził tej pracy, teraz nawet jesz­cze bar­dziej, choć z zupeł­nie innych powo­dów.

Jed­nak pan kolo­nii przy­tak­nął.

-?Byłeś wła­ściwą osobą uprzed­nio, teraz wciąż nią jesteś. Co wię­cej, potrze­bu­jemy cią­gło­ści. Jeśli w spo­sób widoczny i nie­kwe­stio­no­wany zaak­cep­tu­jesz moje przy­wódz­two, cała spo­łecz­ność będzie miała więk­szą szansę.

-?Tak jest, sir. -?Cza­sami moż­liwe było odku­pie­nie swo­ich win. To było wię­cej, niż Jimmy, Tsufe i Pham Patil mogli kie­dy­kol­wiek zro­bić.

-?Dobrze. Z tego, co rozu­miem, nasza fizyczna sytu­acja została usta­bi­li­zo­wana. Nie ma aktyw­nych sytu­acji awa­ryj­nych. Co z Xinem i Wenem? Czy będą w sta­nie ura­to­wać te lodowe bloki, które ści­gają? Prio­ry­te­tem jest zapew­nie­nie im dodat­ko­wego paliwa.

-?Rafi­ne­ria została już uru­cho­miona. Zaczniemy w niej pro­duk­cję za kilka kilo­se­kund. -?A wtedy będą mogli uzu­peł­nić paliwo w waha­dłow­cach. -?Mam nadzieję, że ostat­nie lodowe bloki osa­dzimy w cie­niu w ciągu czter­dzie­stu kilo­se­kund.

Nau zer­k­nął na Anne Rey­nolt.

-?To osza­co­wa­nie wygląda roz­sąd­nie, panie kolo­nii. Wszyst­kie nasze pozo­stałe pro­blemy są pod kon­trolą.

-?W takim razie mamy czas na waż­niej­sze sprawy doty­czące kwe­stii ludz­kich. Panie Vinh, opu­bli­ku­jemy dzi­siaj kilka oświad­czeń. Chcę, żeby je pan rozu­miał. Pan i Qiwi Lin Liso­let otrzy­ma­cie szcze­gólne podzię­ko­wa­nia za pomoc w wyśle­dze­niu tego, co pozo­stało ze spi­sku.

-?Ale...

-?Tak, wiem, że to po czę­ści oszu­stwo. Jed­nak Qiwi ni­gdy nie uczest­ni­czyła w spi­sku i udzie­liła nam bar­dzo dużej pomocy. -?Nau urwał na chwilę. -?Biedne dziew­czę zostało przez to wszystko roze­rwane na strzępy. Ma w sobie mnó­stwo furii. Ze względu na nią oraz na dobro wspól­noty chcę, żeby pan z nami współ­pra­co­wał przy tej histo­rii. Potrze­buję pod­kre­śle­nia faktu, że jest mnó­stwo Queng Ho, któ­rzy nie zacho­wują się irra­cjo­nal­nie i zde­cy­do­wali się ze mną współ­pra­co­wać.

Urwał.

-?A teraz naj­waż­niej­sze. Sły­szał pan moją prze­mowę, tę część doty­czącą pozna­nia zwy­cza­jów Roz­wi­nię­tych?

-?O... sku­pie­niu? -?O tym, co naprawdę zro­bili z Tri­xią.

Na twa­rzy sie­dzą­cego w głębi Rit­sera Bru­ghela na chwilę znowu poja­wił się sady­styczny uśmiech.

-?To naj­waż­niej­sza sprawa -?stwier­dził Nau. -?Może powin­ni­śmy byli być tro­chę bar­dziej otwarci w tej kwe­stii, ale okres szko­le­nia nie był jesz­cze ukoń­czony. W obec­nych warun­kach Sku­pie­nie może być róż­nicą mię­dzy życiem a śmier­cią. Chcę, Ezr, żeby Anne zabrała cię do Ham­mer­fe­stu i wyja­śniła to wszystko. Będziesz pierw­szy. Chcę, żebyś to zro­zu­miał i się z tym pogo­dził. A kiedy już to nastąpi, wyja­śnisz Sku­pie­nie swoim ludziom i zro­bisz to w taki spo­sób, żeby oni też je zaak­cep­to­wali, by zdo­łało prze­trwać to, co pozo­stało z naszych wypraw.

* * *

Tak więc zosta­nie wresz­cie przed nim ujaw­niona tajem­nica, którą Vinh tak bar­dzo chciał poznać, tajem­nica nawie­dza­jąca wszyst­kie jego sny od mega­se­kund. Ezr udał się za Rey­nolt w górę cen­tral­nego kory­ta­rza do śluzy waha­dłow­ców. Każdy metr był dla niego walką. Sku­pie­nie. Infek­cja, któ­rej nie mogli wyle­czyć. Zgni­li­zna mózgu. Do tej pory poja­wiały się tylko plotki, a teraz będzie wie­dział.

Rey­nolt pole­ciła mu gestem wejść do waha­dłowca.

-?Siądź tam, Vinh.

W para­dok­salny spo­sób wolał mieć do czy­nie­nia z Anne Rey­nolt. Nie ukry­wała swo­jej pogardy, ale też nie widział w niej ani śladu sady­stycz­nej satys­fak­cji ema­nu­ją­cej z Rit­sera Bru­ghela.

Waha­dło­wiec zamknął właz i wystar­to­wał. Tym­cza­sówka Queng Ho wciąż była zamo­co­wana do sterty. Słońce na­dal było zbyt jasne, by pozwo­lić na jej zwol­nie­nie. Fio­le­towe niebo przy­ga­sło z powro­tem do czerni, ale mię­dzy gwiaz­dami widać było kilka ogo­nów kome­tar­nych z róż­nych blo­ków lodu uno­szą­cych się teraz kilo­me­try stąd. Wen i Xin byli gdzieś tam.

Ham­mer­fest znaj­do­wał się nie­całe pięć­set metrów od tym­cza­sówki, co było w zasięgu łatwego skoku, gdyby tylko Rey­nolt tego chciała, ale zamiast tego prze­le­cieli ten dystans z kom­for­to­wym przy­śpie­sze­niem. Gdyby nie widziało się tego wszyst­kiego przed zapło­nem gwiazdy, można by się nie domy­ślić kata­strofy, która zaszła pod­czas niej. Olbrzy­mie skały już dawno prze­stały się ruszać, luźny śnieg i lód roz­pro­wa­dzono w cie­niach, od więk­szych kawał­ków do coraz mniej­szych i mniej­szych, we frak­tal­nej ster­cie. Tylko że teraz było tu mniej lodu i znacz­nie mniej powietrz­nego śniegu. Obec­nie zacie­niona strona skła­do­wi­ska była oświe­tlona jak przez księ­życ świa­tłem odbi­tym od Arachny. Waha­dło­wiec prze­le­ciał pięć­dzie­siąt metrów nad zało­gami pra­cu­ją­cymi przy ponow­nym roz­miesz­cze­niu sil­ni­ków elek­trycz­nych. Kiedy ostat­nio spraw­dzał, Qiwi Liso­let była tam w dole, prak­tycz­nie kie­ru­jąc całą ope­ra­cją.

Rey­nolt przy­pięła się naprze­ciw niego.

-?Wszy­scy sku­tecz­nie Sku­pieni znaj­dują się w Ham­mer­fe­ście. Możesz roz­ma­wiać nie­mal z każ­dym, kogo wybie­rzesz.

Ham­mer­fest wyglą­dał jak ele­gancka pry­watna posia­dłość. Sta­no­wił luk­su­sowe serce ope­ra­cji Roz­wi­nię­tych. Co nieco koiło nerwy Ezra. Tłu­ma­czył sobie, że Tri­xia i pozo­stali będą tu przy­zwo­icie trak­to­wani. Mogą być prze­trzy­my­wani jak zakład­nicy w dzie­jach Queng Ho, jak Setka na Dale­kiej Pyoryi, z dru­giej strony żaden roz­sądny Kupiec ni­gdy nie zbu­do­wałby habi­tatu osa­dzo­nego w ster­cie gruzu. Waha­dło­wiec prze­le­ciał nad wie­żami dziw­nej urody, zam­kiem wró­żek wyra­sta­ją­cym z krysz­ta­ło­wej płasz­czy­zny. Już nie­długo dowie się, co się tam kryje... W końcu dotarł do niego dobór słów Rey­nolt.

-?Sku­tecz­nie sku­pieni?

Rey­nolt wzru­szyła ramio­nami.

-?Sku­pie­nie to kon­tro­lo­wana zgni­li­zna mózgu. W trak­cie począt­ko­wej kon­wer­sji stra­ci­li­śmy trzy­dzie­ści pro­cent, w ciągu kolej­nych lat możemy ich stra­cić wię­cej. Naj­cię­żej cho­rych prze­nie­śli­śmy na "Odle­gły skarb".

-?Ale co...

-?Nie prze­ry­waj, to ci powiem. -?Jej uwaga prze­sko­czyła na coś za ramie­niem Vinha i na kilka sekund zamil­kła. -?Pamię­tasz, że po zasadzce mia­łeś mdło­ści. Domy­śli­łeś się, że to wynik zapro­jek­to­wa­nej przez nas cho­roby, któ­rej czas inku­ba­cji był istot­nym ele­men­tem naszych pla­nów. Nie wiesz nato­miast, że woj­skowe zasto­so­wa­nie tego mikroba ma tylko dru­go­rzędne zna­cze­nie.

Zgni­li­zna mózgu była cho­robą wiru­sową. Jej ory­gi­nalna, natu­ralna postać zabiła miliony w rodzi­mym ukła­dzie sło­necz­nym Roz­wi­nię­tych, znisz­czyła ich cywi­li­za­cję... i przy­go­to­wała scenę pod obecną erę eks­pan­sji. Oka­zało się, że ory­gi­nalne szczepy wirusa mają uni­kalną cechę: sta­no­wią praw­dziwy skar­biec neu­ro­tok­syn.

W ciągu stu­leci od czasu Plagi Roz­wi­nięci zła­go­dzili zgni­li­znę mózgu i zaprzę­gli ją do służby cywi­li­za­cji. Jej obecna postać wymaga spe­cjal­nej pomocy w poko­na­niu bariery krew-mózg, a po dosta­niu się do mózgu roz­prze­strze­nia się w nim nie­mal nie­szko­dli­wie, zaka­ża­jąc około dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent komó­rek gle­jo­wych. Teraz potra­fili już ste­ro­wać uwal­nia­niem związ­ków neu­ro­ak­tyw­nych.

Waha­dło­wiec zwol­nił i obró­cił się, pre­cy­zyj­nie dopa­so­wu­jąc się do śluzy Ham­mer­fe­stu. Po nie­bie prze­su­nęła się Arachna w pełni, z tar­czą sze­ro­ko­ści pra­wie pół stop­nia. Pla­neta lśniła bielą bez żad­nego zróż­ni­co­wa­nia, osła­nia­jąc chmu­rami swe gwał­towne prze­bu­dze­nie.

Ezr led­wie to zauwa­żył. Jego wyobraź­nię pochło­nęła wizja cza­jąca się za suchymi sło­wami Anne Rey­nolt: oswo­jony wirus Roz­wi­nię­tych prze­ni­ka­jący do mózgu, roz­mna­ża­jący się w dzie­siąt­kach miliar­dów kopii, wydzie­la­jący tru­ci­znę do wciąż żywego mózgu. Przy­po­mniał sobie zabój­czy ból głowy pod­czas startu lądow­nika z Arachny. Tak wła­śnie cho­roba waliła w drzwi jego umy­słu. Ezr Vinh i pozo­stali w tym­cza­sówce Queng Ho zwal­czyli tę napaść... a może ich mózgi wciąż były zaka­żone, a cho­roba prze­szła tylko w stan uśpie­nia. Jed­nak Tri­xia Bon­sol i ludzie ozna­czeni przy nazwi­skach sym­bo­lem "Sku­pie­nie" zostali potrak­to­wani w szcze­gólny spo­sób. Zamiast ich wyle­czyć, ludzie Rey­nolt roz­wi­jali cho­robę w mózgach ofiar jak pleśń na owocu. Gdyby w waha­dłowcu pano­wało choćby naj­lżej­sze cią­że­nie, Ezr by zwy­mio­to­wał.

-?Ale czemu?

Rey­nolt go zigno­ro­wała. Otwo­rzyła właz śluzy i wpro­wa­dziła go do Ham­mer­fe­stu. Kiedy znowu się ode­zwała, w jej bez­barw­nym gło­sie brzmiało coś podej­rza­nie bli­skiego entu­zja­zmowi.

-?Sku­pie­nie uszla­chet­nia. To klucz do suk­cesu Roz­wi­nię­tych i coś dużo bar­dziej sub­tel­nego, niż sobie wyobra­żasz. Nie cho­dzi po pro­stu o to, że stwo­rzy­li­śmy psy­cho­ak­tywny zara­zek. W jego przy­padku możemy kon­tro­lo­wać roz­wój cho­roby w mózgu z mili­me­trową pre­cy­zją... a gdy znaj­dzie się we wła­ści­wym miej­scu, jego dzia­ła­niem i zacho­wa­niem można ste­ro­wać z równą dokład­no­ścią.

Reak­cja Vinh była tak pusta, że dotarła nawet do Rey­nolt.

-?Nie rozu­miesz? Możemy popra­wić aspekty świa­do­mo­ści zwią­zane ze sku­pie­niem uwagi: możemy wziąć ludzi i zmie­nić ich w maszyny ana­li­tyczne. -?Wyło­żyła mu to ze wszyst­kimi obrzy­dli­wymi szcze­gó­łami.

Na świa­tach Roz­wi­nię­tych pro­ces Sku­pie­nia prze­pro­wa­dzano pod­czas ostat­nich lat spe­cja­li­stycz­nej edu­ka­cji, nasi­la­jąc wie­dzę uni­wer­sy­tecką do wytwo­rze­nia geniu­szy. Dla Tri­xii i pozo­sta­łych pro­ces był z koniecz­no­ści dużo gwał­tow­niej­szy. Rey­nolt z tech­ni­kami przez wiele dni mody­fi­ko­wali wirusa, akty­wu­jąc eks­pre­sję gene­tyczną pro­wa­dzącą do pre­cy­zyj­nego uwal­nia­nia sub­stan­cji che­micz­nych odpo­wie­dzial­nych za pro­ces myśle­nia, a wszystko kie­ro­wane było przez kom­pu­tery medyczne Roz­wi­nię­tych, zbie­ra­jące infor­ma­cje zwrotne z kon­wen­cjo­nal­nej dia­gno­styki mózgu.

-?Teraz szko­le­nie dobie­gło końca. Oca­lali są gotowi zaj­mo­wać się swo­imi spe­cja­li­za­cjami badaw­czymi w spo­sób, który ni­gdy wcze­śniej nie był im dostępny.

* * *

Rey­nolt prze­pro­wa­dziła go przez pokoje z luk­su­so­wymi meblami i wyście­ła­nymi ścia­nami. Podą­żali coraz bar­dziej zwę­ża­ją­cymi się kory­ta­rzami, aż zna­leźli się w tune­lach o śred­nicy zale­d­wie metra. Była to archi­tek­tura kapi­larna, jaką widy­wał w doku­men­tach histo­rycz­nych... obra­zach z samego serca miej­skich tyra­nii. Aż w końcu zatrzy­mali się przed pro­stymi drzwiami. Podob­nie jak inne wcze­śniej, ozna­czono je nume­rem i spe­cja­li­za­cją. Na tych napi­sano: F042 LIN­GWI­STYKA BADAW­CZA.

Rey­nolt znie­ru­cho­miała.

-?Jesz­cze jedno. Pan kolo­nii Nau uważa, że możesz doznać wstrząsu od tego, co tu zoba­czysz. Wiem, że obcy wyka­zują eks­tre­malne reak­cje przy pierw­szym zetknię­ciu ze Sku­pie­niem. -?Prze­krzy­wiła głowę, jakby oce­niała racjo­na­lizm Vinha. -?Tak więc pan kolo­nii popro­sił mnie o pod­kre­śle­nie: Sku­pie­nie jest zwy­kle odwra­calne, przy­naj­mniej w bar­dzo dużym stop­niu. - Wzru­szyła ramio­nami, jakby wykle­pała wyuczoną na pamięć for­mułkę.

-?Otwórz drzwi -?powie­dział Ezr łamią­cym się gło­sem.

* * *

Pokoik był maleńki, słabo oświe­tlony bla­skiem kil­ku­na­stu aktyw­nych okien. Świa­tło two­rzyło aure­olę wokół głowy osoby w środku: krót­kie włosy, szczu­pła postać w pro­stym kom­bi­ne­zo­nie.

-?Tri­xia? -?powie­dział cicho. Się­gnął przez pokoik, by dotknąć jej ramie­nia. Nie odwró­ciła głowy. Vinh zdła­wił prze­ra­że­nie i prze­su­nął się, by spoj­rzeć jej pro­sto w twarz. -?Tri­xia?

Przez moment miał wra­że­nie, że patrzy mu pro­sto w oczy, a potem odsu­nęła się od jego dotyku i spró­bo­wała wyj­rzeć poza niego, na okna.

-?Blo­ku­jesz mi widok. Nie widzę! -?rzu­ciła gło­sem na skraju paniki.

Ezr sku­lił głowę i odwró­cił się, by zoba­czyć, co tak waż­nego kryło się w oknach. Ściany wokół dziew­czyny zapeł­niały dia­gramy struk­tur i gra­ma­tyki. Cała jedna sek­cja wyda­wała się opcjami słow­nic­twa. Zoba­czył słowa nese z dopa­so­wa­niami n do jed­nego z frag­men­tami nie­da­ją­cego się wypo­wie­dzieć beł­kotu. Było to typowe śro­do­wi­sko ana­lizy języka, choć z więk­szą liczbą aktyw­nych okien, niż mogłaby wyko­rzy­stać roz­sądna osoba. Spoj­rze­nie Tri­xii prze­my­kało z miej­sca na miej­sce, doty­kiem doko­nu­jąc wybo­rów. Od czasu do czasu mam­ro­tała jakieś pole­ce­nie. Jej twarz prze­peł­niał wyraz cał­ko­wi­tego sku­pie­nia. Coś takiego nie było dla niego obce i samo w sobie nie prze­ra­żało: widy­wał już ten wyraz twa­rzy wcze­śniej, gdy cał­ko­wi­cie zafa­scy­no­wał ją jakiś pro­blem języ­kowy.

Gdy zszedł z jej drogi, prze­stała o nim pamię­tać. Była bar­dziej... sku­piona... niż kie­dy­kol­wiek.

I Ezr Vinh zaczął rozu­mieć.

Przy­glą­dał się jej przez jakiś czas, obser­wu­jąc, jak w oknach roz­wi­jają się wzory, obser­wo­wał doko­ny­wane przez nią wybory, zmiany struk­tur.

-?To jak ci idzie, Tri­xia? -?zapy­tał w końcu cichym, nie­mal bez­in­te­re­sow­nym gło­sem.

-?Dobrze. -?Odpo­wiedź padła natych­miast, tonem dokład­nie takim samym, jakiego uży­wała dawna Tri­xia, gdy była nie­obecna duchem. -?Książki z biblio­teki Pają­ków są cudowne. Mam już zacze­pie­nie do roz­gry­zie­nia ich gra­fe­mów. Nikt ni­gdy jesz­cze niczego takiego nie widział, nikt tego nie robił. Pająki nie widzą w taki spo­sób jak my, zło­że­nie wizu­alne jest w ich przy­padku cał­ko­wi­cie odmienne. Gdyby nie pod­ręcz­niki fizyki, ni­gdy nie zdo­ła­ła­bym nawet sobie wyobra­zić poję­cia gra­fe­mów.

Mówiła nie­obec­nym, choć nieco pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. Nie obró­ciła się, by spoj­rzeć na niego, a jej palce nie prze­rwały stu­ka­nia. Teraz, gdy jego wzrok przy­zwy­czaił się do sła­bego świa­tła, dostrzegł drobne, prze­ra­ża­jące rze­czy. Ubra­nie miała świeże, ale z przodu ubru­dzone jakimś syro­pem. Nawet krótko przy­cięte włosy wyglą­dały na splą­tane i tłu­ste. Tuż nad war­gami na jej twa­rzy utkwił kawa­łek cze­goś: jedze­nia? smarka?

Czy ona w ogóle potrafi się sama umyć? Vinh zer­k­nął w dół, w stronę drzwi. Miej­sce nie było dość duże, by pomie­ścić trzy osoby, ale Rey­nolt wsu­nęła przez otwór głowę i ramiona. Uno­siła się swo­bod­nie, utrzy­mu­jąc pozy­cję łok­ciami, i z wyraź­nym zain­te­re­so­wa­niem przy­glą­dała się Ezrowi i Tri­xii.

-?Dok­tor Bon­sol dobrze się spi­suje, nawet lepiej niż nasi lin­gwi­ści, a oni są Sku­pieni od czasu stu­diów. Dzięki niej zdo­łamy nauczyć się ich zapi­sa­nego języka, jesz­cze zanim Pająki powrócą do życia.

Ezr znowu dotknął ramie­nia Tri­xii, a ona znowu odsu­nęła się z drgnię­ciem. To nie był gest zło­ści albo stra­chu, raczej jakby strzą­sała z sie­bie iry­tu­jącą pchłę.

-?Pamię­tasz mnie, Tri­xia? -?Nie dostał odpo­wie­dzi, ale był pewien, że tak jest... Po pro­stu nie był dość ważny, by zasłu­żyć na komen­tarz. Stała się zacza­ro­waną księż­niczką i mogły ją obu­dzić tylko złe cza­row­nice. Jed­nak do tego zacza­ro­wa­nia mogłoby nie dojść, gdyby uważ­niej słu­chał obaw księż­niczki i gdyby zgo­dził się z Sumem Dotra­nem. -?Tak mi przy­kro, Tri­xia.

-?Dość na pierw­sze odwie­dziny, kie­row­niku floty -?oznaj­miła Rey­nolt. Gestem pole­ciła mu opu­ścić pokoik.

Vinh wysu­nął się z niego. Spoj­rze­nie Tri­xii ani na chwilę nie ode­rwało się od pracy. To wła­śnie coś w rodzaju takiego sku­pie­nia pier­wot­nie go do niego przy­cią­gnęło. Była Tri­landką i nale­żała do nie­licz­nego grona miesz­kań­ców tej pla­nety, któ­rzy zostali zabrani na wyprawę Queng Ho bez bli­skich przy­ja­ciół czy rodziny. Tri­xia marzyła o pozna­niu cze­goś praw­dzi­wie obcego, dowie­dze­niu się rze­czy, któ­rych nie wie­dział żaden czło­wiek. Trzy­mała się tego marze­nia rów­nie mocno jak naj­od­waż­niejsi Queng Ho. Teraz dostała to, czego pra­gnęła... i nic wię­cej.

Kiedy wysu­nął się już w poło­wie przez drzwi, zatrzy­mał się i popa­trzył na tył jej głowy.

-?Jesteś szczę­śliwa? -?zapy­tał cichym gło­sem, tak naprawdę nie spo­dzie­wa­jąc się odpo­wie­dzi.

Nie odwró­ciła się, ale palce na chwilę znie­ru­cho­miały. Choć jego twarz i dotyk nie zro­biły na niej wra­że­nia, słowa pro­stego pyta­nia ją zatrzy­mały. Gdzieś w tej uko­cha­nej gło­wie pyta­nie prze­biło się przez war­stwy Sku­pie­nia i przez chwilę zostało roz­wa­żone.

-?Tak, bar­dzo. -?I znowu roz­le­gły się dźwięki stu­ka­nia w ekrany.

* * *

Vinh nie pamię­tał podróży z powro­tem do tym­cza­sówki, a z póź­niej­szych godzin zostały mu tylko pomie­szane strzępy wspo­mnień. W oko­licy doku spo­tkał się z Ben­nym Wenem, który chciał z nim roz­ma­wiać.

-?Wró­ci­li­śmy wcze­śniej, niż mogłem się spo­dzie­wać. Nie masz poję­cia, jak sprawni są piloci Xina. -?Ści­szył głos. -?Jedną z nich była Ai Sun. Wiesz, z "Nie­wi­dzial­nej ręki". Była w Nawi­ga­cji. Jedna z naszych, Ezr. Ale wygląda, jakby była mar­twa w środku, tak jak jego pozo­stali piloci i pro­gra­mi­ści Roz­wi­nię­tych. Xin powie­dział, że została Sku­piona i że ty możesz to wyja­śnić. Ezr, wiesz, że mój sta­ru­szek jest w Ham­mer­fe­ście. Co...

To było wszystko, co Ezr zapa­mię­tał. Może nakrzy­czał na Benny'ego, może tylko go ode­pchnął. Wyja­śnisz Sku­pie­nie swoim ludziom i zro­bisz to w taki spo­sób, żeby oni też je zaak­cep­to­wali, by mogło prze­trwać to, co pozo­stało z naszych wypraw.

Kiedy powró­cił rozum...

Vinh był sam w cen­tral­nym parku tym­cza­sówki, nie pamię­ta­jąc, jak tam tra­fił. Park roz­cią­gał się wokół niego z liścia­stymi czub­kami drzew, się­ga­ją­cymi, by doty­kać go z pię­ciu stron. Było takie stare powie­dze­nie: bez bak­te­ryki habi­tat nie utrzyma swo­ich miesz­kań­ców, ale bez parku miesz­kańcy utracą duszę. Nawet na stat­kach stru­mie­nio­wych głę­boko mię­dzy gwiaz­dami zawsze było kapi­tań­skie bon­sai. W więk­szych tym­cza­sów­kach, tysiąc­let­nich habi­tatach na Can­be­rze i Namqem, parki były naj­więk­szymi prze­strze­niami w całej struk­tu­rze, całymi kilo­me­trami natury. Jed­nak nawet naj­mniej­szy park miał w swoim pro­jek­cie tysiąc­le­cia doświad­cze­nia i geniu­szu Queng Ho. Ten spra­wiał wra­że­nie głębi lasu, dużych i małych stwo­rzeń cze­ka­ją­cych tuż za naj­bliż­szymi drze­wami. Utrzy­ma­nie rów­no­wagi życia w tak małym parku było praw­do­po­dob­nie naj­trud­niej­szym pro­jek­tem w tym­cza­sówce.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

prolog

Poszu­ki­wa­nia objęły ponad sto lat świetl­nych i osiem stu­leci. Zawsze były pro­wa­dzone pota­jem­nie i nie zda­wali sobie z tego sprawy nawet nie­któ­rzy ich uczest­nicy. We wcze­snych latach obej­mo­wały po pro­stu ukryte w trans­mi­sjach radio­wych zaszy­fro­wane zapy­ta­nia. Mijały dzie­się­cio­le­cia i wieki. Poja­wiały się poszlaki, wywiady z towa­rzy­szami podróży obiektu, pro­wa­dzące w sprzecz­nych kie­run­kach. Obiekt był teraz sam i kie­ro­wał się coraz dalej; zmarł, zanim w ogóle zaczęły się poszu­ki­wa­nia; miał flotę bojową i wra­cał się zemścić.

Z cza­sem naj­bar­dziej wia­ry­godne histo­rie zaczęły wyka­zy­wać wspólne ele­menty. Dowody zro­biły się dosta­tecz­nie solidne, by pewne statki zmie­niły har­mo­no­gramy i leciały przez dzie­się­cio­le­cia, by poszu­kać kolej­nych wska­zó­wek. Z powodu okręż­nych tras i opóź­nień prze­pa­dły for­tuny, ale straty doty­kały kilku z naj­więk­szych Rodów han­dlo­wych i nie sta­no­wiły kata­strofy. Byli dość bogaci, a te poszu­ki­wa­nia były na tyle ważne, że nie miało to więk­szego zna­cze­nia. Obszar poszu­ki­wań został zawę­żony: obiekt podró­żo­wał samot­nie, był nie­wy­raźną plamą wielu toż­sa­mo­ści, cią­giem jed­no­ra­zo­wych zatrud­nień na pomniej­szych jed­nost­kach han­dlo­wych, choć zawsze kie­ru­ją­cych się coraz głę­biej w ten koniec Prze­strzeni Ludzi. Poszu­ki­wa­nia zawę­żały obszar ze stu lat świetl­nych do pięć­dzie­się­ciu, potem dwu­dzie­stu... i do zale­d­wie kilku ukła­dów gwiezd­nych.

Aż w końcu poszu­ki­wa­nie wska­zało na poje­dyn­czy świat na skraju Prze­strzeni Ludzi od strony jądra. Teraz Sammy mógł uza­sad­nić przy­dzie­le­nie floty spe­cjal­nie do zakoń­cze­nia poszu­ki­wań. Załoga, a nawet więk­szość wła­ści­cieli, nie znała praw­dzi­wego celu misji, ale miał on spore szanse dopro­wa­dzić polo­wa­nia do końca.

* * *

Sammy oso­bi­ście zszedł na powierzch­nię Tri­lan­dii. Choć raz miało to sens, żeby kapi­tan floty sam wyko­nał pracę na miej­scu: Sammy był jedyną osobą we flo­cie, która oso­bi­ście spo­tkała tego czło­wieka. A dzięki obec­nej popu­lar­no­ści jego floty tutaj mógł z łatwo­ścią pora­dzić sobie z wszel­kimi moż­li­wymi prze­szko­dami biu­ro­kra­tycz­nymi. To były dobre powody... choć Sammy wie­dział, że i tak zszedłby na dół. Cze­ka­łem tak bar­dzo długo, a już za chwilę wresz­cie go odnajdę.

-?Czemu miał­bym panu poma­gać kogoś zna­leźć? Nie jestem pań­ską matką! - Drobny czło­wie­czek wyco­fał się w głąb swo­jego biura. Drzwi za jego ple­cami roz­su­nęły się na pięć cen­ty­me­trów i Sammy dostrzegł wyglą­da­jące przez szcze­linę wystra­szone dziecko. Drobny czło­wie­czek zatrza­snął drzwi z powro­tem i popa­trzył gniew­nie na funk­cjo­na­riu­szy Leśnic­twa, któ­rzy wpro­wa­dzili Sammy'ego do budynku. -?Powiem to jesz­cze raz: pra­cuję w sieci. Jeśli tam nie zna­lazł pan tego, czego szuka, to ja nie pomogę.

-?Prze­pra­szam. -?Sammy dotknął ramie­nia naj­bliż­szego funk­cjo­na­riu­sza. - Prze­pra­szam. -?Wysu­nął się przed sze­reg swo­jej obstawy.

Wła­ści­ciel dostrzegł, że w jego stronę zmie­rza ktoś wysoki. Się­gnął w stronę biurka. Rety. Jeśli znisz­czy swoje ukryte w sieci bazy danych, nic z niego nie wycią­gną.

Ale męż­czy­zna znie­ru­cho­miał w poło­wie ruchu. Zapa­trzył się na twarz Sammy'ego.

-?Admi­rale?

-?Uch, raczej "kapi­ta­nie floty", jeśli można.

-?Tak, tak! Codzien­nie oglą­damy pana w wia­do­mo­ściach. Pro­szę, niech pan siada. To pan zwró­cił się z zapy­ta­niem?

Zmie­nił zacho­wa­nie niczym kwiat otwie­ra­jący się na słońce. Naj­wy­raź­niej wśród miesz­kań­ców mia­sta Queng Ho byli rów­nie popu­larni jak w Wydziale Leśnic­twa. W ciągu kilku sekund gospo­darz -?"pry­watny detek­tyw", jak sie­bie nazy­wał -?wywo­łał dane i uru­cho­mił pro­gramy wyszu­ki­wa­nia.

-?Hmm. Nie zna pan nazwi­ska ani dobrego opisu wyglądu, tylko praw­do­po­dobną datę przy­by­cia. Dobrze, z kolei Leśnic­two twier­dzi, że nasz obiekt musiał się stać nie­ja­kim "Bidwe­lem Ducan­hem". -?Jego spoj­rze­nie powę­dro­wało w bok na mil­czą­cych funk­cjo­na­riu­szy i uśmiech­nął się. -?Są bar­dzo dobrzy w docho­dze­niu do tego typu bez­sen­so­wych wnio­sków na pod­sta­wie nie­wy­star­cza­ją­cych infor­ma­cji. W tym przy­padku... -?Zro­bił coś ze swo­imi pro­gra­mami szu­ka­ją­cymi. -?Bidwel Ducanh. No tak, teraz, pod­czas szu­ka­nia, przy­po­mniało mi się, że o nim sły­sza­łem. Sześć­dzie­siąt czy sto lat temu doro­bił się swo­istej sławy. Postać, która poja­wiła się zni­kąd z umiar­ko­waną ilo­ścią pie­nię­dzy i nie­zwy­kłym talen­tem do pro­mo­wa­nia sie­bie. W ciągu trzy­dzie­stu lat zdo­był wspar­cie kilku więk­szych kor­po­ra­cji, a nawet przy­chyl­ność Wydziału Leśnic­twa. Ducanh twier­dził, że jest miesz­czu­chem, ale nie był par­ty­zan­tem. Chciał wydać pie­nią­dze na jakiś sza­lony, dłu­go­ter­mi­nowy pro­jekt. Co to było? Chciał... -?Pry­watny detek­tyw ode­rwał wzrok od ekranu i na chwilę wbił go w Sammy'ego. -?Chciał sfi­nan­so­wać eks­pe­dy­cję do gwiazdy Bista­bil­nej!

Sammy tylko kiw­nął głową.

-?Szlag. Gdyby mu się udało, eks­pe­dy­cja Tri­lan­dii byłaby już w poło­wie drogi. -?Detek­tyw mil­czał przez chwilę, jakby kon­tem­plo­wał utra­coną oka­zję. Zaj­rzał z powro­tem w swoje dane. -?I wie pan, pra­wie mu się udało. Świat taki jak nasz musiałby się zruj­no­wać, żeby wysłać wyprawę mię­dzy­gwiezdną, ale sześć­dzie­siąt lat temu Tri­lan­dię odwie­dził poje­dyn­czy sta­tek Queng Ho. Oczy­wi­ście nie chcieli zmie­niać swo­ich pla­nów, choć nie­któ­rzy poplecz­nicy Ducanha mieli nadzieję, że im pomogą. Ducanh nie chciał o tym sły­szeć, nie chciał nawet roz­ma­wiać z Queng Ho. Po tej spra­wie facet stra­cił prak­tycz­nie całą wia­ry­god­ność... Znik­nął z widoku.

Wszystko to było w doku­men­tach Wydziału Leśnic­twa.

-?Tak -?zgo­dził się Sammy. -?Inte­re­suje nas, gdzie teraz znaj­duje się ten czło­wiek.

W ukła­dzie sło­necz­nym Tri­lan­dii od sześć­dzie­się­ciu lat nie było pojazdu mię­dzy­gwiezd­nego. On tu jest!

-?Ach, czyli uważa pan, że on może dys­po­no­wać jaki­miś dodat­ko­wymi infor­ma­cjami, czymś, co byłoby przy­datne nawet po tym, co wyda­rzyło się w ciągu ostat­nich trzech lat?

Sammy opa­no­wał impuls do prze­mocy. Jesz­cze tylko tro­chę cier­pli­wo­ści, ileż może go kosz­to­wać po całych wie­kach cze­ka­nia?

-?Tak -?odpo­wie­dział łagod­nie i roz­trop­nie. -?Nie sądzi pan, że dobrze byłoby zebrać wszyst­kie moż­liwe infor­ma­cje?

-?Racja. Przy­szedł pan we wła­ściwe miej­sce. Wiem o mie­ście rze­czy, któ­rymi ludzie z Leśnic­twa ni­gdy nie zawra­cali sobie głowy. I naprawdę chcę pomóc. -?Przy­glą­dał się jakie­goś rodzaju ana­li­zie ska­no­wa­nia, czyli to nie był cał­ko­wi­cie stra­cony czasu. -?Te sygnały obcych zmie­nią nasz świat i chcę, żeby moje dzieci...

Detek­tyw zmarsz­czył brwi.

-?Ha! Roz­mi­nął się pan z tym całym Bidwe­lem, kapi­ta­nie floty. Nie żyje od dzie­się­ciu lat.

Sammy nie odpo­wie­dział, ale coś musiało prze­bić się przez jego maskę, bo drobny czło­wie­czek wzdry­gnął się, gdy na niego spoj­rzał.

-?Ja... bar­dzo mi przy­kro, kapi­ta­nie. Może zosta­wił coś po sobie, jakiś testa­ment.

To nie­moż­liwe. Nie, gdy dotar­łem tak bli­sko. Jed­nak Sammy zawsze musiał się liczyć z taką moż­li­wo­ścią. Było to coś powszech­nego we wszech­świe­cie drob­nych iskie­rek życia i odle­gło­ści mię­dzy­gwiezd­nych.

-?Cóż, ow­szem, jeste­śmy zain­te­re­so­wani zosta­wio­nymi przez niego danymi. -?Słowa były przy­głu­szone.

Przy­naj­mniej mamy zamknię­cie... Tak brzmia­łoby pod­su­mo­wa­nie raportu napi­sa­nego przez jakie­goś lizu­sow­skiego ana­li­tyka wywiadu.

Detek­tyw stu­kał w swoje urzą­dze­nia, mam­ro­cząc coś pod nosem. Wydział Leśnic­twa nie­chęt­nie wska­zał go jako jed­nego z naj­lep­szych w mie­ście, z tak dobrze roz­pro­szo­nymi bazami, że nie mogli po pro­stu skon­fi­sko­wać mu sprzętu i prze­jąć jego dzia­łal­no­ści. Szcze­rze pró­bo­wał pomóc...

-?Może ist­nieć jakiś testa­ment, kapi­ta­nie floty, ale nie ma go w sieci Gran­dville.

-?Jakieś inne mia­sto? -?Fakt, że Wydział Leśnic­twa odse­pa­ro­wał sieci poszcze­gól­nych miast, był bar­dzo złym zna­kiem dla przy­szło­ści Tri­lan­dii.

-?Nie­zu­peł­nie. Widzi pan, Ducanh został pocho­wany w coeme­te­rium Świę­tego Ksu­pera Nędza­rza, tego w Low­cin­der. Wygląda na to, że jego rze­czy zatrzy­mali mnisi. Z pew­no­ścią chęt­nie je wyda­dzą w podzię­ko­wa­niu za daro­wi­znę odpo­wied­niej wyso­ko­ści.

Prze­niósł wzrok na funk­cjo­na­riu­szy i jego spoj­rze­nie stward­niało. Może roz­po­znał naj­star­szego, komi­sa­rza bez­pie­czeń­stwa miej­skiego. Nie­wąt­pli­wie mogli wpły­nąć na mni­chów, by wydali rze­czy bez potrzeby jakich­kol­wiek daro­wizn.

Sammy wstał i podzię­ko­wał detek­ty­wowi, choć jego słowa brzmiały bar­dzo sztucz­nie nawet dla niego. Kiedy ruszył z powro­tem do drzwi i swo­jej eskorty, detek­tyw szybko wyszedł zza biurka i podą­żył za nim. Sammy uświa­do­mił sobie z nagłym wsty­dem, że nie zapła­cił za pomoc. Odwró­cił się, czu­jąc nagłą sym­pa­tię do gospo­da­rza. Podzi­wiał kogoś, kto miał odwagę doma­gać się zapłaty nawet w obec­no­ści nie­przy­chyl­nych poli­cjan­tów.

-?Pro­szę, to mogę zaofe­ro­wać... -?zaczął Sammy.

Męż­czy­zna uniósł ręce.

-?Nie, nie trzeba. Ale chciał­bym pana popro­sić o przy­sługę. Widzi pan, mam dużą rodzinę i naj­by­strzej­sze dzieci, jakie mógł pan widzieć. Ta wspólna eks­pe­dy­cja nie odleci z Tri­lan­dii jesz­cze przez pięć albo dzie­sięć lat, prawda? Czy może pan dopil­no­wać, by moje dzieci, choć jedno z nich...

Sammy prze­krzy­wił głowę. Przy­sługi powią­zane z powo­dze­niem misji miały bar­dzo wysoką cenę.

-?Bar­dzo mi przy­kro -?odpo­wie­dział naj­ła­god­niej, jak mógł. -?Pań­skie dzieci będą musiały kon­ku­ro­wać ze wszyst­kimi innymi. Niech pil­nie stu­diują, niech wybiorą spe­cja­li­za­cje, które zostaną ogło­szone. To im da naj­więk­sze szanse.

-?Tak, kapi­ta­nie floty! Dokład­nie o taką przy­sługę pro­szę. Czy dopil­nuje pan... -?Prze­łknął ślinę i z żarem popa­trzył na Sammy'ego, igno­ru­jąc pozo­sta­łych. -?Czy dopil­nuje pan, by wolno było im stu­dio­wać?

-?Z pew­no­ścią. -?Lekka pre­sja w zakre­sie wymo­gów dopusz­cze­nia do stu­diów w niczym Sammy'emu nie prze­szka­dzała. A potem dotarło do niego, co detek­tyw naprawdę mówi. -?Dopil­nuję tego, pro­szę pana.

-?Dzię­kuję. Dzię­kuję! -?Wsu­nął swoją wizy­tówkę w dłoń Sammy'ego. -?Tu ma pan moje nazwi­sko i dane. Będę je aktu­ali­zo­wał. Pro­szę pamię­tać.

-?Tak, uch, panie Bon­sol, będę pamię­tał. -?To była kla­syczna trans­ak­cja Queng Ho.

* * *

W dole pod pojaz­dem Wydziału Leśnic­twa prze­my­kało mia­sto. Gran­dville miało tylko około pół miliona miesz­kań­ców, ale upchnięto ich w spię­trzone slumsy, nad któ­rymi powie­trze drżało od let­niego żaru. Lasy Pierw­szych Osad­ni­ków roz­cią­gały się na tysiące kilo­me­trów, dzie­wi­cza głu­sza ter­ra­for­ma­cji.

Wzbili się wysoko w czy­ste niebo barwy indygo, kie­ru­jąc się na połu­dnie. Sammy igno­ro­wał sie­dzą­cego tuż obok szefa "bez­pie­czeń­stwa miej­skiego" Tri­lan­dii. W tej chwili nie odczu­wał potrzeby ani ochoty do dyplo­ma­tycz­nego zacho­wa­nia. Wywo­łał połą­cze­nie do swo­jej zastęp­czyni kapi­tana floty. Przed jego oczami prze­su­nął się auto­ma­tycz­nie wyge­ne­ro­wany raport Kiry Liso­let. Sum Dotran zgo­dził się na zmianę har­mo­no­gramu: do gwiazdy Bista­bil­nej poleci cała flota.

-?Sammy! -?Przez auto­ma­tyczny raport prze­bił się głos Kiry. -?Jak poszło? -?Kira Liso­let była jedyną osobą we flo­cie, która znała praw­dziwy cel tej misji: poszu­ki­wa­nie czło­wieka.

-?Ja... -?Stra­ci­li­śmy go, Kira. Nie­stety nie potra­fił się zdo­być na te słowa. -?Sama zobacz, Kira. Ostat­nie dwa tysiące sekund moich danych. Lecę teraz do Low­cin­der... Ostatni wątek do zamknię­cia.

Na chwilę zapa­dła cisza. Liso­let spraw­nie radziła sobie z indek­so­wa­nym ska­nem. Po chwili usły­szał, jak klnie pod nosem.

-?Dobrze... ale pro­szę, domknij ten wątek, Sammy. Zda­rzało się już, że byli­śmy pewni, że go stra­ci­li­śmy.

-?Jesz­cze ni­gdy w taki spo­sób, Kira.

-?Powie­dzia­łam, żebyś się cał­ko­wi­cie upew­nił. -?W gło­sie kobiety zabrzmiały sta­lowe tony.

Jej ród był wła­ści­cie­lem dużej czę­ści floty. Sama posia­dała jeden sta­tek. Wła­ści­wie była jedyną aktywną ope­ra­cyj­nie wła­ści­cielką uczest­ni­czącą w misji. Prze­waż­nie nie sta­no­wiło to pro­blemu. Kira Pen Liso­let była bar­dzo roz­sądna w nie­mal wszyst­kich spra­wach, choć to był jeden z wyjąt­ków.

-?Upew­nię się, Kira. Wiesz o tym. -?Do Sammy'ego dotarła nagle obec­ność szefa bez­pie­czeń­stwa Tri­lan­dii tuż przy łok­ciu... i przy­po­mniał sobie, co przy­pad­kowo odkrył zale­d­wie parę chwil wcze­śniej. -?Jak wygląda sytu­acja na górze?

Odpo­wie­działa dość lekko, jakby prze­pra­sza­jąco.

-?Świet­nie. Mam zwol­nie­nia dla stoczni. Umowy z prze­my­sło­wymi księ­ży­cami i kopal­niami w pasie aste­roid wyglą­dają dobrze. Dalej pra­cu­jemy nad szcze­gó­ło­wymi pla­nami. Wciąż uwa­żam, że możemy się wypo­sa­żyć i zdo­być spe­cja­li­styczną załogę w trzy­sta mega­se­kund. Wiesz, jak bar­dzo ci Tri­land­czycy chcą wziąć udział w misji.

Usły­szał uśmiech w jej gło­sie. Ich połą­cze­nie było szy­fro­wane, ale wie­działa, że jego strona nie jest chro­niona przed emo­cjami. Tri­lan­dia była klien­tem i wkrótce sta­nie się part­ne­rem w misji, jed­nak powinni znać swoje miej­sce.

-?Bar­dzo dobrze. Dodaj jesz­cze coś do listy, jeśli tego na niej nie ma: "Ze względu na pra­gnie­nie zdo­by­cia naj­lep­szej moż­li­wej załogi spe­cja­li­stów wyma­gamy, by pro­gramy uni­wer­sy­tec­kie Wydziału Leśnic­twa zostały otwarte dla wszyst­kich, któ­rzy zali­czą nasze testy, nie tylko dla potom­ków Pierw­szych Osad­ni­ków".

-?Oczy­wi­ście... -?Minęła sekunda, aku­rat na otrzą­śnię­cie się. -?Boże, jak mogli­śmy prze­oczyć coś takiego?

Prze­oczy­li­śmy to, bo nie­któ­rych dur­niów bar­dzo trudno jest oce­nić dosta­tecz­nie nisko.

* * *

Tysiąc sekund póź­niej pod nimi poja­wiło się Low­cin­der. Znaj­do­wali się pra­wie trzy­dzie­ści stopni na połu­dnie. Roz­cią­ga­jąca się wokół lodowa pusty­nia wyglą­dała jak zdję­cia rów­ni­ko­wej Tri­lan­dii sprzed pię­ciu­set lat, zanim Pierwsi Osad­nicy zaczęli grze­bać w gazach cie­plar­nia­nych i budo­wać wyszu­kane struk­tury eko­lo­gii ter­ra­for­ma­cyj­nej.

Samo Low­cin­der mie­ściło się bli­sko środka eks­tra­wa­ganc­kiej czar­nej plamy, pro­duktu stu­leci sto­so­wa­nia "nukle­onicz­nie czy­stych" paliw rakie­to­wych. Znaj­do­wał się tu naj­więk­szy lądowy port kosmiczny Tri­lan­dii, choć ostatni roz­rost mia­sta wyglą­dał rów­nie ponuro i nie­chluj­nie jak w innych na pla­ne­cie.

Ich pojazd prze­łą­czył się na wir­niki i prze­to­czył nad mia­stem, opa­da­jąc powoli. Słońce znaj­do­wało się bar­dzo nisko i więk­szość ulic skry­wał zmierzch, choć z każ­dym kilo­me­trem ulice sta­wały się jakby węż­sze. Nie­stan­dar­dowe kom­po­zyty ustą­piły miej­sca sze­ścia­nom, które kie­dyś mogły być kon­te­ne­rami towa­ro­wymi. Sammy przy­glą­dał się temu ponuro. Pierwsi Osad­nicy pra­co­wali przez stu­le­cia, by stwo­rzyć piękny świat, który eks­plo­do­wał im teraz pod nogami. Był to czę­sty pro­blem pla­net po ter­ra­for­ma­cji. Ist­niało przy­naj­mniej pięć umiar­ko­wa­nie bez­bo­le­snych metod pora­dze­nia sobie z koń­co­wym suk­ce­sem ter­ra­for­ma­cji, ale jeśli Pierwsi Osad­nicy oraz ich Wydział Leśnic­twa nie byli gotowi na ich wpro­wa­dze­nie... Cóż, po powro­cie flota może nie zastać tu cywi­li­za­cji. Już nie­długo będzie musiał odbyć szczerą roz­mowę z przed­sta­wi­cie­lami klasy rzą­dzą­cej.

Wró­cił myślami do chwili obec­nej w momen­cie, gdy pojazd opadł mię­dzy kan­cia­stymi budyn­kami miesz­kal­nymi. Sammy wraz z ochroną z Leśnic­twa prze­ma­sze­ro­wał przez na wpół zamro­żone błoto. W pudłach na scho­dach budynku, do któ­rego pod­cho­dzili, leżały sterty ubrań, być może ofia­ro­wa­nych dla bied­nych. Ochrona nad­ło­żyła drogi, żeby je obejść, a potem poko­nali schody i weszli do środka.

* * *

Zarządca coeme­te­rium przed­sta­wił się jako brat Song i wyglą­dał staro jak śmierć.

-?Bidwel Ducanh? -?Jego wzrok uciekł ner­wowo od Sammy'ego. Brat Pieśń nie poznał jego twa­rzy, ale znał Wydział Leśnic­twa. -?Bidwel Ducanh zmarł dzie­sięć lat temu.

Kła­mał. On kła­mał.

Sammy ode­tchnął głę­boko i rozej­rzał się po skrom­nym pokoju. Nagle poczuł się tak groźny, za jakiego uwa­żały go nie­które z pokła­do­wych szu­mo­win. Niech mi Bóg wyba­czy, ale zro­bię wszystko, by wydu­sić prawdę z tego czło­wieka. Popa­trzył z powro­tem na brata Songa i spró­bo­wał przy­ja­znego uśmie­chu. Chyba nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo sta­ru­szek cof­nął się o krok.

-?Coeme­te­rium to miej­sce umie­ra­nia ludzi, zga­dza się, bra­cie Song?

-?To miej­sce, w któ­rym wszy­scy mogą docze­kać swo­jej natu­ral­nej pełni czasu. Wyko­rzy­stu­jemy wszyst­kie przy­no­szone przez ludzi pie­nią­dze, by pomóc tym, któ­rzy tu przy­by­wają. -?W per­wer­syj­nej sytu­acji Tri­lan­dii pry­mi­ty­wizm brata Songa miał swego rodzaju sens. Poma­gał naj­bied­niej­szym i naj­cię­żej cho­rym naj­le­piej, jak mógł.

Sammy pod­niósł rękę.

-?Poda­ruję stu­letni budżet każ­demu z coeme­te­rium two­jego zakonu... jeśli zapro­wa­dzisz mnie do Bidwela Ducanha.

-?Ja... -?Brat Song znowu cof­nął się o krok i usiadł ciężko. Skądś wie­dział, że Sammy mógł zre­ali­zo­wać swoją ofertę. Może... Ale potem sta­ru­szek popa­trzył na Sammy'ego i w jego spoj­rze­niu poja­wił się despe­racki upór. -?Nie. Bidwel Ducanh zmarł dzie­sięć lat temu.

Sammy prze­szedł przez pokój i chwy­cił porę­cze fotela sta­ruszka. Opu­ścił głowę na wyso­kość jego twa­rzy.

-?Znasz ludzi, któ­rzy ze mną przy­szli. Czy wąt­pisz, że jeśli im każę, roz­biorą twoje coeme­te­rium na kawałki, ele­ment po ele­men­cie? Wąt­pisz, że jeśli nie znaj­dziemy tu tego, czego szu­kamy, zro­bimy to samo z każ­dym coeme­te­rium two­jego zakonu, na całej pla­ne­cie?

Było jasne, że brat Song w to nie wątpi. Znał Wydział Leśnic­twa. A jed­nak przez chwilę Sammy bał się, że Song oprze się nawet temu. A wtedy zro­bię to, co będę musiał. Nagle sta­ru­szek jakby zapadł się w sobie i zaczął cicho łkać.

Sammy wypro­sto­wał się nad jego fote­lem. Minęło tro­chę sekund. Sta­rzec prze­stał pła­kać i wstał z wysił­kiem. Nie spoj­rzał na Sammy'ego ani nie wyko­nał żad­nego gestu, po pro­stu wydrep­tał z pokoju.

Sammy poszedł za nim z całą obstawą. Wędro­wali gęsiego dłu­gim kory­ta­rzem. Było w nim coś strasz­nego. Wcale nie cho­dziło o słabe i uszko­dzone oświe­tle­nie ani panele sufi­towe ze śla­dami wody czy brudną pod­łogę. Wzdłuż całego kory­ta­rza na kana­pach i wóz­kach sie­dzieli ludzie. Sie­dzieli i patrzyli... w pustkę. Z początku Sammy myślał, że mają przed oczami ekrany, że patrzą gdzieś w dal, może w jakieś współ­dzie­lone obrazy. Prze­cież nie­któ­rzy roz­ma­wiali, inni wyko­ny­wali nie­ustanne skom­pli­ko­wane ruchy rękami. Ale potem dostrzegł, że znaki na ścia­nach zostały nama­lo­wane. Zwy­kły, łusz­czący się mate­riał ścian był wszyst­kim, co można było tu zoba­czyć, a oczy sie­dzą­cych w kory­ta­rzu przy­wię­dłych ludzi były nie­osło­nięte i puste.

Szedł bli­sko za bra­tem Son­giem. Mnich mówił sam do sie­bie, ale jego słowa miały sens. Mówił o obiek­cie:

-?Bidwel Ducanh nie był miłym czło­wie­kiem. Nie był kimś lubia­nym, nawet na początku... Zwłasz­cza na początku. Powie­dział, że jest bogaty, ale niczego nam nie przy­niósł. Przez pierw­sze trzy­dzie­ści lat, gdy byłem młody, pra­co­wał rów­nie ciężko jak każdy z nas. Żadna praca nie była zbyt brudna, zbyt ciężka. Ale o każ­dym miał do powie­dze­nia coś złego. Ze wszyst­kich się naśmie­wał. Potra­fił sie­dzieć przy pacjen­cie pod­czas jego ostat­niej nocy życia, a potem z niego szy­dzić.

Brat Song mówił w cza­sie prze­szłym, ale po kilku chwi­lach Sammy zro­zu­miał, że nie pró­buje go do niczego prze­ko­nać. Song nie mówił nawet do sie­bie. Wyglą­dało to tak, jakby prze­ma­wiał w imie­niu kogoś, kto wkrótce dołą­czy do zmar­łych.

-?A potem, w miarę upływu lat, jak my wszy­scy mógł poma­gać coraz mniej. Mówił o swo­ich wro­gach, w jaki spo­sób by ich zabił, gdyby kie­dy­kol­wiek go zna­leźli. Śmiał się, gdy obie­cy­wa­li­śmy go ukryć. W końcu prze­trwała tylko jego wred­ność... i to bez mowy.

Brat Song zatrzy­mał się przed dużymi drzwiami. Napis nad nimi był śmiały i kwia­towy: DO SOLA­RIUM.

-?Ducanh to ten obser­wu­jący zachód słońca. -?Ale mnich nie otwo­rzył drzwi. Stał z opusz­czoną głową, nie do końca blo­ku­jąc wej­ście.

Sammy zaczął go obcho­dzić, a potem zatrzy­mał się i powie­dział:

-?Ta płat­ność, o któ­rej wspo­mnia­łem, zosta­nie prze­ka­zana na konto two­jego zakonu.

Sta­ru­szek nie pod­niósł na niego wzroku. Splu­nął na kurtkę Sammy'ego, a potem odszedł w głąb kory­ta­rza, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy funk­cjo­na­riu­szami.

Sammy odwró­cił się i pocią­gnął mecha­niczny zamek drzwi.

-?Pro­szę pana? -?ode­zwał się komi­sarz bez­pie­czeń­stwa miej­skiego. Poli­cyjny biu­ro­krata pod­szedł bli­sko i mówił cicho. -?Uch. Nie chcie­li­śmy tego zada­nia eskorty. To powinni byli być pań­scy ludzie.

Co takiego?

-?Zga­dzam się, komi­sa­rzu. To czemu nie pozwo­lił pan mi ich zabrać?

-?To nie była moja decy­zja. Chyba sądzili, że funk­cjo­na­riu­sze będą mniej rzu­cać się w oczy. -?Poli­cjant odwró­cił wzrok. -?Niech pan posłu­cha, kapi­ta­nie floty. Wiemy, że Queng Ho długo cho­wają urazy.

Sammy przy­tak­nął, choć doty­czyło to bar­dziej cywi­li­za­cji klien­tów niż poszcze­gól­nych osób.

Poli­cjant w końcu spoj­rzał mu w oczy.

-?Dobrze. Współ­pra­co­wa­li­śmy. Dopil­no­wa­li­śmy, żeby żadne infor­ma­cje o pań­skich poszu­ki­wa­niach nie wycie­kły do pań­skiego... celu. Ale nie zała­twimy tego faceta dla pana. Odwró­cimy wzrok, nie będziemy patrzeć. Ale go nie zała­twimy.

-?Ach. -?Sammy spró­bo­wał sobie wyobra­zić, gdzie znaj­do­wa­łoby się wła­ściwe miej­sce dla tego czło­wieka w pan­te­onie moral­nym. -?Cóż, komi­sa­rzu, nie­wcho­dze­nie mi w drogę to wszystko, czego mi trzeba. Sam mogę się tym zająć.

Poli­cjant przy­tak­nął ner­wowo. Cof­nął się i nie poszedł za nim, gdy Sammy otwo­rzył drzwi do "sola­rium".

* * *

Powie­trze było mroźne i stę­chłe, co sta­no­wiło pewną poprawę po wil­got­nym smro­dzie kory­ta­rza. Sammy zszedł w dół ciem­nych scho­dów. Wciąż był w zasa­dzie wewnątrz budynku, choć tylko czę­ściowo. Kie­dyś było to wyj­ście pro­wa­dzące na poziom ulicy. Teraz osła­niały je pla­sti­kowe arku­sze, two­rząc coś w rodzaju zabu­do­wa­nego patio.

Co będzie, jeśli jest jak ci nie­szczę­śnicy w kory­ta­rzu? Koja­rzyli mu się z ludźmi żyją­cymi poza moż­li­wo­ściami wspar­cia medycz­nego albo ofia­rami sza­lo­nych eks­pe­ry­men­tów. Ich umy­sły czę­ściowo prze­pa­dły. Takiego końca ni­gdy na poważ­nie nie roz­wa­żał, ale teraz...

Dotarł na dół scho­dów. Za rogiem zoba­czył obiet­nicę świa­tła dnia. Prze­tarł usta wierz­chem dłoni i przez dłuż­szą chwilę stał bez ruchu.

Zrób to. Poszedł przed sie­bie, wcho­dząc do dużej sali. Wyglą­dała jak część par­kingu, ale osło­nię­tego pół­przej­rzy­stymi arku­szami pla­stiku. Nie było tu ogrze­wa­nia, a przez szcze­liny w arku­szach prze­do­sta­wały się podmu­chy zimna. Na krze­słach roz­sta­wio­nych na otwar­tej prze­strzeni kuliło się kilka mocno opa­tu­lo­nych postaci. Sie­działy, nie zwra­ca­jąc się w żad­nym kon­kret­nym kie­runku, nie­które patrzyły na szary kamień zewnętrz­nej ściany.

Sammy led­wie to zauwa­żył. Na dru­gim końcu sali przez otwór w sufi­cie wpa­dała sko­śna kolumna sło­necz­nego świa­tła. Pośrodku tej plamy bla­sku sie­działa jedna osoba.

Sammy prze­szedł powoli przez salę, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc wzroku z osoby sie­dzą­cej w czer­wo­no­zło­tym świe­tle zachodu. Jej twarz wyka­zy­wała podo­bień­stwo do Rodów Queng Ho, ale nie była tą, którą Sammy pamię­tał. To bez zna­cze­nia. Musiał zmie­nić swą twarz dawno temu. Zresztą Sammy miał w kie­szeni kurtki czyt­nik DNA oraz kopię kodu swo­jego celu.

* * *

Męż­czy­zna sie­dział owi­nięty kocami, a na gło­wie miał grubą czapkę zro­bioną na dru­tach. Nie ruszał się, ale wyglą­dało na to, że coś obser­wuje, chło­nie zachód słońca. To on. Prze­ko­na­nie poja­wiło się bez racjo­nal­nej myśli, zale­wa­jąc go falą emo­cji. Może nie­kom­pletny, ale to on.

Sammy wziął wolne krze­sło i usiadł naprze­ciw postaci w świe­tle. Minęło sto sekund. Dwie­ście. Ostat­nie pro­mie­nie słońca zaczęły gasnąć. Spoj­rze­nie męż­czy­zny było puste, ale zare­ago­wał na chłód na twa­rzy. Poru­szył głową, nie­ja­sno szu­ka­jąc, i chyba zauwa­żył swo­jego gościa. Sammy obró­cił się tak, by jego twarz oświe­tlił blask nieba. Coś poja­wiło się w oczach męż­czy­zny: zdzi­wie­nie wypły­wa­jące z głę­bin wspo­mnień. Nie­spo­dzie­wa­nie wysu­nął ręce spod koców i gwał­tow­nie skie­ro­wał je w stronę twa­rzy Sammy'ego.

-?Ty!

-?Tak, pro­szę pana. Ja. Osiem wie­ków poszu­ki­wań dobie­gło końca.

Cel poru­szył się ner­wowo na wózku, popra­wia­jąc koce. Mil­czał przez chwilę, a gdy w końcu się ode­zwał, mówił ury­wa­nymi sło­wami.

-?Wie­dzia­łem, że twój... rodzaj będzie mnie wciąż szu­kał. Sfi­nan­so­wa­łem ten pie­kielny kult Ksu­pera, ale zawsze wie­dzia­łem... że to może nie wystar­czyć. -?Znowu poru­szył się na wózku. W jego oczach poja­wił się błysk, któ­rego Sammy ni­gdy nie widział w daw­nych cza­sach. -?Nie mów. Każdy Ród tro­chę doło­żył. Może każdy sta­tek Queng Ho ma jed­nego członka załogi, który mnie szuka.

Nie miał poję­cia o poszu­ki­wa­niach, które w końcu dopro­wa­dziły do odna­le­zie­nia go.

-?Nie chcemy pana skrzyw­dzić.

Obiekt zaśmiał się chra­pli­wie, nie pro­te­stu­jąc, ale wyraź­nie nie wie­rząc.

-?Mam pecha, że to wła­śnie ty oka­za­łeś się agen­tem przy­dzie­lo­nym przez nich do Tri­lan­dii. Jesteś dość bystry, by mnie zna­leźć. Powinni byli cię lepiej potrak­to­wać, Sammy. Powi­nie­neś być kapi­ta­nem floty i kimś wię­cej, a nie jakimś zabójcą na posyłki. -?Znowu się poru­szył i się­gnął w dół, jakby chciał się podra­pać po tyłku. Co to takiego? Hemo­ro­idy? Rak? Rety, założę się, że sie­dzi na pisto­le­cie. Był gotowy przez te wszyst­kie lata, a teraz zaplą­tał się w koce.

Sammy nachy­lił się ku niemu. Męż­czy­zna go nacią­gał. W porządku. To mógł być jedyny spo­sób na skło­nie­nie go do roz­mowy.

-?W końcu się nam poszczę­ściło, pro­szę pana. Jeśli o mnie cho­dzi, domy­śli­łem się, że mógł pan tu tra­fić z powodu gwiazdy Bista­bil­nej.

Ukrad­kowe ruchy pod kocem na chwilę ustały. Na twa­rzy sta­ruszka poja­wił się szy­der­czy uśmiech.

-?Jest tylko pięć­dzie­siąt lat świetl­nych stąd, Sammy. Naj­bliż­sza astro­no­miczna enigma Prze­strzeni Ludzi. A wy, wyka­stro­wani Queng Ho, ni­gdy jej nie odwie­dzi­li­ście. Inte­re­suje was wyłącz­nie święty zysk. - Łaska­wie mach­nął ręką, pod­czas gdy druga wsu­nęła się jesz­cze głę­biej pod koc. -?Z dru­giej strony cała rasa ludzka jest rów­nie fatalna. Osiem tysięcy lat obser­wa­cji tele­sko­po­wych i dwa spie­przone prze­loty to wszystko, na co się zdo­by­li­śmy... Uzna­łem, że może będąc tak bli­sko, zdo­łam zor­ga­ni­zo­wać misję zało­gową. Może coś tam znajdę, coś, co da mi prze­wagę. A wtedy, po powro­cie... -?W jego oczach znowu poja­wił się dziwny błysk. Roz­wi­jał swe nie­re­alne marze­nie od tak dawna, że cał­ko­wi­cie go pochło­nęło. A Sammy uświa­do­mił sobie, że wcale nie ma do czy­nie­nia z kimś z demen­cją, a z sza­leń­cem.

Jed­nak długi należne sza­leń­cowi nie prze­sta­wały być dłu­gami.

Nachy­lił się tro­chę bli­żej.

-?Mógł pan to zro­bić. Dowie­dzia­łem się, że sta­tek kosmiczny przy­le­ciał tu, gdy "Bidwel Ducanh" był u szczytu wpły­wów.

-?To byli Queng Ho. Pie­przyć Queng Ho! Umy­łem od was ręce. -?Jego lewa ręka prze­stała się poru­szać. Naj­wy­raź­niej zna­lazł pisto­let.

Sammy wycią­gnął rękę i lekko dotknął koca ukry­wa­ją­cego lewą rękę roz­mówcy. Nie było to unie­ru­cho­mie­nie, a potwier­dze­nie... i prośba o jesz­cze tro­chę czasu.

-?Pham. Teraz jest powód, by lecieć do Bista­bil­nej. Nawet według stan­dar­dów Queng Ho.

-?Co? -?Sammy nie wie­dział, czy cho­dziło o jego dotyk, słowa czy imię, któ­rego nikt nie wypowie­dział od tak dawna... ale coś na chwilę sku­piło uwagę starca i skło­niło go do słu­cha­nia.

-?Trzy lata temu, gdy wciąż tu jesz­cze lecie­li­śmy, Tri­land­czycy ode­brali emi­sje z Bista­bil­nej. Pocho­dzą z radio­wego nadaj­nika iskro­wego, jaki może wyna­leźć upa­dła cywi­li­za­cja, która cał­ko­wi­cie utra­ciła zdo­by­cze tech­no­lo­gii. Skie­ro­wa­li­śmy tam wła­sne zestawy anten i prze­pro­wa­dzi­li­śmy swoje ana­lizy. Emi­sje przy­po­mi­nają ręczny kod Morse'a, tylko że ludz­kie dło­nie i odru­chy ni­gdy nie pozwo­li­łyby na taki rytm, jak w tym przy­padku.

Sta­rzec otwo­rzył i zamknął usta, ale przez chwilę nie zabrzmiały żadne słowa.

-?Nie­moż­liwe -?powie­dział w końcu bar­dzo cicho.

Na wargi Sammy'ego wypły­nął uśmiech.

-?Dziw­nie jest sły­szeć to słowo z pań­skich ust.

Znowu cisza. Męż­czy­zna opu­ścił głowę.

-?Naj­wyż­sza wygrana. Roz­mi­ną­łem się z nią o zale­d­wie sześć­dzie­siąt lat. A ty, znaj­du­jąc mnie tutaj... teraz zdo­bę­dziesz to wszystko. -?Rękę wciąż trzy­mał scho­waną, ale zapadł się na swoim wózku, poko­nany przez wła­sną, wewnętrzną wizję porażki.

-?Pro­szę pana... kilku z nas -?zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż kilku -?szu­kało pana. Dopil­no­wał pan, by bar­dzo trudno było go zna­leźć, a ist­nieją bar­dzo stare powody, by utrzy­my­wać to poszu­ki­wa­nie w tajem­nicy. Ale ni­gdy nie życzy­li­śmy panu niczego złego. Chcie­li­śmy pana zna­leźć, by... - Pogo­dzić się? Bła­gać o wyba­cze­nie? Sammy nie potra­fił się zdo­być na te słowa, zresztą nie były do końca praw­dziwe. W końcu ten czło­wiek się mylił. Lepiej sku­pić się na współ­cze­sno­ści. -?Byli­by­śmy zaszczy­ceni, gdyby pole­ciał pan z nami do Bista­bil­nej.

-?Ni­gdy. Nie jestem Queng Ho.

Sammy zawsze czuj­nie kon­tro­lo­wał bie­żący sta­tus swo­jego statku, a w tej chwili... Cóż, warto było spró­bo­wać.

-?Nie przy­le­cia­łem na Tri­lan­dię jed­nym stat­kiem. Mam flotę.

Pod­bró­dek męż­czy­zny uniósł się nie­znacz­nie.

-?Flotę? -?Zain­te­re­so­wa­nie było sta­rym, choć nie do końca wyga­słym odru­chem.

-?Są na orbi­cie par­kin­go­wej, ale za chwilę powinny być widoczne z Low­cin­der. Chce pan zoba­czyć?

Sta­ru­szek tylko wzru­szył ramio­nami, ale teraz obie dło­nie miał puste, trzy­ma­jąc je na kola­nach.

-?Pokażę panu. -?W pla­sti­ko­wych arku­szach parę metrów dalej wycięto drzwi. Sammy wstał i powoli pod­szedł, by prze­pchnąć wózek. Sta­rzec nie zapro­te­sto­wał.

* * *

Na zewnątrz było zimno, zapewne poni­żej zera. Nad dachami przed nimi utrzy­my­wały się kolory zachodu słońca, ale jedy­nym dowo­dem na cie­pło dnia była roz­pry­sku­jąca mu się na butach nie do końca zamar­z­nięta lodowa breja. Pchał wózek dalej, kie­ru­jąc się przez par­king w stronę miej­sca ofe­ru­ją­cego widok na zachód. Sta­rzec rozej­rzał się wokół.

Cie­kawe, kiedy ostatni raz opusz­czał tam­ten budy­nek.

-?Myśla­łeś kie­dyś o tym, Sammy, że na to przy­ję­cie mogą się zgło­sić jesz­cze inni goście?

-?Pro­szę pana? -?Byli sami na par­kingu.

-?Ist­nieją zasie­dlone przez ludzi światy, które znaj­dują się bli­żej Bista­bil­nej od nas.

To przy­ję­cie.

-?Tak, pro­szę pana. Aktu­ali­zu­jemy nasz nasłuch ich ukła­dów. Naj­bli­żej są trzy piękne pla­nety w ukła­dzie gwiezd­nym, które w ostat­nich stu­le­ciach otrzą­snęły się z bar­ba­rzyń­stwa. Nazy­wają się teraz "Roz­wi­nię­tymi". Ni­gdy ich nie odwie­dza­li­śmy. Według naj­lep­szych przy­pusz­czeń utwo­rzyli jakie­goś typu tyra­nię, z roz­wi­niętą tech­no­lo­gią, ale bar­dzo zamkniętą, sku­pioną na sobie.

Sta­rzec prych­nął.

-?Nie obcho­dzi mnie, jak bar­dzo dra­nie sku­piają się na sobie. Coś takiego mogłoby... obu­dzić trupa. Zabierz działa, rakiety i jądrówki, Sammy. Bar­dzo, bar­dzo dużo jądró­wek.

-?Tak jest, pro­szę pana.

Sammy dopro­wa­dził wózek sta­ruszka na skraj par­kingu. Na swoim wyświe­tla­czu widział statki powoli wspi­na­jące się po nie­bie, wciąż ukryte przed wzro­kiem przez naj­bliż­szy budy­nek.

-?Jesz­cze czte­ry­sta sekund i zoba­czy je pan, jak wyło­nią się nad tam­tym dachem. -?Wska­zał miej­sce.

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział, ale patrzył z grub­sza w górę. Na nie­bie prze­su­wał się kon­wen­cjo­nalny ruch lot­ni­czy i promy star­tu­jące i lądu­jące w por­cie kosmicz­nym Low­cin­der. Wie­czór był wciąż jasny, ale gołym okiem widać było kilka sate­li­tów. Na zacho­dzie mała czer­wona kropka migała w spo­sób zna­czący, że jest ikoną na wyświe­tla­czu Sammy'ego, nie obiek­tem fizycz­nym. To był znacz­nik gwiazdy Bista­bil­nej. Sammy wpa­try­wał się w ten punkt przez chwilę. Nawet w nocy, z dala od świa­teł Low­cin­der, Bista­bilna nie byłaby widoczna, ale przez małą lunetę wyglą­dała jak zwy­kła gwiazda klasy G... Jesz­cze. Już za kilka lat będzie ją można zoba­czyć tylko za pomocą naj­po­tęż­niej­szych tele­sko­pów.

Kiedy moja flota tam doleci, będzie ciemna od dwóch stu­leci... i będzie pra­wie gotowa na kolejne odro­dze­nie.

Opadł na jedno kolano obok wózka, igno­ru­jąc prze­ni­ka­jące zimno lodo­wego błota.

-?Opo­wiem panu o moich stat­kach. -?I zaczął opi­sy­wać masy, szcze­góły spe­cy­fi­ka­cji i wła­ści­cieli... a przy­naj­mniej ich więk­szość. Nie­któ­rych lepiej było zosta­wić na inną oka­zję, gdy sta­ru­szek nie będzie miał pod ręką pisto­letu. Cały czas obser­wo­wał jego twarz. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że męż­czy­zna rozu­mie, co się do niego mówi. Prze­kli­nał gło­sem bez wyrazu, rzu­ca­jąc nową obe­lgę do każ­dej wymie­nio­nej przez Sammy'ego nazwy. Z wyjąt­kiem ostat­niej...

-?Liso­let? To brzmi jak coś ze Strent­manna.

-?Tak, pro­szę pana. Moja zastęp­czyni kapi­tana floty jest Strent­man­nką.

-?Ach. -?Poki­wał głową. -?To byli... dobrzy ludzie.

Sammy uśmiech­nął się pod nosem. Wylot pla­no­wany był za dzie­sięć lat. To powinno wystar­czyć, by przy­wró­cić męż­czy­znę do spraw­no­ści fizycz­nej, i może być dość dłu­gim cza­sem, by zła­go­dzić jego sza­leń­stwo. Pokle­pał ramę wózka koło ramie­nia sta­ruszka. Tym razem pana nie opu­ścimy.

-?Tam wyła­nia się pierw­szy z moich stat­ków. -?Sammy znowu wska­zał.

Po sekun­dzie nad dachem budynku poja­wiła się jasna gwiazda, mknąc sta­tecz­nie w stronę zmierz­chu, odci­na­jąc się na tle mroku. Minęło sześć sekund i w polu widze­nia zna­lazł się drugi sta­tek. Następne sześć sekund i trzeci. I następny. I następny. I następny. A potem prze­rwa i w końcu jeden jaśniej­szy od wszyst­kich pozo­sta­łych. Jego statki znaj­do­wały się na sto­sun­kowo niskiej orbi­cie par­kin­go­wej, cztery tysiące kilo­me­trów nad powierzch­nią. Z tej odle­gło­ści były tylko punk­tami świa­tła, drob­nymi klej­no­tami zawie­szo­nymi o pół stop­nia od sie­bie na nie­wi­docz­nej nici roz­cią­gnię­tej przez niebo. Widok nie był bar­dziej spek­ta­ku­larny od orbit par­kin­go­wych frach­tow­ców ukła­do­wych czy jakichś lokal­nych orbi­tal­nych robót budow­la­nych... chyba że wie­działo się, jak daleką drogę prze­były te punk­ciki i jak daleko mogą jesz­cze zawę­dro­wać. Sammy usły­szał, jak sta­ru­szek wzdy­cha w zachwy­cie. On wie­dział.

Razem przy­glą­dali się, jak sie­dem świetl­nych kro­pek sunie powoli po nie­bie. Ciszę prze­rwał Sammy.

-?Widzi pan ten jasny, na końcu? -?Naj­więk­szy klej­not kon­ste­la­cji. - Dorów­nuje naj­więk­szemu stat­kowi gwiezd­nemu, jaki kie­dy­kol­wiek zbu­do­wano. To mój sta­tek fla­gowy, pro­szę pana... "Pham Nuwen".

jeden

Sto sześć­dzie­siąt lat póź­niej

Flota Queng Ho przy­była do Bista­bil­nej jako pierw­sza, ale to mogło nie mieć zna­cze­nia. Przez ostat­nie pięć­dzie­siąt lat podróży obser­wo­wali smugi z dysz floty Roz­wi­nię­tych, hamu­ją­cej w dro­dze do tego samego celu.

Byli obcymi spo­ty­ka­ją­cymi się z dala od swo­ich ojczy­stych tere­nów. Nie było to niczym nowym dla kup­ców Queng Ho, choć zwy­kle takie spo­tka­nia nie były trak­to­wane tak nie­chęt­nie i opcja han­dlu była poten­cjal­nie dostępna. Tutaj... Cóż, cze­kał tu skarb, choć nie nale­żał do żad­nej ze stron. Uno­sił się zamro­żony, cze­ka­jąc na ogra­bie­nie, wyko­rzy­sta­nie lub roz­wi­nię­cie, w zależ­no­ści od natury zdo­bywcy. Tak daleko od przy­ja­ciół, tak daleko od kon­tek­stu spo­łecz­nego... tak daleko od świad­ków. W takiej sytu­acji zdrada mogła popła­cać i obie strony dosko­nale o tym wie­działy. Queng Ho i Roz­wi­nięci -?dwie wyprawy obcho­dziły się przez wiele dni, bada­jąc zamiary i siłę ognia. Poro­zu­mie­nia usta­lano i zmie­niano, przy­go­to­wano plany wspól­nych lądo­wań. A jed­nak Kupcy nie­wiele dowie­dzieli się o praw­dzi­wych zamia­rach Roz­wi­nię­tych, więc otrzy­mane od nich zapro­sze­nie na kola­cję zostało przy­jęte z ulgą przez nie­któ­rych i cichym zgrzy­ta­niem zębów przez innych.

* * *

Tri­xia Bon­sol prze­chy­liła się do niego i obró­ciła głowę tak, by tylko on ją usły­szał.

-?No dobrze, Ezr. Jedze­nie sma­kuje nor­mal­nie. Może nie pró­bują nas zatruć.

-?Jest dosta­tecz­nie bez smaku -?odpo­wie­dział cicho i spró­bo­wał nie dać się roz­pro­szyć jej doty­kiem.

Tri­xia Bon­sol uro­dziła się na pla­ne­cie, była człon­kiem załogi spe­cja­li­stów. Jak u więk­szo­ści Tri­land­czy­ków, w jej cha­rak­te­rze kryło się prze­sadne zaufa­nie i lubiła naśmie­wać się z "kupiec­kiej para­noi" Ezra.

Ezr rozej­rzał się wokół sto­łów. Kapi­tan floty Park zabrał na ban­kiet sto osób, choć bar­dzo nie­wielu zbroj­mi­strzów. Queng Ho sie­dzieli pośród nie­mal rów­nej liczby Roz­wi­nię­tych. On i Tri­xia zaj­mo­wali miej­sca z dala od kapi­tań­skiego stołu. Ezr Vinh, prak­ty­kant kupiecki, i Tri­xia Bon­sol, dok­tor lin­gwi­styki. Zakła­dał, że Roz­wi­nięci przy ich stole mieli rów­nie niskie rangi. Według naj­lep­szych sza­cun­ków Queng Ho Roz­wi­nięci żyli w ści­słym reżi­mie auto­ry­tar­nym, ale Ezr nie widział żad­nych oczy­wi­stych oznak rang. Nie­któ­rzy z obcych byli skłonni do roz­mów, a ich nese był łatwo zro­zu­miały, pra­wie nie róż­nił się od stan­dar­dów trans­mi­sji. Blady, mocno zbu­do­wany męż­czy­zna po jego lewej stro­nie przez cały posi­łek pod­trzy­my­wał luźną roz­mowę. Rit­ser Bru­ghel wyda­wał się pro­gra­mi­stą bojo­wym, choć nie roz­po­znał tego ter­minu, gdy Ezr go użył. Try­skał wręcz pomy­słami na plany, które mogli wpro­wa­dzić w naj­bliż­szych latach.

-?Drze­wiej robiono już takowe rze­czy, co nie? Dorwać ich, kiejda jesz­cze nie znają tech­no­lo­gii... albo jej jesz­cze nie odtwo­rzyli -?rzu­cił Bru­ghel, sku­pia­jąc więk­szość wysił­ków nie na Ezrze, a na sta­rym Pha­mie Trin­lim.

Bru­ghel naj­wy­raź­niej uwa­żał, że jego pozorny wiek wiąże się z jakimś szcze­gól­nym auto­ry­te­tem, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, że star­szy czło­wiek pośród junio­rów musi być praw­dzi­wym prze­gra­nym. Ezr nie miał nic prze­ciwko byciu igno­ro­wa­nym, bo dawało mu to oka­zję do obser­wo­wa­nia bez prze­szkód. Pham Trinli cie­szył się z oka­zy­wa­nej uwagi. Jak jeden pro­gra­mi­sta bojowy z dru­gim, Trinli pró­bo­wał oba­lić wszyst­kie tezy blon­dyna, oka­zu­jąc przy tym głę­bię pew­no­ści sie­bie, od któ­rej Ezr dosta­wał zeza.

Jedno trzeba było przy­znać Roz­wi­nię­tym -?tech­nicz­nie byli bar­dzo kom­pe­tentni. Mieli statki z sil­ni­kami stru­mie­nio­wymi szybko lata­jące mię­dzy gwiaz­dami, co sta­wiało ich w czo­łówce roz­woju tech­no­lo­gicz­nego. I nie wyglą­dało na to, żeby była to schył­kowa wie­dza. Ich moż­li­wo­ści prze­twa­rza­nia sygna­łów i kom­pu­tery były rów­nie dobre jak te Queng Ho, co wzbu­dzało ner­wo­wość ludzi kapi­tana Parka, zaj­mu­ją­cych się bez­pie­czeń­stwem w stop­niu dużo więk­szym niż zwy­kłe dąże­nie Roz­wi­nię­tych do zacho­wa­nia tajem­nicy. Queng Ho trze­bili złote ery setek cywi­li­za­cji. W innych oko­licz­no­ściach kom­pe­ten­cja Roz­wi­nię­tych byłaby pod­stawą do szcze­rej satys­fak­cji kup­ców.

Byli kom­pe­tentni i pra­co­wici. Ezr rozej­rzał się poza sto­łami. Nie żeby miał się gapić, ale miej­sce spo­tka­nia robiło wra­że­nie. "Kabiny miesz­kalne" na statku z sil­ni­kiem stru­mie­nio­wym były gene­ral­nie żało­sne. Takie jed­nostki musiały dys­po­no­wać solid­nym ekra­no­wa­niem i względ­nie wytrzy­małą kon­struk­cją. Nawet przy ułamku pręd­ko­ści świa­tła podróże mię­dzy­gwiezdne zaj­mo­wały lata, a więk­szość tego czasu załoga i pasa­że­ro­wie spę­dzali w krio­ge­nicz­nym śnie. A jed­nak Roz­wi­nięci roz­mro­zili wielu swo­ich ludzi, zanim zbu­do­wano kwa­tery miesz­kalne. Wznie­śli ten habi­tat i roz­krę­cili go w nie­całe osiem dni, jesz­cze zanim zakoń­czyli wpro­wa­dzać osta­teczne korekty orbit. Struk­tura miała ponad dwie­ście metrów śred­nicy, two­rząc czę­ściowy pier­ścień, a zbu­do­wano ją z mate­ria­łów prze­wie­zio­nych przez dystans dwu­dzie­stu lat świetl­nych.

Wewnątrz pysz­niły się zapo­wie­dzi obfi­to­ści. Ogólny efekt był w pew­nym stop­niu kla­sy­cy­styczny, jak wcze­sne habi­taty w ukła­dzie sło­necz­nym, zanim dobrze zro­zu­miano sys­temy pod­trzy­my­wa­nia życia. Roz­wi­nięci byli mistrzami tka­nin i cera­miki, choć Ezr zga­dy­wał, że mieli nie­mal zerowe poję­cie o sztu­kach bio­lo­gicz­nych. Dra­pe­rie i meble roz­miesz­czono tak, by zama­sko­wać krzy­wi­znę pod­łogi. Powiew z wen­ty­la­to­rów był bez­dź­więczny i aku­rat na tyle silny, by wzbu­dzać wra­że­nie nie­ogra­ni­czo­nej prze­strzeni. Nie było tu żad­nych okien ani nawet wido­ków sko­ry­go­wa­nych wzglę­dem obrotu. Widoczne ściany pokryte były wyszu­ka­nymi, wyko­na­nymi ręcz­nie ozdo­bami. Ich jasne kolory jarzyły się nawet w przy­ćmio­nym świe­tle. Wie­dział, że Tri­xia chciała im się bli­żej przyj­rzeć. Twier­dziła, że natywna sztuka jesz­cze lepiej od języka ujaw­nia wewnętrzne serce kul­tury.

Vinh obej­rzał się na Tri­xię i uśmiech­nął do niej. Ona przej­rzy jego uśmiech, ale może uda mu się oszu­kać Roz­wi­nię­tych. Ezr oddałby wszystko, by umieć ema­no­wać pozorną ser­decz­no­ścią kapi­tana Parka sie­dzą­cego przy głów­nym stole i pro­wa­dzą­cego swo­bodną roz­mowę z Toma­sem Nau z Roz­wi­nię­tych. Można by pomy­śleć, że byli szkol­nymi kole­gami. Vinh odchy­lił się na opar­cie, wsłu­chu­jąc się nie tyle w sens, ile w nasta­wie­nie.

Nie wszy­scy Roz­wi­nięci byli wylew­nymi, uśmiech­nię­tymi typami. Na przy­kład rudo­włosa kobieta przy głów­nym stole, sie­dząca zale­d­wie kilka miejsc od Tomasa Nau; została przed­sta­wiona, ale Vinh nie pamię­tał jej nazwi­ska. Poza bły­skiem srebr­nego naszyj­nika kobieta była ubrana bar­dzo pro­sto, wręcz skrom­nie. Była szczu­pła, w nie­okre­ślo­nym wieku. Jej włosy mogły zostać pofar­bo­wane spe­cjal­nie na ten wie­czór, ale trudno byłoby tak przy­go­to­wać skórę bez żad­nych barw­ni­ków. Była egzo­tyczną pięk­no­ścią, choć trzy­mała się z pewną nie­po­rad­no­ścią i mocno zaci­skała usta. Jej spoj­rze­nie wędro­wało wzdłuż sto­łów, ale rów­nie dobrze mogłaby tu sie­dzieć cał­kiem sama. Vinh zauwa­żył, że gospo­da­rze nie posa­dzili przy niej żad­nych gości. Tri­xia czę­sto naśmie­wała się z Vinha, że jest wiel­kim pod­ry­wa­czem... w swo­jej wyobraźni. Cóż, ta dziw­nie wyglą­da­jąca kobieta mogłaby się poja­wić raczej w jego kosz­ma­rach niż rado­snych fan­ta­zjach.

Sie­dzący przy głów­nym stole Tomas Nau wstał. Kel­ne­rzy cof­nęli się od sto­łów. Wszy­scy sie­dzący przy sto­łach Roz­wi­nięci uci­szyli się, podob­nie jak więk­szość kup­ców, poza tymi naj­bar­dziej zaab­sor­bo­wa­nymi sobą.

-?Czas na toa­sty za mię­dzy­gwiezdną przy­jaźń -?mruk­nął Ezr.

Bon­sol szturch­nęła go łok­ciem, osten­ta­cyj­nie sku­pia­jąc uwagę na głów­nym stole. Zauwa­żył, jak dziew­czyna tłumi śmiech, gdy przy­wódca Roz­wi­nię­tych zaczął bar­dzo sztam­po­wymi sło­wami.

-?Przy­ja­ciele, wszy­scy jeste­śmy bar­dzo daleko od domów. -?Prze­su­nął ręką w sze­ro­kim geście, który zda­wał się obej­mo­wać także prze­strzeń poza ścia­nami sali ban­kie­to­wej. -?Obie strony popeł­niły poten­cjal­nie poważne błędy. Wie­dzie­li­śmy, że ten układ gwiezdny jest nie­zwy­kły. -?Wyobraź sobie gwiazdę tak eks­tre­mal­nie zmienną, że prak­tycz­nie cał­ko­wi­cie się wyłą­cza na dwie­ście pięt­na­ście lat z każ­dych dwu­stu pięć­dzie­się­ciu. - Przez tysiąc­le­cia astro­fi­zycy nie­jed­nej cywi­li­za­cji pró­bo­wali prze­ko­nać swo­ich wład­ców, by wysłali w to miej­sce wyprawę. -?Uśmiech­nął się. - Oczy­wi­ście do naszych cza­sów było to zbyt kosz­towne dla krain ludz­ko­ści. A jed­nak teraz stało się rów­no­cze­śnie celem dwóch ludz­kich wypraw. - Wszę­dzie wokół sto­łów poja­wiły się uśmie­chy i myśl co za fatalny pech. -?Oczy­wi­ście nie doszło do tego bez powodu. W daw­nych cza­sach nie było praw­dzi­wej potrzeby takiej eks­pe­dy­cji, a teraz mamy powód: rasę, którą nazy­wa­cie Pają­kami. Zale­d­wie trze­cią odkrytą inte­li­gen­cję poza­ludzką. Na doda­tek jest mało praw­do­po­dobne, by w tak ponu­rym ukła­dzie pla­ne­tar­nym życie roz­wi­nęło się w spo­sób natu­ralny. Pająki muszą być potom­kami mię­dzy­gwiezd­nej rasy obcych -?a cze­goś takiego ludz­kość nie napo­tkała jesz­cze ni­gdy. Może to być naj­więk­szy skarb zna­le­ziony kie­dy­kol­wiek przez Queng Ho, tym bar­dziej że obecna cywi­li­za­cja Pają­ków dopiero nie­dawno na nowo odkryła radio. Powinni być rów­nie bez­pieczni i ule­gli jak każda upa­dła cywi­li­za­cja Ludzi.

Nau zaśmiał się lek­ce­wa­żąco i zer­k­nął na kapi­tana Parka.

-?Do nie­dawna nie zda­wa­łem sobie sprawy, jak nasze silne i słabe strony, nasze błędy i spo­strze­że­nia dosko­nale się uzu­peł­niają. Przy­by­wa­cie z dużo więk­szej odle­gło­ści, ale w bar­dzo szyb­kich stat­kach. My mie­li­śmy bli­żej, ale poświę­ci­li­śmy czas na zabra­nie więk­szych zaso­bów. Jedna i druga strona więk­szość prze­wi­działa pra­wi­dłowo. Sieci tele­sko­pów obser­wo­wały gwiazdę Bista­bilną, od kiedy tylko ludz­kość wkro­czyła w kosmos. Od stu­leci było wia­domo, że wokół gwiazdy krąży pla­neta o skła­dzie wska­zu­ją­cym na moż­li­wość utrzy­ma­nia życia. Gdyby Bista­bilna była zwy­kłą gwiazdą, pla­neta mogłaby być bar­dzo przy­jemna, a nie pozo­sta­wać zamro­żoną kulą śnie­gową, którą jest przez więk­szość czasu. W ukła­dzie Bista­bil­nej nie było żad­nych innych ciał pla­netarnych, a sta­ro­żytni astro­no­mo­wie potwier­dzili brak księ­życa jedy­nej znaj­du­ją­cej się tam pla­nety. Żad­nych innych pla­net typu ziem­skiego, gazo­wych olbrzy­mów, aste­roid... ani nawet obłoku kome­tar­nego. Prze­strzeń wokół Bista­bil­nej została wymie­ciona do czy­sta. Coś takiego nie było dziwne w pobliżu obiektu o kata­stro­fal­nej zmien­no­ści, a Bista­bilna mogła w prze­szło­ści wybu­chać... ale w takim razie jak prze­trwała ta jedna pla­neta? Była to jedna z tajem­nic tego miej­sca.

W pla­nach uwzględ­niono wszyst­kie znane fakty. Flota kapi­tana Parka spę­dziła krótki czas na miej­scu na gorącz­ko­wym bada­niu sys­temu i wydo­by­ciu kilku kilo­ton mate­ria­łów lot­nych z zamro­żo­nego świata. Wła­ści­wie zna­leźli w ukła­dzie cztery skały -?będąc w dobrym nastroju, można by je nazwać aste­ro­idami. Były dziw­nymi obiek­tami: naj­więk­szy miał około dwóch kilo­me­trów dłu­go­ści, a wszyst­kie skła­dały się z litego dia­mentu. Naukowcy Tri­lan­dii nie­mal się pobili, pró­bu­jąc to wyja­śnić.

Jed­nak dia­men­tów nie da się jeść, przy­naj­mniej nie na surowo. Bez zwy­kłej mie­szanki miej­sco­wych sub­stan­cji lot­nych i rud życie floty mogłoby się stać bar­dzo nie­wy­godne. Cho­lerni Roz­wi­nięci byli rów­no­cze­śnie spóź­nieni i mieli szczę­ście. Naj­wy­raź­niej zabrali mniej spe­cja­li­stów nauko­wych i aka­de­mic­kich, wol­niej­sze statki kosmiczne... ale bar­dzo, bar­dzo dużo sprzętu.

Przy­wódca Roz­wi­nię­tych uśmiech­nął się łagod­nie i kon­ty­nu­ował.

-?W ukła­dzie Bista­bil­nej jest tylko jedno miej­sce, gdzie dostępne są sub­stan­cje lotne: na samym świe­cie Pają­ków. -?Prze­su­nął wzro­kiem po słu­cha­czach, zatrzy­mu­jąc spoj­rze­nie na dłu­żej na gościach. -?Wiem, że to coś, co nie­któ­rzy z was mieli nadzieję opóź­nić do czasu, gdy Pająki znowu staną się aktywne... Jed­nak przy­dat­ność ukry­wa­nia się bywa ogra­ni­czona, a moja flota obej­muje cięż­kie promy. Dyrek­tor Rey­nolt - aha, tak się nazywa ta ruda! -?zga­dza się z waszymi naukow­cami, że miej­scowi nie wyszli jesz­cze poza swoje pry­mi­tywne radio­na­daj­niki. Wszyst­kie Pająki są teraz zamro­żone pod zie­mią i pozo­staną tam do czasu, aż Bista­bilna znowu zaświeci. -?Za mniej wię­cej rok. Przy­czyna cyklu Bista­bil­nej była zagadką, ale przej­ście z ciem­no­ści do świa­tła powta­rzało się w okre­sie, który nie zmie­nił się zauwa­żal­nie w ciągu ośmiu tysięcy lat.

Sie­dzący obok niego przy głów­nym stole S.J. Park też się uśmie­chał, zapewne rów­nie szcze­rze jak Tomas Nau. Kapi­tan floty Park nie był lubiany w Wydziale Leśnic­twa Tri­lan­dii, w czę­ści dla­tego, że ogra­ni­czył czas przy­go­to­wań do wylotu do abso­lut­nie nie­zbęd­nego mini­mum, choć nie było jesz­cze żad­nych dowo­dów na ist­nie­nie dru­giej floty. Park dopro­wa­dził też pra­wie do spa­le­nia sil­ni­ków pod­czas opóź­nio­nego hamo­wa­nia, by dole­cieć jesz­cze przed Roz­wi­nię­tymi. Mógł się słusz­nie cie­szyć fak­tem dotar­cia tu jako pierw­szy, ale nie zyskał na tym zbyt wiele: dia­men­towe skały i mały zapas sub­stan­cji lot­nych. Aż do pierw­szych lądo­wań nie wie­dzieli nawet, jak naprawdę wyglą­dają obcy. Te wycieczki, obej­mu­jące grze­ba­nie przy pomni­kach i pod­bie­ra­nie ze śmiet­nisk, sporo ujaw­niły... a teraz te infor­ma­cje muszą zostać prze­han­dlo­wane.

-?Już czas nawią­zać współ­pracę -?kon­ty­nu­ował Nau. -?Nie wiem, ile dotarło do was z roz­mów pro­wa­dzo­nych przez nas w ciągu ostat­nich dwóch dni. Z pew­no­ścią poja­wiły się pogło­ski. Szcze­góły pozna­cie już nie­długo, ale kapi­tan Park, wasz Komi­tet Han­dlowy i ja uzna­li­śmy, że dzi­siej­szy wie­czór będzie dobrą oka­zją do przed­sta­wie­nia naszego wspól­nego celu. Pla­nu­jemy połą­czone lądo­wa­nie w znacz­nej sile. Głów­nym celem będzie zebra­nie przy­naj­mniej miliona ton wody i podob­nych ilo­ści rud metali. Mamy promy, które sto­sun­kowo łatwo się z tym upo­rają. W ramach dodat­ko­wych celów zosta­wimy na miej­scu ukryte czuj­niki i spró­bu­jemy doko­nać nie­wiel­kich badań doty­czą­cych kul­tury. Te wyniki i zasoby zostaną podzie­lone po równo mię­dzy naszymi dwiema eks­pe­dy­cjami. W prze­strzeni obie grupy użyją lokal­nych skał do ukry­cia naszych habi­ta­tów, praw­do­po­dob­nie w odle­gło­ści kilku sekund świetl­nych od Pają­ków. -?Nau zer­k­nął na kapi­tana Parka. Czyli nie­które sprawy wciąż jesz­cze były oma­wiane.

Nau uniósł kie­li­szek.

-?Tak więc toast. Za zakoń­cze­nie błę­dów i nasze wspólne przed­się­wzię­cie. Niech w przy­szło­ści zapa­nuje więk­sze sku­pie­nie.

* * *

-?Hej, moja droga, to ja mia­łem tu być tym z para­noją, pamię­tasz? Myśla­łem, że mnie pobi­jesz za te wszyst­kie paskudne kupiec­kie podej­rze­nia.

Tri­xia uśmiech­nęła się lekko, ale nie odpo­wie­działa od razu. Przez całą drogę z ban­kietu Roz­wi­nię­tych była nie­ty­powo mil­cząca. Wró­cili do jej kabiny w tym­cza­sówce Kup­ców. Tutaj zwy­kle naj­bar­dziej otwar­cie oka­zy­wała swoją szczerą do bólu i uro­czą oso­bo­wość.

-?Ich habi­tat zde­cy­do­wa­nie wyglą­dał miło -?przy­znała w końcu.

-?W porów­na­niu z naszą tym­cza­sówką jest dużo lep­szy. -?Ezr pokle­pał pla­sti­kową ścianę. -?Jak na coś zro­bio­nego z przy­wie­zio­nych ze sobą czę­ści wyszło im dosko­nale.

Tym­cza­sówka Queng Ho była nie­wiele wię­cej niż olbrzy­mim, podzie­lo­nym na czę­ści balo­nem. Sala gim­na­styczna i sale zebrań miały przy­zwo­ite roz­miary, ale trudno było to miej­sce nazwać ele­ganc­kim. Ele­gan­cję Kupcy zosta­wiali na więk­sze struk­tury, które mogli wznieść z miej­sco­wych mate­ria­łów. Tri­xia miała tylko dwa połą­czone pokoje, łącz­nie nieco ponad sto metrów sze­ścien­nych. Ściany nie miały zdo­bień, choć dziew­czyna ciężko pra­co­wała nad dzie­lo­nym obra­zo­wa­niem: jej rodzice i sio­stry, pano­rama z jakie­goś wiel­kiego tri­landz­kiego lasu. Sporą część jej biurka zapeł­niały histo­ryczne zdję­cia ze Sta­rej Ziemi sprzed ery kosmicz­nej. Były tam dwu­wy­mia­rowe zdję­cia pierw­szego Lon­dynu i pierw­szego Ber­lina, zdję­cia koni, samo­lo­tów i komi­sa­rzy. Wła­ści­wie tamte kul­tury były bar­dzo nija­kie w porów­na­niu z eks­tre­mami, jakie roze­grały się w histo­riach póź­niej­szych świa­tów. Jed­nak u zara­nia dzie­jów wszystko było odkry­wane po raz pierw­szy. Ni­gdy nie było cza­sów więk­szych marzeń ani więk­szej naiw­no­ści. Te czasy były spe­cjal­no­ścią Ezra, ku prze­ra­że­niu jego rodzi­ców i zdu­mie­niu więk­szo­ści przy­ja­ciół. A jed­nak Tri­xia go rozu­miała. Zara­nie dzie­jów było dla niej zapewne tylko hobby, ale uwiel­biała roz­ma­wiać o bar­dzo, bar­dzo sta­rych pierw­szych razach. Wie­dział, że ni­gdy nie znaj­dzie dru­giej takiej jak ona.

-?Słu­chaj, Tri­xia, co cię dopa­dło? Chyba nie ma nic podej­rza­nego w tym, że Roz­wi­nięci mają miłe kwa­tery. Więk­szość wie­czoru byłaś zwy­kłą nie­roz­gar­niętą sobą. -?Nie zare­ago­wała na przy­tyk. -?Ale potem coś się zmie­niło. Co zauwa­ży­łaś?

Ode­pchnął się od biurka, by pod­le­cieć bli­żej miej­sca, gdzie sie­działa na ścien­nej sofie.

-?To... to było kilka dro­bia­zgów i... -?Się­gnęła, by ująć jego dłoń. - Wiesz, że mam talent do języ­ków. -?Znowu krótki uśmie­szek. -?Ich dia­lekt Nese jest tak podobny do stan­dardu trans­mi­sji, że w oczy­wi­sty spo­sób roz­wi­nęli się dzięki Sieci Queng Ho.

-?Jasne. To wszystko pasuje do ich twier­dzeń. Są młodą kul­turą, która wycho­dzi z głę­bo­kiego upadku.

Czy ja będę jesz­cze musiał ich bro­nić? Oferta Roz­wi­nię­tych była roz­sądna, nie­mal hojna. I z rodzaju tych, przy któ­rych każdy dobry Kupiec od razu zwięk­szał czuj­ność. Jed­nak Tri­xia zoba­czyła coś innego, co ją zanie­po­ko­iło.

-?Tak, ale posia­da­nie wspól­nego języka spra­wia, że trudno ukryć wiele rze­czy. Sły­sza­łam od nich mnó­stwo auto­ry­tar­nych zwro­tów... i wcale nie wyda­wały się zaszło­ściami. Roz­wi­nięci przy­wy­kli do posia­da­nia ludzi, Ezr.

-?Masz na myśli nie­wol­ni­ków? To wysoko roz­wi­nięta cywi­li­za­cja tech­niczna, Tri­xia. Ludzie zna­jący tech­nikę nie są dobrymi nie­wol­ni­kami. Bez ich zaan­ga­żo­wa­nej współ­pracy wszystko się roz­pada.

Nie­spo­dzie­wa­nie ści­snęła jego rękę, nie gniew­nie, nie w zaba­wie, ale z inten­syw­no­ścią, jakiej jesz­cze ni­gdy u niej nie widział.

-?Tak, tak. Ale nie znamy ich wszyst­kich per­wer­sji. Wiemy, że grają ostro. Spę­dzi­łam cały wie­czór, słu­cha­jąc tego czer­wo­na­wego blon­dyna sie­dzą­cego obok cie­bie i pary po mojej pra­wej. Słowo "han­del" nie przy­cho­dzi im łatwo. Jedyna rela­cja z Pają­kami, jaką sobie wyobra­żają, to wyzysk.

-?Hmm. -?Tri­xia taka wła­śnie była. Rze­czy, któ­rych w ogóle nie zauwa­żał, dla niej mogły sta­no­wić wielką róż­nicę. Cza­sami wyda­wały mu się bła­host­kami, nawet gdy je wyja­śniła, ale cza­sem jej wyja­śnie­nie było niczym reflek­tor odsła­nia­jący rze­czy, któ­rych sam nie zauwa­żył. -?Nie wiem, Tri­xia. Zda­jesz sobie sprawę, że Queng Ho mogą brzmieć dość, uch, aro­gancko, gdy nie sły­szą nas klienci.

Tri­xia na chwilę odwró­ciła od niego wzrok i zapa­trzyła się na dziwne, ele­ganc­kie pokoje z jej rodzin­nego domu na Tri­lan­dii.

-?Aro­gan­cja Queng Ho wywró­ciła mój świat do góry nogami, Ezr. Wasz kapi­tan Park roz­bił drzwi do sys­temu edu­ka­cji, otwo­rzył Leśnic­two... A to wszystko było tylko skut­kiem ubocz­nym.

-?Nikogo nie zmu­sza­li­śmy...

-?Wiem. Nikogo nie zmu­sza­li­ście. Leśnic­two chciało udziału w tej misji, a waszą ceną za ten udział było dostar­cze­nie pew­nych pro­duk­tów. - Uśmiech­nęła się zimno. -?Nie narze­kam, Ezr. Bez aro­gan­cji Queng Ho ni­gdy nie dopusz­czono by mnie do pro­gramu wstęp­nego Leśnic­twa. Nie mia­ła­bym dok­to­ratu i nie byłoby mnie tutaj. Wy, Queng Ho, jeste­ście kan­cia­rzami, ale też jedną z lep­szych rze­czy, która przy­tra­fiła się mojej pla­ne­cie.

Ezr prze­by­wał w hiber­na­cji aż do ostat­niego roku na Tri­lan­dii. Szcze­góły doty­czące Klienta nie były dla niego cał­kiem jasne, a przed dzi­siej­szym wie­czo­rem Tri­xia nie była zbyt chętna, by o nich roz­ma­wiać. Hmm. Tylko jedna pro­po­zy­cja mał­żeń­stwa na mega­se­kundę: obie­cał jej, że nie będzie tego robił czę­ściej, ale... otwo­rzył usta, by powie­dzieć...

-?Hej, cze­kaj! Jesz­cze nie skoń­czy­łam. Mówię teraz to wszystko, bo muszę cię prze­ko­nać: jest aro­gan­cja i aro­gan­cja, a ja potra­fię zoba­czyć róż­nicę. Ludzie przy tam­tym stole mówili bar­dziej jak tyrani niż Kupcy.

-?A co z kel­ne­rami? Czy wyglą­dali na stłam­szo­nych pod­da­nych?

-?Nie... bar­dziej na pra­cow­ni­ków. Wiem, że to się nie składa, ale nie widzie­li­śmy wszyst­kich ludzi Roz­wi­nię­tych. Może ofiary kryją się gdzie indziej. Jed­nak albo przez prze­sadną pew­ność sie­bie, albo zaśle­pie­nie Tomas Nau roz­gło­sił ich ból na wszyst­kich ścia­nach. -?Popa­trzyła gniew­nie, widząc jego pyta­jące spoj­rze­nie. -?Obrazy, do dia­ska!

Opusz­cza­jąc salę ban­kie­tową, Tri­xia prze­le­ciała powoli wzdłuż ścian, oglą­da­jąc kolejno wszyst­kie malo­wi­dła. Były pięk­nymi kra­jo­bra­zami róż­nych miejsc na pla­ne­cie lub w bar­dzo dużych habi­ta­tach. Wszyst­kie cha­rak­te­ry­zo­wały się sur­re­ali­zmem w zakre­sie oświe­tle­nia i geo­me­trii, a rów­no­cze­śnie pre­cy­zją szcze­gó­łów poszcze­gól­nych źdźbeł trawy.

-?Tych obra­zów nie nama­lo­wali nor­malni, szczę­śliwi ludzie.

Ezr wzru­szył ramio­nami.

-?Dla mnie wyglą­dały tak, jakby wszyst­kie nama­lo­wała jedna osoba. Są bar­dzo dobre, założę się, że to repro­duk­cje kla­syki, jak kra­jo­bra­zów zam­ko­wych z Can­berry Denga. -?Kogoś z depre­sją mania­kalną kon­tem­plu­ją­cego swą ponurą przy­szłość. -?Wielcy arty­ści czę­sto są nie­szczę­śliwi.

-?Słowa godne praw­dzi­wego Kupca!

Przy­krył jej dło­nie swo­imi.

-?Nie pró­buję się z tobą spie­rać, Tri­xia. Aż do tego ban­kietu to ja byłem nie­ufny.

-?I wciąż taki jesteś, prawda? -?Pyta­nie zostało zadane z dużym naci­skiem, bez śladu roz­ba­wie­nia.

-?Tak. -?Choć nie aż tak jak Tri­xia i nie z tych samych powo­dów. - Podzie­le­nie się przez Roz­wi­nię­tych połową ładunku z ich cięż­kich pro­mów jest tro­chę zbyt roz­sądne. -?Musiały się za tym kryć jakieś ostre targi. Teo­re­tycz­nie moż­li­wo­ści inte­lek­tu­alne przy­wie­zio­nych przez Queng Ho aka­de­mi­ków były warte przy­naj­mniej tyle samo co cięż­kie promy, ale ten znak rów­no­ści był sub­telny i trudny do dowie­dze­nia. -?Po pro­stu pró­buję zro­zu­mieć, co zoba­czy­łaś, a umknęło... No dobrze, przy­pu­śćmy, że sytu­acja jest naprawdę tak groźna, jak ją widzisz. Czy nie sądzisz, że kapi­tan Park i Komi­tet zdają sobie z tego sprawę?

-?To co teraz myślą? Obser­wu­jąc waszych ofi­ce­rów w powrot­nym waha­dłowcu, odnio­słam wra­że­nie, że ludzie są teraz dość pozy­tyw­nie nasta­wieni do Roz­wi­nię­tych.

-?Cie­szą się z doga­da­nia umowy. Nie wiem, co myślą ludzie z Komi­tetu Han­dlo­wego.

-?Mógł­byś się dowie­dzieć, Ezr. Jeśli ten ban­kiet ich oszu­kał, możesz zażą­dać tward­szej postawy. Wiem, wiem: jesteś prak­ty­kan­tem, obo­wią­zują zasady i zwy­czaje, bla, bla, bla. Ale twój Ród jest wła­ści­cie­lem tej wyprawy!

Ezr sku­lił się w sobie.

-?Tylko czę­ści.

Dziew­czyna pierw­szy raz poru­szyła ten temat. Do tej pory oboje -?a przy­naj­mniej Ezr -?bali się wyraź­nego przy­zna­nia tej róż­nicy ich sta­tusu. Oboje dzie­lili głę­boko zako­rze­niony lęk, że to dru­gie może po pro­stu jego/ją wyko­rzy­sty­wać. Rodzice Ezra Vinha i jego dwie ciotki byli wła­ści­cie­lami około jed­nej trze­ciej wyprawy: dwóch stat­ków stru­mie­nio­wych i trzech pro­mów. W sumie rodzina Vinh.23 posia­dała trzy­dzie­ści stat­ków roz­dzie­lo­nych mię­dzy kil­ka­na­ście przed­się­wzięć. Wyprawa na Tri­lan­dię była uboczną inwe­sty­cją, zasłu­gu­jącą jedy­nie na sym­bo­licz­nego członka Rodu. Za stu­le­cie lub trzy wróci do swo­jej rodziny, a wtedy Ezr Vinh będzie star­szy o dzie­sięć lub pięt­na­ście lat. Cie­szył się na to spo­tka­nie, na poka­za­nie rodzi­com, że ich chło­piec doj­rzał. A na razie bra­ko­wało mu jesz­cze wielu lat do moż­li­wo­ści wymu­sza­nia na innych swo­jego punktu widze­nia.

-?Jest róż­nica mię­dzy posia­da­niem a zarzą­dza­niem, zwłasz­cza w moim wypadku, Tri­xia. Gdyby w wypra­wie uczest­ni­czyli moi rodzice, to ow­szem, mie­liby tu dużo do powie­dze­nia. Ale oni byli już "Tam i z powro­tem". Ja jestem dużo bar­dziej prak­ty­kan­tem niż wła­ści­cie­lem. -?I zali­czył już dowo­dzące tego upo­ko­rze­nia. Jedno, co można było z pew­no­ścią powie­dzieć o wła­ści­wej eks­pe­dy­cji Queng Ho: nie widziało się u nich nepo­ty­zmu, cza­sami wręcz prze­ciw­nie.

Tri­xia mil­czała przez dłuż­szą chwilę, pyta­jąco prze­su­wa­jąc spoj­rze­niem po twa­rzy Ezra. Co teraz? Vinh przy­po­mniał sobie ponurą radę ciotki Filipy na temat kobiet, które przy­wią­zują się do boga­tych mło­dych Kup­ców, roz­ko­chują ich w sobie, a potem pró­bują kie­ro­wać ich życiem... albo, co gor­sza, kie­ro­wać inte­re­sem Rodu. Ezr miał dzie­więt­na­ście lat, Tri­xia Bon­sol dwa­dzie­ścia pięć. Mogła sądzić, że wolno jej po pro­stu żądać. Och, Tri­xia, pro­szę, nie.

W końcu się uśmiech­nęła, dużo łagod­niej niż zwy­kle.

-?Dobrze, Ezr. Zrób, co musisz, ale... zrób coś dla mnie, dobrze? Zasta­nów się nad tym, co powie­dzia­łam. -?Obró­ciła się, wycią­gnęła rękę i łagod­nie pogła­skała go po twa­rzy. Jej poca­łu­nek był miękki, nie­śmiały.

dwa

Bachor cze­kał w zasadzce przed kajutą Ezra.

-?Hej, Ezr, obser­wo­wa­łam cię wczo­raj wie­czo­rem.

Pra­wie go to zatrzy­mało. Ona mówi o ban­kie­cie. Komi­tet Han­dlowy trans­mi­to­wał rela­cję do całej floty.

-?Jasne, Qiwi, widzia­łaś mnie na wideo. A teraz widzisz mnie na żywo. - Otwo­rzył drzwi, wle­ciał do środka. W jakiś spo­sób Bachor przy­le­piła się do niego na tyle bli­sko, że też się tu zna­la­zła. -?To co tu robisz?

Qiwi była geniu­szem w zakre­sie wła­snej inter­pre­ta­cji pytań.

-?Za dwa tysiące sekund mamy wspólną zmianę. Pomy­śla­łam, że mogli­by­śmy razem pójść do bak­te­ryki, powy­mie­niać się plot­kami.

Vinh zanur­ko­wał do dru­giego pokoju, tym razem zamy­ka­jąc przed nią drzwi. Prze­brał się w odzież robo­czą. Oczy­wi­ście Bachor wciąż cze­kał, gdy stam­tąd wyszedł.

Wes­tchnął.

-?Nie mam żad­nych plo­tek. -?Za dia­bła nie powtó­rzę tego, co mówiła Tri­xia.

Qiwi wyszcze­rzyła się trium­fal­nie.

- Ale ja mam. No chodź. -?Otwo­rzyła zewnętrzne drzwi kajuty i wyko­nała ele­gancki prze­wrót w nie­waż­ko­ści, wyla­tu­jąc na publiczny kory­tarz. - Chcę porów­nać z tobą notatki na temat tego, co tam widzia­łeś, ale założę się, że mam dużo wię­cej. Komi­tet miał trzy kamery, włącz­nie z wej­ściem, więc widok był lep­szy od two­jego.

Ruszyła z nim w głąb kory­ta­rza, wyja­śnia­jąc, jak wiele razy prze­glą­dała nagra­nia, i opo­wia­da­jąc o wszyst­kich ludziach, z któ­rymi plot­ko­wała od tam­tej pory.

Vinh pierw­szy raz spo­tkał Qiwi Lin Liso­let jesz­cze pod­czas przy­go­to­wań do wylotu, w prze­strzeni Tri­lan­dii. Była ośmio­let­nią kupką czy­stej okrop­no­ści, która z jakie­goś powodu wła­śnie jego wybrała za cel swo­jej uwagi. Po posiłku albo sesji szko­le­nio­wej zakra­dała się za niego i waliła go w ramię, a im bar­dziej się zło­ścił, tym więk­szą spra­wiało jej to przy­jem­ność. Jeden solidny cios w odpo­wie­dzi zde­cy­do­wa­nie zmie­niłby jej podej­ście, ale nie można prze­cież bić ośmio­latki. Miała o dzie­więć lat za mało do obo­wią­zu­ją­cego mini­mum wieku człon­ków załogi. Miej­sce dla dzieci było przed podró­żami albo po nich, a nie w zało­gach, zwłasz­cza kie­ru­ją­cych się w bar­dzo izo­lo­wane miej­sca. Jed­nak matka Qiwi była wła­ści­cielką dwu­dzie­stu pro­cent wyprawy... Ród Liso­let.17 był praw­dzi­wie matriar­chalny, wywo­dził się ze Strent­manna, daleko w prze­strzeni Queng Ho. Mieli dziwny wygląd i dziwne zwy­czaje. Musiało zostać zła­ma­nych mnó­stwo zasad, ale w końcu mała Qiwi stała się człon­ki­nią załogi. W podróży spę­dziła wię­cej lat obu­dzona niż kto­kol­wiek poza załogą Wachty. Mię­dzy gwiaz­dami upły­nęła duża część jej życia, w towa­rzy­stwie nie­licz­nych doro­słych, czę­sto nawet bez rodzi­ców. Sama ta myśl wystar­czała, by wystu­dzić dużą część iry­ta­cji Vinha. Biedne maleń­stwo. Choć już wcale nie była taka mała. Qiwi musiała mieć czter­na­ście lat, a teraz jej ataki fizyczne zostały w dużym stop­niu zastą­pione ata­kami słow­nymi, co było dobrą zmianą, bio­rąc pod uwagę dosto­so­waną do wyso­kiego cią­że­nia budowę fizyczną Strent­man­n­czy­ków.

Teraz oboje sunęli przez główną oś tym­cza­sówki.

-?Cześć, Raji, jak inte­resy?

Qiwi witała się i uśmie­chała do co dru­giego mija­nego członka załogi. W ciągu mega­se­kund przed przy­by­ciem Roz­wi­nię­tych kapi­tan Park roz­mro­ził pra­wie połowę załogi floty, co wystar­czyło do obsługi wszyst­kich pojaz­dów i całej broni, z zapa­sem na wszelki wypa­dek. Tysiąc pięć­set osób nie byłoby niczym wię­cej niż dużą imprezą w tym­cza­sówce jego rodzi­ców, ale tutaj gene­ro­wało tłok, choć wielu pod­czas swo­ich zmian prze­by­wało na pokła­dzie stat­ków. Przy takiej licz­bie ludzi zaczy­nało się naprawdę zauwa­żać, że pomiesz­cze­nia miesz­kalne są tym­cza­sowe i że co chwila nadmu­chi­wane są nowe prze­działy. Główna oś była zale­d­wie punk­tem styku czte­rech bar­dzo dużych balo­nów. Powierzch­nie falo­wały cza­sami, gdy cztery lub pięć osób musiało się minąć rów­no­cze­śnie.

-?Nie ufam Roz­wi­nię­tym, Ezr. Po tych wszyst­kich prze­mo­wach o hoj­no­ści z rado­ścią pode­rżną nam gar­dła.

Vinh burk­nął z iry­ta­cją.

-?To czemu się tyle szcze­rzysz?

Prze­le­cieli wzdłuż prze­zro­czy­stego odcinka mate­riału, praw­dzi­wego okna, nie tapety. Z dru­giej strony znaj­do­wał się park tym­cza­sówki. Tak naprawdę nie był o wiele obszer­niej­szy od dużego bon­sai, ale zapewne mie­ścił wię­cej wol­nej prze­strzeni i żywych orga­ni­zmów, niż znaj­do­wało się w całym ste­ryl­nym habi­ta­cie Roz­wi­nię­tych. Qiwi odwró­ciła do niego głowę i przez krótką chwilę mil­czała. Żywe rośliny i zwie­rzęta były chyba jedy­nym, co potra­fiło ją skło­nić do ciszy. Jej ojciec był inży­nie­rem pod­trzy­my­wa­nia życia floty... oraz arty­stą bon­sai zna­nym w całej prze­strzeni Queng Ho.

Potem dziew­czyna gwał­tow­nie wró­ciła do chwili obec­nej. Na jej usta wypły­nął wynio­sły uśmiech.

-?Ponie­waż jeste­śmy Queng Ho, jeśli choć na chwilę sobie o tym przy­po­mnimy! Mamy nad tymi nuwo­ry­szami prze­wagę tysięcy lat prze­bie­gło­ści. "Roz­wi­nięci", niech mnie w łokieć całują. Osią­gnęli to, co mają, dzięki słu­cha­niu publicz­nej Sieci Queng Ho. Bez Sieci wciąż pomiesz­ki­wa­liby we wła­snych ruinach.

Kory­tarz zwę­ził się i wykrzy­wił w rożek. Dobie­ga­jące z tyłu i z góry odgłosy załogi zro­biły się przy­tłu­mione przez tka­ninę. Dotarli do naj­bar­dziej wewnętrz­nego pęche­rza tym­cza­sówki. Poza dźwi­ga­rami i gene­ra­to­rami była to jedyna abso­lut­nie nie­zbędna część tym­cza­sówki: jama bak­te­ryki.

Służba tutaj była nie­przy­jemna i naj­bar­dziej pod­sta­wowa z moż­li­wych, pole­gała na czysz­cze­niu fil­trów bak­te­ryj­nych pod sadzaw­kami hydro­po­nicz­nymi. Tu, w dole, rośliny nie pach­niały przy­jem­nie. Wła­ści­wie o ich dobrym sta­nie zdro­wia świad­czył ide­alny smród zgni­li­zny. Więk­szość prac mogła zostać wyko­nana przez maszyny, ale cza­sami konieczne było podej­mo­wa­nie decy­zji wykra­cza­ją­cych poza moż­li­wo­ści naj­lep­szej auto­ma­tyki, a nikt nawet nie zawra­cał sobie głowy opra­co­wy­wa­niem zdal­nych urzą­dzeń. Na pewien spo­sób było to bar­dzo odpo­wie­dzialne zada­nie. Wystar­czyła jedna głu­pia pomyłka, a szczep bak­te­rii mógł prze­do­stać się przez błonę do gór­nych zbior­ni­ków. Jedze­nie sma­ko­wa­łoby jak wymio­ciny, a woń mogła dotrzeć do sys­te­mów wen­ty­la­cji. Jed­nak nawet naj­gor­szy błąd praw­do­po­dob­nie nikogo by nie zabił -?na stat­kach stru­mie­nio­wych wciąż ist­niały bak­te­ryki, wszyst­kie trzy­mane w ści­słej wza­jem­nej izo­la­cji.

To było miej­sce do nauki, ide­alne według norm suro­wych nauczy­cieli: praca była wyma­ga­jąca inte­lek­tu­al­nie i nie­przy­jemna fizycz­nie, a każdy błąd mógł dopro­wa­dzić do wstydu, któ­rego bar­dzo trudno byłoby się pozbyć.

Qiwi zapi­sała się tu na dodat­kową służbę. Twier­dziła, że kocha to miej­sce.

-?Tata mówi, że trzeba zacząć od naj­mniej­szych żyją­tek, zanim będzie można się zająć więk­szymi orga­ni­zmami. -?Była cho­dzącą ency­klo­pe­dią bak­te­rii, ich powią­za­nych szla­ków meta­bo­licz­nych, ście­ko­wych bukie­tów odpo­wia­da­ją­cych róż­nym kom­bi­na­cjom i cha­rak­te­ry­styk szcze­pów, któ­rym zaszko­dziłby kon­takt z ludźmi (szczę­śliw­cami, któ­rzy ni­gdy nie poczu­liby ich woni).

W ciągu pierw­szego tysiąca sekund Ezr o mało co nie popeł­nił dwóch błę­dów. Oczy­wi­ście się na nich zła­pał, ale Qiwi zauwa­żyła. Nor­mal­nie drę­czy­łaby go bez ustanku z powodu błę­dów, ale dzi­siaj pochła­niały ją plany doty­czące Roz­wi­nię­tych.

-?Wiesz, czemu nie przy­wieź­li­śmy żad­nych cięż­kich pro­mów?

Ich dwa naj­więk­sze lądow­niki mogły prze­wieźć z powierzchni na orbitę tylko tysiąc ton. Mając dość czasu, zebra­liby wszyst­kie potrzebne im mate­riały lotne, ale oczy­wi­ście przy­by­cie Roz­wi­nię­tych wła­śnie tego czasu ich pozba­wiło. Ezr wzru­szył ramio­nami i nie ode­rwał wzroku od pobie­ra­nej wła­śnie próbki.

-?Znam plotki.

-?Ha. Ja nie potrze­buję plo­tek. I sam doszedł­byś do prawdy, gdy­byś tro­chę poli­czył. Kapi­tan floty Park domy­ślił się, że możemy mieć towa­rzy­stwo. Zabrał ze sobą mini­malną liczbę lądow­ni­ków i habi­ta­tów, ale za to spro­wa­dził mnó­stwo dział i ato­mó­wek.

-?Może. -?Z pew­no­ścią.

-?Pro­blem w tym, że cho­lerni Roz­wi­nięci są na tyle bli­sko, że zabrali dużo wię­cej mate­riału, a i tak dotarli tu zaraz po nas.

Ezr nie odpo­wie­dział, ale to nie miało zna­cze­nia.

-?W każ­dym razie słu­cha­łam plo­tek. Musimy być naprawdę bar­dzo, bar­dzo ostrożni. -?I zajęła się oma­wia­niem tak­tyk woj­sko­wych oraz spe­ku­la­cji doty­czą­cych sys­te­mów uzbro­je­nia Roz­wi­nię­tych.

Matka Qiwi była zastęp­czy­nią kapi­tana floty, ale rów­nież zbroj­mi­strzy­nią. Zbroj­mi­strzy­nią Strent­man­nką. Więk­szość czasu spę­dzo­nego przez Bachora w locie poświę­cono na mate­ma­tykę, tra­jek­to­rie i inży­nie­rię. Bak­te­ryka i bon­sai wyni­kały z wpły­wów ojca. Potra­fiła oscy­lo­wać mię­dzy krwio­żer­czą wojow­niczką, prze­bie­głą Kup­czy­nią i artystką bon­sai, a wszystko w ciągu paru sekund. Jak jej rodzi­com w ogóle przy­szło do głowy, żeby się pobrać? I jakie samotne, pokrę­cone dziecko spro­wa­dzili na świat.

-?Tak więc mogli­by­śmy poko­nać Roz­wi­nię­tych w uczci­wej walce - oświad­czyła Qiwi. -?A oni o tym wie­dzą. To dla­tego są tacy mili. Musimy teraz tylko odpo­wied­nio ich wyko­rzy­stać, bo potrze­bu­jemy ich cięż­kich pro­mów, a potem, jeśli dotrzy­mają umowy, oni się wzbo­gacą, ale my jesz­cze bar­dziej. Te bła­zny nie potra­fi­łyby sprze­dać powie­trza tym­cza­sówce bez zbior­ni­ków. Jeśli wszystko roze­gra się uczci­wie, wyj­dziemy z tej ope­ra­cji, mając nad nią kon­trolę.

Ezr zakoń­czył sekwen­cję i pobrał kolejną próbkę.

-?Cóż -?sko­men­to­wał -?Tri­xia uważa, że oni wcale nie patrzą na to jak na inte­rak­cje han­dlowe.

-?Hm. -?Zabawne, jak Qiwi obra­żała nie­mal wszystko, co miało zwią­zek z Vin­hem... z wyjąt­kiem Tri­xii. Prze­waż­nie ją igno­ro­wała. Dziew­czyna zro­biła się nie­ty­powo cicha. Na pra­wie sekundę. -?Myślę, że twoja przy­ja­ciółka ma rację. Słu­chaj, Vinh, naprawdę nie powin­nam ci tego mówić, ale w Komi­te­cie Han­dlo­wym doszło do poważ­nego podziału. -?O ile jej matka nie mówiła przez sen, to musiały być wymy­sły. -?Zga­duję, że w Komi­te­cie są jacyś dur­nie, widzący w tym wyłącz­nie nego­cja­cje biz­ne­sowe, w któ­rych każda strona wkłada szczery wysi­łek we wspólne dzieło, i oczy­wi­ście to my mamy naj­lep­szych nego­cja­to­rów. Nie rozu­mieją, że jeśli zgi­niemy, nie będzie miało zna­cze­nia, że druga strona dozna strat. Musimy przez to przejść i być gotowi na pułapkę.

Na swój wła­sny, krwawy spo­sób Qiwi brzmiała dość podob­nie do Tri­xii.

-?Mama nie powie­działa tego wprost, ale mogło dojść do impasu. - Zer­k­nęła na niego z ukosa jak dziecko bawiące się w spi­sek. -?Jesteś wła­ści­cie­lem, Ezr. Mógł­byś poroz­ma­wiać z...

-?Qiwi!

-?Jasne, jasne. Niczego nie mówi­łam. Nic nie powie­dzia­łam!

Dała mu spo­kój na jakieś sto sekund czy coś koło tego, a potem zaczęła opo­wia­dać o swo­ich pla­nach zaro­bie­nia na Roz­wi­nię­tych, "jeśli prze­ży­jemy kilka następ­nych mega­se­kund". Gdyby nie ist­niały pla­neta Pają­ków i gwiazda Bista­bilna, Roz­wi­nięci sta­liby się odkry­ciem stu­le­cia w tej czę­ści tery­to­rium Queng Ho. Z obser­wa­cji dzia­łań ich floty jed­no­znacz­nie wyni­kało, że wyjąt­kowo dobrze radzą sobie z auto­ma­tyką i pla­no­wa­niem sys­te­mów. Choć rów­no­cze­śnie ich statki kosmiczne były o połowę wol­niej­sze od tych Queng Ho, a nauki bio­lo­giczne w rów­nym stop­niu pozo­sta­wały w tyle. Qiwi miała sto pomy­słów na obró­ce­nie całej sytu­acji w zysk.

Ezr pozwo­lił, by jej słowa po nim spły­wały, led­wie sły­szane. Kiedy indziej mógłby się zatra­cić w sku­pie­niu na pracy, którą się zaj­mo­wał, ale pod­czas tej zmiany nie było na to szans. Reali­za­cja pla­nów obej­mu­ją­cych dwa stu­le­cia spro­wa­dzała się teraz do kilku kry­tycz­nych kilo­se­kund i po raz pierw­szy zaczął się zasta­na­wiać nad dzia­ła­niami kie­row­nic­twa floty. Tri­xia była out­si­derką, jed­nak genialną i mającą inny punkt widze­nia niż uro­dzeni Kupcy. Bachor była bystra, choć zwy­kle jej opi­nie były bez­war­to­ściowe. Tym razem... może mama fak­tycz­nie ją do tego pod­pu­ściła. Per­spek­tywa Kiry Pen Liso­let została ukształ­to­wana bar­dzo daleko, tak jak to tylko moż­liwe w gra­ni­cach tere­nów Queng Ho, i mogła uwa­żać, że nasto­letni prak­ty­kant może wpły­nąć na sytu­ację tylko dla­tego, że pocho­dzi z Rodu wła­ści­cieli. Szlag.

Zmiana mijała bez dal­szych głęb­szych myśli. Skoń­czy ją za tysiąc pięć­set sekund. Jeśli odpu­ści sobie lunch, będzie miał czas się prze­brać... i popro­sić o spo­tka­nie z kapi­ta­nem Par­kiem. W ciągu dwóch subiek­tyw­nych lat, gdy uczest­ni­czył w wypra­wie, ni­gdy nie pró­bo­wał wyko­rzy­sty­wać powią­zań rodziny. I w czym tak naprawdę mogę teraz pomóc? Czy fak­tycz­nie mogę prze­ła­mać impas? Zamar­twiał się tym pro­ble­mem aż do końca zmiany. Wciąż nad tym myślał, zdej­mu­jąc kom­bi­ne­zon do pracy w bak­te­ryce... i dzwo­niąc do kapi­tań­skiego sekre­ta­rza.

Uśmiech Qiwi był wyjąt­kowo bez­czelny.

-?Powiedz im pro­sto z mostu, Vinh. To musi być ope­ra­cja bojowa.

Gestem kazał się jej uci­szyć, a potem zauwa­żył, że jego połą­cze­nie nie zostało ode­brane. Zablo­ko­wane? Ezr przez moment poczuł falę ulgi, a potem zauwa­żył, że wyprze­dził go przy­cho­dzący roz­kaz... z biura kapi­tana Parka. "Zgło­sić się o 5.20.00 w sali pla­no­wa­nia kapi­tana floty...". Jak brzmiało to sta­ro­żytne prze­kleń­stwo o speł­nia­niu życzeń? Gdy wspi­nał się do śluz waha­dłow­ców tym­cza­sówki, myśli Ezra Vinha były mocno zmie­szane.

Qiwi Lin Liso­let nie było już ni­gdzie na widoku: dziew­czyna nie była taka głu­pia.

* * *

Wcale nie spo­tkał się z jakimś ofi­ce­rem szta­bo­wym. Ezr zja­wił się w sali pla­no­wa­nia kapi­tana floty na pokła­dzie QHS "Pham Nuwen" i zastał tam kapi­tana floty... oraz cały Komi­tet Han­dlowy wyprawy. Nie wyglą­dali na zado­wo­lo­nych. Vinh zdo­łał tylko rzu­cić ukrad­kowe spoj­rze­nie, zanim sta­nął na bacz­ność przy słupku zako­twi­cza­ją­cym. Kątem oka szybko poli­czył zebra­nych. Tak, byli tu wszy­scy. Wisieli wokół stołu kon­fe­ren­cyj­nego sali, a ich spoj­rze­nia wcale nie wyglą­dały przy­jaź­nie.

Park przy­jął sztywną pozy­cję Ezra szorst­kim mach­nię­ciem dłoni.

-?Spo­cznij, prak­ty­kan­cie.

Trzy­sta lat temu, gdy Ezr miał pięć lat, kapi­tan Park odwie­dził rodzinną tym­cza­sówkę Vin­hów w prze­strzeni Can­berry. Jego rodzice potrak­to­wali go po kró­lew­sku, choć nie był nawet star­szym kapi­tanem. Ezr zapa­mię­tał głów­nie par­kowe pre­zenty od kogoś, kto wyda­wał się szcze­rze przy­ja­zny.

Przy następ­nym spo­tka­niu Vinh był sie­dem­na­sto­let­nim przy­szłym prak­ty­kan­tem, a Park zaj­mo­wał się wypo­sa­ża­niem floty lecą­cej na Tri­lan­dię. Co za róż­nica. Od tam­tej pory wymie­nili może w sumie sto słów, i to tylko przy for­mal­nych oka­zjach. Ezr bar­dzo cie­szył się z tej ano­ni­mo­wo­ści, a w tej chwili oddałby za nią nie­mal wszystko.

Kapi­tan Park wyglą­dał tak, jakby wła­śnie ugryzł coś bar­dzo kwa­śnego. Rozej­rzał się po człon­kach Komi­tetu Han­dlo­wego, a Vinh zaczął się nagle zasta­na­wiać, na kogo wła­ści­wie się tak zło­ści.

-?Młody Vi... prak­ty­kan­cie Vinh. Mamy tu... nie­ty­pową sytu­ację. Znasz deli­kat­ność sytu­acji, w jakiej zna­leź­li­śmy się po przy­by­ciu Roz­wi­nię­tych. -?Kapi­tan nie wyglą­dał tak, jakby spo­dzie­wał się odpo­wie­dzi, i "tak jest" Ezra zga­sło, zanim dotarło do jego ust. -?W tej chwili moż­li­wych jest kilka spo­so­bów postę­po­wa­nia. -?Znowu rzut oka na człon­ków Komi­tetu.

Ezr zro­zu­miał wresz­cie, że Qiwi Liso­let wcale nie opo­wia­dała kom­plet­nych bzdur. Kapi­tan floty miał bez­względną wła­dzę w sytu­acjach tak­tycz­nych i w zwy­kłych warun­kach prawo weta w kwe­stiach stra­te­gicz­nych, ale w przy­padku istot­nych zmian celów wyprawy był na łasce swo­jego Komi­tetu Han­dlo­wego. A w tym wypadku coś poszło nie tak. To nie był zwy­kły pat - w takich sytu­acjach kapi­ta­no­wie floty mieli decy­du­jący głos. Nie, ten impas musiał ocie­rać się o bunt klasy kie­row­ni­czej. Nauczy­ciele w szkole wspo­mi­nali o takich sytu­acjach, mówiąc, że gdyby kie­dyś do tego doszło, to poten­cjal­nie młod­szy wła­ści­ciel mógł zyskać głos w pro­ce­sie decy­zyj­nym. Sta­jąc się kimś w rodzaju kozła ofiar­nego.

-?Pierw­sza moż­li­wość -?kon­ty­nu­ował kapi­tan Park, igno­ru­jąc ponure wnio­ski prze­my­ka­jące przez głowę Vinha. -?Zgo­dzimy się na grę pro­po­no­waną przez Roz­wi­nię­tych. Wspólne ope­ra­cje. Wspólna kon­trola nad wszyst­kimi pojaz­dami w nad­cho­dzą­cej misji na pla­ne­cie.

Ezr przyj­rzał się człon­kom Komi­tetu. Kira Pen Liso­let sie­działa obok kapi­tana floty, ubrana w zie­lony mun­dur rodu Liso­letów. Była nie­mal rów­nie drobna jak Qiwi, z poważ­nymi i sku­pio­nymi rysami twa­rzy. Jed­nak ema­no­wało z niej wra­że­nie czy­stej fizycz­nej siły. Typ ciała Strent­man­n­czy­ków był eks­tre­malny nawet według stan­dar­dów róż­no­rod­no­ści Queng Ho. Nie­któ­rzy Kupcy czer­pali dumę z ukry­wa­nia swo­ich uczuć, ale nie Kira Pen Liso­let. Kira Liso­let fak­tycz­nie odczu­wała odrazę do pierw­szej "moż­li­wo­ści" Parka w stop­niu, w jakim twier­dziła Qiwi.

Ezr sku­pił uwagę na innej zna­jo­mej twa­rzy. Sum Dotran. Komi­tety kie­row­ni­cze sta­no­wiły elitę. Nie zna­la­zło się w nich wielu aktyw­nych wła­ści­cieli, więk­szość człon­ków było zawo­do­wymi pla­ni­stami pra­cu­ją­cymi na udziały, które pozwo­li­łyby im posia­dać wła­sne statki. Do tego nie­wiele było tam osób w bar­dzo pode­szłym wieku. Więk­szość tych naprawdę sta­rych było dosko­na­łymi eks­per­tami, szcze­rze pre­fe­ru­ją­cymi zarzą­dza­nie nad jakąś formę wła­sno­ści. Sum Dotran był jedną z takich osób. Kie­dyś pra­co­wał nawet dla rodziny Vinh. Ezr domy­ślał się, że on także sprze­ci­wiał się pierw­szej "moż­li­wo­ści" Parka.

-?Druga moż­li­wość: osobne struk­tury kon­tro­lne, bez lądo­wań z mie­sza­nymi zało­gami. Ujaw­nimy się Pają­kom naj­szyb­ciej, jak będzie to prak­tyczne.

I niech Bóg Han­dlu zde­cy­duje, kto będzie wiel­kim zwy­cięzcą, a kto prze­gra­nym. Gdy do gry dołą­czy trzeci gracz, poten­cjalna prze­waga pro­stej zdrady powinna się zmniej­szyć. W ciągu kilku lat ich sto­sunki z Roz­wi­nię­tymi powinny osią­gnąć sto­sun­kowo zwy­kły poziom kon­ku­ren­cyj­no­ści. Oczy­wi­ście Roz­wi­nięci mogą uznać jed­no­stronny kon­takt za akt zdrady. Ich pech. Vinh miał wra­że­nie, że to podej­ście popie­rała przy­naj­mniej połowa Komi­tetu... ale nie Sum Dotran. Sta­ru­szek poru­szył lekko głową w stronę Vinha, jed­no­znacz­nie wyra­ża­jąc swoją opi­nię.

-?Trze­cia moż­li­wość: paku­jemy nasze tym­cza­sówki i wra­camy na Tri­lan­dię.

Oszo­ło­miony wyraz twa­rzy Vinha musiał być oczy­wi­sty. Sum Dotran doło­żył uza­sad­nie­nie.

-?Młody Vinhu, kapi­tan chce powie­dzieć, że druga strona ma prze­wagę liczebną, praw­do­po­dob­nie także w zakre­sie siły ognia. Nikt z nas nie ufa tym Roz­wi­nię­tym, a jeśli zwrócą się prze­ciw nam, nie będzie ucieczki. Zbyt duże ryzyko...

Kira Pen Liso­let wal­nęła w stół.

-?Pro­te­stuję! To spo­tka­nie w ogóle jest absur­dalne. Co gor­sza, widzimy teraz jasno, że Sum Dotran po pro­stu wyko­rzy­stuje je, by wymu­sić wła­sne poglądy. -?To by było tyle, jeśli cho­dzi o jego teo­rię, że Qiwi działa w imie­niu swo­jej mamy.

-?Oboje zakłó­ca­cie porzą­dek! -?Kapi­tan Park urwał na chwilę, wpa­tru­jąc się w Komi­tet. -?Czwarta moż­li­wość: wyko­namy ude­rze­nie wyprze­dza­jące na flotę Roz­wi­nię­tych i zdo­bę­dziemy układ dla sie­bie.

-?Podej­miemy próbę zdo­by­cia go -?sko­ry­go­wał Dotran.

-?Pro­te­stuję! -?Znowu Kira Pen Liso­let. Mach­nęła ręką, przy­wo­łu­jąc współ­dzie­lone obrazy. -?Atak wyprze­dza­jący to jedyny pewny spo­sób postę­po­wa­nia.

Obraz Liso­let nie pre­zen­to­wał gwiazd ani tele­sko­po­wego widoku pla­nety Pają­ków. Nie zawie­rał też wykre­sów orga­ni­za­cyj­nych czy roz­kła­dów cza­so­wych, tak czę­sto pochła­nia­ją­cych uwagę pla­ni­stów. W tym wypadku było to coś przy­po­mi­na­ją­cego pla­ne­tarne sche­maty floty, pre­zen­tu­jące pozy­cje i wek­tory obu flot wzglę­dem sie­bie, pla­nety Pają­ków i gwiazdy Bista­bil­nej. Obrysy wykre­ślały przy­szłe pozy­cje w odpo­wied­nich ukła­dach współ­rzęd­nych. Dia­men­towe skały rów­nież zostały ozna­czone. Były tam też inne znacz­niki, tak­tyczne sym­bole woj­skowe, pre­zen­tu­jące giga­tony, rakiety i środki wojny elek­tro­nicz­nej.

Ezr zapa­trzył się na obrazy i spró­bo­wał sobie przy­po­mnieć zaję­cia z woj­sko­wo­ści. Plotki doty­czące taj­nego ładunku kapi­tana Parka oka­zały się prawdą. Wyprawa Queng Ho miała zęby -?dłuż­sze i ostrzej­sze niż jaka­kol­wiek zwy­kła flota han­dlowa. Zbroj­mi­strze Queng Ho mieli też tro­chę czasu na przy­go­to­wa­nia i wyraź­nie go wyko­rzy­stali, nawet jeśli układ Bista­bil­nej był pusty ponad wszelką przy­zwo­itość, bez dobrych miejsc na przy­go­to­wa­nie zasa­dzek i ukry­cie rezerw.

Z dru­giej strony Roz­wi­nięci: sym­bole woj­skowe zbie­rały się wokół ich stat­ków nie­wy­raźną mgiełką praw­do­po­do­bieństw ocen. Auto­ma­tyka Roz­wi­nię­tych była dziwna, zapewne prze­wyż­sza­jąc tę Queng Ho. Roz­wi­nięci mieli dwu­krot­nie więk­szy tonaż brutto i wedle naj­lep­szych prze­wi­dy­wań dys­po­no­wali pro­por­cjo­nal­nie więk­szą ilo­ścią uzbro­je­nia.

Ezr z powro­tem sku­pił uwagę na zebra­niu. Kto poza Kirą Liso­let pre­fe­ro­wał nie­spo­dzie­wany atak? Ezr spę­dził sporą część dzie­ciń­stwa, stu­diu­jąc Stra­te­gie, jed­nak zawsze uczono go, że wiel­kie zdrady były ozna­kami sza­leń­stwa lub czy­stego zła, a nie dzia­ła­niami podej­mo­wa­nymi kie­dy­kol­wiek przez sza­nu­ją­cych się Queng Ho. Uczest­ni­cze­nie w zebra­niu Komi­tetu Han­dlo­wego roz­wa­ża­ją­cego mor­der­stwo było czymś... co zosta­nie z nim na dłu­żej.

Cisza prze­dłu­żała się nie­zręcz­nie. Czy oni ocze­ki­wali, że coś powie? W końcu ode­zwał się kapi­tan Park.

-?Zapewne domy­śli­łeś się, prak­ty­kan­cie Vinh, że doszło do impasu. Nie masz tu głosu, nie masz doświad­cze­nia ani szcze­gó­ło­wej zna­jo­mo­ści sytu­acji. Nie chcąc cię obra­żać, muszę powie­dzieć, że czuję zawsty­dze­nie z powodu samego faktu ścią­gnię­cia cię na to zebra­nie. Jed­nak jesteś jedy­nym człon­kiem załogi będą­cym rów­no­cze­śnie wła­ści­cie­lem dwóch naszych stat­ków. Jeśli masz jakąś radę, któ­rej mógł­byś nam udzie­lić w zakre­sie dostęp­nych opcji, to... z przy­jem­no­ścią... jej wysłu­cham.

Prak­ty­kant Ezr Vinh mógł być bar­dzo małym pion­kiem, teraz jed­nak zna­lazł się w samym cen­trum uwagi i co takiego miał do powie­dze­nia? W jego gło­wie wiro­wał milion pytań. W szkole wpa­jano mu szyb­kie podej­mo­wa­nie decy­zji, ale nawet wtedy dosta­wał wię­cej infor­ma­cji niż dzi­siaj. Oczy­wi­ście ci ludzie nie byli zbyt­nio zain­te­re­so­wani jego dogłębną ana­lizą. W jego gło­wie zro­dziła się myśl, która pra­wie wybiła go z obez­wład­nia­ją­cej paniki.

-?Czt... cztery moż­li­wo­ści, kapi­ta­nie floty? Czy ist­nieją jesz­cze jakieś pomniej­sze, które nie dotrwały do etapu tego zebra­nia?

-?Żadna, która uzy­ska­łaby popar­cie z mojej strony lub Komi­tetu.

-?Hm. Roz­ma­wiał pan z Roz­wi­nię­tymi wię­cej niż kto­kol­wiek inny. Co myśli pan o ich przy­wódcy, Toma­sie Nau? -?Było to jedno z pytań, nad któ­rym zasta­na­wiali się razem z Tri­xią. Ezrowi nawet nie przy­szło do głowy, że będzie mógł oso­bi­ście zadać je samemu kapi­ta­nowi floty.

Park moc­niej zaci­snął usta i przez chwilę Ezr spo­dzie­wał się wybu­chu. A potem kapi­tan kiw­nął głową.

-?Jest bły­sko­tliwy. Jego zna­jo­mość kwe­stii tech­nicz­nych wydaje się słaba w porów­na­niu z kapi­ta­nami flot Queng Ho. Głę­boko stu­dio­wał Stra­te­gie, choć nie­ko­nieczne te same, co my... Reszta to zga­dy­wanki i intu­icja, choć sądzę, że tutaj zgo­dzi się ze mną więk­szość człon­ków Komi­tetu: nie zaufał­bym Toma­sowi Nau w żad­nej umo­wie han­dlo­wej. Sądzę, że dopu­ściłby się wiel­kiej zdrady, gdyby tylko przy­nio­słaby mu choć nie­znaczne korzy­ści. Jest bar­dzo gład­kim i spraw­nym kłamcą, który w naj­mniej­szym stop­niu nie ceni powra­ca­ją­cych klien­tów.

W zasa­dzie było to naj­bar­dziej potę­pia­jące stwier­dze­nie, jakie Queng Ho mogli wyra­zić na temat innej istoty żywej. Ezr domy­ślił się nagle, że kapi­tan Park musi być jedną z osób popie­ra­ją­cych atak z zasko­cze­nia. Spoj­rzał na Suma Dotrana, a potem z powro­tem na Parka. Dwie osoby, do któ­rych miał naj­więk­sze zaufa­nie, znaj­do­wały się na prze­ciw­nych bie­gu­nach! Boże, prze­cież ja jestem tylko prak­ty­kan­tem!

Ezr zdła­wił wewnętrzny jęk. Zawa­hał się na moment, naprawdę zasta­na­wia­jąc się nad tą sprawą.

-?Bio­rąc pod uwagę pań­ską ocenę, zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wiam się pierw­szej opcji, czyli wspól­nym dzia­ła­niom. Ale... nie jestem też zwo­len­ni­kiem ataku z zasko­cze­nia, ponie­waż...

-?Dosko­nała decy­zja, chłop­cze -?prze­rwał mu Sum Dotran.

-?...ponie­waż to coś, w czym Queng Ho mają nie­wiele doświad­cze­nia, nie­za­leż­nie od tego, jak głę­boko stu­dio­wa­li­śmy ten temat.

To pozo­sta­wiało dwie moż­li­wo­ści: przy­ję­cie strat i ucieczkę lub pozo­sta­nie i mini­malną współ­pracę z Roz­wi­nię­tymi, a następ­nie ujaw­nie­nie się Pają­kom przy pierw­szej spo­sob­no­ści. Nawet jeśli ucieczka była obiek­tyw­nie uza­sad­niona, uczy­ni­łaby z wyprawy bez­na­dziejną porażkę. Bio­rąc pod uwagę ich zapasy paliwa, musia­łaby też być wyjąt­kowo powolna.

Zale­d­wie milion kilo­me­trów stąd cze­kała naj­więk­sza zagadka - poten­cjal­nie też skarb -?znana w tej czę­ści Prze­strzeni Ludzi. Poko­nali pięć­dzie­siąt lat świetl­nych, by zna­leźć się tak bli­sko. Wiel­kie ryzyko, wielka nagroda.

-?Wyco­fa­nie się teraz ozna­cza­łoby zbyt wiel­kie straty. Jed­nak obec­nie, do czasu, aż zrobi się naprawdę bez­piecz­nie, wszy­scy musimy myśleć jak zbroj­mi­strze. -?W końcu Queng Ho mieli swoje legendy o wojow­ni­kach: Pham Nuwen wygrał nie­jedną bitwę. -?Su... suge­ruję pozo­sta­nie.

Cisza. Ezr odniósł wra­że­nie, że na więk­szo­ści twa­rzy odma­lo­wała się ulga. Zastęp­czyni kapi­tana floty Liso­let przy­brała ponury wyraz twa­rzy. Sum Dotran nie był tak opa­no­wany.

-?Ależ, pro­szę, mój chłop­cze. Zasta­nów się. Twoja rodzina ryzy­kuje tu dwa statki. To żaden wstyd wyco­fać się w obli­czu praw­do­po­dob­nej utraty wszyst­kiego. To objaw mądro­ści. Roz­wi­nięci są po pro­stu zbyt nie­bez­pieczni, aby...

Park przed­ry­fo­wał ze swo­jego miej­sca przy stole, wycią­ga­jąc potężne ręce. Deli­kat­nie poło­żył dłoń na ramie­niu Suma Dotrana, a potem ode­zwał się łagod­nym gło­sem:

-?Przy­kro mi, Sum. Zro­bi­łeś, co mogłeś. Zmu­si­łeś nas nawet do wysłu­cha­nia mło­dego wła­ści­ciela. Teraz już czas... dla nas wszyst­kich... na poro­zu­mie­nie i wyko­na­nie decy­zji.

Twarz Dotrana wykrzy­wiła się we fru­stra­cji i stra­chu. Utrzy­mał ją tak przez chwilę chwiej­nego sku­pie­nia, a potem gło­śno wypu­ścił powie­trze przez zęby. Nagle wydał się bar­dzo stary i zmę­czony.

-?Słusz­nie, kapi­ta­nie.

Park wró­cił na swoje miej­sce przy stole i posłał Ezrowi bez­na­miętne spoj­rze­nie.

-?Dzię­ku­jemy za opi­nię, prak­ty­kan­cie Vinh. Spo­dzie­wam się, że zacho­wasz pouf­ność tego spo­tka­nia.

-?Tak jest, sir. -?Ezr się wypro­sto­wał.

-?Możesz odejść.

Za jego ple­cami otwo­rzyły się drzwi. Ezr ode­pchnął się od słupka. Kiedy szy­bo­wał przez drzwi, kapi­tan Park zaczął już roz­ma­wiać z człon­kami Komi­tetu.

-?Kira, zasta­nów się nad umiesz­cze­niem uzbro­je­nia na wszyst­kich sza­lu­pach. Być może uda się nam zasu­ge­ro­wać Roz­wi­nię­tym, że próba porwa­nia współ­pra­cu­ją­cych jed­no­stek będzie bar­dzo nie­bez­pieczna. Ja...

Drzwi zamknęły się, odci­na­jąc resztę. Ezra ogar­nęła fala ulgi z sil­nymi dresz­czami. Pierw­szy raz uczest­ni­czył w podej­mo­wa­niu decy­zji doty­czą­cej całej floty, jakieś czter­dzie­ści lat przed swoim cza­sem. To nie było przy­jemne.

trzy

Pla­neta Pają­ków -?przez nie­któ­rych nazy­wana Arachną -?miała śred­nicę dwu­na­stu tysięcy kilo­me­trów i cią­że­nie na powierzchni równe 0,95 g. Jej wnę­trze było nie­zróż­ni­co­wane i ska­li­ste, ale powierzch­nię pokry­wało cał­kiem sporo sub­stan­cji lot­nych w postaci oce­anów i przy­ja­znej atmos­fery. Tylko jedno unie­moż­li­wiało jej wyglą­da­nie jak raj­ski świat typu ziem­skiego: brak świa­tła sło­necz­nego.

Minęło ponad dwie­ście lat, od kiedy słońce pla­nety, gwiazda Bista­bilna, weszła w stan wyłą­cze­nia. Przez ponad dwie­ście lat świa­tło rzu­cane przez nią na Arachnę było nie­wiele jaśniej­sze niż dobie­ga­jące z odle­głych gwiazd.

Lądow­nik Ezra prze­mknął po łuku nad czymś, co w cie­plej­szych cza­sach było spo­rym archi­pe­la­giem. Główny cel znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie pla­nety, gdzie załogi cięż­kich pro­mów wyci­nały i wyno­siły w prze­strzeń kilka milio­nów ton oce­anicz­nego szelfu i zamro­żo­nej wody. To nie miało zna­cze­nia, Ezr widy­wał już roboty inży­nie­ryjne pro­wa­dzone na wielką skalę. Ten znacz­nie mniej­szy lądow­nik może osią­gnąć coś znacz­nie istot­niej­szego.

Dzie­lone obra­zo­wa­nie w kabi­nie pasa­żer­skiej pre­zen­to­wało natu­ralny widok. Prze­my­ka­jące bez­gło­śnie w dole lądy były w odcie­niach sza­ro­ści, cza­sami z lekko lśnią­cymi pla­mami bieli. Może to tylko efekt wyobraźni, ale Ezr miał wra­że­nie, że widzi słabe cie­nie rzu­cane przez Bista­bilną. Two­rzyły trój­wy­mia­rowy obraz topo­gra­fii gór­skich grani i szczy­tów, bieli zsu­wa­ją­cej się w ciemne otchła­nie. Wyda­wało mu się, że dostrzega kon­cen­tryczne łuki obry­so­wu­jące dal­sze szczyty: czyżby efekt naporu oce­anu zama­rza­ją­cego wokół skał?

-?Hej, wyświetl przy­naj­mniej siatkę pomiaru wyso­ko­ści. -?Nad jego ramie­niem zabrzmiał głos Benny'ego Wena, a na kra­jo­bra­zie poja­wiły się deli­katne czer­wo­nawe obrysy. Siatka dość dobrze potwier­dziła jego intu­icyjne wra­że­nia doty­czące cieni i śniegu.

Ezr mach­nię­ciem ręki pozbył się czer­wo­nych linii.

-?Gdy gwiazda świeci, tam w dole są miliony Pają­ków. Można by pomy­śleć, że będzie widać jakieś ślady cywi­li­za­cji.

-?Czego spo­dzie­wasz się, oglą­da­jąc widok bez wspo­ma­ga­nia? -?odpo­wie­dział Benny. -?Więk­szość tego, co wystaje, to gór­skie szczyty. A wszystko niżej pokryte jest metrami śniegu azo­towo-tle­no­wego.

Pełna atmos­fera typu ziem­skiego mogła zamar­z­nąć do około dzie­się­ciu metrów śniegu, przy zało­że­niu, że był rów­no­mier­nie roz­ło­żony. Wiele z naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nych loka­li­za­cji miast -?zatoki, zbiegi rzek - pokryte było dzie­siąt­kami metrów zim­nej sub­stan­cji. Wszyst­kie wcze­śniej­sze miej­sca lądo­wań znaj­do­wały się sto­sun­kowo wysoko, zapewne w osie­dlach gór­ni­czych lub pro­stych osa­dach. Dopiero tuż przed przy­bi­ciem Roz­wi­nię­tych zro­zu­miano wła­ści­wie ich bie­żący cel.

W dole prze­my­kały ciemne lądy. Były tam nawet obiekty wyglą­da­jące na jęzory lodow­ców. Ezr zaczął się zasta­na­wiać, jak mogły mieć czas na powsta­nie. Może to lodowce z zamar­z­nię­tego powie­trza?

-?Boże wszel­kiego han­dlu, spójrz na to! -?Benny wska­zał w lewo, na czer­wo­nawy blask bli­sko hory­zontu. Powięk­szył obraz.

Źró­dło świa­tła wciąż było małe, szybko ucie­ka­jąc poza ich pole widze­nia. Naprawdę wyglą­dało to na ogień, choć dość powoli zmie­niało kształt. Coś zasło­niło im teraz widok, a Ezr przez chwilę odniósł wra­że­nie, że ze świa­tła w górę unosi się coś ciem­nego.

-?Mam lep­szy widok z orbity -?dobiegł z tyłu kabiny głos bry­ga­dzi­sty Diema. Nie podzie­lił się z nimi obra­zem. -?To wul­kan. Wła­śnie wybuchł.

Ezr śle­dził zni­ka­jący powoli z tyłu obraz. Wzbi­ja­jąca się ciem­ność musiała być gej­ze­rem lawy... a może po pro­stu powie­trza i wody, try­ska­ją­cym w prze­strzeń nad wul­ka­nem.

-?Tego jesz­cze nie było -?sko­men­to­wał. Rdzeń pla­nety był zimny i mar­twy, choć w tym, co ucho­dziło za rdzeń, wykryli kilka ognisk magmy. -?Wszy­scy wydają się tak strasz­nie pewni tego, że Pająki są w sta­nie hiber­na­cji, ale co będzie, jeśli nie­które grzeją się przy czymś takim jak to?

-?Mało praw­do­po­dobne. Zro­bi­li­śmy bar­dzo szcze­gó­łowe obra­zo­wa­nia w pod­czer­wieni. Zoba­czy­li­by­śmy wszel­kie osie­dla w pobliżu źró­deł cie­pła. Zresztą przed ostat­nim mro­kiem pająki dopiero wyna­la­zły radio. Nie są jesz­cze w sta­nie wycho­dzić na zewnątrz.

Ten wnio­sek opie­rał się na kilku milio­nach sekund reko­ne­sansu oraz pew­nych roz­sąd­nych zało­że­niach doty­czą­cych ich bio­che­mii.

-?Pew­nie tak.

Przy­glą­dał się czer­wo­na­wemu bla­skowi, aż cał­kiem ukrył się za hory­zon­tem. W dole i przed nimi cze­kały bar­dziej eks­cy­tu­jące miej­sca. Tra­jek­to­ria lotu nio­sła ich gładko w dół, wciąż w nie­waż­ko­ści. Pla­neta była peł­no­wy­mia­rowa, ale nie będą tu lecieć w atmos­fe­rze. Poru­szali się z pręd­ko­ścią ośmiu tysięcy metrów na sekundę, zale­d­wie kilka tysięcy metrów nad powierzch­nią. Miał wra­że­nie, że góry wspi­nają się i się­gają ku nim. Każda kolejna grań prze­my­kała coraz bli­żej. Benny z tyłu wyda­wał dźwięki świad­czące o dys­kom­for­cie, chwi­lowo rezy­gnu­jąc ze zwy­kłych poga­du­szek. Ezr gwał­tow­niej wcią­gnął powie­trze, gdy ostat­nia grań prze­mknęła tak bli­sko, że aż zdzi­wił się, że o nią nie zaha­czyli. Tra­jek­to­ria lądo­wa­nia z pie­kła rodem.

A potem roz­ja­rzył się główny sil­nik z przodu.

* * *

Potrze­bo­wali nie­mal trzy­dzie­stu tysięcy sekund na zej­ście w dół z miej­sca wybra­nego przez Jimmy'ego Diema na lądo­wi­sko. Ta nie­do­god­ność nie była dzie­łem przy­padku. Ich półka skalna znaj­do­wała się wysoko na gór­skim zbo­czu, ale była też wolna od lodu i powietrz­nego śniegu. Celem wyprawy było dno wąskiej doliny. Wedle wszel­kich zasad powinno się ono znaj­do­wać pod setką metrów powietrz­nego śniegu, ale w wyniku jakie­goś zbiegu układu terenu i kli­matu było go tam mniej niż pół metra. Za to nie­mal ukryty pod nawi­sem zbo­czy doliny krył się naj­więk­szy odkryty dotąd zbiór nie­na­ru­szo­nych budyn­ków. Była spora szansa, że znaj­do­wało się tam wej­ście do jed­nej z hiber­na­cyj­nych jaskiń Pają­ków, a w cie­płych cza­sach Bista­bil­nej może nawet mia­sto. Ważne będzie wszystko, czego się tam dowie­dzą. A w ramach umowy o współ­pracy wszystko było trans­mi­to­wane do Roz­wi­nię­tych...

Ezr nie dowie­dział się niczego wię­cej na temat wyniku zebra­nia Komi­tetu Han­dlo­wego. Diem robił wszystko, co mógł, by ukryć ich wizytę przed miej­sco­wymi, tak jak powinni tego ocze­ki­wać Roz­wi­nięci. Lądo­wi­sko zosta­nie zasy­pane przez lawinę nie­długo po star­cie. Nawet odci­ski stóp miały zostać sta­ran­nie usu­nięte, choć aku­rat to raczej nie powinno być potrzebne.

Gdy dotarli na dno doliny, Bista­bilna wisiała nie­mal w zeni­cie. W "porze sło­necz­nej" byłoby to samo połu­dnie, ale teraz Bista­bilna wyglą­dała niczym jakiś ciemny, czer­wo­nawy księ­życ o śred­nicy pół stop­nia. Powierzch­nię miała pla­mi­stą jak olej na kro­pli wody. Bez wzmac­nia­nia obrazu świa­tło Bista­bil­nej było led­wie na tyle jasne, by poka­zy­wać oto­cze­nie.

Grupa badaw­cza masze­ro­wała jakie­goś typu główną ulicą: pięć postaci w ska­fan­drach i jedna towa­rzy­sząca im maszyna kro­cząca. Gdy wędro­wali przez powietrzny śnieg, spod ich butów wzbi­jały się drobne chmurki pary mate­ria­łów lot­nych sty­ka­ją­cych się z mniej izo­lo­wa­nymi tka­ni­nami ska­fan­drów. W przy­padku zatrzy­ma­nia się na dłu­żej ważne było, by nie robić tego w zbyt głę­bo­kim śniegu, bo szybko zosta­liby oto­czeni mgłą sub­li­ma­cji. Co dzie­sięć metrów usta­wiali czuj­nik sej­smiczny albo dud­nik. Gdy roz­sta­wią pełny zestaw, uzy­skają dzięki nim dobry obraz oko­licz­nych jaskiń. A co waż­niej­sze dla tego lądo­wa­nia, dowie­dzą się też, co znaj­duje się wewnątrz budyn­ków. Ich głów­nym celem były spi­sane tek­sty i obrazy. Zna­le­zie­nie ilu­stro­wa­nej ksią­żeczki dla dzieci ozna­cza­łoby dla Diema nie­mal pewny awans.

Odcie­nie czer­wo­na­wych sza­ro­ści w czerni. Ezr nurzał się w nie­prze­two­rzo­nych obra­zach. Były piękne i nie­sa­mo­wite. To było miej­sce zamiesz­ki­wane przez Pająki. Po obu stro­nach cie­nie wspi­nały się po ścia­nach budyn­ków Pają­ków. Więk­szość miała tylko dwa lub trzy pię­tra, ale nawet w sła­bym świe­tle, nawet z obry­sem roz­my­tym przez śnieg i ciem­no­ści, nie dało się ich pomy­lić z czymś wznie­sio­nym przez ludzi. Nawet naj­mniej­sze drzwi były bar­dzo sze­ro­kie, choć więk­szość nie się­gała nawet pięć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Okna -?zasło­nięte okien­ni­cami, jako że miej­sce zostało porzu­cone ze sta­ran­no­ścią wła­ści­cieli, któ­rzy pla­no­wali tu wró­cić -?były podob­nie sze­ro­kie i niskie.

Otwory koja­rzyły mu się z set­kami zmru­żo­nych oczu patrzą­cych z góry na grupę pię­ciu ludzi w towa­rzy­stwie maszyny. Vinh zasta­na­wiał się, co by się stało, gdyby zza jed­nego z tych okien roz­bły­sło świa­tło prze­ci­ska­jące się szcze­liną w okien­nicy. Przez chwilę pozwo­lił wyobraźni roz­wi­jać tę wizję. A jeśli ich zadu­fa­nie we wła­sną wyż­szość było błędne? Tu miesz­kali obcy. Było bar­dzo mało praw­do­po­dobne, by życie mogło roz­wi­nąć się samo na pla­ne­cie tak nie­zwy­kłej jak ta. Kie­dyś dawno temu jej miesz­kańcy musieli latać mię­dzy gwiaz­dami. Tery­to­rium han­dlowe Queng Ho roz­cią­gało się na czte­ry­sta lat świetl­nych i od tysięcy lat utrzy­my­wali nie­prze­rwaną cywi­li­za­cję tech­niczną. Zare­je­stro­wali ślady radiowe obcych cywi­li­za­cji zamiesz­ku­ją­cych tysiące -?a w więk­szo­ści przy­pad­ków nawet miliony -?lat świetl­nych od nich, na zawsze poza moż­li­wo­ścią bez­po­śred­niego kon­taktu czy choćby roz­mowy. Pająki były zale­d­wie trze­cią poza­ludzką rasą inte­li­gentną, z którą fizycz­nie się zetknęli: trze­cią na osiem tysięcy lat lotów kosmicz­nych. Jedna z nich wymarła przed milio­nami lat, a druga nie osią­gnęła jesz­cze poziomu budowy maszyn, nie mówiąc nawet o lotach kosmicz­nych.

Pię­cioro ludzi wędru­ją­cych mię­dzy ciem­nymi budyn­kami o niskich oknach było tak bli­sko uczest­nic­twa w histo­rii ludz­ko­ści, jak Vinh mógł tylko sobie wyobra­zić. Arm­strong na Lunie, Pham Nuwen w "Prze­rwie Brisgo"... a teraz Vinh, Wen, Patil, Do i Diem wędru­jący uli­cami Pają­ków.

Nastą­piła chwi­lowa prze­rwa w łącz­no­ści radio­wej i przez moment naj­gło­śniej­szymi dźwię­kami było trzesz­cze­nie jego kom­bi­ne­zonu i wła­sny oddech. Potem powró­ciły odle­głe głosy, kie­ru­jąc ich przez otwartą prze­strzeń w stronę dru­giego końca doliny. Naj­wy­raź­niej ana­li­tycy uwa­żali, że wąska roz­pa­dlina może być wej­ściem do jaskiń, gdzie zapewne ukryły się miej­scowe Pająki.

-?To dziwne -?dobiegł go ano­ni­mowy głos z góry. -?Sej­smo­grafy coś wychwy­ciły -?ja coś usły­sza­łem -?z następ­nego budynku po pra­wej od was.

Vinh gwał­tow­nie obró­cił głowę, wpa­tru­jąc się w mrok. Może nie świa­tło, a dźwięk.

-?Maszyna kro­cząca? -?zasu­ge­ro­wał Diem.

-?Może po pro­stu budy­nek osiada... -?rzu­cił Benny.

-?Nie, nie. To było coś impul­so­wego, jak klik­nię­cie. Teraz odbie­ram regu­larny rytm, jakby tłu­miony. Ana­liza czę­sto­tli­wo­ści... To brzmi jak sprzęt mecha­niczny, ruchome czę­ści i takie tam... Dobra, w zasa­dzie się skoń­czyło, odbie­ram już tylko reszt­kowe dzwo­nie­nie. Bry­ga­dzi­sto Diem, mamy dobry namiar na źró­dło tego hałasu. Docho­dził z dal­szego rogu, cztery metry nad pozio­mem ulicy. Zazna­czam loka­li­za­cję na mapie.

Vinh z pozo­sta­łymi prze­szli trzy­dzie­ści metrów do przodu, kie­ru­jąc się znacz­ni­kiem uno­szą­cym się na ich wyświe­tla­czach prze­zier­nych. Ukrad­ko­wość ich ruchów była pra­wie zabawna -?gdyby ktoś prze­by­wał w tym budynku, dosko­nale by ich widział.

Znacz­nik kazał im wyjść za róg.

-?Na oko budy­nek niczym się nie wyróż­nia -?zauwa­żył Diem. Podob­nie jak pozo­stałe wyda­wał się wznie­siony z kamie­nia bez zaprawy, z wyż­szymi pię­trami wysu­nię­tymi lekko nad dol­nymi. -?Chwila, widzę, gdzie wska­zu­jesz. Do dru­giego okapu zamo­co­wano jakie­goś typu cera­miczny pojem­nik. Vinh, jesteś naj­bli­żej. Wejdź tam i przyj­rzy się temu z bli­ska.

Ezr ruszył w stronę budynku, a potem zauwa­żył, że ktoś bar­dzo pomoc­nie wyłą­czył znacz­nik.

-?Gdzie? -?Widział tylko cie­nie i sza­ro­ści kamieni.

-?Vinh. -?Głos Diema zabrzmiał ostrzej niż zwy­kle. -?Oprzy­tom­niej, co?

-?Prze­pra­szam.

Ezr poczuł, że się czer­wieni. Aż nazbyt czę­sto wpa­dał w takie tara­paty. Włą­czył obra­zo­wa­nie mul­ti­spek­tralne i widok przed nim ożył bar­wami skła­da­ją­cymi się na to, co ska­fan­der reje­stro­wał w róż­nych zakre­sach widma. Tam, gdzie dotąd widział głę­boki cień, poja­wiła się skrzynka opi­sana przez Diema. Zamo­co­wano ją kilka metrów nad jego głową.

-?Moment, podejdę bli­żej.

Pod­szedł do ściany. Podob­nie jak inne budynki, ten też zdo­biły sze­ro­kie kamienne listwy. Ana­li­tycy uwa­żali, że to stop­nie. Nada­wały się na potrzeby Vinha, choć użył ich bar­dziej jak dra­biny niż scho­dów. Po kilku sekun­dach zna­lazł się obok obiektu.

Fak­tycz­nie była to maszyna -?z boków wysta­wały nity, jak w czymś ze śre­dnio­wiecz­nej powie­ści. Wycią­gnął z kie­szeni ska­fan­dra ana­li­za­tor i przy­sta­wił go do skrzynki.

-?Mam jej dotknąć?

Diem nie odpo­wie­dział, bo tak naprawdę pyta­nie skie­ro­wane było do tych w górze. Vinh usły­szał głosy nara­dza­ją­cych się.

-?Pokaż ją nam z róż­nych stron. Czy to na boku skrzynki to jakieś sym­bole?

Tri­xia! Wie­dział, że powinna być jedną z obser­wu­ją­cych, ale jej głos sta­no­wił bar­dzo miłą nie­spo­dziankę.

-?Tak, pro­szę pani -?odpo­wie­dział i prze­su­nął ana­li­za­to­rem z róż­nych stron wokół skrzynki.

Na jej bokach fak­tycz­nie coś było, choć nie potra­fił stwier­dzić, czy to pismo, czy też arte­fakt nad­in­ter­pre­tu­ją­cych skany algo­ryt­mów ana­li­za­tora. Jeśli to pismo, okaże się nie lada zna­le­zi­skiem.

-?Dobrze, teraz przy­mo­cuj ana­li­za­tor do skrzynki... -?Inny głos, gościa od aku­styki.

Ezr wyko­nał pole­ce­nie.

Minęło tro­chę sekund. Schody Pają­ków były tak strome, że musiał się opie­rać o występy. Z miejsc, w któ­rych doty­kał kamie­nia, uno­siły się stru­mie­nie pary powie­trza, opa­da­jąc ku ziemi, a on poczuł, jak grzałki ska­fan­dra pra­cują inten­syw­niej, by skom­pen­so­wać kon­takt z zim­nymi powierzch­niami.

* * *

-?Cie­kawe -?usły­szał po chwili głos. -?To czuj­nik pro­sto ze śre­dnio­wie­cza.

-?Elek­tryczny? Prze­syła dane do jakie­goś zdal­nego ośrodka?

Vinh się zje­żył. Ostat­nie słowa zostały wypo­wie­dziane przez kobietę z akcen­tem Roz­wi­nię­tych.

-?Ach, dyrek­tor Rey­nolt, witam. Nie, to wła­śnie jest zdu­mie­wa­jące w tym urzą­dze­niu. Jest samo­dzielne. Jego "źró­dłem zasi­la­nia" wydaje się zestaw meta­lo­wych sprę­żyn. Mecha­nizm na bazie zegara mecha­nicz­nego -?zna pani takie coś? -?zapew­nia zarówno kon­trolę czasu, jak i zasi­la­nie. Wła­ści­wie podej­rze­wam, że to w zasa­dzie jedyna metoda, która na tym pozio­mie zaawan­so­wa­nia może dzia­łać przez tak dłu­gie okresy zimna.

-?W takim razie co obser­wuje ten mecha­nizm? -?Tym razem ode­zwał się Diem, z bar­dzo dobrym pyta­niem.

Znowu zadzia­łała żywa wyobraź­nia Vinha. Może Pająki były dużo spryt­niej­sze, niż się spo­dzie­wali. Może jego osło­nięta kom­bi­ne­zo­nem syl­wetka pojawi się w ich rapor­tach. A wła­ści­wie to może skrzynka została pod­łą­czona do jakie­goś rodzaju broni?

-?Nie widzimy żad­nego sprzętu typu kamery, bry­ga­dzi­sto. Teraz już dys­po­nu­jemy dość dobrym obra­zem wnę­trza skrzynki. Mecha­nizm prze­kładni prze­ciąga taśmę pod czte­rema rysi­kami reje­stru­ją­cymi. -?Te ter­miny brzmiały jak coś wprost z tek­stu o upa­dłej cywi­li­za­cji. -?Przy­pusz­czam, że każ­dego dnia mecha­nizm prze­suwa odro­binę pasek i reje­struje tem­pe­ra­turę, ciśnie­nie... i dwa inne para­me­try, któ­rych jesz­cze nie jestem pewien. -?Każ­dego dnia przez ponad dwie­ście lat. Pry­mi­tywni ludzie mie­liby pro­blem z wyko­na­niem mecha­nizmu z rucho­mymi czę­ściami, który pra­co­wałby tak długo, nie mówiąc już o dzia­ła­niu w niskich tem­pe­ra­tu­rach. -?Mie­li­śmy szczę­ście, że akty­wo­wał się aku­rat, gdy prze­cho­dzi­li­ście obok.

Nastą­piła tech­niczna dys­ku­sja na temat poten­cjal­nego poziomu zaawan­so­wa­nia tego typu reje­stra­to­rów. Diem pole­cił Benny'emu i pozo­sta­łym oświe­tlić obszar piko­se­kun­do­wymi bły­skami świa­tła. Nic go nie odbiło, w zasięgu wzroku nie było żad­nej optyki z soczew­kami.

W tym cza­sie Vinh pozo­sta­wał oparty o rampę-schody. Zimno zaczy­nało prze­ni­kać przez jego ska­fan­der ciśnie­niowy i odzież pod spodem. Sprzętu nie zapro­jek­to­wano do dłu­go­trwa­łego kon­taktu z mate­ria­łem tak dobrze odpro­wa­dza­ją­cym cie­pło. Prze­su­nął się nie­zręcz­nie na wąskich stop­niach. W cią­że­niu pra­wie rów­nym 1 g takie ćwi­cze­nia szybko robiły się męczące... Jed­nak nowa pozy­cja pozwo­liła mu wyj­rzeć za róg budynku. A z tej strony z okien odpa­dła część pokry­wa­ją­cych je paneli. Vinh wychy­lił się nie­pew­nie ze scho­dów, pró­bu­jąc zin­ter­pre­to­wać to, co zoba­czył w środku. Wszystko pokryte było patyną śniegu z powie­trza. W dłu­gich rzę­dach usta­wiono się­ga­jące pasa półki lub szafki, a nad nimi meta­lowe rusz­to­wa­nia z kolej­nymi szaf­kami. Poziomy połą­czone były paję­czymi scho­dami. Oczy­wi­ście dla Pają­ków te szafki nie się­ga­łyby "do pasa". Hmm. U góry leżały luźne obiekty, każdy będący zbio­rem pła­skich płyt z zawia­sem z jed­nej strony. Nie­które leżały zło­żone, inne bez­tro­sko roz­warte niczym wachla­rze.

Nagłe zro­zu­mie­nie było jak pora­że­nie prą­dem i bez namy­słu ode­zwał się na ogól­nej czę­sto­tli­wo­ści:

-?Prze­pra­szam, bry­ga­dzi­sto Diem?

Roz­mowa z tymi na górze została prze­rwana z wyraź­nym zasko­cze­niem.

-?O co cho­dzi, Vinh? -?zapy­tał Diem.

-?Pro­szę spoj­rzeć na to, co widzę. Chyba zna­leź­li­śmy biblio­tekę.

Ktoś w górze krzyk­nął rado­śnie. To mogła być Tri­xia.

* * *

Ana­liza sygna­łów dud­ni­ków w końcu i tak dopro­wa­dzi­łaby ich do biblio­teki, ale odkry­cie Ezra sta­no­wiło zna­czący skrót.

Z tyłu znaj­do­wały się duże drzwi i wpro­wa­dze­nie maszyny było pro­ste. Urzą­dze­nie obej­mo­wało mani­pu­la­tor z szyb­kim ska­ne­rem. Potrze­bo­wali chwili na dosto­so­wa­nie go do dziw­nego kształtu tych "ksią­żek", ale teraz robot prze­cho­dził mię­dzy pół­kami w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie -?cen­ty­me­tra lub dwóch na sekundę -?a dwóch ludzi z zespołu Diema poda­wało mu do pasz­czy stru­mień ksią­żek. Przez radio docie­rały do nich odgłosy uprzej­mego sporu. To lądo­wa­nie było ele­men­tem wspól­nego planu w ramach wyne­go­cjo­wa­nego har­mo­no­gramu, który miał się zakoń­czyć w nie­całe sto kilo­se­kund. W tym cza­sie mogli nie skoń­czyć pracy w biblio­tece, nie mówiąc nawet o pozo­sta­łych budyn­kach i wej­ściu do jaskini. Roz­wi­nięci nie chcieli robić wyjątku dla tego lądo­wa­nia. Zamiast tego suge­ro­wali spro­wa­dze­nie do doliny jed­nego z ich więk­szych pojaz­dów i zgar­nię­cie arte­fak­tów hur­tem.

-?Stra­te­gię przy­cza­je­nia można bez pro­blemu utrzy­mać -?zabrzmiał męski głos Roz­wi­nię­tego. -?Możemy wysa­dzić ściany doliny i wywo­łać wra­że­nie, że potężne lawiny znisz­czyły wio­skę na dole.

-?Hej, ci goście naprawdę się nie cac­kają -?sko­men­to­wał na pry­wat­nym kanale Benny Wen.

Ezr nie odpo­wie­dział. Suge­stia Roz­wi­nię­tego wła­ści­wie była racjo­nalna, ale... obca. Queng Ho han­dlo­wali. Bar­dziej sady­styczni z nich mogli czer­pać przy­jem­ność z ruj­no­wa­nia kon­ku­ren­cji, ale nie­mal wszy­scy chcieli klien­tów, któ­rzy nie mogli się docze­kać następ­nego strzy­że­nia. Pro­ste nisz­cze­nie lub kra­dzież były... gru­biań­skie. I po co to robić, skoro mogli tu wró­cić i rozej­rzeć się na spo­koj­nie?

Wysoko w górze pro­po­zy­cja Roz­wi­nię­tych została uprzej­mie odrzu­cona, a na samej górze listy przy­szłych wspól­nych przy­gód umiesz­czono kolejną misję do tej cudow­nej doliny.

Diem wysłał Benny'ego i Ezra Vinha do zba­da­nia pó­łek. Biblio­teka mogła mie­ścić sto tysięcy wolu­mi­nów, zale­d­wie kil­ka­set giga­baj­tów danych, ale i tak było to zde­cy­do­wa­nie za dużo przy cza­sie, jaki im pozo­stał. Osta­tecz­nie będą musieli coś powy­bie­rać, licząc na zna­le­zie­nie Świę­tego Gra­ala tego typu ope­ra­cji -?ksią­żeczki obraz­ko­wej dla dzieci.

* * *

W miarę upływu kilo­se­kund Diem wymie­niał swo­ich ludzi mię­dzy kar­mie­niem ska­nera, przy­no­sze­niem z gór­nych pię­ter ksią­żek do odczytu i zwra­ca­niem ksią­żek na ich ory­gi­nalne miej­sca.

Do czasu, gdy nade­szła pora na posi­łek Vinha, Bista­bilna opa­dła zna­cząco ze swo­jej pozy­cji w zeni­cie. Teraz wisiała tuż nad gra­niami na dal­szym końcu doliny, rzu­ca­jąc wzdłuż ulicy cie­nie budyn­ków. Zna­lazł sobie wolny od śniegu kawa­łek gruntu, roz­ło­żył na nim koc izo­lu­jący i usiadł. Jego nogi poczuły róż­nicę. Diem dał im tysiąc pięć­set sekund na tę prze­rwę. Pogrze­bał przy usta­wie­niach podaj­nika i powoli zjadł kilka bato­nów owo­co­wych. W radiu sły­szał Tri­xię, była bar­dzo zajęta. Wciąż nie zna­leźli "ksią­żeczki obraz­ko­wej dla dzieci", choć udało im się z czymś nie­mal rów­nie dobrym -?zesta­wem pod­ręcz­ni­ków do fizyki i che­mii. Tri­xia sądziła, że to jakie­goś typu biblio­teka tech­niczna. W tej chwili roz­ma­wiali na temat moż­li­wo­ści przy­śpie­sze­nia ska­no­wa­nia. Tri­xia uwa­żała, że mają już poprawną gra­fe­miczną ana­lizę sys­temu pisma, więc mogli teraz prze­łą­czyć się na inte­li­gent­niej­sze odczy­ty­wa­nie.

Od kiedy tylko ją poznał, Ezr wie­dział, że Tri­xia jest inte­li­gentna. Wtedy jed­nak była tylko klientką spe­cja­li­zu­jącą się w lin­gwi­styce, polu grun­tow­nie opa­no­wa­nym przez aka­de­mi­ków Queng Ho. Co nowego mogła zaofe­ro­wać? Teraz... Cóż, sły­szał pro­wa­dzone w górze roz­mowy. Inni spe­cja­li­ści języ­kowi nie­ustan­nie odwo­ły­wali się do Tri­xii. Może nie powinno go to zaska­ki­wać. O ogra­ni­czoną liczbę miejsc w tej wypra­wie kon­ku­ro­wała cała cywi­li­za­cja Tri­lan­dii. Jeśli spo­śród pię­ciu­set milio­nów osób wybie­rze się naj­lep­szych w okre­ślo­nych spe­cja­li­za­cjach... wybrani musieli być naprawdę dobrzy. Duma Vinha z bli­sko­ści z nią na chwilę opa­dła: wła­ści­wie to on się­gał wyżej, niż powi­nien przez powią­za­nie z nią. Ow­szem, Ezr był istot­nym spad­ko­biercą rodziny Vinh.23, ale sam w sobie... wcale nie był taki bystry. Co gor­sza, wyda­wało się, że spę­dza cały swój czas na marze­niach o innych miej­scach i innych cza­sach.

Ten nie­przy­jemny tok rozu­mo­wa­nia skrę­cił w czę­stym kie­runku: może tutaj uda mu się dowieść, że wcale nie jest taki nie­prak­tyczny. Pająki mogą być mocno ode­rwane od swo­jej pier­wot­nej cywi­li­za­cji. Ich obecny poziom roz­woju może zde­cy­do­wa­nie przy­po­mi­nać zara­nie dzie­jów. Może nawet będzie w sta­nie zaofe­ro­wać jakieś spo­strze­że­nia, które pozwolą flo­cie na zdo­by­cie skarbu... i zdo­będą dla niego Tri­xię Bon­sol. Pogrą­żył się w rado­snych moż­li­wo­ściach, ni­gdy do końca nie anga­żu­jąc się w szcze­góły...

Zer­k­nął na zega­rek. Aha, zostało mu jesz­cze pięć­set sekund! Wstał i zaj­rzał w głąb wydłu­ża­ją­cych się cieni, tam, gdzie ulica wspi­nała się ku zbo­czu góry. Cały dzień tak bar­dzo sku­piali się na prio­ry­te­tach misji, że nie mieli oka­zji się rozej­rzeć. Wła­ści­wie zatrzy­mali się tuż przed roz­sze­rze­niem drogi, pra­wie pla­cem.

W porze jasnej słońca musiało tu być mnó­stwo roślin­no­ści. Wzgó­rza pokry­wały powy­krę­cane resztki cze­goś, co mogło być drze­wami. Tu, w dole, natura była sta­ran­nie kon­tro­lo­wana: w regu­lar­nych odstę­pach wzdłuż ulicy leżały orga­niczne pozo­sta­ło­ści jakichś ozdob­nych roślin. Wokół placu zoba­czył kil­ka­na­ście takich stert.

Czte­ry­sta sekund. Miał czas. Pod­szedł szybko na skraj placu, a potem ruszył jego brze­giem. Pośrodku kręgu znaj­do­wało się nie­wiel­kie wzgó­rze ze śnie­giem osła­nia­ją­cym dziwne kształty. Kiedy dotarł do dru­giej strony, miał świa­tło w oczy. Praca w biblio­tece roz­grzała to miej­sce do tego stop­nia, że z budynku powoli wypły­wała mgła tym­cza­so­wej lokal­nej atmos­fery. Pły­nęła przez ulicę, kon­den­su­jąc i osia­da­jąc z powro­tem na ziemi. Świa­tło Bista­bil­nej prze­ni­kało przez nią w czer­wo­na­wych smu­gach. Pomi­ja­jąc kolor, to pra­wie mogła być mgła na głów­nym pozio­mie tym­cza­sówki jego rodzi­ców w let­nią noc. A zbo­cza doliny mogły być prze­dzia­łami tym­cza­sówki. Vinha na chwilę ogar­nęła wizja, w któ­rej miej­sce tak bar­dzo obce mogło nagle wydać się tak zna­jome, tak spo­kojne.

Z powro­tem sku­pił uwagę na środku placu. Ta strona była pra­wie pozba­wiona śniegu. Kryły się tam dziwne kształty, na wpół prze­sło­nięte przez mrok. Pod­szedł do nich, nie­wiele myśląc. Zie­mia była wolna od śniegu, trzesz­czała pod butami jak zmro­żony mech. Zatrzy­mał się i wcią­gnął powie­trze. Ciemne kształty na środku... oka­zały się posą­gami. Pają­ków! Jesz­cze kilka sekund i zgłosi swoje odkry­cie, ale przez chwilę zdu­mie­wał się tą sceną sam i w ciszy. Oczy­wi­ście znali już przy­bli­żony wygląd miej­sco­wych, pod­czas wcze­śniej­szych lądo­wań zna­le­ziono pro­ste podo­bi­zny, ale -?Vinh pod­cią­gnął roz­dziel­czość obra­zo­wa­nia -?tutaj miał przed sobą natu­ral­nie wyglą­da­jące posągi, ze szcze­gó­łami odtwa­rza­jące posta­cie z jakie­goś ciem­nego metalu. Były tam trzy stwo­rze­nia, praw­do­po­dob­nie natu­ral­nej wiel­ko­ści. Słowo "pająk" było ele­men­tem codzien­nego języka, ter­mi­nem nie­mal tra­cą­cym zna­cze­nie w świe­tle pre­cy­zyj­nej ana­lizy. W tym­cza­sów­kach dzie­ciń­stwa Ezra żyło kilka typów stwo­rzeń kolek­tyw­nie nazy­wa­nych "pają­kami". Nie­które miały sześć nóg, inne osiem, dzie­sięć lub dwa­na­ście. Jedne były grube i owło­sione, inne szczu­płe, czarne i jado­wite. Te stwo­rze­nia wyglą­dały zde­cy­do­wa­nie jak te szczu­płe z dzie­się­cioma nogami. Jed­nak albo nosiły ubra­nia, albo były bar­dziej kol­cza­ste niż ich drobni imien­nicy. Nogi miały owi­nięte wokół sie­bie i wszyst­kie się­gały po coś ukry­tego pod nimi. Wal­czyły, kochały się, robiły coś innego? Tu nawet wyobraź­nia Vinha zawio­dła.

Jak tu wyglą­dało, gdy jasno świe­ciło ostat­nie słońce?