ARAMINTA, CZYLI WRAK AMPHIDRAKE'A
Dom mego dzieciństwa był pełen słów; moja
matka była bardzo oczytana. Szczególnie lubiła romanse; krótkie i lekkie, jak pite do kolacji wino, a potem odnoszone w dużych torbach do
antykwariatu i zamieniane na nowe, lub czytane tak dawno, że z przyjemnością można było przeczytać je ponownie.
Moim ulubionym okresem historycznym była regencja, a więc oczywiście
powieści Heyer, choć lubiłam niemal wszystkie; nie znosiłam tylko
podróbek, czyli tych ze współczesnymi kobietami, które nosiły kostiumy z przezroczystego muślinu i jeździły powozami, tylko udając postacie z epoki. Interesowały mnie bowiem zasady, tak nienaruszalne i oczywiste
dla ówczesnych ludzi, żyjących w ciasnych ramach, a szczególnie kobiet -
w krótkich fabułach tych książek ich świat nie mógł być bardziej realny
i skomplikowany, więc musiały naprawdę wierzyć w te zasady i je
ucieleśniać, bo inaczej byłoby to niewiarygodne. Nie przeszkadzało mi,
jeśli oszukiwały, byle robiły to zręcznie.
Oto zatem opowiadanie z okresu regencji: o świecie, w którym
obowiązywały zupełnie inne zasady, i o bardzo dobrej oszustce.
Lady Araminta została wyprawiona z portu
Chenstowe-on-Sea z wielką pompą, ale ze znacznie mniejszym żalem przez
jej licznie zebraną tam rodzinę. Wyruszyła w towarzystwie nie jednej,
lecz dwóch służek, wynajętego eunucha szermierza oraz doświadczonej
profesjonalnej przyzwoitki z wypalonym na czole Okiem Horusa, które
miało czuwać w nocy, gdy dwa pozostałe się zamkną.
Przykro powiedzieć, ale te środki ostrożności nie były bynajmniej
zbyteczne. Lady Aramintę - mającą jeszcze kilka lepiej znanych imion,
które dyskretnie tu pominiemy - dwukrotnie przyłapano na próbie ucieczki
przez okno, a raz na czytaniu magicznej księgi w bibliotece jej ojca. Na
tym ostatnim na szczęście nakrył ją lokaj, wiernie służący rodzinie od
piętnastu lat, więc afera została wyciszona, ale przesądziła o jej
losie.
Najstarsza żona jej ojca poinformowała męża, że odmawia opłaty za
oficjalną prezentację, czyli debiut Araminty na dworze.
- Oprócz niej muszę zapewnić debiut pięciu innym dziewczętom -
powiedziała lady D. - i nie mogę zniweczyć ich szans wybrykami, które
nieuchronnie by nastąpiły.
(Aby nie uznano tego za przejaw niesprawiedliwej preferencji, należy
zaznaczyć, że Araminta była rodzoną córką, natomiast pozostałe panny
pasierbicami lady D., a nie odwrotnie).
- Za długo zwlekaliśmy - ciągnęła surowo lady D. - i została potwornie
rozpuszczona.
Lord D. zwiesił głowę: czuł się winny całej tej sytuacji, i całkiem
słusznie. Jako młodzian ślubował nigdy nie modlić się do obcych bóstw,
takich jak Junona, i z uporem przy tym obstawał; w rezultacie trzeba
było trzech żon i czternastu lat, zanim urodził mu się tak potrzebny
syn. A i ten przyniósł rozczarowanie; chorowity i wątły, z wiekiem coraz
bardziej przedkładał wszelkiego rodzaju literaturę nad takie męskie
zajęcia jak szermierka czy strzelanie, a nawet paranie się magią, co
przynajmniej budziłoby szacunek.
- Bo to dość obrzydliwe - oznajmił młody Avery, przepraszająco, lecz
stanowczo, już w wieku siedmiu lat; odziedziczył typowy dla całej
rodziny upór, pod każdym względem. Niemądrze jest obrażać obce bóstwa,
bez względu na to, jak wiele zacnych starych wróżek zaprosi się na
wesele.
Tymczasem Araminta, najstarsza córka, od dawna wykazywała większe
zainteresowanie jazdą konną i strzelaniem niż sztukami pięknymi, a ponadto niepokojącą skłonność do hazardu. Jej matka zdusiłaby te
niewłaściwe skłonności w zarodku, lecz lord D. - powszechnie znany
sportsmen - samolubnie jeszcze zachęcał do tego dziewczynę; lubił
polować w towarzystwie, zamiast siedzieć w domu i spełniać obowiązki
małżeńskie, przy trzech żonach ponadprzeciętnie częste.
- Chyba niewiele żądam, oczekując, że choć jednej z moich latorośli nie
będę się wstydził w polu - często mówił, ganiony; tak więc gdy jej
rówieśniczki stawały się wytwornymi młodymi damami i zaczynały studiować
bankowość lub medycynę, lady Araminta była znana jedynie jako wybitna
sportsmenka, ze wszystkimi niefortunnymi i wspomnianymi już
konsekwencjami tego faktu.
Oczywiście coś trzeba było z tym zrobić, więc pospiesznie zaaranżowano
zaręczyny z przedstawicielem równie szacownej rodziny, mieszkającym w koloniach. Krążące o Aramincie plotki wykluczały satysfakcjonujące
małżeństwo na miejscu, lecz dobrze urodzeni młodzieńcy szukający w zamorskich krainach lepszych perspektyw niż pozycja młodszego syna
często mieli problemy ze znalezieniem odpowiednich żon.
W tamtych czasach podróż za morze trwała prawie sześć miesięcy i była
pełna niebezpieczeństw: szlakom żeglugowym zagrażały burze i piraci;
lewiatany regularnie zatapiały statki, omyłkowo biorąc je za wieloryby;
opary dziwnych chorób i szaleństwa unosiły się z podwodnych lasów
Płytkiego Morza, na którym bezwietrzna pogoda mogła miesiącami więzić
żeglarzy nad zarośniętymi ruinami Zatopionych Krain.
Naturalnie lady Aramintę wyprawiono w podróż z zachowaniem wszelkich
możliwych środków bezpieczeństwa. Bluegill był smukłą nowoczesną
jednostką, nazwaną tak ze względu na długie i jaskrawoniebieskie jak u tego okonia żelazne kolce, którymi najeżono kil dla obrony przed
lewiatanami, i wyposażoną w aż dziesięć dział. Drzwi kabiny miały trzy
zamki, eunuch leżał przed progiem, służące spały po bokach Araminty na
wielkim łożu, a przyzwoitka na pryczy w nogach; jako ostatnie
zabezpieczenie cnoty wręczono jej potwornie drogi tyrezjański amulet.
Nie wyjaśniono, ani jak miałaby go użyć, ani w jaki sposób miałby
chronić jej rzeczoną cnotę, tylko z ogromnym naciskiem kazano zawsze
trzymać go w szkatułce i zakładać tylko wtedy, gdyby groziło jej
najgorsze - przy czym to najgorsze lady D. opisała dość niejasno,
podejrzewając, że Araminta już i tak za wiele wie o takich sprawach.
Przy pożegnaniu nie wylano wielu łez, jedynie lady Ginevra, jej młodsza
siostra, uznała za siostrzany obowiązek zapłakać, chociaż w duchu
cieszyła się z szansy przyspieszenia o rok swojego debiutu na dworze.
Araminta nie uroniła jednej łzy. "No cóż, żegnajcie" - powiedziała tylko
i dziarsko weszła na pokład, uprzednio w towarzyszącym pakowaniu chaosie
niepostrzeżenie ukrywszy w skrzyni posagowej miecz, parę doskonałych
pistoletów pojedynkowych oraz absolutnie zakazaną księgę wiedzy
magicznej. Bez żalu opuszczała rodzinny dom. Miała dość wiecznych
pouczeń, a kolonie wydawały jej się obiecującym punktem docelowym.
Uważała, że młodzieniec, który udał się tam szukać szczęścia, nie może
być strasznym sztywniakiem.
Po wszystkich tych przygotowaniach i przestrogach podróż wydawała jej
się tyleż monotonna, ile męcząca: dzień od dnia różnił się tylko siłą
wiatru, dopóki nie dotarli do Zatopionych Krain, gdzie zupełnie przestał
wiać. Przez kilka pierwszych dni lubiła spoglądać w toń za burtą, na
wciąż widoczne tu i ówdzie białe marmury budowli, gdy marynarze dawali
jej trochę magicznego światła.
- Nie ma tam nic ciekawego, panienko - powiedział ojcowskim tonem
nawigator, gdy zerkała tam z nadzieją. Czasem tylko pojawiał się jakiś
rekin lub jeden z ogromnych pająków morskich, łażący na długich
czerwonych odnóżach po rozsypujących się wieżach, ale to wszystko -
żadnego śladu zagubionego skarbu czy iskier starożytnej magii. - Nie
znajdziesz tam żadnego skarbu, chyba że wyczaruje ci go jakiś
pierwszorzędny czarodziej.
Westchnęła i w rezultacie zaczęła nalegać, żeby nauczyli ją wspinać się
po olinowaniu, co wzbudziło niesmak żeglarzy.
- Lepiej byłoby mieć porządną kobietę na pokładzie - niejeden z nich
mamrotał pod nosem.
Araminta nie przejmowała się ich sarkaniem, jedynie tym, że coraz
trudniej było ich namówić, żeby nauczyli ją czegoś ciekawego. Po pewnym
czasie zaczęła coraz rzadziej opuszczać kabinę, gdzie w wolnych chwilach
nauczyła się czarować na tyle, że zdołała ukryć magiczną księgę, nadając
jej postać Bogactwa narodów, by móc czytać je jawnie i bez wzbudzania
podejrzeń. Tyrezjański amulet zostawiła na koniec i wypróbowała go
ukradkiem w nocy, skryta pod kołdrą przed trzecim okiem chrapiącej
przyzwoitki, pani Penulki. Araminta od razu go zdjęła, zaskoczona
natychmiastowymi rezultatami, ale gdy odkryła, że równie szybko się
cofają, niebawem jej awanturniczy duch przezwyciężył chwilową obawę i postanowiła przeprowadzić dokładniejsze badania. Leżące po jej bokach
służące, początkowo lekko zaskoczone, łatwo dały się namówić do
uczestniczenia w tym eksperymencie. (Trzeba przyznać, że były dość młode
i płoche, a ponadto onieśmielone przez szlachetnie urodzoną
podopieczną).
Przez dwa długie miesiące pokonywali bezwietrzną płyciznę z optymistycznie rozwiniętymi żaglami, czasem holowani przez obsadzone
marynarzami szalupy, przeciągające ją od jednego słabego prądu do
drugiego. Cała załoga wiwatowała w nocy, gdy rozszalał się pierwszy
sztorm, z potwornym rykiem omywając pianą okna kajuty Araminty na rufie
i unieruchamiając pojękujące służące w ubikacji. Pani Penulki stanowczo
zabroniła Aramincie wychodzić na zewnątrz w celu zaczerpnięcia świeżego
powietrza, nawet gdy sztorm w końcu ucichł, tak więc dziewczyna spędziła
męczącą noc w duchocie i zbudziła się o zmianie wachty.
Leżała na plecach, słuchając kroków na pokładzie oraz poskrzypywania lin
i żagli. A potem słyszała tylko nieoczekiwaną ciszę, na swój sposób
równie głośną jak huk gromu; żadnych wesołych przekleństw, urywków
porannych piosenek ani brzęku naczyń w kambuzie.
Potrząsnęła służącymi, aż się obudziły, pozwoliły jej wstać i pospiesznie się odziać. Na zewnątrz marynarze w milczeniu stali
nieruchomo jak odlani z wosku na pokładzie przy linach i żaglach,
obserwując kapitana Rellowe'a. Stał na dziobie, z lunetą przyciśniętą do
oka, obserwując port. Czarna masa zbitych czarnych burzowych chmur już
odpływała w dal, a cienka szara kurtyna zakryła pół nieba na horyzoncie.
Gładki łuk oceanu łączył nieprzerwanie oba jego końce.
Kapitan odjął lunetę od oka.
- Panie Willis, wszyscy do stawiania żagli, kurs północ-północny zachód.
A potem do kajut - dodał, gdy nawigator przyłożył dłonie do ust, żeby
wykrzyknąć rozkazy.
Załoga podjęła gorączkowe działania, przebiegłszy obok niej; Araminta
słyszała przekleństwa towarzyszące przetaczaniu dział z powrotem na
stanowiska i protestacyjne skrzypienie ich kół.
- Pani, wejdź do kajuty - powiedział kapitan Rellowe, przechodząc obok
niej do nadbudówki, bez zwyczajowego krzywego uśmiechu i szurania
nogami; nawet nie uchylił kapelusza.
- Och, co to takiego? - jęknęła jedna ze służących, Liesl, gdy Araminta
wróciła do kajuty.
- Przypuszczam, że piraci - powiedziała Araminta, wyciągając spod łóżka
swoją potwornie ciężką skrzynię posagową. - Och, co tu da jojczenie?
Pomóżcie mi.
Piracki statek wkrótce wyłonił się zza kurtyny deszczu i był dobrze
widoczny z okien kajuty Araminty na rufie. Był znacznie większy, z agresywnie sterczącym dziobem równo rozcinającym fale i kadłubem
wprawdzie bez kolców, ale pomalowanym na zjadliwie zielony kolor, z białymi oznakowaniami przypominającymi kły.
Liesl i Helia jęknęły i padły sobie w ramiona.
- Umrę, zanim cię wezmą - poinformował Aramintę eunuch Molloy.
- Niewiele mi to pomoże, jeśli zaraz po tym mnie wezmą - zauważyła
rzeczowo, nie przestając grzebać w skrzyni. - Idź porozmawiać z którymś
z tych facetów na zewnątrz; wszystkie cztery potrzebujemy bryczesów i koszul.
Araminta zignorowała wydawane przez przyzwoitkę stłumione jęki protestu,
które ucichły na widok pistoletów i miecza.
Biżuteria i bibeloty były schowane między pościelą i jedwabnymi
sukniami, starannie zapakowane, by nie rzucały się w oczy i nie kusiły,
więc ich pospieszne wydobycie było niemal niemożliwe. Szczególnie
amulet, niepozorna srebrna drachma na cieniutkim łańcuszku, byłby bardzo
trudny do znalezienia, gdyby Araminta przezornie nie wcisnęła go w sam
kąt skrzyni. I dobrze, pomyślała, spoglądając na zbliżający się piracki
statek, że nuda skłoniła mnie do eksperymentowania.
Z pokładu rufowego kapitan Rellowe również obserwował ścigający ich
statek; jego luneta była wystarczająco dobra, by pokazać mu twarze
piratów, ogorzałe i drapieżnie uśmiechnięte. Był dobrym kapitanem
żeglugi i wymknął się z niejednej pułapki, lecz ta zaciskała się równie
pewnie jak lina przeciągnięta od rufy do dziobu. Wcześniej upragniony
wiatr dął w żagle, ułatwiając pościg.
Amphidrake - taką nazwę miał piracki statek, wypisaną żółtymi
literami, i był szybki, choć niedbale olinowany i brudny. Przynajmniej
kadłub miał czysty, z goryczą zauważył Rellowe, licząc w myślach, ile
węzłów tracą przez kolce kadłuba Bluegilla. Mniej niż jeden statek na
tysiąc w sezonie żeglugowym nie napotykał lewiatana, a i wtedy
przeważnie działa mogły go odstraszyć, ale właściciele uparli się na
kolce, które po przebyciu Płytkiego Morza z pewnością były omotane
wielkimi pasmami wodorostów i obrośnięte pąklami.
(Sztorm oczywiście zmył wszystkie wodorosty, ale kolce można było
obwiniać równie dobrze jak cokolwiek, żeby nie brać pod uwagę
możliwości, że nierozsądnie było płynąć tak blisko uczęszczanych szlaków
żeglugowych, nawet pod koniec sezonu).
W każdym razie pirat miał dogonić Bluegilla na długo przed nadejściem
zmierzchu, który w przeciwnym razie dałby im szansę się wymknąć, i każdy
na pokładzie o tym wiedział. Rellowe'owi nie podobała się głucha cisza,
która zapadła na statku, ani wbite w jego plecy spojrzenia załogi.
Chętnie wyjaśniłby wszystkim, że nie mogą oczekiwać od niego cudów, lecz
oczywiście nie mógł powiedzieć czegoś tak przygnębiającego.
Amphidrake szybko zmniejszał dystans. Pomocnicy bosmana zaczęli
rozdzielać nalewany przez niego grog, żeby dodać załodze otuchy. Topory,
kordelasy i pistolety czekały, ułożone wzdłuż relingu.
- Panie Gilpin - powiedział kapitan Rellowe, przywołując pierwszego
oficera, po czym dodał nieco ciszej: - Będzie pan tak dobry i powie
damom, żeby dla własnego dobra zechciały włożyć męskie stroje?
- To już załatwione, panie kapitanie - rzekł Gilpin dziwnym, zduszonym
głosem, znacząco zerkając w bok, a Rellowe obrócił się i ujrzał przed
sobą młodzieńca o długich czarnych kędziorach lady Araminty, splecionych
w warkocz.
Wytrzeszczył oczy i zaraz przeniósł wzrok na jej - jego - włosy,
następnie nieco niżej i mimowolnie jeszcze trochę, po czym pospiesznie
popatrzył w bok. Nie wiedział, gdzie skierować oczy. I nie był to
rezultat zręcznego kroju ubrania; głęboki dekolt koszuli nie pozostawiał
żadnych wątpliwości, tak samo jak zmieniony zarys szczęki i talii.
Oczywiście słyszy się o takich rzeczach, ale przeważnie tylko w intymnych rozmowach lub rubasznych żartach. Jeśli Rellowe, który nie
zaszedł daleko w swoich próbach zgłębiania magii, kiedykolwiek w ogóle
myślał o tych sprawach, to niejasno wyobrażał sobie, że będzie to
karykaturalny widok. W rzeczywistości granica między damą a lordem
okazała się niepokojąco cienka. Odmieniona Araminta miała miecz oraz dwa
pistolety i tylko odrobinę wyższy niż tenor głos, którym poinformowała
go:
- Chciałabym być przydatna, za pańskim pozwoleniem, kapitanie.
Rzecz jasna zamierzał odmówić, stanowczo, i kazać ją umieścić w izbie
chorych na najniższym pokładzie, w razie potrzeby siłą. I tak by zrobił,
gdyby właśnie w tej chwili Amphidrake nie oddał z działka na dziobie
ostrzegawczego strzału, który niefortunnie roztrzaskał niepokojąco duży
fragment relingu pokładu rufowego.
W wywołanym tym zamieszaniu Rellowe nie miał czasu myśleć o niczym innym
poza tym, jak nie dopuścić do wybuchu paniki. Tylko trzej marynarze
zostali poranieni - a i ci zaledwie drzazgami strzaskanego relingu - ale
kropla rozlanej krwi czasem wystarczy, by uwolnić całe pokłady
przerażenia. Marynarze zbytnio uraczyli się grogiem i chłostanie teraz
na nich nie działało; wielu trzeba było wlec na stanowiska siłą lub
zapędzać mieczem. Jeśli Araminta w tym pomagała, to Rellowe zdołał jakoś
tego nie zauważyć.
Natomiast Araminta była uszczęśliwiona; jeszcze do niej nie dotarło, że
mogą zostać pokonani. Ich statek był bardzo drogi, a działa wyglądały
znakomicie: świeżo malowane, ze zdobieniami z lśniącego mosiądzu i polerowanego hebanu. Oczywiście na pokładzie groziło jej
niebezpieczeństwo, ale entuzjastycznie je bagatelizowała, a ponadto nie
miała zwyczaju unikać wyzwań.
- Chyba nie chcesz stchórzyć na oczach wszystkich tych dzielnych chwatów
- powiedziała surowo jednemu z marynarzy, małemu i niedożywionemu
nędznikowi, usiłującemu chyłkiem umknąć pod pokład, i kopniakiem w tyłek
pomogła mu wrócić do relingu.
Huk dział był ogłuszający, jedna salwa po drugiej, aż jeden pocisk ze
świstem przeleciał nad jej głową i trafił w bezanmaszt. Drzazgi
pofrunęły na wszystkie strony, zdzierając z ludzi skórę; trysnęła
zaskakująco ciepła i jasna krew tętnicza. Zaskoczona Araminta podniosła
rękę i dotknęła policzka, po czym spojrzała na bosmana, który leżał
martwy tuż przy niej, patrząc na nią szklistymi oczami. Jej koszulę od
kołnierza do pasa zbroczył czerwony pas krwi.
Aż tak bardzo jej to nie poruszyło; była na wielu polowaniach i surowe
napomnienia ojca wyleczyły ją z wszelkich skłonności do wylewania łez,
nawet nad ubitą zwierzyną. Oczywiście elfy były o wiele mniejsze, ze
swymi pazurami i spiczastymi zębami niepodobne do ludzi, ale i tak nie
zamierzała zemdleć ani się podekscytować, w przeciwieństwie do jednego
małego midszypmena, hałaśliwie wymiotującego w pobliżu.
Uszkodzony bezanmaszt runął z trzaskiem, a jego żagle spowiły grotmaszt
z głuchym łoskotem przypominającym werbel. Aramintę nakryły ciężkie
zwały płótna, duszącego i cuchnącego mułem. Statek zatrzymał się tak
gwałtownie, że poczuła drżenie desek pokładu, gdy usiłowała wydostać się
spod grubego żagla. Tłumił wszelkie odgłosy, więc zarówno krzyki, jak
wystrzały zdawały się dobiegać z daleka, aż po chwili zagłuszył je
okrzyk kapitana Rellowe'a:
- Ognia!
Jednak ich działa przemówiły nierównym, słabym chórem. Zanim ucichły,
odpowiedział im straszliwy huk drugiej salwy; kolejne kule uderzały w burtę Bluegilla, który drżał jak zeschnięty kwiat doniczkowy. Grad
drzazg z szumem spadł na żagiel, a Araminta z trudem zdołała wyjąć miecz
i wyciąć nim dostatecznie długą szczelinę, żeby się wydostać z pułapki.
Piraci już zeskakiwali na pokład; haki abordażowe wczepili w resztki
relingu, a przerzucone między burtami obu statków szerokie deski służyły
im za pomosty. Pokład był zbroczony krwią i usłany kawałkami
omasztowania, oderwanymi kończynami i zwłokami.
- Pertraktujmy! - zawołał bez przekonania kapitan Rellowe.
Własny głos wydał mu się piskliwy i niepewny, a kapitan pirackiego
statku tylko się roześmiał.
- Teraz na to za późno, kapitanie! - krzyknął. - Wszyscy pójdziecie do
Zatopionych Krain! - dodał wesoło dźwięcznym jak dzwon głosem. Był
urodziwym i postawnym mężczyzną w eleganckim surducie z karmazynowej
wełny, z koronkowymi mankietami i złotymi galonami. W istocie był to
osławiony Weedle, który kiedyś zdobył czternaście pryzów w ciągu jednego
sezonu żeglugowego i wziął jako zakładnika najstarszego syna lorda Tana
Cadera.
Brak doświadczenia u Araminty nie oznaczał braku rozsądku; oznaki
porażki były już zbyt wyraźnie widoczne na całym pokładzie, żeby ich nie
dostrzegła. Molloy chwiejnie podszedł do niej i złapał ją za rękę; miał
rozcięte czoło i zakrwawiony miecz. Wyrwała mu się i zastrzeliła
nacierającego na nich pirata.
- Chodź ze mną, szybko - rozkazała, po czym odwróciła się i wpadła do
kajuty. Przerażone służące tuliły się do siebie, skulone pod oknem, a pobladła pani Penulki zasłaniała je swoim ciałem, ściskając sztylet.
- Pani, nie możesz znów wyjść z kajuty - powiedziała drżącym głosem
przyzwoitka.
- Wszystkie ukryjcie się w toalecie i bądźcie cicho, gdyby ktoś tu
wszedł - powiedziała Araminta, znów szperając w skrzyni posagowej.
Wyjęła z niej długi sznur pereł, pożegnalny prezent od matki, i owinęła
się nim w talii, skrywając go pod szarfą. Wyjęła także złoty zegarek,
który miał być prezentem zaręczynowym, po czym zatrzasnęła i zamknęła
kufer.
- Weź go, Molloy - powiedziała i wróciwszy pędem na pokład, wskazała
palcem Weedle'a, nabrała tchu i syknęła: - Pertraktuj, albo każę to
wyrzucić za burtę. Decyduj.
Uśmiech znikł z jego warg i zobaczyła, że drgnął i rozejrzał się
podejrzliwie, gdy te słowa dotarły do jego uszu. Pomachała chusteczką,
aż skupił na niej wzrok, po czym wskazała skrzynię, którą Molloy
postawił na relingu.
Kapitanowie pirackich statków z reguły robią to, co przynosi im
największe zyski. Wartość statku płynącego do kolonii z ładunkiem
towarów mogła sięgać dziesięciu tysięcy suwerenów, a po sprzedaży nie
więcej niż jedną czwartą tej kwoty. Natomiast skrzynia posagowa mogła
zawierać łatwe do spieniężenia kosztowności i jedwabie, warte tyle samo
lub dwukrotnie więcej. Weedle był skłonny zadać sobie trud
przeprowadzenia negocjacji, a po ich zakończeniu spokojnie wymordować
ocalałych.
- Powinienem cię od razu ostrzec, że jest zabezpieczony zaklęciem -
powiedziała Araminta - więc jeśli otworzy go ktoś inny poza mną,
wszystko w środku obróci się w proch.
Oczywiście wcale tak nie było. Takie zaklęcia były niezwykle kosztowne,
a ponadto niebezpieczne, i niemądra pokojówka mogłaby przypadkowo
zniszczyć zawartość kufra. Na szczęście próba zdemaskowania tego blefu
byłaby dość ryzykowna.
- W środku jest amulet gwarantujący wierność, przeznaczony dla mojej
oblubienicy - dodała tytułem wyjaśnienia.
Weedle lekko zmarszczył brwi, a jeszcze bardziej, gdy rezolutnie
odmówiła otwarcia kufra, nawet gdy przyłożył sztylet do jej szyi.
- Nie - powiedziała. - Popłynę z tobą, a kiedy dowieziesz mnie do
Kingsport i tam wysadzisz, otworzę ci ten kufer. Śmiem też twierdzić, że
moja rodzina również przyśle ci okup, jeśli pozwolisz odpłynąć
kapitanowi Rellowe'owi, żeby ją zawiadomił - dodała, podnosząc głos na
użytek nasłuchujących piratów - co dla was wszystkich będzie
korzystniejsze niż sprzedaż statku.
Aby podkreślić wagę tych słów, oddała mu złoty zegarek i wszyscy piraci
zaczęli pomrukiwać z podziwem, wyobrażając sobie kufer wypełniony po
brzegi takimi kosztownościami. Weedle lubił krwawe potyczki, po których
pozostawało mniej kompanów do podziału łupów - lecz na pociechę miał nie
tylko zawartość kufra, ale także spodziewany okup.
- Co wy na to, chłopcy? Mamy przewieźć tego młodego dżentelmena? -
zawołał.
Gdy chóralnie wyrazili zgodę, rzucił im złoty zegarek, a oni natychmiast
zaczęli go sobie wyrywać.
- Lordzie Araminie, muszę zaprotestować - rzekł z niechęcią kapitan
Rellowe. Gdy schowano miecze do pochew, już zaczął sobie wyobrażać
przyszłe krytyczne uwagi i mściwą reakcję jej oburzonej rodziny. Nie
miał jednak wyjścia; z pewnością byłoby o wiele gorzej, gdyby tę pannę
zgwałcono i zamordowano, a ponadto będą mogli go krytykować tylko wtedy,
jeśli będzie żywy, a to już coś. Tak więc tylko stał, wstydząc się
odczuwanej ulgi, gdy z niewybaczalnym spokojem przeszła na piracki
statek, a za nią ostrożnie przeniesiono kufer.
Amphidrake pożeglował na południe, a Bluegill z trudem dopłynął do
New Jericho, gdzie powitano go okrzykami zgrozy i konsternacji. Rodzina
narzeczonego lady Araminty (którego nazwisko również dyskretnie
pominiemy) natychmiast wysłała do Kingsport posłańca, a po nim podążyli
tam członkowie rodziny panny.
Czekali miesiąc, a potem drugi, lecz Amphidrake nigdy tam nie zawinął.
W końcu nadeszła wiadomość, że widziano go w porcie na Redhook Island.
Zakładano, z powszechnie skrywaną ulgą, że piraci ulegli pokusie i spróbowali sami otworzyć kufer, po czym zgładzili wciąż udającą
mężczyznę lady Aramintę za to, że ich oszukała.
Teraz, gdy rozwiała się groźba jej powrotu, była podziwiana - ale tylko
przez chwilę. Okazała się bohaterką, lecz o wiele godniej postąpiłaby,
gdyby zginęła, najlepiej z własnej ręki. Ponadto wkrótce po powrocie
statku odkryto, że obie jej pokojówki są przy nadziei.
Jej narzeczony złożył odpowiednie kondolencje i po upływie zwyczajowego
okresu żałoby poślubił młodą pannę znacznie niżej urodzoną, ale znaną z dokonywania mądrych inwestycji i szczególnie biegłą w prowadzeniu ksiąg
rachunkowych. Lord D. pomodlił się za córkę w River Waye; jego żony
zapaliły świeczkę w Quensington Tower i zapisały datę jej śmierci w kronice rodzinnej. Z pokojówkami zawarto cichą ugodę i na tym zamknięto
krótką historię jej życia.
Jednakże wiadomość była całkowicie nieprawdziwa: Amphidrake nie
zawinął do portu na Redhook Island ani do Kingsport z jednego prostego
powodu: trzy tygodnie wcześniej wpadł na mieliznę i poszedł na dno.
Kiedy Bluegill odpłynął, ograbiony ze wszystkiego prócz odrobiny
żywności i wody, kapitan Weedle odeskortował lady Aramintę i skrzynię
posagową do własnej kajuty. Przyjęła ten kurtuazyjny gest jako coś
oczywistego, ale nie zostawił jej samej, tylko zasiadł przy eleganckim
długim stole, najwyraźniej zamierzając tam zostać. Spojrzała nań z lekkim zdziwieniem, ale zaraz przypomniała sobie o swoim przebraniu i nagle uświadomiła sobie, że za chwilę wszystko się wyda.
Ktoś mógłby pomyśleć, że pojęła to trochę za późno, lecz Araminta z zasady traktowała nakazy etykiety jak przepisy łowieckie i dzieliła je
na trzy kategorie: te, które są nieustannie łamane przez wszystkich, te,
których nie można łamać, nie narażając się na krytykę, oraz te, których
łamanie powoduje ciche i permanentne wykluczenie z wszelkich przyszłych
polowań. Ukradkowe korzystanie z magicznej księgi zaliczało się do
drugiej kategorii, a zabawianie się po cichu z przyjaciółką do
pierwszej, ale spędzanie nocy w towarzystwie nieżonatego dżentelmena
zdecydowanie do tej ostatniej.
- Nie jesteś żonaty, prawda? - zapytała bez większej nadziei; była
najzupełniej pewna, że hipotetyczna i znajdująca się w odległości ponad
tysiąca mil pani Weedle nie jest przyzwoitką, którą lady D. uznałaby za
odpowiednią ochronę reputacji córki, z magicznym amuletem czy bez.
Weedle zrobił smętną minę i powiedział:
- Nie.
Był nieślubnym dzieckiem oficera marynarki i dziewczyny z portu w Indiach Wschodnich, na tyle mądrej, że doprowadziła do zalegalizowania
tego związku, zanim uległa; zapewniło to młodemu Weedle'owi miejsce na
statku ojca. Był zdolny i mógł zrobić karierę, lecz został za wcześnie
wprowadzony do towarzystwa przez ojca i jako naiwny młodzian zakochał
się w szlachciance zbyt wysokiego dla niego rodu.
Był na tyle przystojny, że spodobał się tej pannie, lecz jej rodzina
zabroniła mu wstępu do domu, gdy tylko zorientowała się, jakie ma
zamiary. Sama panna wyśmiała go, zaskoczona propozycją wspólnej
ucieczki, a na dodatek głęboko uraziła, brutalnie kreśląc mu wizję ich
wspólnej przyszłości przy jego dochodach i bez jej posagu.
W przypływie dumy i rozpaczy poprzysiągł, że w ciągu pięciu lat będzie
bogatszy od jej ojca albo zginie; poniewczasie pojął, że postawił się w bardzo nieprzyjemnej sytuacji, jeśli któryś z bogów przypadkiem to
usłyszał. Nigdy nie wiadomo. Miał wtedy zaledwie osiemnaście lat, więc
jeszcze kilka lat dzieliło go od ewentualnego dowodzenia własnym
statkiem i możliwości wzbogacenia się na pryzach, a ojciec tej panny był
nadzwyczaj bogaty.
Pirackie okręty dawały większe możliwości kariery młodym spryciarzom,
marynarka wojenna nie zabierała im lwiej części zdobytych łupów ani nie
zmuszała do uciążliwego eskortowania konwojów. Tak więc zdezerterował,
zmienił nazwisko i po sześciu miesiącach był trzecim oficerem na
Amphidrake'u, dowodzonym przez okrutnego kapitana Egga, gdy ten
dżentelmen zakończył żywot w wyniku nadmiernego spożycia drogiej brandy
i udaru cieplnego.
Wśród oficerów doszło do krótkich przepychanek i Weedle z przykrością
musiał zabić pierwszego oraz drugiego oficera, gdy próbowali powoływać
się na starszeństwo stopni; szczególnie żałował drugiego oficera, który
był doskonałym nawigatorem i kompanem od kieliszka.
Nie mając nic do stracenia, Weedle rozpoczął radosny i zuchwały piracki
proceder, a teraz, po upływie sześciu lat, wciąż był żywy, nadzwyczaj
bogaty i niespecjalnie zasmucony tym, jak potoczyły się koleje jego
losu, chociaż wciąż lubił się uważać za postać tragiczną.
- Nie jestem żonaty - powtórzył i głęboko westchnął.
Bardzo chętnie opowiedziałby całą tę historię, ale Araminta była zbyt
zaprzątnięta swoją sytuacją, żeby interesować się jego problemami. Ani
trochę nie przejmowała się ewentualną utratą reputacji, więc w kryzysowej sytuacji wcale nie wzięła jej pod uwagę. Jednak bardzo
martwiło ją to, że w rezultacie może do końca dni zostać zamknięta w klasztorze i skazana na produkowanie aspiryny lub prowadzenie ksiąg
rachunkowych wdowcom; to byłoby nie do zniesienia. Teraz ona westchnęła
i usiadła na wieku kufra.
Weedle źle zinterpretował to westchnienie i podał jej kielich wina.
- No cóż, panie, nie musisz się obawiać, zapewniam cię - rzekł
wyrozumiale. - Pod moją opieką nie spotka cię żadna krzywda i wkrótce
powrócisz do swoich przyjaciół.
- Och, tak - powiedziała bez entuzjazmu. Bardzo żałowała, że w ogóle
wspomniała o okupie. - Dziękuję - dodała uprzejmie i wzięła kielich z winem.
Trochę pocieszyło ją to, że wino było doskonałe i obiad również. Weedle
z przyjemnością zademonstrował, że potrafi godnie podejmować gości, a Araminta odkryła, że jest niezwykle głodna. Pochłonęła naprawdę
zdumiewającą ilość wołowiny, głowizny w sosie własnym i pasztecików,
których oczywiście dotychczas nigdy jej nie podawano, a ponadto odkryła,
że może popić to trzema kielichami wina zamiast dwóch, na których zwykle
poprzestawała.
Zanim słudzy zabrali resztki puddingu, była już za bardzo oswojona z sytuacją, żeby się niepokoić. Obmyśliła kilka planów ucieczki na
wypadek, gdyby piraci istotnie zwrócili ją jej rodzinie, a ukryty sznur
pereł, którym owinęła się w talii, bardzo poprawiał jej humor. Mogły
opłacić jej powrót do domu, gdyby nie zapłacono za nią okupu, albo
umożliwić początek niezależnej egzystencji. A co najlepsze, nie
musiałaby się już przejmować utratą reputacji, gdyby ją straciła;
mogłaby wyrzucić za burtę balast wszystkich tych męczących ograniczeń,
co jej zdaniem było warte niemal każdego cierpienia.
A Weedle koniec końców nie wydawał się wcale takim złym facetem; jej
ojciec zawsze oczekiwał od kandydata do jej ręki jedynie tego, żeby
umiał godnie podejmować gości, dobrze jeździł konno i radził sobie przy
karcianym stoliku. W zadumie zmierzyła wzrokiem nogi Weedle'a, ciasno
opięte jedwabnymi bryczesami i białymi pończochami. Zdecydowanie nie
musiał ich nigdzie wypychać, a jeśli jego długie czarne kędziory oraz
czerwony kubrak były nieco ekstrawaganckie, to dzięki swemu wzrostowi i szerokim barom nie wyglądał wulgarnie. Miał ładne oczy i zęby; mógł się
podobać.
Tak więc pokrzepiona wzniosła toast i pochlebiła próżności Weedle'a szczerym zapewnieniem:
- To był najlepszy obiad, jaki kiedykolwiek jadłem. Może zagramy
partyjkę?
Był lekko zdziwiony tym, że jego nieszczęsny młody jeniec jest już tak
radosny; zwykle trzeba było więcej cierpliwości, trunku i chłodnej,
wielkopańskiej uprzejmości, żeby uspokoić młodego szlachcica i zrobić na
nim wrażenie hojnością oraz pewnością siebie. Jednak Weedle nie był od
tego, żeby pogratulować sobie szybkiego sukcesu, i natychmiast zaczął
kalkulować, o ile szybciej mógłby rozpocząć zakusy na cnotę lorda
Aramina. Zazwyczaj wystarczał tydzień; może tym razem, pomyślał
rozsądnie, wystarczą trzy dni.
Tymczasem Araminta, która kilka ostatnich miesięcy spędziła w kabinie
nad kajutą marynarzy i już wiedziała, w jaki sposób mężczyźni osładzają
sobie samotność na morzu, dodała:
- Zwycięzca ma pierwszeństwo? - I ruchem głowy wskazała łóżko.
Zaskoczony Weedle wybałuszył oczy, niepewnie potwierdził i podniósł
karty, lekko urażony tym, że sytuacja nie rozwija się zgodnie z jego
oczekiwaniami. To wrażenie nieprędko go opuściło. Araminta bardzo dobrze
grała w karty.
Aramincie podobał się pobyt na Amphidrake'u. Piraci, w większości
dezerterzy z marynarki wojennej lub statków kupieckich, niewiele się
różnili od marynarzy z Bluegilla. Nie wiedzieli jednak, że ich jeniec
jest kobietą, więc nikt nie mrugnął okiem, gdy chciała się nauczyć
refować i stawiać żagle oraz żeglować według gwiazd. Uznali ją za
dobrego i dzielnego kompana, a także zaczęli poprawiać grzywki, kiedy
przechodziła obok, pokazując, że nie mają jej za złe szlachetnego
urodzenia.
Weedle przeważnie był wspaniałym towarzyszem, chociaż czasem skłonnym do
zachowań, które Araminta uważała za skrajnie gruboskórne. To, że
pogwizdywał, kiedy chłostano kogoś przywiązanego do kraty, można uznać
jedynie za brak wrażliwości; a gdy znalazł jednego z okrętowych kotów
martwego i wciśniętego w kąt kabiny, wcale się nie zasmucił, tylko
wyrzucił go przez okno i kazał majtkowi wytrzeć podłogę.
Jedzenie bardzo jej smakowało, więc przybywało jej muskułów i wzrostu w tempie, które każdy uznałby za niezwykłe dla osoby w jej wieku. Trochę
niepokoiło ją - zwłaszcza że zaczęła jej rosnąć broda - co będzie, gdy
kiedyś zdejmie amulet; ponieważ jednak z pewnością nie zamierzała tego
robić wśród zgrai piratów, przestała o tym myśleć i nauczyła się golić.
Przyszłość wyglądała niepokojąco z zupełnie innych powodów. Gdyby
popłynęli prosto do Kingsport, Araminta mogłaby liczyć na to, że dotrą
tam przed okupem i jakoś uda jej się czmychnąć, gdy załoga zajmie się
podziałem łupów. Jednak Weedle zamierzał pobić swój dotychczasowy rekord
czternastu pryzów, więc pozostawał na morzu tak długo, jak to było
możliwe.
- Jestem pewna - próbowała go przekonać - że oni już tam są. Jeśli nie
popłyniesz prosto do Kingsport, to nie będą czekać w nieskończoność; z pewnością dojdą do wniosku, że nie żyję i dlatego tam nie przypłynąłeś.
W ogóle nie brała pod uwagę takiej możliwości; co noc śniła jej się
horda czekających w porcie przyzwoitek z przyszykowanymi kajdanami,
gniewnie spoglądających na nią Horusowymi oczami.
- Muszę zaryzykować, że będę dłużej znosić twoje towarzystwo - rzekł
Weedle z niebezpiecznie sentymentalnym błyskiem w oczach; było coraz
gorzej. Araminta zdecydowanie nie zamierzała spędzić reszty swoich dni w konkubinacie z kapitanem piratów, nieważne, jak wspaniale umięśnione
miał uda, aczkolwiek z przygnębieniem stwierdziła, że mogłoby to być
lepsze od dożywocia u świątobliwych siostrzyczek Sangrealu.
Tak więc poczuła raczej niestosowną ulgę, gdy następnego ranka usłyszała
okrzyk: "Lewiatan" i wypadła na pokład, depcząc Weedle'owi po piętach.
Teraz już naprawdę powinien zawrócić i popłynąć prosto do portu,
pomyślała, nie zdając sobie sprawy, że już zostali schwytani, dopóki nie
potknęła się o półprzezroczystą mackę spoczywającą na pokładzie.
Podniosła się i spojrzała za burtę. Ogromne, pulsujące i kopulaste
cielsko lewiatana znajdowało się wprost pod statkiem i obejmowało jego
kadłub, emanując fosforyzującym błękitnym blaskiem i lekko dygocząc jak
galareta z nóżek. W tym przezroczystym ciele unosiło się kilka na pół
strawionych kości - resztki klatki piersiowej wieloryba. Wokół statku,
na linii wodnej, już zaczęła się tworzyć warstwa białawej piany od
trawiącego drewno kwasu lewiatana.
Piraci strzelali do niego z pistoletów i rąbali twarde, gumowate macki,
ale bez większego efektu. Lewiatan leniwie zarzucił na pokład jeszcze
kilka i koniec jednej trafił któregoś pirata; ten skulił się i upuścił
toporek, otwierając usta w bezgłośnym okrzyku. Macka z błyskawiczną
szybkością kilkakrotnie owinęła się wokół nieszczęśnika, uniosła go,
porwała za burtę i wciągnęła w głąb przezroczystego cielska. Jego oczy
spoglądały jeszcze z zielonkawej toni, rozbiegane i pełne przerażenia;
Araminta widziała, jak powoli nimi mrugał, wchłaniany przez
galaretowatego potwora.
Ona też chwyciła miecz i zaczęła pomagać rąbiącym, mimowolnie uskakując,
gdy kolejne cienkie macki z taneczną gracją opadały i pokrywały pokład.
Na szczęście potem nie robiły nic poza przywieraniem do niego, jeśli się
nie dotykało wilgotnych różowych końców.
- Zostawcie je, wy przeklęte szczury lądowe! - krzyczał Weedle. -
Postawcie żagle! Wszyscy do stawiania żagli!
Stał za sterem. Araminta dołączyła do spieszących do lin i wkrótce
robili dziewięć węzłów z wiatrem, wracając ku Zatopionym Krainom. Jak na
Amphidrake'a była to kiepska prędkość; przyczepiony do niego lewiatan
spowalniał go bardziej niż tysiąc pąkli. Potwór najwyraźniej
niespecjalnie przejmował się ruchem statku i zarzucał nań kolejne macki;
z obu burt unosił się gryzący i trujący dym. Niemal cała załoga
schroniła się pod pokładem, poza zasięgiem lewiatana. Weedle jedną ręką
trzymał ster, a drugą wiosło, którym odpychał każdą zbliżającą się do
niego mackę.
Araminta chwyciła jego lunetę i wspięła się na bocianie gniazdo, żeby
popatrzeć; wyraźnie zobaczyła, gdzie woda zmienia kolor i przybiera
piękną niebiesko-zieloną barwę; szlaki żeglugowe widoczne jako szerokie
pasy ciemniejszego błękitu biegnące przez Płytkie Morze. Wiatr wiał z umiarkowaną siłą i wszędzie wokół widziała tylko niedodające otuchy
grzywacze; aż w końcu w oddali dostrzegła nieprzerwane pasmo bieli; to
fale załamywały się na rafie lub płyciźnie, za którą chyba widać było
trochę zieleni - być może wyspę.
Po tym, jak weszła na górę, wiązka macek owinęła się wokół masztu; ich
jadowite końce groźnie się kołysały, uniemożliwiając jej powrót. Użyła
magicznego szeptu, aby wskazać Weedle'owi kurs na południe-południowy
wschód, po czym desperacko przywarła do bocianiego gniazda, gdy
skierował statek na mieliznę.
Pozostała z lewiatana obrzydliwa i potwornie cuchnąca galaretowata masa
łagodnie kołysała się na falach łamiących się na płyciźnie i pokrywała
rafy wraz ze szczątkami Amphidrake'a. Niewiele tego było, zaledwie
część nadbudówki, dach kabiny i - pechowo - górne dwanaście stóp
grotmasztu z wesoło powiewającą czarną piracką banderą, tkwiącym w samym
środku sterty śmierdzącej galarety.
Do tej pory wrak przetrwał trzy ulewy. Rozbitkowie z przygnębieniem
spoglądali nań z brzegu, snując coraz bardziej desperackie i nierealne
plany ściągnięcia lub spalenia flagi przed przybyciem jednego z okrętów
marynarki wojennej, które regularnie patrolowały te wody, co czyniło
ewentualny ratunek więcej niż prawdopodobnym.
- A potem powieszą nas wszystkich na rei, jednego po drugim -
zapowiedział ponuro bosman, pan Ribb.
- Jeśli tak - warknęła Araminta, tracąc cierpliwość do nich wszystkich -
to i tak lepsze od pożarcia przez lewiatana, więc nie ma co siedzieć tu
na brzegu i jęczeć.
Te słowa kierowała do Weedle'a, przybitego i siedzącego pod palmą. Nie
miał ochoty iść na dno razem ze swoim statkiem, choć w duchu uważał, że
powinien, i trudno mu było pogodzić się z myślą, że dzięki temu
pozbawionemu romantyzmu ocaleniu pożyje zaledwie kilka tygodni dłużej i umrze haniebną śmiercią.
Araminta nie musiała się obawiać powieszenia, ale była niemal równie
nieszczęśliwa, ponieważ miała absolutną pewność, że okręt marynarki
wojennej odwiezie ją z powrotem na łono rodziny, pod strażą
uniemożliwiającą ucieczkę. Mimo wszystko nie miała ochoty żywić się
wyłącznie orzechami kokosowymi, rzucać kamieniami w małpy i narzekać
przez cały dzień.
Wyspa była wierzchołkiem bardzo, bardzo starej góry porośniętej grubą
warstwą roślinności i niemal wszystkie jej skaliste brzegi wznosiły się
pionowo z oceanu. Tam, gdzie mielizna blokowała uderzenia fal, powstała
niewielka zatoka z wąskim pasem białego piasku, w której się schronili.
Wspiąwszy się na urwiska po obu stronach, Araminta zajrzała w krystalicznie czystą toń i zobaczyła opadającą w głębiny skalną ścianę,
a w kilku miejscach nawet wyblakłe szare ostrosłupy zatopionych drzew.
Podczas polowania w dżungli odkryli resztki starego chodnika: wyboisty
bruk z gładkich kremowych kamieni prowadzący w górę i do środka wyspy,
ale nikt z załogi nie chciał tam iść.
- To dzieło Zatopionego Ludu - mówili, trwożliwie wzruszając ramionami,
przesądnie krzyżując palce, i nie pozwolili nawet pójść jej samej.
Jednak po trzech dniach i ulewach, po których piracka flaga powiewała
równie dziarsko jak przedtem, groźba powieszenia stała się jeszcze
bardziej realna i gdy Araminta znów spróbowała ich namówić, kilku
zgodziło się z nią pójść.
Wąski chodnik wił się w górę zbocza, od czasu do czasu doprowadzając do
wąskich nisz wykutych w skalnej ścianie, z tkwiącymi w nich resztkami
omszałych posągów. Był stromy i chwilami musieli się przytrzymywać
rękami, podążając po wąskiej skalnej półce. Araminta wolała nie myśleć o tym, jak trudna była ta pielgrzymka trzy tysiące lat wcześniej, przed
Potopem, kiedy ta droga zaczynała się u podnóża góry, a nie w pobliżu
wierzchołka. Mężczyźni wzdrygali się przy każdej niszy, ale nic się nie
stało poza tym, że pył drażnił ich nozdrza i często kichali, a Jema
Goreya użądliła osa.
Ścieżka doprowadziła ich do świątyni ryzykownie usadowionej na samym
szczycie góry; jej wejścia strzegły dwa wielkie posągi kobiet z głowami
lwic, pomimo upływu lat z doskonale zachowanymi detalami wydatnych
piersi i grzyw. Dach świątyni znajdował się na wysokości prawie
dwudziestu stóp, wsparty na delikatnych filarach nie grubszych od
nadgarstka Araminty, przedstawiających smukłe kobiece postacie, a z krokwi wciąż zwisały wielkie białe płaty cienkich draperii, łopoczące na
wietrze. Na środku stał ołtarz z białego kamienia, a na nim szeroka misa
z lśniącego srebra.
- Bogini wiatru - orzekł ponuro pan Ribb. - To z pewnością świątynia
bogini wiatru; nie powinniśmy tu przychodzić. Nie bądź głupcem, Porlock
- dodał, rzucając groźne spojrzenie jednemu z marynarzy. - Nie ruszaj
tego, jeśli ci życie miłe.
- Odłamię tylko kawałek - rzekł Porlock, nie odrywając oczu od srebrnej
misy, i postawił stopę na pierwszym stopniu bramy.
Kobiety o lwich głowach poruszyły się, otwarły hebanowo czarne oczy i obróciły głowy, by na niego spojrzeć. Cofnął się, a raczej próbował to
zrobić; jego stopa nie oderwała się od kamiennego schodka.
- Pomóżcie, ludzie! - zawołał rozpaczliwie. - Złapcie mnie za rękę i pociągnijcie...
Nikt się do niego nie zbliżył. Z chrzęstem przypominającym chrobot
kamieni młyńskich lwiogłowe strażniczki powstały i niespiesznie podeszły
do nieszczęśnika. Złapały go za ręce i bez trudu rozdarły na dwoje, a potem jeszcze rozszarpały resztki.
Pozostali piraci uciekli, w nieładzie zbiegając ścieżką, gdy lwiogłowe
obróciły się i spojrzały na nich. Tylko Araminta nie uciekła, lecz
zaczekała, aż zrobią to inni. Żywe posągi powróciły na swoje miejsca,
ale wciąż miały otwarte ślepia i czujnie ją obserwowały.
Zastanawiała się przez chwilę; czytała dostatecznie dużo powieści, żeby
wiedzieć, co jej grozi. Nie miała ochoty zostać tu na zawsze, żeby
opiekować się tą świątynią; ponadto może nie tylko mężczyźni byli karani
za zuchwałe przekroczenie jej progu. Była jednak wystarczająco oczytana,
by wiedzieć, że Junona jest spokrewniona z boginią wiatru; lwiogłowe
były jej służkami w starożytnych rzymskich świątyniach i najwyraźniej
wszystko to było kwestią przeznaczenia, wciąż działającą karą za
zuchwalstwo jej ojca. I gdyby okazała się zbyt tchórzliwa, żeby
skorzystać z okazji, to z pewnością nie zasługiwałaby na nic więcej jak
zamknięcie do końca życia w jakiejś zapomnianej świątyni.
- No dobrze - powiedziała w końcu, uniosła ręce i zdjęła z szyi amulet.
Przygotowała się na gwałtowny powrót do swego poprzedniego ciała, o wiele mniejszego; przemiana jednak była równie łagodna jak przedtem.
Popatrzyła na ręce i nogi; nadal były dłuższe i wciąż dobrze umięśnione;
nie straciła wagi, którą zyskała, ani wzrostu. Piersi nabrzmiały jej pod
koszulą, biodra i talia zamieniły się kilkoma calami obwodu, a twarz
nagle stała się trochę gładsza - Araminta z ulgą zauważyła, że jej gęsta
broda znikła - ale to wszystko.
Strażniczki z powątpiewaniem spoglądały na nią, gdy wchodziła po
schodach. Wstały, kiedy weszła do środka, i podążały za nią do ołtarza,
co i raz wyciągając szyje i podejrzliwie węsząc. Araminta zdjęła sznur
pereł z talii i z grzechotem rzuciła go do ofiarnej misy, w której
utworzył mały wzgórek opalizujących klejnotów i srebra.
Usatysfakcjonowane lwiogłowe wróciły na swoje miejsca. Draperie uniosły
się i zadrżały w nagłym podmuchu wiatru, a bogini przemówiła: piękny dar
i tak dawno nikt tu nie przyszedł, by oddać jej cześć; czego Araminta
chce?
To nie przypominało festynu podczas święta zimowego przesilenia, na
którym medium przepowiada przyszłość, ani uroczystości kościelnych z okazji dożynek. Bogini Zatopionego Ludu mówiła rzeczowo i właściwie nie
było słychać jej słów, tylko świst wiatru w unoszących się i opadających
draperiach. Jednak Araminta doskonale ją rozumiała, a także to, że
wszystkie przygotowane odpowiedzi są błędne. Bogini nie proponowała jej
jakiejś drobnej łaski, zaklęcia niewidzialności czy klucza otwierającego
okowy, ani nawet sposobu opuszczenia wyspy; zadała pytanie, na które
trzeba było odpowiedzieć szczerze.
Aramincie łatwiej byłoby powiedzieć, czego nie chce: wrócić do domu i zostać zamknięta w klasztorze, popłynąć do kolonii i wyjść za mąż. Nie
chce być więźniarką, wielką damą, kochanką kapitana, ani w nieskończoność udawać mężczyznę; chociaż, dodała, to od czasu do czasu
bywa dość zabawne. Wyznała bogini, że tak naprawdę pragnie sama być
kapitanem swojego życia; być wolna.
Piękne życzenie, powiedziała bogini, za piękny dar. Weź jedną z tych
pereł, zejdź na dół i wrzuć ją do oceanu.
Araminta wzięła z misy jedną perłę; ta łatwo dała się oddzielić od
innych. Zeszła wąską ścieżką na brzeg, mijając gapiących się na nią i robiących znak krzyża przestraszonych mężczyzn, po czym rzuciła perłę w czysty błękit wód zatoki.
Przez chwilę nic się nie działo; nagle powierzchnię wody pokryła piana,
biała jak mleko. Z rykiem rozstępujących się wód wszystkie szczątki
Amphidrake'a wyłoniły się z głębin, z wodorostów i umykających fal.
Przez moment przez dziury wyżarte w kadłubie statku widać było wręgi i kil, a potem piana wspięła się na jego burty, pozostawiając po sobie
gładką perłową powłokę. Pokłady zostały odtworzone z gładkiego białego
drewna; wysokie smukłe maszty z wyrzeźbionymi postaciami kobiet jeden po
drugim się uniosły w górę, a wielkie białe żagle rozwinęły się na
wietrze, który przywiał nie wiadomo skąd i je wydął.
Piana opadła na wodę i zastygła, tworząc perłowy pomost biegnący do
brzegu na jej spotkanie. Araminta odwróciła się, by spojrzeć w oczy
zdumionego Weedle'a.
- To mój statek - oznajmiła - a ty i wszyscy twoi ludzie będziecie na
nim mile widziani, jeśli wolicie służyć pod moimi rozkazami, niż czekać
tu na okręt marynarki wojennej.
Odgarnęła włosy z czoła i związała je kawałkiem materiału oddartego z koszuli, po czym weszła na pomost. Już dochodziła do statku, gdy Weedle
w końcu też wskoczył na pomost.
- Araminie! - zawołał za nią.
Odwróciła się i posłała mu olśniewający uśmiech.
- Araminto - powiedziała i weszła na pokład.
Opowiadanie Araminta, czyli wrak Amphidrake'a ukazało się po raz
pierwszy w książce Fast Ships, Black Sails z 2008 roku, opublikowanej
przez Night Shade Books. Ta cudowna antologia to zbiór opowieści o piratach pod redakcją Jeffa i Ann VanderMeerów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki